Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00090 006789 14065480 na godz. na dobę w sumie
Sandy cz.I - ebook/pdf
Sandy cz.I - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 247
Wydawca: Wydawnictwo Psychoskok Język publikacji: polski
ISBN: 978-8-3790-0208-5 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> nowele
Porównaj ceny (książka, ebook (-25%), audiobook).

„Sandy” Aleksandra Janowskiego to obszerna i wielowątkowa powieść obyczajowa z elementami romansu, sensacji i kryminału. Akcja rozgrywa się w Nowym Jorku, który polskiemu czytelnikowi wyda się swojski, gdyż autor przemyca w tekście wiele polskich akcentów i smaków. A opis biurokracji i działalności służb miejskich, łącznie z policją, przypomina absurdy z czasów PRL-u, wyśmiewane w filmach przez Stanisława Bareję.

W pierwszym tomie poznajemy głównych bohaterów powieści, ich plany i pragnienia. Mieszają się tu miłość, zachłanność, chęć posiadania władzy i czasem… świętego spokoju. Powieść „Sandy” napisana jest lekkim piórem, więc przez jej pierwszą część przebiegamy, jakbyśmy unosili się na skrzydłach spadającego na Nowy Jork huraganu.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Aleksander Janowski „Sandy, część I” Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o., 2014 Copyright © by Aleksander Janowski, 2014 Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy. Skład: Jacek Antoniewski Projekt okładki: Juliusz Kłosowski oraz Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. Zdjęcie okładki: Juliusz Kłosowski – www.JulisSimo.com Korekta: ISBN: 978‒83‒7900‒208‒5 Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. ul. Chopina 9, pok. 23, 62‑510 Konin tel. (63) 242 02 02, kom. 665‑955‑131 http://wydawnictwo.psychoskok.pl e‑mail: wydawnictwo@psychoskok.pl Liczne i serdeczne podziękowania Dla Koleżanki Małżonki Ani za drogowskazy i busolę Spis rozdziałów Rozdział I 5 Rozdział II 142 Rozdział I Niecierpliwie kliknąłem myszą swojego czteroletniego lap‑ topa Miałem wrażenie, że wolniej ostatnio pracuje Może nadszedł czas, by kupić nowy? Czytałem gdzieś, że na‑ leży je zmieniać na kolejne modele co trzy lata, by nadążyć za nieustającym wyścigiem techniki Muszę się nad tym jeszcze za‑ stanowić Pochopne decyzje nigdy nie są optymalne Zastanawiałem się też od kilku dni nad weekendowym wy‑ padem w pobliskie Góry Niedźwiedzie Przeszedłem na inter‑ netową stronę „10‑dniowa prognoza pogody dla Nowego Jorku” Na ekranie zawirował okrągły obłoczek – taki niby obwarza‑ nek z dziurką w środku – z napisem „Sandy” Czerwone strzałki wskazywały przewidywany kierunek przemieszczania się potęż‑ nego frontu atmosferycznego – z Karaibów na północny zachód Atlantyku Prawdopodobnie uderzy na kontynent amerykański gdzieś między Południową Karoliną a Nową Anglią Spodziewa‑ na siła wiatru – do 120 mil na godzinę, wysokość fali przypły‑ wowej – do 30 stóp Poważnie to brzmiało I groźnie Po chwili refleksji skwitowałem tę wiadomość wzruszeniem ramion – przecież przed rokiem burmistrz również hiobowym tonem wieścił nadciągającą apokalipsę Apelował zatroskanym tonem do mieszkańców o opuszczanie niżej położonych do‑ mostw w pobliżu zatoki, w obawie przed niszczycielskimi skut‑ kami nieposkromionego żywiołu Ogłoszono wtedy przymusową ewakuację z zagrożonych terenów Pilną, w dodatku 5 Ludność posłusznie usłuchała wezwań, apeli i poleceń Z tak zwanych stref „A”, najbardziej narażonych na katastrofalne skutki zapowiedzianej apokalipsy, wypełzały długie węże samochodów osobowych, dostawczych i ciężarówek obładowanych całymi rodzi‑ nami, z psami, kotami i małymi dziećmi, przyciskającymi kurczowo do piersi słoiki ze złotymi rybkami Nierzadki widok stanowiły po‑ dwójne materace uwiązane rzemieniami do dachów fordów, chevro‑ letów i nissanów Mercedesów i cadillaców w tym natłoku pojazdów nie zauważyłem Może pojechały inną trasą? Dla droższych wozów? Z budżetu miasta – molocha – skrupulatnie wyciśnięto pokaźne sumy na przemieszczenie w bezpieczne miejsca pacjentów szpitali, domów starców i opieki społecznej Szkoły i uczelnie pozamykano Urzędy publiczne również Ulice opustoszały Nawet wysoki, pła‑ ski gmach ONZ, zawsze jarzący się o zmroku tysiącem świateł, stra‑ szył ciemnością Miasto przyczaiło się w trwożnym oczekiwaniu Feralnego dnia wszystkie kanały telewizyjne od szarego świtu nadawały złowieszczo jeden i ten sam temat – Uwaga! Nadchodzi! – Zupełnie jak polskie radio, kiedy zapowiadało nalot hitle‑ rowskich bombowców nad Warszawę we wrześniu 1939 roku – odezwała się babcia z kuchni, rozsmarowując orzechowe masło na białej bułce Przeniosła się do mnie na kilka dni ze swojego małego domku na Staten Island po przeciwnej stronie Manhat‑ tanu, bo jej „samej jest jakoś niewyraźnie” Bała się natomiast jeden jedyny raz w życiu – Na Polesiu, kiedy byłam młodą mężatką i nadciągnęła znie‑ nacka czarna lipcowa nawałnica, z ogłuszającymi piorunami i błyskawicami, wyglądająca jak koniec świata… Służba się prze‑ lękła i pochowała, a mój Ignac gdzieś się w lesie ze strzelbą za‑ wieruszył… Od tamtego czasu nic mnie nie wystraszy ” – Ależ babciu, kto ma taką pamięć?… – skomentowa‑ łem A dlaczego właściwie babcia nie chciała w ubiegłym roku 6 ewakuować się ze swoimi przyjaciółkami do miejscowego schroni‑ ska? Podstawiali przecież w tym celu wygodne autobusy miejskie Zapomniałem powiedzieć, że babunia wyglądała jak moc‑ no starsza siostra pięknej i rasowej polskiej aktorki Beaty Tysz‑ kiewicz, mimo że nie pochodziła ze szlacheckiej rodziny Kto jednak wie? Wiadomo, że panowie szlachta zwyczajowo obficie korzystali z łask swoich żeńskich poddanych Kto wie… Wyprostowała się dumnie – Niedoczekanie ich Za stara jestem na takie historie Hitle‑ ra przeżyłam, Stalina przeżyłam, komunizm przeżyłam, Busha młodego i Obamę przeżyłam, to i Bóg da i tę całą zawieruchę przeżyję – doleciało zza otwartych drzwiczek ogromnej lodów‑ ki A dlaczego ty, kochanieńki, teraz zostałeś, a mnie namawiasz do wyjazdu? No proszę Nie spodziewałem się takiej reakcji Muszę od‑ powiedzieć coś sensownego – Bo mam pilny projekt do ukończenia Na przedwczoraj Jak zawalę termin, to mi więcej żadnej pracy zleconej nie dadzą Mam na pojutrze dostarczyć Niezależnie od wszystkiego Poza tym, nasz budynek jest cały ceglany, z wysokim strychem i do‑ datkowym pokoikiem na poddaszu Tam się schronimy, w ra‑ zie czego Mieszkamy zresztą w bezpiecznej strefie „C”, a więc żadna powódź nam nie grozi Dlatego właśnie – odparowałem – Najsilniejszych porywów wiatru dla miasta Nowego Jor‑ ku oczekuje się od godziny czternastej do osiemnastej – zapo‑ wiedziała w telewizorze aksamitnym głosikiem słodka spikerka o wyglądzie upadłego przed chwilą blond aniołka – Ożeniłbyś się – po mojej prawej ręce pojawił się nagle błę‑ kitny porcelanowy talerzyk z dwiema połówkami białej buł‑ ki posmarowanej czerwonym dżemem truskawkowym Moim ulubionym Polskim 7 – Która godzina? – spytałem sięgając po przysmak – Dzię‑ kuję, babciu – wymamrotałem z pełnymi ustami Wskazała ręką w kierunku cichutko tykającego drewnianego zegara na ścianie, który z litości kupiłem osiem lat temu w dro‑ dze do Niagary od biednie ubranej, steranej kobieciny z dwoj‑ giem wychudzonych dzieci W tle – pamiętam – malowniczo pozowała nędzna chałupa z niemalowanych desek Kilka mil od granicy kanadyjskiej, po naszej stronie – Prawie trzecia – To gdzie jest ten obiecany gwałtowny wicher? – popatrzy‑ łem przez przybrudzoną nieco szybę na ledwo poruszające się liście na gałęzi pięknego platana – Takimi drzewami, pamiętam, obsadzano bulwary w Buda‑ peszcie, kiedy z twoim dziadkiem pojechaliśmy zwiedzać Wę‑ gry… – Przy szybkości dwudziestu mil na godzinę wiatr zrywa li‑ ście z drzew oraz drobne gałązki – prowadzący dziennik telewi‑ zyjny Azjata uśmiechnął się oślepiająco – I czego się szczerzy, żółtodziób, kiedy komentuje tak po‑ ważną sprawę? – rzeczowo spytała mnie babcia – Z obowiązku Za to mu płacą – wyjaśniłem – Ty byś podłapał taką pracę – …przy sześćdziesięciu wichura łamie grube gałęzie – stra‑ szył odbiornik – Straszyć, to my, ale nie nas – zacytowałem znane powie‑ dzonko Nie pamiętam już czyje Jakiegoś przodka? Babcia wzruszyła ramionami – Przy osiemdziesięciu na godzinę huragan zwala młode drzewa – stopniował napięcie prowadzący – Radzimy przestawić w inne, bezpieczniejsze miejsca zapar‑ kowane pod drzewami samochody… – z udawanym zatroskaniem 8 nadawała postawna blondynka na ekranie, sparowana z Chiń‑ czykiem – A gdzie trzymasz swojego tego… mustanga? – zaintereso‑ wała się babcia zabierając pusty talerzyk – W garażu Nic się mu nie stanie – uspokoiłem starowinkę – …natomiast przy stu dwudziestu wyrywa drzewa z korze‑ niami, zrywa dachy oraz trakcję elektryczną… – słowotok z te‑ lewizora nie ustawał Panienka czytała z promptera jak automat Nie powiem, atrakcyjny – Przełącz, kochany, na inny kanał Tymczasem zaparzę her‑ baty – babunia zdecydowanie odkręciła kran z zimną wodą – Ożeniłbyś się… I nie gap się na nią jak wilk na owcę Takie nie są dla ciebie Chytre są Zimne, wyrachowane i przebiegłe A ty jesteś prostoduszek No proszę Babcia w ataku Muszę zareagować – Już byłem żonaty – wypowiedziałem głośno pierwszą myśl, która mi przyszła do głowy Owszem, mało oryginalną – Bo nie taką sobie upatrzyłeś Mówiłam to twojej matce Pomyślałem, że trzeba pilnie zmienić temat – I zobacz… jest grubo po trzeciej, a żadnego silnego wiatru, ani straszliwej fali jak nie było, tak nie ma A tyle forsy wpakowali w tę ewakuację Panikarze – nie kryłem swego zdegustowania – Jako żonaty miałbyś teraz do kogo swoje żale wypowie‑ dzieć, a nie do starowiny – nie ustawała moja najulubieńsza babcia – Nie jesteś stara – zaoponowałem – jesteś tylko wcześnie urodzona Zamachnęła się na mnie ściereczką – Twój dziadek też taki był niepoważny Na podobnych przekomarzaniach upłynęła nam kolejna go‑ dzina, przerywana piciem malinowej herbaty z ciastkami, które 9 przezornie nabyłem w pobliskiej włoskiej cukierni Mimo to udało mi się wstępnie naszkicować prawie trzy pełne strony W nielicznych przerwach Za oknem nagle mocno zakołysały się gałęzie platana i stad‑ nie pofrunęły zielone jeszcze, mimo kalendarzowej jesieni, li‑ ście Babunia spojrzała zatrwożona w szybę i żwawo nastawiła kolejny czajnik z wodą – Wolę gazowe piece – spojrzała na mnie błękitnymi oczkami znad modnych okularków „telewizyjnych” Do czytania używała innych Okrągłych Jeszcze innych, prostokątnych, do „patrze‑ nia na świat” – Elektryczne kuchenki nie pozwalają tak precyzyjnie wyre‑ gulować ciepła… zawsze albo za mało, albo za dużo – Tak jest, babciu – odpowiedziałem machinalnie – Za mało, albo za dużo… Machnęła ręką z rezygnacją – Jak twój dziadek… w ogóle mnie nie słuchasz – Ależ słucham – zaoponowałem – Bardzo uważnie Z zewnątrz coś naraz walnęło w ścianę z głuchym łoskotem Huknęło też po dachu, nad samym oknem – O Jezu! To ten huragan… Gałąź musiała spaść – skomen‑ towała staruszka Wyjrzałem przez okno i zobaczyłem trzech smarkaczy ucie‑ kających w kierunku parkingu – Aleś skąd! Sąsiedzkie chłopaki grają w bejsbol Szkołę za‑ mknęli dziś, to im się nudzi Piłką walnęli w ścianę Na ekranie telewizora inny spiker, tym razem elegancki bru‑ necik francuskiego typu, czarował równie olśniewającym uśmie‑ chem: – Miło mi państwa powiadomić, że zapowiadany od tygo‑ dnia huragan osłabł do sztormu tropikalnego kategorii pierwszej 10 Prosimy jednak o zachowanie podstawowych środków ostroż‑ ności Na ekranie zmienił się obraz – I warto było te przerażające bajki dla dzieci opowiadać? – wskazałem ciasteczkiem na ekran Otulona w płaszcz przeciwdeszczowy czarna prezenterka, na tle smutnej plaży i rytmicznie nabiegających na nią wcale niestrasznych fal, opowiadała do mikrofonu o nadzwyczajnych wysiłkach władz miasta w celu uchronienia jego mieszkańców przed piekielnymi siłami matki – natury – I po co było tak straszyć? – babcia gniewnie błysnęła oku‑ larkami – U nas na Polesiu taki jeden wiejski głupek stale bie‑ gał za dnia i krzyczał „wilk… wilk!…” – I co, babciu? – udałem zainteresowanie, mimo że od dziec‑ ka znałem tę przypowiastkę – Jak to co? Kazałam zawołać go na pokoje, nakarmić i na‑ poić… a kiedy sobie już dobrze podjadł, obiecałam, że dostanie batogów jak będzie wieśniaków straszył – I co, babciu? – powtórzyłem mechanicznie, myśląc o tym, jakie argumenty znaleźć do obalenia popularnej ostatnio, a kon‑ trowersyjnej tezy, o upodobnianiu się obecnej Ameryki do staro‑ żytnego Rzymu z jego epoki schyłkowej Muszę tę pracę zleconą dla Instytutu Polityki skończyć do jutra Bezapelacyjnie – Jak to co? – dumnie odrzuciła siwiutką głowę do tyłu – Przestał! – zaśmiała się młodzieńczo, ukazując wszystkie własne zęby – Takie strachy, to nie na Lachy – dodała Nie zrozumia‑ łem dokładnie, co to znaczy, ale chyba chodziło o to, że babcia niczego się nie boi I po co był ten cały zgiełk, szum, zamieszanie, medialny hałas i ogromne wydatki na niepotrzebną ewakuację i uciążliwe trans‑ portowanie chorych i niedołężnych? Dla wykazania zbędnego 11 pokazu sprawności miejskiej administracji? Zapewnienia wy‑ boru burmistrza na kolejną kadencję? – Nie masz racji – rozległ się babciny głos z przedpokoju – Po pamiętnym huraganie Katrina, który zatopił połowę Nowego Orleanu, z licznymi ofiarami w ludziach, amerykańskie służby miejskie czegoś się jednak nauczyły Reagują przed szkodą, jak należy – A jakże! W roku ubiegłym w telewizji nowojorskiej też wy‑ stępowała taka damusia, z łupieżem na granatowym kostiumiku: – Lepiej przesadzić w wysiłkach, niż potem żałować – przeko‑ nywała usilnie Nie dałem się wtedy namówić I miałem rację * – Gromadźcie zapasy żywności, wody butelkowanej, zapa‑ łek, świec, koców, latarek i baterii – apelowała obecnie spikerka Brunetka, dla odmiany Pokazywała właśnie na ekranie dzisiej‑ szą gazetę z mobilizującymi nagłówkami Okazało się, że Ambasador Nadzwyczajny i Pełnomocny Serbii przy ONZ, na swoim blogu, opublikowanym w New York Times, umieścił zdjęcie opustoszonych półek sklepowych w pre‑ stiżowej i przebogatej manhattańskiej dzielnicy East Side Naj‑ lepszy przykład amerykańskiej paranoi społecznej i podsycanej przez mass media paniki, jego dyplomatycznym zdaniem – Takiego wała! – powiedziałem sam do siebie niecenzural‑ nie – Ani mi się śni nabijać kabzę chciwym właścicielom super‑ marketów, pod pretekstem jakichś tam podmuchów świeżego powietrza Niedoczekanie wasze Niezastąpiona telewizja ukazała rozmowę z grupką miesz‑ kańców zagrożonej powodzią Rockaway Beach Długowłosy, 12 pucołowaty Latynos, z nieodłącznym wąsikiem, perorował z wiel‑ ką pewnością siebie: – Przed rokiem ten sam burmistrz tak samo nadymał się, pohukiwał i straszył… I co? I nic Nie ruszyłem się stąd Miesz‑ kam na czwartym piętrze z pięknym widokiem na morze… co mi się może stać? W te bzdury o zatopieniu nie wierzyłem i nie wierzę Owszem, ocean podszedł wtedy pod sam parking przy plaży, fale zabrały parę drewnianych ławek i koszy na śmieci… i tyle Teraz administracja grozi, że odłączą nam wodę, świa‑ tło i gaz, jeśli się nie ewakuujemy No to co? Będzie jak w stre‑ fie wojennej w Iraku… Nie pierwszyzna Ja stąd się nie ruszam Hm, strzeżonego podobno Bóg strzeże Na strychu trzymam w skrzyni nabyte w ubiegłym roku, a dotychczas niewykorzysta‑ ne, świece parafinowe i zapałki Może jeszcze dokupić? Nie, nie ma potrzeby – łatwo przekonałem sam siebie Włożyłem do latarki dwie nowe baterie Sprawdziłem stan zapasów w lodówce – na trzy dni wystarczy Nie sądzę, by stan pohuraganowy trwał dłużej W ogóle nie wierzę w żaden nisz‑ czycielski huragan Nowy Jork to nie Karaiby Jeśli jednak wy‑ darzy się coś nieprzyjemnego, to przecież mamy doskonale funkcjonujące służby miejskie, prawda? Kiedy w lecie tego roku piorun strzelił o ósmej wieczór w na‑ rożny transformator i zapanowały piwniczne ciemności, pozba‑ wiając nas transmisji telewizyjnej meczu koszykarskiego oraz zimnego piwa z lodówki, ekipa naprawcza Con Edisiona przy‑ jechała po kwadransie Ponownie mieliśmy prąd po godzinie Tacy są sprawni To nie koniec historii – powracająca burza rozwaliła tej samej nocy świeżo naprawiony transformator Ta sama grupa robotni‑ ków zjawiła się z nowiutkim urządzeniem, które szybko zamon‑ towała w strugach siekącego deszczu i nad ranem przywróciła 13 zasilanie w całej okolicy Jedyna ofiara tych burzliwych wyda‑ rzeń, to na pół rozmrożony łosoś w zamrażarce, którego mu‑ siałem rano następnego dnia zamarynować w ziołach i upiec według własnego przepisu Jakiego? Prostego – natrzeć bydlątko wszystkim, co jest w domu Sól, pieprz, majeranek, musztarda, miód pszczeli, meksykańska salsa, oliwka z oliwek, drobniutko pokrajany czosnek… Nie, pasta do butów nie Brudzi Wstawiłem wtedy natarte dekapitowane rybsko do lodówki na kilkadziesiąt minut, po czym wsunąłem cielsko w folii alumi‑ niowej wprost do mocno rozgrzanego piekarnika I tyle Wyszło, moim zdaniem, wspaniale Czy jeszcze ktoś chwalił? Nooo… mniejsza o to Mnie smakowało Reasumując, dzielna i ofiarna załoga zakładu energetycznego nie zostawiła nas wtedy w pilnej, nocnej potrzebie elektrycznej i spisała się wyjątkowo sprawnie Więc co nam jakiś tam kolej‑ ny straszak huraganowy? Pestka I po co robić zbędne zapasy, które potem galopem należy odwozić z powrotem do sklepu? Telewizja pokazywała kiedyś takie obrazki – konsumenci ma‑ sowo odwozili do supermarketów stosy zakupionych uprzednio produktów, głównie makaronów, oliwy i butli z wodą I po co to było? Panikarze to nie my * Przypomniałem sobie, jak odbierałem dziś rano babcię z tak‑ sówki wraz z pojemnym wiklinowym koszem Wypełniały go po brzegi: twardy żółty holenderski ser, aromatyczna sucha polska kiełbasa, słoiki kiszonych ogórków i marynowanych grzybków, dwa okrągłe bochenki wiejskiego chleba z porannego wypie‑ ku, kilowa puszka szynki „Krakus”, trzy paczki herbaty różnych 14 gatunków oraz litrowy słój dżemu truskawkowego własnej ro‑ boty I nie tylko za to ją tak lubię – Nie będę objadała wnuka na dorobku – wyjaśniła, pozwa‑ lając mi zapłacić taksówkarzowi, któremu podziękowała po ro‑ syjsku Chłopisko aż poczerwieniał z zadowolenia Dopiero po jego odjeździe uświadomiłem sobie, że omyłkowo wręczyłem mu banknot dwudziestodolarowy, zamiast dziesiątki Stąd jego radość – Wiaterek rzeczywiście jest świeży – entuzjastycznie stwier‑ dziła babcia – Miało już urywać głowy i dachy Panikarze – stęknąłem z wysiłku, gdyż kosz sporo ważył * Popijałem kolejną herbatę, stukając w klawisze komputera Kie‑ dyś umiałem pisać tak zwaną metodą bezwzrokową, ale rozleni‑ wiłem się i teraz już tak nie potrafię Mozolnie więc używałem czterech palców, zamiast dziesięciu Znalazłem się już, mimo wszystko, na jedenastej stronie Nie jest źle, zważywszy na oko‑ liczności Na balkonie poryw wiatru z hukiem przewrócił doniczkę z araukarią Wstałem, otworzyłem drzwi i wtaszczyłem drzewko do środka Gwałtowny podmuch o mało nie wyrwał mi drzwi z ręki Z trudem je przymknąłem Poza tym ochładzało się wy‑ raźnie Po niskim niebie goniły się postrzępione chmury z po‑ łudniowego wschodu Zaczął padać drobny deszcz Zrobiło się nieprzyjemnie i jakoś tak trwożliwie – Dalej będziesz stukał w klawisze jak jaki komputerowy dzię‑ cioł, czy zrobisz przerwę na ciasto? – krzyknęła babcia z kuchni 15 Nie wiedziałem, że zna takie słownictwo Idzie z postępem – Jesz‑ cze kwadrans i poproszę o dwa kawałki! – odkrzyknąłem – Grube! Pstryknąłem pilotem telewizora Starannie ufryzowana sza‑ tynka w orientalnej bluzce w delikatne kwiaty, z wysiłkiem po‑ ruszając botoksowymi ustami, poinformowała, iż wszystkie linie metra oraz autobusowe zaprzestały właśnie kursowania – do od‑ wołania Zamknięto też okoliczne lotniska Na mostach przez Hudson i Rzekę Wschodnią ograniczono prędkość ruchu po‑ jazdów do dwudziestu mil na godzinę Na ekranie pokazywano dużym planem stację benzynową, gdzie na jednym z dystrybu‑ torów zawieszano właśnie karton z odręcznym, flamastrowym napisem BENZYNY BRAK Już wystraszeni kierowcy wykupują paliwo? Przed sztormem? Nie do wiary Co za ludzie – Ależ panikarze – burknąłem pod nosem – Jak łatwo nimi manipulować – Dmuchają na zimne – nie zgodziła się babcia, stawiając przy komputerze pokrojony zawijaniec jabłkowy Mój ulubiony Wstałem od stołu, przeciągnąłem się, dla odprężenia wyko‑ nałem kilka skłonów bocznych i zauważyłem, że zapadł zmrok Wyszedłem do łazienki umyć ręce i w tej samej chwili coś bia‑ łego poleciało łagodnym łukiem z góry Podszedłem do okna i zobaczyłem plastykowe krzesło, pędzone wiatrem po mokrym asfalcie Musi nieźle wiać – pomyślałem i nagle przy narożnej latarni zaiskrzyło, jak przy robotach spawalniczych Snop iskier wystrzelił z gałęzi wysokiego klonu po drugiej stronie uliczki Światło w pokoju zamigotało, przygasło i zajaśniało na powrót Za oknem iskrzyło ponownie Tym razem gwałtowniej – O Boże! – zareagowała babcia – Nic to – uspokoiłem – Silny poryw wiatru rozhuśtał prze‑ wody elektryczne, które się zwarły i zaiskrzyły… ale potem się rozwarły i znów mamy prąd Nie ma strachu 16 Kobiety należy podtrzymywać na duchu Nieustannie – A co, jeśli… – spytała Nie zdążyłem odpowiedzieć, ponieważ na zewnątrz coś trza‑ snęło, zgrzytnęło i grzmotnęło o asfalt z siłą słonia spadającego z drapacza chmur Telewizor nagle zamilkł w pół słowa… i zgasł Podbiegłem do okna – gruby konar z mnóstwem gęstych gałęzi i li‑ ści przegradzał uliczkę w poprzek Nadjeżdżający jeep zahamował rozpaczliwie w gęstniejących strugach deszczu i zaczął wycofywać się płochliwie tyłem, zygzakiem, po mokrym asfalcie Na chodni‑ ku przed domem wiła się plątanina czarnych przewodów i drutów – Zerwało nam kabel telewizyjny, a także internetowy i telefo‑ niczny Na szczęście mamy jeszcze światło i telefon komórkowy, który powinien działać – oznajmiłem spokojnie – Nie jest tak źle – Radio masz na baterie? – padło pytanie – Zawsze czegoś się dowiemy Babcia wyraźnie ochłonęła po pierwszym szoku Nic dziw‑ nego Przeżyła Hitlera, Stalina i komunizm… Busha młodszego i Obamę Ma osiągnięcia Pozazdrościć – Absolutnie – sięgnąłem po komórkę, by połączyć się z ko‑ legą mieszkającym o dwie przecznice dalej Nie zastałem go w domu Jego żona poinformowała podekscytowanym tonem, że kabel i internet, owszem, mają nadal Piotr właśnie poszedł na róg po wodę sodową i torbę lodu, bo im zabrakło do whisky Zapraszają mnie na wieczór do siebie na telewizję, nawet z bab‑ cią Ma być nowy film z Brucem Williamsem Podziękowałem i wymigałem się od wizyty – Tylko nam zerwało… Sąsiadów nie ruszyło – pożaliłem się – Mamy pecha – Pech to jest wtedy, kiedy ci w drewnianym kościele cegła na głowę spadnie, jak mawiali u nas na Polesiu, a tak to jest tyl‑ ko mała niedogodność I bez telewizji można… 17
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Sandy cz.I
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: