Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00375 005742 11249523 na godz. na dobę w sumie
Samorząd uczniowski nie bibelot. Ściągawka dyrektora gimnazjum - ebook/pdf
Samorząd uczniowski nie bibelot. Ściągawka dyrektora gimnazjum - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Wolters Kluwer Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-264-2659-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> prawo i podatki >> oświatowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Samorząd uczniowski nie bibelot. Ściągawka dyrektora gimnazjum to książka, przy której Czytelnik nie będzie się nudził. W niczym nie przypomina ona statecznych poradników dla nauczycieli. Napisana przez praktyka, wspieranego przez innych praktyków: uczniów, nauczycieli i dyrektorów szkół.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Irenie Dzierzgowskiej SPIS TREŚCI Dla kogo napisałam tę książkę ......................................................................... 11 Wstęp (który można sobie darować) ............................................................... 15 Dlaczego kradną nam samochody? ................................................................. 15 Niech diabli wezmą tayloryzm! ........................................................................ 23 Więcej • lepiej • taniej ....................................................................................... 27 Poprzez samorząd łatwiej ................................................................................. 27 Łatwiej uczyć ................................................................................................. 27 Łatwiej wychowywać .................................................................................... 29 Łatwiej zarządzać szkołą .............................................................................. 36 To co właściwie może robić samorząd? ........................................................... 40 Kilka uwag o budownictwie ............................................................................... 61 Samorząd na miarę lub bez miary .................................................................... 61 Kto i co nami steruje? ....................................................................................... 65 Budowanie samorządności ............................................................................... 68 Samorządy klasowe to podstawa ...................................................................... 73 Jak rozwalić samorządy klasowe... .............................................................. 74 ...a jak je wspierać ......................................................................................... 77 Co przeszkadza w pracy samorządom? ........................................................... 79 Po pierwsze – metoda........................................................................................ 87 Samorzutność? Chwileczkę .............................................................................. 89 Opiekun samorządu .......................................................................................... 91 Jak pomóc uczniom go wybrać, a wybranego pozyskać, jak go wspierać i jak o niego dbać ............................................................... 91 Dlaczego nauczyciele boją się opieki nad samorządem? .......................... 92 Niech się nie boją – zapewniamy wsparcie ................................................. 93 Kłopoty z samosiowatością .......................................................................... 96 Opieka nad zespołem zadaniowym ............................................................. 98 Wybory opiekuna – warto się przyłożyć ................................................... 101 Kto nie kandyduje? .................................................................................... 114 Co zrobić z wychowawcami klas? .............................................................. 114 8 SPIS TREŚCI Nie ma informacji – nie ma sprawy ........................................................... 115 Samorząd regulaminem spętany .................................................................... 120 Demokratyczne wybory................................................................................... 121 Kampania wyborcza ................................................................................... 122 Komisja wyborcza ....................................................................................... 123 Wybory ......................................................................................................... 127 Druga tura? ................................................................................................. 128 A ja cię zrobię... prezydentem! ....................................................................... 131 Trochę czasu dla struktury .............................................................................. 134 Część pracuje, jeden się martwi, czyli o sekcjach .................................... 140 By słowo ciałem się stało............................................................................ 148 Goniec, szaman i inni ................................................................................. 152 Po co komu rada klas? ............................................................................... 154 No i jak teraz wygląda prezydium? ........................................................... 156 Opozycja ...................................................................................................... 159 Czy rok to nie wyrok? ................................................................................. 163 Sztuka obudowywania ...................................................................................... 167 Samorząd nie jest samotną wyspą .................................................................. 167 Bez rodziców – bieda... ................................................................................... 167 Spotkanie ..................................................................................................... 168 Kucie żelaza ................................................................................................ 175 Pańskie oko konia tuczy, czyli współpraca dyrektora z samorządem ......... 177 Mam sprawę... ............................................................................................. 184 Kochany dyrektorze, bez ciebie samorząd nie może... ............................ 187 Fundusze samorządu uczniowskiego ............................................................. 192 Czy samorząd powinien mieć własne pieniądze? .................................... 192 Stałe dotacje ................................................................................................ 193 Granty .......................................................................................................... 193 Jak wygląda kontrakt? ................................................................................ 195 Kaska z daleka ............................................................................................ 201 Forsa nie spada z nieba .............................................................................. 203 Jak rozbujać samorząd, który kiepsko działa? .............................................. 210 Ociupinka rywalizacji ................................................................................. 211 Decyduję, więc jestem... partnerem .......................................................... 217 Nagradzać czy nie? .......................................................................................... 220 Praca na rzecz szkoły .................................................................................. 226 Kawa czy herbata, czyli jak rozmawiać z przedstawicielami „ludu” ........... 230 Narada prezydium z dyrekcją .................................................................... 232 Znowu będzie zebranie .............................................................................. 239 SPIS TREŚCI 9 Teraz haruje opiekun .................................................................................. 240 Za tydzień, czyli nigdy ................................................................................ 243 I znowu zebranie ......................................................................................... 245 Czy mały może robić wielkie rzeczy? ............................................................. 247 Będzie samorząd – będą kłopoty .................................................................... 259 Ratunku! Konflikt! .......................................................................................... 259 Kooperacja ....................................................................................................... 265 Negocjacje w sprawie dyskoteki? ................................................................... 271 Kiedy szkolna dyscyplina siada ...................................................................... 283 A prawo na to: niemożliwe! ............................................................................ 296 Kontrola nad samorządem ............................................................................. 299 Samorząd uczniowski – teoria urzędowania ................................................. 300 Planowanie pracy samorządu – co tu mają do roboty dorośli? .............. 302 Czego potrzebuje samorząd do stworzenia planu? ................................. 303 Zebranie ogólne samorządu ...................................................................... 305 Kalendarz .................................................................................................... 309 Biurokratyczna pułapka ............................................................................. 310 Atrakcyjne ciało opiniujące ............................................................................ 313 Po co nam demokracja w szkole? .................................................................. 315 Bajka na dobranoc ...................................................................................... 319 Zebrania całej społeczności ....................................................................... 321 Referendum ................................................................................................ 325 Inni ważni niezależni ........................................................................................ 329 Organizacje ...................................................................................................... 329 Media w szkole ................................................................................................ 333 Radiowęzeł .................................................................................................. 333 Stronka szkoły ............................................................................................. 335 Co gazeta, to gazeta... ................................................................................ 335 Gdzie mediów kupa, tam Herkules .......................................................... 338 Cwane sposoby zapełniania numerów ...................................................... 340 Powinno, a nie idzie .................................................................................... 344 A kiedy dziennikarze rzucą się do gardła... .............................................. 347 Ośrodek Badania Opinii Szkolnej ................................................................. 354 Sąd uczniowski ................................................................................................. 361 Kilka rad dla szczęściarzy ............................................................................... 363 Bibliografia ......................................................................................................... 371 Dla kogo napisałam tę książkę Napisałam ją przede wszystkim dla tych fantastycznych ludzi, których spotykałam w całym kraju w rozmaitych okolicznościach. Zadawali mi oni różne trudne pytania, na które nie dało się odpowiedzieć w dwóch słowach albo po prostu nie znałam na nie odpowiedzi – musiałam jej dopiero poszukać. Dla tych, którzy są prawdziwymi przyjaciółmi swoich uczniów, a jednocześnie widzą, że nasza polska szkoła musi się bardzo poważnie zmienić, żeby sprostać wymaganiom nowych czasów. Dla tych, którzy chcą szkoły przyjaznej, lepszej, mądrzejszej, demokratycznej, spełniającej oczekiwania środowiska. I wiedzą, że jedną z dróg jest sa- morządność uczniowska. Ale brak im doświadczeń i pomysłów na to, jak pomóc uczniom w stworzeniu prawdziwego, uczącego i uczącego się samorządu. Bo nam wszystkim, mieszkańcom środkowej Europy, brakuje tych doświadczeń. Przez parę lat szukaliśmy, testowaliśmy rozmaite „myki”. Zaangażo- wało się w to wielu wyrąbistych nauczycieli i wyczesanych uczniów. A ja potem starałam się opracować i opisać ten materiał. Dlatego traktuję to jako pracę zbiorową. Chcemy pokazać, jak można rozwinąć samorządność uczniów w swo- jej szkole i jak przetworzyć ją tak, by przyczyniała się do rozwoju szkoły w wielu bardzo różnych, pozornie niepowiązanych dziedzinach. Bo tak naprawdę szkoła to przecież jeden organizm, wszystko w nim współpracuje, współdziała i na tysiące sposobów splata się i zazębia. Nie każdemu jednak opłaca się brać tę ściągawkę do ręki. Z przykrością muszę ostrzec, że nie każdy będzie mógł z niej skorzystać. • Są tacy dyrektorzy, którzy czują, że muszą wszystko „twardo trzymać w garści”, nie mogą ani na moment utracić pełnej kontroli nad tym, co dzieje się w ich szkole. Jeszcze dwadzieścia parę lat temu taki styl pracy był w pewnym stopniu uzasadniony sytuacją polityczną. W tej chwili już nie. Jeżeli ten poradnik znalazł się przypadkiem w rękach 12 DLA KOGO NAPISAŁAM TĘ KSIĄŻKĘ dyrektora funkcjonującego w taki sposób, powinien go odłożyć, po- nieważ w niczym nie jestem mu w stanie pomóc – tu może coś zrobić jedynie dobry terapeuta. • Nie przyda się także pracusiom, którzy spełniają się w narzekaniu: „Ach, jaki jestem zapracowany – wszystko muszę robić sam, bo nikt inny nie zrobi tego tak dobrze...”. Te porady mają ci pomóc we wciągnięciu do pracy jak największej liczby osób. Nic, co jest w nich opisane, nie da się zrobić w pojedynkę. • Piszę do ludzi, których uważam za przyjaciół, więc zwracam się do nich na ty i takim językiem, jakim mówię (no może nie tak całkiem; redaktor pracowicie powycina z tekstu wszystkie „bardzo brzydkie wyrazy”); szczerze mówiąc – to mało wytworny język. Przyjaciele to zaakceptują, a osoby bardzo wrażliwe chyba powinny odłożyć tę książkę, bo nie ma sensu się denerwować. Przepraszam. Jeżeli nadal masz tę książkę w ręku, serdecznie cię witam, przyjacielu. Nim jednak zdecydujesz, czy opłaca ci się dźwigać ją do domu, zajrzyj na stronę 15. Jeżeli ci powiem, że to, czy w twojej szkole będzie działał znakomity, prężny, aktywny, widoczny samorząd uczniowski, czy beznadziejna atrapa, zależy głównie od ciebie, to się pewnie wściekniesz? Ale jeżeli dodam, że znam parę sposobów, by wypracować taki wymarzony samorząd i nie zaharować się przy tym na śmierć, to przestaniesz się wkurzać? Bo są takie sposoby. Są w naszym kraju ludzie, którzy odnieśli nie byle jakie sukcesy w pracy z samorządami. Ta książka powstała po to, by pozbierać jak najwięcej informacji o technikach, jakie stosowano, by te sukcesy osiągnąć. Przede wszystkim jednak cały czas mam w pamięci bardzo istotne założenie: nie każdy, kto pracuje w szkole, może sobie pozwolić na to, by cały swój czas, spory kawałek swojego życia poświęcić pracy społecznej. Większość z nas ma rodziny, domy, dodatkowe obowiązki, doskonale- nie zawodowe, życie towarzyskie, dorabianie do pensji i jeszcze czasem człowiek chciałby poczytać... Dlatego nie ma tu ani słowa o metodach i działaniach, które przyniosły sukces, ale wymagały „pracy na okrągło”. Jest za to mowa o tym, jak systematycznie, inwestując trochę dobrze zor- DLA KOGO NAPISAŁAM TĘ KSIĄŻKĘ 13 ganizowanego czasu (a w pewnych okresach – więcej), uzyskać naprawdę poważne, a czasami po prostu nadspodziewane efekty. To nie jest dzieło ambitne, uporządkowane, podzielone na zgrabne moduły. To, co wziąłeś do ręki, to skrzyżowanie poradnika, „książki ku- charskiej” i prawdziwej ściągawki, z całym mnóstwem cytatów, fragmentów literatury napisanej przez prawdziwych ekspertów. Starałam się wepchnąć tu wszystko, co może ci się przydać w najrozmaitszych okolicznościach: i gotowe przepisy, już sprawdzone w zwykłych szkołach; i pomysły, które sam możesz przetestować, jeśli ci się spodobają; i argumenty, których możesz użyć, kiedy ktoś nie uwierzy, że masz rację; i wyjaśnienia, którymi możesz się podeprzeć, kiedy ktoś „rzuci ci się do gardła”. I to, co chyba najważniejsze: ostrzeżenia, jak uniknąć wplątania się w rozmaite trudne sytuacje. * * * Teraz będzie wstęp. Możesz go sobie darować, bo wiem, że jesteś zapracowany i nie masz czasu na dyrdymały. To, co jest w nim napisane, może ci się kiedyś przydać, bo jest tam dużo teorii i trochę gładkich sformułowań. Jeśli go ominiesz, niewiele stracisz, bo mówi wyłącznie o tym, po co robić to, co jest opisane w dalszych częściach poradnika. Jeśli i tak jesteś przekonany, że samorząd uczniów jest potrzebny, nie zawracaj sobie głowy. Do zobaczenia na s. 27. Ilekroć trzeba w klasztorze podjąć jakąś ważną decyzję, niechaj opat zwoła całą wspólnotę i przedstawi jej, o co chodzi. Wysłuchawszy opinii braci, niech ją sam rozważy, a następnie zrobi to, co uzna za najbardziej wskazane. Powiedzieliśmy zaś, że wszystkich należy wzywać na radę, gdyż Pan często właśnie komuś młodszemu objawia to, co jest najlepsze. Reguła zakonu św. Benedykta zredagowana w roku 540 w klasztorze na Monte Cassino przez św. Benedykta z Nursji Szkoły, która nie ma własnego samorządu, nie powinno się nazywać postępową – to szkoła kompromisowa. Ale – uwaga: Alexander Sutherland Neill Nie należy organizować samorządu uczniowskiego dla samego samo- rządu. Trzeba mieć przed oczyma konkretne zadania, które pragnie się z młodzieżą realizować [...]. Jednak: Aleksander Kamiński Głównym powodem, dla którego „demokratyczne” ciała uczniowskie nie wykazują się szczególnymi osiągnięciami i nie przyczyniają się w należytym stopniu do kształcenia ku demokracji, jest to, że nie zaspokajają one rzeczywistych potrzeb uczniów, ale jedynie te, które wyznaczyli im nauczyciele. Uki Maroshek-Klarman W 2003 r. w sondzie umieszczonej na stworzonej przez biuro rzecznika praw dziecka stronie www.strefamlodych.pl wśród dziesięciu sytuacji dolegliwych dla uczniów niespodziewanie dla wszystkich najwięcej głosów otrzymała ka- tegoria: „Nasz samorząd wcale nie jest uczniowski”. Naruszenia godności osobistej znalazły się dopiero na trzecim miejscu. Czy to znaczy, że samorządność jest dla uczniów taka ważna? Chyba tak. To dlaczego uczniowie w samorządach nie działają? No właśnie... Zastanówmy się... WSTĘP (który można sobie darować) Dlaczego kradną nam samochody? W roku 1982 ukazała się w Polsce książka pod tytułem Uczyć się bez granic. Jak zewrzeć „lukę ludzką”? (napisali ją: James W. Botkin, Mahdi Elmandjra, Mircea Malitz). Wcześniej ten raport Klubu Rzymskiego, czyli grupy bardzo szacownych osób, zdążył narobić niezłego zamieszania w środowiskach oświatowych na Zachodzie. Mówił bowiem w eleganckich słowach: kochani, szkoła się zestarzała. Sposób, w jaki nauczacie, zagraża przyszłości waszych uczniów, to czego nauczacie, jest im niepotrzebne. Innymi słowy – zabieracie uczniom cenny czas, który jest im niezbędny, by przygotowali się do przyszłego samodzielnego życia. Sytuacja ludzko- ści jest alarmująca: cywilizacja znalazła się w punkcie, w którym postęp stał się zjawiskiem tak pospiesznym i rządzonym przypadkiem, że ludzie nie nadążają za zachodzącymi zmianami, nie w pełni potrafią zrozumieć znaczenie i następstwa tego, co czynią. Nie rozumiejąc – coraz bardziej oddalają się od realnego świata. W ten sposób powstaje „luka ludzka” – dystans między złożonością świata a naszą możliwością sprostania jej, powstający dlatego, że za wzrostem tworzonych przez ludzi komplikacji nie nadąża postęp naszych umiejętności. Wy się do tego dokładacie. Chociaż wszyscy czytaliśmy tę książkę łapczywie, bo przynosiła nam ona z sobą powiew „wielkiego świata” (to był rok 1982!), a przy tym napisana była zupełnie inaczej niż to, do czego przywykliśmy w miłościwie nam panującej literaturze pedagogicznej produkowanej taśmowo w „demo- ludach” – jednak... no właśnie. Był pewien problem. Ni diabła z tego nie rozumieliśmy; problem był dla nas trudny do ogarnięcia z powodu całkowitej nieprzystawalności do rzeczywistości, w której żyliśmy. U nas nijakiej „luki ludzkiej” nie było! U nas były kilometrowe kolejki po papier toaletowy, o którego produkcji wiedzieliśmy 16 WSTĘP (KTÓRY MOŻNA SOBIE DAROWAĆ) wszystko. W domach mieliśmy pralki marki Frania, które naprawiało się samemu albo przy pomocy sąsiada, a one odwirowywały niezawodnie, pod warunkiem, że rytmicznie kręciło się korbą wyżymaczki. Korzystaliśmy z warsztatów samochodowych, w których żeby „umówić usługę” trzeba było na początku pojawić się samemu, opowiedzieć, co się zepsuło i ja- kich czynności wymaga naprawa, a dopiero wtedy fachowiec decydował, czy już za miesiąc będzie można wstawić samochód „na warstat”. Sami robiliśmy czekoladę, piekliśmy chleb, pędziliśmy bimber, drukowaliśmy książki i przerabialiśmy lampowe radia, żeby dawało się słuchać zachod- nich stacji. Problem rozziewu między technologią, z której korzystaliśmy, a naszą wiedzą o niej pojawiał się jedynie wśród użytkowników radzieckich telewizorów kolorowych Rubin, które niekiedy nie wiedzieć czemu – wybu- chały. I tak naprawdę tylko nieliczni rozumieli to, co one miały w środku, i byli w stanie coś poradzić na rozmaite fanaberie, które miewał ten sprzęt (oprócz wybuchowości). Po latach pojawiły się telewizory z zaplombowaną obudową, miniwieże, którym nie wolno zaglądać do środka, bo w serwisie odmówią naprawy, inteligentne maszynki do mięsa, a nasze pralki mają jakieś programatory, sokowirówki regulatory prędkości... Dopadła nas cywilizacja. I problemy, o których pisali panowie z Klubu Rzymskiego. Coraz wyraźniej to dostrzegamy, prawda? No i coś z tym problemem trzeba będzie zrobić. A szkoła musi się do tego przyłączyć. Ba, musi nawet stać się „for- pocztą zmian”. Jak najszybciej, bo czas leci jak szalony. Ale – trzeba to robić z głową. Kłopot w tym, że takiego problemu nie da się pokonać administracyj- nym „ukazem”, który spłynie na szkoły z „wysokich ministerstw” niczym objawienie. Właściwie ministerstwo zrobiło już większość tego, co mogło zrobić – uwolniło szkoły od gorsetu przerażającej jednolitości krępującej twórcze i zdolne do rozwoju środowiska. Teraz możecie sami szukać i wybierać drogi. Gdzie??? Wszędzie. * * * DLACZEGO KRADNĄ NAM SAMOCHODY? 17 Zdaniem dżentelmenów z Rzymu „lukę ludzką” pogłębia powszechnie stosowany wówczas (a u nas – nadal) model „zachowawczego uczenia się”. Polega na „nabywaniu ustalonych światopoglądów, metod i reguł, pozwalających postępować w obliczu znanych i powtarzalnych sytuacji”. To oczywiście niezbędne dla funkcjonowania i stabilności każdego społeczeń- stwa, ale dla przetrwania na dłuższą metę w okresach burzliwych zmian jest samobójcze. Dlatego zmodyfikowanie tego typu uczenia jest niezbędne. Jako alternatywę autorzy zaproponowali „uczenie się innowacyjne”, posiadające dwie cechy: antycypację i uczestniczenie. Antycypacja to nastawienie na przygotowywanie się do możliwych wydarzeń, wyma- gających mobilizacji i rozpatrywania wielu różnych wariantów działań, których skutki będą się objawiać dopiero w przyszłości. Jej szczególną cechą jest zdolność brania pod uwagę właśnie niezamierzonych skutków ubocznych. A jak uczymy? Dziesięć lat temu fachowcy od rynku pracy i „łowcy głów” z zachodnich firm biadolili, że w Polsce brakuje odpowiednio wykształconej kadry zarządzającej. To sprawiło, że wszyscy absolwenci szkół średnich, którzy nie mieli sprecyzowanych zainteresowań lub mieli takie, „które nie dają chleba”, rzucili się na jakiekolwiek kierunki studiów, które miały w tytule „zarządzanie”. Ponieważ na istniejących wtedy nie mogli się zmieścić, wszystkie wyższe uczelnie – czy miały możliwości i ka- drę dydaktyczną, czy nie – usłużnie rzuciły się do otwierania kierunków z upragnionym przez młodzież wyrazem w nazwie. Uczelnie odpowiadały na popyt, a kandydaci nie próbowali policzyć, ilu studentów już uczy się zarządzać, i czy naprawdę, kiedy oni skończą studia, zostanie jeszcze jakiś wolny kawałek świata do zarządzania, nawet taki całkiem malutki. A tymczasem rynek pracy zapchał się chętnymi do rządzenia. Wystarczyło parę lat temu obserwować, analizować i wyciągać wnioski, jak to będzie wyglądało w przyszłości. Ale nasz system nauczania nie przewiduje wpro- wadzania uczniów w trudną sztukę antycypacji... Chyba nawet robimy coś odwrotnego. Kilka lat po rozprzestrzenieniu się owych informacji o zapotrzebo- waniu na zarządzających, niepotrzebni już na rynku pracy absolwenci zarządzania miotali się po kraju, stosując wszystkie metody poszukiwa- nia pracy, jakie zna nauka – między innymi opowiadając każdemu, kto chciał ich słuchać, że nie mogą znaleźć pracy i wezmą wszystko oprócz telemarketingu. Podsłuchałam wtedy w autobusie taką rozmowę świeżo 18 WSTĘP (KTÓRY MOŻNA SOBIE DAROWAĆ) upieczonego specjalisty od zarządzania z uczennicą klasy maturalnej. Po długiej opowieści o tym, jak potencjalni pracodawcy odpędzają od swo- ich drzwi absolwentów zarządzania, zapytał o jej plany. Odpowiedziała: „Chyba pójdę na zarządzanie, bo chcę się szybko jakoś urządzić”. No, to się, mała, urządzisz... całkiem nieźle się urządzisz. A na razie – dyplom uznania dla jej macierzystej szkoły. Za wyniki. Z antycypacją musi iść w parze uczestniczenie, będące działaniem społecznym. Polega na wywieraniu wpływu na decyzje lokalne i globalne, kształtujące życie i otoczenie jednostek, na budzeniu aspiracji do równości oraz odmowie zaakceptowania pozycji „na marginesie wydarzeń”. W na- szym kraju również jest spora grupa ludzi, którzy łączą się w organizacje ekologiczne, zakładają stowarzyszenia działające na rzecz małych szkół wiejskich, udzielają pomocy więźniom opuszczającym zakłady karne itp. Ale to nie wszystko. Nie wydaje ci się, że również część twoich byłych, a na- wet pewnie obecnych uczniów znalazła „swoją drogę” uczestniczenia? Na przykład: kradnąc samochody. No i to właśnie jest powód, dla którego tak się przyczepiłam do tego raportu Klubu Rzymskiego. Od lat widzę, jak uczniowie i absolwenci naszego systemu oświatowego wytężają całą swoją „innowacyjność”, by usunąć i uzupełnić niedostatki edukacyjne, które odziedziczyli. Niektórzy (a dużo ich) właśnie w sposób zagrażający portfelom obywateli, którzy postanowili przeżyć życie bardziej rutynowo. Piszę o tym dość chłodno, bo nie mam samochodu, a rower już mi dawno ukradli. Ale jeżeli ty masz (jeszcze albo już) coś do stracenia, to jak się domyślam, powinieneś mieć solidną motywację do tego, by intensywnie myśleć nad wprowadzeniem w swojej szkole takich metod pracy z uczniami, które pozwolą im się prze- konać, że z życia naprawdę można mieć znacznie więcej niż z najlepszego niestrzeżonego parkingu. I że biorąc, nie zawsze trzeba szybko uciekać. Droga jest prosta: trzeba wyjść do uczniów ze swoimi propozycjami konkretnych form uczestniczenia wcześniej, niż zrobią to ich starsi koledzy z podwórka, którzy już zdążyli znaleźć swoją życiową drogę (na parking po nasz samochód, na bazar „kroić ruskich” czy na szosy zasadzać się na tiry). Bo te dzieciaki rozpaczliwie chcą dać się wychowywać. I szukają kogoś, kto zgodzi się to robić. Wystarczy wymyślić, jak to robić. Przysięgam, że tak jest! Mam na to liczne dowody i wielu wiarygodnych świadków. W ciągu ostatnich kilkunastu lat nasze życie dzięki nieustającym wysiłkom naszych organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości staje się DLACZEGO KRADNĄ NAM SAMOCHODY? 19 coraz bezpieczniejsze. Policja rozbija gangi do niedawna działające lepiej niż gospodarka narodowa, niszczy ich potencjał ludzki i materialny, sąd wsadza. To piękne. Ale – pomyślmy. Co się stanie z koleżkami, którzy nie znajdą już zatrudnienia w gangach? Przecież się nie zdematerializują. Zwykły „pistolet”, którego złapano w cudzej furze, też po paru latach wyjdzie z pudła. I co ze sobą pocznie? Jak zapewni sobie środki do życia, skoro „uczciwi ludzie” nie będą chcieli dać mu roboty? Będzie musiał wrócić do dotychczasowego sposobu życia, no nie? Chyba żeby... Chyba żeby wcześniej, już w szkole, miał szansę przekonać się, że może mieć decydujący wpływ na swoje życie i na otoczenie. Że on sam może zmieniać swoje życie i środowisko. I pamiętać, jak to robił z kumplami poprzednio, kiedy był jeszcze dzieciakiem. I że nikt ich wtedy za to nie ścigał. Wręcz przeciwnie. Czyli – jeśli uczył się innowacyjnie, już wtedy przekonywał się, że ma wpływ. Ale jeśli przez paręnaście lat borykania się ze szkołą taki koleś słyszy nieustannie, że zdaniem rozmaitych autorytetów jedyną szansą na „do- bre ustawienie się w życiu” jest opanowanie wszystkich tych straszliwych słupków i formułek, które mu nauczyciele wpychają do głowy, a on ich zwyczajnie nie łapie, natomiast wyjątkowo łatwo łapie lufy, to te lufy stają się dla niego nadzwyczajnie czytelnym komunikatem: „Ty, synku, nic w życiu nie osiągniesz...”. Czyli – lepiej się od razu połóż, bo przecież i tak będziesz leżał. Mam też krzepiące obserwacje: w mojej rodzinnej miejscowości wi- duję paru dawnych „staczających się” chłopaków, którzy, mając kilkana- ście-dwadzieścia lat, otarli się o gangi, sporo narozrabiali, niejedno mają na sumieniu, ale szczęśliwie nie zostali złapani i jakoś im to wszystko poprzysychało. I przy okazji tej „czeladniczej” działalności paru rzeczy się nauczyli. I teraz są młodymi, energicznymi przedsiębiorcami. Tylko czy to dobra droga, by to gangi stawały się szkołą przedsiębior- czości? Może jednak lepiej, żeby zajmowała się tym szkoła? Na razie nie radzimy sobie z tym wystarczająco dobrze. Uczenie się zachowawcze jest nastawione wyłącznie na adaptację. Nasi byli uczniowie adaptują się znakomicie, nawet do sytuacji pozornie niezno- śnych – na przykład do bezrobocia. Bardzo wielu, choć musi borykać się z ogromnym niedostatkiem i przy każdej okazji biada nad swoim losem, odrzuca każdą propozycję podjęcia pracy. Przystosowali się do sytuacji, od 20 WSTĘP (KTÓRY MOŻNA SOBIE DAROWAĆ) której trudno znaleźć gorszą – bo są mistrzami adaptacji. Nie chcą zmian, bo wymagałyby od nich nowych wysiłków przystosowawczych. Aktywności ich nie nauczono. Wręcz przeciwnie – w naturalnym okresie wzmożonej samorodnej aktywności każda jej próba była tłumiona. „Siedź grzecznie i nie przeszkadzaj!”. No to teraz też – siedzą grzecznie i nie przeszkadza- ją. Do czasu. Kiedy przyciśnięci nędzą aktywizują się i podszczuci przez jakiegoś populistycznego cwaniaczka wychodzą na ulicę, zajmują się nimi wszyscy – media, policja, rząd, parlament. Równie nieefektywnie. Wróćmy do naszych obecnych uczniów, bo dla nich jeszcze nie jest za późno. Uczenie się przystosowawcze pomniejsza znaczenie inicjatywy ze stro- ny człowieka. Im więcej informacji pchamy uczniom do głów, zapewniając, że wystarczy, żeby za tydzień umieli nam to dokładnie powtórzyć, a znaj- dą się na prostej drodze do życiowego sukcesu, tym bardziej odsuwamy ich od rzetelnych informacji o świecie rzeczywistym, o jego nieustannej zmienności i o tym, jak brać udział w takim przekształcaniu go, by był coraz bardziej przyjazny. Dlatego rzymscy eksperci radzą wybrać taki model nauczania, w którym kładzie się nacisk na intelektualną zdolność inicjowania zmian. Programy nauczania są, jakie są. Potrzeba jeszcze wielu lat, żeby to wszystko, co się w tej chwili dzieje w tej dziedzinie, wymacerowało w jakiś sensowny efekt. Wiele rzeczy przynoszących efekty stosunkowo szybko możesz jednak robić już teraz. * * * – NIE WIDZĘ PODNIESIONEJ RĘKI, PANIE THOMAS! – zapiała profesor Umbridge. – Otóż ministerstwo uważa, że musicie posiąść gruntowną wiedzę teoretyczną, żeby zdać pomyślnie egzaminy, a przecież właśnie po to jest szkoła. [...] To jest szkoła, Potter, a nie realny świat – powiedziała łagodnie. – Więc nie mamy być przygotowani na to, co nas czeka w świecie poza szkołą? – Tam nic was nie czeka, Potter. J.K. Rowling, Harry Potter i Zakon Feniksa, Poznań 2004. DLACZEGO KRADNĄ NAM SAMOCHODY? 21 Doprawdy? Niby wiemy, że to nieprawda. Ale ile razy w naszych własnych szkołach inicjatywy poznawcze albo prospołeczne naszych uczniów są tłamszone przez nauczycieli tekstami żywcem wziętymi z „prawd wiary”, wygłasza- nych przez udającą nauczycielkę zurzędniczałą kretynkę z Ministerstwa Magii? Nasi uczniowie i ich rodzice często skarżą się na pokutujący w ich szko- łach pogląd, że życie młodych ludzi zawiera tylko trzy istotne elementy: nauka, egzaminy i dostanie się do kolejnej szkoły. A kiedy skończą się już wszystkie dostępne szkoły? I wszystkie dostępne egzaminy? Pustka? Co za szczęście, że dzieciaki zanadto nam nie wierzą! A jaki los czeka te, które uwierzą, że chodzą do szkoły po to, by przygotowywać się do zdania egzaminów i przejścia na kolejne szczeble kształcenia? W naszych szkołach ukrywa się spora grupa dorosłych, dla których owa wykoncypowana przez panów z Rzymu „luka ludzka” okazała się przepaścią. W dodatku w tym najistotniejszym zakresie: choć część z nich jakoś radzi sobie z technologicznymi nowinkami, które nas zalały z siłą wodospadu, kompletnie nie radzą sobie z totalnymi zmianami w życiu społecznym, które zaszły w ostatnim dwudziestoleciu. Tworzą w naszych szkołach enklawy ludzi zagubionych i zdezorientowanych, niewierzących w to, że mogą wywierać wpływ – ani na własne, ani na społeczne życie. Nie mają intelektualnej zdolności inicjowania zmian, bronią się przed zmianami inicjowanymi przez innych, nie potrafią nawet w zadowalający sposób przystosować się do sytuacji zastanej. Na całe swoje dorosłe życie schowali się w szkole nie dlatego, że lubią tę pracę, tylko właśnie dlatego, że ktoś kiedyś zainfekował ich przekonaniem, że szkoła jest jedynym realnym i bezpiecznym miejscem. Niezadowoleni i zgorzkniali, wciąż przekonani, że znowu ktoś im nie dał tego, co im się „słusznie należy”, obrażeni na uczniów za to, że im się „niesłusznie za dobrze wiedzie”. Wszelkie akty kreatywności i dążenia eksploracyjne uczniów traktują jako wyjątkowo parszywe ataki na własne pozycje. I tłamszą, na ile tylko się da. Człowiek, który nie wierzy we własną sprawczość, nie czuje, że naj- istotniejsze efekty jego pracy będą się objawiać za 5, 10, 15, ale i 50 lat, nie powinien być nauczycielem, bo będzie marnował potencjał ludzki, 22 WSTĘP (KTÓRY MOŻNA SOBIE DAROWAĆ) który mu powierzono. Bo nauczyciel, który ma poczucie epizodyczności własnej pracy, marnuje czas uczniów. Do ciebie należy ochrona dzieci przed takimi ludźmi. Nie tylko dla dobra tych uczniów, ale również nas wszystkich – przyszłych starców. Opracowane na podstawie: J.W. Botkin i in., Uczyć się bez granic. Jak zewrzeć „lukę ludzką”?, Warszawa 1982. Niech diabli wezmą tayloryzm! Z II wojny światowej Stany Zjednoczone wyszły jako jedyny kraj z kwitnącą gospodarką i przemysłem, którego nie zburzyła wojna. Tylko one mogły dostarczyć zniszczonym i zmaltretowanym krajom ogromnej ilości dóbr, których łaknęli ich obywatele. Przemysł amerykański rzucił się do zaspo- kajania popytu za wszelką cenę – przede wszystkim – za cenę rezygnacji ze stałego poprawiania jakości. W tym czasie mozolnie odbudowywały się gospodarki krajów, przez które przetoczyła się wojna. Niemcy stworzyli przemysł, w którym każ- dy pracownik kierował się zasadą langsam, langsam, aber gut i czuł się zobligowany do dbałości o niezawodność i wysoką jakość produktów. Nie trenowali „warszawskiego tempa” pracy, nie przekraczali dziennych norm produkcji o 300 , tylko spokojnie i nienerwowo pilnowali, by nie wytwarzać bubli. Już wkrótce klienci poszukiwali towarów wykonanych z „niemiecką dokładnością”. Japończykom pomogli sami Amerykanie (i nieraz pluli sobie potem w brodę). Przed wojną produkty japońskie były w Ameryce symbolem partackiej roboty. Zniszczona Japonia radziła sobie jeszcze gorzej, a odbudowująca się kosztem wyrzeczeń Europa nie miała ochoty ku- pować bubli, by załatać budżet małego azjatyckiego kraju. Tylko pro- dukty wysokiej jakości mogły uratować Japończyków przed śmiercią głodową. Na początku lat 50. głównodowodzący sił sprzymierzonych generał Douglas MacArthur ściągnął do Japonii Williama E. Deminga, żeby nauczył „tubylców”, jak produkować niezawodne radioodbiorniki. NIECH DIABLI WEZMĄ TAYLORYZM! 23 Deming w ogóle nie znał się na radiach. Był specjalistą w dziedzinie statystycznej kontroli jakości. I to wystarczyło, by japońską gospodarkę wyrwać ze śmierci klinicznej. Na wiedzy, którą przekazał im Deming, Japończycy zbudowali potężny przemysł, którego produkty stały się symbolem nowoczesności i nieza- wodności. Ja te ich cuda doskonale pamiętam, bo kiedy chodziłam do ogólniaka, jedna z moich koleżanek dostała japoński magnetofon kase- towy. Co to był za sprzęt! Chodziliśmy do niej, by go oglądać w nabożnym zdumieniu, że gdzieś tam w szerokim świecie ludzie potrafią robić takie cudeńka... W tym samym czasie, kiedy Japończycy uczyli się od Deminga, przemysł w Stanach galopował radośnie, produkując coraz więcej i szybciej. Odgrze- bano gdzieś zasady naukowej organizacji pracy F. Taylora, która dawała możliwość zwiększania tempa produkcji. Taylor uważał bowiem, że w fa- brykach powinno się wprowadzić bardzo klarowny podział ról: właściciel planuje, kadra zarządzająca myśli i kieruje produkcją, robotnicy produkują aż im w krzyżach trzeszczy, nie myśląc o niczym oprócz tempa produkcji i nie oglądając się na jakość, bo od tego jest kontrola jakości, która odłowi braki na końcu całego procesu. Rzeczywiście, tak było szybciej. Ale za to z utrzymaniem się na rynku szło coraz gorzej. Malało zapotrzebowanie na amerykańskie produkty: wszędzie wpychały się wytwory niemieckie i japońskie. W dodatku te drugie były bez przerwy unowocześniane i ra- cjonalizowane. Skąd oni mają tylu inżynierów?! Nie mieli. Usiądź, to ci powiem, co mieli. Mieli TQM – od angielskiego Total Quality Management, po polsku: kompleksowe zarządzanie jakością. Ale to brzmi, co? Brzmi groźnie, działa znakomicie, a samo w sobie jest dość proste. Otóż Deming uważał, że Taylor się myli: że z wielu powodów jest znacznie lepiej, kiedy myślą wszyscy. Robotnik niemota trzaska co praw- da znacznie szybciej wyznaczone mu łebki od szpilek, ale za to robotnik zaangażowany w dbałość o efekt produkcji nie będzie montował łebka na krzywej szpilce. W dodatku zmartwiony tym, że część wyrobów niszczy się w czasie produkcji, a firma na tym traci, może wymyślić uchwyt, który zapobiegnie krzywieniu się szpilek w czasie ostrzenia. Tayloryzm zdążono jednak „zapuścić” w szkolnictwie: scentralizowano zarządzanie, wkładając wszelkie decyzje w twarde ręce wszechwładnych inspektorów. Planowaniem zajął się odpowiedni departament, a to, co on 24 WSTĘP (KTÓRY MOŻNA SOBIE DAROWAĆ) sobie umyślił, było „przekazywane nauczycielom tak, by nie mogło powstać żadne nieporozumienie w kwestii tego, czego oczekuje się od nauczyciela, jeśli chodzi zarówno o wyniki, jak i o metody pracy. Znaczy to, że należy udzielać instrukcji odnośnie wszystkiego, co ma być wykonane”. Brr!... I oczywiście, podobnie jak w przemyśle – to się nie sprawdziło. Bo nie mogło. Do spisania listy skutków ubocznych, które ta koncepcja spowodowa- ła, wołowa skóra byłaby za mała. Najgorszym jest uwolnienie właściwie wszystkich od odpowiedzialności za efekty pracy szkoły. Rozejrzyj się po naszym własnym podwórku, bo i my przez kilkadziesiąt lat mieliśmy podobny system zarządzania szkołami – właściwie wszyscy czują się nie- winnie oskarżani o to, że szkoła jest... no wiesz, jaka. I każdy wystawia oskarżycielsko palec: „To nie ja, to oni!”. Tyle że u nas straty poszły strasznie daleko. Nauczyciel pyskuje rodzicom ucznia, że ich syn nudzi się na jego lekcjach, chociaż to on te lekcje komponuje i prowadzi, a że nudne...? Nauczyciel akademicki natrząsa się po egzaminach wstępnych z debilizmów wygadywanych przez absolwentów szkół średnich: „Co za kretyn ich uczył?!” – a to pewnie jego niedawny student... Amerykanie znacznie szybciej niż my doszli do wniosku, że tayloryzm szkodzi nie tylko w gospodarce. W szkolnictwie też trzeba zrobić zwrot o 180 stopni. I tam znowu znajdowała się koncepcja Deminga. A „Deming zachęca pedagogów do tworzenia środowisk szkolnych, w których silne związki oparte na wzajemnym szacunku i zaufaniu zastą- pią strach, podejrzenia i podział; w których dyrektorzy i twórcy polityki oświatowej przewodzą, ale uczniowie i nauczyciele są, jako pracujący na pierwszej linii, upoważnieni do wprowadzania ciągłych ulepszeń do wspólnie wykonywanej pracy”*. Staramy się wciągnąć nauczycieli do zarządzania szkołą i ciągłego podnoszenia jej jakości. Rada pedagogiczna ma w naszych szkołach uprawnienia ogromne. To, czy umie z nich korzystać dla dobra szkoły, to sprawa na inną książkę. Mam jednak wrażenie, że coraz więcej jest szkół, w których taka twórcza współpraca w zarządzaniu dobrze wychodzi. Nie potrafimy jednak wciągnąć do tego procesu klientów szkoły: uczniów i ich rodziców, mimo że i jednym, i drugim zapewniono bardzo * Cyt. za: J.J. Bonstingl, Szkoły jakości. Wprowadzenie do Total Quality Management w edukacji, Warszawa 1995 NIECH DIABLI WEZMĄ TAYLORYZM! 25 solidne umocowanie prawne i spore kompetencje. A to wcale nie jest takie strasznie trudne. Tyle że wszystkiego musimy uczyć się od początku, bo kiedy my chodziliśmy do szkoły, obowiązywał... tayloryzm. I teraz mamy kłopoty, kiedy chcemy się z niego wywikłać. Proponuję zacząć od samorządności uczniowskiej. Bo zazwyczaj szkoła pokazuje uczniom to, co już wiemy. Opisuje to, co zostało stworzone przez naszych poprzedników. To niezbędna wiedza. Ale cywilizację rozwijają ci, którzy wśród już istniejącego potrafią dostrzec lukę – to, czego nie ma, a powinno tam być, bo byłoby przydatne. Najlepszym sposobem, żeby wyćwiczyć umiejętność takiego patrzenia na świat i wymyślania, „jak zrobić coś, czego nie ma, a powinno być”, jest praca uczniów w samorządzie. Patrzę, szukam, myślę, czytam, pytam od ponad 20 lat. I nie trafiłam jeszcze na lepszy sposób. Gdyby ktoś go znalazł, niech da znać. Opracowane na podstawie: J.J. Bonstingl, Szkoły jakości. Wprowadzenie do Total Quality Management w edukacji, Warszawa 1995. WIĘCEJ • LEPIEJ • TANIEJ Poprzez samorząd łatwiej uczyć, wychowywać, zarządzać szkołą Łatwiej uczyć Proces uczenia się w szkole – z organizacyjnego punktu widze- nia, można zdefiniować jako względnie systematyczne, planowe uczestniczenie w sytuacjach, które umożliwiają rozwijanie wiedzy osobistej (rozumienie i interpretowanie zjawisk) z perspektywy własnego doświadczenia. M. Taraszkiewicz, Jak uczyć lepiej? czyli refleksyjny praktyk w działaniu, Warszawa 1996, s. 11. Gdy przyjmiemy taki punkt widzenia, praca samorządu może być taką samą formą uczenia, jak każda inna. Taką samą? Lepszą. Znacznie lepszą. Pamiętasz, jak paręnaście lat temu z zespołu pracującego nad programem „Nowa Szkoła” docierały rozmaite niesłychanie podniecające plotki o po- mysłach na budowanie „ludzkiej” szkoły”? Jeden z przecieków zniechęcił i wkurzył większość nauczycieli: mówiło się o tym, że uczeń powinien uczyć się sam – z własnej woli i na własną prośbę. Jako dowód może posłużyć tzw. stożek Dale’a, który pokazuje średnią zdolność zapamiętywania przekazy- wanych informacji w zależności od zastosowanej metody – zob. schemat na następnej stronie. W dodatku uczeń sam powinien się... popędzać. „Utopia!” – mruczeli niektórzy i smętnie machali ręką. „Kolejny natchniony pomysł kompletnie odjechanych gości, z którego nic nie będzie”. Ci, którzy przetrwali 28 WIĘCEJ • LEPIEJ • TANIEJ w oczekiwaniu, łapczywie rzucili się na książkę, która wreszcie miała jasno wyłożyć, o co chodzi w całej tej „Nowej Szkole”. I rzeczywiście – wykładała jasno i zrozumiale. Mnóstwo nauczycieli wpadło w dziki zachwyt. Inni, nagle sceptyczni, stwierdzali, że „to się nie uuuuda...” (cid:18)(cid:17)(cid:6)(cid:1)(cid:85)(cid:70)(cid:72)(cid:80)(cid:13)(cid:1)(cid:68)(cid:80)(cid:1)(cid:68)(cid:91)(cid:90)(cid:85)(cid:66)(cid:75)(cid:150) (cid:18)(cid:17)(cid:6)(cid:1)(cid:85)(cid:70)(cid:72)(cid:80)(cid:13)(cid:1)(cid:68)(cid:80)(cid:1)(cid:84)(cid:144)(cid:90)(cid:84)(cid:91)(cid:150) (cid:20)(cid:17)(cid:6)(cid:1)(cid:85)(cid:70)(cid:72)(cid:80)(cid:13)(cid:1)(cid:68)(cid:80)(cid:1)(cid:88)(cid:74)(cid:69)(cid:91)(cid:150) (cid:22)(cid:17)(cid:6)(cid:1)(cid:85)(cid:70)(cid:72)(cid:80)(cid:13)(cid:1)(cid:68)(cid:80)(cid:1)(cid:88)(cid:74)(cid:69)(cid:91)(cid:150)(cid:1)(cid:74)(cid:1)(cid:84)(cid:144)(cid:90)(cid:84)(cid:91)(cid:150) (cid:24)(cid:17)(cid:6)(cid:1)(cid:85)(cid:70)(cid:72)(cid:80)(cid:13)(cid:1)(cid:68)(cid:80)(cid:1)(cid:78)(cid:208)(cid:88)(cid:74)(cid:150)(cid:1)(cid:74)(cid:1)(cid:81)(cid:74)(cid:84)(cid:91)(cid:150) (cid:26)(cid:17)(cid:6)(cid:1)(cid:85)(cid:70)(cid:72)(cid:80)(cid:13)(cid:1)(cid:68)(cid:80)(cid:1)(cid:78)(cid:208)(cid:88)(cid:74)(cid:150)(cid:1)(cid:81)(cid:80)(cid:69)(cid:68)(cid:91)(cid:66)(cid:84)(cid:1)(cid:88)(cid:90)(cid:76)(cid:80)(cid:79)(cid:90)(cid:88)(cid:66)(cid:79)(cid:74)(cid:66) Stożek Dale’a Uda się czy się nie uda? Czy to ma jakieś szanse? Zastanawiałam się, kiedy pierwszy raz czytałam tę książkę. Wszystko mi się nadzwyczajnie podobało, ale czy będziemy umieli tworzyć szkołę, w której uczeń będzie prawdziwym podmiotem? I gdzie nie będzie musiał wyłącznie „ryć na pamięć”? W pewnym momencie zwróciłam uwagę na krótki fragment. „Patrzcie, patrzcie – pomyślałam – samorząd uczniowski jak żywy”: Zadaniem dobrego nauczyciela jest uczyć tak, aby uczeń sam zaczął się uczyć! Można to zrobić tylko „metodą 3 kroków”: organizować sytuacje sprzyjające samodzielnemu uczeniu się (sytuacje aktywizujące procesy uczenia się) POPRZEZ SAMORZĄD ŁATWIEJ UCZYĆ, WYCHOWYWAĆ, ZARZĄDZAĆ SZKOŁĄ 29 wyposażać uczniów w techniki i narzędzia uczenia się i myślenia zachęcać i „popychać” do uczenia się, czyli rozwoju [...] M. Taraszkiewicz, Nowa szkoła. Wspieranie kariery ucznia, Warszawa 1997. Czyli – rzeczywiście, praca z samorządem jest po prostu nowocześniejszą i lepszą formą nauczania, tak samo, jak projekt edukacyjny. I nie tylko dlatego lepszą, że nasi uczniowie uczą się przez własne działanie, że zdo- bywają umiejętności i kompetencje zamiast zwyczajnego uzyskiwania informacji, że uczą się tego, co na pewno im się w życiu przyda – współ- pracy w zespole, zdobywania środków na realizację swoich zamierzeń, funkcjonowania w społeczeństwie obywatelskim. Również dlatego, że uczymy ich tego, czego tradycyjna nauka szkolna nie daje, a co bardzo by pomogło im nawet w samej nauce: planowania, efektywnego gospoda- rowania czasem, poszukiwania i przetwarzania informacji. Jak widać, na różne sposoby wspomagamy karierę naszych uczniów. A teraz wyobraź sobie, jak działanie w samorządzie uczniowskim, re- alizowanie w nim rozmaitych działań, może się cudnie splatać, uzupełniać i wzbogacać z tym, czego się dzieciaki nauczą, uczestnicząc w zespołowych projektach. Jak dla mnie – rewelacja! Łatwiej wychowywać Kiedy chcemy określić program wychowawczy, to musimy mówić o formowaniu osobowości człowieka, który będzie używał zdobytej wiedzy oraz umiejętności do osiągania wyznaczonych przez siebie celów. Program wychowawczy to stymulowanie rozwoju emo- cjonalnego i społecznego, rozumianego jako uczenie współpracy i współistnienia w grupie społecznej w taki sposób, który pozwala na rozwój i realizację własnych potrzeb. T. Garstka, J. Marszałek, Nauczyciel na starcie, Warszawa 2000, s. 41. 30 WIĘCEJ • LEPIEJ • TANIEJ Reforma zgromadziła pod jednym dachem duże (czasami bardzo duże) grupy dzieciaków w wieku uznawanym powszechnie za najtrudniejszy. No i coś z tym koniecznie trzeba zrobić. I trzeba to zrobić dobrze. Mamy zgoła podstawowe problemy ze zrozumieniem naszych kilkuna- stoletnich wychowanków. Jeszcze trudniej przychodzi nam akceptowanie ciągłych zmian ich nastroju, niestabilności, niespodziewanego przeskaki- wania „Kasi kobiety” w „Kasię dziecko” i z powrotem (no cóż, nie da się ukryć, że te nagłe przeobrażenia z reguły następują wtedy, kiedy najmniej nam to odpowiada). Bardzo ważne jest […], aby nie traktować okresu dojrzewania jako biernego oczekiwania na dorosłość i dojrzałość. Wręcz przeciwnie – w tej fazie życia młodzi ludzie są bardzo aktywni, eksperymentują z nowymi zachowaniami, poszukują nowych ról, nabywają nowych doświadczeń, a tym samym stają się nowymi ludźmi, o nowych prawach i obowiązkach, mającymi nowe potrzeby i oczekiwania, spełniającymi nowe zadania. To swoiste „przechodzenie” od fazy bycia dzieckiem do fazy bycia dorosłym często łączy się z okre- sowym manifestowaniem zachowań, które w opinii dorosłych są zachowaniami dewiacyjnymi, a tym samym wyzwalają niepokój i przeciwdziałanie dorosłych. Tymczasem wielu psychologów [...] uważa, że owe zachowania stanowią element rozwoju nastolatka i odgrywają bardzo ważną rolę w osiąganiu wczesnej dorosłości. Z.B. Gaś, Pomoc psychologiczna młodzieży, Warszawa 1995, s. 15–16. Czyli – łatwo nie będzie. Ukochaną metodą wychowawczą, stosowaną z ogromnym poczuciem zaufania przez polską szkołę co najmniej od dziesięcioleci (tyle ja pamię- tam, starsi być może więcej), jest umoralniające pierdyczenie, będące swoistym podgatunkiem metod perswazyjnych. Nie jest tożsame z meto- dą perswazyjną, bo nie temu samemu służy – wychowawca nie wpływa bowiem w żaden sensowny i planowy sposób na wychowanka (no, może trochę przekonuje do stosowania kwestionowanego zachowania z więk- szą ostrożnością – tak, by pierdyczący go więcej nie zobaczył), poprawia za to wydatnie swoje własne samopoczucie. Ale się dzisiaj napracował POPRZEZ SAMORZĄD ŁATWIEJ UCZYĆ, WYCHOWYWAĆ, ZARZĄDZAĆ SZKOŁĄ 31 i nawychowywał! I oczywiście wszystko to na darmo, bo dzieci teraz są absolutnie niemożliwe! Najgłupsze jest to, że rzeczywiście się naharował, wydatkował masę energii i to wyjątkowo nieekonomicznie. Jeżeli w dodatku wierzy w ma- giczną moc podniesionego głosu, to przy okazji zadał kolejny cios swojemu i tak przeciążonemu gardłu. Bywa, że po takiej „sesji wychowawczej” tak mu doskwiera zmaltretowany organ, że nie potrafi przeboleć urazy: napędzany bólem miota się po całej szkole, donosząc komu popadnie, na czym to przyłapał określonego/ych smarkacza/y, a w miarę narastania dolegliwości rozchandrycza się coraz bardziej, domagając się coraz sroż- szych kar. A gardło boli. Mamy jeszcze wielu pedagogów, którzy zarówno w dziedzinie na- uczania, jak i wychowania wierzą w czarowną moc słowa i nie widzą tego, że piękne słowa łatwo wpadają do uszu dziecka, lecz równie łatwo z nich uchodzą, pozostawiając pustkę w jego duszy. Trzeba jednak przyznać, że większość myślących pedagogów widzi całą powierzchowność metody słownej i pragnie zarówno nauczanie, jak i wychowanie oprzeć na czynnej i świadomej współpracy ucznia. Szkoła dzisiejsza, opierając się prawie wyłącznie na pracy książkowej, zerwała zupełnie łączność pomiędzy myślą i tym samym pozbawiła się najpotężniejszych atutów wychowawczych. [...] życie praktyczne nigdy nie oddziela czynu od myśli i nie pozwala na zerwanie tej łączności pod groźbą utraty podstaw elementarnego dobrobytu”. W. Przanowski, Samorząd w szkole. Na podstawie doświadczeń przeprowadzonych w Szkole im. Karola Szlenkiera w Warszawie. Zgadnij, kiedy to zostało opublikowane? W roku 1928. Zabawne – to już wtedy ta metoda była przestarzała?! No i po co się ten nasz przykładowy nauczyciel tak męczył? Są prostsze, przyjemniejsze i mniej chorobotwórcze sposoby na wprowadzanie istot- nych z naszego punktu widzenia zmian w zachowaniach, a nawet w całych sekwencjach zachowań naszych uczniów. Każda grupa społeczna jakoś socjalizuje (czyli uspołecznia) swo- ich członków, wdrażając ich do postępowania odpowiadającego 32 WIĘCEJ • LEPIEJ • TANIEJ wzorom zachowania się przyjętym w tej grupie. Jednostka nabiera przyzwyczajeń respektowania norm współżycia grupowego, po- słuchu wobec przywódców grupy, solidarności wobec jednostek i grup obcych [...]. A. Kamiński, Samorząd młodzieży jako metoda wychowawcza, Warszawa 1985, s. 213. Wiosną 1930 r. Międzynarodowe Biuro Wychowania w Genewie roze- słało ankietę do wszystkich krajów świata, w których działały samorządy uczniowskie. Okazało się, że Polska była krajem, który miał w tej dziedzinie bardzo bogate doświadczenia – samorządność rozwijała się od czasów Komisji Edukacji Narodowej, praktykowano ją również (często wbrew woli panujących) pod zaborami. I nie było żadnych narzuconych wzorców ani ram – każdy pracował tak, jak mu serce dyktowało, a rozum zatwierdzał. Było więc co porównywać i czym się dzielić. Po opracowaniu polskich ankiet okazało się m.in., że w większości szkół to nauczyciele inicjowali powstanie samorządu uczniowskiego, a ich główną pobudką były problemy z dyscypliną. Choć większość stwierdzała, że pod wpływem samorządu wzrastała karność uczniów, to jednak nie to uważali za najistotniejsze: dyscyplinę mogli podwyższyć innymi, mniej fatygującymi środkami (na przykład zaostrzeniem kar i kontroli): Nie chodziło jednak o karność w ogóle, którą osiągało się i bez samorządu, lecz o karność wewnętrzną, „wypływającą z własnej potrzeby”, o „zmianę poczucia karności ze strachu na poczucie odpowiedzialności”. Albowiem były „niedostateczne wyniki sys- temu, gdzie uczeń był poddanym, a nie obywatelem” [...] Obok tego pobudką do wprowadzenia samorządu była chęć „zwal- czenia bierności i braku inicjatywy”, „brak wszelkiego spontanizmu i inicjatywy w nauce – czyn pożądany następował tylko po rozka- zie”, „świadomość, że system wychowawczy, traktujący gromadę dziecięcą jako materiał bierny, daje w ostatecznym wyniku jednostki obojętne dla sprawy natury społecznej i publicznej [...]”. A. Zieleńczyk, Samorząd uczniowski w Polsce (w:) Samorząd uczniowski w Polsce w latach 1918–1939, cz. I, Warszawa 1960, s. 208–209. POPRZEZ SAMORZĄD ŁATWIEJ UCZYĆ, WYCHOWYWAĆ, ZARZĄDZAĆ SZKOŁĄ 33 Samorząd uczniowski – to samo się nasuwa – może stać się taką grupą, która będzie wywierać duży wpływ na uczniów, kształtować ich zachowania i postawy. Samorząd klasy, szkoły – szczególnie w tym wieku, kiedy dorośli przestają mieć dla młodego człowieka tak ogromne znaczenie, jakie mieli do tej pory – tracą autorytet wynikający z samego tylko bycia dorosłym. Teraz podstawowym punktem odniesienia są rówieśnicy, a tym, co w życiu ma największą wartość, staje się grupa. Grupowe metody wychowania [...] opierają się na założeniu, że źródłem zmian psychicznych w jednostce może być nie tylko dzia- łalność wychowawcy, lecz także zachowanie się innych ludzi two- rzących jej społeczne otoczenie. W metodach tych wychowawca rezygnuje z bezpośredniego oddziaływania na wychowanka, stara się natomiast ukształtować jego otoczenie społeczne, a przede wszystkim grupę w taki sposób, by wywierany na nią wpływ pro- wadził do pożądanych zmian w samym wychowanku. K. Konarzewski, Podstawy teorii oddziaływań wychowawczych, Warszawa 1982, s. 204. To metoda dla tych wychowawców, którzy lubią osiągać duże efekty przy jak najmniejszym nakładzie pracy: kształtując grupę, wpływając na nią, osiąga się zwielokrotnienie efektów. To efekt śnieżnej kuli – wystarczy tylko ulepić jądro i pchnąć. Kula toczy się sama, ustalone reguły i systemy zachowań przyjmują coraz to nowe dzieciaki, modelowanie odbywa się właściwie samo. Coraz łatwiej dodawać nowe elementy, zasady, zachowania. Właściwie można już tylko stać i patrzeć, czy nasza kula toczy się w kierunku, który jej nadaliśmy, a w razie potrzeby delikatnie korygować kurs. I to wszystko zależy tylko od jednego: czy grupa jest naprawdę atrak- cyjna... Wychowanie powinno wyrabiać w dziecku poczucie własnej war- tości, a jednocześnie budzić w nim uczucia prospołeczne; robi to bez wątpienia szkoła samorządowa. W innych szkołach posłuszeń- stwo jest uważane za tak wielką cnotę, że w późniejszym życiu tylko nieliczni potrafią się czemukolwiek przeciwstawić. Tysiące studentów zdobywających zawód nauczyciela jest pełnych entuzja- 34 WIĘCEJ • LEPIEJ • TANIEJ zmu w stosunku do swego przyszłego zajęcia. Rok po opuszczeniu murów uczelni siedzą w pokojach nauczycielskich przekonani, że wychowanie oznacza ujarzmienie i dyscyplinę. A.S. Neill, Nowa Sommerhill, Poznań 1994, s. 26. No cóż, pociąg do szybkich, łatwych – bodaj pozornych rozwiązań, kiedy to karcony uczeń przyjmuje regulaminową postawę: „winny uprasza o wy- baczenie”, w pokorze demonstrując nam swoje ciemię, dając gwarancję, że zeklnie nas, dopiero kiedy nie będziemy w stanie tego usłyszeć, gubi wielu nauczycieli. Z samorządem tak się nie da. Tu trzeba umieć rozmawiać, ustalać, pytać uczniów i uczyć się razem z nimi i od nich. Ale to się opłaca. Neill prowadził szkołę dla trudnych dzieci. I to, czego nie mogły osiągnąć placówki, które mordowały się z tymi dzieciakami poprzednio, usiłując im wpoić rozmaite rygory, przychodziło „samo”, pod wpływem możliwości współdecydowania o sobie i o swoim środowisku. To była szkoła, w której o wszystkim decydował samorząd. A jednak jej wychowan- kowie znakomicie radzili sobie potem w życiu. I nie popadali w konflikty z prawem. W Warszawie od 30 lat działa legendarny SOS – „szkoła ostatniej szansy”, liceum, w którym lądowali młodzi ludzie, którzy przewędrowali już wiele szkół i żadna nie chciała ich dłużej zatrzymać. Przez wiele lat głównym organem decyzyjnym było w niej „Forum” – ogólne zebranie całej społeczności, gdzie głos dyrektora był liczony tak samo jak głos nowego ucznia. Co jakiś czas mam okazję przekonać się, jak po opuszczeniu tej szkoły znakomicie potrafiła poukładać sobie życie większość tych kolesi, spisanych na straty przez szkoły, w których o absolutnie wszystkim de- cydowali „starsi i mądrzejsi”. Fakt – nie wszyscy sobie tak dobrze radzą. Ale wszyscy byli odrzuceni przez poprzednie szkoły. Warunkiem przyjęcia do SOS-u był rodzaj glejtu, mówiącego, że „z tego typa na pewno już nic nie będzie”. Nie piszę tego wszystkiego po to, żeby namówić cię do przeprowadze- nia rewolucji w swojej szkole, do przekazania całej władzy w ręce „ludu”. Chcę ci tylko jedno dać pod rozwagę: jeśli coś dawało znakomite rezultaty w pracy z tzw. trudnym klientem, to dlaczego nie miałoby przynieść jeszcze POPRZEZ SAMORZĄD ŁATWIEJ UCZYĆ, WYCHOWYWAĆ, ZARZĄDZAĆ SZKOŁĄ 35 lepszych, kiedy mamy do czynienia z dziećmi niesprawiającymi jakichś potwornych problemów wychowawczych? A może właśnie działalność samorządu z prawdziwego zdarzenia pomoże twojej szkole uniknąć wielu problemów wychowawczych, nawet „strat w ludziach”? Otóż tak. To, że ja mam takie wrażenie, można by olać. Ale tak sądzą również autorytety; Program Aktywizacji Samorzą- dów Uczniowskich, którego autorem jest prof. dr hab. Zbigniew B. Gaś, było nie było autorytet, jest traktowany przede wszystkim jako... program profilaktyczny. I przez autora, i przez wszystkich możliwych ekspertów. Jego opis widziałam na przykład w książce J. Szymańskiej Problemy pro- filaktyczne. Podstawy profesjonalnej profilaktyki. Swego czasu sama podchodziłam z ogromnym sceptycyzmem do teorii mówiących o tym, że samorząd uczniowski to element profilaktycznej działalności szkoły. Jasne, sama doświadczałam tego, że w przypadku młodzieńców „zbyt szybkich w ręce” (to cudne określenie pewna praska cieciowa zastosowała do obywateli notorycznie wywołujących burdy na jej podwórku) działał wspaniale – zdumiewająco szybko przekształcali się w grupę budującą całe zespoły norm i przestrzegającą ich z żelazną konsekwencją. Ale przecież to, że wychowanek działający w samorzą- dzie w czarodziejski sposób przemienia się z osobnika agresywnego w... energicznego, wiadomo było co najmniej od czasów Makarenki. Byłam też skłonna przyznać, że „usamorządowieni” piją zdecydowanie mniej alkoholu, bo to też sama mogłam obserwować. Tu również uważałam w swojej prostocie, że wytłumaczenie jest łatwe: pewnie młodzież dochodzi do wniosku, że bardziej opłaca się organizować imprezy samorządowe niż alkoholowe, bo po tych pierwszych przynajmniej łeb nie boli. Kiedy jednak mówiło się o znaczeniu samorządu dla zapobiegania nar- komanii, robiłam kwaśne miny. Tak, oczywiście – taki samorząd uczniowski z najprawdziwszego zdarzenia sprawia, że w uczniach wzrośnie w jakimś stopniu poczucie podmiotowości, i to może w pewien sposób zmniejszać pragnienie „walnięcia czegoś na nastrój”. Błądziłam. Kryje się w tym znacznie, znacznie więcej... W mózgu znajduje się zespół połączonych struktur odpowiada- jących za odczuwanie przyjemności wynikającej z osiągnięcia jakiegoś celu, na przykład uczenia się. Jego centralną częścią 36 WIĘCEJ • LEPIEJ • TANIEJ jest tzw. istota czarna, bogata w neurony produkujące dopaminę. Sztuczne pobudzanie układu nagrody (m.in. narkotykami) powo- duje uzależnienia. P. Górecki, Co łączy uczenie się, jedzenie czekolady i zażywanie narkotyków?, Wprost, nr 38 z 2001 r. W naszej szkole, takiej, jak ona w tej chwili wygląda, trudno o stałe dostawy dopaminy. Przy przeładowanych programach uczeń nie ma czasu na radość z osiągania jakichś celów: on musi nieustannie „opędzać oczekiwania”. Sukces częściej niesie ulgę niż satysfakcję. I to ulgę chwilową – dzieciak jako
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Samorząd uczniowski nie bibelot. Ściągawka dyrektora gimnazjum
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: