Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00085 011832 13632441 na godz. na dobę w sumie
Ścieżki Avenidów, t. III /seria Blask Corredo/ - ebook/pdf
Ścieżki Avenidów, t. III /seria Blask Corredo/ - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 400
Wydawca: W drodze Język publikacji: polski
ISBN: 9788370339944 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dla dzieci i młodzieży
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Romantyczna powieść z tajemnicą w tle!

Obdarzona niezwykłymi umiejętnościami Mori staje w obliczu sytuacji, w której wszystkie jej zdolności wydają się bezużyteczne: odkrywa, że jest zakochana. Od spotkania z Darkiem Holmanem nie może znaleźć sobie miejsca i przestać myśleć o nowym znajomym. Pod wpływem impulsu dziewczyna wyprowadza się z domu i postanawia zacząć na siebie zarabiać, a przede wszystkim uzyskać dostęp do zasobów Królewskiej Biblioteki, gdzie niespodziewania spotyka obiekt swoich uczuć. Od tajemniczych przybyszów dostaje też zaproszenie do krainy Avenidów, z którego bez namysłu korzysta. Okazuje się jednak, że nie wszystko jest takie, na jakie wygląda. Co spotka Mori i Darka w innym świecie? Czy wspólna przygoda zbliży ich do siebie - a może wprost przeciwnie?

Seria Blask Corredo:

Tom 1 - Herbata Szczęścia

Tom 2 - Córka Szklarki

Tom 3 - Ścieżki Avenidów

Tom 4 - Tajemnice Skyle

Tom 5 - Szkoła LaOry

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

wszystko o literaturze Copyright © by Agnieszka Grzelak 2015 Redaktor Lidia Kozłowska Redaktor techniczny Justyna Nowaczyk Projekt okładki Dagna Krzystanek ISBN 978-83-7033-953-1 Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze sp. z o.o., 2015 ul. Kościuszki 99, 61-716 Poznań tel. 61 852 39 62, faks 61 850 17 82 www.wdrodze.pl sprzedaz@wdrodze.pl 1. Panna młoda była piękna jak marzenie, a nawet bardziej. Smukła, spowita w białe koronki, promienie- jąca radością, stała u boku nowo poślubionego męża i z uśmiechem przyjmowała życzenia. Wiosenny wiatr szarpał długim welonem, przysłaniając co jakiś czas twarz oblubienicy. – Życzę ci, żebyś była szczęśliwa – powiedziała Mori, wręczając pannie młodej pęk czerwonych tulipanów i całując ją w oba policzki. – Dziękuję – uśmiechnęła się Laszti. – Już teraz je- stem szczęśliwa. – Zerknęła na stojącego obok wysokie- go, bardzo szczupłego mężczyznę, który prawie nie od- rywał od niej wzroku. Był to książę Rodney Vos-Saxett, od godziny jej mąż. Szarooka Mitrail, pełniąca obowiązki pierwszej druhny, odebrała bukiet i poszła go wstawić do jednego z kilkudziesięciu wazonów stojących na tarasie domu Chamomilli. Mori odsunęła się na bok, żeby zrobić miej- sce swoim rodzicom, którzy także chcieli pogratulować młodej parze. Kolejka gości chętnych do składania ży- czeń wiła się przez cały trawnik jak wielobarwna wstę- ga. Tylko stare damy w ciemnych sukniach i rodowych klejnotach siedziały w cieniu na wyłożonych poduszka- mi ławkach i obmawiały półgłosem całe towarzystwo. 7 A przynajmniej tak wydawało się Mori, która obserwo- wała je z daleka. Widziała, jak lustrują zebranych, po czym pochylają się ku sobie i z wypiekami na twarzach o czymś dyskutują. Zdawała sobie sprawę, że małżeń- stwo Laszti jest kolejnym towarzyskim skandalem, jaki wstrząsnął arystokratycznymi kręgami Brittle. Oto sie- rota bez nazwiska, wychowanka „tej producentki serów – Chamomilli” ma czelność poślubić księcia Vos-Saxet- ta, którego rodowód ciągnie się tysiąc lat wstecz, a jego przodkowie wymienieni są w Genealogiach Harusa Fi- larda. Dla Mori, która potrafi ła widzieć ludzkie emocje w postaci barwnych otoczek spowijających poszczególne osoby, nie było tajemnicą, że połowa zgromadzonych jest bardzo negatywnie nastawiona do świętowanego właśnie wydarzenia. – Cały czas się zastanawiam, co ta Laszti w nim wi- dzi – odezwał się tuż przy jej uchu znajomy głos Arty. Najmłodsza, obecnie dziewiętnastoletnia wychowanka Chamomilli otaksowała nowego szwagra krytycznym spojrzeniem. Króciutkie, jasne włosy powiewały wokół jej głowy jak złocista aureola i prawie skrywały zdobią- cy je diadem z szafi rów. – No cóż, w pewnym sensie można go uważać za przy- stojnego – odparła ostrożnie Mori. Nie chciała sugero- wać, że piękną czarnooką Laszti znęcił książęcy tytuł. – Co z tego? To okropny nudziarz! – Arta przewróciła oczami. – Nigdy bym za kogoś takiego nie wyszła. – Przestraszyłby się ciebie – zachichotała rudowłosa Fry, która zjawiła się nie wiadomo skąd i dołączyła do rozmowy. Mori przyznała jej w duchu rację. Wokół Arty unosiła się aura buntowniczości. Krótkie włosy, prosta suknia 8 uszyta własnoręcznie z pasów jedwabiu w różnych od- cieniach błękitu, kończąca się trójkątnymi rozcięciami, ukazującymi zgrabne nogi obleczone w srebrzyste bu- ciki o spiczastych noskach. Bezceremonialny sposób bycia. To mogło odstraszyć każdego młodzieńca wycho- wywanego według obowiązujących od wieków zasad. Albo wręcz przeciwnie – przyciągać. Laszti była zupeł- nie inna. Spokojna, świadoma swojej egzotycznej urody i pielęgnująca ją aż do przesady. Strojem i stylem sta- rała się upodobnić do eleganckich arystokratek obraca- jących się na dworze królowej Keweny. Mężnie wbijała swoje ciało w gorset, co doprowadzało do furii Chamo- millę, która zakazywała przybranym córkom noszenia tej części garderoby. – Tobie on też się nie podoba – odparła Arta. – Ty wolisz Aidana de… Fry zatkała jej usta dłonią. – Nie wypowiadaj tego imienia – warknęła. „A więc i Fry jest w kimś zakochana – pomyślała Mori z lekką nutką zazdrości. – Dlaczego mnie nic takiego się nie przytrafi a? Dlaczego nie podoba mi się żaden męż- czyzna?” Właściwie domyślała się, dlaczego. To przez tę zdolność widzenia uczuć. Od razu wiedziała, kiedy ktoś udaje albo odgrywa innego, niż jest naprawdę, żeby zdo- być jej przychylność. Zależnie od okoliczności, męczyło ją to albo złościło. I od razu pozbawiało szans potencjal- nego adoratora. Żeby zająć myśli czymś innym, zaczęła obserwować gości. Jej uwagę przyciągnęła siedząca na tarasie chuda kobieta w czerni. Zalewała się łzami. Sto- jąca obok, przesadnie ufryzowana i obwieszona klejno- tami dziewczyna, gładziła ją po ramieniu i co jakiś czas podawała świeżą chusteczkę. 9 – Hej, Fry! Kim jest ta szlochająca dama? – To oczywiście księżna Vos-Saxett – odpowiedziała zamiast Fry Arta. – Opłakuje syna, który tak nieroz- ważnie wszedł w związek małżeński z przybraną córką fabrykantki serów. – Arta wypowiedziała to zdanie no- sowym tonem, naśladując podpatrzoną u arystokratów manierę. – A ta dziewczyna obok? – Siostrunia Rodneya, księżniczka Beatrycze Chaia Blandyna Vos-Saxett. – Naprawdę tak się nazywa? – W ten sposób nam się przedstawiła – skinęła głową Fry. – Biedna Laszti – westchnęła Mori. Pomyślała o swo- jej mamie, której dziadek Sedun nigdy do końca nie za- akceptował. – Nie żałuj jej – powiedziała ostro Arta. – Doskonale wiedziała, w co się pakuje. Do Vos-Saxettów zjeżdżali różni utytułowani wujowie wraz z małżonkami, żeby Rodneyowi wybić z głowy to małżeństwo. Laszti potra- fi ła przepłakać całą noc, ale rankiem brała kąpiel, za- kładała świeżą suknię, spryskiwała się perfumami i tak uzbrojona czekała w ogrodzie na narzeczonego. Po pro- stu uparła się, że go zdobędzie, no i ma. – A co o tym wszystkim myśli Chamomilla? – Chamomilla powiedziała, że Laszti jest dorosła i ma prawo robić, co chce. Niech się jednak zastanowi, czy będzie w stanie ponieść wszystkie konsekwencje swojego wyboru. Laszti powiedziała, że już się zastano- wiła i że jest w stanie ponieść konsekwencje. Na tym te- mat został zakończony i zaczęło się projektowanie sukni ślubnej. 10 Mori poszukała wzrokiem Chamomilli. Stała w odle- głości kilku kroków od pary młodej, spowita w złociste jedwabie. Towarzyszył jej Kert, trzymający za rękę ich czteroletniego synka, Antana, którego narodziny były wielkim zaskoczeniem. Po raz pierwszy wychowanka instruktorek wydała na świat dziecko płci męskiej. Cha- momilla wydawała się spokojna, ale spowijający ją lilio- wobłękitny obłok wskazywał na lekką melancholię. Te- raz podeszli do niej rodzice Mori i błękit ustąpił miejsca barwie miodowozłotej. W ciągu ostatnich kilku lat obie rodziny rzadko się spotykały, a Szklarka z Chamomil- lą niewiele miały okazji, żeby spokojnie porozmawiać. Mori też dawno nie widziała się z przybranymi siostrami panny młodej, ale mimo to czuła się z nimi mocno zwią- zana. Wspólne przeżycia na wyspie Targisz, a potem długi rejs powrotny, zbliżyły je do siebie. Wśród gości zaproszonych na przyjęcie weselne Laszti znalazły się też inne osoby uczestniczące w tamtych wydarzeniach: dziewczęta (teraz już właściwie dorosłe kobiety) z wy- spy Targisz, artystki z wyspy Nut, no i oczywiście Ross Claith z Sorbitą. Nawet kulejący nieco Birn Holman, kapitan „Roxilony”, zjawił się po usilnych namowach za- równo Chamomilli, jak i Sedunów. Nie było natomiast Ottiny i Kastora, którym przed kilkoma dniami urodziły się bliźnięta. Cała ta grupa dawnych znajomych tworzy- ła luźny krąg, otaczający Chamomillę i Kerta. Członko- wie rodziny i przyjaciele Vos-Saxettów gromadzili się po drugiej stronie topniejącej powoli kolejki. Podział między gośćmi zaznaczał się coraz wyraźniej w miarę jak każdy po złożeniu życzeń dołączał do swoich. – Formują się dwa przeciwne obozy – powiedziała półgłosem Mori. – Powiedziałabym nawet, że wrogie 11 – dodała, widząc jadowicie zielone smugi błyskające tu i ówdzie w grupie arystokratów. – Chyba powinnyśmy zastąpić Mitrail, Craigne i Hel- lę – weszła jej w słowo Fry. – Muszą być wykończone bieganiem w kółko i taszczeniem bukietów. – Przecież Wija miała im pomagać – zdziwiła się Arta. – Gdzież ona się podziewa? – Dekoruje tort weselny. Uparła się, że zrobi to sama, i nie pozwoliła nikomu podglądać. Mori chciała spytać o Joven, najstarszą z mieszka- jących u Chamomilli dziewcząt, ale w tym momencie ją zobaczyła. Wysoka, ciemnowłosa Joven stała na ubo- czu pod rozłożystą lipą. Ubrana była w zieloną suknię, przez co stawała się prawie niewidoczna na tle liści. Otaczał ją szarogranatowy kolor przygnębienia, ale i bez niego Mori odgadłaby, że dziewczynę trapi jakiś smutek. – Trzeba przynieść kilka wiader z kuchni. Te wazony więcej nie pomieszczą – stwierdziła Fry. – Idziesz z nami, Mori? – spytała Arta. – Nie, chcę się przywitać z Joven. – Nie radzę. Od rana chodzi wściekła – ostrzegła Fry. – To nie szkodzi – machnęła ręką Mori i ruszyła w stronę kępy drzew otaczających trawnik. „Być może Joven chce, żeby zostawić ją w spokoju” – pomyślała. – „Z drugiej strony jednak, może chciałaby porozmawiać z kimś… spoza rodziny. Czy martwi się o Laszti? Czy uważa, że to małżeństwo jest pomyłką? Zawsze brała odpowiedzialność za młodsze dziewczęta. Czasem zupełnie niepotrzebnie. Przecież to Chamomil- la jest ich opiekunką”. Podeszła do ukrytej w cieniu sylwetki. 12 – Witaj, Joven – powiedziała. – Nie wyglądasz na zbyt szczęśliwą. – Rzeczywiście, nie dopisuje mi dziś humor – zgodziła się Joven. Jej głos brzmiał twardo i nieprzyjaźnie. Nie spojrzała na Mori. Stała sztywno, z głową uniesioną do góry i z zaciśniętymi ustami. Jej ciemnobrązowe włosy upięte były w wysoki, ciasny kok. W tej fryzurze wyglą- dała bardzo ofi cjalnie. Wzrok utkwiony miała w młodej parze. Mori chciała usiąść na ziemi, ale w porę zorientowała się, że ma dziś na sobie kremową suknię. Zielonkawe plamy z rozgniecionej trawy byłyby na niej doskonale widoczne. Z westchnieniem oparła się o pień lipy. – No to może powiedz mi, co cię gnębi – rzuciła lekko. Była młodsza od Joven o cztery lata, ale ta różnica wie- ku nie miała znaczenia. Odkąd wyratowała córki Cha- momilli z wyspy Targisz, wszystkie traktowały ją, jakby była dużo starsza niż w rzeczywistości. – Boisz się, że Laszti źle wybrała? – pytała dalej, nie zrażając się milczeniem Joven. – Dlaczego mam się bać? Rodney wygląda na porząd- nego człowieka. A poza tym jest księciem. Laszti zawsze marzyła o tym, żeby wyjść za księcia. Ona jest szczęśli- wa, a on nieprzytomnie zakochany. W ostatnich słowach było tyle goryczy, że Mori aż się wzdrygnęła. Przyszło jej na myśl, że Joven mogła kochać się skrycie w Vos-Saxettcie i cierpieć, że to nie ona, ale piękna, efektowna Laszti zdobyła jego serce. Oczywiście nie miała zamiaru wypowiadać tych przy- puszczeń na głos. – To nie o Laszti chodzi, tylko o mnie – odezwała się niespodziewanie Joven. 13 – Nie bardzo rozumiem. – Nie rozumiesz?! – wybuchnęła dziewczyna. – Jestem od niej starsza. To ja powinnam pierwsza wyjść za mąż. Ale we mnie nikt się jeszcze nie zakochał. Nikt! Widzia- łam, jak Rodney patrzy na Laszti! Widzę, jak różni męż- czyźni wodzą wzrokiem za Hellą, Wiją i innymi. Nawet cicha i niepozorna Craigne ma swojego adoratora, któ- ry wydaje fortunę na sery Chamomilli, żeby tylko mieć pretekst do jak najczęstszego zjawiania się w naszym domu. – Joven zamilkła. Słychać było jej przyspieszony, nabrzmiały oburzeniem oddech. – A mnie traktują jak powietrze… Albo jak matronę, której trzeba się z sza- cunkiem ukłonić, zanim ominie się ją szerokim łukiem. Czy jestem aż tak odrażająca? Mori przyjrzała się jej z uwagą. Joven nie zaliczała się może do wielkich piękności, ale była smukła, zgrab- na i miała miłą twarz, której wielką ozdobę stanowiły wyraziste, szaroniebieskie oczy. – Z pewnością nie jesteś odrażająca – powiedziała spokojnie. – Natomiast uważam, że powinnaś zmienić fryzurę. W tym koku wygladasz surowo i nieprzystęp- nie. Jeśli codziennie tak się czeszesz, to nic dziwnego, że panowie cię unikają. Po prostu się boją. – To niesprawiedliwe, że Laszti pierwsza wychodzi za mąż – westchnęła z głębi ducha Joven. – Arta i Fry nie mają szczególnie dobrego zdania o Rodneyu. – Uważają, że jest za mało zabawny. Według mnie, jedynym mankamentem jest jego rodzina. Doprawdy nie wiem, jak Chamomilla wytrzymała te wszystkie na- chodzące ją i histeryzujące księżne i hrabiny. Popatrz na nie. Skupiły się w jednym kącie ogrodu, jak nastro- 14 szone wrony, i z uporem manifestują swoje niezado- wolenie. – Mój dziadek Sedun jest taki sam. – Mori machnęła reką. – Nic na to nie poradzisz. – Skończyły się życzenia – zauważyła Joven. – Cha- momilla zaprasza do stołów. Zrezygnowała z układania kartek z imionami przy każdym nakryciu. Doszła do wniosku, że w tym towarzystwie lepiej pozwolić gościom decydować, koło kogo chcą usiąść. Stoły ustawione były w podkowę i ocienione różowy- mi i morelowymi markizami. Młoda para zajęła prze- znaczone im miejsce na środku półkola. Tuż obok nich usadowiły się wychowanki Chamomilli i kilku uroczy- stych młodzieńców, będących zapewne przyjaciółmi Rodneya. Mori z rozbawieniem obserwowała, jak gwał- townym zmianom podlegają otaczające ich kolory. Fio- let ostrożności i urazy pojawiał się na zmianę z purpurą i czerwienią fascynacji. Niewątpliwie, nawet nie do koń- ca przyznając to przed sobą, byli bardzo zainteresowani uroczymi dziewczętami z rodziny panny młodej. – Chodź, Joven! Dołączmy do nich. Może być cie- Joven wzruszyła ramionami. – Nie wiem, z czego to wnioskujesz. – Ze spojrzeń, jakie ci panowie w czarnych frakach rzucają w kierunku twoich sióstr. – O! – zainteresowała się Joven i ruszyła w kierunku „Nie rozumiem tej potrzeby szybkiego wyjścia za mąż” – westchnęła w duchu Mori. „Zwłaszcza gdy nie jest się zakochanym. Być mężatką tylko po to, żeby być mężatką? Mam nadzieję, że Laszti naprawdę kocha kawie. stołów. 15 tego Rodneya. Jego przyjaciele nie wydają się na pierw- szy rzut oka interesujący. Nie miałabym pojęcia, o czym z nimi rozmawiać. Gdybym zaczęła im opowiadać o dro- binach tworzących wszechświat albo o pajęczej struktu- rze krainy Avenidów, pomyśleliby, że jestem szalona. Na pewno żaden z nich nie czytał o nowych odkryciach asto- nomicznych. Do takich rozmów nadaje się jedynie wujek Ross. I czasem rodzice, chociaż ich najbardziej pasjonuje botanika. Może zresztą jestem niesprawiedliwa. Mama często powtarza, że zbyt surowo osądzam ludzi”. Usiadła na wolnym miejscu między Hellą a Fry. Po- machała siedzącym kilka miejsc dalej rodzicom. Cho- ciaż już sześć lat minęło od fatalnego przyjęcia u ciotki Pepperii, czuła, że każda tłumna uroczystość kojarzy im się z tamtym dniem, który zakończył się porwaniem ich jedynej córki. Takie rzeczy na długo pozostawiają po so- bie uczucie lęku. Sama Mori nie wspominała tego czasu źle. Znajdowała się wtedy w niebezpieczeństwie, ale to, co najmocniej wryło jej się w pamięć, to smak przygo- dy, latanie ovoidem i wędrówki korytarzami Avenidów. Najintensywniejszy i najbarwniejszy czas w jej życiu. Czasami tęskniła za czymś takim. A najbardziej za Cor- redo, które zobaczyła wtedy po raz pierwszy. Wniesiono wazy z zupami. Wygłodniali goście wyraź- nie się ożywili. krotki. Fry stuknęła Mori w bok. – Polecam serową. Jest w wazach ze wzorem w sto- – A co jest jeszcze do wyboru? – Owocowa z przetartych jabłek, całkiem niezła, jeśli ktoś lubi słodkie zupy. Ja za nimi nie przepadam. I ce- 16 bulowa prawie tak dobra jak serowa, ale bardziej sycą- ca, a jest jeszcze tyle dobrych rzeczy do jedzenia! W tym momencie od stołu arystokratów dobiegł prze- ciągły jęk. To księżna Vos-Saxett dostała kolejnego ata- ku płaczu. Towarzyszące jej damy wachlowały ją chus- teczkami i klepały po rękach. Rozmowy ucichły. Goście zwrócili wzrok na teściową Laszti. – Co się stało, mamo? – zabrzmiał w tej nagłej ciszy głos Beatrycze Chai Blandyny. Mori widziała, że pochylająca się nad matką dziew- czyna próbuje okazać troskę i zainteresowanie, ale z trudem panuje nad zniecierpliwieniem, które objawia- ło się w postaci smug ostrego oranżu. Zrobiło jej się żal siostry Rodneya. – Ta zupa… – jęknęła księżna. – Twój ojciec tak ją lubił. Ale dobrze, że nie dożył tej chwili. Jego duma nie zniosłaby takiego poniżenia naszego rodu. Stara dama mówiła niby cicho, wydawałoby się led- wie słyszalnie, ale jej głos niósł się wyraźnie mimo brzę- ku sztućców i porcelany. Laszti zagryzła wargi. Rodney rzucił matce gniewne spojrzenie. Atmosfera, która nieco się polepszyła dzięki smacznym daniom, na nowo zgęst- niała. Nawet Chamomilla, która dotychczas emanowa- ła spokojem, spochmurniała. Małe oczka Kerta rzucały groźne błyski i gdyby nie zaciśnięta na jego ramieniu dłoń żony, z pewnością zerwałby się z miejsca i rzucił księżnej kilka ostrych słów. Nie zrobił tego, ale według Mori ktoś powinien zadziałać, bo inaczej cała uroczy- stość będzie popsuta. Laszti ma już łzy w oczach. Naj- lepiej, gdyby któryś z krewnych powstrzymał panią Vos-Saxett. Ale oni wszyscy siedzieli z oczami wbitymi 17 w talerze z zupą, podczas gdy matka Rodneya szlochała teatralnie. Mori odsunęła krzesło i wstała. – Co chcesz zrobić? – Hella złapała ją za rękę, a w jej błękitnych oczach pojawił się błysk niepokoju. – Nic strasznego – odpowiedziała Mori z lekkim uśmiechem. – Puść ją, Hella – zachichotała Fry, spodziewając się widocznie jakiejś spektakularnej interwencji. – Niech przytrze nosa tej okropnej babie. Mori obeszła stół i stanęła tuż za księżną. Czuła na sobie spojrzenia wszystkich obecnych. Bali się, że wy- woła jeszcze większy skandal. Całe zgromadzenie za- snuło się chmurą burzowego granatu. Nie całe. Córki Chamomilli były raczej zaciekawione niż przestraszone i… no jasne, Ross Claith uśmiechał się do niej przez stół. I ktoś jeszcze emanował złocistopomarańczową po- światą zachwytu i zainteresowania, ale Mori nie chciała tracić czasu na rozglądanie się i sprawdzenie, kto pała do niej taką sympatią. – Proszę pani – wionęła ku księżnej najcichszym z szeptów. – Jeśli w tej chwili nie zaprzestanie pani ma- nifestować swojego żalu i niechęci do żony Rodneya, to obiecuję, że spotka tu panią kilka nieprzyjemnych przy- gód. Dama odwróciła się i jej wyblakłe, wodniste oczy spojrzały wrogo. – A kim ty w ogóle jesteś? – Mori Sedun. – Owoc kolejnego skandalu – wysyczała księżna. – Jak śmiesz mi grozić! Jesteś nikim! I nic mi nie mo- żesz zrobić. 18 – Och, mogę sprawić, że pani suknia rozpruje się od góry do dołu, ukazując bieliznę, albo że sos chlapnie na ubranie, albo że nagle powypadają pani szpilki z wło- sów i odpadnie ta kunsztownie przypięta peruczka… Ciemny rumieniec wypłynął na twarz kobiety, ale nie dała się zastraszyć. – Masz bujną wyobraźnię, moje dziecko. Daruj sobie te pogróżki. – W jej głosie brzmiało teraz lekceważenie. – Proszę popatrzeć na swój talerz – poradziła uprzej- mie Mori. Księżna odruchowo spuściła wzrok i zamarła. Talerz z zupą cebulową przesuwał się powoli w kierunku kra- wędzi stołu. Kiedy tam dotarł, zaczął się przechylać. Księżna gwałtownie wyciągnęła rękę, żeby powstrzy- mać zupę przed wylaniem. – Nie trzeba – powiedziała słodko Mori i talerz wrócił do pozycji poziomej. – Mam nadzieję, że będzie się pani teraz zachowywać uprzejmie i okaże więcej szacunku nowej synowej. Głównie ze względu na Rodneya, oczy- wiście. – Uśmiechnęła się promiennie i wróciła na swoje miejsce. – Coś ty jej powiedziała? – dopytywała się Fry. – Powiedz! Powiedz! – nalegała siedząca za Hellą Wychowanki Chamomilli, jak większość gości, nie miały pojęcia o tym, co się działo przy stole księżnej. Mori zależało na jak najdyskretniejszym załatwieniu sprawy. – Niech to pozostanie moją tajemnicą. Spojrzała w kierunku matki Rodneya, która mierzy- ła ją nienawistnym wzrokiem. Natomiast siedząca obok Wija. 19 księżnej Beatrycze Chaia Blandyna wpatrywała się w nią z nabożnym podziwem. Wniesiono półmiski z mięsem, warzywami, pieczony- mi i smażonymi na złoto ziemniakami. Służący zaczęli nalewać do kielichów ciemnoczerwone wino pochodzące ze słonecznych winnic Aurobour. I nawet jeśli na stole pojawiła się jakaś potrawa, w której szczególnie gusto- wał nieżyjący książę Vos-Saxett, to wdowa po nim za- chowała tę informację dla siebie. 2. – Dziadku, kim jest ta dziewczyna, która rozmawia z księżną? – To Mori Sedun – odpowiedział kapitan Birn Hol- man, dokładając sobie pieczeni. „Mori Sedun” – powtórzył w myślach Dark Holman. – „Ta Mori, o której dziadek pisał w swojej Księdze wspomnień. Ta, która wyratowała z wyspy Targisz córki pani Chamomilli, a sama weszła na statek po utworzo- nym przez siebie niewidzialnym moście”. Był to jeden z jego ulubionych fragmentów, wielokrotnie czytany, na poły z fascynacją, na poły z niedowierzaniem. Wyczyny tej dwunastoletniej dziewczynki były tak niezwykłe, że Dark często się zastanawiał, czy aby dziadek nie wymy- ślił sobie tego wszystkiego, znużony przedłużającą się ciszą na morzu. 20 Dark zupełnie inaczej wyobrażał sobie Mori. Spodzie- wał się kogoś chudego, niezbyt ładnego, o potarganych włosach i chłopięcym sposobie bycia. Może była taka, gdy dziadek spisywał swoje wspomnienia. Teraz jej wygląd zapierał dech w piersiach. Już na początku przyjęcia Dark zwrócił uwagę na tę wysoką, szczupłą dziewczynę w kremowej sukni. Spodobała mu się jej delikatna twarz o granatowych oczach (od dziecka u każdej nowo pozna- nej osoby zwracał uwagę na kolor oczu; matka mówiła, że to niezwykła cecha u mężczyzny), okolona ciemnymi włosami, opadającymi w łagodnych falach do połowy ple- ców. Podobał mu się sposób, w jaki się poruszała i jak pa- trzyła na ludzi. Z uwagą i zainteresowaniem. Widział jej stanowczą minę, gdy szła porozmawiać z histeryzującą księżną, i zastanawiał się, kim jest. Teraz już wie – Mori Sedun. A swoją drogą, to ciekawe, o czym rozmawiały. Pani Vos-Saxett wyraźnie się uspokoiła. Siedzi sztywna i ponura, ale przestała manifestować negatywne uczucia. Wzrok Darka, jak przyciągany tajemniczym magnesem, znów powędrował w kierunku siedzącej pomiędzy cór- kami Chamomilli Mori. Miała lekkie rumieńce. Jej oczy błyszczały. Wyglądała przepięknie. – Podoba ci się – mruknął Birn Holman pomiędzy jednym kęsem a drugim. Dark drgnął. – Myślałem, że Mori Sedun była niezbyt ładna. – Niczego takiego nie napisałem – burknął dziadek. – Była po prostu dzieckiem, wychudzoną, wymęczoną i bardzo dzielną dziewczynką. Ty sam wyobraziłeś so- bie, że jest nieładna. – No cóż, według twoich opisów jedyną piękną osobą na „Roxilonie” była pani Sedun. 21 – Mori jest do niej bardzo podobna. Sedunowie siedzą kilka miejsc w lewo od nas, obok pani Chamomilli. Sam się przekonaj. – Dziadku, powiedz mi, ale tak zupełnie szczerze: czy to prawda z tym niewidzialnym mostem? Birn Holman powoli odłożył widelec i spojrzał na wnuka przenikliwie. kłamstwie, Dark? – Czy kiedykolwiek zdarzyło ci się przyłapać mnie na – Nie, ale… – Księga wspomnień zawiera opisy prawdziwych wy- darzeń – powiedział z naciskiem kapitan. – Bywa, że są to rzeczy, których sam nie rozumiem. Nie wiem, w jaki sposób Mori to zrobiła. Do tej pory czasami mi się to śni. Dziewczynka krocząca w powietrzu, ponad falami i idąca naprzeciwko niej pani Sedun. Czegoś takiego nie zapomina się do końca życia. Umilkł. Wypił łyk wina i nałożył sobie kopiastą łyżkę smażonych w wonnym oleju ziemniaczanych kulek. – Jedyne, czego nienawidziłem podczas tych lat spę- dzonych na morzu, to jedzenie – powiedział, wdychając z lubością parę unoszącą się znad talerza. – Nigdy nie miałem szczęścia do kucharzy. – Za to teraz masz Luisa. – Tak, to mój największy skarb i słono mu płacę, ale warto. Luis był kiedyś kucharzem słynnego z wybredne- go podniebienia markiza Gasset, ale Birn Holman po zakończeniu swojej kapitańskiej kariery zwabił go do siebie, oferując znacznie wyższą pensję i lepsze warun- ki, niż miał u wyrafi nowanego arystokraty. Dark ko- rzystał z byle pretekstu, by w porze obiadowej zjawić 22 się u dziadka i spróbować płatów delikatnej polędwi- cy w cieście albo rolady z łososia z rozpływającym się w ustach kremowym kozim serem. Na tym przyjęciu też powinny pojawić się sery. I to te najlepsze. Usadowiona na podium mała orkiestra zaczęła stroić instrumenty. Niebawem zaczną się tańce. Dźwięki mu- zyki wywołały radosne poruszenie w damskiej grupce siedzącej przy stole zajmowanym przez młodą parę. Ciekawe, czy Mori lubi tańczyć? – Dziadku, czy mógłbyś mnie przedstawić pannie Sedun? Kapitan spojrzał na niego z ukosa. – Sam jej się przedstaw. Moim zdaniem ta dziewczy- na nie lubi zbędnych ceregieli. I ceni odwagę. – Przecież jej ojciec to hrabia. Nie mogę tak po pro- stu powiedzieć: Nazywam się Dark Holman. Czy zechce pani ze mną zatańczyć? – Ależ możesz. – Kapitan wzruszył ramionami. – Nie rozumiem, co cię powstrzymuje. Dark westchnął ciężko. „Dzień dobry, jestem Dark Holman. Czy zechce pani ze mną zatańczyć?” – powtó- rzył w myślach. 3. Mori uwielbiała tańczyć. Kiedy tylko usłyszała, że muzycy zaczynają się przygotowywać, rzuciła tęskne spojrzenie na podest. Na to czekała już od godziny. Po- 23 ruszanie się w rytm muzyki, pozwalanie, żeby melodia kierowała ruchami ciała… w jakiś niezrozumiały sposób kojarzyło jej się to z Corredo. Liczyła, że znajdzie tutaj kilku dobrych tancerzy, choć z doświadczenia nabyte- go podczas zimowych sezonów balowych wiedziała, że może spotkać ją zawód. Aż nazbyt często zdarzali jej się partnerzy depczący po palcach albo przekonani, że pro- wadzenie polega na szarpaniu raz w prawo, raz w lewo. – Mam nadzieję, że ktoś poprosi mnie do tańca – szepnęła jej do ucha Hella. Zaczęła machinalnie nawi- jać na palec pasmo jasnych włosów, które wymknęło się spod spinki. Często tak robiła, gdy była przejęta albo zdenerwowana. – Oczywiście, że tak – odpowiedziała Mori, łowiąc jednocześnie uchem pierwsze takty granej melodii. – To nie takie oczywiste. Większość potencjalnych tancerzy to znajomi Rodneya. Może nie zechcą tańczyć z nami. – Przestań! Myślisz, że będą woleli pannę Beatrycze Chaię Blandynę? Hella parsknęła śmiechem. Zabrzmiał uroczysty weselny menuet. Rodney wstał, podał rękę Laszti, po czym wykonał zamaszysty ukłon w stronę gości, dając do zrozumienia, że zaprasza wszystkich do tańca. Państwo młodzi pomaszerowa- li uroczyście w kierunku ustawionego specjalnie na tę okazję tanecznego podestu, a za nimi formowały koro- wód pierwsze odważne pary. Mori zobaczyła Chamomil- lę z Kertem, Sorbitę z Rossem, swoich rodziców i dołą- czające z ociąganiem osoby z arystokratycznego końca stołu. Ten menuet nie był zbyt porywającym tańcem, nie pozwalał na spontaniczność i wymagał zapamięta- 24 nia olbrzymiej liczby następujących po sobie fi gur. Wła- ściwie nie tańczono go już nigdzie poza uroczystościami ślubnymi. – Czy mogę panią prosić do tańca, panno Sedun – za- brzmiał tuż przy jej uchu nosowy głos. Hrabia Dabbion Wester-Mount – wysoki młodzie- niec o piaskowych wąsikach, takiej samej barwy wło- sach i zaciśniętych w bladą kreseczkę ustach. Znała go, niestety. Miała wątpliwe szczęście tańczyć z nim kilkakrotnie, i nie było to najprzyjemniejsze przeżycie. To dobrze, że zapraszał ją do menueta, a nie na przy- kład walca, podczas którego z pewnością deptałby jej po nogach. Skinęła twierdząco i pozwoliła poprowadzić się na parkiet. W przelocie złowiła współczujące spojrzenie mamy, której nieraz żaliła się na marnych tancerzy. Po menuecie przyszedł gawot i hrabia Wester-Mount ochoczo poprosił ją i o ten taniec. Zgodziła się. „Ale przy walcu ucieknę” – pomyślała. „Wytrzymam z nim, póki grają te starocia, ale nie pozwolę sobie zepsuć prawdzi- wie porywającego tańca”. Patrzyła na drepczącego obok niej tancerza. Jak to możliwe, że on w ogóle nie czuje, że tańczy nie do rytmu. Spóźnia się o pół taktu, jego ruchy nie mają nic wspólnego z muzyką. – Czy będę mógł za jakiś czas złożyć pani uszano- wanie w domu jej rodziców? – odezwał się nieśmiało hrabia. „O nie! Czyżby chciał się starać o moją rękę? Dlacze- go nie poświęcałam więcej czasu nauce etykiety? Zupeł- nie nie pamiętam, w jaki sposób należy uprzejmie, ale stanowczo odmówić konkurentowi”. – Raczej nie widzę takiej możliwości – odpowiedziała skrępowana. 25 Wester-Mount spurpurowiał, po czym w milczeniu skinął głową. Kiedy taniec się skończył, odprowadził ją na miejsce. Odetchnęła. Może należało wyrazić się w bardziej subtelny sposób, ale pal licho. Najważniej- sze, że sprawa została jednoznacznie załatwiona. Ponad ogrodem popłynęły tony walca. Zamknęła oczy. Niech przyjdzie ktoś, kto dobrze tańczy. – Hm… hm… Czy mogę panią prosić o tego walca? O nie! Znała ten głos! Należał do Fryderyka Laotte, którego nazywała w myślach mordercą balów. Był ocho- czym i radosnym tancerzem, który ochoczo i radośnie nadeptywał partnerkom na nogi, ochoczo i radośnie wy- konywał wszystkie fi gury w rytmie całkowicie niezgod- nym z graną właśnie melodią, który stawiał wielkie kro- ki i ciągał półżywą partnerkę po całym parkiecie. Na myśl o odtańczeniu z nim walca Mori zrobiło się słabo. Otworzyła oczy i spojrzała na odzianego w czarny frak mężczyznę, który wyciągał ku niej rękę z zachęcającym uśmiechem. – Właśnie zakończyłam dwa tańce i wolałabym chwil- kę posiedzieć – udało jej się sformułować delikatną od- mowę. Fryderyk był w gruncie rzeczy całkiem poczci- wym młodzieńcem i nie chciała mu sprawiać przykrości. – Wobec tego może następny taniec? – Może… może któryś z dalszych. Na przykład gdy zagrają fuorę? – Fuora jest ciężka i posuwista, a ja tak lubię walce. Ostatni raz, na przyjęciu w Pałacu pod Pawiami, tak cudownie nam się razem tańczyło walca. Pamięta pani? – Pamiętam – wymamrotała Mori. Po tym walcu jej białe atłasowe pantofelki nadawały się do wyrzu- cenia. 26 – Widzę, że rzeczywiście jest pani wyczerpana, panno Sedun, ale nie tracę nadziei, że uda nam się jeszcze dzi- siaj zawirować. I to niejeden raz. Skłonił się nisko i oddalił w poszukiwaniu następnej ofi ary. Mori odetchnęła i upiła łyk lemoniady. Jak tak dalej pójdzie, to będzie musiała przeczekać całe tań- ce ukryta w kępie pobliskich drzew. A jak radzą sobie dziewczęta Chamomilli? Z zadowoleniem zauważyła, że wszystkie znajdują się na parkiecie. Tylko Arta i Wija miały dobrych partnerów, którzy prowadzili je gładko po obwodzie podestu, sprawnie zmieniając kierunek ob- rotów, żeby pannom nie zakręciło się w głowie. Za to biedna Joven trafi ła na jakiegoś fajtłapę, który tańczył pod prąd, powodując zderzenia z innymi parami. – Przepraszam, rozumiem, że nie ma pani ochoty w tej chwili tańczyć, ale… – Ależ mam okropną ochotę! – wykrzyknęła bez za- stanowienia. Dopiero potem odwróciła się, żeby zoba- czyć, kto ją zagadnął, i natrafi ła na pogodne, nieco zdzi- wione spojrzenie intensywnie niebieskich oczu. – Przepraszam, powinienem się najpierw przedstawić. Nazywam się Dark Holman, jestem wnukiem kapitana Holmana. Bardzo chciałem z panią zatańczyć, myślałem, że pani jest zmęczona… Może więc następny taniec? Był wysoki, czarnowłosy i przystojny. Otaczała go za- dziwiająca gra kolorów – sinobłękitna obawa mieszała się z płomienistoróżowymi smugami radości i zachwy- tu. Poczuła do niego odruchową sympatię. – Z wielką przyjemnością zatańczyłabym z panem już teraz. Oczywiście pod warunkiem, że pan dobrze tańczy. Odmówiłam jednak przed chwilą Fryderykowi Laotte, nie wypada więc, żebym tak szybko wróciła na parkiet. 27 – Dlaczego pani odmówiła? – Jest fatalnym tancerzem. Depcze po nogach, szar- pie i porusza się nie do rytmu. Nagle dotarło do niej to, co usłyszała kilka minut wcześniej. – Jest pan wnukiem kapitana Holmana z „Roxilony”? – spytała, gwałtownie zmieniając temat. – Tak. Chciałem, żeby to dziadek mnie pani przedsta- wił, ale on kategorycznie odmówił. Powiedział, że mam to zrobić sam. Być może nie jest to zgodne z wymogami… – Nie znoszę wymogów – przerwała mu Mori. – Pro- szę posłuchać! Następny walc! Chodźmy. „Mam nadzieję, że ten chłopak umie tańczyć. Na szczęście przestał się mnie bać. Siny kolor znikł. Nato- miast cały czas jest wokół niego ten intensywny złotoró- żowy blask, przeplatany pasemkami oranżu i purpury. Chyba mu się podobam”. Stanęli na parkiecie i w momencie, gdy Dark ją objął, Mori wiedziała, że tym razem trafi ł jej się właściwy tan- cerz. Prowadził tak lekko i pewnie, że mogła zupełnie poddać się muzyce i płynąć na jej falach. Nie musiała zerkać trwożliwie na boki i sprawdzać, czy za chwilę nie zderzą się z jakąś parą. – Wspaniale pan tańczy – powiedziała z szerokim uśmiechem. – Gdzie się pan nauczył? – Moja mama była przez wiele lat nauczycielką mu- zyki. Dawała lekcje tańca różnym hrabiankom i księż- niczkom, więc przy okazji ja i moja siostra także się na- uczyliśmy. Och, przepraszam – poczerwieniał nagle. – Co się stało? – Powiedziałem o tych hrabiankach i księżniczkach, a przecież pani też jest córką hrabiego. 28 – No, tak. Ale jaki to ma związek? – Mori spojrzała na niego zdziwiona. – Nie poczuła się pani obrażona moim tonem? – Chyba pan się za bardzo przejmuje. Walc się skończył i Mori dostrzegła kątem oka suną- cego ku nim Fryderyka. – Błagam pana – szepnęła do ucha Darkowi – niech pan zatańczy ze mną następny taniec! Inaczej będę mu- siała przyjąć propozycję Fryderyka Laotte. Niech pan mnie ratuje! – Z przyjemnością – roześmiał się Dark i w momencie gdy muzycy zaczęli grać rzewną romantyczną barrolę, tanecznym krokiem oddalił się z partnerką w objęciach na drugi koniec parkietu. 4. – Kim jest ten chłopak, który cały czas tańczy z Mori? – spytała Szklarka, podążając spojrzeniem za wirującą sylwetką córki. – Gdzie? – Chamomilla prześliznęła się nieprzytom- nym wzrokiem po zapełniających parkiet parach. Była wyczerpana nie tyle może samymi przygotowaniami do uroczystości, ile śledzeniem nastrojów panujących wśród gości i trwaniem w gotowości, by łagodzić co bardziej otwarte konfl ikty, gdyby takie wynikły. Na szczęście ta- jemnicza interwencja Mori wyeliminowała największe 29 niebezpieczeństwo, jakim była matka Rodneya. Zawsze jednak zdarzyć się mogło coś nieprzewidzianego. – Są teraz po prawej stronie podestu. Tańczą obok twojej Laszti. – Ach! Już widzę. – Chamomilla pochyliła się do przo- du. – To Dark Holman, wnuk naszego kapitana Holmana. – Dobrze tańczy. Mori wyglada na zachwyconą. – On też – uśmiechnęła się kątem ust Chamomilla. Siedziały we dwie na ogrodowej ławce pod krzakiem jaśminu. Szklarka okryła się szydełkowym szalem, bo wraz z zapadnięciem zmierzchu zrobiło się chłodno. Parkiet, oświetlony rzęsiście lampionami, był najja- śniejszym punktem ogrodu. Na stołach stały pięciora- mienne srebrne świeczniki, rzucając na twarze biesiad- ników ciepłe chybotliwe światło. – Myślałam, że księżna szybciej stąd odjedzie – mruk- nęła Chamomilla, patrząc na ponurą postać siedzącą za stołem w otoczeniu podobnych jej dam. – Ciekawa je- stem, jakiego argumentu użyła Mori, żeby ją poskromić. Biedna Laszti. Obawiam się, że teściowa będzie jej za- truwać życie, na ile to tylko możliwe. – Jedyne wyjście to ograniczyć rodzinne spotkania. – Szklarka westchnęła. – Coś o tym wiem. Rodziców Scabera nie widziałam już ponad rok i wcale nad tym nie boleję. Mój teść nie potrafi maskować swojej niechę- ci. Fakt, że zrujnowałam jego plany dotyczące Scabera, pogrążył mnie na zawsze w jego oczach. – Ale Mori zaakceptował? – O tak, ale ma pretensję, że nie wychowuję jej w spo- sób należny dziedziczce Sedunów, czyli nie wbijam jej do głowy tych setek drobnych reguł i niuansów obowią- zujących w ciasnym światku naszych elit. 30 Chamomilla podniosła się ciężko. – Czas wnieść weselny tort. Kiedy to wszystko się zakończy, przez najbliższe dwa dni nie będę wstawać z łóżka. Szklarka została sama. Jej wzrok pobiegł znów ku tańczącym. Jakie to dziwne – pomyślała – że po tych strasznych wydarzeniach sprzed sześciu lat nasze ży- cie toczy się teraz tak normalnie. Żadnych instrukto- rek, żadnych wrogich intryg. I prawie można uwie- rzyć, że Mori jest zwykłą młodą dziewczyną, która lubi tańczyć. W tej chwili muzyka umilkła. Ścieżką od strony domu nadjeżdżał ustawiony na specjalnym wózku tort weselny. Szklarka wstała i tak jak reszta gości podeszła mu się przyjrzeć. Był imponujący – trzypiętrowy, polu- krowany na biało i ozdobiony mnóstwem różowych mar- cepanowych różyczek. Na samym szczycie widniały wy- rzeźbione z wielką precyzją fi gurki państwa młodych. „Są tak podobne do oryginalnych postaci, że ktoś, kto odważy się je zjeść, może się zastanawiać, czy nie skalał się pewną formą ludożerstwa” – pomyślała Szklarka. 5. Mori zdyszana opadła na krzesło. – Poproszę służącego, żeby przyniósł pani kawałek tortu – zaofi arował się Dark. 31 – Mowy nie ma! – zaprzeczyła energicznie dziewczy- na. – Nie dam rady niczego zjeść. Za to chętnie napiję się lemoniady albo soku. Chłopak sięgnął po stojący na stole dzban i napełnił jej szklankę. – Muszę panią na chwilę zostawić. Powinienem sprawdzić, jak się czuje dziadek. – Coś mu dolega? – zaniepokoiła się Mori. – Dwa lata temu podczas sztormu złamany maszt spadł mu na nogę. Kości zrosły się krzywo i od tego cza- su dziadek kuleje. Pod wieczór zaczyna mieć silne bóle. – Już nie pływa? – Nie, to był jego ostatni rejs. Są oczywiście kapitano- wie, którzy nawet z jedną nogą dowodzą statkami, ale dziadek stwierdził, że ten wypadek z masztem potrak- tuje jako ostrzeżenie i wskazówkę, że jeśli chce jeszcze pożyć, to powinien osiąść na stałym lądzie. Dark pochylił się nad Mori i popatrzył jej w oczy. – Proszę na mnie poczekać. Wrócę niebawem. Ledwie odszedł na odległość kilku kroków, do Mori przysiadły się Fry i Arta. – Kto to jest?! – spytały jednocześnie. Widać było, że płoną z ciekawości. – Wnuk kapitana Holmana. Ma na imię Dark. – Tańczyłaś z nim CAŁY czas – Arta wzięła się pod boki i pokręciła głową ni to z dezaprobatą, ni to ze zdzi- wieniem. – Tak! – odpowiedziała z szerokim uśmiechem Mori. – Jest najlepszym tancerzem, jakiego w życiu spotka- łam. – Miałaś szczęście – westchnęła Fry, zanurzając pal- ce w swoje rude, kręcone włosy, wyrywające się na wol- 32 ność spod dziesiątków przytrzymujących je spinek. – Do mnie przyczepił się jakiś straszny Fryderyk, nie pamię- tam nazwiska i wywijał mną na wszystkie strony, jak- bym była kukłą z siana, albo targał mnie przez środek parkietu, taranując inne pary. Bałam się, że nie wyjdę żywa z tej opresji. – Biedactwo. – Mori pogłaskała ją po policzku. – To był morderca balów. Powinnam was była przed nim ostrzec. – Idzie twój Dark – syknęła jej do ucha Arta. – Chodź, – Ale dlaczego? – zmarszczyła brwi Fry. – Chętnie go Fry! poznam. – Wydaje mi się, że trochę jest rozczarowany naszym widokiem, wyraźnie chciałby porozmawiać z Mori sam na sam. – Mnie też się tak wydaje – stwierdziła rzeczowo Mori, widząc zmiany kolorów wokół młodego Holmana. Fry podniosła się niechętnie i odeszła razem z Artą w kierunku okrągłego stołu, gdzie rozdawano fi liżanki z parujacą kawą. Mori zauważyła, że Dark od razu się rozpogodził i przyspieszył kroku. – Trochę przestraszyłem się tych pani przyjaciółek – przyznał szczerze. Spodobało jej się to. Nareszcie mężczyzna, który otwarcie przyznaje się do swoich uczuć. – Jak tam kapitan? Dark westchnął. – Ze względu na mnie udaje, że wszystko w porząd- ku. Powinienem jednak zabrać go już do domu. Jestem przekonany, że noga dokucza mu coraz bardziej i naj- wyższy czas, żeby się położył. – Szkoda – wyrwało się Mori. 33 – Mam nadzieję, że się jeszcze zobaczymy – powie- dział, poważnie patrząc jej w oczy. Skinęła głową w milczeniu. „Kiedy? Gdzie?” – zapy- tała w myślach. – Do zobaczenia, panno Mori. Podała mu rękę. – Do zobaczenia – wyszeptała. Nagle jakoś mało prawdopodobne wydało jej się, żeby mogli się niebawem spotkać, i zrobiło jej się smutno. Patrzyła na jego oddalającą się sylwetkę i zapragnęła znaleźć się już w domu. – Poszedł? Tak szybko? – spytała zdziwiona Fry, któ- ra pojawiła się jak spod ziemi. – Musiał wracać ze względu na kapitana. – Przyniosłam kawę – powiedziała Arta, ostrożnie niosąc na spodkach dwie fi liżanki. – Dziękuję – mruknęła Mori. Miała taki wyraz twa- rzy, jakby myślami błądziła gdzieś z dala od weselnego przyjęcia. Podniosła do ust parujący napój. – Uważaj! Gorące! – wrzasnęła Fry. Mori odruchowo wypuściła fi liżankę, która… nie spa- dła. Zawisła w powietrzu. Arta delikatnie, dwoma pal- cami chwyciła za uszko. – Mogę ją odstawić? Mori zamrugała powiekami. – Tak, oczywiście. – Wzięła głęboki oddech. – Prze- praszam, zamyśliłam się. – Ale na szczęście zdołałaś uratować swoją suknię przed plamą kawy. Jak ty to robisz, Mori? – Fry pokrę- ciła głową. – Co prawda po tym, jak omal nie umarłam ze strachu, gdy kazałaś mi iść za sobą po niewidzialnym moście, nic już nie powinno mnie zaskoczyć. 34 – Jak wam się podobała moja dekoracja na torcie? – Szeleszcząc najeżoną szmaragdowymi koronkami suknią, dosiadła się do nich Wija. – Podobieństwo ujęłaś po mistrzowsku – stwierdziła z uznaniem Arta. wyszedł trochę nadęty. – Mam nadzieję, że Laszti mi wybaczy, że Rodney – Myślę, że w ogóle tego nie zauważyła. – Fry odchy- liła się na oparcie krzesła. – Ależ jestem zmęczona. To przez tego okropnego Fryderyka. – A co jeszcze macie w programie wieczoru? – Mori ziewnęła, czując, że ją także ogarnia znużenie. – Za chwilę taniec panien, podczas którego Laszti ma zmienić suknię, potem pokazy fajerwerków, później… – Wija zastanowiła się. – Zapomniałam, co ma być później. – No jak to co? SERY! – Arta podparła brodę dłońmi. – A potem znowu tańce do samego rana. Oczywiście dla tych, którzy będą mieli jeszcze siłę. Orkiestra zaczęła grać melodię starej weselnej pieśni O jak piękna jest moja ukochana. Arta przewróciła oczami. – Potwornie ckliwe. Chodźcie, musimy odtańczyć ten taniec panien. – A gdzie Joven? – Wija rozejrzała się uważnie. Noc była już zupełnie ciemna, ale przyniesiono dodatkowe świeczniki, więc twarze wszystkich osób siedzących przy stołach były dobrze widoczne. – Widzę Craigne i Mitrail. – Arta stanęła na palcach, wyciągając szyję. – Wnoszą na podest namiot dla Laszti. – A tam jest Hella – dodała Fry. – Zachęca panny ary- stokratki, żeby wyszły na parkiet. Ale Joven nie widzę. Mori się nie odezwała. Przed chwilą zauważyła Jo- ven przemykającą za plecami gości w kierunku domu. 35 Prawdopodobnie nie do zniesienia był dla niej fakt, że miałaby tańczyć w gronie niezamężnych dziewcząt. Craigne i Mitrail kończyły już ustawiać namiot ze złotego brokatu. Panny gromadziły się na podeście, ustawiając się w krąg. Chamomilla wprowadziła Laszti do namiotu, a dziewczęta chwyciły się za ręce i zaczę- ły powolny taniec, który był w rzeczywistości zwykłym chodzeniem w kółko. Mori nie miała pojęcia, skąd po- chodził ten obrzęd zdejmowania pod namiotem ślubnej sukni. Najprawdopodobniej miał związek z jakimiś sta- rymi przesądami. – Ty jesteś Mori, prawda? – spytała tańcząca, a ra- czej idąca obok niej dziewczyna. – Tak. – Mori przyjrzała się mówiącej, która wydała jej się jakby znajoma. Kogoś jej przypominały te brązowe oczy w obwódce ciemnych rzęs i charakterystyczne grube brwi zrastające się nad nosem. – Czy my się znamy? – Jestem Sahina z Targisz. Wyglądam zupełnie ina- czej niż wtedy, kiedy wywoziłaś nas z wyspy. – Ach! Teraz rozumiem, dlaczego cię nie poznałam. – Mori przypomniała sobie wynędzniałą dziewczy- nę o pustym spojrzeniu, z której instruktorki wyssały prawie całe siły życiowe. Z zadowoleniem zobaczyła, że po tamtych czasach nie ma śladu. Sahina promieniała zdrowiem i urodą, a otoczka koloru wokół niej jaśniała złociście. – Co się teraz z tobą dzieje? Gdzie mieszkasz? – Ciągle u Chamomilli, ale niedługo kupię aparta- ment w Como i tam urządzę pracownię biżuterii. Już teraz mam kilka stałych klientek, którym przed każ- dym balem projektuję i potem robię cały komplet ozdób pasujących stylem i kolorem do sukni. Gdybyś kiedyś potrzebowała czegoś specjalnego, przyjedź. Dostaniesz 36 za darmo cały garnitur klejnotów. Mam u ciebie dług za uratowanie mi życia. Mori uśmiechnęła się zdawkowo. Nie bardzo wiedzia- ła, jak reagować, gdy ktoś wspominał tamte czasy i wy- rażał jej wdzięczność. Była wtedy dzieckiem, działała im- pulsywnie, tak, jak jej podpowiadała intuicja. Uroczyście brzmiące słowa „uratowanie życia” jakoś do tego nie pa- sowały. Poczuła też niespodziewanie ukłucie zazdrości. Sahina ma konkretne plany na to, co chce robić. Może samodzielnie na siebie zarabiać, prowadzić niezależne życie. „Chciałabym tak” – pomyślała Mori z żalem. Poła namiotu odchyliła się i roześmiana Laszti, ubra- na w szkarłatnoczerwoną suknię ze złotymi haftami, wynurzyła się na zewnątrz. Przywitały ją gorące okla- ski. Znużone chodzeniem w kółko panny mogły opuścić scenę. Rozpoczęły się pokazy sztucznych ogni. Mori miała już dość całej zabawy. Czuła się dziwnie rozdraż- niona i wiązała to uczucie zarówno z tym, co mówiła Sa- hina, jak i z przedwczesnym wyjazdem Darka Holma- na. W dodatku robiło się coraz chłodniej. Rozejrzała się za rodzicami. Stali objęci i o czymś ze sobą rozmawiali, nie zwracając uwagi na wybuchające im nad głowami fajerwerki. Podeszła do nich. Scaber objął ją ramieniem. – I jak, Mori, dobrze się bawisz? – spytał. – Trochę już jestem zmęczona – przyznała. – Mam nadzieję, że nie będzie to strasznym nietaktem, jeśli pójdę się położyć? – Chamomilla przygotowała ci łóżko w pokoju Joven. Jeśli nie będziesz mogła trafi ć, spytaj kogoś ze służby – powiedziała Szklarka. – Wobec tego dobranoc – Mori wspięła się na palce i po- całowała ojca w policzek, potem przytuliła się do mamy. 37 – Nie martw się, Mori – usłyszała koło ucha jej ci- chutki szept. – Wszystko będzie dobrze. Nagle zachciało jej się płakać. Zamrugała powiekami, żeby powstrzymać łzy. Popatrzyła Szklarce w oczy i przy- pomniał jej się ten moment, gdy spotkały się na środku powietrznego mostu. „Mama rozumie” – pomyślała. 6. – Mori się zakochała – powiedziała półgłosem Szklarka. – W kim? – Scaber zaskoczony popatrzył na żonę. – Mam nadzieję, że nie w którymś z tych bezbarwnych przyjaciół Rodneya. – We wnuku kapitana Holmana. – Który to? – Nie ma go już. Wyjechał wcześniej. Mori tańczyła z nim cały wieczór. – I tak od razu się w nim zakochała? Od jednego – To było jakieś trzydzieści tańców. Jeden po drugim. tańca? Bez przerwy. Szklarka przypomniała sobie promieniejącą blaskiem twarz córki i potem moment, kiedy ów blask znikł wraz z odejściem chłopaka. – Jak my to przeżyjemy? – Scaber z żartobliwym uśmiechem zajrzał jej w oczy. 38 – Raczej, jak ona to przeżyje – poprawiła go Szklarka. – A my, przede wszystkim powinniśmy być delikatni i… – wskazującym palcem stuknęła go w pierś – absolutnie powstrzymać się od komentarzy albo żartów na ten temat. – Mówisz o mnie? – Tak, mówię o tobie. – W porządku. Żadnych żartów. – A ja muszę jej pomóc przez to przejść. – Oparła mu głowę na ramieniu. – Mówisz, jakby to była jakaś choroba. – Przypomnij sobie, jak to jest. Zakochujesz się i wiesz, że nie masz żadnych szans. Tak było przecież ze mną. Miałeś narzeczoną, byłeś arystokratą, a w do- datku nikt nie żenił się wtedy z dziewczynami z Wyspy Sierot. Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo próbowałam wyrzucić cię z serca i z pamięci. – Całe szczęście, że ci się nie udało – powiedział z przekonaniem i pocałował ją w usta. 7. W sypialni paliła się jedna świeczka. Joven leżała skulona na swoim posłaniu. Nie zdjęła z siebie balowej sukni. Tylko włosy rozpuściła i teraz okrywały jej plecy ciemnym płaszczem. Mori usiadła na brzegu wolnego łóżka i zrzuciła z nóg pantofelki. Sprężyny skrzypnęły lekko. Na ten dźwięk Joven odwróciła głowę i spojrzała 39 w jej kierunku. Miała zaczerwienione oczy. Widać było, że płakała. – Już się skończyło? – spytała. – To zależy, co masz na myśli. Taniec panien dobiegł końca już dawno. Teraz są fajerwerki. Całe wesele, jak powiedziała mi Arta, będzie trwać do rana. Głowa Joven z powrotem opadła na poduszki. Mori sięgnęła za plecy i próbowała rozpiąć haftki z tyłu suk- ni. Nie udawało jej się to, więc podeszła do sąsiedniego łóżka. – Możesz mi pomóc? – spytała. Joven usiadła i sprawnie poradziła sobie z zapięcia- mi. – Nie wrócę już tam – przemówiła. – Nie mam nastro- ju do zabaw ani nie mam siły na znoszenie złośliwych komentarzy. – Ktoś ci sprawił przykrość? Joven wzruszyła ramionami. – Właściwie nie – a potem nagle rzuciła się na łóżko i jęknęła. – Czuję się taka nieszczęśliwa. „Ja też” – pomyślała Mori, wsuwając się pod czystą pościel. „Czuję się nieszczęśliwa, bo nie wiem, co chcia- łabym robić w życiu. Tyle rzeczy mnie interesuje, że nie mam pojęcia, co wybrać. Chiałabym się wyprowa- dzić, mieszkać gdzieś sama, być niezależna, ale boję się zmartwić rodziców. Chciałabym zarabiać pieniądze, ale przez to, że jestem córką hrabiego Seduna, nikt niczego ode mnie nie kupi. Mama już od dawna nie ma żadnych zamówień. Jej obrazy sprzedają się w Galerii Kobiet za- łożonej przez LaOrę tylko dlatego, że podpisuje je ini- cjałami T.F. od imienia Thea Felicitatis i nikt nie wie, że namalowała je hrabina Sedun. Chciałabym gdzieś 40 wyruszyć, coś robić, zupełnie sama albo… z Darkiem Holmanem” – podpowiedział jej w myślach jakiś cichut- ki głosik. Przypłynęły do niej wspomnienia dzisiejszych tańców i krótkich rozmów z wnukiem kapitana. Dlacze- go nie spytałam go, gdzie mieszka, co robi. Nic o nim nie wiem. – Joven, czy wiesz, gdzie mieszka kapitan Holman? – W Como – padła odpowiedź, nieco przytłumiona kołdrą zakrywającą twarz dziewczyny. – Często się z nim widujecie? – Z nim nie, ale jego kucharz przyjeżdża do nas regu- larnie kupować sery. „W Como. Tam mieszka wujek Ross, tam będzie mieszkała Sahina, tam miała kiedyś swoją pracownię mama. Nie chcę tak ciągle siedzieć w Versathis. Kiedyś rodzice proponowali, że zdobędą dla mnie stałą prze- pustkę do Królewskiej Biblioteki w Como. Szkoda, że się wtedy nie zgodziłam. Nie potrzebowałam tego. A te- raz czuję, że po prostu nie wytrzymam dłużej w domu”. 8. Mimo że był to środek dnia, za oknami panowała ciemność. Chmury zasnuły niebo i zanosiło się na spek- takularną burzę. Dark przewrócił kolejną stronę Opisa- nia ludów plemienia Ngur i ziewnął. Za trzy tygodnie ma egzamin z geografi i Kontynentu Południowego, 41 a profesor Marcellus lubił pytać o kulturę zamieszku- jącej go ludności. Wszystko to było bardzo interesujące i gdyby nie mała ilość czasu, Dark chętnie zagłębiłby się w studia nad egzotycznymi plemionami. Trzy tygodnie to jednak naprawdę niewiele. Zmierzył wzrokiem stos piętrzących się przed nim książek. W dodatku bardzo trudno było mu się skupić, bo jego myśli co i raz odpły- wały w zupełnie inne rejony. Wystarczyła chwila roz- luźnienia i już zamiast liter czytanego tekstu widział roześmianą, piękną Mori Sedun w kremowej balowej sukni. Przypomniało mu się, jak posmutniała, gdy po- wiedział, że musi wracać z kapitanem do domu. Była wtedy taka… Trzasnęła uderzona wiatrem okiennica. Dark drgnął i na nowo spróbował się skupić na opisie wioski plemiennej w suchej dolinie Ngur. Obiecał sobie, że jeśli skończy tę książkę do wieczora, to przed snem będzie mógł przeczytać kilka stron z jedenastego tomu Księgi wspomnień kapitana Holmana. A dokładnie ten fragment, kiedy Mori wkracza na „Roxilonę”. 9. Deszcz garściami uderzał o szyby. Wysokie świerki na wzgórzu Versathis pochylały swoje ciemne czuby w podmuchach porywistego wiatru. Mori patrzyła na spływające krople i miała ochotę się rozpłakać. Uczucie dojmującego smutku towarzyszyło jej prawie codzien- 42 nie. Prawie co noc płakała w poduszkę. Nie umiała so- bie znaleźć miejsca. Wszystkie książki zgromadzone w bibliotece Versathis dawno przeczytała. Niektóre po kilka razy, mimo że już po pierwszej lekturze świetnie znała ich treść. Przestało ją bawić oglądanie kraterów na księżycu czy wnikliwe studiowanie struktury liści, traw, kwiatów albo maleńkich żuczków. Nie miała już ochoty konstruować tych różnych zabawnych urządzeń, które porzucone na półkach i na podłodze zaśmiecały jej pokój. Jej pokój! Lubiła tu kiedyś przesiadywać ca- łymi dniami, a teraz wszystko ją drażniło. Czuła się jak w klatce. Starej, zakurzonej klatce. Niebo pociemniało. Huknął grzmot. – Dość tego – powiedziała Mori. Pociągnęła za sznur od mosiężnego dzwonka. Wkrót- ce ciężki tupot nóg na korytarzu obwieścił przybycie po- kojówki. – Listynio, przynieś mi duży pusty kufer. Stary. – A po co panience kufer? – Chcę do niego spakować niepotrzebne rzeczy. Jak skończę, powiesz Gilesowi i Farlowi, żeby zabrali go na strych. – Panienka chce sama sprzątać? – Na twarzy poko- jówki ukazał się wyraz zgorszenia. – Tak. I absolutnie nie życzę sobie żadnej pomocy. Kiedy tylko kufer stanął na środku pokoju, a za Li- stynią zamknęły się drzwi, Mori z furią rzuciła się na półki. Zdejmowała z nich drewniane pudełka z kolek- cjami minerałów, muszli, piórek, okruchów porcelany i pakowała je na samo dno. Potem zajęła się swoimi wy- nalazkami – konstrukcjami z drewna, szkła i metalu. Drewniany nakręcany konik – zabawka, którą sama 43 zrobiła, chwytające światło pryzmaty, wachlarze, roz- kładające się na trzy strony. – Do kufra! Na strych! – mamrotała spocona i rozczo- chrana. Najgorszy kłopot stanowiły kolorowe płyny w zakrę- canych słojach, stojące na samej górze. Zawartość nie- których mogła wybuchnąć albo napełnić powietrze mor- derczym smrodem. Będzie musiała to wszystko wylać gdzieś na końcu ogrodu, jak tylko ustanie deszcz. Rozej- rzała się po pokoju. Książki! Nie, książki niech zostaną. I rysunki. Wyciągnęła górną szufl adę, w której trzyma- ła szkice Szklarki z wyspy Nut. Otarła zakurzone dło- nie o sukienkę, która nadawała się już tylko do prania, i otworzyła tekturową teczkę. Pełne światła i słońca widoczki zatańczyły jej przed oczami. Było coś takiego w tych akwarelach, co za każdym razem, kiedy na nie patrzyła, sprawiało, że ogarniała ją radość i pragnienie działania. Pomyślała, jak wspaniale byłoby wyruszyć gdzieś daleko, malować nieznane krajobrazy albo ludzi o egzotycznej urodzie. Tak, to właśnie chciałaby robić. Odkrywać nieznane lądy albo całe światy. Opisywać je jak wujek Ross. Zostać członkiem Królewskiego Towa- rzystwa Geografi cznego. Czy przyjmują tam kobiety? Ostrożnie włożyła rysunki z powrotem do szufl ady i za- brała się za umieszczanie w kufrze stojących na podło- dze konstrukcji. Były to miniaturowe projekty maszyn latających. Nie chciały się zmieścić. Trzeba je wyrzu- cić na śmietnik. I tak nie da rady skonstruować czegoś takiego jak ovoid, posłuszny rozkazom kierującego nim człowieka. „Nie da się wyruszyć tak od razu” – myślała, upy- chając kolejne rzeczy. „Najpierw powinnam stać się 44 bardziej samodzielna i niezależna. Tak jak Sahina. Albo jak Maiorana, Beletta i inne dziewczyny, które już dawno opuściły dom Chamomilli i same zarabiają na życie. Mogłabym malować obrazy, ozdabiać porcelanę albo tworzyć biżuterię. Nawet haftować, choć to jest za bardzo czasochłonne. Gdybym tylko nie była hrabianką Sedun!” Zabrzmiał gong na obiad. Mori zerknęła w lustro. „Wyglądam jak czupiradło. Włosy potargane i smugi kurzu na całej twarzy”. Przeszła do sąsiadującej z jej pokojem zainstalowanej niedawno łazienki, przemyła się i założyła czystą sukienkę. Idąc korytarzem, minęła Listynię. – Kufer gotowy do zabrania – oznajmiła jej. – Już, tak szybko? – Tak. Zdecydowanym krokiem weszła do jadalni i zajęła swoje stałe miejsce przy stole. Popatrzyła na rodziców. Zmartwią się. A jednak nie może całe życie mieszkać z nimi. Bycie jedynaczką jest takie uciążliwe. – Muszę wam coś powiedzieć – zaczęła zdecydowanie. Służąca wniosła wazę z zupą, więc Mori odczekała chwilę. – Chcę zamieszkać w Como. Chcę mieć przepustkę do biblioteki. Chcę na siebie zarabiać. – Dobrze – odpowiedział Scaber, nie okazując żadne- go zdziwienia. – Mamo? – Mori obawiała się, że Szklarka będzie zasmucona, ale ona tylko skinęła twierdząco głową. Osnuwał ją co prawda lekki woal fi oletu oznaczające- go melancholię, ale migotały w nim złote iskry radości i mlecznobiałe pasma ulgi. 45 – Naprawdę nie macie nic przeciwko temu? – zdziwi- ła się. – Prawdę mówiąc, spodziewałam się tego od dłuższe- go czasu – powiedziała Szklarka, patrząc na nią w za- myśleniu. – Potrzebujesz wolności. Nawet wolności od nas. Mori nagle straciła pewność siebie. – Najgorzej z tym zarabianiem… – powiedziała cicho. – Nikt nie kupi obrazów hrabianki Sedun. – Nie musisz zarabiać – zaczął Scaber – przecież… Szklarka rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie. – Możesz wystawiać swoje prace w Galerii LaOry. Musisz tylko wymyślić sobie pseudonim. Nikt się nie domyśli, że dziedziczka fortuny Sedunów i Thunberen- gów chce zarabiać na życie. – No właśnie, mamo, czy to nie jest jakieś dziwactwo? – Myślę, że większość ludzi może to tak postrzegać. – Scaber wzruszył ramionami. – To, że twoja mama po ślubie realizowała zamówienia bogatych klientów, malując dla nich porcelanowe serwisy, też było dziwac- twem. Jak również nasze małżeństwo, które, jak sama wiesz, nie przyniosło nam społecznej aprobaty. Albo przypomnij sobie Rodneya. – Na bycie sobą nie ma ceny – powiedziała cicho Szklarka. Bardziej może do siebie niż do córki. Mori łzy zakręciły się w oczach. Nie protestowali. Byli po jej stronie. Odetchnęła głęboko. Dopiero teraz poczu- ła, jak bardzo jest głodna. Zanurzyła łyżkę w pachnącej koperkiem zupie. – I naprawdę nie macie mi za złe, że chcę się od was wyprowadzić? – chciała się upewnić raz jeszcze. 46 – Och, Mori. – Szklarka pokręciła głową. – Sama naj- lepiej wiesz, jakie są nasze uczucia w tej sprawie. Prze- cież widzisz nasze kolory, prawda? Mori przytaknęła w milczeniu. – Swoją drogą, zastanawiałam się nieraz, czy to nie jest dla ciebie męczące. Czy w jakiś sposób nie odsuwa cię od ludzi? – Cóż – Mori wzruszyła ramionami – taka się urodzi- łam. Nie wiem, jak to jest – nie widzieć czyichś emocji. Chociaż… właściwie wiem, bo instruktorki nie miały koloru i od razu zorientowałam się, że są nieludźmi. Tak samo jak Arxt i Avenida, którego spotkaliśmy w książce o legendarnych bestiach. A czy mnie to oddziela od in- nych? Od tych, którzy chcą udawać innych niż są – na pewno. Szklarka pokiwała głową. Przypomniała sobie te odległe już na szczęście czasy, kiedy ona sama, pełna niepokoju o córkę, udawała spokojną i zrównoważoną, podczas gdy przepełniały ją lęki. Nie mogły się wtedy porozumieć. Dwunastoletnia Mori wydawała się taka skryta i zamknięta w sobie. Dobrze, że to już minęło. – Kiedy chcesz się prze

Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Pobierz darmowy fragment (epub)

Gdzie kupić całą publikację:

Ścieżki Avenidów, t. III /seria Blask Corredo/
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: