Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00286 004316 15176218 na godz. na dobę w sumie
Romans panny Opolskiej z panem Główniakiem - ebook/pdf
Romans panny Opolskiej z panem Główniakiem - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 177
Wydawca: Universitas Język publikacji: polski
ISBN: 978-832-421-030-5 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> powieść
Porównaj ceny (książka, ebook (-9%), audiobook).

Kontynuacja serii „Klasyka Mniej Znana” adresowanej do studentów filologii polskiej. Tom zawiera powieść Kazimierza Przerwy-Tetmajera – jednego z najbardziej znanych twórców młodopolskich. Publikację tomiku jego wierszy (druga seria „Poezji”, 1894 r.) uznaje się za rozpoczęcie tejże epoki.
W swojej twórczości poruszał problemy znamienne dla epoki modernizmu. Wyrażał charakterystyczne dla tego okresu poczucie znużenia, zwątpienia i rozczarowania, kumulujące się w postawie dekadenckiej. W jego twórczości można znaleźć ślady filozofii Artura Schopenhauera i Fryderyka Nietzschego. Przebija z niej także fascynacja filozofią indyjską, w której poeta szukał ukojenia i sensu.
Zasłynął jako autor śmiałych erotyków, a także piewca piękna i dzikości Tatr. Wątki tatrzańskie kontynuował w zbiorze opowieści „Na Skalnym Podhalu”, pisanym stylizowaną gwarą podhalańską, czy powieści „Legenda Tatr”.
„Romans panny Opolskiej z panem Główniakiem” należy do mniej znanych dzieł, a jego lektura pozwoli szerzej spojrzeć na dokonania literackie autora.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

ISBN 97883-242-1030-5 Z turkotem i rozpędem zajechało kilka lekkich pojazdów, w dobre konie zaprzęŜonych, przed dwór czy pałac, jak go takŜe zwano w Kre- sowicach. Z pierwszego wózka, chwyciwszy rajtpajcz za plecami poło- Ŝony i rzuciwszy lejce chłopcu stajennemu, ponad stopień, prosto na ziemię wyskoczyła panna Helena Klementyna Opolska i poczęła wo- łać do przybyłego wraz z nią towarzystwa: – Wysiadajcie! Wysiadajcie! Musicie być głodni! Towarzystwo wysypało się z wolantów, wózków i amerykanów. Sama młodzieŜ, młode panny, młodzi chłopcy, wszystko z wiejska ubrane, suknie podpięte, sztylpy i buty z cholewami, wszystko ochocze, zdro- we i przystojne. – Proszę! – wołała panna Opolska. – Chodźcie! Młodzi ludzie nie weszli, ale raczej wpadli na wyścigi po kilku wy- sokich schodach w ogromną sień, gdzie na ich powitanie wylazł rosły, o głupim wyrazie wąskich, skośnych oczu pies, jakaś mieszanina bry- tana i doga i podniósłszy wielki łeb w górę, patrzał na przybyłych. Nim zawieszono na kołkach peleryny, płaszcze i kurty zwierzchnie, wszedł do sieni z dziedzińca Jan Główniak, nauczyciel ludowy z Kre- sowic i zarazem nauczyciel ośmioletniego Jacusia Opolskiego, brata panny Heleny Opolskiej. Główniak starał się przejść niepostrzeŜony pod lewą ścianą sieni, ale pies zastąpiwszy mu drogę i wyszczerzywszy zęby, począł warczeć. Główniak zatrzymał się zakłopotany. Pies był ogromny. Działo się to tuŜ przy ścianie, za plecami kilku tyłem do niego od- wróconych panien, pośród których stała panna Opolska; panny Ŝywo rozmawiały, poprawiając na sobie ubranie i przygładzając sobie na- prędce włosy. Główniak czuł straszną i upokarzającą katastrofę przed sobą. Na- wet krzyknąć na psa się lękał, aby jej nie przyspieszyć. Widział to, Ŝe jeszcze moment, a głupi i zły pies rzuci się ku niemu ze zgubniejszym, niŜ moŜliwe rany, upokarzającym hałasem. 5 Wtem świsnął rajtpajcz, gruby i twardy, z ręki panny Opolskiej z tak wściekłą siłą uderzając w łeb psa, Ŝe pies przypadł pyskiem ku ziemi, drugi zaś cios, nie słabszy od poprzedniego, w bok wymierzony, w przednią łopatkę, zmiótł go z drogi przed Główniakiem. – Dzię-dziękuję – poczęło się bełkotać Główniakowi w ustach. Ale panna Opolska zaledwie odwróciła głowę i zaledwie spojrzała nań. Nie przerwała rozmowy z towarzyszkami. Główniakowi zdawało się, Ŝe się ukłonił i poszedł dalej, na lekcję z Jacusiem, niesłychanie zmieszany, zawstydzony i wzruszony. – Kto to jest? – zapytała panny Heleny panna Tonia Rapciszewska. – Śliczny chłopak! – To? Nauczyciel Jacka. Pan Główniak. – Jak?! – Główniak. – Zmiłuj się! Nie moŜe być! – i panna Rapciszewska parsknęła śmiechem. Z kątów szafirowych ócz panny Opolskiej, podobnych do zamglo- nego jeziora, strzeliły ku niej złe ognie, ledwo widoczne. Panna Rapci- szewska nie spostrzegła ich wcale. Wesołe, gwarne, swobodne i oŜywione, przemroŜone trochę chłod- nym ranem listopadowym i rozruszane przejaŜdŜką, której panna domu nadała szalone tempo, towarzystwo runęło do sali jadalnej. Był to dzień dwudziestego trzeciego listopada, świętego Klemensa, dzień imienin ojca panny Opolskiej, pana Klemensa Opolskiego (herbu własnego Opolski z Opolska i Kresowic Pastewnych), a zarazem takŜe rodzaj imienin panny Opolskiej. Rodzina i sąsiedztwo zjechali się licznie. Bo w tej okolicy, dalekiej miastom i zapadłej w lasy, szlachta sie- działa jeszcze gęsto po wsiach dziedzicznych i jeszcze Ŝyła tam trady- cja obchodów rodzinnych i sąsiedzkich zjazdów w całej pełni. Nie Ŝało- wano sobie. – Więc. Ile razy idzie dziewiętnaście w stu? – pytał Główniak Jacu- sia Opolskiego, siedząc w jego pokoju przy lekcji. – Dziewiętnaście w stu?... Dziewiętnaście w stu?... Cztery razy. – Hm... Co jest większe: dwadzieścia czy dziewiętnaście? – Dwadzieścia. – Więc. Ile razy idzie dwadzieścia w stu? – Pięć razy. – Widzisz. No to ile razy idzie dziewiętnaście w stu? – Cztery razy. – JakŜe? Kiedy dziewiętnaście jest mniejsze od dwudziestu? 6 miecki i religię. imieniny papy. z pokoju. – MoŜe być i zaraz. Mama zapomniała pana kazać uprzedzić. Dziś – A! To ja... to więc... Ale panna Opolska skinęła znowu oczami Główniakowi i wyszła – No to właśnie. – Jak to? – No bo jak jest mniejsze, to musi iść mniej razy. – Jacuś! – wykrzyknął Główniak z rozpaczą, kiedy do pokoju we- szła panna Opolska. Główniak zerwał się na równe nogi z krzesła, aby się ukłonić, ale panna Opolska nie patrząc nań, z wydętymi wargami, choć przybladła na twarzy, unicestwiła jego ukłon więcej mrugnięciem oczu niŜ skinie- niem głowy i odezwała się do brata: – Jak skończysz dziś lekcję, prędzej niŜ zwykle przyjdź na śniadanie. – To jest – otwarł usta Główniak – jak prędko? Mamy jeszcze nie- – A Helenka to zawsze dla jakiegoś rezonu przyjdzie, jak pan ma lekcję ze mną – zauwaŜył Jacuś. Główniak nie usiadł juŜ, lecz połoŜył bibułę na cyfrach pięć tysięcy sześćset osiemdziesiąt cztery, podzielone przez dziewiętnaście, zamknął zeszyt i rzekł do Jacusia: – Więc idź. – JuŜ? – Papy imieniny. – BonŜur panu! Przyjdzie pan po południu szczudła robić? – Dziś? Nie. Goście. – No to cóŜ? Pan przecie do gości nie pójdzie. Nie czekając wyleciał Jacuś z pokoju. Główniak uczuł w sobie diabła nieprzyjaciela. Ten radził mu iść powinszować panu Opolskiemu. Po co? Na co? Kto dbać moŜe o powinszowania nauczyciela ludo- wego? Goście, obcy ludzie, wyniosły pan Opolski, lodowo grzeczna pani Opolska – po co, na co? Zawadzi się, potknie, zaplącze się w suk- nię, język mu skołczeje – po co, na co? Jednak szedł śladem Jacusia przez salę bilardową i pokój myśliwski w stronę sali jadalnej, zamiast wyjść przez pokój francuski prosto z po- koju Jacusia do sieni. W pokoju myśliwskim, niegdyś zwanym fajczarnią, a dziś słuŜącym za pokój do palenia po obiedzie i do gry w karty, spotkał kamerdynera 7 Franciszka, który tam stoliki ustawiał do winta po śniadaniu przed obiadem. – DokądŜe to pan profesor? – zapytał przebijając spojrzeniem na wskroś Główniaka. – Imieniny pana dziedzica – odpowiedział Główniak zbity z tropu zupełnie. – Chciałem powinszować. – Myśmy juŜ winszowali – odpowiedział dumnie lokaj. Główniak nie wiedział, czy go rŜnąć w pysk, czy się zabrać i wy- nieść. Wybrał to drugie. * * * „Ach, jak strasznie, jak strasznie jestem zmęczony... Siły moje się rwą i mam uczucie konia, który pod górę ostatkiem sił pod batem furę piasku ciągnie. CóŜ robić? Upadek mój jest pewny. Jeszcze lat parę, jeszcze rok – nie mogę dłuŜej, nie mogę dalej. odmawia mi słuŜby. nę i siebie. Oczy moje ślepną, mózg mój załamuje się, całe ciało, cała dusza Od lat dwudziestu sześciu nie wyjrzałem za miasto. Naprzód utrzymywałem rodziców i siebie – teraz utrzymuję rodzi- O przeklęta chwilo mego małŜeństwa! Przeklęta Ŝono! Przeklęte dzieci! Wyście to wyssały krew z mego ciała, poŜeracie mnie Ŝywcem. Po co jesteście? Po co was tyle?! Ja was nawet kochać nie mogę, bo nie mam na to czasu. Nawet na kochanie mojej Ŝony i moich dzieci nie mam chwili wolnej. Tylko czuję, jak ginę pod waszym cięŜarem, jak się zapadam w prze- paść. Jedno, drugie, trzecie i ona, Ŝona moja. Pracować. Pracuję dzień i noc, wiecznie, ciągle, bez wytchnienia. Zdaje mi się, Ŝe nawet we śnie pracuję. Pracuję na was lat dwanaście. Dziękuję Bogu, Ŝe rodzice moi po- marli przed wami naturalną śmiercią, bo obecnie poumieraliby z głodu. A przede mną upadek. Zapadnięcie się jakieś straszne, zniknięcie z powierzchni ziemi. No nic – któŜ bo ja jestem? Rozpaczliwy rzeźbiarz, rozpaczliwy artysta, zarabiający w najświet- niejszych epokach do tysiąca pięćset franków rocznie. 8 Nie mam talentu, nie mam zdolności, nie umiem dosyć, jestem do niczego. O tym wszystkim wiem. I dlatego Ŝyję w nędzy i dlatego od lat dwudziestu sześciu nie wy- szedłem za miasto, bo gdy zobaczę wolny świat, ziemię, niebo: ból mój, cierpienie moje potęguje się, wzmaga tym więcej, chce pierś moją rozsadzić. Cierpię. Strasznie, nieludzko, okropnie cierpię. Lecz cierpienia moje, moja walka z moją chorą duszą, moja walka z moim chorym ciałem, moja walka z moją nędzą i z nędzą mojej rodziny jest niczym wobec strachu mego o jutro, wobec tego śmiertel- nego lęku. Ci wszyscy moi – BoŜe! – ci wszyscy moi mogą zostać bez chleba! Gdybym umarł, gdybym zachorował – BoŜe mój! Więc dlatego, Ŝe mam za mało talentu, Ŝe za mało umiem, takie ma być Ŝycie moje?! Takim ma być piekłem, taką męczarnią?! I nikt, nikt nie jest obowiązany się mną zająć, mną, człowiekiem, który przez lat pięćdziesiąt pracowałem, chciałem czegoś, siliłem się, miałem nadzieję, Ŝe zdobędę nic więcej, tylko pewny i dostateczny choćby kęs chleba dla mej rodziny i siebie. I do nikogo, do nikogo ja się zwrócić nie mogę, nigdzie szukać pomocy? Bo nie ma nikogo powołanego, przeznaczonego na to? A to bydło bogate, opływające w dostatki Ŝyje i plwa na mnie, jak na śmietnik, bom nędzarz? I nikt nie jest obowiązany...” Panna Opolska zamknęła ksiąŜkę. Była noc listopadowa, mroźna i widna. KsięŜyc świecił na nowiu i gwiazd tysiące błyszczało w niebie. Spojrzała na zegarek. Było wpół do pierwszej. Po kolacji tańczono dwie godziny. PoniewaŜ nazajutrz miało być polowanie, o północy towarzystwo imieninowe rozeszło się spać. Panna Opolska poszła do swego pokoju na piętro i tam w ubraniu wieczorowym połoŜyła się na łóŜko i poczęła czytać powieść, tłuma- czoną ze szwedzkiego, Los. Wstała. Nie mogła dłuŜej leŜeć. Suknia nierozsznurowana była jej ciasna, wszystko ją irytowało, draŜniło ją. 9 Tupnęła nogą w dywan i odrzuciła precz ksiąŜkę. Wyjęła z szafy grubą tyrolską pelerynę, wzięła w rękę szpicrutę, za pasek wetknęła sztylet wenecki w pochwie i otwarła drzwi. Światło elektryczne świeciło na schodach. Zeszła cicho na dół, otwar- ła z klucza tylne drzwi od ogrodu i wyszła na dwór. Szła szybko przez ogród, przez ciemne aleje, z ogrodu kwietnego dostała się do sadu, z sadu do inspektów i ogrodu warzywnego i stanę- ła nad duŜą sadzawką, na której brzegu przypięta była do palika łódź. Odpięła ją i wskoczywszy, kilkunastu silnymi pchnięciami wioseł po głębi przepłynęła na drugą stronę. Była poza obrębem dworskim. Szła dalej przez puste pola. Opodal widniały ciemne sylwety cha- łup: w jednym tylko oknie w duŜym budynku na skraju wsi, a raczej poza wsią, jaśniało światło. Panna Opolska szła prosto ku temu światłu. Rosło ono jej w oczach, aŜ ujrzała wyraźnie kratę oprawy szyb. Pod- sunęła się pod samą ścianę. Okno było niezasłonięte. Zajrzała wewnątrz. Z głową opartą na rękach, drzemiąc czy myśląc, siedział nauczyciel ludowy, Główniak, przy drewnianym, róŜową bibułą przykrytym stole; obok stał garnuszek prawdopodobnie z herbatą, leŜały chleb, nadkro- jona kiełbasa i nóŜ. Spał albo myślał. Widać było jego łóŜko przykryte derką, podobną do końskich de- rek; na łóŜku spała na derce brzuchem na dół dziewka wiejska, obró- cona twarzą do ściany. Panna Opolska zapukała do okna. Nauczyciel nie usłyszał. Zapukała drugi raz mocniej. Zerwał głowę z rąk, spojrzał w okno i nie poznając jej, spytał: Kto tam? – Proszę puścić! – zawołała panna Opolska. Widziała, jak nauczyciel podniósł się z krzesła i w pomieszaniu rzucił na śpiącą dziewczynę jakiś paltot w pośpiechu schwycony z koł- ka, znać było jednak, Ŝe nie wie, kto go nawiedza. Panna Opolska nie czekała; podstąpiła pod drzwi i zapukała bar- dzo silnie, zarazem ruszając klamką. Nauczyciel przekręcił klucz w zam- ku i uchylił drzwi. – Czego chcecie, kobieto? – zapytał. – Noc. Jak piorunem raŜony cofnął się na środek pokoju. Panna Opolska stała naprzeciw niego, zarumieniona od nocnego zimna i szybkiego marszu. 10 – Pani?!... Jezus Maria!... Pani?... – Tak, ja – odpowiedziała. Nauczycielowi wydawało się, Ŝe zwariował. Cofał się w tył, aŜ się oparł tyłem o stół pod przeciwną ścianą. Panna Opolska zaś usiadła na łóŜku, odsuwając nogi dziewki, leŜą- Dziewka nie obudziła się. Nauczyciel stał przed nią blady jak trup i zupełnie niezdolny zapa- cej na nim. nować nad sobą. Patrzał na nią i widział jej kasztanowate, w rudawy odcień wpada- jące włosy, jej oczy szafirowe, podłuŜne, podobne do przymglonego jeziora, jej twarz okrągławą z prostym, nieco w górę wzniesionym no- sem o niewąskich nozdrzach i ustach z grubą wargą dolną, twarz jed- nak z tym wszystkim rasową i ładną, pod opadłą zaś z jednego ramie- nia peleryną widział w srebrzystej wieczorowej sukni jej ciało bujne, pełne, wyzywające ponętą. Osłupiał i zgłupiał. Majak, czy co? Ale ona siedziała naprzeciw niego i patrzała mu w oczy prosto, by- stro i śmiało. wołała: Nagle trzepnęła w tył płaską dłonią dziewkę śpiącą na derce i za- – Magda, czy tam Wikta, obudź się! Dziewka uderzona mocno, ocknęła się od razu ze snu i poczęła pytać przestraszona: Co? co? – To ja, panna z pałacu – rzekła panna Opolska. – A ty czyja? – Od Miętusa, prose łaski jaśnie panienki, Kasia – odpowiedziała, nie zdając sobie z niczego sprawy, z tęgiego snu obudzona dziewczyna. – Z Polanki? Od Miętusów? – Tak tys, prose łaski jaśnie panienki, stamtąd. – A ty tu co robisz, o dwie mile w Kresowicach? Dziewka, nie więcej lat szesnastu, bardzo ładna, bruneta, ze świe- cącymi czarnymi oczami i wiśniowymi ustami, zakręciła dziurkę od paltota nauczyciela Główniaka na palec i odpowiedziała, chyląc z wdzię- kiem głowę na prawe ramię: – Ja tu chodzem, prose łaski jaśnie panienki, bo mi sie tys naucy- ciel straśnie spodobali... My się kochamy. Jeszcze więcej schyliła twarz. Panna Opolska wstała. RóŜowa jej dosyć z natury i zaczerwieniona od chłodu twarz stała się blada jak płótno. Wyprostowała się i wyszła, pozostawiając za sobą drzwi półotwarte. – Kasia! – krzyknął jak nieprzytomny Główniak. – Czy mi się śniło?! 11 – Kaj ta! Wyciena mie fest! Dyć to panna ze dworu, kresowicka. Nauczyciel rozepchnął okno – w mroku widział ciemny kształt. Panna Opolska oddalała się, ale nie szła w stronę pałacu. Biec za nią?... Czy?... Nie śmiał. Usłyszał w uszach świst rajtpajcza, którym pies dostał w łeb. – Kasia! – zwrócił się do dziewczyny. Ale ta juŜ spała na nowo. – Zwariowałem! Lecz nie – jeszcze tam, w polu pustym, majaczyła w ciemnościach za oknem postać panny Opolskiej. Nauczycielowi ludowemu począł się kręcić w głowie świat. Na ko- niec jakąś obcą sobie siłą pchnięty runął, nie zamknąwszy okna, na krzesło przy swoim stole. W mózgu kotłowało mu się wszystko. Przez sen słyszał mruczącą Kasię: – Ale po co haw przyszła? Hale! Pedziałbyś! * * * Główniak siedział jak zatumaniony. Na krzesło przy swoim stole padłszy, głowę w tył przez poręcz przewiesił, nogi wyciągnął i nie mógł się wyznać w swych myślach. Miał uczucie, jakby go przeszył prąd elek- tryczny od czuba głowy aŜ do pięt. A jednak niezawodnie – panna Opolska była tu, w jego pokoju czy izbie podrapanej, siedziała na jego łóŜku, widziała Kasię Miętuskę, mówiła z nim, mówiła z nią. To jed- nak było niezawodne. Oszalała!... Lecz naprawdę, istotnie panna Opolska nie zdradzała w niczym najlŜejszego szaleństwa. Wyglądała przytomnie, patrzała przytomnie, odzywała się przytomnie. Więc co?... Główniak czuł się otoczony nieprzejrzanym tumanem ciemności. I jak zwykle w takich wypadkach naszło mu na myśl rozpamięty- wanie. Gdy przysłała go do Kresowic na miejsce ustępującej nauczycielki, panny Murcińskiej, rada szkolna we Lwowie, przyjechał on jako zde- klarowany socjalista, buntownik przeciw wszelkim ludzkim porząd- kom, wróg wszystkich sfer posiadających, burŜuazji i szlachty, z za- miarem najbardziej wrogiego zachowywania się i występowania wobec plebanii i dworu, a najściślejszego zŜycia się z chłopami, stania się rzecz- 12 nikiem ich sprawy, ich obrońcą, ich doradcą, mścicielem ich krzywd, w razie potrzeby ich wodzem, a przede wszystkim mesjaszem pomię- dzy nimi idei najskrajniejszego socjalizmu. Było to trzy miesiące temu, od nowego roku szkolnego, po wakacjach. Atoli wszystko okazało się od razu wprost przeciwnym wyobraŜe- niom Główniaka. Chłopi nie byli ciemięŜeni przez nikogo, ani okra- dani przez dwór, ani wyzyskiwani przez księdza, nie Ŝyli w ostatniej nędzy, lecz owszem mieli się w ogóle dość dobrze, a przede wszystkim nie powitali go z entuzjazmem jako swego sprzymierzeńca, ani ze śle- pym zaufaniem do jego wiedzy i inteligencji, lecz przyjęli go zimno, okazując mu nadzwyczaj wiele niedowierzania i nieufności, a drugie tyle lekcewaŜenia. Po kilku zaś dniach wójt go wezwał do siebie i nie poprosiwszy nawet siedzieć, wypalił mu z miejsca reprymendę, poucza- jąc go o jego obowiązkach, jako coby dzieci nie bił, ucył po Bozemu i po katolicku, księdza szanował, dla dworu był obycajny, wódki nie pił, dzieuch nie zacypiał, nikomu na zdradzie nie stał i zył tak, jak sobie Pan Bóg i pon starosta zycy, bo jak nie, to siedzenia nie zagrzeje i pudzie, skąd przysed. Proboszcz, ksiądz Jakub Stangrecik, nie był ani wyzyskiwaczem, ani otumaniaczem ludzi; był to człowiek światły i rozumny, patriota, demokrata i postępowiec, jezuitów i jezuityzmu nie cierpiał i starał się nie tyle o odmawianie róŜańca, ile o moralność i uszlachetnianie dusz swych parafian. Dwór kresowiecki nie był równieŜ w Ŝadnym wrogim stosunku z chłopami. Opolscy siedzieli na swoim majątku piąty wiek i w Ŝadnej głowie chłopskiej nie świtała nawet myśl, aby kiedykolwiek miało i mo- gło być inaczej. „Panowie Opolscy póki wolno było bić, to bili, a jak ustało być wolno, to bić ustali” i – było w porządku. Nikt do nikogo Ŝalu nie miał. W czterdziestym szóstym roku zabito wprawdzie dziadka obec- nego dziedzica, zabito równieŜ jego brata stryjecznego i dwóch innych krewnych, zabito dalej dziadka po matce pani Opolskiej, „ale tak było wtedy wsędy” – a potem nastała zgoda i nawet się we dworze w Kreso- wicach „śkła nieozbitego duzo znalazło”. Jan Główniak, syn i wnuk sklepikarki z Krakowa, mający pojęcie o stosunkach wiejskich z ksiąŜek i mów, przede wszystkim śydów so- cjalistów, zatrzymał się w rozpędzie, jakoby nosem o barierę zaraz z po- czątku biegu uderzył. W kilka tygodni po przybyciu, około piętnastego września, ksiądz Stangrecik zapytał go, czyby nie chciał udzielać lekcji małemu Opol- 13 skiemu, przygotowującemu się do szkoły w domu. Główniak zgodził się; zgodził się z dwóch powodów: raz, Ŝe z tym, co mu płacono jako pensję i z pomocą Ŝyczliwych gospodarzy w Kresowicach ledwo mógł wyŜyć, po wtóre, Ŝe czuł rozpoczynającą się misję zatruwania robaka zgniłych pojęć i przekonań w duszy dziecka nienawistnej mu warstwy. Dumny i zuchowaty, w butach wysokich i zabłoconych, tak jak stał, drwiący z przesądów, kast i róŜnicy stanów, poszedł do dworu. Tam przede wszystkim na dziedzińcu napadł go Hultaj, od które- go go ledwie obroniły dziewki czeladnie, co zbiło z tropu i wiele odjęło fantazji Główniakowi, choć rozjadło jego duszę słusznym oburzeniem na psy, wychowane w ten sposób; następnie lokaj nie chciał go puścić do pokoju i nie wiadomo, czy byłby dotarł do dziedzińca, gdyby nie równoczesne niemal zajechanie przed dwór młodej panny konno. – Kto to? – zapytała rozkazującym głosem lokaja. – Nie wiem; chce do jaśnie pana – odpowiedział lokaj. – Interes? – zapytała panna Główniaka. Główniak pod obojętnie wyniosłym wzrokiem panny i wobec jej sposobu mówienia, mimo całej niezaleŜności swego ducha i poczucia równości, zmieszał się fatalnie. – Nauczyciel – odpowiedział nie tyle głośno i dumnie, ile był powi- nien. puścił. – Ksiądz Stangrecik przysyła pana? – pytała dalej panna. – Tak. – No, to czemuŜ się pan nie zameldował słuŜącemu? Byłby pana Panna odwróciła głowę i kazawszy lokajowi konia wziąć, zsunęła się z siodła i średnio wysoka, smukła, choć tęga w biuście i w bio- drach, poszła naprzód po schodach, a Główniak poszedł za nią. Wszystko w nim wrzało. Pies go napadł, lokaj go nie chciał puścić, jego, nauczyciela, człowieka z inteligencją, ten sługus, fagas, ten podły cham!... Przebył wielką sień i wstąpił za panną do sali, na której środku stał ogromny stół, naprzeciwko drzwi wchodowych wspaniały kredens, pod ścianami zaś poustawianych było sporo krzeseł o wysokich oparciach, ciemną skórą wybitych, a na której ścianach wisiały portrety męŜczyzn w kontuszach i zbrojach, kobiet w koronkach, krezach i wygorsowa- nych. Na portretach były z boku często malowane herby, najczęściej dwa czerwone topory, złoŜone w krzyŜ, środkiem ostry miecz, ostrzem w dół, w tarczy błękitnej. U wszystkich drzwi były ogromne, cięŜkie karmazynowe kotary. Z pogardą i szyderstwem patrzał na to Główniak. 14 Panna zawołała w drzwi: „Mamo! Nauczyciel!” – i skinąwszy mu głową, weszła w inne, tak jakby go za nią wcale nie było. Niebawem wybiegł z sąsiedniego pokoju mały chłopczyk w grana- towej bluzeczce, lakierowanych wysokich cholewkach i spodenkach ze stalowymi klamerkami niŜej kolan, a za nim ukazała się wyŜsza od panny i wcale do niej niepodobna pani, lat koło czterdziestu, o twarzy suchej, ściągłej, z nosem orlim, dumnie wspaniałym. – Pan nauczyciel? – spytała, lekko witając głową. Pod lodowatego spokoju wzrokiem i wobec przebijającej suchej wytworności tej osoby, pogarda i szyderstwo oraz duma, zuchowatość i poczucie niezaleŜności na podkładzie równościowym Główniaka gdzieś się podziały doszczętnie. Usiłował on je odnaleźć w sobie, gdy pani Opolska wymieniała mu godziny, rodzaj lekcji, warunki finanso- we i zakończyła: zatem od jutra, jeśli pan łaskaw, od dwunastej do drugiej, a jeśli to panu nie zrobi przykrości i róŜnicy, to w długich spodniach. Do widzenia. Twój nowy nauczyciel, Jacusiu! Główniak zawrócił się ku wyjściu, zły, upokorzony, wzburzony, najwięcej zły na siebie samego. Nie będę uczył! Nie będę uczył! Nie wezmę lekcji! Niech ich diabli porwą! – wiło mu się w myślach. Na dziedzińcu czekał go juŜ pies. Rzucił się ku niemu natychmiast ze szczekaniem, ale w tej chwili z góry rozległ się przeraźliwy świst i ostry, doniosły kobiecy głos krzyknął rozkazująco: – Na łańcuch psa! Ale juŜ z pomocą biegły znów dziewki czeladnie, chichocząc. Ach! IleŜ wstydu! IleŜ przykrości! IleŜ upokorzenia! Otrząsnął buty Główniak z prochu dworu kresowickiego, ale naza- jutrz, wziąwszy gruby kij w rękę, oczyściwszy starannie buty szwarcem, kupionym w kółku rolniczym, i w spodniach na buty spuszczonych, o godzinie dwunastej poszedł do dworu. I nie dziw – poczęło go tam ciągnąć. Spokój, cisza, dobrobyt, elegancja, ton Ŝycia, jaki odczuwał w tym domu, poczęły go nęcić. JuŜ zaraz na drugi dzień podczas lekcji przed- obiedniej z dziećmi wiejskimi, myślał, Ŝe tam pójdzie nazajutrz. Coraz staranniej czyścił swoje ubranie i buty i starał się coraz piękniej sie- dzieć przy lekcji, choć nikt przy tym nie bywał obecny, tylko na drugiej przysłuchiwała się przez kwadrans niemieckiemu pani Opolska. Podczas piątej lekcji weszła do pokoju panna Opolska. Szukała cze- goś. Spotykał ją potem we drzwiach, czasem na dziedzińcu, bardzo czę- sto wchodziła do pokoju brata, zawsze jednakowo wyniosła i obojętna. 15 Pojawianie się i spotykanie panny Opolskiej wywierało na Głów- niaku wraŜenie, doznawał pewnego wstrząsu, czemu się sam wcale nie dziwił, miał bowiem lat dwadzieścia i panna była ładna i pokaźna. Zaczęła mu się nawet „psiakrew” podobać, gdy przypadkiem los ze- tknął go ze śliczną wiejską dziewczyną, Kasią Miętusówną, która przy- chodziła po swoją małą siostrę o dwie mile z Polanki, gdzie szkoły nie było. Po kilku krótkich rozmowach juŜ Kasię miał potajemnie u sie- bie, o pannie Opolskiej zaś pomyślał: „niech cię gęś kopnie!”. Ile razy potem panna Opolska wchodziła do pokoju Jacusia lub spotykała go w drzwiach czy na dziedzińcu, Główniak starał się mieć równie obojętny wyraz twarzy, jak ona. Nie mógł jednak się wstrzymać, choć czuł własną głupotę w tej mierze, od opowiadania Kasi Miętusównie o wewnętrznym wyglądzie dworu kresowickiego, o jego meblach, obrazach, kredensie, o ile to widział, fortepianie, o ile go słyszał z daleka, liberii słuŜbowej, powo- zach, koniach i strzelcach, o ile co zobaczył. Wizyta nocna panny Opolskiej miała w sobie coś niepojętego, coś, co przechodziło zupełnie granice jego pojęcia, jego wyobraźni, jego jestestwa po prostu. Zgłupiał. I siedział na krześle taki głupi, aŜ się obudziła Kasia, przeciągnęła się do trzaśnięcia kości i spytała: – Świta? – Jeszcze nie – odpowiedział. – Cosik sie mi śniło... Ze haw była kresowicka panna... – Tak ci się śniło? – Tak. Cosik gadała do mnie... Dała mi półkwaterek zimnego mli- ka pić... Potem mnie Cygan ścigał, chustke mi z głowy zdar... A pon nie spali? – Nie. Kasia ziewnęła i rzekła z przymileniem: – Jesce noc – – a jo sama? – JuŜ zaraz będzie dniało – odpowiedział Główniak, choć było do- piero wpół do trzeciej. – Juz trza iść? – JuŜ. Blisko szósta. – Ojej! Kasia zerwała się na równe nogi. – Jak to zleciało – rzekła. – Widzicie. Jo myślała, ze jesce cwortej ni ma. Musem lecieć, pókil noc. Biliby mnie matusia w chaupie! Jutro przyjść? 16 – Jak chcesz! – A pon – – kcom? – zapytała nieśmiało i smutno dziewczyna. Główniak nie wiedział czemu, ale chciał się jej pozbyć. Na tym samym łóŜku siedziała panna Opolska w swojej srebrzystej sukni pod peleryną... Ale gdy usłyszał smutny i nieśmiały głos dziewczyny, zbliŜył się ku niej i usta swoje przycisnął do jej ust wiśniowych i gorących. * * * „Ludko moja – pisała panna Opolska do swojej siostry ciotecznej, od roku zamęŜnej, z którą była w ścisłej przyjaźni – pytasz mi się, dlaczego od dwóch miesięcy nie odebrałaś ode mnie listu, a nawet na pierwsze imieniny Twego malutkiego Edzia nie posłałam mu „powin- szowania”? Czy ty wiesz, skąd w tej chwili wróciłam? (Jest godzina druga w nocy.) Z pokoju, wyraźnie i dosłownie, z pokoju naszego na- uczyciela wiejskiego, pana Jana Główniaka, który jest takŜe nauczycie- lem naszego Jaciusia. Nie łam rąk, Ludko – jestem jeszcze panną Opolską. Słuchaj. Coś dziwnego się ze mną dzieje, coś, czego nazwać nie umiem i z czego sobie sama nie zdaję sprawy. Pewnego dnia, we wrześniu, zjawił się u nas chłopak, moŜe dwa- dzieścia lat, bardzo przystojny, w którym nie ma ani jednego nieordy- narnego szczegółu, zacząwszy od kształtnej głowy, a skończywszy na niezbyt duŜej i szerokiej stopie, albo raczej ordynarny mimo wszyst- kich szczegółów niebrzydkich, lub nawet więcej niŜ ładnych, jak oczy i usta. Ja zajeŜdŜałam konno przed ganek od dziedzińca, jego przed domem atakował pies podwórzowy, a potem go lokaj nie chciał wpu- ścić, gdyŜ miał buty wysokie i zabłocone i wygląd, jak nasz głupi Fran- ciszek twierdzi, socjalistyczno-liberalny. Kazałam puścić i iść za sobą. Kiedy szedł za mną do mamy, jam go juŜ czuła za plecami. JuŜem wisiała w oknie na piętrze, czekając, kiedy wyjdzie i z pasją kazałam psa zabrać na łańcuch, czemu się Jacek trzy dni sprzeciwiał, ale co w końcu, wskutek równej jak u Franciszka, u Hultaja antypatii do „socjalistycznych liberałów”, stać się musiało stałą regułą. Wyobraź sobie, ja wisiałam w oknie juŜ co dzień potem, kiedy szedł na lekcję i kiedy odchodził. Potem zaczęłam go spotykać na dziedzińcu w sieni. Potem pod róŜnymi pozorami zaczęłam podczas lekcji wchodzić 17
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Romans panny Opolskiej z panem Główniakiem
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: