Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00313 005906 13251577 na godz. na dobę w sumie
Samba we dwoje - ebook/pdf
Samba we dwoje - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 153
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-238-8500-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Eduardo de Souza po poważnym wypadku w rodzinnej Brazylii przyjeżdża do Anglii, aby się poddać kosztownej rehabilitacji. Przypadkowe spotkanie z Marianne, piękną dziewczyną zarabiającą uliczną grą na gitarze, sprawia, że na chwilę zapomina o własnych kłopotach. Pragnie jej pomóc w trudnym położeniu, proponuje jej więc pracę w swoim domu w Rio de Janeiro. Nie spodziewa się, że w efekcie to Marianne o wiele bardziej pomoże jemu...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Maggie Cox Samba we dwoje Tłumaczyła Joanna Pawełek-Mendez Tytuł oryginału: Brazilian Boss, Virgin Housekeeper Pierwsze wydanie: Harlequin Mills Boon Limited, 2010 Redaktor serii: Marzena Cieśla Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla Korekta: Hanna Lachowska ã 2009 by Maggie Cox ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2012 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Światowe Z˙ycie są zastrzez˙one. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa ISBN 978-83-238-8500-9 ŚWIATOWE Z˙YCIE – 353 ROZDZIAŁ PIERWSZY Nic jej nie mogło powstrzymać. Nawet pogo- da, która nie była wcale lepsza od tej panującej na mroźnej Syberii, pomyślał Eduardo. Przez ostatnie trzy tygodnie niemal kaz˙dego dnia poja- wiał się na słynącym ze swojej ciekawej historii małym, urokliwym ryneczku miasta i za kaz˙dym razem spoglądał na młodą kobietę, która grała na gitarze pełne smutku melodie. Przypominała mu biedne, porzucone dziecko z nowel Dicken- sa. Czyz˙by nie miała rodziców albo kogokol- wiek, kto mógłby się nią zaopiekować? Najwi- doczniej nie... Eduardo zdał sobie sprawę, z˙e dzięki tej bied- nej dziewczynie, zarabiającej na swoje utrzyma- nie śpiewaniem na ulicy, po raz pierwszy po- myślał o czymś innym niz˙ własne nieszczęście. Ból towarzyszył mu od dawna, na długo przed tym, zanim się zdecydował zamienić gorącą, pachnącą słońcem i kwiatami Brazylię na po- chmurną, wilgotną Anglię. 6 MAGGIE COX Przypatrywał się dziewczynie z prawdziwym zainteresowaniem. Obudziła się w nim ciekawość, kim jest ta ,,dziewczynka z zapałkami’’ czy tez˙ ,,z gitarą’’. Kto wie, czy zobaczy ją następnego dnia? Mogła przeciez˙ po tych kilku tygodniach zmienić miejsce, a wtedy nigdy się juz˙ nie pozna jej historii pisanej przez z˙ycie, a nie Andersena. Wyciągnął banknot z portfela i rzucił do po- krowca na gitarę, zaraz jednak przykucnął i do- rzucił pięćdziesięciocentową monetę, aby wiatr nie porwał papierowego banknotu. – Ładna piosenka – mruknął cicho, jakby się nagle zawstydził. – Dziękuję... ale to za duz˙o – zaprotestowała, odkładając instrument na bok. Uchwycił jej spojrzenie, ale zamiast radosne- go podekscytowania, zawstydzenia czy wdzięcz- ności dostrzegł dumę i złość. – Za duz˙o? – powtórzył, unosząc brew. Czyz˙by się pomylił? Czy tak zareagowałaby biedna ,,dziewczynka z zapałkami’’? – Owszem. Jeśli chce pan rozdawać jałmuz˙- nę, to tuz˙ za rogiem jest kościół Świętej Marii, gdzie księz˙a zbierają datki na bezdomnych. Ja nie jestem bezdomna i nie potrzebuję pańskiego miłosierdzia. – Ale w twoim futerale lez˙y mnóstwo monet – obruszył się, wskazując ręką. – Czy nie po to tu siedzisz? Nie dlatego tu grasz i śpiewasz? SAMBA WE DWOJE 7 W jego głosie brzmiała irytacja. Z miejsca poz˙ałował swojej decyzji, podyktowanej spon- tanicznym odruchem serca. Dlaczego w ogóle marnuje czas, rozmawiając z tą dziwną dziew- czyną? Powinien natychmiast odejść, pozosta- wiając ją samą z jej pokrętną filozofią i miedzia- kami w futerale, ale jakoś nie mógł zrobić kroku. – Śpiewam, bo bardzo to lubię, a nie dla pieniędzy. Nigdy nie robił pan niczego, aby po prostu podzielić się swoją miłością do czegoś? Bez z˙adnych ukrytych celów? To pytanie zbiło go z tropu. Choć zawsze potrafił szybko zareagować odpowiednią ripos- tą, tym razem jakoś nic nie przychodziło mu do głowy. Śmieszne! Nie tracił zimnej krwi w kon- frontacji z rekinami finansowymi, a pokonała go dziewczyna z gitarą. – Ja... – wyjąkał. – Muszę juz˙ iść. Jego twarz, co zresztą nie było niczym nie- zwykłym, wyraz˙ała chłód i obcość. – Nie zatrzymuję pana – odparła dziewczy- na. – To pan chciał rozmawiać. – Wcale nie chciałem z tobą rozmawiać – za- protestował podniesionym głosem, zupełnie jak- by odpierał cięz˙kie oskarz˙enie. – Oczywiście, z˙e nie. Chciał pan tylko oka- zać swoją wielkoduszność, by potem odejść z poczuciem, z˙e spełnił pan dobry uczynek. Czy nie tak? 8 MAGGIE COX – Jesteś niemoz˙liwa! Z tymi słowami odwrócił się na pięcie i od- szedł. Jeszcze kiedy skręcał w jedną z mniej- szych uliczek, słyszał jej czysty głos i akom- paniament gitary. Co za diabeł go podkusił, aby się nad nią litować? Z pewnością nie było to skromne, dickensowskie dziewczątko, za jakie ją do tej pory uwaz˙ał. I dlaczego jej duma, jej ostre spojrzenie tak go rozdraz˙niło? Czy nie trafiła w sedno? W głowie pobrzmiewały mu jej słowa: ,,Czy nigdy nie robił pan niczego, aby po prostu podzielić się swoją miłością do czegoś? Bez z˙adnych ukrytych celów?’’. Powłóczył nogami, nawet nie omijając kałuz˙. Nagle zrobiło mu się wszystko jedno, dokąd idzie i po co. A wszystko przez dziewczynę, która odrzuciła jego pomoc i uraziła dumę... Temperatura powietrza gwałtownie spadła, co sprawiło, z˙e Marianne przestała czuć zdręt- wiałe z zimna palce i z wielkim trudem wydoby- wała z siebie głos. Uznała, z˙e najwyz˙szy czas zakończyć na dzisiaj. Przez chwilę rozkoszowa- ła się myślą o filiz˙ance gorącej czekolady i o og- niu w kominku czekającym na nią w domu, ale po chwili przypomniała sobie, z˙e poza ciepłem płomieni i smakiem czekolady przywita ją tak- z˙e pustka. Dudniące echem mauzoleum, gdzie wszystko, począwszy od pięknych ornamentów SAMBA WE DWOJE 9 zdobiących ściany, a skończywszy na wspania- łym pokoju muzycznym, pośrodku którego du- mnie prezentował się fortepian, przypominało jej ukochanego męz˙a i przyjaciela, który odszedł od niej zbyt wcześnie. ,,Z˙yj pełnią z˙ycia, kiedy mnie zabraknie’’ – powiedział jej Donal, kiedy siedziała przy je- go szpitalnym łóz˙ku. Te słowa, wypowiedziane drz˙ącym głosem, i jego powaz˙ny, smutny wzrok przeraziły ją, gdyz˙ nie pozwalały mieć juz˙ z˙ad- nej nadziei. ,,Sprzedaj ten cholerny dom i wszyst- ko, co się w nim znajduje. Wyjedź gdzieś, poznaj świat, podróz˙uj... spotykaj się z ludźmi i... z˙yj! Na litość boską, z˙yj za nas dwoje!’’. Zamierzała spełnić jego wolę, ale jeszcze nie teraz. Czuła się bardzo samotna i zagubiona, zupełnie jakby w jej z˙yciu zabrakło kompasu wskazującego bezpieczną drogę. Pozostała pust- ka i świadomość, z˙e nie ma nikogo, komu by na niej zalez˙ało. Zamierzała konsekwentnie wy- rwać się z tego stanu, powoli, ale z sukcesem. Bycie uliczną artystką mogło się wydawać dzi- wną metodą podźwignięcia się z z˙ałoby, ale spełniało swoją funkcję. W przeciwnym razie siedziałaby w domu przy zasłoniętych z˙alu- zjach, rozpamiętując chwile, które nie mogły się juz˙ powtórzyć. Kontakt z ludźmi wyzwolił w niej chęć do walki. Z kaz˙dym dniem była coraz silniejsza, zupełnie jakby muzyka, przez 10 MAGGIE COX którą wyraz˙ała swoje uczucia, ocaliła ją przed całkowitym załamaniem. Donal z pewnością byłby z niej dumny, z˙e tak świetnie sobie radzi, pomimo z˙e jego dwoje dorosłych dzieci z poprzedniego małz˙eństwa uznało, z˙e skoro Marianne śpiewa na ulicy, to najlepszy dowód na to, z˙e coś z nią jest nie w porządku. Dowód, z˙e od początku wywierała niekorzystny wpływ na ich ojca, który w tes- tamencie przepisał wszystko na nią, całkowicie pomijając własne potomstwo. I nagle Mariannne, zupełnie nie wiadomo dla- czego, przypomniała sobie nieznajomego, który rzucił do futerału pięćdziesięciofuntowy bank- not. Nie tylko wyglądał na zamoz˙nego świa- towca, obracającego się w najwyz˙szych kręgach towarzyskich, ale równiez˙ tak pachniał. Mówił nienaganną angielszczyzną z lekkim akcentem, moz˙e Ameryki Południowej? Po powrocie do domu, kiedy trzymała juz˙ w dłoniach wymarzony kubek gorącej czekola- dy, grzejąc się przy kominku, raz jeszcze po- wróciła myślami do męz˙czyzny, który tak silnie zajął jej uwagę. Pierwszy raz w z˙yciu widziała u kogoś takie niezwykłe niebieskie oczy. Barwą przypominały jej lekko zachmurzone niebo w czasie mroźnej zimy, rzęsy zaś były równie ciemne jak gęsta czekolada w jej kubku. Męz˙czyzna miał orli nos, wysokie kości po- SAMBA WE DWOJE 11 liczkowe i usta o ładnym, pasującym do całej twarzy kształcie, a jednak w dziwny sposób zaciśnięte, jak gdyby uśmiech mógł mu sprawić fizyczny ból. Zdąz˙yła z nim zamienić zaledwie kilka słów, ale miała wraz˙enie, z˙e ten człowiek, pomimo swojej hojności, jest twardy i zamknięty w sobie jak twierdza, do której nie mają dostępu nawet najbliz˙si. Marianne poz˙ałowała swojego zachowania. Niemal z pogardą odrzuciła jego pomoc. Oskar- z˙yła go o to, z˙e robi to wyłącznie po to, aby samemu się dobrze poczuć. Była niesprawied- liwa. Skąd on mógł wiedzieć, z˙e po tragedii, jaką przez˙yła, przyrzekła sobie, z˙e nigdy więcej nie przyjmie od nikogo pomocy? Skąd mógł wie- dzieć, co czuje kobieta, która po piekle dzieciń- stwa z ojcem alkoholikiem zaznaje wielkiego szczęścia w małz˙eństwie, które po sześciu mie- siącach przerywa śmierć. Nieznajomy jednak miał w twarzy coś, co pozwalało jej sądzić, z˙e i on ma za sobą jakieś trudne doświadczenie i najwyraźniej nie uporał się jeszcze z dręczącymi go demonami. Marian- ne pragnęła go przeprosić, ale odszedł tak szyb- ko. Pewnie i tak go juz˙ więcej nie zobaczę, pomyślała i upiła łyk czekolady. Nawet nie zauwaz˙yła, z˙e ta juz˙ dawno wystygła... 12 MAGGIE COX – Znowu nadweręz˙ałeś nogę, prawda? – Na litość boską, nie jestem dzieckiem. – Eduardo, patrząc na cierpką minę swojego lekarza, marzył, aby te wizyty raz na zawsze się skończyły. Niestety, po dziewięciu operacjach, którym musiał się poddać ze względu na swoją roztrzaskaną nogę, potrzebował opieki lekars- kiej, a Evan Powell z Londynu był światowej sławy ortopedą, najlepszym w swoim fachu spe- cjalistą. Właśnie ktoś taki był mu niezbędny. – Weź sobie do serca moją radę i przestań traktować swoje ciało jak maszynę. – Powiedziano mi, z˙e wkrótce będę juz˙ zu- pełnie sprawny. Dlaczego, do diabła, to trwa tak długo?! – zawołał z wyrzutem. – A spodziewałeś się, z˙e po takim urazie, po dziewięciu cięz˙kich i skomplikowanych operac- jach wyjdziesz z tego tak samo szybko jak z kataru? Potrzeba więcej czasu. – Więcej czasu – burknął gniewnie. – Nic innego nie słyszę. Zaczynam wątpić w twoje umiejętności. Eduardo natychmiast zdał sobie sprawę, z˙e za daleko się posunął. Był wściekły i rozz˙alony, ale nie powinien wyładowywać swojej frustracji na człowieku, który walczył o jego zdrowie. – Nie powinienem tak mówić, bardzo prze- praszam – spróbował załagodzić, przeczesując ręką włosy. – Miałem po prostu cięz˙ki dzień. SAMBA WE DWOJE 13 Evan Powell pokiwał głową na znak, z˙e przyj- muje przeprosiny, a takz˙e, z˙e rozumie humory swojego pacjenta. – Moz˙e to, czego ci potrzeba, to towarzystwo – zasugerował, puszczając do niego porozumie- wawczo oko. – Z˙yjesz zupełnie samotnie, a sa- motność nie wpływa korzystnie na z˙adnego męz˙czyznę. Eduardo przymruz˙ył oczy. – Masz na myśli kobietę? Zaskoczyło go, z˙e po raz pierwszy od dwóch lat nie odrzucił z miejsca tego pomysłu, ale jeszcze bardziej zszokowało go to, z˙e w od- powiedzi na tego rodzaju sugestię w jego umyśle pojawił się obraz dziewczyny grającej na jed- nym z rynków Londynu. Utkwiły mu w pamięci jej piękne oczy, kształtne wargi i burza brązo- wych włosów. Ile mogła mieć lat? Siedemnaś- cie? Osiemnaście? Była dla niego stanowczo za młoda. Poza tym nawet jeśli rzeczywiście potrzebo- wał damskiego towarzystwa, to tylko dla chwi- lowej rozrywki. Po tym co się stało z Elianą, skończył z miłością raz na zawsze. – Zwykle to kobieta najlepiej potrafi rozpro- szyć smutki męz˙czyzny – skwitował chirurg, ale widząc powaz˙ne spojrzenie Eduarda, chrząknął, mruknął coś niewyraźnie, po czym podjął juz˙ normalnym, spokojnym głosem: – W kaz˙dym 14 MAGGIE COX razie weź sobie do serca moją radę i uwaz˙aj na tę nogę. Dwadzieścia minut dziennie spaceru, naj- wyz˙ej pół godziny, ale nie dłuz˙ej. No, to do zobaczenia. Eduardo odprowadził Evana do drzwi i podał mu płaszcz. – Dziękuję. Nie kaz˙dy lekarz osobiście faty- gowałby się do swojego pacjenta. Proszę nie myśleć, z˙e tego nie doceniam. ROZDZIAŁ DRUGI Marianne w przerwie swojego codziennego ulicznego występu popijała gorącą cafe latte z papierowego kubka, pragnąc rozgrzać ciało, ale przede wszystkim dłonie, które najtrudniej znosiły zimno i przejmujący, mroźny wiatr. Wy- dawało się, z˙e popołudnie przyniesie poprawę pogody, ale Marianne nie miała wątpliwości, z˙e robi się coraz chłodniej. Zamyślona, lekko drz˙ąc na całym ciele, popa- trzyła przed siebie i nagle dostrzegła wysokiego męz˙czyznę zmierzającego prosto w jej stronę. To był on! Ten sam bogacz o niebieskich oczach. Próbowała nie dać po sobie poznać, jak bardzo ucieszył ją jego widok. – Dzień dobry – usłyszała jego niski, nieco zachrypnięty głos. Podniosła wzrok i mogłaby przysiąc, z˙e w niewyraźnym grymasie jego warg dostrzegła coś na kształt uśmiechu. – Witam – odpowiedziała nieco zawstydzo- na, choć zupełnie nie rozumiała dlaczego. 16 MAGGIE COX – Nie śpiewasz? – Nie... Zrobiłam sobie przerwę, by się tro- chę rozgrzać. Czy słyszał, jak bardzo drz˙y jej głos? Czy ma świadomość, z˙e sposób, w jaki na nią patrzy, onieśmiela ją? Jej mąz˙ Donal nigdy tak na nią nie spoglądał. W jego oczach widziała zawsze łagodność i z˙yczliwość. – Jak idzie interes? – W porządku. – Wzruszyła ramionami. Zerknęła na skromną kolekcję monet w futerale. – Jak juz˙ ci wczoraj mówiłam, nie robię tego dla... – Pieniędzy. Pamiętam. Śpiewasz, poniewaz˙ chcesz się podzielić z innymi swoją miłością do muzyki, czy tak? – Tak – przyznała z wahaniem, przypomina- jąc sobie swoje obcesowe zachowanie. – Słu- chaj, przepraszam, jeśli cię wczoraj uraziłam. Nie chciałam tego. Po prostu uwaz˙am, z˙e są ludzie, którzy bardziej potrzebują pomocy. Tak naprawdę moja sytuacja nie jest taka zła, jak ci się wydaje. Pozory mylą. – Cóz˙... Chciałbym, z˙ebyś wiedziała, z˙e tak jak mi radziłaś, dałem pieniądze w kościele dla bezdomnych. – Zamilkł na chwilę, po czym podjął pewnym głosem: – Nazywam się Eduar- do de Souza. Zdjął rękawiczkę i wyciągnął do niej dłoń.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Samba we dwoje
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: