Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00576 006948 15945991 na godz. na dobę w sumie
Romeo Romeo - ebook/pdf
Romeo Romeo - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 335
Wydawca: Wydawnictwo BIS Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7551-220-5 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Poznają się przypadkiem. Rosalie łapie gumę, zatrzymuje się samochód pomocy drogowej. Zabójczo przystojny mechanik Nick Romeo w rzeczywistości jest właścicielem sieci salonów samochodowych. Rosalie, niezależna finansistka, wie doskonale, czego oczekuje od związku - żadnych zobowiązań, planowania wspólnej przyszłości, żadnych uniesień. Jednak wkrótce po pierwszej randce się rozchorowuje i przelotna, pełna skrywanych tajemnic znajomość, z dnia na dzień całkowicie się zmienia. Nick ma szansę udowodnić, że jest świetnym kucharzem i potrafi z poświęceniem sprzątać, zmywać i opiekować się psem. Rosalie zaczyna dostrzegać zalety bliskiej relacji z mężczyzną i mur, który wybudowała wokół serca powoli się kruszy. Co się stanie, gdy Nick wyzna Rosalie, kim jest naprawdę?

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Roz dział pierwszy Ro sa lie zdo ła ła ja koś uciec z do mu wa ria tów. Przy tul ny do mek ro dzi ców w Bay Rid ge przez więk szość cza su mógł swo bod nie ucho dzić za sy cy li jską od mia nę Bel le vu e*. Opie ra jąc się po dmu - chom zim ne go stycz nio we go wia tru, Ro sa lie za pię ła płaszcz pod sa mą szy ję i po bie gła do sa mo cho du. Każ dy nie dziel ny obiad na ło nie ro dzi ny był dla niej lek cją sa mo kon tro li, jed nak te go dnia prze szła przy śpie - szo ny kurs sa mo obro ny. Przed mał żeń stwem. Nie mo gła zro zu mieć, dla cze go mat ka, któ ra po win - na prze cież ko chać wła sną cór kę, pró bu je ze wszel kich sił wpu ścić ją w ka nał. Choć na le ży przy znać, że Ma ria Ro - nal di we wła snym mał żeń stwie by ła po pro stu szczę śli wa. Ro sa lie jed nak, ile kroć mia ła pod jąć de cy zję, z uwa gą roz wa ża ła wszyst kie za i prze ciw, za głę bia jąc się przy tym w sta ty sty ki, któ re od dzie ciń stwa uwiel bia ła. Aż pięć - dzie siąt trzy pro cent mał żeństw koń czy się roz wo dem. Do da jąc do te go mał żeń stwa nie szczę śli we i uni ka ją ce roz pa du wy łącz nie z uwa gi na po glą dy re li gij ne bądź ośli upór, któ rych ilość Ro sa lie sza co wa ła na ja kieś czter dzie - ści sześć pro cent, otrzy mu je się wy nik jed ne go pro cen ta mał żeństw szczę śli wych. Tyl ko sza le niec po dej mie ry zy - ko, ma jąc jed ną szan sę na sto! * Bel le vue – szpi tal dla obłą ka nych. * 5 * Ro sa lie mia ła wie le wad, jed nak nie by ła sza lo na. Już w dzie ciń stwie pod ję ła de cy zję, że ni gdy nie wyj dzie za mąż i jak do tąd nie wy da rzy ło się nic, co mo gło by choć tro chę za chwiać jej po sta no wie niem. Oczy wi ście, gdy by wy po wie dzia ła to na głos, w od po wie dzi usły sza ła by wy - łącz nie je de na ste przy ka za nie: „Wyj dziesz za mąż za mi - łe go ka to li ka, naj le piej Wło cha, i bę dziesz z nim mia ła stad ko dzie ci, al bo pój dziesz pro sto do pie kła”. Na chmu rzo na Ro sa lie schro ni ła się w uko cha nym volks wa ge nie gar bu sie i ru szy ła ku do mo wi. Już po kil ku prze czni cach usły sza ła nie po ko ją ce pu ka nie. Zły znak. Zje cha ła na po bo cze i od kry ła, że jed na z tyl nych opon jest pła ska jak na le śnik, w do dat ku nie mo gła na wet do - kład nie się jej przyj rzeć. Po obie dzie u ro dzi ców mia ła wra że nie, że je śli się schy li, pęk nie jej pa sek od spodni. Na wet nie chcia ła so bie wy obra żać, co mo gło by się stać, gdy by kuc nę ła. Otwo rzy ła ba gaż nik, że by wy jąć ko ło za pa so we i zo ba - czy ła tyl ko pu stą okrą głą dziu rę. Cho le ra! Tyl ko te go jej bra ko wa ło. Przez chwi lę bez myśl nie pa trzy ła na pu sty ba - gaż nik, wresz cie z fu rią kop nę ła sfla cza łą opo nę, w du chu wy zy wa jąc bra ta od naj gor szych. Du pek! – Stron zo! – krzyk nę ła z wście kło ścią. Chy ba osza la ła, da jąc mu sto sześć dzie siąt do la rów i li cząc na to, że ku pi jej ko ło za pa so we. Pro si ła go o peł no wy mia ro wą za pa - sów kę, tym cza sem nie do sta ła na wet zwy kłej opo ny do - jaz do wej. – Pro pio un stron zo del la pri ma ca te go ria! Przez chwi lę klę ła z pa sją po wło sku. Bóg na pew no wy ba czał prze kli na nie w in nym ję zy ku. Do rzu ci ła jesz cze kil ka prze kleństw po hisz pań sku. Do szła do wnio sku, że co raz le piej so bie z nim ra dzi. * * * * * Do mi nick Ro meo stał z rę ka mi w kie sze niach w warsz - ta cie swo je go naj więk sze go sa lo nu sa mo cho do we go. Był wła ści cie lem wiel kiej sie ci sa lo nów roz sia nych po ca łym * 6 * Wschod nim Wy brze żu i choć swo je im pe rium zbu do wał od ze ra, nie był w sta nie zro zu mieć, co jest nie w po rząd - ku z tym cho ler nym vi pe rem. Zer k nął na ze gar przy pod no śni ku i do szedł do wnio - sku, że zro bi ło się póź no. Był chy ba je dy nym nie szczę śni - kiem w ca łym No wym Jor ku sie dzą cym w pra cy w nie - dziel ne po po łu dnie. Każ dy roz sąd ny czło wiek za ja dał się wła śnie de se rem po su tym wło skim obie dzie. Każ dy oprócz nie go. W do dat ku ze psuł mu się sa mo chód. Za - trza snął po kry wę sil ni ka i skrzy wił się, gdy w pu stym warsz ta cie echo zwie lo krot ni ło gło śny huk. Zmy wa jąc smar z dło ni, po raz ko lej ny za sta na wiał się nad jed ną z naj więk szych ta jem nic wszech świa ta – po ja ką cho le rę lu dzie za czę li łą czyć sil ni ki z kom pu te ra mi. Week end za czął się źle i z go dzi ny na go dzi nę by ło co - raz go rzej. W pią tek od rzu co no je go pro po zy cję prze ję cia pry wat ne go sa lo nu sa mo cho do we go, któ re go po żą dał skry cie nie mal od dziec ka. W so bo tę wie czo rem, za miast po cie szać go po tak wiel kiej stra cie, To nya za czę ła ma ru - dzić coś o ślu bie. Nie da ła mu wy bo ru, mu siał z nią na - tych miast ze rwać. To nya wy la ła mo rze łez, a Do mi nick opróż nił ca łe go da niel sa i obu dził się w nie dzie lę z po - twor nym bó lem gło wy. W za sa dzie obu dził go te le fon. Ma ma nie omiesz ka ła przy po mnieć mu już o szó stej ra no, że na de szła je go ko - lej, by to wa rzy szyć Na nie do ko ścio ła. Krzy wiąc się i ukrad kiem roz ma so wu jąc skro nie, przez ca łą mszę za - sta na wiał się, czy Je zus rze czy wi ście umarł za na sze grze - chy. Być mo że śmierć by ła tyl ko uciecz ką. Praw do po dob - nie oka za ła się mniej bo le sna niż słu cha nie śpie wu bab ci. Te go ran ka Nick sam chęt nie wziął by krzyż na ra mio - na. Ze psu ty vi per był ostat nim gwoź dziem do trum ny. Sły szał kie dyś, że nie szczę ścia cho dzą pa ra mi, mu siał więc wy grać po trój ny los w tej lo te rii. Na li czył pięć nie - szczęść, ja ki z te go wnio sek? Czas na szó ste… Odło żył na rzę dzia na miej sce i po wy łą czał świa tła. Po - cie szał się my ślą, że w do mu cze ka na nie go zim ne pi wo * 7 * i wy god ne łóż ko. Jed nak sko ro nie miał ocho ty szu kać pu - dła z klu cza mi i prze sta wiać wszyst kich sa mo cho dów blo - ku ją cych wjazd do sa lo nu, mu siał wró cić do do mu la we tą. Nic tak nie wku rza ło je go są sia dów, jak la we ta za par - ko wa na pod bu dyn kiem. Jed nak myśl o kar cą cych spoj - rze niach i drwią cych ko men ta rzach nie by ła w sta nie zmo ty wo wać go do prze sta wia nia ośmiu aut. Do li cha, w koń cu miesz kał tam od trzy dzie stu je den lat. Gdy się uro dził, Park Slo pe mia ło fa tal ną re pu ta cję, a zmia ny, któ re się do ko na ły w dziel ni cy, by ły tak że je go za słu gą. Są sie dzi nie po win ni gry ma sić, na wet gdy by ze chciał par - ko wać pod do mem śmie ciar ką. Nie zdjął kom bi ne zo nu, że by nie po bru dzić ubra nia w szo fer ce la we ty, prze cze sał tyl ko wło sy pal ca mi i ru szył do do mu. Był już pra wie na miej scu, gdy mi nął za par ko - wa ny na po bo czu sa mo chód. Ja kaś ko bie ta ko pa ła z fu rią opo nę, nie zwra ca jąc uwa gi na mi ja ją ce ją pę dem sa mo - cho dy i cię ża rów ki. Z wes tchnie niem zje chał na po bo cze, włą czył świa tła awa ryj ne i spoj rzał na fu riat kę. Miał na dzie ję, że to jej wła sny sa mo chód, bo wła śnie nie tra fi ła w opo nę i z ca łej si ły kop nę ła zde rzak. Wes tchnął po now nie. Szó ste nie - szczę ście wła śnie na de szło i czuł, że le piej zmie rzyć się z nim od ra zu, niż od kła dać na póź niej. Nick wy sko czył z la we ty i z re zy gna cją ru szył ku wa riat - ce. Mógł by przy siąc, że sły szy wło skie i hisz pań skie prze - kleń stwa. – Ha lo, pro szę pa ni! Czy nie mo gła by pa ni wy ży wać się na dru giej stro nie zde rza ka? Jesz cze chwi la i ktoś pa nią po trą ci! – Przez chwi lę cze kał na od po wiedź, lecz ko bie - ta tyl ko ob rzu ci ła go wście kłym spoj rze niem. Mo że na - praw dę jest wa riat ką… Spró bo wał grzecz niej: – Pro szę pa ni, je śli mi pa ni po zwo li, zmie nię opo nę na za pa so wą. Bę dzie pa ni mo gła spo koj nie po je chać do do mu i roz li - czyć się oso bi ście z przy czy ną swych kło po tów. – Zwa rio wał pan? Nie przy szło pa nu do gło wy, że gdy - by przy czy na mo ich kło po tów by ła w tej chwi li w za się gu, * 8 * do rwa ła bym go jak psa, któ rym zresz tą jest, i wy tłu kła - bym z nie go wszyst kie dur ne po my sły? Nick uniósł brew ze zdu mie nia, cie sząc się w du chu, że za cho wał bez piecz ny dy stans. – Prze cież gdy by tyl ko ku pił za pa so we ko ło, jak go pro si łam, już bym je so bie sa ma zmie ni ła! A da łam mu pie nią dze! Wiem, pew nie pan uwa ża, że już daw no po - win nam zmą drzeć i ma pan ra cję. Mia łam pięć lat, kie dy zo rien to wa łam się, że ten drań mnie okra da, za mie nia jąc mo je do la ry na mie dzia ki i twier dząc, że mie dzia ki są bar dziej war to ścio we, bo lśnią jak zło to. A ja mu wie rzy - łam! Po win nam by ła za bić bra ta wie ki te mu! Nie ste ty, da ro wa łam mu i te raz ster czę tu na mro zie i ga dam z nie - zna jo mym! Do pie ro w tej chwi li mu sia ła so bie zdać spra wę, że wrzesz czy na do bre go sa ma ry ta ni na. Ode tchnę ła głę bo - ko, wci snę ła dło nie w kie sze nie i po wie dzia ła ła god niej: – Dzię ku ję, że się pan za trzy mał. – Ja sne. – Nick z tru dem po wstrzy mał uśmiech. Za - wsze miał sła bość do ogni stych ko biet. Nie miał za mia ru jej de ner wo wać, ale by ła ta ka słod ka, gdy mio ta ła prze - kleń stwa i wy ma chi wa ła rę ka mi! Wa riat ka, ale słod ka jak miód. – A mo że schro ni się pa ni przed zim nem w la we - cie? Tyl ko pro szę ni cze go nie do ty kać. Umo cu ję sa mo - chód i od wio zę pa nią do do mu. Ju tro od bie rze go pa ni z sa lo nu Ro meo. Ko bie ta za sznu ro wa ła war gi. – Chce pan, że bym wsia dła do la we ty? Z nie zna jo - mym? Do mi nick zmru żył błę kit ne oczy. Przez chwi lę za sta na - wiał się, ja kie szó ste nie szczę ście spo tka ło by go wie czo - rem, gdy by zo sta wił wa riat kę na pa stwę lo su. Jed nak na - praw dę miał ocho tę jej po móc. – Mam od ho lo wać pa ni au to do warsz ta tu, czy nie? – Oczy wi ście, bar dzo pro szę. Ja jed nak nie wsią dę do la we ty z nie zna jo mym. Nick wy cią gnął z szo fer ki ka ble i li ny do ho lo wa nia. * 9 * – Ży czę za tem po wo dze nia w po szu ki wa niu tak sów ki. Mo że pa ni sko rzy stać z mo je go te le fo nu. Le ży na sie dze - niu w szo fer ce. Przyj dę za ja kieś dzie sięć mi nut, je śli zmie ni pa ni zda nie. – Usły szał jesz cze, jak wa riat ka mam - ro cze, że ktoś po wi nien zdech nąć w ka łu ży krwi, lecz nie był w sta nie stwier dzić, o kim mo wa. Miał na dzie ję, że nie o nim sa mym. Pa rę mi nut wcze śniej Ro sa lie za sta na wia ła się, czy hisz pań skie klą twy spra wią, że Bóg ze śle jej po moc. Ob dzwo ni ła wszyst kie warsz ta ty na Bro okly nie, ale nikt nie ode brał te le fo nu. Te raz cie szy ła się, że trzy la ta na - uki hisz pań skie go nie oka za ły się stra tą cza su, jed nak by ła prze ko na na, że gdy coś wy glą da na zbyt pięk ne, by mo gło być praw dzi we, zwy kle ta kie jest. La we ty ra czej nie jeż dżą po oko li cy w po szu ki wa niu ze psu tych aut, czyż nie? Sko ro zaś Bóg ze słał te go fa ce ta, mu sia ła w prze szło ści na zbie rać so bie spo ro punk tów. Nie mo gła prze stać się na nie go ga pić. Był przy stoj ny jak Ju de Law, w do dat ku wy so ki i sma gły. Wy raź nie wło skie po cho dze nie do da wa - ło mu jesz cze uro ku, nie wspo mi na jąc o syl wet ce opię tej w kom bi ne zon. Był ca ły po kry ty sma rem i roz czo chra ny, mi mo to wy glą dał nie przy zwo icie bo sko. To po win no być za bro nio ne. W in nej sy tu acji nie wa ha ła by się ani chwi li i wsia dła do szo fer ki, by za wiózł ją do do mu. Jed nak w tym me cha - ni ku by ło coś bar dzo nie po ko ją ce go. Ow szem, miał na so bie kom bi ne zon, a na dło niach smar, jed nak je go wy sma ko wa na fry zu ra dziw nie kon tra sto wa ła ze stro jem. No sił ręcz nie ro bio ne płó cien ne bu ty, mod ne i zu peł nie czy ste. Co wię cej nie miał żad ne go ak cen tu. Wy ma wiał pew ne sło wa z ty po wo bro okliń ską swa dą, mó wił po - praw nie gra ma tycz nie, ale nie miał żad ne go ak cen tu. Brzmiał jak fa cet z Con nec ti cut uda ją cy ro do wi te go miesz kań ca Bro okly nu. Zna czy ło to, że al bo jest sy nem bo ga cza cier pią cym na amne zję i pra cu ją cym w warsz ta - cie, al bo… psy cho pa tycz nym mor der cą. Praw do po do - * 10 * bień stwo oby dwu opcji by ło ni kłe, jed nak dru ga brzmia ła bar dziej prze ko nu ją co. Ro sa lie przetrząsnęła kie sze nie w po szu ki wa niu te le - fo nu. Za dzwo ni ła do swe go chło pa ka Jo eya, do ro dzi - ców, naj lep szej przy ja ciół ki Gi ny i na wet do ku zy na Fran - kie go. Nikt nie ode brał. Za czął pa dać śnieg. Za czę ła dzwo nić po tak sów kę, jed nak nie uda ło jej się zna leźć żad nej, któ ra by ła by w sta nie po ja wić się w oko li cy przed upły wem go dzi ny. Mo że jed nak le piej dać szan sę po ten cjal ne mu Ku bie Roz pru wa czo wi, niż stać na po bo - czu przez go dzi nę. W do dat ku jej ulu bio ne za mszo we bu - ty za czę ły już prze cie kać. Cho le ra! Pod nio sła gło wę i zo ba czy ła, że Nick zmie rza w jej stro nę. O ile to by ło je go praw dzi we imię. – Uda ło się pa ni do ko goś do dzwo nić? Po krę ci ła gło wą. – Sko ro sta now czo nie chce pa ni, że bym od wiózł ją do do mu, pro szę mi cho ciaż po zwo lić się pod wieźć do naj bliż sze go ba ru. Bę dzie tam pa ni mo gła bez piecz nie za cze kać na tak sów kę. – Dla cze go nie ma pan żad ne go ak cen tu? – No i do - brze, pew nie po my ślał, że jest stuk nię ta. A przy naj mniej pa trzył na nią, jak by tak po my ślał. – Bro okliń ski ak cent nie sprzy ja in te re som, mu sia łem więc tro chę nad nim po pra co wać. Je dzie pa ni czy nie? Nie by ło to naj gor sze wy tłu ma cze nie. Ro sa lie tak że sta ra ła się zgu bić ak cent, od kąd tyl ko po szła do pra cy. Mo że to tro chę dziw ne dla me cha ni ka, ale z dru giej stro - ny, gdy by był psy cho pa tą, już daw no mógł by ją wrzu cić do szo fer ki. Po za tym mu si jak naj prę dzej ra to wać bu ty! – Po pro szę do do mu, Ja mes. – Na imię mam Nick – od parł, wska zu jąc na imię wy - ha fto wa ne na kom bi ne zo nie. – Czy Nick to zdrob nie nie od Do mi nic ka Ro meo? To by ła by do pie ro przy go da, gdy by ura to wał mnie naj bar - dziej po żą da ny ka wa ler w No wym Jor ku… Przy naj mniej te raz, gdy Do nald Trump znów się oże nił. * 11 * To był sła by żart. Nick spoj rzał na nią tak po nu ro, że przeszło jej przez myśl, czy nie po win na by ła jed nak zo - stać na po bo czu. Za trza snął za nią drzwi la we ty, wsiadł i pod jął wą tek, nie kry jąc dez apro ba ty: – A więc szu kasz bo ga te go mę ża? – Do mi nic ka Ro meo? – Ja sne. Mu siał by zda rzyć się ja - kiś cud. Po krę ci ła się na sie dze niu, sta ra jąc się nie zwra - cać uwa gi na tłu sty od sma ru pas bez pie czeń stwa i za ci - śnię te szczę ki Nic ka. – Wy pluj te sło wa. Ostat nie, cze go po trze bu ję, to mąż. Bo ga ty czy in ny. Wy star cza mi fakt, że mu szę sprzą tać po psie. Je śli po wiesz o tym ko mu kol - wiek, bę dę mu sia ła cię za bić. Nick ro ze śmiał się i na pię cie na gle pry sło. – Nie martw się, bę dę mil czał jak grób. Więc… po rów - nu ją te raz Ro mea do Trum pa? – Tak, sły sza łam, że Do mi nick jest bro okliń ską wer sją Do nal da, nie li cząc te go, że wciąż ma wła sne wło sy. Mo - że nie jest tak bo ga ty, ale po dob no jest młod szy i znacz - nie przy stoj niej szy. Wi dząc uśmiech Nic ka, Ro sa lie po czu ła się, jak by ktoś ją ude rzył w twarz roz grza nym że laz kiem. Po wi nien za re - je stro wać uśmiech na po li cji ja ko śmier cio no śną broń! Ten uśmiech spra wiał, że każ da nor mal na ko bie ta wy cią - ga ła ra mio na i szep ta ła: „weź mnie”. Ca łe szczę ście, że Ro sa lie nie by ła nor mal na. Do li cha, nie by ła na wet wol na! Mo że jej zwią zek był nie co nud ny, ale jed nak mia ła chło pa ka i to wy star cza ło. A wła ści wie wy star cza ło do dziś. Przy obie dzie mat ka oświad czy ła jej, że wła śnie zbli ża się dru ga rocz ni ca jej związ ku z Jo ey em i sta now czo za żą da ła ter mi nu ślu bu. Jo ey zda wał się za do wo lo ny z ich re la cji. Kil ka ra zy w ty go dniu do sta wał ko la cję, od cza su do cza su upra wia - li nud ny, prze wi dy wal ny seks i mo gli cho dzić ra zem na uro czy sto ści ro dzin ne. Dzię ki Ro sa lie mat ka prze sta - ła za da wać mu krę pu ją ce py ta nia na te mat orien ta cji sek - su al nej i do py ty wać, czy na nie dziel ny obiad przy pro wa - dzi ko le gę, czy ko le żan kę. Wpraw dzie twier dzi ła, że nie * 12 * mia ła by nic prze ciw ko ko le dze, jed nak by ła wy raź nie za - chwy co na, gdy po ja wił się pew ne go dnia w to wa rzy stwie Ro sa lie. Sa ma Ro sa lie wąt pi ła, by Jo ey kie dy kol wiek za - dał so bie trud roz wa że nia wła snej orien ta cji sek su al nej. Nick po now nie zer k nął na sie dzą cą obok ko bie tę. Wa - riat ka znów spoj rza ła na nie go, jak by przy był z in nej pla - ne ty. Szko da, że je dy na ko bie ta, któ ra twier dzi ła, że nie chce zna leźć bo ga te go mę ża, oka za ła się fu riat ką. Choć mo gła to być tyl ko chwi lo wa nie po czy tal ność. Mu siał przy znać, że sam tak że wpadł by w szał, gdy by ktoś po zba - wił go ko ła za pa so we go. Gdy przyj rzał się uważ niej pa sa żer ce, do szedł do wnio - sku, że od zy ska ła zmy sły. Co wię cej, oka za ła się nie by wa le po nęt na. Przy po mi na ła mu mło dą So phię Lo ren z pla ka - tu, któ ry pra dzia dek Gio van ni za wie sił na za ple czu za kła - du fry zjer skie go. Nick uwiel biał za okrą glo ne ko bie ty o peł - nych kształ tach i nie ro zu miał, jak moż na się za chwy cać chu dziel ca mi, któ re bar dziej przy po mi na ją chłop ców. To - nya by ła wiecz nie na die cie, co do pro wa dza ło go do sza - leń stwa. Jej ty łek nie nada wał się w ogó le do ni cze go. Za to wa riat ka mia ła po ślad ki, o któ rych czy ta się w książ kach. Cho le ra, choć by z uwa gi na sam ty łek po wi nien się z nią umó wić. Zresz tą każ dy fa cet do ce nił by ko bie tę, któ ra klnie w kil ku ję zy kach. W do dat ku by ła pięk na na wet bez ma ki ja żu. Ni gdy nie wi dział To nyi bez ma ki ja żu, na wet po go rą cym sek sie by ła w peł nym rynsz tun ku, i był prze ko - na ny, że sauté nie wy glą da ła by wca le do brze. Świ ru ska nie by ła mo że ślicz not ką w ty pie To nyi, lecz z pew no ścią nie sto so wa ła ostrzy ki wa nia bo tok sem ani ko la ge no wych im - plan tów. I nie mia ła pier si, któ re bał by się ści snąć, że by nie pę kły. Wy glą da ły jak praw dzi we, na tu ral ne D. Miał za to praw dzi wy pro blem z sa mo cho dem. Sło - necz nie żół ty volks wa gen gar bus nie mógł by być bar dziej dziew czyń ski, gdy by po ma lo wa ła go na ró żo wo. Miał na - wet wa zo nik na kwia ty na de sce roz dziel czej! Gdy by za - czął się z nią uma wiać, mu siał by jej ku pić no we au to. Wsty dził by się, że je go dziew czy na jeź dzi czymś ta kim. * 13 * – Za mie rzasz po dać mi ad res, czy mam cię jed nak pod - rzu cić do ba ru? Po nie waż i tak po trze bu ję two ich na mia - rów do wy peł nie nia for mu la rza, rów nie do brze mo gę cię pod wieźć. – Słu cham? Nick miał prze moż ną chęć strze lić pal ca mi tuż przed jej no sem. Wziął tecz kę zza sie dze nia i wy jął for mu larz. – Imię i na zwi sko po pro szę. – Ro sa lie. Ro sa lie Ro nal di. – Ro nal di? Czy je steś ja koś spo krew nio na z Ri chem Ro nal dim? Znasz go? – Ow szem, to mój brat oraz przy czy na mych cier pień. Nick uśmiech nął się pod no sem. Im mniej wie dzia ła o je go zna jo mo ści z Ri chem, tym le piej. Na wet pi ja ny w sztok pięt na sto la tek nie po wi nien iść do łóż ka z dziew - czy ną ko le gi. Do pro wa dze nie do aresz to wa nia przy ja cie - la za kra dzież sa mo cho du tyl ko po gor szy ło spra wę. Ostat nie wie ści, ja kie do nie go do tar ły, gło si ły, że Rich uczy w ja kiejś szko le w New Hamp shi re czy Ver mont. W każ dym ra zie w ja kimś miej scu, gdzie jest znacz nie wię cej drzew niż lu dzi i zde cy do wa nie za du żo śnie gu. Nie wi dział po wo du po wia da miać ape tycz nej Ro sa lie, ani jej bra ta, że Nick Ro meo się nią in te re su je. Sa ma do wie się o tym sta now czo za pręd ko. Zaś za nim in for ma cja do - trze do jej bra ta, bę dą mo gli się le piej po znać i Nick ja - koś zdo ła otrzeć jej łzy. Nie to, że by pla no wał do pro wa - dzać ją do pła czu, jed nak ko bie ty pła ka ły w je go to wa rzy - stwie na der czę sto. Je go związ ki i tak ni gdy nie trwa ły dłu go, po co więc psuć at mos fe rę sta ry mi bru da mi. Za - nim Rich przy je dzie z wi zy tą, Nick bę dzie dla Ro sa lie je - dy nie hi sto rią. Ta myśl jed nak wca le go nie ucie szy ła i od - su nął ją od sie bie. No si na zwi sko Ro meo, a to zo bo wią zu je. Ta kie na zwi - sko jest jed no cze śnie uspra wie dli wie niem i prze kleń - stwem. Co wię cej wy wo dził się z dłu giej li nii męż czyzn, któ rzy się że ni li, po czym pręd ko po rzu ca li mał żon ki * 14 * i zni ka li. Ni gdy w ży ciu nie po sta wił by ko bie ty w sy tu acji, w ja kiej zna lazł się z mat ką po odej ściu oj ca. Prze klę ta hi - sto ria ro du za koń czy się na nim. Ni cze go nie ro bił bez na - my słu, o czym prze ko ny wa ły się je go dziew czy ny. Był mi - ły, grzecz ny i hoj ny, lecz ni gdy nie go dził się na ślub i za - wsze uży wał pre zer wa tyw. Był prze ko na ny, że wy świad - cza tym przy słu gę ca łe mu ro dza jo wi żeń skie mu i każ dej ko bie cie z osob na. – Rich wciąż uczy? Ro sa lie od wró ci ła się ku nie mu i pod wi nę ła jed ną no gę. – Uczy. Wiem, że trud no w to uwie rzyć. Nie mo gę so - bie wy obra zić łaj da ka po kro ju Ri chie go w cha rak te rze na uczy cie la, ale po dob no jest w tym świet ny. – Wszy scy z cza sem do ra sta my. – Czyż by? Wy glą da ła, jak by wąt pi ła w tę teo rię. Przy po mnia ło mu się, jak To nya do wo dzi ła, że cier pi na syn drom Pio - tru sia Pa na. Jed nak Nick miał zgo ła in ną de fi ni cję cier - pie nia. Sy piał z pięk ną ko bie tą, do pó ki mu się nie znu - dzi ło, bądź ona nie za czę ła brzę czeć o ślu bie, w za leż no - ści od tego, co na stę po wa ło pierw sze. Nie wpusz czał jej do do mu, dzię ki cze mu czuł się wol ny i nie mu siał pa - mię tać o opusz cza niu de ski se de so wej. A co naj waż niej - sze, ni gdy nie mu siał sta wiać się na we zwa nie. Je śli nie miał na coś ocho ty, nie ro bił te go. Na wet lu bił ta ki ro - dzaj cier pie nia. Nick spoj rzał na uro czą pa sa żer kę. – Za mie rzasz mi po wie dzieć, gdzie miesz kasz, czy mam zga dy wać? – Skręć w pra wo na na stęp nym skrzy żo wa niu i jedź w stro nę par ku. Czwar ta uli ca w le wo. Ro sa lie sta ra ła się na nie go nie ga pić. Bez myśl nie prze trzą sa ła to reb kę, lecz co chwi lę zer ka ła ukrad kiem na Nic ka. Wy glą dał, jak by miał na praw dę cięż ki dzień. Oczy miał pod krą żo ne, a wo kół ust za stygł mu gry mas bó lu. Cza sem przez twarz prze bie ga ły mu cie nie emo cji, wśród któ rych wy chwy ci ła gniew, za wzię tość i upór. * 15 * Ow szem, po wi nien być ozdo bą okła dek ko lo ro wych pism i po czyt nych ro man sów, jed nak je śli Ro sa lie mia ła - by chęć na cie szyć oko, za wsze mo że ku pić ka len darz z pół na gi mi mo de la mi. Sły sza ła ostat nio, że wy da li ja kiś z no wo jor ski mi stra ża ka mi. Mo że po win ni wy dać też z me cha ni ka mi. Nie mia ła naj mniej sze go pro ble mu z wy - obra że niem so bie Nic ka z od sło nię tym tor sem, mu sku - lar ny mi ra mio na mi i de li kat nym za ro stem wio dą cym ku… po pro stu wie dzia ła, że bez kom bi ne zo nu wy glą dał - by rów nie do brze. – Co o tym są dzisz? Nie mal pod sko czy ła na dźwięk je go gło su. – Słu cham? Wy bacz, za my śli łam się. – Py ta łem, czy nie mia ła byś ocho ty wy sko czyć ze mną na obiad, al bo na ka wę, kie dy przy je dziesz ode - brać au to. – Dla cze go? – Spoj rzał na nią, jak by cał kiem po stra da - ła zmy sły. – To zna czy… Ja sne, cze mu nie? – Bła gam, po ha muj ja koś ten wy buch en tu zja zmu! Masz coś prze ciw ko rand ce z me cha ni kiem? – Rand ce? Z to bą? – wy buch nę ła Ro sa lie. Po czu ła się jak idiot ka. – Mam chło pa ka i… – Sko ro nie masz chę ci iść ze mną na ka wę, po pro stu od mów. Nie mu sisz od ra zu kła mać. – Wca le nie kła mię. Na praw dę mam chło pa ka. – Do praw dy? Dla cze go więc nie za dzwo ni łaś po nie go, kie dy prze bi łaś opo nę? – Dzwo ni łam. Nie by ło go w do mu. – To gdzie jest? – Skąd mam wie dzieć, do li cha? Nie mel du je my się so - bie co chwi lę. – Je ste ście na praw dę bli sko ze so bą, co? – Słu chaj, mój zwią zek z Jo ey em nie jest te ma tem… – To od kie dy je ste ście ra zem? – Od dwóch lat. Bo co? – Ach, ro zu miem. – Co ro zu miesz? * 16 * – Twój Jo ey al bo jest kre ty nem, al bo cię rzu ci. Praw do - po dob nie i to, i to. przez to po wie dzieć? – Wiem, że bę dę te go ża ło wać, ale za py tam. Co chcesz – To oczy wi ste. Jo ey nie mar twi się wca le, że po ja wi się w two im ży ciu ktoś no wy i sprząt nie cię mu sprzed no sa, co czy ni go kre ty nem. Gdy byś by ła mo ja, przez ca ły czas chciał bym wie dzieć, gdzie i z kim je steś, ty zaś wie dzia ła - byś, jak się ze mną skon tak to wać w każ dej chwi li. Ale mo że pla nu je cię rzu cić i dla te go zwięk sza dy stans i po - ka zu je ci, że nie je ste ście tak bli sko jak kie dyś. To tak że do wo dzi, że jest kre ty nem. Ro sa lie nie wie rzy ła, że da ła się wcią gnąć w tę roz mo wę z Nic kiem -me cha ni kiem, kim kol wiek w rze czy wi sto ści jest. Skrzy żo wa ła ra mio na na pier si i spoj rza ła na nie go su ro wo. – Je steś w tym cał kiem nie zły, co? Mie szasz z bło tem mo je go chło pa ka, ro bisz z nie go idio tę, przez ca ły czas kreu jąc mnie na bo żysz cze tłu mów. Zdu mie wa ją ce! Słu - cham cię i nie po tra fię się wściec. Za ło żę się, że ta kie prze mo wy dzia ła ją na dziew czy ny jak za klę cie. Drań miał czel ność się uśmiech nąć. Oczy wi ście był to sta ry do bry uśmiech, z ro dza ju „za pie ram dech w pier - siach”. – Czy nie wpa dło ci do gło wy, że mo że to ja utrzy mu ję dy stans i mam w pla nie roz sta nie? – Ow szem. Ale to tyl ko po twier dza mo ją teo rię. – Ni by jak? – Fa cet jest kre ty nem. Tyl ko kre tyn nie sta nął by na gło wie, że byś by ła z nim szczę śli wa. Ro sa lie mia ła na dzie ję, że Nick ma dar pro ro czy, po - nie waż pa trzył wciąż na nią, za miast na dro gę. Zaś w je - go spoj rze niu wi dzia ła pew ność, że wie, jak uszczę śli wić ko bie tę i z ra do ścią jej za de mon stru je. Prych nął ci cho i sku pił się na pro wa dze niu la we ty. – Mam ra cję, praw da? Twój chło pak jest idio tą. Zaś py ta nie, które mnie drę czy, brzmi: dla cze go przez dwa la - ta spo ty ka łaś się z idio tą, Ro sa lie Ro nal di? * 17 * – Bo dzię ki te mu ro dzi ce nie za tru wa li mi ży cia cią gły - mi py ta nia mi o ślub i mia łam ko go przy pro wa dzić na świą tecz ny obiad. – I co? Od cze pi li się? – Chcesz mi dać do zro zu mie nia, że je steś nie speł nio - nym psy cho lo giem? Wszyst ko dzia ła ło świet nie, aż do dziś. Oka za ło się, że nie świa do mie prze kro czy łam da - tę przy dat no ści do spo ży cia mo je go związ ku z Jo ey em. Chcia ła bym tyl ko zo ba czyć cy tat z mą drej księ gi, któ ry twier dzi, że po dwóch la tach uma wia nia się z chło pa kiem z dziew czy ny ro bi się… put ta na. Nick spoj rzał na nią prze cią gle. – Za pew ne znaj dziesz ten cy tat w roz dzia le o mał żeń - stwie. – Mu sia łam go prze oczyć. Nie mam za mia ru wy cho - dzić za mąż, ni gdy te go nie chcia łam. Dla cze go kto kol - wiek miał by po dej mo wać tak wiel kie ry zy ko, a zwłasz cza ko bie ta? Mam usłu gi wać fa ce to wi przez la ta tyl ko po to, że by mnie wy mie nił na młod szy mo del, kie dy mo je cia ło za cznie więd nąć? – Two ja lo gi ka jest po ra ża ją ca. – Skręć w le wo. Trze ci dom po pra wej stro nie. Nick za jął dwa miej sca par kin go we i wziął z de ski roz - dziel czej klu czy ki do au ta Ro sa lie. – Na któ rym pię trze miesz kasz? – Dla cze go py tasz? Po stu kał pal cem w for mu larz. – Po trzeb ny mi twój ad res. – Na par te rze. Wy cią gnął ku niej klu czy ki, ale nie chciał ich pu ścić. – To gdzie chcesz iść ju tro na obiad? Wy rwa ła mu klu czy ki i sta ra ła się po wścią gnąć uśmiech. Nie by ło to wca le ła twe. Nick chwy cił ją za rę kę. – Po mo gę ci. Wy sko czył z szo fer ki, otwo rzył jej drzwi i po mógł wy - siąść. Dło nie miał szorst kie, ale cie płe. * 18 * Ro sa lie sta nę ła przy nim i mu sia ła pod nieść gło wę, że - by spoj rzeć mu w oczy. – Nie przy po mi nam so bie, że bym uma wia ła się z to bą na obiad. Spo ty kam się z kimś. – Sa ma po wie dzia łaś, że utrzy mu jesz dy stans i nie je - steś uwią za na do idio ty Jo eya, z któ rym wca le nie je steś szczę śli wa. Zo ba czy my się ju tro oko ło pierw szej. – Nie mo gę przy je chać na lunch do Bro okly nu. Pra cu - ję w Ci ty. – W ta kim ra zie ko la cja. Spo tka my się w warsz ta cie. Mo żesz od ra zu ode brać au to. – Nick, już ci po wie dzia łam… – Wiem. Ale nie ma o co kru szyć ko pii. Od bie rzesz au - to, prze ką si my coś. – Na wet nie wiem, jak się na zy wasz. Po dał jej for mu larz i dłu go pis. – Co ty opo wia dasz? – Wska zał haft na kom bi ne zo nie. – Nick. Ro sa lie pod pi sa ła for mu larz. Nick na pi sał coś w dol - nym ro gu i ode rwał dla niej ko pię. – W ra zie cze go, za dzwoń do mnie. Na pew no bę dę ca - ły dzień w Ro meo. Za py taj o Nic ka, wszy scy mnie tam zna ją. Na pi sa łem ci mój nu mer te le fo nu. Ro sa lie scho wa ła for mu larz do kie sze ni płasz cza. – Ja sne. – Ru szy ła po scho dach, sły sząc za so bą je go kro ki. Przy pro gu Nick sta now czo wy jął jej z dło ni klu cze, otwo rzył drzwi i przy trzy mał je z ga lan te rią. – Do brej no cy, Ro sa lie Ro nal di. – Do bra noc, Nick. Po chy lił się ku niej i przez chwi lę Ro sa lie my śla ła, że Nick ją po ca łu je. Wstrzy ma ła od dech, jed nak przy stoj - niak tyl ko od gar nął pu kiel jej wło sów z po licz ka i mru - gnął po ro zu mie waw czo. Po czym zbiegł ze scho dów, gwiż dżąc pod no sem. Roz dział drugi Nick wsko czył do szo fer ki la we ty i za cze kał, aż w miesz ka niu Ro sa lie za pa li się świa tło. Gdy tyl ko zo ba czył, że fi ran ka po ru szy ła się lek ko, od ra zu wie dział, że idio ta Jo ey to już prze szłość. Żad - na ko bie ta, je śli nie jest za in te re so wa na męż czy zną, nie pa trzy, czy od je chał sprzed jej do mu, a ze spo so bu, w ja ki Ro sa lie spoj rza ła na nie go, gdy jej do tknął, ła two moż - na by ło wy wnio sko wać, że jest za in te re so wa na i to bar dzo. Cho le ra, co on so bie wy obra ża? Ro sa lie na le ży do ko - goś in ne go. Ja sne, fa cet wy da je się kom plet nym idio tą, ale Nick nie ma w zwy cza ju wcho dzić ko muś w pa ra dę. Spra wa z dziew czy ną Ri cha Ro nal di cze goś go w koń cu na uczy ła. Je śli zaś cho dzi o Ro sa lie, Nick nie mógł się po wstrzy - mać: po pro stu chciał ją sma ko wać i do ty kać. Szcze gól nie sma ko wać – mia ła nie ziem skie usta. Tak, Ro sa lie nada ła sło wu „po cią ga ją ca” cał kiem no we zna cze nie. Od czar - nych krę co nych wło sów się ga ją cych pod bród ka, któ re w do ty ku by ły tak mięk kie, na ja kie wy glą da ły, po po nęt - ne po ślad ki pierw szej kla sy, Ro sa lie by ła uoso bie niem ma rzeń. Ale do pó ki nie ze rwie z tym dup kiem Jo ey em, nie tknie jej, choć by nie wiem jak by ła słod ka, jak wspa - nia łą mia ła pu pę i jak pięk nie pach nia ła. Nick włą czył się do ru chu i ode tchnął głę bo ko. Za pach jej per fum mie szał się z wszech obec nym za pa chem ole ju sil ni ko we go. Chciał raz jesz cze po czuć za pach jej per fum, moc no i z bli ska. * 20 * Nick za po mniał już, jak eks cy tu ją ce mo że być po lo wa - nie. Przez ostat nich kil ka lat nie mu siał uga niać się za ko - bie ta mi; ra czej się od nich opę dzał i brał tę, na któ rą miał ocho tę. Nie po tra fił so bie przy po mnieć, kie dy prze sta ło mu się to po do bać, ale nie po tra fił też po wie dzieć, czym w cią gu ostat nich kil ku lat róż ni ły się od sie bie je go dziew czy ny. * * * * * Do brze, Ro sa lie pa trzy ła, jak Nick od jeż dża spod jej do mu, ale to prze cież nic nie zna czy. Pa trzy ła za nim, po - nie waż od je chał z jej sa mo cho dem. No do brze, nikt się nie da na to na brać, Ro nal di. Na wet Da ve, na wet gdy byś go chcia ła prze ku pić cia stecz kiem. Sko ro zaś mo wa o Da vie… – Da vi dzie Ru fu sie Ro nal di, gdzie je steś? Da ve cięż kim kro kiem wszedł do sa lo nu. Cho le ra, po - win na by ła prze mknąć nie po strze że nie do sy pial ni. Mo - gła by wte dy przy ła pać wstręt ne go łaj da ka, jak śpi w jej łóż ku, choć i tak nie po trze bo wa ła na to do wo du. Czar ne kła ki w łóż ku i tak zdra dza ły te go dur nia. – Spo dzie wa łeś się usły szeć, jak pod jeż dżam sa mo cho - dem, praw da, ło bu zie? – Po chy li ła się, że by po ca ło wać go w czu bek gło wy, a po czu ła mo kre liź nię cie na ustach. Fuj! Cho ler ny kun del zno wu ją prze chy trzył. – Chodź, wyj - dzie my na dwór. Ro sa lie po szła z Da ve’em do ogro du. Sta ra ła się nie my śleć o tym, co po wie dział Nick, ale nie po tra fi ła. W za - sa dzie nie by ła w sta nie my śleć o ni czym in nym. Gdy Da ve pod lał już wszyst kie krze wy, któ rych do tąd nie uda ło mu się uśmier cić, wró ci li do środ ka. Ro sa lie włą czy ła ja kąś mu zy kę i po szła się prze brać, by móc nie - co ode tchnąć. Zdą ży ła za ło żyć fla ne lo we spodnie od pi - ża my i ko szul kę z krót kim rę ka wem, gdy Da ve za czął szcze kać. Se kun dę póź niej usły sza ła pu ka nie do drzwi. Mia ła złe prze czu cie, że to Jo ey. * 21 * Spoj rza ła przez ju da sza; fak tycz nie, to był Jo ey. Cho le - ra, czy za wsze mu si mieć ra cję? I jak, do dia ska, uda ło mu się przejść przez fron to we drzwi? Ro sa lie otwo rzy ła wszyst kie czte ry zam ki i uchy li ła drzwi, jed no cze śnie sta ra jąc się przy trzy mać Da ve’a, któ - ry wy glą dał jak pies mor der ca. Da ve ni gdy nie lu bił Jo - eya, a Jo ey nie był oso bą, któ ra lu bi ku sić los, więc z rzad - ka po ja wiał się w ich do mu, co Ro sa lie uwa ża ła za dar nie bios. Dzię ki te mu mo gła so bie oszczę dzić sprzą ta nia, zmie nia nia po ście li i ca łe go te go am ba ra su zwią za ne go z rand ką w jej do mu. Ro sa lie nie by ła oso bą w ty pie Mar - thy Ste wart i na praw dę naj więk szej róż ni cy mię dzy pa - nia mi nie sta no wił fakt, że Ro sa lie ni gdy nie no si ła na ko - st ce bran so let ki otrzy ma nej w pre zen cie od po li cji. Ro sa lie za mknę ła Da ve’a w sy pial ni i wró ci ła do znie - cier pli wio ne go Jo eya, któ ry cho dził w tę i z po wro tem po sa lo nie. Coś mu sia ło go na praw dę po ru szyć, bo Jo ey ni gdy nie cho dził w tę i z po wro tem. Jo ey był za zwy czaj tak wy lu zo wa ny, że cza sem Ro sa lie mia ła ocho tę spraw - dzić mu puls, by upew nić się, że w ogó le jesz cze ży je. Cho le ra! Mia ła ocho tę za ko pać się w po ście li i po czy tać ja kieś ro man si dło, a nie pro wa dzić po waż ne dys ku sje. – Otrzy ma łem two ją wia do mość i roz glą da łem się za two im sa mo cho dem. Nic ci się nie sta ło? Ro sa lie mia ła ocho tę od po wie dzieć: „A wy glą dam, jak by mi się coś sta ło?”, ale to prze cież nie wi na Jo eya, że zła pa ła gu mę i spo tka ła na dro dze Go rą ce go Me cha ni ka. – Tak, wszyst ko w po rząd ku. Prze jeż dża ła obok la we ta i za bra ła mój wóz do warsz ta tu Ro meo. – Jo ey wy glą dał na stra pio ne go. Dla cze go nie za dzwo nił? Ro sa lie sta ra ła się nie zwra cać uwa gi na Da ve’a skam lą ce go i dra pią ce go w drzwi. – Tyl ko po to tu przy je cha łeś? Że by zo ba czyć, czy wszyst ko OK? – Nie. Chcę z to bą po roz ma wiać. Czy ten dzień nie mógł by cho ciaż skoń czyć się do brze? Jo ey chce po roz ma wiać. To z pew no ścią bę dzie bły sko tli - * 22 * wa roz mo wa. W gło wie Ro sa lie sło wo „idio ta” mi go ta ło jak neon. – Na pi jesz się wi na? Mam chy ba otwar tą bu tel kę ca - ber ne ta. – Tak na praw dę to Ro sa lie mu sia ła się na pić. Jo ey znów za czął cho dzić w tę i z po wro tem. – Hm, nie. Mo że my usiąść? – Ja sne. Ro sa lie od su nę ła na bok ak tów kę i no tat nik, i usia dła na so fie, a do kład nie na le żą cej tam szczot ce do wło sów. Wy cią gnę ła ją spod sie bie i wci snę ła do to reb ki. Jo ey ob rzu cił ją jed nym z tych swo ich spoj rzeń peł nych dez apro ba ty. Tak sa mo pa trzy ła mat ka Jo eya – Ro sa lie wi dzia ła ta kie spoj rze nie za każ dym ra zem, gdy je go mat - ka py ta ła, kie dy się po bio rą. Jo ey tak moc no za ci snął war gi, że le d wie by ło je wi dać; jed ną brew uniósł tak wy - so ko, że nie mal do ty ka ła li nii wło sów, co w przy pad ku Jo - eya ozna cza ło dość wy so ko. Po krę cił lek ko gło wą i syk - nął. Strasz nie to by ło iry tu ją ce. Jo ey po tra fił spra wić, że Ro sa lie czu ła się, jak by znów mia ła pięć lat i pró bo wa ła wy ja śnić mat ce, dla cze go wrzu ci ła pie nią dze do se de su. Jo ey usiadł na ła wie, któ ra sta ła tuż przy so fie. Nie by - ło tam zbyt wie le miej sca i Ro sa lie chcia ła wstać i się prze su nąć, ale Jo ey no ga mi za blo ko wał jej no gi. Po tem wziął ją za rę ce. Je go dło nie by ły zim ne i drża ły. O mat - ko, Ro sa lie mia ła co raz gor sze prze czu cia. – Ro sa lie, wie le my śla łem o swo im ży ciu. Roz ma wia - łem z ro dzi ca mi i pod ję li śmy de cy zję. – Po słu chaj, Jo ey… – Nie, nie prze ry waj mi, do brze? Ca ły dzień się przy go - to wy wa łem do tej roz mo wy. Za dzwo nił te le fon. Je go dzwo nek ją ura to wał. Ro sa lie pod nio sła słu chaw kę te le fo nu sto ją ce go za so fą i w du chu po dzię ko wa ła Bo gu za to, że im prze rwa no. – Ha lo? – Po pro sił już? Wła śnie dzwo ni ła do mnie pa ni Ma net - ti. Chce, że by ślub był w jej pa ra fii! Wy obra żasz so bie, co * 23 * za tu pet!? Mam pła cić za ślub w jej ko ście le? Po wie dzia - łam jej, że weź mie cie ślub w ko ście le Świę te go Jó ze fa. – Ma ma? – Oczy wi ście, że ma ma. A kto? Mat ka Bo ska? O mój Bo że, o mój Bo że, o mój Bo że... – Tak, ma mo, Jo ey jest u mnie. Nie, nic no we go. – Och, on ci się oświad cza, a ja wam prze szka dzam. Mu szę od mó wić no wen nę za szczę ście wa sze go mał żeń - stwa. Ti amo, bar dzo mnie uszczę śli wi li ście. – Ma mo, wstrzy maj się jesz cze z tą no wen ną, chy ba wy bie gasz przed or kie strę. – Ciao, bel la. Po roz ma wia my ju tro. Ro sa lie wpa try wa ła się w apa rat, aż cho ler nik za czął brzę czeć. Nie mo gła uwie rzyć, że to wszyst ko dzie je się na praw dę. Jo ey wy jął jej z rę ki słu chaw kę i odło żył na wi deł ki. Ro sa lie pró bo wa ła zna leźć ja kieś wyj ście z sy tu acji. Je - śli wy pu ści Da ve’a z ła zien ki, za gry zie Jo eya i przy naj - mniej bę dzie mia ła sen sow ny po wód, że by nie wy cho dzić za nie go za mąż. Jo ey uklęk nął na jed no ko la no. Te le fon znów za dzwo nił. – Prze pra szam, mu szę ode brać. – Ro sa lie prze śli znę ła się obok Jo eya. Bie gnąc do te le fo nu, po pchnę ła go, aż stra cił rów no wa gę. – Ha lo? – Je śli są dzisz, że twój ślub przy ćmi mój ślub, to się gru bo my lisz. Jak śmiesz się za rę czać przed mo im ślu - bem? To mój czas. Mój! – An na bel le? – Do sko na le, naj pierw mat ka, te raz sio stra. – A my śla łaś, że kto? Jaś Fa so la? – Nie, Mat ka Bo ska. – Bar dzo śmiesz ne. Słu chaj, to, że je steś sta rą pan ną, wca le nie zna czy, że mo żesz… O mój Bo że, wiem, o co w tym cho dzi! Brzuch już ci urósł! Już cię wzdę ło! – Wca le mnie nie wzdę ło! – Ro sa lie spoj rza ła w dół. No do brze, mo że i nie co ją wzdę ło, ale cze go moż na się spo dzie wać po czte rech go dzi nach przy sto le? – Po słu - * 24 * chaj An na bel le, mo że le piej za dzwoń do ma my, ja już mu szę koń czyć. Jo ey odło żył słu chaw kę i odłą czył te le fon. Żad nych roz mów wię cej. – Ro sa lie. – Znów wziął ją za rę kę, ale dzię ki Bo gu tym ra zem już nie klę kał. – Pod ko niec ro ku ta ta od cho dzi na eme ry tu rę. Ra zem z ma mą i bab cią prze pro wa dza ją się na Flo ry dę. Chcę od nich od ku pić sklep mię sny, my - ślę więc, że nad szedł czas, by śmy upra wo moc ni li nasz zwią zek. Bę dzie my miesz kać nad skle pem, a ty bę dziesz mo gła rzu cić pra cę. Bę dziesz zbyt za ję ta po ma ga niem mi przy skle pie, że by jesz cze pra co wać. A kie dy staniemy się ro dzi ną, bę dziesz jesz cze mu sia ła zaj mo wać się dzieć mi. Wyjdź za mnie, Ro sa lie. Ro sa lie nie po tra fi ła so bie wy obra zić, jak fa tal ne mo - gły by być te oświad czy ny, gdy by Jo ey się do nich nie przy go to wy wał. Żad nych de kla ra cji o mi ło ści do koń ca ży cia, żad nych obiet nic wspól nej sta ro ści. Je dy nie: „Przej mu ję sklep ro dzi ców i chcę upra wo moc nić nasz zwią zek”. Oświad czy ny w wy ko na niu Jo eya by ły tak ro - man tycz ne, że Ro sa lie nie mal roz pły nę ła się ze wzru sze - nia. Nie! Jo ey wy jął z kie sze ni pu de łecz ko, a gdy je otwo rzył, oczom Ro sa lie uka zał się naj mniej szy dia ment, ja ki moż - na so bie wy obra zić. Jo ey prze szedł sa me go sie bie. – Ja sne, Jo ey, nie ste ty ja my ślę, że po win ni śmy za koń - czyć nasz zwią zek. Nie wyj dę ze cie bie. Przy kro mi, ale bę dziesz mu siał po szu kać ko goś in ne go, kto po mo że ci pro wa dzić sklep. Pra cu ję w kor po ra cji, je stem au dy to rem i je stem w tym cho ler nie do bra. Do li cha, mam na wet szan sę zo stać wi ce pre ze sem! Nie po to ha ro wa łam ty le lat w szko le i na stu diach, i po tem przez pięć lat w kor po - ra cji, że by pro wa dzić sklep mię sny. – Ja bym go pro wa dził, ty byś mi tyl ko po ma ga ła. – Tym bar dziej. Nic z te go. Jo ey owi opa dła szczę ka, a po tem w je go oczach znów po ja wi ło się to spoj rze nie peł ne dez apro ba ty. * 25 * – Do brze, dam ci tro chę cza su na za sta no wie nie. Ro - sa lie, pa mię taj, że lat ka le cą. Ra czej już nie do cze kasz się lep szej par tii. A ja mam wła sną fir mę, do brze za ra biam. Bę dzie my mie li ład ne miesz ka nie nad skle pem. Cze go wię cej jesz cze chcesz? Mat ka i ciot ka Ro sa lie po wie dzia ły jej do kład nie to sa - mo mię dzy przy staw ką a da niem głów nym. Wszy scy chy - ba upa dli na gło wę. – Już trze ci raz dzi siaj ktoś mi wy po mniał mój wiek. Na mi łość bo ską, mam do pie ro dwa dzie ścia sie dem lat! Dez apro ba ta w spoj rze niu Jo eya spra wia ła, że Ro sa lie chcia ła krzy czeć. Jo ey uwa żał jed nak, że ko bie ta nie po - win na prze kli nać. Cóż, to je go cho ler ny pro blem. – Nie je stem sta rą pan ną i mo że nie wiem, cze go chcę, ale na pew no wiem, cze go nie chcę. Mię dzy in ny mi nie chcę wyjść za cie bie za mąż. Za bie raj więc ten swój pier - ścio nek i swo je biz ne so we pro po zy cje, i wy noś się stąd, za nim wy pusz czę Da ve’a, że by od pro wa dził cię do drzwi. – Ro sa lie, uspo kój się… – Nie mów mi, że bym się uspo ko iła. Wy no cha z mo je - go do mu. Na tych miast. Da ve usły szał krzy ki i za czął na pie rać na za mknię te drzwi. Jo ey spoj rzał na drzwi sy pial ni, po tem na Ro sa lie i po wo li wy co fał się z sa lo nu. Trzy mał już jed ną rę kę na klam ce, gdy od chrząk nął i wy pro sto wał ra mio na. – Jesz cze po ża łu jesz, że mnie od rzu ci łaś. Za pa mię taj so bie mo je sło wa. Nikt cię nie ze chce. I wiesz, co? Na - praw dę cię wzdę ło. – Jo ey za trza snął za so bą drzwi. Ro sa lie wy pu ści ła Da ve’a z sy pia li i za uwa ży ła, że ca łą dol ną część drzwi trze ba bę dzie wy mie nić na no wą. Po - my śla ła też, że w su mie cał kiem ła two po szło. Za mknę ła drzwi na za mek i przed pój ściem do łóż ka po ga si ła świa - tła. Nie pa trzy ła za od jeż dża ją cym Jo ey em. Roz dział trzeci Ro sa lie mu sia ła to wresz cie przy znać. To nie był do bry dzień i za wdzię cza go męż czyź nie, któ - re go imie nia wca le nie jest pew na. Krę cąc się bez sen nie w łóż ku, za sta na wia ła się, jak to moż li we, że przez ca łe dwa la ta spo ty ka ła się z idio tą. Od po wie dzi na to py ta nie wo la ła by nie wy po wia dać na głos po za bez - piecz ny mi ścia na mi ga bi ne tu te ra peu ty. Co gor sza, prze - ga pi ła swo ją sta cję me tra i spóź ni ła się do pra cy tyl ko dla - te go, że wciąż my śla ła o n i m. Spóź ni ła się tak że na spo - tka nie ze spo łu, a szef przy ła pał ją na bu ja niu w ob ło kach, bo my śla ła wciąż o n i m. Madònne! W po rząd ku, jest by stry, zgrab ny i pie kiel nie przy stoj - ny. Nie ste ty, chęt nie wła zi w cu dze ży cie z bu cio ra mi. Czy ktoś go py tał o zda nie? Ro sa lie rze czy wi ście sta ra ła się za wsze trzy mać Jo eya na dy stans. Czy to jej wi na, że oka zał się więk szym kre ty - nem, niż kto kol wiek mógł by przy pusz czać? Jed nak nie od rzu ci ła je go oświad czyn z po wo du ja kiejś cho rej fan ta - zji o księ ciu na bia łym ru ma ku. Nie by ła za do wo lo na z te - go związ ku na dłu go, za nim w jej ży cie wkro czył uma za - ny sma rem do mo ro sły psy cho log. Za nim wy bi ła pią ta, Ro sa lie sta wia ła tyl ko sła by opór mat ce i sio strze. Że by je obie uci szyć, po trze bo wa ła ogni - ste go po słań ca, a nikt nie nada wał się do tej ro li le piej niż Gi na. Ro sa lie chy ba ni gdy nie wi dzia ła, jak ktoś za wsty - * 27 * dza i ujarz mia jej mat kę. Gi nie się to uda ło i do koń ca ży - cia Ro sa lie nie bę dzie w sta nie spła cić te go dłu gu. Nie ste - ty, Gi na nie za mie rza ła po prze stać na ujarz mia niu mat ki. Ro sa lie skrzy wi ła się, gdy przy ja ciół ka we szła sta now - czym kro kiem do biu ra i za mknę ła za so bą drzwi. Wie - dzia ła, że bę dzie mu sia ła wszyst ko wy śpie wać. Czu ła się dość dziw nie, gdy Gi na nie na ci ska ła na zwie - rze nia w cza sie lun chu, choć w isto cie nie mia ła by moż li - wo ści ni cze go jej po wie dzieć. Dzię ki Bo gu, nie jest jed ną z tych nie szczę snych istot, któ re nie są w sta nie jeść, gdy coś je zde ner wu je lub za smu ci. Ro sa lie uwa ża ła się za świet nie funk cjo nu ją cy i nie znisz czal ny od ku rzacz, wcią ga ją cy wszyst ko, co znaj dzie się w za się gu wzro ku. Nie dość, że zja dła ca łą gi gan tycz ną buł kę z pa stra mi, to do koń czy ła za Gi nę sa łat kę. Wszy scy kel ne rzy pa trzy li na nią z po dzi wem. Ro sa lie by ła z sie bie dum na. Naja dła się za wszyst kie cza sy, a w do dat ku ni cze go nie wy pa pla ła. Te raz jed nak Gi na za ło ży ła lśnią ce czar ne ko smy ki za uszy i przy stą pi ła do dru giej run dy. – Na dziś już skoń czy łam. Wy ci szy łam też te le fon, więc two ja mat ka bę dzie mia ła szan sę na grać mi się na pocz tę gło so wą. Na wet dzie sięć ra zy. Te raz mo żesz mi wresz cie opo wie dzieć, co ta kie go się sta ło, u dia bła, że słod ka do - mo wa kur ka stra ci ła na gle więk szość pió rek i świę to ści? Ro sa lie wbi ła wzrok w pod ło gę, wie dząc, że za kil ka chwil Gi na wy po wie swo je: „a nie mó wi łam?”. Pra co wa - ły ze so bą zbyt dłu go, by móc trzy mać w ta jem ni cy ży cie pry wat ne. Do li cha, by ły so bie tak bli skie, że na wet okres mia ły za wsze w tym sa mym cza sie! Resz ta fir my sta ra ła się uni kać ich jak ognia w cza sie kosz mar ne go ty go dnia pod zna kiem PMS. Tchó rze. Po dwóch la tach szef za czął no to wać so bie ich cy kle w Black Ber ry. Że nu ją ce. – Jo ey oświad czył mi się wczo raj wie czo rem, a ja da - łam mu ko sza. – To, że by ły bli sko, nie ozna cza ło jesz cze, że mu si się szcze gó ło wo spo wia dać, nie praw daż? – Za chwi lę wró ci my do je go oświad czyn. To, co mó - wisz, w ogó le nie wy ja śnia za cho wa nia two jej mat ki, któ - * 28 * ra dzwo ni do mnie co pół go dzi ny. Za któ rymś ra zem za - py ta ła mnie, czy bie rzesz be na dryl al bo sto su jesz ste ry dy w kre mie… – Gi na, bar dzo bym chcia ła z to bą po ga wę dzić, ale mu - szę ode brać sa mo chód od Ro mea. – Za mknę ła kom pu - ter, uni ka jąc kon tak tu wzro ko we go, i szyb ko ze bra ła swo - je rze czy, mo dląc się w du chu o cud. Cud nie na stą pił. Gi na spo koj nie opie ra ła się o je dy ne drzwi na ko ry - tarz. Ro sa lie zer k nę ła w okno, za sta na wia jąc się, czy bar - dzo by się po tłu kła, gdy by wy sko czy ła. Bez wąt pie nia. Są prze cież na pią tym pię trze. Mu sia ła by po dro dze za ha - czyć ja kąś mar ki zę, ewen tu al nie wpaść pro sto do śmie - ciar ki… Nie li czy ła jed nak na ta ki uśmiech lo su. Gdy by by ła szczę ścia rą, nie mu sia ła by te raz za sta na wiać się nad sko - kiem przez okno. Gi na spoj rza ła na nią su ro wo. Ro sa lie nie mo gła zro - zu mieć, w ja ki spo sób przy ja ciół ka zdo ła ła spoj rzeć na nią z gó ry, mi mo że jest o gło wę niż sza. To prze czy pra wom fi zy ki. Gi na uśmiech nę ła się de li kat nie, a w jej uśmie chu kry ła się obiet ni ca dłu gich i po wol nych tor tur. Jej oczy skrzy ły się z za do wo le nia. – Po roz ma wia my w dro dze do me tra. Bez wąt pie nia. – Sko ro za mie rzasz wy ci nać ze mnie in for ma cje na żyw ca, mo gła byś cho ciaż znie czu lić mnie al ko ho lem – po skar ży ła się Ro sa lie. – Ta ki mam za miar. – Świet nie. Tak do brze jest wie dzieć, że pew ne rze czy się nie zmie nia ją. Wciąż mo gę li czyć na otu ma nie nie przed tre pa na cją czasz ki. Tro chę mniej bo li. Ru szy ły do win dy. Gdy tyl ko wy sia dły w głów nym ho - lu, Gi na od nie chce nia pod ję ła wą tek. – Nie mydl mi oczu sa mo cho dem, chi ca. Są dzi łam, że je ste śmy przy ja ciół ka mi. Wy pa dła przez ob ro to we drzwi w mak sy mal nym tem - pie, na ja kie po zwa la ły jej nie za dłu gie no gi. Mu sia ła być * 29 *
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Romeo Romeo
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: