Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00608 008409 10491655 na godz. na dobę w sumie
Sejmmisja - ebook/pdf
Sejmmisja - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Wydawnictwo Astrum Język publikacji: polski
ISBN: 9788363758868 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> historia, militaria, wojskowość
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
'SEJMMISJA. JAK OSŁY POSZŁY W POSŁY Ronalda Kaszuba to obsceniczna, a nawet czasami gorsząca, opowieść o pośle Robercie Stonce, który uczynił sobie zawód z orientacji seksualnej.
Książka obfituje w drastyczne szczegóły z życia celebrytów, nie szczędzi też wybrańcom tłumów ostrza satyry.
Autor snuje apokaliptyczną wizję świata, w którym poseł Stonka jest znacznie bardziej skuteczny i elokwentny niż można by się spodziewać, wskutek czego mniejszość staje się wkrótce większością, opozycja partią rządzącą, a obywatele orientacji heteroseksualnej trafiają do zamkniętego getta.
Do czego doprowadzą dalsze rządy partii Jasia Gonimyszki i działalność jego najsłynniejszego posła ? Roberta Stonki?
Czy wizja świata po Sejm-misji stanie się mroczną rzeczywistością dla milionów Polaków?'
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

SEJMMISJA Ronald Kaszub SEJMMISJA JAK OSŁY POSZŁY W POSŁY e-book ASTRUM A M E www.astrummedia.pl W R O C Ł A W D I © Copyright by Wydawnictwo ASTRUM Sp. z o.o. Wszelkie prawa zastrzeżone Redakcja Joanna KotowsKa Redakcja techniczna Elżbieta bursztynowicz Projekt okładki Dacjan Domagała Żadna część tej pracy nie może być powielana i rozpowszechniana, w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób, włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów, bez pisemnej zgody wydawcy (art. 116, 117 Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 4.02.1994 r.) Zamówienia na książki można składać przez Internetową Księgarnię Wysyłkową www.wydawnictwo-astrum.pl Zapraszamy do zakupu naszych książek, multimediów, słuchowisk, poezji śpiewanej w formie e-booków i e-audiobooków na platformach cyfrowych Wydawnictwo ASTRUM Sp. z o.o. 50-374 Wrocław, ul. Norwida 19/6 e-mail: handlowy@astrum.wroc.pl ISBN 978-83-63758-86-8 Miłe złego początki Zima ścisnęła nie na żarty i końca jej nie było widać. War- szawa tego roku wyglądała jak ziemia pod reżimem Królowej Śniegu, gdzie Królewna Śnieżka i Siedmiu Krasnoludków spali dla oszczędności w jednym łóżku. Kryzys panował w kraju od lat, dlatego nawet bajki dla dzieci były kryzysowe. Mimo to gospodarka kwitła dzięki ofiarności obywateli, gotowych poświęcić naprawdę wiele dla kochanej ludowej oj- czyzny i mateczki-partii. Wszystko dla budowania nowej przy- szłości, nowego świata… Był to rok Pański, jak mawiają wierzący, którzy naliczyli sobie już tysiąc dziewięćset osiemdziesiąt osiem lat od naro- dzin Mesjasza. Śnieg padał obficie pomimo zbliżającej się wiosny i wszy- scy zastanawiali się, kiedy wreszcie skończy się ten zimny, lodowaty dopust niebios i czy aby ta anomalia pogodowa nie zwiastuje rychłego nadejścia jakiegoś innego paskudztwa. Naj- większe dziejowe katastrofy miały zawsze przyczyny natural- ne, od czasów biblijnych: potop, Sodoma i Gomora, plagi egip- skie, apokalipsa nawet… Choć przyznać trzeba, że lata komunizmu nadwyrężyły wyobraźnię rodaków w  kategorii reprodukowania coraz to nowych paskudztw i dopustów. Od tego była władza, a ta nie znosiła konkurencji. Tym bardziej, że publiczne zaglądanie do Biblii było w tej sytuacji mówiąc delikatnie: źle widziane. 5 Wszak górował w  narodzie zdrowy światopogląd materiali- styczny. A kto się wymykał tej idei i co gorsza, jeszcze się z tym obnosił, uważany był nie tyle za odszczepieńca, co wariata, bo kochana władzuchna zadbała zaraz, by delikwent ten nie mógł siać fermentu w zdrowej tkance ludowej. Na innowierców władza z jej naczelną partią PZPR i ojcem narodu w osobie pierwszego sekretarza w siermiężnej komunie miała swój własny sposób. Od czego w końcu była Służba Bez- pieczeństwa (SB)…? Ale o tym może przy innej okazji… Tak czy siak siermiężność komuny objawiała się na każ- dym kroku, między innymi szarością ulic, placów, parków i budowli. Może to nie najlepsze objawienie, ale za to poprawne politycznie. Jakie czasy, takie objawienie… I w czasie tej mroźnej zimy-wiosny, na osiedlu, w cieniu wielkich płyt, pies w  kolorze podpalanym wyprowadzał na spacer pana, ale ewidentnie rzucało się w oczy, że żaden z nich nie był z tego powodu zachwycony. Owczarek co chwilę pod- nosił łeb i odwracał się do człowieka, spoglądając w oczy ła- godnie, jakby chciał przeprosić i usprawiedliwić się: „Obiecu- ję, tylko pójdę sobie na ten skwerek, pod krzaczek, zrobię co trzeba i zaraz wracamy, do domu, do ciepłego domu. A tam możesz się nawet wsunąć z powrotem pod kołdrę i zasnąć tak słodko…” „Taaak, zasnąć słodko – myślał sobie człowiek ze smyczą w ręku – tak słodko, jak się człowiek czuje smakując poranną kawę z mlekiem i z cukrem. Przynajmniej słodkie sny nie są, póki co, na kartki…” Młodszy czytelnik z  pewnością zapyta, co to są kartki. Kartki, to wymysł ówczesnej władzy, mający na celu sprawie- dliwą reglamentację dóbr. Bo choć wszystko mamy wspólne, to dobra wspólne należy dzielić sprawiedliwie wśród ludu, by 6 nie zdarzyło się, że ktoś kupi więcej cukru, mięsa albo paliwa niż jego sąsiad. W końcu wszyscy obywatele są równi i wol- no im kupić dokładnie tyle samo wszystkiego, co da się kupić. Gdyby nie to, zapanowałby straszny bałagan i nawet trudno sobie wyobrazić skandal, gdyby okazało się, że jeden obywatel ma w domu szafę pełną cukru czy makaronu, a inny zaledwie jedno opakowanie, a i to zdobyte z trudem. Dzięki temu kraj kwitł, a ojczyzna znajdowała się w per- manentnej budowie. Każde osiedle musiało zostać zbudowane z wielkiej płyty i posiadać obowiązkowy skwerek, nawet, je- śli kompletnie burzyło to koncepcje zagospodarowania prze- strzennego. Dzięki temu wspomniany wcześniej piesek mógł sobie biegać zakłopotany po skwerku, a jego właściciel marznąć na śniegu marząc o ciepłym łóżku w swoim domu z wielkiej płyty. W tym samym mniej więcej czasie trzynastoletni Robert Stonka, chłopiec o włosach czarnych jak węgiel i posturze do- syć mizernej, dreptał do szkoły z plecakiem niewiele mniej- szym niż on sam. Podobnie jak reszta świata nie miał motywa- cji do tego, co robił. Pod tym względem można go było uznać za stuprocentowego Polaka, a nawet patriotę, bo gdyby go ktoś zapytał, z  pewnością odrzekłby, że wcale nie zamierzał się zmienić. Zbyt był chudy, mizerny i słabowity by udźwignąć na swych drżących barkach ciężar patriotyzmu. Tak mu się przy- najmniej zdawało… Kto może wiedzieć, co go w życiu czeka… Rozglądał się na prawo i  lewo jakby szukał ratunku, ja- kichś okoliczności łagodzących, oczywiście okoliczności przy- rody (innych niż śnieg po szyję, bo do tego wszyscy zdążyli się przyzwyczaić), które mogłyby odwołać lub odroczyć jego wyprawę do rejonowej placówki oświatowej. 7 Tam nigdy nie czuł się dobrze. Polonistka wciąż napomi- nała go, że bazgrze jak kura pazurem, nie zna ortografii i ma poważne problemy z  gramatyką, a  gdy już myślał, że skoń- czyła się nad nim pastwić, wtedy zaczynała odpytywać z (nie) przeczytanych lektur. Co on mógł na to poradzić, że Konrad Wallenrod mylił mu się z Kordianem, a Broniewski z Gribo- jedowem? Czy to naprawdę nie wszystko jedno? Potem miała być matematyka, i znowu te ułamki. Nauczycielka po prostu się na niego zawzięła. Bo jaki normalny człowiek komplikuje sobie życie dzieląc wszystko na kawałki? Nic go nie obchodzi- ła żadna Ala, która podzieliła jabłko na 28 części, by rozdzie- lić je pomiędzy swe liczne rodzeństwo. Czy jeśli obliczy, jaki kawałek dostało każde z dzieci, cokolwiek to zmieni w jego życiu? W takich chwilach życzył sobie tylko, żeby ta Ala z za- dania zjadła całe jabłko sama. Wtedy matematyczka nie mo- głaby się nad nim pastwić zadając głupie pytania i stawiając pałę za pałą. Gdy skończył rozważania o  szkole widział znowu tylko nagie, rozpaczliwie czarne kikuty drzew, wyciągające oskarży- cielsko szpony prosto w niebo, jak co rano, jak od lat, odkąd racjonalizatorzy posadzili je na tym osiedlu w ramach planu zagospodarowania przestrzeni miejskiej i zapewnienia zieleni osiedlowej. Tak mało słońca, tak mało kolorów na tym świecie, a blady i zmarznięty Robert Stonka pragnął widzieć wszystko na różo- wo. Co tam na różowo, to tylko jeden kolor, a chłopiec chciał się pławić we wszystkich kolorach tęczy… I trudno mu się dziwić, bo gdy na całym świecie szalała rewolucja obyczajowa, hipisi nosili długie włosy i różnobarwne stroje, jemu narzucano na grzbiet szarozielony plecak, jak ja- kiemuś harcerzowi i kazano chodzić do szkoły. A tam jedynych 8 emocji dostarczało rozgniatanie ząbków czosnku pod nogami biurka matematyczki, albo bitwa pod ławkami o  ostatniego „Donalda” ze sklepiku szkolnego. Albo przynajmniej o  „hi- storyjkę”, która warta była znacznie więcej niż sama guma… Jakże miał to wytrzymać…? – Hej, mała?! – usłyszał nagle ochrypły głos dryblasa, sie- dzącego na oparciu ławki z nogami na siedzeniu. Był starszy, wyglądał na dwadzieścia lat, miał czarną, weł- nianą czapkę, szorstką szczecinę na twarzy i  czerwone ręce świadczące o tym, że nie dbał o siebie choćby na tyle, by nosić rękawiczki. Nie był wystrojony, ale w porównaniu ze Stonką, który wstydził się spłowiałego kołnierzyka i wytartych man- kietów kurtki po starszych kuzynach, dryblas prezentował się nad wyraz korzystnie. Wszystko było na nim czyste i niepo- rwane, może nawet nowe, a w butach z całą pewnością nie było ani kawałka waty, którą Robercik wypychał zbyt duże kozacz- ki po starszej siostrze. – Mała to jest twoja pała! – odkrzyknął Stonka i zadowo- lony z siebie przyspieszył kroku, bo wreszcie miał ku temu mo- tywację. „Ale mu odpowiedziałem, teraz będzie się miał z pyszna” – cieszył się chłopiec. Słyszał tę odzywkę od koleżanki z klasy. Była niskiego wzrostu i w całej szkole dokuczali jej krzycząc za nią: „mała”. Tylko on jeden ze wszystkich rówieśników był od niej niższy. Dryblas zeskoczył z ławki i zaszedł bezbronnemu Stonce drogę. Ten chciał się odwrócić i uciec, ale nogi pod nim ze- sztywniały i nie mógł się ruszyć. „O mamo, ależ będzie łomot” – pomyślał Stonka i już przy- gotowywał się psychicznie na ból wybijanych zębów. Dryblas przypatrywał mu się badawczo: 9 – Ładny jesteś – powiedział w końcu. – Tak naprawdę to wiedziałem, że nie jesteś dziewczyną, ale tylko tak się z tobą droczyłem. Podobasz mi się, no chodź… Wyciągnął do trzynastolatka dłoń wielką jak łopata. – Dokąd iść? – zapytał jeszcze bardziej przestraszony Stonka. Spodziewał się, że dryblas zabierze go na tamten świat, albo gdzieś, gdzie będzie musiał zmywać korytarz sznurówką, albo pastować hektary podłogi szczoteczką do zębów. Od par- teru po piętnaste piętro. O mamo! To może już lepiej niech mu od razu włoży głowę do sedesu i spuści wodę. Chwila grozy, potem się umyje, osuszy i po wszystkim… – rozmyślał. – Nie pytaj tylko chodź! – szarpnął go za rękę, po czym nachylił się nad chłopcem, odsłonił rąbek czerwonej czapki Stonki i szepnął mu prosto do ucha: – No chodź… Robercik poczuł na małżowinie gorący powiew jego od- dechu. „O  Boże jedyny… O  Jezusie… O  Matko Boska i  wszy- scy święci… – pomyślał Stonka już ciągniony przez dryblasa w nieznanym kierunku. – Co on mi teraz zrobi, przecież on mi nogi z dupy powyrywa…!” Wbrew przypuszczeniom dryblas nie zaciągnął chłopaka w żadną ciemną uliczkę (może dlatego, że o ósmej rano trochę trudno taką znaleźć) ale do mieszkania w bloku, na dziewią- tym piętrze, na szczęście z windą, na sąsiednim osiedlu. – Lubisz herbatę? – zapytał dryblas odpinając guziki i zdejmując kurtkę. – Bo ja bardzo. Mama właśnie kupiła całe pudełko „yunnana” i mamy świeżą esencję, mogę ci zrobić… Stonka nawet nie słuchał. Szeroko otwartymi oczami roz- glądał się nieśmiało po boazerii w przedpokoju, zielonych ta- petach w pokoju naprzeciwko łazienki i żółtych ścianach w po- 10 koju gościnnym. Przez uchylone drzwi trzeciego pokoju widać było różowe tapety w białe, kwiatowe wzorki, a czwarty pokój był zamknięty. Nie przyjrzał się nawet dokładnie masywnym drzwiom, bo tymczasem gospodarz zdarł z niego kurtkę, po- rozpinał buty i nałożył na stopy zbyt duże, czarne, zrobione z dermy, kapcie z szarą, filcową wklejką w środku. Żeby je zało- żyć Stonka musiał się oprzeć o wielki regał w stylu „wczesnego Gierka”, oczywiście na wysoki połysk, z mnóstwem kryszta- łów i, nie wiadomo czyich, pucharów i statuetek w witrynce, zajmującej niemalże całą ścianę w dużym pokoju. Oprócz tego były tam stłoczone dwa serwisy: obiadowy i  kawowy – oba zdobione w eleganckie różyczki i złote szlaczki na obwódkach filiżanek i talerzy. – Nie ten pokój, przejdziemy do mojego – rzekł gospodarz wyprowadzając go z powrotem na korytarz i wskazując doce- lowe drzwi. Robercik nieśmiało podreptał w tamtym kierunku i naci- snął klamkę. – Ty się nic nie przejmuj – uspokoił go dryblas, kładąc mu rękę na ramieniu. – Stary jest w delegacji, a matka, korzystając z okazji, poszła na zakupy. Potem pójdzie do fryzjera i kosme- tyczki, potem na kawusię z psiapsiółkami, do wieczora mamy ją z głowy, nikt nam nie będzie przeszkadzał… Siedzieli właśnie w tym trzecim pokoju o różowo-białych ścianach. W zamkniętym pokoju obok mieścił się gabinet ojca Wiesława, bo takim imieniem przedstawił się dryblas. Ojciec był jakimś ważniakiem i nie wiadomo, co trzymał w swoim pokoju, za to wiadomo było, że nikomu nie wolno tam wcho- dzić. Wiesław usiadł bardzo blisko Roberta. Spojrzał Stonce głę- boko w oczy i mrugnął: 11 – Eeech, naprawdę jesteś ładny – powiedział znowu. – Ja to mam oko. Będą mi ciebie zazdrościć na całej dzielnicy… Stonka spojrzał zdziwiony, nic nie rozumiał. Dryblas wi- dząc to zaczął wyjaśniać: – Tak naprawdę to tylko tak mówię. Nikt mi nie będzie zazdrościł, bo ja nie mam żadnych kolegów ani znajomych… to znaczy, mógłbym mieć, ale ja nie chcę się zadawać z byle kim. A tym, którzy chcą się ze mną przyjaźnić zależy tylko na wpływach i pieniądzach mojego starego… Monolog ten niewiele rozjaśnił w  głowie gościa, jednak Wiesław nie bacząc na to kontynuował: – I raczej nie będę się mógł z tobą nigdzie pokazać. W tym kraju takich jak my się nienawidzi, wyśmiewa, opluwa, a nawet bije… Stonka nie bardzo mógł sobie wyobrazić, że ktoś mógł- by pobić tego dryblasa o  rękach długich jak styliska łopaty i dłoniach jak łychy koparek. I dlaczego on mówi: „my”? Jacy my? Przecież powiedział, że nie ma żadnych znajomych. A nie może mieć na myśli jego, przecież oni dwaj nie mają ze sobą nic wspólnego… – Aaale… ja muszę do szkoły, na lekcje… – bronił się nie- śmiało trzynastolatek. – Dzisiaj mam klasówkę z matmy, nic nie umiem, ale jak nie pójdę to dostanę pałę… – Oj ty pilna pszczółko pracowita! – wykrzyknął nagle wyjątkowo cienkim jak na takiego dryblasa głosem. – Jak nic nie umiesz to i tak dostaniesz pałę. A zresztą, co ty się tak szko- łą przejmujesz, przecież szkoła ci nie ucieknie, jak chcesz to mój ojciec załatwi ci taką szkołę, jaką tylko będziesz chciał, nauczyciele będą ci się w pas kłaniali i mówili do ciebie „proszę pana”… Uśmiechnął się i dodał przeciągłym głosem: 12 – A ze mną widzisz się po raz pierwszy, to chyba wiado- mo, co jest ważniejsze. Zresztą, tutaj też możesz dostać pałę… I przekonasz się, że wcale nie jest mała… Ostatnie zdanie znowu wyszeptał Stonce przeciągle do ucha tak, że ten aż się wzdrygnął, zerwał z  kanapy, na któ- rej został uprzednio usadzony i chciał wybiec z tego obcego mieszkania, lecz gospodarz szturchnął go paluszkiem w ramię i obalił z powrotem na twarde podgłówki. – A coś ty taki nerwowy, pieseczku? – zapytał. – W twoim wieku to niezdrowe! Ty powinieneś tryskać energią, radością, cieszyć się życiem. Chcesz, to ci puszczę płytę, mam wszystko z polskiej muzyki… ale to pewnie znasz, na okrągło w radiu leci, do zarzygania… mam też Queen i Amandę Lear… znasz Amandę Lear? Stonka potrząsnął głową. – Mam też Ninę Hagen, ojciec przywiózł z NRD, Diaman- dę Galas… co tylko sobie życzysz… Stonka milczał jak zaklęty, ale dryblas szczerzył żółte zę- biska, zadowolony z siebie i bynajmniej nie zbity z tropu wy- krzyknął nagle: – Gapcio ze mnie! Przecież ja miałem zrobić herbatę! Już idę do kuchni nastawić wodę! Poczłapał na paluszkach do kuchni, co przy jego postu- rze wyglądało dość komicznie, a tymczasem Stonka zaczął się rozglądać za ewentualną drogą ucieczki. Nie zdążył się jednak dobrze rozejrzeć, gdy dryblas cofnął się nagle, zajrzał przez fu- trynę drzwiową do środka i rzekł: – Tylko mi nigdzie nie uciekaj… „No i mam pasztet… – pomyślał Stonka. – Czego ten dzi- wak w ogóle ode mnie chce? Utknąłem na dobre i nawet zadka od kanapy oderwać nie mogę…” 13 Ta ostatnia myśl przyszła mu do głowy zdecydowanie w złą godzinę, bo gdyby tylko wiedział, co go czeka i do czego to wszystko prowadzi, z pewnością wolałby trzymać swój za- dek bezpiecznie wtulony w podgłówki tak, aby nikt z żadnej strony nie miał do niego dostępu… Tymczasem Wiesław przybył z herbatą w szklankach, któ- re ustawił ekwilibrystycznie na przejrzystych spodkach. Z po- wodu braku uchwytów do szklanek, picie gorącego napoju też wymagało nie lada talentów akrobatycznych. Stonka nie był jednak zainteresowany piciem. „Chyba mi tam nie napluł – myślał. – Przecież mógłby mi dokuczyć na tyle innych sposobów… Jak mnie otruje to będzie musiał się pozbyć ciała, a to nie takie łatwe…” – Mamy nawet cukier do herbaty, mój ty dziubasku… i ciasteczka – powiedział stawiając na stole cukiernicę i kładąc obok rulon wedlowskich delicji, wymachując przy tym głową to w lewo, to w prawo, eksponując i tak już wystający nos. „Zachowuje się jak moja babcia z  Krosna, gdy przyjadę do niej na święta” – pomyślał Stonka, lecz tymczasem dryblas zdążył się przysiąść tuż obok niego na kanapę, dotknął jego włosów, szyi, dłoni… Nagle Stonka poczuł szorstki, wilgotny język, wkręcają- cy się w jego ucho. Co to do cholery miało znaczyć?! Z całą pewnością babcia z Krosna nigdy nie wpadłaby na taki durny pomysł…! Przestraszył się i chciał uciec, próbował opędzić się jak przed gzem, ale dryblas przygwoździł małe ciałko Roberta uściskiem łap, wielkich i ciężkich jak bochny chleba. Chciał krzyczeć, ale słodki i gorący od herbaty język już znalazł się w jego ustach. Nie mógł wrzeszczeć, a bał się, że zaraz się udu- si. Nawet się nie spostrzegł, gdy jego rozpięte spodnie zostały zsunięte przez kolana, kostki i wylądowały na gustownym per- 14 skim dywanie z NRD. Stonka zawstydził się, bo miał na sobie niezbyt wyjściowe majtki. Z tyłu i z przodu widniały zażółce- nia, których matka nie była w stanie doprać ręcznie, a nie było ich stać na pralkę. Jednak dryblas nie zwracał wcale uwagi na majtki, bo wkrótce i te wylądowały na dywanie, obok spodni. Tak sprytnie go obracał, że Stonka nawet się nie spostrzegł, jak znalazł się tyłem do dryblasa, nieco pochylony i wypięty, dry- blas zaś zaczął gładzić dłońmi jego pośladki i wsuwać pomię- dzy nie wilgotny język. „Fuj! – pomyślał Stonka. – Jak on w ogóle może robić coś takiego…? Przecież to obrzydliwe! Mam nadzieję, że nie będę musiał odwzajemniać mu się tym samym… Jeśli kąpie się raz na tydzień, tak, jak ja, to tam musi mieć niezły gnój… O Boże, dziś jest czwartek, a w większości domów dzień kąpieli to so- bota…” – rachował rozpaczliwie i nieco zażenowany, że ktoś oblizuje ze smakiem jego niezbyt domyty tyłek. – Rozluźnij się – powiedział dryblas cicho i jakby czule. – Pomyśl, jak ci jest teraz dobrze… – Wcale mi nie jest dobrze! – wykrzyknął Stonka i szarp- nął się jakby chciał uciekać, ale dryblas przygwoździł go zno- wu całym ciężarem wielkiego cielska. – To dlatego, że to twój pierwszy raz – szepnął znowu, de- likatnie kąsając go w małżowinę uszną. – Za pierwszym razem zawsze trochę boli, ale obiecuję, że będę delikatny i postaram się, żeby było miło. Zobaczysz, następny raz przyniesie ci już rozkosz, jakiej się nawet nie spodziewasz… Rozluźnij się, wte- dy mniej boli… im bardziej się rozluźnisz, tym głębiej w ciebie wejdę i tym większą poczujesz rozkosz… tam, w środku… zo- baczysz, zaufaj mi… Stonka bynajmniej nie miał zamiaru zaufać dryblasowi, ale na wszelki wypadek postarał się choć trochę rozluźnić z na- 15 dzieją, że to, co miało go zaraz czekać, rzeczywiście będzie go wówczas mniej bolało. Spodziewał się najgorszego… Tamten przestał już wwiercać mu się w  pupę językiem, więc Stonka odetchnął z ulgą. Ale nie było powodów do rado- ści, bo chłopiec nagle z przerażeniem poczuł jakiś twardy, gorący przedmiot, ocierający się o wlot odbytu. „Jak to? Dlaczego? Cze- mu akurat tam? Co on chce zrobić? Przecież… ja chcę kupę…!” Stonka ujrzał dłonie dryblasa sięgające do nocnej szafki po pu- dełeczko z wazeliną i usłyszał kliknięcie zdejmowanego wieczka. – Rozluźnij się… rozluźnij się… – szeptał dryblas. „Łatwo ci powiedzieć, tobie nikt nie gmera wokół tyłka – pomyślał Stonka. – Rozluźnij się, rozluźnij się, to znacznie mniej zaboli” – powtórzył sobie w myślach i gdy tylko wyda- wało się, że udało mu się nieco rozluźnić, poczuł, że dryblas wsunął mu to coś prosto do pupy. Pośladki chłopca natych- miast zacisnęły się kurczowo. – Oooooooch! – jęknął dryblas wprost do ucha Stonki, który poczuł w pupie nagłe pulsowanie gorącego drążka i jak- by rozpieranie ciepłej materii, wylewającej się w środku obfity- mi strumieniami… „To straszne! To obrzydliwe! Co on mi zrobił?! Co on mi tam włożył?! To nie jest palec ręki ani żaden przedmiot! Czy to jest…?! Nie, to niemożliwe, nie wierzę! Jak można w ogóle robić coś takiego…!” Stonka nawet się nie spodziewał, że to, co zaszło, stanowiło dla dryblasa zaledwie preludium. – Cudowny jesteś! – szepnął mu znowu do ucha. – Taki ciasny, niewinny… Widzisz jak bardzo cię pragnąłem, tylko w ciebie wszedłem i od razu wystrzeliłem… A on wciąż stoi, czujesz jaki jest twardy…? Stonka czuł tylko rozdzierający ból, gdy dryblas próbo- wał wpychać mu swojego sterczącego pręta coraz głębiej i głę- 16 biej. Zacisnął zęby i starał się nie krzyczeć, choć ból był nie do zniesienia, jakby dryblas chciał mu porozdzierać wszystkie wnętrzności, jelita, dostać się do wątroby… „Rozluźnić się, wtedy będzie mniej bolało…” – powtarzał sobie zaklęcie. * * * Jakże piękny byłby świat w swej naturalnej formie, gdyby człowiek nie ingerował brutalnie i ordynarnie w boskie dzie- ło stworzenia. Drzewa i  rośliny, zwierzęta, glony i  porosty, wszystko: fauna i flora, dziko rosnące i uprawne, gadzina dzika i hodowlana, a człowiek żyje i rozmnaża się i czyni sobie zie- mię poddaną, jak było na początku, teraz i zawsze i na wieki wieków… Tak było… * * * … w sadach renety i renklody, zdrowe, bez oprysków, a na drabinach owoce zbierały młode dziewczyny, zdrowe, i ponęt- ne. I wszędzie rozlegał się odgłos zdrowego chrupania zębów, wbijających się w owoce z takim apetytem, z jakim robak za- biera się do pałaszowania świeżej sosnowej trumny z młodą dziewczyną w środku. Z pól dobiegał jedynie tępy odgłos oko- pywania buraków i  towarzyszący mu nieraz, po dwudziestu godzinach nieustannej harówki, głuchy stukot osuwających się na glebę ciał co słabszych dziewcząt. Zarówno owoce i warzy- wa, jak i dziewczęta, zdarzały się niekiedy robaczywe wskutek naturalnej hodowli, jednak sama natura najlepiej reguluje te 17 kwestie tak, aby przyszłym pokoleniom przekazywać jedynie to, co krzepkie jak rzepa i godne przekazania potomstwu. Nikt wtedy nie myślał o zapłodnieniu in vitro ani innych nienaturalnych wyskokach. Naukowcy spali smacznie w swo- ich laboratoriach i co najwyżej, gdy się nieco przebudzili, opra- cowywali nowe sposoby mieszania kompostu, by wyhodować bardziej dorodne i zdrowe rzepy. Dzieci rodziły się w sposób naturalny, gdyż tak mężowie, jak i  niewiasty, byli zdrowi, płodni i czynili sobie ziemię poddaną. Oczywiście nie warto żałować słabszych jednostek, że psu- ją nam statystykę. Co silniejsze i  zdrowsze okazy zostawały w przyszłości żonami i matkami najbardziej zasłużonych pro- minentów, w takiej właśnie kolejności. Zdarzały się wszakże odstępstwa od reguły, zgodnie z powiedzeniem, że mężczyzna jest jak puchar przechodni, w  miarę upływu wieku w  coraz młodszych rękach. Jak na ten przykład pewien staruszek, który poślubił kole- żankę własnego wnuka, w dodatku jedną z tych, co ledwie była w stanie utrzymać motykę na redlinach, ale nie o tym chcie- libyśmy mówić. Zresztą obywatel ten był artystą, może nawet aktorem, w  dodatku sławnym, zatem wybaczyć mu należy pewien stopień wynaturzenia, tym bardziej, że wspomniany nieszczęśnik już od pewnego czasu nie żyje, a wdowa po nim odziedziczyła spory spadek. Co tu mówić. Pięknie było. Zwierzęta w lasach mnożyły się na potęgę, bez żadnych odgórnych regulacji, natura sama robiła porządek w liczebności stad rysi i zajęcy, czy bażantów i biedronek. W każdym domu mąż i żona otoczeni wianuszkiem dzia- tek, żyli uczciwie z ciężkiej pracy rąk swoich i niekiedy również i umysłów. Czyż nie był to piękny świat? 18 Ano, piękny był ten świat, tak urządzony, zgodnie z zamy- słem Boga Ojca i Matki Natury. Jednak mógłby się stać jeszcze piękniejszy, pomyślał sza- tan w postaci węża drzemiącego na Drzewie Wiadomości Do- brego i Złego. Trzeba tylko kogoś do tego namówić, by wraz ze mną zmienił ten świat, świat Boga, mądrali. Gdy zobaczył pod drzewem Ewę-rodzicielkę, zsunął się w dół, wprost do jej szyi, i szepnął jej kokieteryjnie do ucha: – Warto by to i owo pozmieniać w tym Raju, udoskonalić i poustawiać tak, jak się tobie i Adamowi żywnie podoba: wasze dzieci, wnuki i następne pokolenia mogą wyhodować grejpfru- ty bez pestek, pomarańcze bez skórek. A kobiety będą takie… Tu mrugnął porozumiewawczo do Adama, który stanął z boku i zaczął przysłuchiwać się rozmowie. Wąż zadbał, by znaku porozumiewawczego nie zauważyła będąca nieco przy kości Ewa i szeptał nadal: – Baby będą do wyboru, do koloru. Żółte, czarne i brązo- we, wszystkie ładnie opalone, żadnej bladej. Blondyny, brunetki, rude, nawet niebieskowłose, zielonowłose, fioletowe… bez grama tłuszczu na ciele, za to z silikonem w wargach i klatce piersiowej. Adam tylko się zadumał, a podejrzliwa Ewa zbliżyła się, by lepiej słyszeć cichy syk węża: – Kury znosić będą co rano kwadratowe jaja wprost do odpowiedniej przegródki w  wytłaczance, a  wieczorem same rozbierałyby się do rosołu i  krokiem defiladowym wkracza- ły do samochodu-chłodni, uprzednio skręciwszy sobie kark, żeby w ubojni było mniej pracy… Kobiety o prostych jak brzeg ekierki biodrach i mężczyźni z gustownymi wcięciami w ta- lii marynarki, której poły wyglądają od dołu jak baskinka; wszyscy obowiązkowo wygolili uprzednio nogi, ręce, krocza i ewentualnie – klatki piersiowe. W takim świecie nie byłoby 19 miejsca na przypadek, bałagan czy nieprzewidziane trudności, gdyż byłby to świat idealny… Tak kusił naszych prarodziców zbuntowany anioł-szatan- -cherubinek, ojciec kłamstwa i książę ciemności, lecz przede wszystkim pierwszy miłośnik kobiet i mężczyzn, babiarz i bi- seksualista w jednej osobie. Pra-założyciel miast Sodomy i Go- mory, twórca grzechu sodomskiego, kochanek ludzi w  nich mieszkających. A był to ludek o zatwardziałych sercach, peł- nych fałszu, skorych do popierania złoczyńców, wyniosłych, nie wspierających ubogich i  nieszczęśliwych. Mieszkańcy ci miłowali wszelkie zbytki, pychę i obrzydliwość (hebr. towebah do czego to się odnosi?). * * * Czy nie byłby to piękny sen? Zbyt piękny by mógł być prawdziwy – powie niejeden, i będzie miał rację, zbyt piękny to sen, zbyt piękny… Zatem dobranoc moi drodzy, i niech wam się przyśni pięk- ny świat, idealny, skrojony jak raz na waszą miarę, wprawnie i pięknie jak marynarka unisex z obowiązkową baskinką. Dobranoc, dobranoc… * * * Nic się nie dzieje bez przyczyny. Jak po zimie jest wiosna, po wiośnie lato, potem jesień, a po jesieni znowu zima, tak po roku dwa tysiące dwunastym przyszedł dwa tysiące trzynasty, potem dwa tysiące czternasty, dwa tysiące piętnasty i tak dalej… 20 Brzuszek Marysi też nie urósł bez żadnej przyczyny, choć w mieście, z powodu oświetlenia komunalnego, nie było wi- dać ani pierwszej, ani w ogóle żadnej gwiazdki, a i o mędrców coraz trudniej, mimo że prywatne uczelnie mnożyły się tak, jakby były rzeczywiście potrzebne. Mnożyły się też coraz to nowe partie i ugrupowania w Sej- mie, a każde następne było bardziej dziwaczne od poprzed- niego. I  tak: swoje własne partie miały feministki, mniej- szości seksualne, ekolodzy, wegetarianie, obrońcy zwierząt, sportowcy – w tym oddzielnie rowerzyści, piłkarze, narciarze i hokeiści, a nawet miłośnicy pierogów czy chleba z dżemem. Sytuacja stała się na tyle absurdalna, że z każdym dniem spo- dziewano się wielkiego przewrotu, a to nie wróżyło nic do- brego. Życie jednak toczyło się dalej i domagało się respektowa- nia wszystkich swoich praw i potrzeb. Codziennie musiało być śniadanie, obiad i  kolacja, a  wieczorem każdy szanujący się obywatel udawał się na spoczynek z nadzieją, że kolejny dzień nie będzie gorszy od poprzedniego. – Jak myślisz, zdąży się urodzić zanim się wszystko po- zmienia? – zapytała Marysia gładząc się po ledwie co za- okrąglonym brzuszku. – Bo jak już się pozmienia to tylko na gorsze. W tym kraju nic nigdy nie zmienia się na lep- sze… – Daj spokój, to będzie silny chłop, w  końcu, mój syn! – Kacper energicznie poczochrał żonę po głowie, tak jak się czyni raczej w stosunku do jakiegoś kumpla niż kobiety, a tym bardziej żony i matki swego nienarodzonego dziecka. To tylko jeszcze bardziej rozsierdziło Marysię. – A skąd ty w ogóle wiesz, że to będzie chłopiec, przecież jeszcze za wcześnie na badanie? – zapytała oschle. 21 – Wiem i już. To będzie mój syn i on zrobi porządek z tymi wszystkimi tu… żadnych różowych apaszek ani manikiuru… – rozmarzył się. – Czyli do wyboru zostają hipsterskie okulary plus broda albo łysy łeb skina… – roześmiała się, po czym dodała pod nosem. – I akurat z całą pewnością urodzi się łysy, nawet jeśli będzie dziewczynką. – A ty byś pewnie wolała, żeby był metroseksualny, a w ra- mach hobby defilował w  paradach równości z  tęczową flagą w dłoni, co? – szydził. – Co ja słyszę?! – oburzyła się kładąc obie dłonie na brzu- chu. – Zamierzasz dyskryminować nasze dziecko zanim się jeszcze urodzi?! Jesteś podły! Męski szowinista! – Daj spokój – Kacper tylko machnął ręką i usadowił się na fotelu celem bardziej komfortowego siorbania herbaty. – Zresztą i  tak nie będzie żadnej rewolucji, tak tylko gadali. No bo powiedz ty mnie, jak mniejszość może przegłosować większość? Przecież chyba jest demokracja nie? Marysia ziewnęła. – Ano jest, jest, niestety… – Jak to niestety? A ty co byś wolała? – oburzył się. – Nie wiem, co bym wolała, ale wiem, że Adolf Hitler doszedł do władzy w  wyniku demokratycznych wyborów. A  to chyba wystarczający dowód przeciwko niej – rzekła wgryzając się w eklerkę rozłożoną na części i zaczynając od kremu. – Problem polega tylko na tym, że nikt nie wymyślił rozwiązania lepszego od demokracji… I  tak od antyku… wtedy demokratyczny senat przegłosował otrucie Sokrate- sa… – A ty nie za dużo filozofujesz w swoim stanie? – zapytał zmęczony słuchaniem jej wywodów. 22 – A według ciebie jak kobieta zachodzi w ciążę to się jej włącza blokada myślenia? Że już jak w ciąży to głupia, tak? – histeryzowała plując z pełnymi ustami. – Daj spokój – mruknął Kacper. – Po prostu uważam, że kobiecie, prawdziwej kobiecie, nie przystoi tak gadać o demo- kracji… o polityce w ogóle. To nie dla kobiet… – Według ciebie polityka nie jest dla kobiet? – zapytała biorąc się pod boki. – No… tak mi się zdaje… gdy popatrzę na te posłanki… czy z lewa, czy z prawa, to one jakieś takie niezbyt kobiece… te bokserskie twarze… – skrzywił się. – No przykro mi bardzo, ale jeśli marzą ci się w Sejmie zgrabne blondyny, gwiazdki porno, to trzeba się było urodzić we Włoszech… – odcięła się. – A ja cię ostrzegam, że takie lek- ceważenie kobiet może się dla ciebie źle skończyć! – pogroziła mu palcem z miną jak najbardziej poważną. – Co do tego to akurat nie mam najmniejszych wątpliwo- ści… niestety… – mruknął chmurnie, po czym dodał: – Zresz- tą, jak jesteś taka mądra, to możesz to udowodnić, choć, za- gramy… – sięgnął do regału i wyciągnął kilka pudełek z grami planszowymi. Zadowolony z siebie podsunął jej pod nos jedno z pudełek z nadzieją, że zajmie czymś żonę i dzięki temu zdobędzie choć kilka chwil spokoju. Marysia zlustrowała pobieżnie wszystkie pudełka, po czym kilka z nich niechętnie odrzuciła na bok. Kacper wybrał w końcu jedną z gier. – Nie, nie tę, weź tę fioletową, ta jest polityczna…! – po- uczała go. Wkrótce puste szklanki po herbacie i talerzyki po ekler- kach wylądowały na podłodze pod ławą, a na stole została roz- łożona plansza do gry, pionki, kostki… 23 Twarze małżonków zastygły w wyrazie skupienia, a Ma- rysia nawet naprzemiennie zaciskała zęby i zagryzała wargi, rzucała też w stronę męża wściekłe spojrzenia, jakby chciała powiedzieć: „Już ja ci pokażę rewolucję, ja ci pokażę Sejm-mi- sję…” 24
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Sejmmisja
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: