Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00302 004843 14975024 na godz. na dobę w sumie
Rocznica - ebook/pdf
Rocznica - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 120
Wydawca: Goneta Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-62041-04-6 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> powieść
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

„Rocznica” to powieść obyczajowa. Autorka bawi nas opisem zdarzenia, jakie zdawałoby się całkowicie niemożliwym. A jednak... Jest Wiktor Turski i Wiktor Goździk. Obaj mają córki Beaty i synów Adamów. Różnią się życiem w innym środowisku i z innymi żonami. Ale czy na pewno są dwoma różnymi mężczyznami?

Zofia Kaliska — rocznik 1978. Mieszka w Gnieźnie. W 2003 roku ukończyła Wydział Historyczny UAM w Poznaniu. Po studiach pracowała dorywczo przez krótki czas jako bibliotekarz, a później w gnieźnieńskim Archiwum Archidiecezjalnym. Jak twierdzi autorka, prawdziwym powołaniem i pasją dla niej jest jednak pisarstwo. W 2006 roku wydała powieść dla młodzieży. Wkrótce ukaże się druga jej część. Pisze zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

ZOFIA KALISKA Rocznica ©opyrights to: Wirtualne Wydawnictwo „Goneta” Aneta Gonera www.goneta.net ul. Archiwalna 9 m 45, 02-103 Warszawa Okładka: Agnieszka Korfanty info@korfanoart.eu ISBN: 978-83-62041-04-6 Wydanie I Warszawa, wrzesie(cid:276) 2009 2 Po dniu słonecznym i raczej upalnym — zwłaszcza jak na połow(cid:266) maja — noc wydawała si(cid:266) do(cid:286)ć chłodna. Ale jednocze(cid:286)nie była to noc wyj(cid:261)tkowo pi(cid:266)kna. Bezchmurne gwie(cid:296)dziste niebo wisiało nad podmiejsk(cid:261) drog(cid:261), wokół której rozci(cid:261)gała si(cid:266) mozaika pól i ł(cid:261)k. Ów malowniczy krajobraz szpeciły tylko miejscami wystaj(cid:261)ce znad ziemi wyniosłe słupy latarni i stercz(cid:261)ce przy kraw(cid:266)dziach znaki drogowe. Wzdłu(cid:298) szosy jechał samochód... Nagle na (cid:286)rodek jezdni wybiegł człowiek i stan(cid:261)ł naprzeciwko p(cid:266)dz(cid:261)cego pojazdu, który zd(cid:261)(cid:298)ył zatrzymać si(cid:266) w ostatnim momencie. Głuchy j(cid:266)k gwałtownie hamuj(cid:261)cych opon przerwał monotonn(cid:261) nocn(cid:261) cisz(cid:266). Drzwi auta otworzyły si(cid:266), kierowca wyskoczył zirytowany. — Panie, oszalałe(cid:286), pan?! Do cholery! (cid:285)lepy pan jeste(cid:286), czy co? Niewiele brakowało, a by(cid:286) pan tu le(cid:298)ał w kawałkach. Człowiek podszedł bli(cid:298)ej. Przednie (cid:286)wiatła samochodu rzuciły jaskrawy blask na nieco zgarbion(cid:261), barczyst(cid:261) postać, krótko ostrzy(cid:298)on(cid:261), szpakowat(cid:261) głow(cid:266), twarz okryt(cid:261) bujnym zarostem. Kierowca poznał go. — Aaa… to pan, panie Zygmuncie... Co panu, do licha, strzeliło do łba, (cid:298)eby le(cid:296)ć mi pod koła? I sk(cid:261)d pan tu si(cid:266) wzi(cid:261)ł o tej porze? Nie dalej jak przed godzin(cid:261) widzieli(cid:286)my si(cid:266) przecie(cid:298). Jak miał pan do mnie jak(cid:261)(cid:286) spraw(cid:266), trzeba było wtedy mówić. Brodaty m(cid:266)(cid:298)czyzna milczał, uparcie spogl(cid:261)daj(cid:261)c na kierowc(cid:266). Ten zniecierpliwił si(cid:266) jeszcze bardziej. — Co jest, do diabła? Tak pan tu stoi jak kołek... Co(cid:286) si(cid:266) stało? Kiedy wyje(cid:298)d(cid:298)ałem od pa(cid:276)stwa, wszystko było w porz(cid:261)dku. I z klacz(cid:261), i ze (cid:296)rebakiem. — I... z... moj(cid:261)... córk(cid:261)... — urywany zbiór pojedynczych słów wydobywał si(cid:266) powoli z zaci(cid:286)ni(cid:266)tych warg. Kierowca odruchowo cofn(cid:261)ł si(cid:266). Teraz on te(cid:298) z napi(cid:266)t(cid:261) uwag(cid:261) patrzył na człowieka z brod(cid:261). Obaj wzajemnie mierzyli si(cid:266) przeszywaj(cid:261)cym wzrokiem. — Co pan robi, do cholery? Brodaty bez zbytniego po(cid:286)piechu si(cid:266)gn(cid:261)ł do kieszeni bawełnianej kamizelki. Srebrzyste ostrze długiego kuchennego no(cid:298)a zal(cid:286)niło w wyci(cid:261)gni(cid:266)tej r(cid:266)ce. — Z moj(cid:261) córk(cid:261), doktorku... Ty... z ni(cid:261)... wasz b(cid:266)kart... 3 Chwil(cid:266) pó(cid:296)niej samochód znów mkn(cid:261)ł po jezdni. Za kierownic(cid:261) siedział brodaty człowiek z ukrytym w kieszeni no(cid:298)em. Drugi m(cid:266)(cid:298)czyzna, zamkni(cid:266)ty w baga(cid:298)niku, rozpaczliwie wzywał pomocy. Nikt go nie słyszał... 4 Min(cid:266)ły cztery lata… I Jedenastoletnia Wiktoria zerkn(cid:266)ła na otwarty zeszyt, po czym z widoczn(cid:261) determinacj(cid:261) podsun(cid:266)ła go wchodz(cid:261)cemu do pokoju ojcu. — Tato! Nie wiem, jak napisać zadanie domowe. Pomó(cid:298) mi. Adam wiedział, (cid:298)e „pomó(cid:298) mi” w tym wypadku oznaczało „napisz za mnie”. Zazwyczaj do takiej „pomocy” Wiktoria zaprz(cid:266)gała jego siostr(cid:266), ale ona akurat teraz znajdowała si(cid:266) poza zasi(cid:266)giem. — Spiesz(cid:266) si(cid:266) — odpowiedział, staj(cid:261)c przed wisz(cid:261)cym na (cid:286)cianie lustrem i mozolnie wi(cid:261)(cid:298)(cid:261)c krawat. Musiał to robić w tym pokoju, nazywanym przez jego matk(cid:266) „salonem”. W dziesi(cid:266)ciometrowej klitce, któr(cid:261) zajmował z (cid:298)on(cid:261) i dzieckiem, lustra nie było, podobnie zreszt(cid:261) jak wielu innych przydatnych rzeczy. Córka podeszła do niego i zadarłszy głow(cid:266) do góry, uwa(cid:298)nie przyjrzała si(cid:266) mu ze swojej wysoko(cid:286)ci osóbki mierz(cid:261)cej niecałe półtora metra. — Ale tato, jak ty mo(cid:298)esz si(cid:266) spieszyć, kiedy jeste(cid:286) bezrobotny. Babcia mówi, (cid:298)e jak kto(cid:286) nie pracuje, to zawsze ma mnóstwo czasu. Ogl(cid:261)dana w lustrze twarz okryła si(cid:266) szkarłatem, usta zacisn(cid:266)ły, mi(cid:266)(cid:286)nie (cid:298)uchwy skurczyły. Trwało to kilka sekund. Potem odwrócił si(cid:266) spokojnie, głos miał opanowany. — Poka(cid:298), czego znowu nie umiesz? Szare oczy dziewczynki, ocienione firank(cid:261) złotawych rz(cid:266)s, zal(cid:286)niły triumfalnie. — Pani kazała nam napisać wypracowanie o tym, sk(cid:261)d si(cid:266) wzi(cid:266)ła nazwa naszego miasta. U(cid:286)miechn(cid:261)ł si(cid:266), mimowolnie przypominaj(cid:261)c sobie odległe szkolne czasy. Wiktori(cid:266) uczyła ta sama nauczycielka, co jego dwadzie(cid:286)cia lat temu. Kolejnym pokoleniom uczniów, edukowanym przez ow(cid:261) ekscentryczn(cid:261) dam(cid:266), przypadała w udziale w(cid:261)tpliwa przyjemno(cid:286)ć zmagania si(cid:266) z jej nietypow(cid:261) obsesj(cid:261) na 5 punkcie dziejów ich miasta. Co ciekawe, była to matematyczka. Wiedz(cid:266) o lokalnej historii przemycała na swoich lekcjach mi(cid:266)dzy programowymi zadaniami z algebry i geometrii. — Nazwa naszego miasta... — machinalnie powtórzył Adam. — Pani wam nie tłumaczyła, sk(cid:261)d si(cid:266) wzi(cid:266)ła? Wiktoria namy(cid:286)lała si(cid:266) przez chwil(cid:266). — Co(cid:286) tam mówiła... Zreszt(cid:261) seniora w ogóle ci(cid:261)gle o tym nawija. — Kto taki? — Seniora. Tak j(cid:261) przezywamy, bo senior to znaczy stary, a ona jest najstarsza w całej szkole. Starsza nawet od pani dyrektorki i pana wo(cid:296)nego. Wprawdzie nikt nie wie, ile ma lat, ale to przecie(cid:298) widać. Adam roze(cid:286)miał si(cid:266). — Za moich czasów przezywali(cid:286)my j(cid:261) „Wielka”. — „Wielka”? — zdziwiła si(cid:266) jego córka. — Przecie(cid:298) ona jest prawie ni(cid:298)sza ode mnie. Niedługo wszyscy w klasie j(cid:261) przero(cid:286)niemy. — Nazywali(cid:286)my j(cid:261) tak, bo stale, jak to okre(cid:286)liła(cid:286), „nawijała” o królu Kazimierzu Wielkim... — Tu Adam pobie(cid:298)nie rzucił okiem na do połowy zapisan(cid:261) stron(cid:266) zeszytu . — Na pewno wam mówiła, (cid:298)e to Kazimierz Wielki, przynajmniej tak głosi legenda, nazwał nasze miasto Giedymin? — Co(cid:286) tam mówiła — bez entuzjazmu przyznała Wiktoria. — A (cid:298)e nazwał je tak na cze(cid:286)ć swojego te(cid:286)cia, ojca swojej pierwszej (cid:298)ony Aldony, który wła(cid:286)nie miał na imi(cid:266) Giedymin, te(cid:298) mówiła? — Tak... — Noo… wi(cid:266)c to napisz. Wiktoria niech(cid:266)tnie wróciła do opuszczonego miejsca przy stoliku, zaj(cid:266)tego cz(cid:266)(cid:286)ciowo przez jej szkolne przybory, a cz(cid:266)(cid:286)ciowo przez nie uprz(cid:261)tni(cid:266)te naczynia z niedawno sko(cid:276)czonego (cid:286)niadania. — Gotowe! — o(cid:286)wiadczyła po kilku minutach. Ojciec powtórnie przerwał niewdzi(cid:266)czn(cid:261) czynno(cid:286)ć wi(cid:261)zania krawata i wzi(cid:261)wszy zeszyt, przebiegł wzrokiem po (cid:286)wie(cid:298)o naniesionych znakach. — Mo(cid:298)e być — ocenił. — Wprawdzie wypracowania na ogół maj(cid:261) nieco wi(cid:266)cej ni(cid:298) trzy zdania. I „król” pisze si(cid:266) przez u kreskowane... a „(cid:298)ona” przez zwykłe (cid:298). Ale poza tym nie jest (cid:296)le, zwłaszcza jak na zadanie z matematyki... Niewysoka, t(cid:266)ga kobieta, z ufarbowan(cid:261) na ognisto-rudy kolor fryzur(cid:261), sztucznie zakr(cid:266)con(cid:261) i gdzieniegdzie urozmaicon(cid:261) szcz(cid:261)tkami siwych odrostów, zjawiła si(cid:266) w progu i szybkim spojrzeniem zlustrowała cały pokój. 6 — Ada(cid:286)! — zaskrzeczała piskliwie. — Jeszcze nie gotowy? Idziesz w sprawie pracy, nie mo(cid:298)esz si(cid:266) spó(cid:296)nić! Zaczerwienił si(cid:266), jak nieletni wyrostek przyłapany na wagarach. — Ju(cid:298) ko(cid:276)cz(cid:266), mamo... Para wyblakłych (cid:296)renic spocz(cid:266)ła na siedz(cid:261)cej nad zeszytem Wiktorii. — A to co? Dopiero teraz dziecko odrabia lekcje? — Ju(cid:298) sko(cid:276)czyłam, babciu... — Ju(cid:298)? Chyba dopiero. Ada(cid:286)! Dziecko powinno wychodzić do szkoły. Mógłby(cid:286) tego dopilnować, skoro ona nie dopilnowała! „Ona” to Martyna, (cid:298)ona Adama. Tak te(cid:286)ciowa j(cid:261) nazywała, a na swoj(cid:261) wnuczk(cid:266) mówiła „dziecko”. Postawny trzydziestoletni m(cid:266)(cid:298)czyzna bezradnie tkwił naprzeciwko lustra, z nerwowym po(cid:286)piechem zaciskaj(cid:261)c wokół szyi kawałek połyskliwej tkaniny. — Od wi(cid:261)zania krawatów s(cid:261) (cid:298)ony — wygłosiła jego matka i gwałtownym ruchem wyrwała mu krawat z trz(cid:266)s(cid:261)cej si(cid:266) dłoni. — Daj, zawi(cid:261)(cid:298)(cid:266) ci, skoro ona si(cid:266) nie pofatygowała. Wiktoria szeroko otwartymi oczami patrzyła, jak babcia ubierała tat(cid:266) — wi(cid:261)zała mu krawat, wkładała marynark(cid:266), zapinała wszystkie guziki, poprawiała mankiety. Jakby był małym dzieckiem... Zreszt(cid:261) tak wtedy wygl(cid:261)dał, gdy stał z biernie opuszczonymi r(cid:266)kami, nieruchomy i bezwolny. II El(cid:298)bieta Turska nigdy na swój los nie narzekała, bo to nie po chrze(cid:286)cija(cid:276)sku narzekać na co(cid:286), co Bóg zsyła. Nawet je(cid:286)li zsyła m(cid:266)(cid:298)a, który po równo trzech dekadach mniej lub bardziej udanego po(cid:298)ycia nagle ginie bez (cid:286)ladu, by ostatecznie wrócić w postaci odnalezionych zwłok ofiary wypadku samochodowego. Albo córk(cid:266), która w wieku trzydziestu trzech lat wcale nie my(cid:286)li o zmianie stanu cywilnego. Albo syna, który z kolei o takiej zmianie pomy(cid:286)lał od razu po maturze... Nie tylko pomy(cid:286)lał, lecz ow(cid:261) my(cid:286)l wprowadził w czyn, funduj(cid:261)c osłupiałym ze zdumienia domownikom dwójk(cid:266) nowych lokatorów — ci(cid:266)(cid:298)arn(cid:261) kole(cid:298)ank(cid:266) z klasy, poł(cid:261)czon(cid:261) z nim sekretnie 7 nierozerwalnym sakramentem, a wkrótce potem — niefortunny efekt ich wspólnej nocy, ko(cid:276)cz(cid:261)cej pewn(cid:261) szkoln(cid:261) imprez(cid:266). Imi(cid:266) Wiktoria nadano wnuczce po dziadku. To był jego pomysł. Wiktor nieraz mawiał, (cid:298)e w posiadaniu dzieci najmilsz(cid:261) rzecz(cid:261) jest wymy(cid:286)lanie dla nich imion. Córk(cid:266) nazwał Beata, czyli „szcz(cid:266)(cid:286)liwa”, lub „błogosławiona”. „Trafił jak kul(cid:261) w płot” — os(cid:261)dziła jego (cid:298)ona. — „Szcz(cid:266)(cid:286)liwa? Czy mo(cid:298)e być szcz(cid:266)(cid:286)liwa po trzydziestce bez m(cid:266)(cid:298)a? I do stanu błogosławionego jako(cid:286) jej nie pilno”. Adamowi na drugie imi(cid:266) dał Feliks. Te(cid:298) „szcz(cid:266)(cid:286)liwy”... „Szcz(cid:266)(cid:286)cie” tu chyba jedynie w tym, (cid:298)e to drugie imi(cid:266), a nie pierwsze. Ale i tak w szkole przezywali go „Felek”. Wła(cid:286)nie upłyn(cid:261)ł czwarty rok od (cid:286)mierci Wiktora, a raczej nie tyle od jego (cid:286)mierci, ile od momentu, w którym rodzina o niej si(cid:266) dowiedziała. Par(cid:266) dni wcze(cid:286)niej wezwano go do pobliskiej wsi. Był jedynym weterynarzem w okolicy, pacjentów mu nie brakowało. Wtedy podobno chodziło o jak(cid:261)(cid:286) rodz(cid:261)c(cid:261) klacz, której (cid:296)rebak nie spieszył si(cid:266) na ten (cid:286)wiat, przez co jego matce groziła nieplanowana podró(cid:298) na tamten. Pó(cid:296)nym wieczorem Wiktor zadzwonił do domu, informuj(cid:261)c, (cid:298)e poród si(cid:266) udał, klacz i (cid:296)rebak (cid:298)yj(cid:261), za to on jest (cid:286)miertelnie zm(cid:266)czony i natychmiast przyje(cid:298)d(cid:298)a z powrotem. Nie przyjechał. Ani na noc, ani nast(cid:266)pnego dnia. Gdy min(cid:266)ła druga doba, El(cid:298)bieta powiadomiła policj(cid:266). Spisali protokół i zapewnili, (cid:298)e uczyni(cid:261) wszystko, co w ich mocy... Mo(cid:298)e i czynili, ale Wiktor nadal nie wracał. W ko(cid:276)cu El(cid:298)bieta odebrała z komisariatu telefon z „zaproszeniem” do kostnicy. Prosili j(cid:261), (cid:298)eby spróbowała zidentyfikować ciało... Wła(cid:286)ciwie nie było czego identyfikować. Zmasakrowane szcz(cid:261)tki kilkudniowego trupa nie przypominały człowieka, z którym prze(cid:298)yła trzydzie(cid:286)ci lat. W ogóle nie przypominały (cid:298)adnego człowieka. Jednak samochód Wiktora — kupiony niedawno nowy model fiata — zachował si(cid:266) prawie w cało(cid:286)ci. I jego dokumenty w (cid:286)rodku — te(cid:298). III Redakcja lokalnej gazety o intryguj(cid:261)cym tytule „Naga prawda” znajdowała si(cid:266) w do(cid:286)ć ponurym zaułku, w jednym z niepozornych kanciastych budynków na w(cid:261)skiej uliczce, która nawet pogodnego majowego poranka sprawiała sm(cid:266)tne 8 wra(cid:298)enie. Pojedyncze promienie wiosennego sło(cid:276)ca z trudem przedostawały si(cid:266) przez mury, o(cid:286)wietlaj(cid:261)c za(cid:286)miecony chodnik i owian(cid:261) samochodowymi spalinami jezdni(cid:266). Przy zdewastowanym przystanku autobusowym zatrzymał si(cid:266) zatłoczony pojazd. Wyszedł tylko jeden pasa(cid:298)er. Młody m(cid:266)(cid:298)czyzna w znoszonym garniturze, z widoczn(cid:261) pod rozpi(cid:266)t(cid:261) marynark(cid:261) biał(cid:261) koszul(cid:261) i starannie zawi(cid:261)zanym krawatem, bez po(cid:286)piechu przemierzył kilkunastometrowy odcinek betonowego bruku, by na koniec znikn(cid:261)ć za drzwiami redakcyjnej siedziby. Tego dnia Martyna była zawalona robot(cid:261), jak nigdy dot(cid:261)d. Wszystko spadło na ni(cid:261). Siedziała w redakcji praktycznie sama, oprócz kolegi Janusza, który zajmował gabinet nieobecnej szefowej i zdawał si(cid:266) zbyt pochłoni(cid:266)ty faktem bycia „prawie szefem”, by jeszcze mieć czas na cokolwiek innego. Redaktor naczelna Bo(cid:298)ena od tygodnia znów przebywała na urlopie macierzy(cid:276)skim, niewiadomo ju(cid:298) którym z kolei. Do tej pory Martyna zawsze mogła liczyć na pomoc Beaty, swojej szwagierki, z któr(cid:261) pracowała od ponad roku. To dzi(cid:266)ki niej zdobyła posad(cid:266) redakcyjnej korektorki i dzi(cid:266)ki niej po upływie okresu próbnego jakim(cid:286) cudem nie wyleciała z pracy, chocia(cid:298) redaktor naczelna, sporadycznie pojawiaj(cid:261)ca si(cid:266) w firmie w przerwach mi(cid:266)dzy jednym a drugim urlopem, napomykała co(cid:286) o konieczno(cid:286)ci redukcji etatów. Teraz Beata wyjechała do pewnej wioski, robić wywiad z pewn(cid:261) s(cid:266)dziw(cid:261) par(cid:261), obchodz(cid:261)c(cid:261) siedemdziesi(cid:266)ciolecie wspólnego po(cid:298)ycia. Miał z tego powstać reporta(cid:298) do najbli(cid:298)szego numeru. „Naga prawda” specjalizowała si(cid:266) w tematach obyczajowych. Gdy brakowało miejscowych skandali, w rodzaju pijackich wyczynów pana burmistrza lub przypadkowo odkrytego pozamał(cid:298)e(cid:276)skiego dziecka której(cid:286) z pa(cid:276) z Rady Miasta, ratowano si(cid:266) bardziej prozaicznymi artykułami — o nietypowych (cid:286)lubach, rozwodach, zgonach, narodzinach, czy jubileuszach. „Nietrudno trafić do gazety” — rozmy(cid:286)lała Martyna, nie odrywaj(cid:261)c oczu od wy(cid:286)wietlonego na komputerze tekstu i dłoni od klawiatury. — „Wystarczy siedemdziesi(cid:261)t lat z tym samym facetem... Ciekawe, czy my z Adamem tyle razem prze(cid:298)yjemy...”. Za(cid:286)miała si(cid:266) gło(cid:286)no. Perspektywa sp(cid:266)dzenia z m(cid:266)(cid:298)em kolejnych dziesi(cid:266)cioleci, choćby nawet i siedmiu, wprawiła j(cid:261) w (cid:286)wietny humor. Była szcz(cid:266)(cid:286)liwa z Adamem — w ogóle zreszt(cid:261) była szcz(cid:266)(cid:286)liwa. Jej znajomi wydziwiali, dlaczego ona godzi si(cid:266) na wegetacj(cid:266) w ciasnym pokoiku pod jednym dachem z te(cid:286)ciow(cid:261) i szwagierk(cid:261). Czy nie lepiej byłoby im na swoim? „Pewnie, (cid:298)e byłoby lepiej...” — odpowiadała Martyna i z niezm(cid:261)con(cid:261) pogod(cid:261) 9 dokonywała rzeczowego zestawienia swoich dochodów z rynkowymi cenami mieszka(cid:276). Nie marzyła o wyprowadzce na przysłowiowe własne (cid:286)mieci, (cid:298)ycie na cudzych w zupełno(cid:286)ci jej wystarczało. Kochała m(cid:266)(cid:298)a, przyja(cid:296)niła si(cid:266) z jego siostr(cid:261) i tolerowała jego matk(cid:266). Tak jak toleruje si(cid:266) objawy kaca po dobrej zabawie albo l(cid:298)ejszy portfel po wizycie w centrum handlowym podczas wyprzeda(cid:298)y. „Te(cid:286)ciowa to skutek uboczny mał(cid:298)e(cid:276)stwa” — mawiała nieraz. Adam wszedł ostro(cid:298)nie i dopiero zobaczywszy (cid:298)on(cid:266) sam(cid:261), pilnie (cid:286)l(cid:266)cz(cid:261)c(cid:261) przy monitorze, odetchn(cid:261)ł gł(cid:266)boko, jakby spadł mu z barków niewidoczny ci(cid:266)(cid:298)ar. Martyna u(cid:286)miechn(cid:266)ła si(cid:266) rado(cid:286)nie. — O, cze(cid:286)ć kochanie! Ju(cid:298) po rozmowie kwalifikacyjnej? I jak poszło? Podsun(cid:266)ła mu krzesło obok siebie przy biurku. Opadł na nie, niczym mdlej(cid:261)ca arystokratka w tandetnym serialu kostiumowym. — Jak poszło? — powtórzył grobowym tonem. — Lepiej nie pytaj. Jak zawsze. „Dzi(cid:266)kujemy panu”. „Prosz(cid:266) zostawić papiery w sekretariacie”. „Je(cid:286)li zwolni si(cid:266) etat, zadzwonimy do pana”... Z masochistyczn(cid:261) przyjemno(cid:286)ci(cid:261) parodiował nad(cid:266)tego osobnika, w którym jeszcze przed godzin(cid:261) spodziewał si(cid:266) mieć przyszłego szefa. Martyna taktownie milczała. To najlepsza rzecz, jak(cid:261) mogła robić w tej chwili. (cid:297)adne słowa nie byłyby na miejscu. Ani zdawkowa formułka: „Nast(cid:266)pnym razem si(cid:266) uda”, ani mimowolnie cisn(cid:261)cy si(cid:266) jej na usta niezbyt odkrywczy wykład o tym, (cid:298)e łatwiej byłoby znale(cid:296)ć prac(cid:266), gdyby sko(cid:276)czyło si(cid:266) choć jeden z kierunków studiów, które w swoim czasie si(cid:266) zaczynało i (cid:298)e dzisiejszy rynek raczej nie dysponuje nadmiarem ofert dla niedoszłych prawników, niedoszłych ekonomistów, niedoszłych architektów i niedoszłych teologów. Wi(cid:266)c Martyna nic nie mówiła i cierpliwie słuchała kilkunastominutowego monologu o bezrobociu, które podobno według statystyk spada, ale jako(cid:286) tego nie widać, o cynicznym sztywniaku, który radzi „człowiekowi” zostawiać papiery w sekretariacie, chyba tylko po to, (cid:298)eby sekretarka miała co zanosić do skupu makulatury, o skandalicznych korkach na ulicy, w których „człowiek” stał prawie pół godziny, o sfiksowanej nauczycielce matematyki, która ka(cid:298)e Wiktorii pisać zadania z historii, a Wiktoria to samo ka(cid:298)e robić „człowiekowi” ledwie (cid:298)ywemu z po(cid:286)piechu i zdenerwowania przed wa(cid:298)n(cid:261) rozmow(cid:261), o Beacie, która bez uprzedzenia zabrała samochód i „człowiek” musiał tłuc si(cid:266) autobusem, przez co niemal si(cid:266) spó(cid:296)nił, a w dodatku wyjechała do pracy wcze(cid:286)niej ni(cid:298) zwykle, zamiast wyr(cid:266)czyć „człowieka” w układaniu wypracowania o te(cid:286)ciu Kazimierza Wielkiego... 10 IV Troch(cid:266) łysiej(cid:261)cy, ale do(cid:286)ć przystojny blondyn o wysokiej, choć nie atletycznej sylwetce, inteligentnym wyrazie twarzy i przenikliwym spojrzeniu, rzucił na biurko Martyny kilka zapisanych kartek. — Kotku, przepisz mi to i prze(cid:286)lij na moj(cid:261) skrzynk(cid:266). Tylko migiem! Skrzywiła si(cid:266) i zmarszczyła brwi, bez powodzenia usiłuj(cid:261)c wygl(cid:261)dać na oburzon(cid:261). — Przede wszystkim, nie „kotku”! A poza tym, mam go(cid:286)cia, je(cid:286)li jeszcze nie zauwa(cid:298)yłe(cid:286). Zauwa(cid:298)ył. — Cze(cid:286)ć, Ada(cid:286)! Miło ci(cid:266) widzieć, nawet kiedy mi odrywasz personel od pracy. Mo(cid:298)e o tym nie wiecie, ale teraz jeste(cid:286)my w redakcji, a nie w ło(cid:298)u mał(cid:298)e(cid:276)skim. Martyna roze(cid:286)miała si(cid:266), Adam odwrotnie — zas(cid:266)pił jeszcze bardziej. — Ja wła(cid:286)ciwie przyszedłem do ciebie, Janusz... — Do mnie? — Janusz kokieteryjnie zatrzepotał prawie bezrz(cid:266)symi powiekami. — Nie wiedziałem, (cid:298)e jestem w twoim typie. Có(cid:298), masz dobry gust. Martyna, nie przestaj(cid:261)c si(cid:266) (cid:286)miać, cisn(cid:266)ła w niego zmi(cid:266)tym kawałkiem papieru. — Nie wygłupiaj si(cid:266). Adam ma do ciebie jak(cid:261)(cid:286) spraw(cid:266). — Zamieniam si(cid:266) w słuch — odpowiedział Janusz i z błaze(cid:276)skim u(cid:286)miechem wpatrzył si(cid:266) w jej m(cid:266)(cid:298)a. Ten z kolei wyczekuj(cid:261)co spojrzał na swoj(cid:261) (cid:298)on(cid:266). — Ach! — zawołała domy(cid:286)lnie. — Ju(cid:298) wiem! Adam chce ubiegać si(cid:266) o posad(cid:266) go(cid:276)ca u nas w redakcji. — Ubiegać si(cid:266)? — wolno powtórzył Janusz i nagle spowa(cid:298)niał. — Laleczko, z tego co widz(cid:266), to ty ubiegasz si(cid:266) za niego. Czy on nie umie mówić? Adam poczuł, (cid:298)e zaczyna si(cid:266) czerwienić. — Podobno teraz… zast(cid:266)pujesz szefow(cid:261)... — wyj(cid:261)kał niepewnie. — Martyna niedawno wspominała, (cid:298)e wasza naczelna mówiła, (cid:298)e chce zatrudnić go(cid:276)ca... 11 — Niezupełnie, kochanie — poprawiła Martyna. — To ja zagadn(cid:266)łam Bo(cid:298)en(cid:266), czy nie przydałby si(cid:266) goniec, a ona powiedziała, (cid:298)e my(cid:286)li, (cid:298)e chyba tak. − My(cid:286)li? – Janusz wzruszył ramionami . – Jak nasza naczelna my(cid:286)li, (cid:298)e tak, to potem zawsze wymy(cid:286)li, (cid:298)e nie. Adam wstał, powoli przenosz(cid:261)c zniech(cid:266)cony wzrok z (cid:298)ony na jej koleg(cid:266). — Wi(cid:266)c nie? — Nie — potwierdził Janusz i porozumiewawczo mrugn(cid:261)ł do Martyny. — Kotku, te teksty, które ci przyniosłem, to wywiad z jednym bufonem z samorz(cid:261)du. Za godzin(cid:266) chc(cid:266) to mieć w moim folderze. Wyrzuć wszystko, co niegramatyczne, nieortograficzne i niecenzuralne, reszt(cid:266) przepisz i wy(cid:286)lij mi. Martyna zerkn(cid:266)ła na le(cid:298)(cid:261)ce przed ni(cid:261) kartki. — Chyba wi(cid:266)kszo(cid:286)ć z tego b(cid:266)d(cid:266) musiała wyrzucić. — Co wyrzucisz, to wyrzucisz, aniołku. A czego nie wyrzucisz, to mi wy(cid:286)lesz. — Nie pami(cid:266)tam twojego adresu. — Jak to nie pami(cid:266)tasz? Mój adres powinna(cid:286) znać jak pacierz: janusz@nagaprawda.pl! — No tak. Jak(cid:298)e mogłam zapomnieć! Janusz małpa. Twoje imi(cid:266) i imi(cid:266) twojego przodka. — Naszego, kotku. Oboje mamy pradziadka szympansa. Albo dwóch ró(cid:298)nych pradziadków, ale na pewno obaj razem schodzili z drzewa. — Nie wiem, Januszku. Wydaje mi si(cid:266), (cid:298)e twój raczej zszedł troch(cid:266) pó(cid:296)niej. Je(cid:286)li w ogóle... Adam, stoj(cid:261)c ju(cid:298) przy drzwiach, z pos(cid:266)pn(cid:261) min(cid:261) obserwował biurowe zaloty. Jego (cid:298)ona zdawała si(cid:266) doskonale bawić. Szafirowe oczy rado(cid:286)nie błyszczały zza g(cid:266)stej otoczki pomalowanych czarnym tuszem rz(cid:266)s, opalona wskutek wizyt w solarium twarz promieniała, głowa przechylała si(cid:266) na ró(cid:298)ne strony, długie platynowe włosy swawolnie ta(cid:276)czyły wokół wydekoltowanej szyi, spadaj(cid:261)c z jednego ramienia na drugie. — Ju(cid:298) idziesz, kochanie? — przypomniała sobie o jego obecno(cid:286)ci. Odwrócił si(cid:266), nie zdejmuj(cid:261)c lewej dłoni z klamki. — Widz(cid:266), (cid:298)e jeste(cid:286) zaj(cid:266)ta. Nie chc(cid:266) przeszkadzać. — To cze(cid:286)ć, kochanie. Nie zapomnij odebrać Wiktorii ze szkoły. Dzisiaj wróc(cid:266) pó(cid:296)niej. Mam mnóstwo roboty, a potem jeszcze chc(cid:266) wst(cid:261)pić do fryzjera. — Do fryzjera? — Adam nerwowo zacisn(cid:261)ł praw(cid:261) r(cid:266)k(cid:266), któr(cid:261) trzymał w kieszeni marynarki. — Koniecznie chcesz tam i(cid:286)ć? Wiesz, (cid:298)e moja mama nie lubi, kiedy... 12 Janusz wydał nieokre(cid:286)lony d(cid:296)wi(cid:266)k — co(cid:286) po(cid:286)redniego mi(cid:266)dzy szyderczym (cid:286)miechem a (cid:298)ałosnym skowytem. Martyna u(cid:286)miechn(cid:266)ła si(cid:266) pow(cid:286)ci(cid:261)gliwie. — Wiem, kochanie. Twoja mama nie lubi, kiedy chodz(cid:266) do fryzjera... I kiedy chodz(cid:266) do kosmetyczki, do solarium, do sklepu odzie(cid:298)owego i obuwniczego, do kina, do parku na spacer... V Wie(cid:286) nazywała si(cid:266) Stolica. „Ktokolwiek tak nazwał t(cid:266) prymitywn(cid:261) jaskini(cid:266), musiał mieć idiotyczne poczucie humoru” — stwierdziła Beata, rozgl(cid:261)daj(cid:261)c si(cid:266) wokoło przez uchylon(cid:261) szyb(cid:266) samochodu. Jechała tak wolno, jak tylko si(cid:266) dało, próbuj(cid:261)c wy(cid:286)ledzić w miar(cid:266) przyzwoite miejsce do zaparkowania. „Chyba w ko(cid:276)cu stan(cid:266) pod pierwsz(cid:261) lepsz(cid:261) chałup(cid:261)... Co za nora! (cid:297)eby tu dotrzeć, przejechałam kilkadziesi(cid:261)t kilometrów, a teraz mam wra(cid:298)enie, (cid:298)e cofn(cid:266)łam si(cid:266) o kilkadziesi(cid:261)t lat. Albo kilkaset ”. Wlok(cid:261)c si(cid:266) w labiryncie w(cid:261)skich (cid:286)cie(cid:298)ek, nierównych i błotnistych po niedawnym ulewnym deszczu, obserwowała przechodz(cid:261)cych tubylców. Mieli na sobie stroje jakby (cid:298)ywcem wyj(cid:266)te z peerelowskiego filmu dokumentalnego o wiejskich przodownikach pracy. Kobiety paradowały w chustkach i fartuchach, m(cid:266)(cid:298)czy(cid:296)ni w gumiakach. Beata roze(cid:286)miała si(cid:266), przypomniawszy sobie, (cid:298)e przed wyjazdem szwagierka udzieliła jej profesjonalnych wskazówek w kwestii doboru garderoby, makija(cid:298)u i fryzury. Gdyby posłuchała choćby cz(cid:266)(cid:286)ci tych fachowych porad, wzi(cid:266)liby j(cid:261) tutaj za przybysza z innej planety. I tak musiała wygl(cid:261)dać co najmniej dziwnie w ubraniach wprawdzie nie najmodniejszych i nie specjalnie eleganckich, ale w ka(cid:298)dym razie współczesnych. Wiejski pejza(cid:298) z bujnie rozkwitł(cid:261) zieleni(cid:261), przepełniony czystym wiosennym powietrzem i o(cid:298)ywionym gwarem zdawał si(cid:266) zupełnie nie licz(cid:261)c kilku anten satelitarnych, naruszony dotykiem cywilizacji... Nie gdzieniegdzie stercz(cid:261)cych nad spadzistymi dachami podniszczonych domków, otoczonych wal(cid:261)cymi si(cid:266) płotami. Niekiedy wzdłu(cid:298) zachwaszczonej dró(cid:298)ki przemykał rycz(cid:261)cy motocykl albo oci(cid:266)(cid:298)ale toczył si(cid:266) traktor, a w paru 13 gospodarstwach, obok kurnika czy obory, dumnie prezentowało si(cid:266) jakie(cid:286) leciwe auto z odrapanym lakierem lub nadtłuczonym zderzakiem. W pewnym momencie Beata prawie przejechała stadko pas(cid:261)cych si(cid:266) na (cid:286)rodku drogi g(cid:266)si. Wystraszone ptaki rozbiegły si(cid:266) na ró(cid:298)ne strony, a ona w ko(cid:276)cu zatrzymała samochód. Spojrzała na zegarek, dochodziło południe. Z rezygnacj(cid:261) oparła głow(cid:266) o por(cid:266)cz fotela i wyci(cid:261)gn(cid:261)wszy z torebki zabrane z redakcji notatki, zacz(cid:266)ła je przegl(cid:261)dać. Były to materiały do wywiadu, który miała przeprowadzić z par(cid:261) wiekowych jubilatów. „Jak ten Janusz skombinował tyle szczegółów o ludziach z takiej zapadłej dziury?” — zastanawiała si(cid:266). — „Mam nadziej(cid:266), (cid:298)e to prawdziwe dane. (cid:297)ebym pó(cid:296)niej nie musiała pisać sprostowania... Rozalia i Zygmunt Go(cid:296)dzik... Nie(cid:296)le si(cid:266) dobrali. Ona — ró(cid:298)a, on — go(cid:296)dzik. I ten bukiet ju(cid:298) siedemdziesi(cid:261)t lat stoi w wazonie. On ma dziewi(cid:266)ćdziesi(cid:261)t dziewi(cid:266)ć lat, ona dziewi(cid:266)ćdziesi(cid:261)t osiem. Choćby z powodu wieku powinni trafić do gazety. Albo z powodu nazwiska. Go(cid:296)dzik i Go(cid:296)dzikowa — jak w reklamie. Od razu wiadomo, co bior(cid:261) na ból głowy... Prze(cid:298)yli jedynego syna, mieszkaj(cid:261) z wnuczk(cid:261), jej m(cid:266)(cid:298)em i dwójk(cid:261) prawnuków... Tylko gdzie dokładnie mieszkaj(cid:261)? Trzeba kogo(cid:286) zapytać, tu na pewno wszyscy si(cid:266) znaj(cid:261)... Chyba jako(cid:286) si(cid:266) dogadamy, o ile ci autochtoni nie mówi(cid:261) gwar(cid:261) albo wymarł(cid:261) polszczyzn(cid:261) sprzed kilku wieków, co by nawet mnie nie zdziwiło...”. Zadzwoniła komórka ukryta na dnie torebki. Beata wygrzebała j(cid:261) ze stosu zu(cid:298)ytych biletów autobusowych i podr(cid:266)cznych przyborów kosmetycznych. — Beata, jeste(cid:286) tam? — usłyszała głos brata. — O, cze(cid:286)ć Adam. — Cze(cid:286)ć. Chciałem ci przypomnieć, (cid:298)e u nas jest tylko jeden samochód na cał(cid:261) rodzin(cid:266). — Co? — nie zrozumiała. — Beata, wiedziała(cid:286), (cid:298)e ja dzisiaj rano potrzebowałem samochód, (cid:298)eby jechać na rozmow(cid:266) kwalifikacyjn(cid:261)? Tak? I zabrała(cid:286) go sobie! Przez ciebie prawie si(cid:266) spó(cid:296)niłem! Beata omal nie wyrzuciła Bogu ducha winnego telefonu przez okno. — Przeze mnie? Mo(cid:298)e to jeszcze przeze mnie nie zatrudnili ci(cid:266) w tej firmie? — Sk(cid:261)d wiesz, (cid:298)e mi nie poszło na tej rozmowie? — Nietrudno si(cid:266) domy(cid:286)lić. Gdyby ci si(cid:266) udało, nie dzwoniłby(cid:286), (cid:298)eby si(cid:266) na mnie wyładować i robić mi awantur(cid:266) z powodu samochodu, który mi dzisiaj jest potrzebny w pracy. 14 — Wcale si(cid:266) nie wyładowuj(cid:266). I wła(cid:286)ciwie nie dzwoni(cid:266) w sprawie samochodu, tylko w sprawie Wiktorii. Czy nie mogłaby(cid:286) jej wi(cid:266)cej pomagać w lekcjach? Dzisiaj rano zawracała mi głow(cid:266) jakim(cid:286) historycznym zadaniem z matematyki, kiedy akurat si(cid:266) spieszyłem... — Cze(cid:286)ć! — powiedziała Beata i rozł(cid:261)czyła si(cid:266). Przez chwil(cid:266) nie wiedziała, czy (cid:286)miać si(cid:266), czy w(cid:286)ciekać. Wybrała pierwsz(cid:261) opcj(cid:266). Zanosz(cid:261)c si(cid:266) tłumionym (cid:286)miechem, schowała do torebki telefon, a wyj(cid:266)ła z niej loków, potarganych od szybkiej jazdy przy otwartym oknie, jak zawsze nie dawała si(cid:266) rozczesać. Po kilkuminutowym daremnym wysiłku, Beata skapitulowała. i grzebie(cid:276). Niepokorna g(cid:266)stwina miedzianych lusterko — Niewa(cid:298)ne — rzekła do siebie półgłosem. — Mam robić wywiad, a nie prezentować idealn(cid:261) fryzur(cid:266). Zreszt(cid:261) pa(cid:276)stwo starsi pewnie i tak niedowidz(cid:261)... VI — Hej! Panienko, tu nie parking! Czerwona, w(cid:261)sata twarz zbli(cid:298)yła si(cid:266) do szyby. Beata odemkn(cid:266)ła drzwi i nie bez ulgi wydostała si(cid:266) na zewn(cid:261)trz. Od ponad godziny nie ruszała si(cid:266) z samochodu i ju(cid:298) zaczynała czuć, (cid:298)e wszystkie mi(cid:266)(cid:286)nie jej sztywniej(cid:261). Stoj(cid:261)cy przed ni(cid:261) m(cid:266)(cid:298)czyzna był dobrze po pi(cid:266)ćdziesi(cid:261)tce, mierzył chyba ze dwa metry i wa(cid:298)ył na oko co najmniej sto kilo. — To teren prywatny, (cid:298)e tak powiem. Stan(cid:266)ła mi pani pod chałup(cid:261). To naruszenie własno(cid:286)ci, (cid:298)e tak powiem. Beata zdobyła si(cid:266) na co(cid:286) w rodzaju syntetycznej imitacji uprzejmego u(cid:286)miechu. — Przepraszam pana. Nie wiedziałam, gdzie tu mo(cid:298)na zaparkować. Wielkolud z oburzeniem przekr(cid:266)cił masywn(cid:261) szyj(cid:266) w stron(cid:266) swojej „chałupy”. — Gdyby tak ka(cid:298)dy sobie parkował, gdzie popadnie... Prawie mi pani w płot wjechała! Beata, rzuciwszy okiem na płot, o który istotnie jej samochód niemal si(cid:266) opierał, chciała odpowiedzieć, (cid:298)e nawet po rozjechaniu ci(cid:266)(cid:298)arówk(cid:261) ta prowizoryczna rudera nie mogłaby wygl(cid:261)dać gorzej. Zanim jednak zd(cid:261)(cid:298)yła 15 otworzyć usta, na schodach ukazała si(cid:266) miniaturowa kobiecina i wrzasn(cid:266)ła cienkim głosikiem: − Mietek! Ogłuchłe(cid:286), czy co? Wołam ci(cid:266) i wołam, a ty nic! Obiad stygnie! Do domu! W tej chwili! Beata z trudem pohamowała gwałtowny atak (cid:286)miechu, widz(cid:261)c, jak pot(cid:266)(cid:298)ny osobnik z uległ(cid:261) min(cid:261) grzecznego dziecka bez słowa wypełnia rozkaz. — Mietek! — zapiszczała kobietka, wskazuj(cid:261)c ruchem głowy na samochód i jego wła(cid:286)cicielk(cid:266). — Co to za jedna? Mietek wzruszył muskularnym ramieniem. — A kto j(cid:261) tam wie? Wje(cid:298)d(cid:298)a tu sobie taka, jak do siebie i mówi, (cid:298)e nie ma gdzie parkować... Kobieta nie zdejmowała wzroku z tkwi(cid:261)cej przed płotem Beaty. — Widać, (cid:298)e to jaka(cid:286) miastowa dziewucha... Mo(cid:298)e przyjechała tu do kogo(cid:286) i nie wie, jak trafić. — Ale w płot prawie trafiła! — rezolutnie zauwa(cid:298)ył Mietek. Drobna istota sfrun(cid:266)ła ze schodów niby kura z grz(cid:266)dy i szybko przydreptała do Beaty. Zamieniwszy z ni(cid:261) par(cid:266) zda(cid:276), wydarła si(cid:266) dono(cid:286)nie: — Mietek! Chod(cid:296) tu! W tej chwili! Zaledwie wykrzyczała ostatni(cid:261) sylab(cid:266), olbrzym był ju(cid:298) przy niej. — Ta pani jest z gazety — powiadomiła go. — Z gazety... — powtórzył, miarowo kiwaj(cid:261)c du(cid:298)(cid:261) czaszk(cid:261), jakby dzi(cid:266)ki temu umieszczony w niej mózg łatwiej przyswajał usłyszan(cid:261) informacj(cid:266). — Przyjechała do Go(cid:296)dzików. — Do Go(cid:296)dzików... — I nie mo(cid:298)e do nich dojechać, bo samochód si(cid:266) zaklinował. Wczoraj tyle deszczu napadało, (cid:298)e ziemia nam przy płocie zmieniła si(cid:266) w błoto i koło w nim ugrz(cid:266)zło. Mietek! Spróbuj jako(cid:286) wydostać ten samochód z tego błota! Mietek spróbował, ale bez powodzenia. — Sam tego nie rusz(cid:266). Mo(cid:298)e we dwóch jako(cid:286) by poszło. Trzeba Ja(cid:286)ka zawołać. — Jasiek! — zakomenderowała kobieta. — Chod(cid:296) tu! W tej chwili! Z mieszkania wynurzyła si(cid:266) kopia Mietka, praktycznie nie ró(cid:298)ni(cid:261)ca si(cid:266) od oryginału, tylko młodsza o jakie(cid:286) trzydzie(cid:286)ci lat. — Co matka tak si(cid:266) drze? Nie jestem głuchy. Gdy matka ogl(cid:266)dnie wyja(cid:286)niła synowi powód swojego „darcia si(cid:266)”, dwóch osiłków zabrało si(cid:266) do dzieła. 16 VII Wydobyte z namokłej ziemi koła samochodu leniwie posuwały si(cid:266) po wyboistej (cid:286)cie(cid:298)ce. Beata znała ju(cid:298) dokładny adres. Zanim wyruszyła, usłu(cid:298)na pani Mietkowa hojnie wyposa(cid:298)yła j(cid:261) w dodatkowe informacje o rodzinie Go(cid:296)dzików. — Starzy nie(cid:296)le si(cid:266) trzymaj(cid:261) — opowiadała — chocia(cid:298) ju(cid:298) prawie z chałupy nie wychodz(cid:261). Ale co w tym dziwnego? W ich wieku... Daj Bóg ka(cid:298)demu tyle do(cid:298)yć. On jeszcze w obej(cid:286)ciu czasem si(cid:266) zakrz(cid:261)tnie, kur dopilnuje albo (cid:286)winiaków. A ona, nie uwierzy panienka, sama widziałam, (cid:298)e i gotuje, i pierze, i sprz(cid:261)ta! Wła(cid:286)ciwie cały dom ci(cid:261)gle na jej głowie, bo wnuczka, chocia(cid:298) młoda, wiele tam nie pomo(cid:298)e. Kalek(cid:261) jest, rozumie pani? Co(cid:286) tam jej si(cid:266) stało z nogami i je(cid:296)dzi na wózku inwalidzkim. A m(cid:261)(cid:298) tej wnuczki to chyba ze dwa razy od niej starszy... Co te(cid:298) tym chłopom strzela do łbów, (cid:298)eby czekać z o(cid:298)enkiem, kiedy si(cid:266) ju(cid:298) powinno nia(cid:276)czyć wnuki... Kiedy to si(cid:266) pobierali? Chyba b(cid:266)dzie czwarty rok... A pierwsze dziecko sze(cid:286)ć lat niedługo ko(cid:276)czy! Takie to rzeczy si(cid:266) dziej(cid:261), uwierzy pani... Ja tam nie chc(cid:266) obgadywać, oczywi(cid:286)cie... Ale to jeszcze powiem, (cid:298)e ten m(cid:261)(cid:298) tej wnuczki nie dał (cid:298)onie swojego nazwiska, tylko nazwisko jej nosi! Tak to si(cid:266) teraz ludziom w głowach przewraca... Ale ja na niego nic nie mówi(cid:266), chłop jest porz(cid:261)dny. Weterynarz, wie pani? Ten ich młodszy dzieciak dopiero zaczyna chodzić. A z tym starszym, nie(cid:286)lubnym, co(cid:286) jakby nie w porz(cid:261)dku. Chyba głuche, bo nosi taki aparat na uszach... A powodzi im si(cid:266)... Daj tak Bo(cid:298)e ka(cid:298)demu. Ja do cudzych portfeli nie zagl(cid:261)dam, ale (cid:286)lepa nie jestem i co widz(cid:266), to widz(cid:266). Samochody maj(cid:261) dwa. I to nie takie, jak ten, z przeproszeniem, wrak, który moje chłopy panience z błota wygramoliły, ale prawdziwe samochody. Inwentarza wiele nie maj(cid:261), ale te(cid:298) w tych czasach to si(cid:266) nie opłaca. Tego, co tam ostatnio naliczyłam, było z pół tuzina drobiu i dwie (cid:286)winie. Ju(cid:298) u nas nawet jest wi(cid:266)cej. Kiedy(cid:286) konie hodowali... Ale to było, jak gospodarzył ich syn. To znaczy starych syn... A z tym synem te(cid:298) jaka(cid:286) dziwna sprawa. Nagle chłop znikn(cid:261)ł... Tak, dobrze mówi(cid:266), znikn(cid:261)ł... Ju(cid:298) b(cid:266)dzie ze cztery lata. Mówi(cid:261), (cid:298)e umarł... Kto go tam wie, ja na pogrzebie nie byłam. A na co miałby umrzeć? Zdrowy był zawsze jak byk... A wie pani, on był organist(cid:261) u nas w ko(cid:286)ciele... Go(cid:296)dzikowie mieszkali prawie na drugim ko(cid:276)cu wsi. Beata obliczyła, (cid:298)e piechot(cid:261) mogłaby do nich dotrzeć w kwadrans. Swoim „wrakiem”, którego 17 zabłocone opony co jaki(cid:286) czas ton(cid:266)ły w napotykanych kału(cid:298)ach, dowlokła si(cid:266) po dwudziestu minutach. Po równo skoszonym trawniku, otoczonym (cid:286)wie(cid:298)o pomalowanym płotem, wolno spacerowały dwa wyro(cid:286)ni(cid:266)te koty. Kudłaty pies wylegiwał si(cid:266) przy bramie, z wyra(cid:296)nym zadowoleniem grzej(cid:261)c si(cid:266) w promieniach majowego sło(cid:276)ca. Na widok wchodz(cid:261)cej Beaty zamaszy(cid:286)cie poruszył długim ogonem, ale nie pofatygował si(cid:266), (cid:298)eby zaszczekać, ani tym bardziej wstać. Dom, choć raczej niedu(cid:298)y, sprawiał wra(cid:298)enie zadbanego, co niew(cid:261)tpliwie wyró(cid:298)niało go w okolicy. Obok stał gara(cid:298), a z tyłu dwa drewniane budynki. Pierwszy z nich chyba był kurnikiem. Za ogradzaj(cid:261)c(cid:261) go siatk(cid:261) urz(cid:266)dowało kilka kwok i jeden kogut. „W tym drugim pewnie s(cid:261) tamte dwie (cid:286)winie” — zgadywała Beata, rozgl(cid:261)daj(cid:261)c si(cid:266) uwa(cid:298)nie. Wła(cid:286)nie z tego drugiego budynku po chwili wyszedł niewysoki, lekko zgarbiony człowiek z blaszanym wiadrem w r(cid:266)ku. Postawił je na ziemi i osłaniaj(cid:261)c dłoni(cid:261) zmru(cid:298)one z powodu ostrego (cid:286)wiatła oczy, nieco zaskoczony spojrzał na id(cid:261)c(cid:261) w kierunku mieszkania młod(cid:261) kobiet(cid:266). Ta zatrzymała si(cid:266), Dzieliło ich par(cid:266) metrów. — Dzie(cid:276) dobry! — zawołała. — Ja do pa(cid:276)stwa Go(cid:296)dzików. M(cid:266)(cid:298)czyzna zbli(cid:298)ył si(cid:266) bez po(cid:286)piechu. Dopiero teraz Beata dostrzegła, (cid:298)e musiał być bardzo posuni(cid:266)ty w latach. Ogorzał(cid:261) twarz pokrywała sieć gł(cid:266)bokich zmarszczek, nad pofałdowanym czołem bieliły si(cid:266) resztki włosów. — Z gazety? — powtórzył, usłyszawszy wst(cid:266)pne wyja(cid:286)nienia. — Z gazety... A to si(cid:266) człowiek na stare lata doczekał, (cid:298)e o nim w gazetach pisz(cid:261)... I to tylko dlatego, (cid:298)e si(cid:266) z własn(cid:261) (cid:298)on(cid:261) prze(cid:298)yło troch(cid:266) lat... Pokój, do którego Zygmunt Go(cid:296)dzik wprowadził Beat(cid:266), był do(cid:286)ć obszerny, ale tak wypełniony chaotycznie ustawionymi meblami, (cid:298)e wydawał si(cid:266) ciasny. Na wzorzystym dywanie, koło umieszczonej w rogu wielkiej komody bawiła si(cid:266) dwójka dzieci. Kilkuletnia dziewczynka uniosła do góry czarn(cid:261) jak heban k(cid:266)dzierzaw(cid:261) główk(cid:266) i szeroko otwartymi (cid:296)renicami wpatrzyła si(cid:266) w przybyłych. — Beatko — powiedział do niej stary człowiek. — Zabierz Adasia i id(cid:296)cie do ogrodu. Jest ładna pogoda, a my tutaj z babci(cid:261) musimy porozmawiać z t(cid:261) pani(cid:261). Dziewczynka chwyciła za si(cid:266) po podłodze kilkunastomiesi(cid:266)cznego chłopczyka. Postawiony na nogi malec nieporadnie kroczył za starsz(cid:261) siostr(cid:261). Ta, ci(cid:261)gn(cid:261)c go w stron(cid:266) drzwi, nagle stan(cid:266)ła przed Beat(cid:261) i przyjrzawszy si(cid:266) jej, rzekła z radosnym (cid:286)miechem: r(cid:266)k(cid:266) czołgaj(cid:261)cego 18 — Dziadku! Ona ma czerwone włosy i zielone oczy! Pan Go(cid:296)dzik u(cid:286)miechn(cid:261)ł si(cid:266) zakłopotany. — Beatko, to niegrzecznie mówić „ona”. Mówi si(cid:266) „pani”. Dziewczynka, nie odrywaj(cid:261)c wzroku od Beaty, rezolutnie wyci(cid:261)gn(cid:266)ła do niej r(cid:261)czk(cid:266). — Cze(cid:286)ć. Nazywam si(cid:266) Beata. A ty? Beata odwzajemniła przyjazny u(cid:286)miech. — Ja te(cid:298). Mamy takie same imiona. — Tak? — ucieszyła si(cid:266) dziewczynka i gestem oficjalnej prezentacji wskazała na braciszka. — To jest mój brat Adam. A ty masz brata? — Tak. — A jak si(cid:266) nazywa? — Te(cid:298) Adam... VIII Martyna ju(cid:298) wychodziła z redakcji, gdy zatelefonował Adam. Siedz(cid:261)cy przy jej biurku Janusz z kpi(cid:261)c(cid:261) min(cid:261) przysłuchiwał si(cid:266) mał(cid:298)e(cid:276)skiej konwersacji. — Tak, kochanie? — (cid:286)wiergotała Martyna. — Znalazłe(cid:286) now(cid:261) ofert(cid:266)? Co? To moja znajoma... Tak, wła(cid:286)ciwie si(cid:266) znamy... Chcesz, (cid:298)ebym z ni(cid:261) porozmawiała w twojej sprawie? No dobrze, mog(cid:266) spróbować... Ale nie wiem, czy to co(cid:286) da, skoro to nie ona tam jest szefem, tylko jej wujek... Nie, wujka nie znam... Dobrze, postaram si(cid:266) co(cid:286) załatwić. To cze(cid:286)ć, kochanie. Rozł(cid:261)czyła si(cid:266), a Janusz spytał: — Znowu m(cid:266)(cid:298)ulek sobie nie radzi? — Co? — nie zrozumiała. Oparł si(cid:266) wygodnie o por(cid:266)cz krzesła spojrzeniem. i obrzucił j(cid:261) rozbawionym — Pytam, czy znowu masz co(cid:286) załatwiać swojemu protegowanemu, który zamiast (cid:298)ony potrzebuje nia(cid:276)ki i adwokata w jednym? Wzruszyła ramionami. — Pilnuj swoich spraw. Znowu zadzwoniła komórka, tym razem Janusza. Wyj(cid:261)ł j(cid:261) z wewn(cid:266)trznej kieszeni marynarki i szybko zerkn(cid:261)ł na wy(cid:286)wietlony numer. 19 — To Bo(cid:298)ena — powiadomił Martyn(cid:266), która wła(cid:286)nie otwierała drzwi. Zamkn(cid:266)ła je z powrotem i podbiegła do niego. Stan(cid:266)ła tak blisko, (cid:298)e całkiem dobrze słyszała głos szefowej. — Janusz! — wołała Bo(cid:298)ena, umiej(cid:266)tnie przekrzykuj(cid:261)c rozlegaj(cid:261)cy si(cid:266) w tle gwar, spowodowany hała(cid:286)liw(cid:261) zabaw(cid:261) swojego licznego potomstwa. Miała cztery córki i dwóch synów; ka(cid:298)de kolejne dziecko rodziło si(cid:266) kilka lub kilkana(cid:286)cie kwartałów po poprzednim, zmuszaj(cid:261)c j(cid:261) do uziemiania si(cid:266) na nieustannych urlopach macierzy(cid:276)skich i wychowawczych. — Czy Beata ju(cid:298) robiła wywiad z t(cid:261) star(cid:261) par(cid:261)? — Chyba wła(cid:286)nie go robi — odpowiedział Janusz. — To dobrze. Dajcie to na pierwsz(cid:261) stron(cid:266). — Na pierwsz(cid:261)? My(cid:286)lałem, (cid:298)e na pierwsz(cid:261) stron(cid:266) byłby lepszy artykuł o tamtym szurni(cid:266)tym kolesiu, który poćwiartował (cid:298)on(cid:266) i zakopał j(cid:261) w ogródku na grz(cid:261)dce z sałat(cid:261)... — Nie, Janusz. Tamto dajcie do kroniki kryminalnej. A macie jakie(cid:286) zdj(cid:266)cia z inspekcji na miejscu zbrodni? — Mamy. Rozkopane grz(cid:261)dki i podeptane sadzonki sałaty. Dopiero wschodziła... — To dajcie spokój ze zdj(cid:266)ciami. Nie prowadzimy poradnika dla jakie(cid:286) fotografie dowodów ogrodników. Liczyłam, (cid:298)e postaracie si(cid:266) o rzeczowych. — Starali(cid:286)my si(cid:266), Bo(cid:298)ena. Ale dowód rzeczowy u(cid:298)y(cid:296)niał gleb(cid:266) od paru tygodni i nie nadawał si(cid:266) do sfotografowania. Gdyby facet poci(cid:261)ł (cid:298)on(cid:266) na wi(cid:266)ksze kawałki i jako(cid:286) j(cid:261) zabalsamował, byłoby co pokazać... Bo(cid:298)ena ci(cid:266)(cid:298)ko westchn(cid:266)ła. — Trudno. Sam tekst musi wystarczyć. Macie co(cid:286) jeszcze? Janusz zacz(cid:261)ł pospiesznie wymieniać: — Zast(cid:266)pca burmistrza si(cid:266) rozwodzi, komendanta stra(cid:298)y złapali wstawionego za kółkiem, (cid:298)ona jednego typa z Rady Miasta zgodziła si(cid:266) na wywiad o prywatnym (cid:298)yciu swojego faceta... bez jego wiedzy podobno... — (cid:285)wietnie! — przerwała mu Bo(cid:298)ena. — Janusz, ty przeprowadzisz ten wywiad. Pami(cid:266)taj, (cid:298)eby wyci(cid:261)gn(cid:261)ć, ile si(cid:266) da. Im bardziej intymne szczegóły, tym lepiej. — Mo(cid:298)esz na mnie liczyć — zapewnił. — Wiem. Dlatego tobie to zlecam. Beata mogłaby mieć jakie(cid:286) skrupuły, a ty jeste(cid:286) idealny... 20 Gło(cid:286)ny dzieci(cid:266)cy wrzask zagłuszył dalsze jej słowa. Janusz czekał jeszcze przez kilkadziesi(cid:261)t sekund, w ko(cid:276)cu stwierdził: — Chyba si(cid:266) rozł(cid:261)czyła... — i wył(cid:261)czył telefon. Martyna z zamy(cid:286)leniem patrzała, jak chował komórk(cid:266) do kieszeni. — Janusz — odezwała si(cid:266) po chwili. — Wytłumacz mi tylko jedn(cid:261) rzecz. Dlaczego udajesz sko(cid:276)czonego kretyna? Kto(cid:286), kto ci(cid:266) nie zna, mo(cid:298)e dać si(cid:266) nabrać, ale ja dobrze wiem, (cid:298)e naprawd(cid:266) masz całkiem równo pod sufitem... Roze(cid:286)miał si(cid:266). — Sk(cid:261)d ta pewno(cid:286)ć, kotku? Ale masz racj(cid:266), jestem mniej stukni(cid:266)ty ni(cid:298) niejeden z tych, którzy uwa(cid:298)aj(cid:261) siebie za m(cid:261)drych, a mnie za idiot(cid:266). A dlaczego udaj(cid:266) kretyna? Bo kretynom na tym (cid:286)wiecie du(cid:298)o łatwiej. Twój m(cid:261)(cid:298) na przykład nie zachowuje si(cid:266) jak kretyn. I co z tego ma? Zasiłek dla bezrobotnych. Gdyby czasem spróbował odgrywać przygłupa, to mo(cid:298)e... — To mo(cid:298)e co? Znalazłby prac(cid:266)? — Praca znalazłaby jego, kotku. Znasz taki cytat z Biblii: „Szukajcie, a znajdziecie”? Mo(cid:298)e to było aktualne w czasach patriarchów i proroków, ale nie teraz. Teraz im bardziej si(cid:266) starasz, tym mniej ci wychodzi. I odwrotnie — wyluzujesz si(cid:266), wszystko ci zaczyna zwisać, zgrywasz wariata — i od razu jako(cid:286) si(cid:266) układa. — Co(cid:286) w tym jest — zgodziła si(cid:266) Martyna, odruchowo poprawiaj(cid:261)c fryzur(cid:266). — Ja na przykład przekonuj(cid:266) si(cid:266) o tym codziennie, kiedy układam włosy. Im bardziej si(cid:266) z nimi morduj(cid:266), tym gorzej si(cid:266) układaj(cid:261). A dzisiaj spieszyłam si(cid:266) i nie miałam czasu na eksperymenty z włosami, a te akurat uło(cid:298)yły si(cid:266) całkiem sensownie... A wła(cid:286)nie, mam umówion(cid:261) wizyt(cid:266) u fryzjera... — Spojrzała na zegarek. — Dopiero za godzin(cid:266)... O czym mówili(cid:286)my? — O twoich włosach, kotku. Zgadzam si(cid:266), s(cid:261) (cid:286)wietnie uło(cid:298)one. Gdyby wszystko na tym (cid:286)wiecie układało si(cid:266) tak idealnie jak twoje włosy... Martyna, oparta o kant biurka, wbiła przenikliwy wzrok w ironicznie u(cid:286)miechni(cid:266)t(cid:261) twarz Janusza. — Na przykład twoje podchody z Beat(cid:261)? Janusz poruszył si(cid:266) nerwowo. Jego u(cid:286)miech znikn(cid:261)ł, rysy jakby st(cid:266)(cid:298)ały. Martyna wpatrywała si(cid:266) w niego uparcie. — My(cid:286)lałe(cid:286), (cid:298)e nie wiem? — O czym? — O tym, (cid:298)e próbujesz startować do Beaty. Dam ci dobr(cid:261) rad(cid:266). Janusz zdołał ponownie si(cid:266) u(cid:286)miechn(cid:261)ć i przybrać szyderczy wyraz twarzy. — Zamieniam si(cid:266) w słuch, kotku. 21 — Beaty nie poderwiesz na takie numery, jakie ci(cid:261)gle tutaj odstawiasz, rozumiesz? — Nie bardzo, kotku. O(cid:286)wieć mnie. — Wła(cid:286)nie (cid:298)e rozumiesz! — Martyna niecierpliwie machn(cid:266)ła r(cid:266)k(cid:261) i skierowała si(cid:266) do drzwi. — Hej! – zawołał za ni(cid:261). Odwróciła si(cid:266). — Masz racj(cid:266), rozumiem. Chciała(cid:286) powiedzieć, (cid:298)e przed Beat(cid:261) nie powinienem zgrywać półgłówka? Skin(cid:266)ła głow(cid:261) z zadowoleniem. — Tak, to chciałam powiedzieć. Je(cid:286)li chcesz, (cid:298)eby ci wyszło z Beat(cid:261), musisz si(cid:266) zdemaskować. — Zdemaskować? — Tak. Zdj(cid:261)ć mask(cid:266) kretyna. Gdyby Beata zobaczyła, co si(cid:266) za ni(cid:261) kryje, miałby(cid:286) u niej jakie(cid:286) szanse. IX Pani Go(cid:296)dzikowa, jak na swoje prawie sto lat, wygl(cid:261)dała zadziwiaj(cid:261)co młodo. „Dałabym jej najwy(cid:298)ej osiemdziesi(cid:261)tk(cid:266)” — oceniła Beata, dyskretnie przygl(cid:261)daj(cid:261)c si(cid:266) s(cid:266)dziwej kobiecie, która — podobnie jak inne mieszkanki wsi Stolica — nosiła kolorowy fartuch i chustk(cid:266) na głowie. Wysuwały si(cid:266) z niej krótko obci(cid:266)te włosy, siwe, ale jeszcze nie zupełnie białe. Okr(cid:261)gła twarz, chocia(cid:298) pomarszczona, wydawała si(cid:266) (cid:286)wie(cid:298)a i czerstwa. Jasne oczy patrzyły (cid:298)ywo, z ust nie schodził pogodny u(cid:286)miech. Do(cid:286)ć wysoka postać, raczej t(cid:266)ga, lecz nie otyła, trzymała si(cid:266) niemal idealnie prosto i poruszała sprawnie, bez (cid:286)ladu jakiejkolwiek oci(cid:266)(cid:298)ało(cid:286)ci. Beata nie wiedziała, od czego zacz(cid:261)ć. Nie przygotowała wcze(cid:286)niej pyta(cid:276), liczyła na własn(cid:261) improwizacj(cid:266), która dot(cid:261)d nigdy jej nie zawodziła. A teraz nagle zawiodła. Siedzieli przy du(cid:298)ym, owalnym stole, przykrytym płóciennym obrusem. Pani Go(cid:296)dzikowa, nalewaj(cid:261)c do trzech szklanek herbat(cid:266) z porcelanowego dzbanka, uprzedziła na wpół powa(cid:298)nie, na wpół (cid:298)artobliwie: 22
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Rocznica
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: