Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00223 003847 18785020 na godz. na dobę w sumie
Rozbitkowie z  Jonathana  Część 2 - ebook/pdf
Rozbitkowie z Jonathana Część 2 - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 234
Wydawca: Jamakasz Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-66268-18-0 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dla dzieci i młodzieży >> młodzieżowe
Porównaj ceny (książka, ebook (-18%), audiobook).

Rok 1880. Tubylcy z magellańskiego archipelagu wielbią zagadkowego i dobrego człowieka, który już od lat otacza ich opieką. Nadali mu przydomek Kaw-djer (Dobroczyńca). Ten osobnik żyje w towarzystwie Fuegeńczyków: Karoly'ego i jego syna, Halga, którego darzy prawie ojcowskim uczuciem. Dowiedziawszy się, że Chile i Argentyna podzieliły między siebie ten region, Kaw-djer, zwolennik anarchizmu, odczuwa głęboką gorycz. Ratuje on rozbitków z 'Jonathana', statku emigrantów, wyrzuconego na brzeg wyspy Hoste, blisko przylądka Horn. Pasażerowie decydują pozostać na wyspie i ją skolonizować, a wtedy Chile proponuje niezależność tej ziemi w zamian za podniesienie jej dobrobytu. Pomiędzy tym tysiącem rozbitków, wyrwanych z korzeniami z różnych narodowości, znajdują się uczciwi pracownicy, ale także liczni awanturnicy, a nawet dwaj polityczni teoretycy, Beauval i Dorrick, którzy zaczynają walczyć ze sobą w imię swych partykularnych ideałów. Kaw-djer sympatyzuje najpierw z Rhodesem, a później z Hartlepoolem, bosmanem statku; interesuje się także dwoma chłopcami okrętowymi: Dickiem i Sandem. Dzięki zręcznemu manewrowi, Beauvalowi udaje się zostać obranym gubernatorem wyspy, ale jego niekompetencja w zarządzaniu zachęca do rozruchów i plądrowania. Rhodes i Hartlepool odzyskują z ładunku statku fuzje, tworzą milicję, integrują ludzi i zaklinają Kaw-djera, by stanął na jej czele. Wobec bliskiego niebezpieczeństwa ten akceptuje propozycję, jednak całkowicie świadomy tego, że ten wybór niweczy jego libertyńskie idee. Bardzo szybko, w imię odpowiedzialności, na nowo modeluje miasto, a następnie zapewnia sobie pomoc wykwalifikowanych robotników, którzy budują infrastrukturę wyspy Hoste. Wszystko to nie podoba się Dorrickowi i jego akolitom, którzy decydują się na wyeliminowanie nowego przełożonego. Dzięki interwencji Dicka i Sanda, spisek zostaje odkryty, a spiskowcy zabici podczas eksplozji ich własnej bomby. Na nieszczęście dwoje dzieci płaci wielką cenę za swe poświęcenie: Sand ma połamane nogi, a Dick, strasznie przeżywszy ten dramat, doznaje udaru mózgu. Kaw-djerowi udaje się ich uratować, ale Sand pozostanie chorowity. Kolonia zaczyna powoli prosperować, kiedy nagle zagraża jej poważna groźba inwazji patagońskich rabusiów. Kaw-djer, ujawniając swe talenty stratega, pomimo mniejszej ilości swych wojsk, zadaje im klęskę. W 1890 roku wyspa dochodzi do pełnego rozkwitu i teraz emigranci żyją  w pełnym dostatku. Halg żeni się, Dick i Sand dorastają, i wszyscy trzej rozwijają harmonijnie swoje przymioty. Jednak przypadkowe odkrycie złotonośnych żył wywraca wszystko do góry nogami. Koloniści porzucają wszelkie swoje zwykłe zajęcia, by oddawać się poszukiwaniom, przez co wali się cała gospodarka. Ponadto przybywają tysiące poszukiwaczy złota i sieją nieporządek. Kaw-djer próbuje ich wypchnąć z ziemi, ale wobec ich agresywności każe otworzyć do nich ogień. Setki ludzi pada pod kulami, a pozostali przy życiu uciekają. Wyspa jest uratowana, ale za jaką cenę! Kaw-djer, bardzo doświadczony tym wydarzeniem, przechodzi ciężki kryzys umysłowy, spotęgowany jeszcze interwencją Chile, które to państwo poddaje w wątpliwość niezależność wyspy i jednocześnie pożąda jej bogactw. Dowiadujemy się też, że ten wyjątkowy człowiek jest potomkiem europejskiej rodziny królewskiej, której nazwiska jednak nie poznamy. Negocjuje z władzą warunki istnienia kolonii i wyznacza Dicka na swego następcę.

Seria wydawnicza 'Biblioteka Andrzeja' zawiera ponad 50 powieści Juliusza Verne'a i z każdym miesiącem się rozrasta. Publikowane są w niej tłumaczenia utworów dotąd niewydanych, bądź takich, których przekład pochodzący z XIX lub XX wieku był niekompletny. Powoli wprowadzane są także utwory należące do kanonu twórczości wielkiego Francuza. Wszystkie wydania są nowymi tłumaczeniami i zostały wzbogacone o komplet ilustracji pochodzących z XIX-wiecznych wydań francuskich i przypisy. Patronem serii jest Polskie Towarzystwo Juliusza Verne'a.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Juliusz Verne ROZBITKOWIE Z „JONATHANA” Juliusz Verne ROZBITKOWIE Z „JONATHANA” Przełożyła Iwona Janczy Sześćdziesiąta ósma publikacja elektroniczna wydawnictwa JAMAKASZ Tytuł oryginału francuskiego: Les naufragés du „Jonathan” © Copyright for the Polish translation by Iwona Janczy, 2019 59 ilustracji, w tym 11 kolorowych: George Roux (zaczerpnięte z XIX-wiecznego wydania francuskiego) Redakcja: Marzena Kwietniewska-Talarczyk Przypisy: Iwona Janczy, Andrzej Zydorczak Korekta: Andrzej Zydorczak Konwersja do formatów cyfrowych: Mateusz Nizianty Patron serii „Biblioteka Andrzeja”: Polskie Towarzystwo Juliusza Verne’a Wydanie I © Wydawca: JAMAKASZ Ruda Śląska 2019 ISBN 978-83-66268-16-6 (całość) ISBN 978-83-66268-18-0 (tom drugi) CZĘŚĆ TRZECIA Rozdział I Pierwsze zarządzenia K aw-djer na czele piętnastu ochotników szybkim krokiem przebył równinę. Wystarczyło im kilka minut na dojście do Liberii. Na placu wciąż jeszcze trwała bójka, choć już nie z poprzednią zażartością, gdyż teraz nawet nie wiedziano, o co poszło. Przybycie małego uzbrojonego oddziałku wprawiło walczących w zdumienie, gdyż zupełnie się tego nie spodziewali. Wichrzyciele nawet przez chwilę nie przypuszczali, że ktokolwiek zdoła posta- wić tamę ich krwiożerczym instynktom. Walka natychmiast ustała. Ci, co zostali napadnięci i których bito, uciekli swoim oprawcom, ci, co zadawali razy, stanęli jak wryci, jedni nadal oszołomieni tym, co im się przydarzyło, drudzy zagubieni i zadyszani jak ludzie, którzy w momencie jakichś zawirowań wykonali kawał nieprzyjemnej robo- ty, ale jej celu sami nie rozumieli. W jednej chwili, bez żadnego etapu przejściowego, silne wzburzenie ustąpiło miejsca odprężeniu. Kaw-djer zajął się najpierw ugaszeniem pożaru, którego płomienie, podsycane lekkim południowym wietrzykiem, mogły zagrozić całe- mu obozowisku. To, co niegdyś było „pałacem” Beauvala, spłonęło w trzech czwartych. Wystarczyło kilka uderzeń kolbami, by lekka konstrukcja całkowicie runęła, zamieniając się w stos wypalonych szczątków, z których unosił się cierpki swąd. Pozostawiwszy pięciu zbrojnych na straży tłumu zgromadzone- go na placu, Kaw-djer z pozostałymi dziesięcioma towarzyszami udał się na równinę dla zebrania rozproszonych emigrantów. Nie sprawiło mu to zbytniego kłopotu, gdyż sami wracali ze wszystkich stron do Liberii. Zarówno tworzący awangardę zmęczeni napastnicy, któ- rym złość już minęła, jak i napadnięci, ci nieco z dala, wciąż jeszcze przestraszeni, zbliżali się bojaźliwie. Dopiero na widok Kaw-djera ~ 10 ~ odzyskali rezon i przyspieszyli kroku, tak że do Liberii jedni i dru- dzy dotarli równocześnie. W niecałą godzinę później cała ludność stolicy zgromadziła się na placu. Spoglądając na tę zwartą masę, na równe szeregi, jeden obok drugiego, aż trudno było sobie wyobrazić, że kiedykolwiek lu- dzie ci dzielili się na dwa wrogie stronnictwa. Gdyby nie ofiary ostatniej utarczki, leżące na ziemi, nie pozostałby żaden ślad po niedawnych rozruchach. Tłum nie okazywał niecierpliwości, lecz opanowała go cieka- wość. Wciąż zdumieni ludzie nie odrywali oczu od grupki piętnastu zbrojnych, która tak nieoczekiwanie zainterweniowała, i spokojnie czekali na dalszy rozwój wydarzeń. Kaw-djer wysunął się na środek placu i patrząc na osadników, których spojrzenia kierowały się teraz ku niemu, oświadczył moc- nym głosem: – Od teraz ja jestem waszym przywódcą! Jakąż drogę musiał przebyć, aby te kilka słów przeszło mu przez usta! Tak więc nie tylko zaakceptował zasadę autorytetu, nie tylko ją przyjął wbrew wcześniejszej odrazie, nie tylko stał się jej wyra- zicielem, ale przeszedł z jednej skrajności do drugiej, jawiąc się jako absolutny autokrata. Bynajmniej nie zadowolił się wyrzeczeniem swego dotychczasowego ideału wolności, po prostu go zdeptał wła- snymi nogami! Nie obchodziła go nawet formalna aprobata tych, któ- rych przywódcą się ogłosił. Nie była to już nawet rewolucja, lecz zamach stanu! Był to zamach stanu dokonany z zadziwiającą łatwością. Po krót- kim oświadczeniu Kaw-djera na moment zapadła całkowita cisza, a po- tem rozlegała się burza okrzyków. Prawdziwy huragan oklasków, wiwatów i gromkich „hurra”! Ściskano sobie ręce, wzajemnie gratu- lowano, matki przyciskały do piersi dzieci. Był to wybuch szalonego entuzjazmu. Zgromadzeni tu biedacy w jednej chwili przeszli od zwątpienia ku nadziei. Z chwilą, gdy Kaw-djer brał w swe ręce ich losy, byli oca- leni. Przecież to on najlepiej wiedział, jak ich wyciągnąć z biedy. ~ 11 ~ Jak…? Jakim sposobem…? Tym już sobie nikt głowy nie zawracał, ale i też nikt się tym nie zajmował. Nie było po co się martwić, skoro tego zadania podjął się Kaw-djer. Jednakże znaleźli się tacy, którym to było nie w smak. Rozpro- szeni w wiwatującym tłumie zwolennicy Beauvala i Lewisa Doricka, choć sami nie wyrażali radości, to przecież nie ośmielili się na żaden inny gest niezadowolenia jak tylko milczenie. Cóż zresztą mogliby więcej zrobić? Teraz ich znikoma mniejszość musiała się liczyć z większością, odkąd ta zyskała wodza. To wielkie ciało o niezliczo- nych ramionach miało obecnie głowę i mózg, co sprawiało, że po- gardzany dotychczas tłum stał się niebezpiecznym przeciwnikiem. Kaw-djer uniósł dłoń. Niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zapadła cisza. – Hostelianie – powiedział – by polepszyć naszą sytuację, nie- zbędne jest mi wasze absolutne posłuszeństwo. Liczę, że nikt z was nie zmusi mnie do użycia siły. Teraz niech każdy spokojnie wraca do siebie i czeka na instrukcje, które już niebawem zostaną wydane. Ta zdecydowana i lakoniczna przemowa odniosła jak najlepszy skutek. Zrozumiano, że odtąd ktoś będzie nimi rządził i że wystar- czy słuchać. Nic nie mogłoby bardziej pokrzepić nieszczęśników, którzy właśnie doświadczyli tragicznej konfrontacji z własną wol- nością i z chęcią oddaliby ją za pewny kawałek chleba. Istotnie, wol- ność to wielkie dobro, lecz tylko wówczas, gdy jest się przy życiu. Teraz zaś jedynym pragnieniem zgromadzonego tu tłumu było po prostu przeżyć. Posłuchano skwapliwie i bez szemrania. Plac w mgnieniu oka opustoszał i wszyscy, nawet Lewis Dorick, zgodnie z rozkazem za- mknęli się w swoich domkach lub namiotach. Kaw-djer śledził wzrokiem rozchodzący się tłum, a na jego ustach zawitał prawie niewidoczny grymas goryczy. Jeśli miał jeszcze ja- kieś złudzenia, to w tej chwili ostatecznie je utracił. Doprawdy istota ludzka wcale nie ma w wielkiej nienawiści nakładanego na nią przy- musu, jak to sobie wcześniej wyobrażał. Tyle uległości – prawie gra- niczącej z tchórzostwem! Nic z tego nie licowało z nieograniczoną wolnością! ~ 12 ~ Około setka kolonistów nie poszła jednak za przykładem pozo- stałych. Kaw-djer zwrócił się ze zmarszczoną brwią ku tym niepo- kornym. Natychmiast jeden z nich wyszedł przed szereg towarzyszy, by przemówić w ich imieniu. Jeśli nie odchodzili, by powrócić do swoich mieszkań, to jedynie dlatego, że ich nie posiadali. Wygnani ze swoich farm przez bandę rabusiów, dotarli na wybrzeże – jedni przed kilkoma dniami, a inni dopiero wczoraj – tak więc ich schro- nisko było pod gołym niebem. Kaw-djer zapewnił ich, że szybko zajmie się ich losem, a tym- czasem kazał im rozbić pozostałe w rezerwie namioty, i podczas gdy oni, usłuchawszy go, zajęli się tym, sam udał się pospiesznie do ofiar niedawnych zamieszek. Było ich sporo, zarówno na całej równinie, jak i w okolicach obo- zu. Wyruszono natychmiast na ich poszukiwanie i wkrótce wszyscy zostali zniesieni do obozowiska. Ostatecznie okazało się, że rozruchy kosztowały życie dwunastu kolonistów, w tym trzech rabusiów, którzy śmierć znaleźli pod farmą Rivière’ów. W sumie nie było kogo żało- wać. Tylko jeden z zabitych należał do osadników, którzy powrócili zimą ze swoich gospodarstw, i mógłby być zaliczony do zdrowej czę- ści hosteliańskiej populacji. Co do pozostałych, to wszyscy należeli albo do klanu Beauvala, albo Doricka, tak więc zwolennicy ładu i pracy tylko na ich odejściu zyskali. Największe straty ponieśli bowiem sami wichrzyciele, zażarci za- równo w ataku, jak i w obronie. Pośród ciekawskich z bezbronnego tłumu, na który tamci rzucili się tak bestialsko po podpaleniu „pałacu”, w zasadzie, prócz zabitego osadnika, o którym była mowa wyżej, do- minowały tylko obrażenia – kontuzje, złamania, kilka ran od noża, jednak szczęśliwie nic z tego nie stało się przyczyną zagrożenia życia. Uporanie się z tym również należało do Kaw-djera. Bynajmniej go to nie przerażało. Wiedział, co robi, podejmując się opieki nad ty- siącem istnień ludzkich, i jakkolwiek nie było to łatwe zadanie, to wcale go nie przerastało. Po zbadaniu – i tam, gdzie to było konieczne, opatrzeniu ran- nych – Kaw-djer odesłał ich do domów. Plac zupełnie opustoszał. Bez chwili wytchnienia wrócili do Liberii i chodząc od drzwi do drzwi, każdemu wręczali przynależną mu porcję. ~ 14 ~ Pozostawił na nim tylko pięciu ludzi na straży, a z dziesięcioma innymi powrócił do Nowego Miasta. Tam wzywał go inny obowią- zek, ponieważ tam znajdował się umierający Halg, a być może już nawet martwy… Halg wciąż pozostawał w tym samym stanie, nie brakowało mu umiejętnej opieki. Chcąc wesprzeć Karroly’ego, do łoża chorego dołą- czyła Graziella z matką i z całą pewnością na poświęcenie tych sanita- riuszek można było liczyć! Zaprawiona w twardej szkole życia panna potrafiła zapanować nad własnym cierpieniem. Ze spokojną, jasną twarzą rzeczowo odpowiadała Kaw-djerowi na pytania. Halg – jak mówiła – miał już niewielką gorączkę, lecz nadal trwał w letargu, a podczas snu wydawał tylko od czasu do czasu słabe jęki. Na jego pobladłych wargach wciąż pojawiała się różowa piana, jednak już znacznie mniej obficie i nie aż tak przesycona krwią jak początko- wo. Z pewnością był to pocieszający symptom. W tym samym czasie dziesięciu ludzi, którzy towarzyszyli Kaw- -djerowi, podjęło się rozdzielenia żywności z zapasów Nowego Mia- sta. Bez chwili wytchnienia wrócili do Liberii i chodząc od drzwi do drzwi, każdemu wręczali przynależną mu porcję. Po rozdaniu żyw- ności Kaw-djer wyznaczył nocne straże, potem zaś owinął się koł- drą, rozciągnął na ziemi i usiłował zasnąć. Sen jednak nie nadchodził. Pomimo potwornego fizycznego zmę- czenia jego uparty umysł nie przestawał pracować. O kilka kroków od niego trwali nieruchomo niczym posągi dwaj strażnicy. Najlżejszy szmer nie zakłócał nocnej ciszy. Kaw-djer, wpa- trzony w ciemność szeroko otwartymi oczami, śnił na jawie. Cóż tutaj robił…?! Dlaczego pozwolił, żeby fakty zadały kłam jego przekonaniom i by to wszystko przysporzyło mu tyle cierpie- nia…? Nawet jeśli do tej pory żył sobie, hołdując błędnym przeko- naniom, to przynajmniej był szczęśliwy… Szczęśliwy! A któż mu broni nadal takim pozostać? Wystarczyłoby, żeby zechciał… Cóż musiałby uczynić? Mniej niż nic… Wstać i odejść stąd, zapomnieć o całej okropnej awanturze, powrócić do swego wędrownego życia, które tak długo dawało mu tyle radości… ~ 15 ~ Niestety… ale czy teraz odnalazłby swoje rozwiane złudzenia? I jakie byłoby jego życie z nieustannymi wyrzutami sumienia, że tyle istnień ludzkich poświęcił w ofierze swym fałszywym bożkom…? Nie, ten tłum, za który wziął odpowiedzialność, musi krok po kro- ku doprowadzić szczęśliwie do spokojnej przystani. Był to winien sam sobie. Zgoda! ale jaką drogę obrać…? Czy nie było już za późno? Czy ktoś taki jak on miał dość sił, by zawrócić ten lud z równi pochyłej, lud niejako predestynowany do samounicestwienia z powodu wła- snych przywar, złych przyzwyczajeń, miałkości intelektualnej i mo- ralnej? Kaw-djer na zimno oceniał ciężar, który podjął się udźwignąć. Przeanalizował swoje obowiązki i zastanawiał się nad najlepszymi sposobami, by im podołać. Uchronić tych ludzi od śmierci głodowej… Tak. To przede wszystkim. Ale to najdrobniejsza sprawa wobec ca- łokształtu przyszłego dzieła. Żyć to nie tylko zaspokajać potrzeby materialne swych życiowych organów, to znacznie więcej, a może nawet przede wszystkim być świadomym swej ludzkiej godności. To oznacza liczyć na siebie samego, a także poświęcać się dla in- nych, to oznacza być silnym, być dobrym. Po ocaleniu żyjących od śmierci trzeba było jeszcze zrobić z nich ludzi. Czyż byli oni zdolni, aby wznieść się ku ideałowi? Z całą pew- nością nie wszyscy, jednak niektórzy – tak, wystarczy im wskazać jaśniejącą na firmamencie gwiazdę, której sami by nie dostrzegli, wystarczy ich poprowadzić za rękę do celu. W taki sposób Kaw-djer rozmyślał nocą. Obalał jedną po dru- giej wcześniejsze wątpliwości, przełamywał własne opory i z wol- na w jego umyśle powstawał plan działania, któremu odtąd zamie- rzał podporządkować wszystkie swe czyny. Świt zastał go już na nogach. Nim wyszedł z Nowego Miasta, upewnił się wcześniej z radością, że stan Halga choć minimalnie, to jednak się poprawił. Potem zaś udał się do Liberii, gdzie natych- miast wszedł w rolę szefa. Jego pierwsza decyzja zdumiała nawet tych, którzy bardzo do- brze go znali. Zaczął od zwołania dwudziestu czy dwudziestu pięciu murarzy i stolarzy wchodzących w skład kolonii, a następnie, przy- ~ 16 ~ dzieliwszy im dwudziestu pomocników przywykłych do pracy łopa- tą i motyką, każdemu wyznaczył konkretną pracę. W miejscu, które wskazał, trzeba było zostawić pustą przestarzeń na wstawienie ścian przenośnego domku, który miał się tutaj wznosić. Po postawieniu domku murarze mieli wzmocnić jego ściany podmurówkami oraz po- dzielić wnętrze przegrodami, zgodnie z planem, który został wyry- sowany na ziemi. Wydawszy instrukcje, podczas gdy robotnicy ruszyli z pracą pod nadzorem cieśli Hobarta awansowanego do roli majstra, Kaw-djer z eskortą dziesięciu ludzi poszedł do pobliskiego domku. Niedaleko stał największy z przenośnych domków. Mieszkało w nim pięć osób. W towarzystwie braci Moore’ów, Sirdeya i Kenne- dy’ego wybrał go na swą siedzibę Lewis Dorick. Kaw-djer poszedł prosto tam. W chwili gdy wszedł, pięciu mężczyzn zawzięcie o czymś roz- prawiało. Na jego widok poderwali się na równe nogi. – Cóż pan tu robisz? – zapytał go nieuprzejmym tonem Lewis Dorick. Kaw-djer od progu odpowiedział mu chłodno: – Kolonia hosteliańska potrzebuje tego domu. – Potrzebuje tego domu…! – powtórzył Lewis Dorick, który jak to się mówi, nie wierzył własnym uszom. – A niby do czego? – By tu ulokować swoje urzędy. Proszę panów o natychmiasto- we opuszczenie go. – Jak to?! A my gdzie się mamy podziać? – ironizował Dorick. – Gdzie wam się podoba. Nikt wam nie broni, żebyście sobie zbudowali nowy dom. – Doprawdy…! A tymczasem? – Dostaniecie do swojej dyspozycji namioty. – A ja mam w nosie pańskie rozporządzenia! – krzyczał czerwo- ny z gniewu Dorick. wnątrz uzbrojoną eskortę. użyć siły. Kaw-djer usunął się, odsłaniając tym sposobem stojącą na ze- – W takim razie – powiedział zdecydowanie – będę zmuszony Lewis Dorick od jednego rzutu okiem zrozumiał, że wszelki opór byłby zbyteczny. Natychmiast spokorniał. ~ 17 ~ – Dobrze, już dobrze – burknął. – Dajcie nam tylko chwilę na za- branie naszych rzeczy, bo rozumiem, że możemy zabrać… – Nic z tego – przerwał mu Kaw-djer. – Rzeczy osobiste zostaną wam wręczone. Cała reszta to własność kolonii. Tego było za wiele. Rozwścieczony Dorick zapomniał o ostroż- ności. – To jeszcze zobaczymy! – wykrzyknął, sięgając ręką za pas. Jednak zanim wyciągnął nóż z pochwy, już został rozbrojony. Bracia Moore rzucili mu się na pomoc. Większy z nich, ucapiony za gardło przez Kaw-djera, zwalił się na podłogę. W tej samej chwili obstawa nowego przywódcy wtargnęła do wnętrza. Pięciu emigran- tów przywołanych do porządku zrezygnowało z walki. Nie opiera- jąc się więcej, wyszli z domku. Odgłosy sprzeczki przyciągnęły grupkę ciekawskich, którzy tło- czyli się pod drzwiami. Pokonani musieli torować sobie drogę wśród pospólstwa, nad którym jeszcze tak niedawno panowali. Sytuacja dia- metralnie się zmieniła. Powitano ich szyderczymi okrzykami. Kaw-djer, wspomagany przez swych towarzyszy, przeprowadził szybką rewizję domku, w którego posiadanie wszedł. Tak jak obiecał, wszystkie przedmioty, które można było uznać za osobiste, zostały odłożone na bok do późniejszego zwrotu. Jednak prócz tego natrafili na więcej niż interesujące znaleziska! Jedno z najdalszych pomiesz- czeń zostało zamienione w prawdziwą spiżarnię. Zgromadzono w niej pokaźne zapasy żywności. Konserwy, suszone warzywa, suszone mię- so, herbata i kawa, wszystkie te zapasy były tyleż obfite, co i przemyśl- nie dobrane. Jakim sposobem Lewis Dorick i jego akolici zdobyli to wszystko? Jakikolwiek był to sposób, jedno nie ulegało wątpliwości: żaden z nich nigdy nie musiał cierpieć powszechnego w kolonii głodu. To zresztą nie powstrzymało ich od występowania z pretensjami większymi niż pozostali oraz siania zamętu, który stał się powodem upadku Beauvala. Kaw-djer kazał przenieść te zapasy na plac, gdzie je złożono pod ochroną strzelb, potem zaś wezwani wcześniej robotnicy pod nad- zorem ślusarza Lawsona, podniesionego do rangi majstra, zabrali się do rozebrania domku. ~ 18 ~ Podczas gdy ta robota wrzała, Kaw-djer w towarzystwie kilku osób z obstawy odbył szereg „domowych wizyt”, przeczesując w ten spo- sób cały obóz, i nie ustał, póki nie sprawdził wszystkich siedzib. Domki i namioty zostały przekopane od dołu do góry. Przeszukania te, które zresztą zajęły im cały dzień, przyniosły nieoczekiwane rezul- taty! U wszystkich emigrantów mniej lub ścisłej powiązanych z Lewi- sem Dorickiem i Fernandem Beauvalem, a także u kilku innych, którzy na własną rękę oszczędzali podczas dni dostatku, odkryto po- dobne skrytki jak ta, którą już wcześniej znaleziono w pierwszym domku. Zapewne dla uniknięcia podejrzeń ich właściciele bynajmniej nie byli ostatni w ubolewaniach na brak pożywienia. Kaw-djer rozpo- znał pośród nich i takich, którzy błagali go o pomoc i którzy bez skrupułów ją przyjmowali, choć tym sposobem pozbawiali żywno- ści mieszkańców Nowego Miasta. Zdemaskowani, byli teraz mocno zażenowani, choć Kaw-djer najmniejszym gestem nie okazywał, jakie uczucia wzbudzała w nim ich chytrość. Jednak to postępowanie otwierało mu oczy na naturę nieuchron- nych praw rządzących ludzkością. Przymykając oczy na okrzyki roz- paczy swych głodujących towarzyszy niedoli, hipokryci dołączali także swoje lamenty, tylko po to, by uniknąć podziału własnych zapa- sów. Ludzie ci kolejny raz pokazali, jak działa okrutny egoistyczny instynkt dążący do zachowania za wszelką cenę jednostki. Doprawdy postępowaliby tak samo, gdyby nie byli istotami obdarzonymi rozu- mem i uczuciami, lecz jedynie zbitką materii ślepo posłusznej po- trzebom fizjologii pierwszej i jedynej komórki, z jakiej powstali. Ale Kaw-djer nie potrzebował już więcej dowodów na mylność swych wcześniejszych przekonań, a niestety nie były to wcale ostatnie z długiego szeregu dowodów na „nie”. Jego wspaniałe marzenia runę- ły z hukiem, a w sercu pozostała mu po nich męcząca pustka. Nie marzył nawet, by zdołał je wskrzesić. Wymowna brutalność faktów dowiodła, jak bardzo się mylił. Zrozumiał, że wymyślając swoją dok- trynę, postąpił nie jak uczony, lecz jak filozof, i że tym sposobem zgrzeszył przeciwko duchowi nauki, która nie pozwala sobie na przy- padkowe domniemania, lecz opiera się na czystej i obiektywnej anali- zie faktów. Otóż cnoty i przywary ludzkości, jej wielkość i słabość, ~ 19 ~ jej potężna różnorodność są faktami, które trzeba umieć rozpoznać i z którymi należy się liczyć. Poza tym, czy nie popełnił podstawowego błędu w rozumowaniu, potępiając en bloc wszystkich władców – pod pretekstem ich niedo- skonałości – i zakładając, że naturalna doskonałość człowieka czyni wszelką władzę zbędną?! Tymczasem czy ci możni, dla których był tak surowy, nie są też ludźmi jak pozostali? Dlaczego tylko oni mieliby stanowić niedoskonałe wyjątki? Czy przypadkiem ich nie- doskonałość nie pozwala wyciągnąć logicznego wniosku o niedo- skonałości wszystkich innych i tym sposobem przyznać, że istnieje coś takiego jak potrzeba nałożenia praw oraz konieczność misji ich egzekwowania przez wybranych? Jego słynna dewiza rozpadała się i rozsypała w proch. „Ni Boga, ni pana” – głosił niedawno, a teraz zmuszony był przyznać potrzebę pana. Tak więc z drugiego członu jego hasła nie pozostało zgoła nic, kompromitacja zaś drugiej części podważała i pierwszą. Bez wątpienia nie doszedł jeszcze do tego, by dotychczasowe zaprzeczenie zamienić na afirmację. Ale przynajmniej poznał już szlachetną niepewność uczonego, który stając przed nierozwiązywalnym w danej chwili pro- blemem, przynajmniej zatrzymuje się u progu nieznanego i ocenia, wbrew samej istocie wiedzy, że niczego nie można przyjmować bez dowodów i że w świecie jest wyłącznie materia podlegająca okre- ślonym prawom. Zrozumiał, że w tego rodzaju zagadnieniach ocze- kiwanie jest konieczną ostrożnością, i że jeżeli każdemu przysługuje prawo osobistego tłumaczenia tajemnicy wszechświata, to wygłasza- nie jakichkolwiek twierdzeń kategorycznych jest albo zarozumiało- ścią, albo głupotą. Największego odkrycia dokonano w chałupinie Irlandczyka Patter- sona, w której mieszkał on z Longiem po śmierci drugiego ze współ- towarzyszy. Domek poddano rewizji z obowiązku, gdyż był tak mały, że trudno byłoby sobie wyobrazić w nim miejsce na kryjówkę. Jednak przemyślny Patterson zaradził szczupłości swego lokum, wygrze- bując coś w rodzaju piwniczki, którą ukrył pod deskami podłogi. Imponująca była przede wszystkim ilość zgromadzonych tam za- pasów, która bez problemu starczyłaby na wyżywienie całej osady ~ 20 ~ przez okres tygodnia. Nagromadzenie tej żywności posiadało tragicz- ną wymowę, gdy przypomniano sobie o nieszczęsnym Blakerze, zmarłym z głodu pośród wszystkich tych dostatków. Kaw-djerem wstrząsnął dreszcz zgrozy na myśl o potwornej duszy Pattersona, który pozwolił na rozgrywający się pod jego dachem dramat. Tymczasem Irlandczyk nawet w najmniejszym stopniu nie po- czuwał się do winy. Przeciwnie, arogancko i energicznie protestował przeciwko grabieży, której stał się ofiarą. Kaw-djer długo i cierpli- wie tłumaczył mu obowiązek każdego do współdziałania dla dobra ogółu. Patterson nie chciał o niczym słyszeć. Nie większy skutek odniosła groźba użycia siły. Nie udało się go onieśmielić, jak to zro- biono z Lewisem Dorickiem. Obstawę nowego szefa miał za nic. Kutwa broniłby swego dobra nawet wbrew całej armii! Wszystko to było jego własnością, zapasy zbierane kosztem niezliczonych osobi- stych wyrzeczeń. Ograniczenia nałożył na siebie nie w imię dobra ogółu, które mu narzucano, lecz swego własnego, osobistego… Jeśli rzeczywiście ma zostać pozbawiony tego dobra, trzeba mu wypłacić pieniężną rekompensatę. Argumentacja ta niegdyś wzbudziłaby u Kaw-djera tylko śmiech. Dziś jednak dała mu do myślenia. W sumie Patterson miał rację. Jeżeli miał zdobyć zaufanie rozczarowanych Hostelian, musiał przy- wrócić znaczenie prawom, do których poszanowania byli przyzwycza- jeni. Otóż pierwszym prawem, uświęconym jednogłośnie za zgodą wszystkich narodów kuli ziemskiej, było prawo własności. Dlatego Kaw-djer wysłuchał cierpliwie obrończej tyrady Patter- sona i dlatego zapewnił go, że nie chodzi tu o żaden rabunek, gdyż wszystko, co zostało zarekwirowane dla dobra ogółu, zapłacone bę- dzie stosownie do swej wartości przez wspólnotę. Skąpiec natychmiast przestał protestować, ale za to zaczął jęczeć. Wszystkie te produkty były tak rzadkie, a przez to tak drogie na Wyspie Hoste’a! Najdrob- niejsza rzecz miała tu nieocenioną wartość! Zanim doszli do poro- zumienia, Kaw-djer długo musiał się z nim targować o kwotę, którą miano mu wypłacić. Gdy wreszcie przyszło do ugody, Patterson sam zabrał się do przenoszenia towarów. Imponująca była przede wszystkim ilość zgromadzonych tam zapasów, która bez problemu starczyłaby na wyżywienie całej osady. ~ 22 ~ Około szóstej wieczorem wszystkie odnalezione produkty zostały złożone na głównym placu. Przedstawiały wcale pokaźną pryzmę! Kaw-djer ocenił je jednym rzutem oka, a dodawszy w myśli jeszcze i to, co pozostało w Nowym Mieście, uznał, że przy ścisłym racjono- waniu wystarczy ich na jakieś dwa miesiące. Natychmiast też przystąpiono do pierwszego rozdziału. Emigranci jeden po drugim przechodzili rządkiem i każdy z nich otrzymywał należną mu porcję dla niego samego oraz dla rodziny. Nie mogli wyjść ze zdumienia na widok podobnego nagromadzenia bogactw, podczas gdy już im się zdawało, że są w przededniu śmierci głodowej. Wszystko to zakrawało na cud, którego sprawcą był Kaw-djer! Gdy tylko zakończono rozdzielanie żywności, Kaw-djer wraz z Har- rym Rhodesem powrócili do Nowego Miasta, gdzie udali się prosto do Halga. Tam z radością stwierdzili, że w stanie chorego pod stałą opieką Tullii i Grazielli nastąpiła poprawa. Kaw-djer, uspokojony przynajmniej z tej strony, ze stanowczym uporem wrócił do wykonywania planu, który obmyślił sobie pod- czas długiej bezsennej nocy. Odwrócił się ku Harry’emu Rhodeso- wi i obwieścił poważnym głosem: – Nadeszła pora, abyśmy porozmawiali, panie Rhodes. Proszę ła- skawie za mną… Poważny, wręcz bolesny wyraz jego twarzy, uderzył Harry’ego Rhodesa, usłuchał więc w milczeniu. Obaj zniknęli za drzwiami poko- ju Kaw-djera, zaryglowawszy je za sobą starannie na zasuwkę. Godzinę później drzwi się otworzyły, jednak nic z tego, co zo- stało powiedziane podczas tej rozmowy, przez nie się nie przedostało. Kaw-djer wyszedł ze swą zwyczajną miną, być może nawet jeszcze chłodniejszą, za to Harry Rhodes wprost kipiał radością. Skłonił się z wielkim uszanowaniem przed gospodarzem, który odprowadził go do progu domu, a na pożegnanie ściskał długo i gorąco podaną mu dłoń. Na odchodnym zaś powiedział: – Proszę na mnie liczyć. – Liczę – odparł Kaw-djer i długo spoglądał za oddalającym się w mrok nocy przyjacielem. Gdy Harry Rhodes zniknął, nadeszła kolej na Karroly’ego. ~ 23 ~ Kaw-djer wziął go na stronę i udzielił mu jakichś instrukcji, któ- rych Indianin wysłuchał ze zwykłym sobie uszanowaniem. Potem, niezmordowany, po raz ostatni tego dnia przemierzył równinę i jak poprzedniego wieczora poszedł spać na placu w Liberii. To właśnie on nazajutrz o świcie dał sygnał do pobudki. Wkrót- ce wszyscy osadnicy, których wezwał, zgromadzili się na placu. – Hostelianie! – powiedział pośród ogólnego milczenia. – Usta- lamy, że po raz ostatni wydzielono wam żywność. Od teraz będzie ona sprzedawana po cenach, które ustalę na korzyść państwa. Ni- komu nie zabraknie pieniędzy, nikt też nie musi się obawiać śmierci głodowej. Osada potrzebuje rąk do pracy. Każdy z was, który zgło- si się do pracy, zostanie zatrudniony i opłacony. Od tej chwili praca staje się prawem. Oczywiście nie udało się wszystkich zadowolić i ta „krótka prze- mowa” niektórym wyraźnie się nie spodobała. Jednak większość do- rosłych po prostu zelektryzowała. Podnieśli głowy, wyprostowali plecy, zupełnie jakby wstąpiła w nich jakaś nowa siła. Wreszcie mogą wyjść z bezczynności! Są potrzebni! Na coś się przydadzą! Nie byli już zbędni. W jednej chwili odnaleźli zarówno sens pracy, jak i życia. Ze wszystkich piersi wyrwało się jedno gromkie „hurra!” i w stronę Kaw-djera podniósł się las umięśnionych ramion gotowych do czynu. W tej samej chwili niczym w odpowiedzi na zawołanie tłumu doszło ich z oddali słabe wołanie. Kaw-djer odwrócił się i dostrzegł na morzu „Wel-Kiej” z Kar- rolym u steru. Na dziobie stał Harry Rhodes, który machał w poże- gnalnym geście, podczas gdy łódź pod pełnymi żaglami oddalała się w blasku słońca. Rozdział II Rodzące się miasto aw-djer natychmiast zarządził roboty. Wszyscy, którzy się do nich K zgłosili – a była to, powiedzmy jasno, zdecydowana większość kolonistów – zostali przyjęci. Podzieleni na ekipy pod komendą maj- strów, jedni ruszyli z budową drogi jezdnej, która połączyłaby Li- berię z Nowym Miastem, inni zostali przydzieleni do przenoszenia składanych domków, które do tej pory umiejscowione były bez ładu i składu, teraz zaś miały zostać rozstawione według logicznego planu. Kaw-djer wskazał ich nowe lokalizacje, jedne równolegle, inne pro- stopadle w stosunku do dawnego domu Doricka, który teraz coraz to nabierał kształtu mniej więcej na miejscu zajmowanym wcześniej przez „pałac” Beauvala. Jednak prawie natychmiast wyniknęła trudność w postaci braku odpowiednich narzędzi do tych różnorodnych zajęć. Emigranci, którzy z takich czy innych powodów musieli opuścić swe farmy w głębi wyspy, nie zadali sobie trudu, by przynieść je z powrotem do obo- zowiska. Siłą rzeczy najpierw musieli się po nie udać, tak więc dla większości robotników pierwszym zadaniem było zaopatrzenie się w potrzebne do pracy narzędzia. Musieli zatem kolejny raz pokonać drogę, którą przeszli z takim mozołem, szukając schronienia w Liberii. Ponieważ jednak okoliczno- ści były zupełnie inne, wcale nie wydawała im się taka straszna. Su- rową zimę zastąpiła wiosna, nie brakowało im jedzenia, a po powrocie czekała ich pewna perspektywa płatnego zajęcia, tak więc wyruszyli z radosnym sercem. Nawet maruderzy powrócili w ciągu dziesięciu dni i wszystkie prace ruszyły pełną parą. Droga rosła w oczach. Har- monijne rozplanowane domki pogrupowane pośrodku pustych prze- strzeni, które w przyszłości miały służyć jako ogródki, rozdzielały szerokie aleje nadające Liberii miejski wyraz w miejsce dotychcza- Nawet maruderzy powrócili w ciągu dziesięciu dni i wszystkie prace ruszyły pełną parą. ~ 26 ~ sowego – tymczasowego obozowiska. W tym samym czasie zbie- rano odpadki i nieczystości pozostawione przez niedbałych miesz- kańców, którzy pozwolili, by te się nagromadziły. Dawny dom Doricka, który zaczęto wznosić jako pierwszy, był też pierwszym gotowym lub prawie gotowym do zamieszkania. Zresztą nie potrzebowano wiele czasu na rozmontowanie tej lekkiej budowli, a następnie złożenie jej na nowym miejscu, choć równocześnie znacz- nie ją powiększono. Bez wątpienia nie była całkowicie ukończona, lecz jej ściany zostały już solidnie wpuszczone w ziemię, gotowy był dach, a nawet wszystkie wewnętrzne ściany działowe. Żeby zamiesz- kać w tym domu, nie trzeba było czekać na ukończenie zewnętrznych podmurowań. Siódmego listopada Kaw-djer wziął ten budynek w swoje posia- danie. Jego plan był najprostszy z możliwych. W samym środku znaj- dował się magazyn, w którym obecnie złożono zapasy żywności, otaczały go zaś przechodnie izby. Wychodziły one kolejno na fasadę północną, wschodnią i zachodnią, tylko zaś jedna z nich, po stronie południowej, nie miała bezpośredniego wyjścia na zewnątrz i moż- na się było do niej dostać tylko przez pozostałe. Na drewnianych deskach wymalowano przeznaczenie tych sal, były to kolejno północna, zachodnia i wschodnia: Rząd, Trybunał, Policja. Co do ostatniego pomieszczenia, to nie oznakowano jego prze- znaczenia, lecz wkrótce poczęła krążyć pogłoska, że tam znajdzie się więzienie. Tak więc Kaw-djer nie polegał już jedynie na mądrości bliźnich, ale dla wzmocnienia powagi władzy oparł ją na trójnogu: Sprawie- dliwości, w społecznym znaczeniu tego słowa, Siły i Kary. Jego długa i bezpłodna rewolta skończyła się zastosowaniem dokładnie tego, co tak mu się nie podobało, zasad, poza którymi od zarania dziejów niedoskonała ludzkość nie potrafiła stworzyć ani cywilizacji, ani żadnego postępu… Jednak wyznaczenie pomieszczeń wraz z tabliczkami, które in- formowały o ich przeznaczeniu, stanowiło tylko zrąb administracji. Teraz potrzebni byli urzędnicy, którzy sprawowaliby określone funk- ~ 27 ~ cje. Kaw-djer wyznaczył ich bezzwłocznie. Hartlepool został posta- wiony na czele policji złożonej z czterdziestu starannie wybranych ludzi, wyłącznie żonatych. Co zaś do sądu, to Kaw-djer zawarował sobie osobiste mu przewodniczenie, jednak bieżącą obsługę trybu- nału powierzył Ferdinandowi Beauvalowi. Z całą pewnością powołanie to mogło zadziwić. Jednak nie była to jedyna tego rodzaju nominacja, gdyż kilka dni wcześniej Kaw- djer dokonał bardzo podobnej, nie mniej zdumiewającej. Już w tym momencie wypłata zarobków i sprzedaż żywności stała się bardzo absorbującym zajęciem. Wymiana pracy na pożywie- nie, choć ułatwiona dzięki pośrednictwu pieniędzy, wymagała rzetel- nych rachunków, i to rachunków prowadzonych przez zawodowego rachmistrza. Kaw-djer mianował na tę funkcję Johna Rame’a, tego samego, którego rozrywkowy tryb życia kosztował tyleż utratę zdro- wia, co i fortuny. W jakim celu w ogóle podobny degenerat wziął udział w wyprawie kolonizacyjnej? Zapewne sam tego dobrze nie wiedział, lecz powodował się nieokreślonym impulsem, wyobrażając sobie łatwą egzystencję w jakiejś nieokreślonej i fantastycznej krainie. Rzeczywistość okazała się o wiele cięższa do zniesienia, zwłaszcza zimy na Wyspie Hoste’a, i chyba tylko cudem ten słabowity osob- nik je przetrwał. Zmuszony koniecznością, na próżno starał się od początku ustanowienia nowych zasad pracować wraz z budowniczymi drogi. Zaraz pierwszego dnia musiał zrezygnować, przepracowany, upadający ze zmęczenia, z delikatnymi białymi dłońmi poranionymi do krwi o skały i kamienie. Z radością przyjął wyznaczone mu przez Kaw-djera zajęcie, do tego stopnia, że oddał mu się całym swym mało wyrazistym jestestwem, nieomal dał się żywcem pogrzebać w kolumnach cyfr, tak że prawie o nim więcej nie słyszano. Umiejętność spożytkowania dla wzrostu państwa wszystkich, aż po najmniejszą z sił społeczeństwa, jaką ma do dyspozycji, jest być może największą z zalet przywódcy. Wobec niepodobieństwa podoła- nia samemu we wszystkich sprawach, musi on z konieczności oto- czyć się współpracownikami, i to właśnie w ich umiejętnym doborze objawia się najoczywiściej geniusz zwierzchnika. ~ 28 ~ Decyzje Kaw-djera w doborze urzędników, jakkolwiek zdawa- łyby się osobliwe, to w położeniu, jakie zgotował im los, były naj- lepsze. Przyświecał mu jeden cel – by każda z tych osób oddała dla dobra ogółu maksimum swoich sił i zdolności. Na przykład Beauval, który okazał się pod jakimś względem całkowitym nieudacznikiem, nie przestawał z tego powodu być dobrym adwokatem. Tak więc bar- dziej niż ktokolwiek inny posiadał kwalifikacje do prowadzenia try- bunału, zwłaszcza pod okiem zwierzchnika, który potrafiłby poskromić jego ewentualne narowy i nierealne pomysły. Jeśli chodzi o Johna Rame’a, to był on najbardziej bezużyteczny spośród wszystkich kolonistów. Pozostaje więc tylko podziwiać po- mysł Kaw-djera, któremu udało się zagospodarować tego osobnika pozbawionego woli i energii, wcześniej do niczego niezdolnego. Podczas gdy tak oto organizowała się administracja hosteliań- skiego państwa, Kaw-djer ze swej strony nie zaprzestawał ożywio- nej działalności. Definitywnie opuścił Nowe Miasto. Jego przybory, książki, le- karstwa przeniesiono do budynku „Rządu” – jak nazywano teraz dawny dom Lewisa Doricka. Tam właśnie Kaw-djerowi udawało się złapać codziennie choć kilka godzin snu. Pozostały czas spędzał w ruchu – był naraz wszędzie. Dodawał otuchy robotnikom, roz- wiązywał bieżące problemy w miarę, jak się pojawiały, ze spokojem, ale i stanowczością podtrzymywał ład i porządek. Nikt nie ośmie- liłby się mu sprzeciwić ani wszczynać w jego obecności awantur. Wystarczyło, że się pojawiał, a wszelkie prace ruszały pełną parą, wszystkie mięśnie napinały się w najwyższym wysiłku. Zapewne większość osobników spośród tego nieszczęsnego ludu, który zgodził się poprowadzić ku lepszemu życiu, nie zdawała sobie zupełnie sprawy, że świadomość tego człowieka stała się teatrem dramatycznych rozterek, których żaden z nich nawet by nie podej- rzewał. Nie byli w wystarczającym stopniu psychologami, ideały były im obce, stąd nawet nie przypuszczali, jak wielkie spustosze- nie poczynił w jego umyśle ów całkowicie abstrakcyjny konflikt, tak odmienny od ich trosk materialnych. Wystarczyłoby tylko przyjrzeć ~ 29 ~ się z uwagą swemu szefowi, by pojąć, że trawi go ukryty ból. Choć Kaw-djer nigdy nie należał do osób specjalnie okazujących emocje, to teraz jego twarz zdawała się wykuta w marmurze. Nieruchoma, bez uśmiechu. A jego wargi zaledwie się uchylały podczas wypowiada- nia niezbędnego minimum słów. Być może właśnie z tego powodu, w połączeniu z jego wręcz herkulesową siłą oraz uzbrojeniem, którym dysponował, postrzegany był jako niezmiernie groźny. Ale w równym stopniu jak się go bano, podziwiano jego inteligencję, energię, kocha- no go za dobroć, głęboko skrytą pod zimnym sposobem bycia, za wszystkie przysługi, które im wyświadczył i nadal wyświadczał. Mnogość zajęć bynajmniej go nie przerastała, a to, że zajął się za- rządzaniem, w niczym nie umniejszyło jego działalności jako lekarza. Wciąż każdego dnia odwiedzał chorych i rannych po rozruchach. Miał zresztą w tym względzie coraz mniej do roboty, a to z trzech powodów – ciepłej pory roku, moralnego spokoju i ustalonego rytmu pracy, dzięki którym zdrowie publiczne w osadzie szybko się po- prawiało. Rzecz jasna spośród wszystkich chorych i rannych Halg był najbliższy jego sercu. Bez względu na pogodę i zmęczenie każdego poranka i wieczora stawiał się przy łożu młodego Indianina, gdzie nieustannie czuwały Graziella i jej matka. Z radością zauważał u ran- nego stałą poprawę. W końcu było już pewne, że rana na płucu zaczy- na się goić. Piętnastego listopada Halg nareszcie mógł się podnieść z łóżka, na którym leżał prawie od miesiąca. Tego dnia Kaw-djer udał się do domu zamieszkałego przez ro- dzinę Rhodesów. wchodząc. – Dzień dobry, pani Rhodes, dzień dobry dzieci – powiedział, – Dzień dobry, Kaw-djerze! – odpowiedziano mu chórem. W serdecznej atmosferze tego domu Kaw-djer zawsze tracił nieco ze zwyczajnego sobie chłodu. Edward i Clary cisnęli się ku niemu. Po ojcowsku objął dziewczynkę i pogłaskał po policzku chłopca. – Nareszcie pan do nas przyszedł, Kaw-djerze! – zwołała pani Rhodes. – Myśleliśmy, że już pana nie ma pomiędzy żywymi! ~ 30 ~ – Miałem bardzo dużo do roboty, pani Rhodes. – Wiem, Kaw-djerze, i rozumiem – rzekła pani Rhodes. – Wszystko jedno… cieszę się, że pana widzę. Mam nadzieję, że przyniósł mi pan jakieś wiadomości od mojego męża. – Pani mąż wyjechał, pani Rhodes… i to wszystko, co mogę po- wiedzieć. dzieć, kiedy wróci… jeszcze potrwa… – Wielkie dzięki za taką informację…! Pozostaje tylko się dowie- – Niezbyt prędko, pani Rhodes. Pani przymusowe wdowieństwo Kobieta westchnęła smutno. – Proszę się nie smucić, pani Rhodes – powiedział Kaw-djer. – Przy odrobinie cierpliwości wszystko się ułoży… Zresztą przychodzę do pani z pomysłem zajęcia, co oznacza, że będzie pani miała także roz- rywkę. Przeprowadzi się pani, pani Rhodes… – Przeprowadzi!? – Tak… zamieszka pani w Liberii. – W Liberii…! Cóż miałabym tam robić? – Zajmie się pani handlem, pani Rhodes. Stanie się pani, ni mniej, ni więcej, tylko najzacniejszą kupcową w tym kraju, przede wszyst- kim dlatego, i to jest najważniejszy powód, że nie ma tu innych, ale i również dlatego, że – jak sądzę – interesy pani pójdą zdumiewa- jąco dobrze. – Kupcową…? Moje interesy…? – powtarzała zdziwiona kobie- ta. – Jakie interesy, Kaw-djerze? – Interesy bazaru Harry’ego Rhodesa. Chyba nie zapomniała pani, że ma wiele przeróżnych rzeczy? Nadszedł czas, aby je zużytkować. – Ale jak to!? – zaprotestowała pani Rhodes – Chciałby pan, że- bym ja sama… bez męża… – Pomogą pani dzieci – przerwał jej Kaw-djer. – Są już w wie- ku, w którym mogą pracować, a tutaj wszyscy pracują. Nie chcę na Wyspie Hoste’a żadnych próżniaków. Głos Kaw-djera nabrał zdecydowanych tonów. Spoza przyjacie- la udzielającego rady wyjrzał zwierzchnik wydający polecenie. ~ 31 ~ – Tullia Ceroni z córką – kontynuował – również pani pomogą, gdy tylko Halg wyzdrowieje… Zresztą nie ma pani prawa przetrzy- mywać bezużytecznie przedmiotów, które mogą się przyczynić do lepszego życia ogółu. – Ależ te przedmioty to cały nasz majątek! – zaprotestowała pani Rhodes, która wyglądała na mocno poruszoną. – Co powie mój mąż, gdy się dowie, że zaryzykowałam ich przeniesienie w tak niespokoj- ne miejsce, gdzie bezpieczeństwo… – Jest doskonałe – zakończył za nią Kaw-djer. – Jest absolutnie bezpiecznie, może mi pani wierzyć. Nie ma spokojniejszej osady. – Cóż jednak mam zrobić z tymi wszystkimi towarami? – zapy- tała pani Rhodes. – Sprzeda je pani. – Komu? – Kupującym. – Są tacy? Mają więc pieniądze? – Wątpi pani? Przecież pani wie, że na początku wszyscy je mie- li, a teraz zarabiają. – Zarabiają na Wyspie Hoste’a? – Jak najbardziej. Pracują na rzecz kolonii, która zatrudnia i płaci. – A więc kolonia posiada pieniądze…? A to dopiero nowina! – Kolonia nie ma pieniędzy jako takich – wyjaśnił Kaw-djer – ale je pozyskuje, sprzedając żywność, którą tylko ona dysponuje. Po- winna pani coś o tym wiedzieć, skoro też płaci za żywność. – To prawda – przyznała pani Rhodes. – Ale skoro wszystko odbywa się na zasadzie wymiany, jeżeli koloniści wymieniają swo- ją pracę na jedzenie, to nie bardzo widzę, w jaki sposób mogliby stać się moimi klientami. – O to niech panią głowa nie boli, pani Rhodes. Wszystkie ceny sam ustaliłem w taki sposób, by kolonistom pozostawał mały nadda- tek do zaoszczędzenia. – A kto pokrywa różnicę? – Ja, pani Rhodes. – Jest więc pan aż tak bogaty? ~ 32 ~ – Jak widać. Kobieta spojrzała na swego rozmówcę ze zdumieniem. Ten zaś udał, że tego nie widzi. – Uważam, pani Rhodes – powiedział stanowczo – że pani kram powinien zostać otwarty w jak najkrótszym czasie. – Jak pan sobie życzy, panie Kaw-djer – zgodziła się bez entu- zjazmu. Pięć dni później polecenie Kaw-djera zostało wykonane. Gdy dwu- dziestego listopada na pokładzie „Wel-Kiej” powrócił Karroly, kram pani Rhodes działał już pełną parą. Karroly, po wysadzeniu pana Rhodesa w Punta Arenas, powrócił sam. Nie potrafił więc odpowiedzieć na liczne pytania pani Rhodes, która wobec tego również na próżno zażądała wyjaśnień od Kaw-djera. Ten jednak tylko ją uspokoił, że nie powinna się martwić, a raczej uzbroić w cierpliwość, bo nieobecność jej męża przedłuży się jesz- cze na jakiś czas. Co do Karroly’ego, to on zachwycił się tym, co zobaczył po swoim powrocie. Jakaż zmiana w ciągu jednego tylko miesiąca! Liberia zda- wała się nie do poznania. Zaledwie kilka nielicznych domów stało na swoich poprzednich miejscach. Większość została zgrupowana wokół domu, który nazywano „rządowym”. Najbliższe temu centrum było czterdzieści gospodarstw, w których ojcowie rodzin wyposażeni w uzbrojenie z zapasów „Jonathana” stanowili hosteliańską policję. Osiem strzelb pozostających obecnie bez przydziału złożono na poste- runku usytuowanym pomiędzy mieszkaniem Kaw-djera a Hartle- poola, gdzie były strzeżone dzień i noc przez zmieniających się ludzi. Co do zapasów prochu, to składowano je w umieszczonym pośrodku rządowego budynku magazynie, do którego nie było bezpośredniego dostępu z zewnątrz. Nieco dalej otworzono kram Rhodesów. Bazar ten szczególnie za- chwycił Karroly’ego. Żaden ze sklepów w Punta Arenas, jedynym mieście znanym Indianinowi, nie mógł się w jego oczach z nim równać. Tymczasem po wschodniej i zachodniej stronie osady wciąż trwały roboty. Równano teren pod ostatnie ze składanych domków, a nieco ~ 33 ~ dalej również pracowano nad wznoszeniem kolejnych domów, czy to z drewna, czy murowanych. Pomiędzy domami ustawionymi według ścisłego planu, niepo- zostawiającego miejsca na jakieś indywidualne widzimisię, krzyżowa- ły się pod kątem prostym prawdziwe ulice, wystarczająco szerokie, by minęły się na nich równocześnie cztery pojazdy. Wprawdzie ulice te były jeszcze stosukowo błotniste i wyboiste, ale z każdym dniem, ubijane stopami kolonistów, stawały się twardsze. Droga rozpoczęta w kierunku Nowego Miasta przecinała podmo- kłą równinę i ukośnie dochodziła do rzeki. Tam na brzegach piętrzyły się stosy kamieni przygotowanych do budowy mostu solidniejsze- go niż obecnie istniejący mostek. Nowe Miasto stało prawie opustoszałe. Z wyjątkiem czterech ma- rynarzy z załogi „Jonathana” i trzech innych kolonistów, którzy posta- nowili żyć z połowów, wszyscy jego dawni mieszkańcy przenieśli się do Liberii, dokąd wezwały ich nowe obowiązki. Tak więc Nowe Mia- sto zamieniło się wyłącznie w rybacki port, skąd codziennie rano wypływały łodzie, by pod wieczór wrócić z połowem ryb, na które łatwo znajdowano amatorów. Choć jednak zmniejszyła się tu liczba mieszkańców, żaden z dom- ków tego przedmieścia nie został rozebrany. Taka była wola Kaw-djera. Pozostała również siedziba Karroly’ego, i uszczęśliwiony Indianin zastał w niej prawie ozdrowiałego Halga. Zasmuciło go tylko, że nie było w niej Kaw-djera, nowe życiowe okoliczności rozdzieliły ich bowiem na zawsze. Koniec z dotychcza- sową wieloletnią zażyłością…! Jakże on się zmienił…! Na widok swego wiernego Indianina na jego wargach zawitał zaledwie cień uśmiechu, a poświęcił mu tylko kilka minut w przerwie jakiegoś ważnego zajęcia… Tego dnia, jak każdego innego, po pracowitym poranku poświęco- nym na bieżące sprawy, zbadawszy finansową sytuację kolonii oraz stan zapasów żywnościowych, Kaw-djer ruszył na miejsce budują- cej się drogi. Była to pora odpoczynku. Kilofy i motyki leżały rzucone, a więk- szość robotników drzemała na poboczu, wystawiając na słońce swoje ~ 34 ~ owłosione torsy. Niektórzy z nich się posilali, z rzadka wymieniając kilka słów z towarzyszami. W miarę jak Kaw-djer ich mijał, leżący ludzie podnosili się na jego widok, rozmowy milkły, a w geście uprzejmego powitania uchylały się czapki z głów. – Witaj, gubernatorze! – mówili kolejno ci prości ludzie. Kaw-djer, nie zatrzymując się, odpowiadał gestem dłoni. Przebiegł już tym sposobem z połowę drogi, gdy niedaleko od rzeki dojrzał zgromadzenie około stu osadników, pośród których da- wało się też rozróżnić kilka kobiet. Przyspieszył kroku. Niebawem doszedł do jego uszy dźwięk skrzypiec dolatujący gdzieś z wnętrza tego tłumku. Skrzypce…? Po raz pierwszy od śmierci Fritza Grossa na Wy- spie Hoste’a rozlegały się dźwięki skrzypiec. Wmieszał się w tłum, który się przed nim rozstępował. Pośrodku znajdowało się dwoje dzieci. Jedno z nich grało dość niewprawnie na skrzypcach. W tym czasie drugie rozkładało na ziemi koszyki z sitowia i bukiety polnych kwiatów: starce, wrzosy i ostrokrzewy. Byli to Dick i Sand… Kaw-djer z powodu ostatnich wydarzeń, które tak bardzo nim wstrząsnęły, zupełnie o nich zapomniał. Zresztą dlaczego miałby myśleć więcej akurat o tych niż o pozostałych dzie- ciach w kolonii? Mieli przecież swoją rodzinę w osobie dzielnego i uczciwego Hartlepoola. Doprawdy, mały Sand nie tracił czasu! Nie minęły nawet pełne trzy miesiące, odkąd odziedziczył skrzypce po Fritzie Grossie i musiał mieć rzeczywiście nadzwyczaj wybitne zdol- ności muzyczne, by samemu, bez nauczyciela i bez jakichkolwiek wskazówek, dojść do podobnego rezultatu. Nie był wprawdzie wirtu- ozem i zapewne nigdy by nim nie został, gdyż brakowało mu podsta- wowej techniki, grał jednak poprawnie i bez większego wysiłku improwizował proste melodie, naiwne, pomysłowe i urocze, które wypływały jedna po drugiej dzięki udatnie obmyślonym przez niego melodyjnym przejściom. Skrzypce zamilkły, Dick zaś, rozłożywszy swój towar, rozpoczął przemowę. – Szacowni Hostelianie! – powiedział z komiczną emfazą, pro- stując, na ile mógł, swą nikłą posturę. – Mój wspólnik wyznaczony ~ 35 ~ do zajmowania się działem artystycznym i muzycznym firmy Dick and Co., wybitny maestro Sand, nadworny skrzypek Jego Wysoko- ści Króla Przylądka Horn i innych ziem, dziękuje szanownemu zgromadzeniu za uwagę, którą zechciano mu poświęcić… Dick wydał głośne westchnienie – uff! – nabrał powietrza i ga- dał dalej: – Szacowni Hostelianie, koncert jest darmowy, jednak nie doty- czy to innych towarów, które, że ośmielę się tak powiedzieć, są jeszcze piękniejsze, a co najważniejsze – jeszcze solidniejsze! Firma Dick and Co. oferuje na sprzedaż te oto bukiety i koszyki. Przydadzą się bardzo podczas wizyty na targu… gdy taki będzie na Wyspie Hoste’a. Cent za wiązankę kwiatów! Cent za koszyk…! Dalej, szanowni Hostelianie! Sięgnijcie ręką do kieszeni, bardzo was proszę…! Wygłaszając te słowa, Dick obchodził wokół zgromadzonych, prezentując przykładowy zestaw towarów, a tymczasem dla pod- grzania atmosfery znów rozległy się przyjemne dźwięki skrzypiec. Widzowie śmiali się rozbawieni, a z ich uwag Kaw-djer wy- wnioskował, że już nie po raz pierwszy biorą udział w podobnym przedstawieniu. Dick i Sand z pewnością nieraz przebiegali budowy w czasie pory odpoczynku, uprawiając swój swoisty handelek. Jakim cudem ich dotąd nie zauważył? Tymczasem Dick dosłownie w mgnieniu oka sprzedał wszyst- kie bukiety i koszyki. – Panowie i panie! Został tylko jeden koszyk! – oznajmił Dick. – Za dwa centy, ten największy i najładniejszy! Jakaś gospodyni domowa zapłaciła mu dwa centy. – Dziękuję, bardzo dziękuję, panowie i panie! Osiem centów! To prawdziwa fortuna…! – wołał Dick, robiąc pierwszy krok do gigi1. Jednak taneczne pas zostało raptownie przerwane, Kaw-djer bo- wiem pochwycił tancerza za ucho. – Co to ma znaczyć? – zapytał surowo. Sprytny dzieciak jednym rzutem oka ocenił prawdziwe intencje Kaw-djera i uspokojony w tym względzie odparł poważnie: 1 Giga – żywy taniec ludowy w takcie trójkowym, popularny w Anglii i Szkocji w XVI i XVII wieku, do dziś tańczony w Irlandii; także żywy utwór muzyczny. ~ 36 ~ – Pracujemy, panie gubernatorze. – To nazywasz pracą?! – zawołał Kaw-djer, puszczając małego Ten natychmiast odwrócił się przodem do Kaw-djera i popatrzył więźnia. mu prosto w oczy. – Zarabiamy – rzekł, prostując się. – Sand gra na skrzypcach, a ja sprzedaję kwiaty i koszyki. Niekiedy podejmujemy się zleceń… albo sprzedajemy muszle… Ja potrafię też tańczyć i robić różne sztucz- ki…To także są zajęcia, panie gubernatorze! Kaw-djer uśmiechnął się wbrew sobie. – Rzeczywiście – przyznał. – Ale do czego są wam potrzebne pie- niądze? pieniądze? – Dla pańskiego rachmistrza Johna Rame’a. – Co takiego?! – zawołał Kaw-djer – To John Rame bierze od was – On nam ich nie bierze, panie gubernatorze – odparł Dick – zwa- żywszy na to, że sami mu je dajemy jako zapłatę za żywność. Tym razem Kaw-djer był całkiem oszołomiony. – Za żywność? – powtórzył. – Płacicie za waszą żywność?! A więc nie mieszkacie u Hartlepoola? – Mieszkamy, panie gubernatorze, ale cóż z tego… Tu Dick wydął policzki, do złudzenia naśladując samego Kaw- -djera, i pomimo dzielącej ich rangi, rzekł z nieubłaganą powagą: – Praca jest prawem! Śmiać się czy gniewać…? Kaw-djer wybrał to pierwsze. Zresztą nie musiał się wahać. Dick nie zamierzał szydzić. Przy tym, dlaczego miałby potępiać tych dwoje dzieci, tak energicznych, tak zaradnych, podczas gdy tylu ich rówieśników zdawało się wyłącznie na innych. Zapytał więc: – A czy ta wasza „praca” przynosi wam przynajmniej tyle, by się utrzymać? – Oczywiście! – pewnie przytaknął Dick. – Dwanaście, a czasami nawet piętnaście centów dziennie, oto co nam przynosi, panie guber- natorze…! Z tym już człowiek może wyżyć – dodał najpoważniej w świecie. ~ 37 ~ Zgromadzeni wybuchnęli śmiechem na owego „człowieka”. Obra- żony Dick popatrzył na rozbawiony tłum. – Czegóż chcą ci idioci…?! – zamruczał przez zęby rozdrażniony. Kaw-djer powrócił do poprzedniej rozmowy. – Piętnaście centów to w istocie nieźle – przyznał. – Moglibyście jednak zarobić więcej, gdybyście pomagali murarzom lub brukarzom. – Niemożliwe, panie gubernatorze – odparł Dick żywo. – Dlaczego niemożliwe? – nalegał Kaw-djer. – Sand jest za mały, nie miałby siły – wyjaśnił Dick, którego głos wyrażał prawdziwą troskę, bez cienia lekceważenia. – A ty? – Och…! Ja… Trzeba było słyszeć ten ton…! On oczywiście podołałby wszyst- kiemu. Wątpić o tym byłoby dla niego obelgą. – A więc? – Nie wiem… Ta praca do mnie nie przemawia… – wybąkał za- myślony Dick, po czym gwałtownie dorzucił: – Ja, panie guberna- torze, kocham wolność! Kaw-djer z zainteresowaniem przyglądał się temu chłopcu, któ- ry z odkrytą głową, z włosami potarganymi przez wiatr, stał przed nim wyprostowany, a w jego niespuszczonych oczach gorzał blask. Rozpoznawał samego siebie w tej naturze szlachetnej, lecz zarazem gwałtownej. Przecież on także ponad wszystko ukochał wolność, i on z niecierpliwością przyjmował wszelkie przeszkody, przymusu zaś tak dalece nienawidził, że swoje własne wątpliwości rozciągnął na całą ludzkość. Dopiero doświadczenie pokazało mu, że się mylił, dając mu dowód, że ludzie bynajmniej nie odczuwają nienasyconej potrzeby wolności, którą im przypisywał, a przeciwnie, potrafią poko- chać jarzmo pozwalające im żyć, i że czasami dobrze jest, gdy duże dzieci i małe dzieci mają swego pana. Odpowiedział więc: – Wolność, mój chłopcze, najpierw trzeba sobie zdobyć, stając się użytecznym dla innych i dla siebie samego, a zacząć należy od posłu- szeństwa. Idźcie do Hartlepoola i powiedzcie mu, że to ja was przysy- ~ 38 ~ łam, by zatrudnił was odpowiednio do waszych sił. Ja zaś przypilnuję, by Sand kontynuował naukę muzyki. Idźcie już, dzieci! Spotkanie to zwróciło uwagę Kaw-djera na problem, który rów- nież należało rozwiązać. W kolonii roiło się od dzieci! Bezczynne, pozbawione opieki rodziców, od rana do wieczora się wałęsały. By stworzyć nację, należało przygotować także przyszłe pokolenia, które podejmą kiedyś dziedzictwo swoich przodków. Zorganizowanie szko- ły stało się pilną potrzebą. Ale przecież nie dało się zrobić wszystkiego naraz. Bez względu na wagę tej sprawy, przełożył ją do swego powrotu z głębi wyspy, do- kąd zamierzał wyruszyć. Odkąd objął władzę, nosił się ciągle z myślą o podróży, której realizację odkładał z dnia na dzień wobec pilniej- szych zajęć. Teraz jednak mógł się już spokojnie oddalić. Maszyneria została wystarczająco pewnie puszczona w ruch, by przez jakiś czas mogła funkcjonować sama. Dwa dni po powrocie Karroly’ego zamierzał w końcu wyruszyć, gdy znowu coś mu przeszkodziło. Pewnego ranka doszły do niego odgłosy gwałtownej sprzeczki. Poszedł w stronę, skąd dochodził ha- łas, i natrafił na setkę dyskutujących ze wzburzeniem kobiet, stojących przed ogrodzeniem z potężnych bali, które zagradzało im drogę. Z po- czątku Kaw-djer nie potrafił zrozumieć, o co chodzi. Ogrodzenie to otaczało granice posiadłości Pattersona, lecz nie wydawało mu się, by wcześniej sięgało aż tak daleko. Jednak zaraz go o wszystkim poinformowano. Patterson, który od ostatniej wiosny zajmował się uprawą warzyw, tego roku odniósł w tej mierze prawdziwy sukces. Pracując niezmor- dowanie, doczekał się obfitych plonów, a od upadku Beauvala wszy- scy mieszkańcy Liberii zaopatrywali się u niego w świeże jarzyny. Powodzenie swoje zawdzięczał w znacznym stopniu miejscu, jakie wybrał na swą siedzibę. Nad samym brzegiem rzeki miał pod dostatkiem wody. Teraz zaś to uprzywilejowane położenie jego go- spodarstwa stało się zarzewiem obecnego konfliktu. Uprawy Pattersona rozciągały się na przestrzeni dwustu lub trzystu metrów i zajmowały jedyne dostępne miejsce nad rzeką w bezpo- średnim sąsiedztwie Liberii. W jej dolnym biegu błotnista równina Natrafił na setkę dyskutujących ze wzburzeniem kobiet, stojących przed ogrodzeniem z potężnych bali. ~ 40 ~ ciągnęła się aż do mostu zbudowanego przy ujściu, to jest przeszło tysiąc pięćset metrów na zachód. W górnym zaś jej biegu brzeg pod- nosił się raptownie, opadając prosto do wody prostopadłym urwi- skiem, i to przez więcej niż milę. Liberyjskie gospodynie musiały więc przechodzić przez zagrodę Pattersona, gdy chciały zaczerpnąć wody potrzebnej w ich domowych gospodarstwach. Dlatego też właściciel terenu wcześniej pozostawił otwór w swoim płocie. Z czasem jednak spostrzegł, że nieustanne przechodzenie przez jego ogród narusza jego prawa i powoduje liczne szkody. Poprzedniej więc nocy z pomocą Longa solidnie zamknął do- tychczasowe wejście. To właśnie wywołało ogromne rozżalenie i gniew kobiet, które z samego rana przyszły po wodę. Pojawienie się Kaw-djera uspokoiło nastroje. Zdano się na jego osąd. Ten w spokoju wysłuchał argumentów obu stron, a następnie wydał wyrok. Ku ogólnemu zdumieniu decyzja, jaką podjął, była na korzyść Pattersona! Wprawdzie Kaw-djer uznał, że płot ma być na- tychmiast zwalony i że musi tamtędy przechodzić publiczna droga o szerokości dwudziestu metrów, lecz przyznał również właścicielowi terenu prawo do odszkodowania za uprawną parcelę, której części pozbawiano go w interesie ogółu. Co do wysokości odszkodowania miało ono zostać ustalone zgodnie z przyjętymi zasadami. Na Wy- spie Hoste’a znajdowali się sędziowie, i Patterson miał się do nich zwrócić. Sprawa trafiła na wokandę jeszcze tego samego dnia i była pierw- szą, jaką rozsądził Beauval. Po wysłuchaniu obu stron wydał wyrok, że państwo hosteliańskie ma wypłacić odszkodowanie w wysokości pięćdziesięciu dolarów. Kwota ta została natychmiast przekazana Irlandczykowi, ku jego wielkiemu zadowoleniu. Wydarzenie to było komentowane na różne sposoby, jednak w su- mie rozwiązanie sprawy przyjęto z uznaniem. Przekonano się, że odtąd nikt nie może zostać bezprawnie pozbawiony tego, co posiada, tak więc zaufanie publiczne niepomiernie wzrosło. Był to właśnie taki rezultat, jakiego oczekiwał Kaw-djer. Po załatwieniu tej sprawy wyruszył wreszcie w drogę. Przez trzy tygodnie przemierzał wyspę we wszystkich kierunkach, docierając ~ 41 ~ w najdalszy punkt na północnym zachodzie, jak również do najdalej wysuniętych półwyspów od wschodu, jak Dumas i Pasteur. Jedno po drugim odwiedził wszystkie bez wyjątku gospodarstwa, nawet te opuszczone ubiegłej zimy czy to dobrowolnie, czy pod naciskiem na- pastników. Przekonał się, że stu sześćdziesięciu jeden kolonistów, tworzących czterdzieści dwie rodziny, przebywało jeszcze w głębi wyspy. Wszyst- kie te czterdzieści dwie rodziny cieszyły się dobrobytem, choć w zróż- nicowanym stopniu. Jedni bowiem ograniczyli swoje ambicje do za- pewnienia przyzwoitej codziennej egzystencji sobie i swoim rodzinom, podczas gdy inni, przede wszystkim rozporządzający siłą mięśni krzep- kich młodzieńców, potrafili potężnie rozwinąć swoje gospodarstwa. Dalej, dwadzieścia osiem rodzin, w ogólnej liczbie stu siedem- nastu kolonistów zmuszonych z powodu zamieszek do porzucenia swoich zagród, teraz bardzo podupadłych, które w momencie, gdy je opuszczano, zdawały się kwitnące. Wreszcie miało miejsce sto dziewięćdziesiąt siedem prób zago- spodarowania, które zakończyły się porażką. Spośród ich właścicie- li około czterdziestu nie żyło, pozostali zaś, w liczbie przeszło sied- miuset osiemdziesięciu, zimą kolejno szukali pomocy na wybrzeżu. Kaw-djer nie mógł narzekać na brak informacji. Koloniści jeden przez drugiego oferowali mu swoje usługi. Z powszechnym entu- zjazmem przyjęto wieść o nowej organizacji kolonii, a entuzjazm ten tylko rósł, w miarę jak Kaw-djer przedstawiał swoje zamierzenia. Gdy odszedł, podjęli pracę z gorliwością dziesięciokrotnie zwiększoną przez nadzieję. Wszystko, co widział, wszystko, co usłyszał, Kaw-djer pilnie no- tował. Równocześnie starał się choć w ogólnym zarysie naszkicować plany poszczególnych kolonii oraz ich wzajemnego położenia. Zapiski te wykorzystał zaraz po powrocie. W ciągu kilku dni narysował mapę wyspy, niezbyt dokładną z geograficznego punktu widzenia, ale z dokładnością wystarczającą dla przedstawienia eksplo- atacji gospodarczej i granic pomiędzy posiadłościami. Następnie po- nownie objechał połowę wyspy, odwiedzając sto sześćdziesiąt pięć ~ 42 ~ rodzin, które wybrał w sposób niepodlegający dyskusji, i wręczył im oficjalne koncesje. Nadanie prywatnej własności solidnej podstawy w postaci kon- cesji stanowiło prawdziwą rewolucję. Dorywczy porządek zastępo- wało porządkiem prawnym, posiadanie prawem kaduka zamieniało w akt własności, niepodważalny nawet przez tego, który je nadał. Tak więc zwyczajne kartki papieru były przyjmowane przez ich benefi- cjentów z równą radością, jak sama ziemia, którą reprezentowały. Do tej pory żyli z dnia na dzień, w niepewności jutra. Owe papierki zmieniały wszystko. Teraz ziemia była ich własnością. Mogli ją prze- kazać swoim dzieciom. Osiedlili się, zapuszczali korzenie i z kolo- nistów naprawdę stawali się Hostelianami. Kaw-djer zajął się przede wszystkim umocnieniem praw czterdzie- stu dwóch rodzin, które już wrosły w swoje folwarki, stawiając w nich siedziby. Odesłał też dwadzieścia osiem rodzi
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Rozbitkowie z Jonathana Część 2
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: