Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00029 007577 18991677 na godz. na dobę w sumie
Rok, w którym nauczyłam się kłamać - ebook/pdf
Rok, w którym nauczyłam się kłamać - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 264
Wydawca: Dwie Siostry Język publikacji: polski
ISBN: 9788381501477 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dla dzieci i młodzieży >> dla dzieci
Porównaj ceny (książka, ebook (-21%), audiobook).

Wielokrotnie nagradzana poruszająca powieść dla młodzieży o złu, fałszywym oskarżeniu i samotnej walce w obronie sprawiedliwości, porównywana ze słynnym Zabić drozda Harper Lee.

Chciałam, żeby Betty wróciła tam, skąd przyjechała.

Chciałam, żeby to się wszystko nagle odstało.

Chciałam być tą Annabelle, którą byłam dawniej.

Jesienią 1943 roku spokojny świat pensylwańskiej wsi, gdzie wojna jest tylko dalekim echem, przestaje być dla Annabelle bezpiecznym miejscem. Pewnego ranka w szkole pojawia się nowa uczennica, brutalna i złośliwa Betty. Ofiarą jej prześladowania i intryg staje się nie tylko Annabelle, ale też włóczęga i dziwak Toby, który jest weteranem wojennym i jej przyjacielem. A gdy ma się dwanaście lat, nie jest łatwo stawić czoła złu, które nagle czai się tak blisko

Rok, w którym nauczyłam się kłamać to poruszająca powieść o konfrontacji ze złem i uprzedzeniami. Zdobyła wiele nagród, w tym tytuły Newbery Honor Book 2017 i Najlepszej Dziecięcej książki roku Wall Street Journal. Trafiła także na listę bestsellerów New York Timesa.

Ten znakomity debiut stawia czoła niesprawiedliwości i nie cofa się ani o krok.

People Magazine

Nad wiek przenikliwa dziewczynka jako główna bohaterka, kaleki, niezrozumiany samotnik, temat uprzedzeń i bigoterii porównania do Zabić drozda Harper Lee są jak najbardziej na miejscu. Ale Wolk tworzy własną opowieść pełną wdzięku i surowego, brutalnego piękna.

New York Times Book Review

Wraz z całą swą moralną złożonością powieść Wolk robi ogromne wrażenie.

Kirkus Review

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Lauren Wolk Rok, w którym nauczyłam się kłamać z języka angielskiego przełożył Sebastian Musielak Wydawnictwo Dwie Siostry Warszawa 2020 Dla mojej matki Prolog Tamtego roku, kiedy skończyłam dwanaście lat, nauczyłam się kłamać. Nie mówię tu o niewinnych kłamstewkach, które zdarzają się dzie- ciom. Mówię o prawdziwych kłamstwach wyrosłych z prawdziwego strachu — o słowach i czynach, które wyrwały mnie z dotychczaso- wego życia i bez pardonu rzuciły w zupełnie nową rzeczywistość. Zawirowania w moim spokojnym życiu zaczęły się jesienią 1943 ro- ku, nie tylko z powodu wojny, która wciągnęła cały świat w straszliwą burdę, lecz również z powodu dziewczynki o mrocznym sercu, której pojawienie się w naszej pagórkowatej okolicy zmieniło wszystko na zawsze. Czasem miałam taki mętlik w głowie, że czułam się jak papierowy wiatraczek w oku cyklonu, lecz przez cały ten niespokojny czas wie- działam, że chowanie się na stryszku stodoły z książką i jabłkiem to nie dla mnie — nie mogę tak po prostu pozwolić, by sprawy toczyły się coraz szybciej bez mojego udziału. Nie mogę skończyć dwunastu lat i do tego czasu nie pokazać, na co mnie stać — przez co rozumia- łam wywalczenie swojego miejsca w świecie, swojej małej autonomii i szansy na to, by jeszcze kiedyś móc kimś być. Tu jednak gra toczyła się o znacznie wyższą stawkę. 7 Tamtego roku, kiedy skończyłam dwanaście lat, nauczyłam się, że moje słowa i czyny mają wagę. I bywały tak ciężkie, że wcale nie miałam pewności, czy chcę ten ciężar dalej dźwigać. A jednak dźwigałam go i niosłam dalej — najlepiej, jak umiałam. Rozdział 1 Zaczęło się od porcelanowej świnki, którą ciotka Lily podarowała mi w moje piąte Boże Narodzenie. Mama pierwsza zauważyła, że świnka gdzieś przepadła. — Chowasz swoją skarbonkę, Annabelle? — Mama szorowała lam- perie, ja wkładałam do szafy letnie ubrania. Nietrudno było spostrzec brak świnki, bo w swoim pokoiku na piętrze oprócz mebli i okien mia- łam tylko grzebień, szczotkę i książkę przy łóżku. — Nikt nie ruszy twoich rzeczy — powiedziała. — Nie musisz niczego chować. Mama klęczała pod ścianą i trzęsła się cała w rytm szorowania, podeszwy czarnych gumiaków zwróciła teraz dla odmiany w górę. Byłam bardzo rada, że nie mogła wtedy zobaczyć mojej twarzy. Składałam właśnie obrzydliwie różową sukienkę do kościoła, z której miałam nadzieję do wiosny wyrosnąć, i wyobraziłam sobie, że moje policzki nabrały wtedy tego samego okropnego koloru. Parę godzin wcześniej po powrocie ze szkoły chwyciłam skarbon- kę i zaczęłam wytrząsać z niej centówkę, no i wypuściłam ją z rąk. Świnka zamieniła się w stos skorup i monet, które wrzucałam do niej od lat — musiałam ich już uzbierać dobre dziesięć dolarów. Skorupy zakopałam za ogródkiem, a monety zebrałam na starą chusteczkę do nosa, po czym związałam rogi i ukryłam zawiniątko w śniegowcu pod 9 łóżkiem, razem ze srebrnym dolarem z kolekcji dziadka, który dosta- łam od niego na ostatnie urodziny. Tej srebrnej dolarówki nigdy nie wrzuciłam do świnki, bo nie był to dla mnie pieniądz. Wyobrażałam sobie, że to medalik, który pewnego dnia założę na szyję — a wszystko za sprawą widniejącej na monecie pięknej kobiety, wyniosłej i poważnej w swej spiczastej koronie. I powiedziałam sobie, że może się rozstanę z tą centówką, może nawet niejedną, lecz srebrnego dolara dziadka nigdy w życiu nie od- dam tej okropnej dziewczynie, która będzie na mnie czekać na ścież- ce prowadzącej do Wilczego Jaru. Idąc do szkoły z braćmi — dziewięcioletnim Henrym i siedmiolet- nim Jamesem  — codziennie schodziłam ścieżką do Wilczego Jaru i wracaliśmy do domu tą samą drogą. I to właśnie tam miała na mnie czekać po szkole trochę starsza ode mnie, duża i zadziorna dziewczy- na o imieniu Betty. Przysłali ją z  miasta do dziadków, państwa Glengarrych, którzy mieszkali ponad stromym brzegiem potoku Raccoon Creek, po dru- giej stronie drogi, zaraz za zjazdem do naszej farmy. Bałam się jej od pierwszego dnia, kiedy pojawiła się w naszej szkole, czyli od trzech tygodni. Krążyły plotki, że Betty została wysłana na wieś z powodu n i e - s u b o r d y n a c j i, i aż musiałam sprawdzić w szkole w wielkim słow- niku, co to słowo znaczy. Nie wiedziałam, czy umieszczenie Betty na farmie dziadków miało być dla niej karą czy raczej szansą na jakąś poprawę, lecz tak czy owak uważałam, że zwalenie jej nam na głowę było bardzo nie fair — nie zrobiliśmy przecież nic aż tak strasznego, żeby sobie na to zasłużyć. 10 Betty pojawiła się w  naszej szkole pewnego ranka bez żadnych fanfar i słowa wyjaśnienia. Było nas tam już wtedy prawie czterdzie- ścioro, czyli znacznie więcej, niż pierwotnie zakładano, przez co nie- którzy musieli siedzieć parami — dwójka uczniów w jednej wąskiej ławce, dwójka do pisania i  liczenia na jednym pochylonym i  pokie- reszowanym pulpicie, w  skrytce pod blatem dwa zestawy podręcz- ników. Nie przeszkadzało mi to specjalnie, bo dzieliłam ławkę z moją przy- jaciółką Ruth, bladą i cichą dziewczynką o ciemnych włosach i kar- minowych ustach, która zawsze chodziła w nienagannie wyprasowa- nych sukienkach. Ruth, tak jak ja, uwielbiała czytać i ta wielka pasja nas łączyła. No a do tego obie byłyśmy bardzo chude i regularnie się kąpałyśmy (czego nie można powiedzieć o wszystkich uczniach szko- ły w Wilczym Jarze), tak więc siedzenie z nią w jednej ławce nie było takie złe. Kiedy tamtego dnia Betty zjawiła się w  naszej szkole i  stanęła w drzwiach klasy, przywitała ją nasza nauczycielka, pani Taylor. — Dzień dobry — zwróciła się do niej, ale Betty nie odpowiedziała, skrzyżowała tylko ramiona na piersiach. — Dzieci, to jest Betty Glen- garry. Pomyślałam wtedy, że to nazwisko brzmi jak z piosenki. Pani Taylor oczekiwała, że i my powitamy nową uczennicę, co też zrobiliśmy. Betty powiodła po nas spojrzeniem bez jednego słowa.  — Mamy tu trochę ciasno, Betty, ale znajdziemy miejsce dla cie- bie. Palto i śniadaniówkę zostaw na wieszaku. Patrzyliśmy w milczeniu, gdzie też pani Taylor posadzi Betty, za- nim jednak nasza nauczycielka zdążyła coś przedsięwziąć, chuda dziewczynka o  imieniu Laura, która najwyraźniej wyczuła, co się 11 święci, zebrała książki z ławki i wcisnęła się obok swojej przyjaciółki Emily. I w tej ławce od tej pory siedziała Betty. A że siedziała tuż przed ławką moją i Ruth, już po dwóch dniach miałam włosy upstrzone kul- kami z  przeżutego papieru i  nogi pokłute od ołówka, którym Betty sięgała za siebie i dźgała mnie gdzie popadnie. Nie byłam z tego po- wodu szczęśliwa, cieszyłam się jednak, że wzięła na celownik mnie, a nie Ruth, która była mniejsza i bardziej delikatna. Poza tym miałam braci, którzy wystawiali mnie na próby znacznie gorsze niż te, a Ruth w ogóle nie miała rodzeństwa. Przez pierwszy tydzień po przyjeździe Betty mówiłam sobie, że jakoś przetrwam te drobne napaści, spodzie- wałam się bowiem, że będą coraz rzadsze. W  innej szkole nauczycielka pewnie widziałaby to wszystko, ale pani Taylor ufała, że cokolwiek dzieje się za jej plecami, nie jest warte jej uwagi. Ponieważ uczyła nas wszystkich, ławki ścieśnione pod tablicą były zawsze zajęte przez klasę, która akurat przerabiała z nią lekcję, a w tym czasie pozostali siedzieli na swoich miejscach i robili zadania, dopóki nie przyszła ich kolej na zajęcie miejsc przy katedrze. Niektórzy starsi chłopcy spali przez większą część dnia. Kiedy budzili się na swoje lekcje pod tablicą, zupełnie nie kryli pogardy dla pani Taylor, która — jak mi się zdaje — poświęcała im chyba mniej czasu niż innym. Byli to już rośli młodzi ludzie i pomagali ro- dzicom w gospodarstwie, więc nie rozumieli, po co im szkoła, skoro nikt im tam nie mówi, jak siać, żąć i wypasać bydło. I na bank wie- dzieli, że jeśli zdążą dorosnąć, zanim skończy się wojna, nie będą mieli z tej szkoły żadnego pożytku w walce z Niemcami. Praca na farmie i przy bydle mogła im zapewnić zwolnienie z frontu, bo kar- 12 miła żołnierzy, albo dać im siły do walki, ale szkoła nie dawała im nic. Mimo to w najzimniejsze miesiące roku rodzice pędzili ich do ro- bót trudnych i żmudnych — musieli naprawiać płoty, dachy obór i koła wozów. Jeśli więc mieli do wyboru cały dzień próżnowania, spania na pulpitach i rozrabiania z innymi chłopakami na przerwach zamiast tyrania na dworze w lodowatym wietrze, na ogół wybierali szkołę. Pod warunkiem, że ojcowie ich do szkoły puszczali. Ale kiedy Betty zja- wiła się u nas, był październik i dni jeszcze ciepłe, więc te najgorsze rozrabiaki chodziły na lekcje w kratkę. Gdyby nie Betty, nasza szkoła byłaby oazą spokoju — przynajmniej do listopada, kiedy świat stanął na głowie i musiałam znacznie rozwinąć swój repertuar kłamstw. Wtedy nie znałam jeszcze słowa, które właściwie opisałoby Betty, i nie umiałam nazwać tego czegoś, co odróżniało ją od innych dzie- ci w naszej szkole. W niecały tydzień zapoznała nas z kilkunastoma wyrażeniami, których znajomość nie była nam do niczego potrzebna, wylała cały kałamarz atramentu na sweterek Emily i  opowiedziała maluchom, skąd się biorą dzieci, czego ja dowiedziałam się od bab- ci niewiele wcześniej, bo poprzedniej wiosny, kiedy ocieliła się nasza krowa. Wiedza ta spłynęła na mnie łagodnie, bo babcia umiała przeka- zywać ją z wdziękiem i poczuciem humoru kobiety, która sama rodzi- ła, a wszystkie jej dzieci bez wyjątku przyszły na świat w tym samym łóżku, w którym spała z dziadkiem. Jednak na najmłodsze dzieciaki w mojej szkole wiedza ta wcale nie spłynęła łagodnie. Betty wyłożyła ją brutalnie. Napędziła im okropnego stracha. I na domiar złego za- powiedziała im, że jak nakablują na nią rodzicom, to po szkole pójdzie za nimi do lasu i ich spierze na kwaśne jabłko — tak jak później mnie. Albo nawet zabije. A one jej uwierzyły, zupełnie tak samo jak ja. 13 Mogłam grozić braciom nagłą śmiercią i posiekaniem na kawałki sto razy na dzień, a oni tylko śmiali się ze mnie i pokazywali mi język, ale z Betty wystarczyło, że ledwie na nich spojrzała, a zaraz byli jak trusie. Więc pewnie i tak niewiele by mi pomogli, gdyby byli ze mną tamtego dnia w Wilczym Jarze, kiedy Betty wyszła zza drzewa i za- grodziła mi drogę. Gdy byłam mała, spytałam raz dziadka, skąd się wzięła nazwa Wil- czy Jar. — Ludzie kopali tam kiedyś głębokie doły, żeby łapać wilki — od- powiedział. Dziadek był jednym z ośmiu mieszkańców naszej farmy, należącej do rodziny od stu lat, przedstawicielem najstarszego z trzech pokoleń stłoczonych pod jednym dachem po wielkim kryzysie, który mocno odchudził cały kraj i udowodnił, że nasza farma jest najlepszym miej- scem do życia na ziemi. Teraz, kiedy na świecie szalała druga wielka wojna i brakowało jedzenia, bardzo wielu ludzi uprawiało przydomo- we ogródki, a nasza farma była jednym wielkim ogrodem, który mój dziadek pielęgnował przez całe życie. Był człowiekiem poważnym i zawsze mówił mi prawdę, której nie zawsze chciałam słyszeć, ale czasem pytałam i tak. Kiedy więc chcia- łam się dowiedzieć, skąd się wzięła nazwa Wilczy Jar, odpowiedział mi szczerze, choć miałam wtedy zaledwie osiem lat. Siedział w kuchni na krześle niedaleko pieca, łokcie wsparł na ko- lanach, dłonie zwisały mu swobodnie z wielkich nadgarstków, białe stopy były gotowe wsunąć się w buty. W inne pory roku wyglądał mło- dziej, oczy miał jakby szerzej otwarte. Ale w tamten poranek, choć był dopiero czerwiec, wydawał mi się skonany. Górna część czoła była 14 biała jak stopy, za to nos i policzki miał brązowe jak ręce i ramiona do miejsca, do którego podwijał rękawy. Wiedziałam, że jest bardzo zmęczony, choć większą część dnia siedział w  cieniu, zajmując się drobniejszymi pracami. — Po co chcieli łapać wilki? Przecież nie da się ich wydoić. Ani zaprząc do pługu. Ani zjeść na kolację. Jakoś nie mogłam sobie tego wyobrazić. — Żeby się ich tyle nie pałętało po lasach. Nie patrzył na mnie. Patrzył na swoje dłonie. Mimo że były twarde jak garbowana skóra, u nasady kciuków powychodziły mu pęcherze, kiedy pomagał przy sadzonkach mojemu tacie. — I żeby nie zjadały kur? — spytałam. Czasami nad ranem budziły mnie krzyki mamy, kiedy do naszego kurnika przekopał się lis. Nie byłam pewna, czy nawet moja mama popędziłaby za wilkiem tak jak za lisem. — Między innymi. — Dziadek wyprostował plecy i potarł oczy. — Wtedy już ludzie nie polowali na wilki tak jak w dawniejszych czasach. Więc było ich za dużo i na za dużo też zaczynały sobie pozwalać. Pomyślałam o dole pełnym wilków. — Zabijali je, kiedy już tam wpadły? Dziadek westchnął. — Strzelali je. Uszy zabierali, bo nagroda była. Trzy dolary za parę. — Uszy? A jak były młode, to brali je do domu? Kiedy dziadek się śmiał, nie było go prawie słychać. Podrygiwały mu wtedy tylko ramiona. — Myślisz, że taki wilk dogadałby się z psami? Na farmie była zawsze cała sfora psów. Nie umiałabym sobie wy- obrazić gospodarstwa, po którym nie biegałoby sześć czy siedem 15 hałaśliwych czworonogów. Raz na jakiś czas któryś gdzieś przepadał, ale niedługo potem jego miejsce zajmował nowy pies. — Przecież mogli te młode wilki właściwie wychować. Zrobić z nich psy. Dziadek założył szelki na ramiona i  zaczął wciągać skarpety na nogi. — Wilk to wilk i nigdy psem nie będzie, choćby nie wiem jak go wychowywać — odrzekł mi wtedy. Kiedy wzuł i zasznurował buty, wstał i położył mi na głowie wielką dłoń. — Młode też zabijali, Annabelle. Pewnie się nad tym nawet nie zastanawiali. Przypomnij sobie, czy choć drgnęła ci powieka, jak na wiosnę zdeptałem tego małego mokasyna. Pamiętałam, że na ciele martwego węża zachował się ślad po bu- cie, jakby był z gliny. — Mokasyny są jadowite, a to duża różnica — sprzeciwiłam się. — Nie dla tego węża — odrzekł mi na to. — Ani Boga, który go stworzył. Tytuł oryginału: The Wolf Hollow © Copyright 2016 by Lauren Wolk © Copyright for the Polish translation by Sebastian Musielak, 2019 © Copyright for this edition by Wydawnictwo Dwie Siostry, 2019 © Copyright for the illustrations by Wydawnictwo Dwie Siostry, 2019 wydanie I ISBN 978-83-8150-147-7 wydawnictwodwiesiostry.pl Przekład: Sebastian Musielak Redakcja: Ewa Polańska Korekta: Małgorzata Kuśnierz Projekt okładki: Aleksandra Cieślak Skład wersji elektronicznej: Tomek Domański Ta książka jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy o przestrzeganie praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobi- ście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty. Szanujmy cudzą własność i prawo! Wydawnictwo Dwie Siostry sp. z o.o. al. 3 Maja 2 m. 183 00-391 Warszawa Biblioteki, szkoły, przedszkola, księgarnie i inne instytucje zainteresowane ofertą specjalną zachęcamy do kontaktu z działem handlowym (handlowy@wydawnictwodwiesiostry.pl, +48 577 888 278). Polska Izba Książki
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Rok, w którym nauczyłam się kłamać
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: