Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00317 008169 13405240 na godz. na dobę w sumie
Sekret Chloe - ebook/pdf
Sekret Chloe - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 316
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 9788323875994 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Anglia okres regencji Pozbawiona środków do życia, mimowolna bohaterka rodzinnego skandalu, Chloe pozostaje na łasce krewnych. Z oddaniem opiekuje się ich dziećmi, ale bywa traktowana jak służąca. Przyjazd przystojnego Patricka Ramseya sprawia, że Chloe uświadamia sobie, iż jej życie jest puste i jałowe i, co gorsza, prawdopodobnie takim pozostanie. To przekonanie dodaje jej odwagi. Postanawia wykorzystać zainteresowanie, jakie okazuje jej Patrick. Potajemny gorący romans z założenia ma trwać krótko; wiadomo, że bogaty arystokrata nie ożeni się z ubogą starą panną. Tymczasem sytuacja się komplikuje…

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

® 3 8 0 9 3 3 S K E D N I T A V 0 M Y T W Ł Z 9 9 0 1 A N E C 7 0 / 1 0 1 R N , 01-RH-2.indd 1 01-RH-2.indd 1 11/20/06 11:41:30 AM 11/20/06 11:41:30 AM Paula Marshall Sekret Chloe dla ka(cid:380)dej kobiety, ka(cid:380)dego dnia(cid:8230) Wi(cid:281)cej informacji znajdziesz na www.harlequin.com.pl Paula Marshall Sekret Chloe Tłumaczyła Krystyna Klejn Drogie Czytelniczki! U progu nowego roku składam Wam wszystkim najserdeczniejsze życzenia - oby los się do Was nieustannie uśmiechał. Nowy rok rozpoczniecie z dwiema znakomitymi i popularnymi autorkami romansów historycznych: Paulą Marshall i Anne Ashley. Paula Marshall wyjawi Sekret Chloe. Ta inteligentna i urodziwa kobieta, przybita swą trudną życiową sytuacją, pewnego dnia wysoko unosi głowę i postanawia cieszyć się życiem. Co z tego wyniknie? Zachęcam do sięgnięcia po ciekawą i świetnie napisaną powieść. Z kolei Anne Ashley zdradzi, kim jest Tajemniczy opiekun młodziutkiej Sarah. Ona sama bardzo chciałaby go poznać. W końcu jej się to udaje, choć w niecodziennych okolicznościach. Niestety, dodatkowe komplikacje nie ułatwiają im obojgu życia, co Anne Ashley opisuje ze swadą i humorem. Harlequin. Każda chwila może być niezwykła. Czekamy na listy Nasz adres: Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa 12, skrytka pocztowa 21 Paula Marshall Sekret Chloe Toronto • Nowy Jork • Londyn Amsterdam • Ateny • Budapeszt • Hamburg Madryt • Mediolan • Paryż Sydney • Sztokholm • Tokio • Warszawa Tytuł oryginału: An Improper Duenna Pierwsze wydanie: Harlequin Mills Boon Limited, 1999 Redaktor serii: Barbara Syczewska-Olszewska Opracowanie redakcyjne: Maria Dutkowska Korekta: Zoia Firek © 1992 by Paula Marshall © 1999 Harlequin Enterprises II B. V. © for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007 Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej książce są ikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych czy umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak irmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Romans Historyczny są zastrzeżone. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: Studio Q, Warszawa Printed in Spain by Litograia Roses, Barcelona ISBN 978-83-238-2869-3 Indeks 339083 ROMANS HISTORYCZNY – 180 Rozdział pierwszy – Co ty sobie myślisz, Sereno? – wygarnęła lady Charlotte Standish swej bratanicy, lady Marchingham. – Najwyższy czas, żebyś zabrała się do szukania męża dla biednej Chloe. Co ta biedaczka pocznie, kiedy Marianne osiądzie na swoim, co z pewnością niebawem nastąpi? Ma szukać kolejnej po- sady przyzwoitki albo damy do towarzystwa u kogoś jeszcze mniej taktownego od ciebie? W końcu jest twoją kuzynką. – Doprawdy, prosi ciocia o rzecz niemożliwą – odparła Se- rena. – Niech mi ciocia powie, kto zechce wziąć taką tyczkę, na dodatek przeszło dwudziestodziewięcioletnią. Już sama myśl o tym jest niedorzeczna. – Na pewno na prowincji są obarczeni dziećmi wdowcy w średnim wieku, którym potrzeba odpowiedzialnych żon z dobrych rodzin, a niejeden oicer powracający spod Wa- terloo chciałby osiąść na stałe u boku statecznej towarzyszki życia – ciągnęła z powagą lady Charlotte. – Podsuń im Chloe. Wszak jest uosobieniem zdrowego rozsądku. – Och, na pewno – odparła z ironią Serena. – Tyle że oni Þ  þ zazwyczaj chcą czegoś więcej. Wyobraź sobie Chloe w łóżku, jeśli potraisz. Ja w każdym razie miałabym z tym trudności. Jej biedny mąż byłby zmuszony wysłuchiwać raczej poucza- jących wykładów niż westchnień. W dodatku już raz została porzucona! Dość, żeby zbić z tropu każdego kandydata. – Doprawdy Sereno, nie musisz być taka ordynarna. To nie była wina biednej Chloe, dobrze o tym wiesz. A niektó- rzy mężczyźni cenią dziewczęta o jej urodzie. – Kobiety, chyba chciałaś powiedzieć, ciociu. Chloe nie jest już młodą dziewczyną – podkreśliła Serena. – Poza tym, kto, u licha, chciałby się żenić z krzyżówką gwardzisty z sawantką? Żaden z właścicieli ziemskich w Sussex, zapewniam cię. – Dobrze się prezentuje na koniu… – zaczęła lady Char- lotte. – Nikt o tym nie wie, ponieważ nie stać jej na konia. Nie życzę sobie, żeby rozbijała się po okolicy. Ma czuwać nad Marianne, której rodzice postąpili wyjątkowo nietaktownie, umierając. Obie siedziały w wytwornym salonie Sereny w jej miej- skim domu przy Russell Square. Nie była to wprawdzie naj- modniejsza część Londynu, lecz mąż Sereny, sir Charles, zwykł mawiać: „Co jest wystarczająco dobre dla księcia Bed- ford, jest wystarczająco dobre dla mnie”. Sezon 1817 dobiegał końca i Marchinghamowie właśnie zbierali się do wyjazdu do Marchingham Place, wiejskiej re- zydencji nieopodal Sussex Downs. Tego ranka lady Charlotte, która przyszła z wizytą, dowie- działa się, że panna Chloe Transome wybrała się na ostat- Þ  þ nie zakupy ze swoją podopieczną, panną Marianne Temple. Przypomniała Serenie o jej obowiązkach wobec Chloe, ko- rzystając z tego, że są same. Chloe została zatrudniona do opieki nad Marianne, osiemnastoletnią córką kuzynostwa sir Charlesa, którzy, uży- wając słów Sereny, okazali się na tyle nietaktowni, że oby- dwoje umarli, zostawiając Marianne pod opieką sir Charlesa. Zupełnie jakby zbliżająca się do trzydziestki Serena chcia- ła mieć w swoim najbliższym otoczeniu młodziutką dziew- czynę, której widok przypominałby jej wielbicielom, że ona, Serena, nie jest już tak młoda jak kiedyś. Krytykując Chloe, zapomniała, że jest niemal jej rówieśnicą. Zerknęła ponad ramieniem ciotki w weneckie lustro. Na szczęście, pomyśla- ła z samozadowoleniem, nie jestem podobna do Chloe. Była tak pochłonięta podziwianiem swoich wdzięków, że ledwie dotarły do niej następne słowa lady Charlotte. – Bądź łaskawa się tym zająć, Sereno. Obawiam się, że zanie- dbujesz obowiązki wobec tych, którzy zostali powierzeni twojej opiece. Życie nie składa się z samych rozrywek, jak wiesz. Dzi- wi mnie bardzo, że jeszcze nie wyswatałaś Marianne. Osiemna- stolatka, ładniutka, w dodatku ze sporym majątkiem. Powinna znaleźć partię w ciągu sezonu. – Dlaczego uważasz, że to moja wina, ciociu? Zrobiłam wszystko co w mojej mocy. Ten paskudny dzieciak odrzu- cił Trimingtona, Apsleya i dwudziestu innych kandydatów, prawie tak samo dobrych. Zachciało jej się zostać żoną para, wyobraź sobie. Zwykli baroneci i bogaci właściciele ziemscy to dla niej za mało. Þ  þ – Będzie miała kłopot – orzekła lady Charlotte – W tym ro- ku niewielu parów szukało żony, w przyszłym będzie ich jesz- cze mniej. Chyba nie liczy na to, że będzie atrakcją dwa sezony z rzędu. Dziwi mnie, że Leamington się nie oświadczył. – Leamington nie przepada za młódkami, doskonale o tym wiesz – zauważyła Serena. – Już prędzej skusiłaby go Chloe niż Marianne. Jestem zdumiona, że go nie zachęciła, bo wówczas nie prosiłabyś mnie o znalezienie dla niej męża. Oświadczyła, że nie podoba jej się jego reputacja, dobre so- bie! Zupełnie jakby biedne stare panny, modlące się o męża, mogły, ot tak, odtrącić mężczyznę tak bogatego jak on tyl- ko z powodu jego postępków, choćby i godnych ubolewania. Poza tym Leamington wciąż ugania się za Emily Brancaster. Najwyraźniej woli mężatki. – Jak wielu innych – powiedziała z przekąsem lady Char- lotte. Przy tych słowach spojrzała znacząco na Serenę, która udawała, że nie rozumie, co ciotka ma na myśli. Lady Char- lotte nie ciągnęła tematu, dodała tylko ze smutkiem: – Za- prosiłaś do Marchingham kogoś odpowiedniego? – W domu będzie pełno tych, których, twoim zdaniem, powinnam podejmować, by przyjść z pomocą Chloe, i kan- dydatów na męża dla Marianne. Co za nudy. Mam swoje własne życie, jak wiesz. Ale tak, zaprosiłam sir Patricka Ram- seya – przystojny za dwóch, a bogaty za trzech. Można było- by pomyśleć, że Marianne rzuci się na niego, ale… – … on nie jest parem – zakończyła lady Charlotte, do- dając sprytnie: – Zaprosiłaś go ze względu na Marianne czy na siebie? Þ  þ – Dajesz posłuch plotkom, ciociu. – Tylko wtedy, gdy dotyczą mojej rodziny – odparła lady Charlotte. – Uważaj, Sereno. Twój mąż może stracić cierp- liwość. – Charles nie ma pojęcia, co robię, i wcale go to nie intere- suje. – Serena wydęła wargi. – Ma spadkobiercę i żonę prezy- dującą przy stole, i to mu wystarcza. Gdybym wiedziała, jaki się z niego zrobi nudziarz, pomyślałabym dwa razy, zanim za niego wyszłam. – Charles ma dobre serce. Radziłabym ci jednak tego nie nadużywać. Nie, nie obruszaj się na mnie. Pamiętaj, nawet Charles może wybuchnąć, jeśli plotki staną się zbyt głośne. – Zaufaj mi. – Serena pomyślała, że ciotka z roku na rok staje się bardziej wścibska. – Właściciel ziemski w średnim wieku dla Chloe, tytuł dla Marianne, a jak się z tym uporam, znajdę trochę czasu nawet dla Charlesa. Ciotka musiała się tym zadowolić, a pojawienie się Chloe i Marianne, które właśnie wróciły z zakupów, położyło kres dalszym radom i spekulacjom na temat przyszłości obydwu panien. Chcąc nie chcąc, lady Charlotte musiała przyznać, że uwagi Sereny na temat wyglądu Chloe były usprawiedliwio- ne. Wyglądała raczej na czterdziestolatkę niż trzydziestolatkę, a w zderzeniu z zalotną, czarującą Marianne wydawała się jeszcze bardziej wyniosła niż w rzeczywistości. Na dodatek Chloe była zbyt wysoka, nawet jeśli szczyciła się wyjątkowo dobrą postawą – miała idealnie proste plecy i godny podziwu sposób trzymania głowy. Regularne kla- Þ 10 þ syczne rysy twarzy i platynowe włosy, chociaż uczesane nie- modnie, były jej atutem. – Jestem zła – oznajmiła Marianne. – Nie pozwoliła mi kupić tego, co mi się podobało, i zmusiła mnie do wybrania czegoś zupełnie innego. – To, co ci się podobało, nie było odpowiednie dla pan- ny, która dopiero co została wprowadzona do towarzystwa – orzekła Chloe, całując ciotkę w policzek. – Nie zaakceptowałaś niczego, co wybrałam – burknęła urażona Marianne. – Cóż, materiał, który wybrałaś jako drugi, nadawał się w sam raz dla amazonki w amiteatrze Astleya, a skoro tam nie występujesz, pomyślałam, że zwyczajny biały będzie od- powiedniejszy – odparowała Chloe. Nieraz, tak jak tego ranka, miała ochotę wytargać Marianne za uszy, lecz ubo- ga krewna, której zależy na utrzymaniu posady opiekunki bądź damy do towarzystwa, musi akceptować kaprysy pod- opiecznych. Ustawiczne pilnowanie się, trzymanie języka za zębami po to, by zachować stanowisko płatnej podwładnej, być na- gradzaną, a nie karaną, rozwinęły w Chloe umiejętność sa- mokontroli. – Będziecie gotowe do wyjazdu na wieś pod koniec tygo- dnia, Chloe? – zapytała Serena. – Po londyńskim sezonie na wsi będzie śmiertelnie nudno – powiedziała ze złością Marianne. – Nie całkiem – zauważyła Chloe spokojnie. – Na pewno Serena zaprosiła wielu interesujących gości. Þ 11 þ – To prawda – przytaknęła Serena. – Sir Patrick Ramsey obiecał, że przyjedzie natychmiast, jak się urządzimy, więc rozrywek nie zabraknie. Chloe i Marianne poznały sir Patricka Ramseya pod ko- niec sezonu. Pojawił się w mieście dość niespodziewanie, po odziedziczeniu rodzinnego majątku. Chloe nie poświęcała zbytniej uwagi większości adoratorów Marianne, ot, zauwa- żała, że to mężczyźni do wzięcia. Z niewiadomego powodu postać sir Patricka Ramseya utkwiła jej w pamięci. Uznała to za dość niezwykłe; przecież poświęcił jej równie mało uwagi jak większość mężczyzn opiekunkom dziewcząt, którymi są zainteresowani. Jak wieść niosła, potrzebował żony. Mówiono też, że aż do otrzymania nieoczekiwanego spadku był ubogim żołnierzem, nieliczącym się młodszym synem. Nie ulegało wątpliwości, że bardziej zajmuje go Serena niż jej młodziutka podopieczna. Chloe, wiedząc, jak Serena postępuje z wielbicielami, zastanawiała się, czy uporczywość, z jaką nakłaniała ją i Marianne do wycieczek do Tower, do zoo w Regent’s Park i do zakosztowania innych popołudnio- wych rozrywek, nie miała więcej wspólnego z tym, że Sere- na chciała sprawić przyjemność sir Patrickowi niż z troską o podopieczną i jej przyzwoitkę. – Jest stary. Przekroczył trzydziestkę i nie ma tytułu para – oznajmiła Marianne. – Za to jest nieprzyzwoicie bogaty – zauważyła Chloe. – Tak, to prawda – zgodziła się z nią Marianne – ale więk- szość jego posiadłości leży w Szkocji. Nie mam ochoty mieszkać w dziczy. Þ 12 þ – Nieprzyzwoicie bogaty, z całym mnóstwem rezydencji, kilkoma na południu i jedną tuż pod Londynem – ciągnę- ła Chloe, zdziwiona, dlaczego sir Patrick tak ją absorbuje i czemu rekomenduje go Marianne, która zapowiadała się na drugą Serenę. Ta, wierna każdemu poza własnym mężem, na co Chloe gotowa była przysiąc, dbała wyłącznie o własne przyjemności. Może sir Patrick zasługiwał na kogoś takie- go. Może należała mu się żona, która będzie gonić za inny- mi, w ten oto sposób mszcząc się na nim za zdrady, jakich dopuszczał się z cudzymi żonami. Ciekawe, dlaczego spro- wokował ją do tak niestosownych, zjadliwych myśli. Zacho- wuję się jak zgorzkniała stara panna, uznała Chloe, muszę z tym skończyć. Podczas balu u lady Leominster sir Patrick poprosił Chloe o pozwolenie zatańczenia z Marianne, a po tańcu spytał: – Pozwoli mi pani wyjść z panną Marianne na taras? Nie będziemy sami. Połowa gości wyległa na dwór. – Och, naturalnie, sir Patricku. Jestem pewna, że panna Marianne jest z panem całkowicie bezpieczna. – Położyła lekki nacisk na imię podopiecznej, nie mogąc się powstrzy- mać od nieco dwuznacznej odpowiedzi. Gwałtownie odwrócił głowę w reakcji na jej ton, obdarzył ją kpiącym spojrzeniem szarych oczu i szerokim uśmiechem i odparł, tak samo niejednoznacznie: – Taka wiara mnie rozbraja. Mam nadzieję, że na nią za- służę. – Och, skoro przy tym jesteśmy, sir Patricku – odparła Chloe – wierzę, że zawsze dostaje pan to, na co pan zasłuży. Þ 13 þ – Och, i jeszcze więcej, mam nadzieję. O wiele więcej. Na pewno zna pani słowa poety: „Gdyby każdego traktować, jak na to zasługuje, któż by uniknął chłosty?”. Zaskoczył ją tym cytatem; nie mogła jednak sobie po- chlebiać, że sama wywarła na nim wrażenie. Czarował ją mi- mowolnie, od niechcenia, tak jak wszystkich. Był kochan- kiem Sereny i nieco ociągającym się konkurentem Marianne. Z pewnością nie był dla niej. Jakie to denerwujące, że w podstępnych snach ciemno- włosy mężczyzna o szarych oczach i ramionach górnika szedł ku niej z uśmiechem i zaproszeniem wypisanym na twarzy, tak że zmuszała się do otwarcia oczu i długo wpa- trywała się w nieprzyjazną i samotną ciemność, przeklina- jąc los, który sprawił, że panna Chloe Transome została sta- rą panną. – Wysłuchaj mnie, Patrick, proszę – powiedziała lady Het- ta Lochinver do siostrzeńca, który siedział naprzeciwko niej ze śmiertelnie znudzoną miną, popijając herbatę. – Odzie- dziczyłeś majątek i osiadłeś na swoim, a teraz twoim obo- wiązkiem jest założenie rodziny. Musisz się ożenić, i to szyb- ko. Nie stajesz się młodszy. – Doprawdy, ciociu, jeszcze nie kładę się do grobu. – Nie, ale to nie jest powód do kpin. Z tego co wiem, po- znałeś tegoroczne debiutantki. Któraś z nich powinna przy- paść ci do gustu, na przykład Marianne Temple. Nie tylko bogata – chociaż wiem, że w twoim wypadku nie jest to ko- nieczne – ale też ładna. Mógłbyś traić o wiele gorzej. Þ 14 þ – Czy to ta z przyzwoitką? – One wszystkie mają przyzwoitki – odparła, zadając so- bie w duchu pytanie, dlaczego zapamiętał właśnie tę jedną. – Tak, Chloe Transome, wnuczka starego generała. Biedna jak mysz kościelna, zresztą jak wszyscy w tej rodzinie. – Ach, tego co brał udział w wojnie amerykańskiej – po- wiedział, jak przystało na żołnierza. Zapamiętał klasyczne rysy i aluzyjne wypowiedzi, które świadczyły o tym, że ta dama sporo wie o jego przygodzie z Sereną Marchingham, i wcale tego nie pochwala. – Tak, właśnie, ale to Marianne powinieneś się zaintere- sować. – W takim razie doskonale się składa, że Serena Marching- ham zaprosiła mnie do Marchingham Place zaraz po sezonie. Będę miał okazję znów przyjrzeć się Marianne Temple, natu- ralnie jeśli jej przyzwoitka mnie do niej dopuści. Istny wzór cnót, a postawą przypomina gwardzistów swego dziadka. Jakie to irytujące ze strony Patricka i jakie dla niego typo- we, pomyślała ciotka, że zauważył przyzwoitkę, a zignorował potencjalną pannę młodą. – Musisz spełnić swój obowiązek, Patricku, i to szybko. – Muszę? – powtórzył, robiąc komiczny grymas. Czemu czuł się tak bardzo znudzony? Z pewnością nie spodzie- wał się takiego obrotu spraw, kiedy występował z wojska po śmierci najstarszego brata, sir Hugh. Został dziedzicem tylko z powodu tej przedwczesnej śmierci i śmierci reszty członków rodziny Hugh, w tym jego dwóch synków, bo wszystkich zabrała ta sama febra. Drugi Þ 15 þ brat, Roderick, zginął pod Salamanką w służbie sir Arthura Wellesleya. Zadowolenie, jakie sir Patrick mógłby odczuwać z powo- du otrzymania spadku i zmiany statusu z ubogiego oicera w garnizonie w Sydney w Nowej Południowej Walii na bo- gatego lairda, szkockiego magnata z wielkimi posiadłościa- mi w Anglii, zakłócała świadomość, że musieli umrzeć ci, których kochał, choć rzadko widywał. Był ostatnim z rodu, a z bliskich została mu tylko bezdzietna ciotka Hetta. Na domiar złego w wojsku był szczęśliwy, był dobrym żoł- nierzem, a służba nie przeszkadzała mu w korzystaniu z uro- ków beztroskiego życia. Robił, co mu się podobało, a teraz miał rozliczne obowiązki i doskonale zdawał sobie sprawę, że wiele mu brakuje do tego, by je dobrze wypełniać. Mnó- stwo czasu zajmie mu nauczenie się, jak postępować z praw- nikami, plenipotentami i zarządcami, którzy w jego imieniu zajmowali się Innisholme w Szkocji, Frenborough i Harley Vale w Anglii. Ciotka nie ustępowała: – Zastanawiam się, czy Marianne Temple byłaby w stanie sprawić, byś się ustatkował. Szczerze mówiąc, wątpię w to. Nie lada z tobą problem. Potrzebujesz kobiety na tyle mło- dej, by dała ci synów, a jednocześnie na tyle poważnej, żebyś przy niej okrzepł. – Daj spokój, ciociu. Skończyłem trzydzieści lat, nie jestem młodzikiem. Możesz być pewna, że wybiorę mądrze i że to ja będę głową rodziny. Wkrótce ją założę, obiecuję. – U ciebie zawsze jest „wkrótce”, nigdy teraz. Tymczasem Þ 1 þ uganiasz się za Sereną Marchingham. Nie, nie zaprzeczaj. Doskonale wiem, dlaczego wybierasz się do Marchingham Place. Wcale nie chodzi ci o Marianne Temple. Cóż, nie mógł się o to spierać. Ciotka nie wiedziała, że Se- rena już zdążyła go znudzić. Okazała się zbyt łatwa. Wystar- czyło kilka gorących popołudni, by przekonał się, że Serena ma do zaoferowania nie więcej niż większość kobiet, czy to z pozoru godnych szacunku, jak ona sama, czy lekkiego pro- wadzenia się. Zastanawiał się ponuro, czego właściwie chce. Czy to możliwe, że znudził się życiem? Z pewnością nie! – Słyszę cię, ciociu – powiedział. – Obiecuję znaleźć ta- ką lady Ramsey, która będzie odpowiadała nam obojgu. Nie dopuszczę do tego, żeby ród wygasł. – Szkoda, że jest ska- zany na zabieganie o Marianne pod dezaprobującym wzro- kiem tej zimnej ryby, jej przyzwoitki. Ta kobieta potrzebowa- ła mężczyzny, pełnego wigoru żołnierza, który sprawiłby, że oderwałaby myśli od tego, co słuszne i dobre, i przyszpiliłby ją tam, gdzie jej miejsce – na plecach, błagającą o litość. Do- bry Boże, pomyślał, skąd mi to przyszło do głowy? Lady Lochinver zastanawiała się, skąd u Patricka taka po- nura mina. Wszyscy mężczyźni z rodziny Ramseyów by- li przystojni, a Patrick miał powody uważać się za jedne- go z najprzystojniejszych. Niedobrze się stało, że ojciec tak go nie znosił, bo jego ukochana żona zmarła, wydając na świat Patricka. Dlatego posłał swego niekochanego szesna- stoletniego syna do wojska, gdzie ten, odrzucony i niechcia- ny, uznał, że ma obowiązki wyłącznie wobec podwładnych Þ 1 þ i pułkownika, a co do reszty, życie jest po to, by się bawić. To oczywiste, że teraz się nie bawił. Nie powiedziała nic więcej. Miała nadzieję, że pobyt w Marchingham Place mu pomoże, ułatwi poznanie przy- szłej żony, a w perspektywie założenie rodziny, której potrze- bował. Rozdział drugi Panna Chloe Transome zbiegała po paradnych schodach Marchingham Place, przekonana, że jako jedyna z towarzys- twa jest na nogach, gotowa na wyzwania nowego dnia. Choć dochodziło południe, pozostali zapewne smacznie spali. Korciło ją, by przerzucić nogę przez poręcz i zjechać po niej niczym w szalonych czasach dzieciństwa, kiedy to często zachowywała się jak dzikuska, nie zważając na lamenty mat- ki. Gdy jednak dotarła do zakrętu, za którym schody prowa- dziły do holu na parterze, odczuła ulgę, że tego nie zrobiła, bo jej pełne werwy schodzenie obserwował z niejakim za- skoczeniem ni mniej, ni więcej tylko sam sir Patrick Ramsey, na dodatek przez lorgnon. Chloe przybrała stateczną minę i ostatnie kilka schodów pokonała raczej jak koń pociągowy niż wierzchowiec odpo- wiedni do dwukółki. Sir Patrick prześliznął się wzrokiem po jej burym stroju, sukni pozbawionej jakiegokolwiek stylu i zapiętym wysoko kołnierzu, całkowicie zasłaniającym wy- smukłą szyję. Tak, zdecydowanie wysmukłą, pomyślał, pełen Þ 1 þ podziwu dla energicznego kroku, jakim dama zaczęła scho- dzić po schodach. – Witam panią. – Skłonił się. – Mam nadzieję, że zastaję panią w dobrym zdrowiu? – Witam, sir Patricku – odparła Chloe. – Zapewne szuka pan… Marianne. – Tak, istotnie – potwierdził, zastanawiając się, czy ta pau- za miała na celu wprawienie go w zakłopotanie, czy też zasu- gerowanie, że celem jego poszukiwań jest kto inny. – Jeszcze nie wstała, a raczej jeszcze nie zeszła na dół – wyjaśniła Chloe. – Wczorajsze tańce przeciągnęły się do trze- ciej nad ranem i nasz dzień zacznie się dobrze po południu. Obawiam się, że musi pan uzbroić się w cierpliwość. – Ale pani zeszła na dół, panno… ? – Zawiesił głos, uno- sząc lorgnon, by ponownie zlustrować każdy niemodny szczegół, wliczając w to fryzurę i nietwarzowy czepek przy- zwoitki, który obyczaj nakazywał jej nosić. – Transome – podsunęła Chloe zwięźle. – Panna Tran- some – położyła lekki nacisk na słowo: „panna”. – Jestem przyzwoitką Marianne. – Zupełnie jakby pan o tym nie wie- dział, zakończyła w myślach. Ciekawe, dlaczego udaje, że mnie nie zna? – Zakładam, że teraz pani jej nie pilnuje. Przyjechałem nieco za wcześnie, jak widzę. Pani jednak jest na nogach. Może nie brała pani udziału w tańcach? – Nie w tym rzecz. Lubię wcześnie wstawać, a bale już mnie nie ekscytują ani nie męczą. Zbyt długo żyję na tym świecie. Þ 20 þ – Och, panno Chloe – zaśmiał się cicho – cóż to za stwier- dzenie. Na dodatek niedokładne. Nazwał ją Chloe, potwierdzając tym samym, tak jak po- dejrzewała, że jednak ją sobie przypomina, bo przecież przed chwilą podała mu jedynie nazwisko. A o czym to świadczyło? – Och – odparła niedbale – niedokładność to błogosła- wieństwo wytwornego towarzystwa. Precyzja to jego prze- kleństwo. Najwyraźniej jej słowa przypadły mu do gustu, bo za- śmiał się i w duchu zadecydował, że nie oddałby jej krzepkie- mu gwardziście. Być może zasługiwała na lepszy los. – Książę nie zgodziłby się z pani ostatnim twierdzeniem, panno Chloe. – Och, nawet Wellington musiałby przyznać, że, w przeci- wieństwie do jego wojen, aż nadto realnych, niestety, wojny towarzyskie to parodia – odparowała Chloe. Zastanawiała się też, jak to się stało, że tak łatwo prowo- kował ją do cynicznych uwag. Ich poprzednie krótkie spot- kanie podziałało na nią tak samo. Być może jego męska uro- da, wdzięk i umiejętność noszenia z taką niefrasobliwością modnych, przylegających do ciała strojów, budziły w niej pragnienie wyprowadzenia go z równowagi. Do tego docho- dziła świadomość, że, bez względu na to, kogo ostatecznie powiedzie do ołtarza, z pewnością tą osobą nie będzie po- rzucona, starzejąca się panna Chloe Transome. Jak na razie, z panną Chloe Transome beztrosko konwer- sował tylko dlatego, że nie było nikogo innego. Dziesięć lat życia na cudzej łasce nauczyło Chloe, gdzie jest jej miejsce. Þ 21 þ Z początku niektórzy młodzi modnisie zainteresowani jej podopiecznymi albo spadkami po starych damach, którymi się zajmowała, uznawali ją za wartą uwiedzenia, chociażby po to, by skorzystać z jej domniemanych wpływów w do- mach, w których pracowała. Gdy jednak zbliżyła się do trzy- dziestki i przybrała wygląd starzejącej się, zaniedbanej panny, nawet te wątpliwe umizgi, na szczęście, się skończyły. „Chloe jest zupełnie niegroźna” – w ten sposób ciotka, lady Charlotte Standish, zalecała ją kolejnemu pracodawcy, kiedy jej poprzednia podopieczna albo umierała, albo wychodziła za mąż. „Zawsze można na niej polegać”. Chloe pozwoliła sir Patrickowi prowadzić rozmowę i od- powiadała tak bezbarwnym głosem, że zaczął się zastana- wiać, czy schodząca w podskokach na dół kobieta o jasnym spojrzeniu, która zaczęła rozmowę z taką werwą, nie była wyłącznie tworem jego wyobraźni. Poczuł niemałą ulgę, kiedy w dużym holu pojawiła się zde- nerwowana Serena, która nie mogła sobie darować, że kiedy powóz sir Patricka Ramseya stanął przed korynckimi kolum- nami Marchingham Place, domownicy byli jeszcze w łóżkach. – Chloe dotrzymywała panu towarzystwa – zauważyła Se- rena, wymawiając te słowa z wyraźnym szyderstwem. – Miał pan szczęście, że nie oddaliła się do swoich obowiązków. – Przypomniała mi pani o mym niedbalstwie – wtrąciła spokojnie Chloe, która nigdy nie wykorzystywała tego, że była spokrewniona z Sereną. – Marianne na pewno już się obudziła. Będzie potrzebowała mojej pomocy przy wyborze stroju. Þ 22 þ – Istotnie – potwierdziła łaskawie Serena. – Wiem, jaka jesteś skrupulatna. – Kiedy Chloe odeszła, prosta jak trzci- na, skomentowała nieżyczliwie: – Bardzo poważna, prawda? Pożyteczna, przyznaję, ale każdy widzi, dlaczego wciąż jest panną i najpewniej nią pozostanie. Sir Patrick uniósł lorgnon, przyjrzał się obrazowi, który w najmniejszym stopniu go nie interesował i odparł nieco szorstko: – Może jakiś starszawy dziedzic uzna, że taki wzór cnót przyda mu się do prowadzenia zaniedbanego domu. – Miał na tyle przyzwoitości, że po wypowiedzeniu tych słów trochę się zawstydził, zwłaszcza gdy usłyszał śmiech Sereny. – Och, doskonale pan to ujął. Dwóch takich przyjmuję te- raz w domu. Zaprosiłam ich ze względu na Chloe, na wy- raźne życzenie mojej ciotki, obawiam się jednak, że to Ma- rianne przyciąga ich uwagę, ale ona świata nie widzi poza panem. Sir Patrick sposępniał po usłyszeniu tej informacji. Czy naprawdę przybył tu, by zabiegać o względy pustej osiem- nastolatki o konwencjonalnej urodzie, na dodatek niebędą- cej w stanie prowadzić inteligentnej rozmowy? I czy stojąca obok niego kobieta, która prowokowała go do krytycznych uwag o nieszczęsnej ubogiej krewnej, była naprawdę warta zachodu? Czy panienka lekkich obyczajów z St John’s Wood nie dostarczyłaby mu takiej samej przyjemności bez koniecz- ności znoszenia wątpliwych uroków hrabstwa Sussex i nie- chcianego towarzystwa męża, któremu przyprawiał rogi? Powinien być w Szkocji, w Irlandii albo na wyspie St Þ 23 þ Brendan’s, gdziekolwiek, byle nie tutaj. Pomyślał tęsknie o zmarłych towarzyszach broni z 73. Regimentu i o weso- łych dniach i nocach, które z nimi spędził. Nie miał wówczas pensa przy duszy, za to był szczęśliwy. Ciekawe, jak przedstawia się reszta towarzystwa? Wkrót- ce miał się tego dowiedzieć. Na dół zeszła Marianne, nie na obiad, który zjadła w swoim pokoju, ale na herbatę po- daną na tarasie. Wyglądała zachwycająco w różowej sukni i w uroczym kapelusiku z jasnej słomki przybranym kwiata- mi dobranymi do bukiecika stokrotek, który trzymała w rę- ku. Przyzwoitka przykryła jej ramiona koronkowym szalem, który miał chronić ją przed lekkim wiatrem. W ślad za panną Temple nadeszli jej wiejscy adoratorzy. Jo- nas Brough, dziedzic w średnim wieku, zaproszony ze względu na Chloe, nie widział świata poza Marianne, a był na tyle głu- pi, by wyobrażać sobie, że młodziutka posażna panna mogłaby poważnie rozważać wyjście za mąż za podstarzałego, niezbyt bogatego dżentelmena. Tę naiwną wiarę podsycało to, że w bra- ku innych panów do wzięcia, chętnie dotrzymywała mu towa- rzystwa, jako że podziw był jej niezbędny do życia. Koło Brough pojawił się jego sąsiad przez miedzę, Nigel Shaw, też w średnim wieku, kawaler, który niedawno odzie- dziczył niewielką posiadłość w pobliżu Marchingham i do- szedł do wniosku, że czas się ożenić. Współzawodniczył z Jo- nasem o względy Marianne i również ignorował Chloe, która była im aż nadto wdzięczna za brak zainteresowania. Obaj mężczyźni mieli wkrótce odkryć, że Marianne inte- resuje się wyłącznie sir Patrickiem Ramseyem. Þ 24 þ – Czy w mieście było pusto, kiedy pan wyjeżdżał, sir Pa- tricku? – spytała. – Całkiem pusto, panno Marianne – odparł z galanterią. – Spowodowało to pani zniknięcie. Można byłoby pomyśleć, że hordy wciąż pozostające w Londynie nie istnieją, pomyślała Chloe, kiedy Marianne uśmiechnęła się kokieteryjnie w odpowiedzi – Zbyt pan łaskaw. – Ależ nie, panno Marianne. Kiedy słońce się chowa, za- pada mrok, że się tak wyrażę. Lepiej nie mówić nic, niż wyrwać się z takim prowin- cjonalizmem, skomentowała Chloe w duchu, ze wzrokiem utkwionym w robótce. Oto pożyteczne zajęcie dla biednych krewnych zmuszonych pracować jako przyzwoitki. – Ja raczej porównałbym pannę Marianne do jasnej gwiaz- dy, natchnienia poetów. – Pan Brough postanowił nie dać się prześcignąć baronetowi. – Słońce jest zbyt krzykliwe. – A ja do księżyca – wtrącił Nigel Shaw, tym samym de- speracko włączając się do rozmowy. – Łagodny, a zarazem promienny. Cóż za cięte uwagi! Dorzućcie jeszcze kilka konstelacji i skończcie z tym, zakpiła w duchu Chloe. Coś z tego mu- siało uwidocznić się na jej twarzy, bo sir Patrick spojrzał na nią bystro. Kiedy to zauważyła, skupiła się na myśleniu o ni- czym. Marianne była w siódmym niebie. Zadowolona, wzięła ze stojącej na stoliku patery trzecie ciastko. – Nie, moja droga – zaprotestowała Chloe, najłagodniej Þ 25 þ jak zdołała. – Zbyt wiele słodyczy nie jest dobre dla dora- stającej panienki. – Lubię ciasto – nadąsała się Marianne. – Może pani wziąć moją porcję – zaproponował pospiesz- nie pan Brough. – Czym jest dla mnie ciastko, jeśli życzy go sobie panna Marianne? Sir Patrick zadał sobie w myśli pytanie, czy naprawdę chce związać się na całe życie z tą bezmyślną smarkulą? Mo- że nie ma innego wyjścia. Wszystkie młode kobiety, którym został dotąd przedstawiony, zachowywały się podobnie. Ileż trzeba wycierpieć, zanim się spłodzi spadkobiercę! Nagle uświadomił sobie, że Marianne od jakiegoś czasu coś do niego mówi i że nie usłyszał ani słowa. Chloe, która patrzyła na niego tak, jakby czytała w jego myślach, chcąc go ratować, chociaż nie miała pojęcia, dlaczego to robi, powie- działa swoim najbardziej smętnym głosem: – Na pewno zgadza się pan z Marianne, że dramaty wschodnie lorda Byrona są o wiele lepsze od jego innych dzieł. Przez ostatnie piętnaście lat sir Patrick zajmował się czymś zupełnie innym niż czytanie poezji, zwłaszcza tak mę- czącej, jaką zapewne tworzył autor „Korsarza” i „Narzeczo- nej z Abydos”. Jednak przyznanie, że życie spędzone na wal- ce z Bonapartem i pilnowaniu zbrodniarzy na drugim końcu świata nie przygotowało go na banalne rozmowy w wiejskiej posiadłości, nie wchodziło w grę. – Można byłoby przypuścić – zaryzykował, bawiąc się swo- im lorgnon – że to, co dzieje się w gorącym klimacie, wydaje Þ 2 þ się bardziej romantyczne niż podobne zdarzenia w strefach bardziej umiarkowanych. Brawo, sir, pomyślała Chloe. Wydobył się pan z tarapatów jednym susem. Starała się zachować poważną minę. Przez chwilę miała nadzieję, że jej się to udało, ale nagle uświado- miła sobie, że sir Patrick wie, co zrobiła, i bez względu na to, czy był jej za to wdzięczny, czy nie, zdaje sobie sprawę, że ją to rozbawiło. Po herbacie i męczącej rozmowie towarzystwo się podzie- liło. Sir Charles nalegał na wista z panami Brough i Shaw oraz Sereną jako jego partnerką. Chciał też, by Marianne usiadła przy nim. – Trzeba się uczyć, moja panno – powiedział życzliwie. – Chloe będzie miała kilka minut dla siebie, a ty za parę lat bę- dziesz mi wdzięczna. Bądź łaskawa obserwować, co robię. Cóż, teraz z pewnością nie wygląda na wdzięczną, uznała Chloe rozbawiona wyrazem twarzy Marianne, jak również tym, że sir Charles usunął Serenę z orbity sir Patricka. – Poleciłem Stapletonowi wyprowadzić Sułtana. Może rzu- ci pan na niego okiem, Ramsey – zasugerował, tasując karty i unikając wzroku żony. – Pomyślałem, że wyprawa do stajni dobrze panu zrobi po nadskakiwaniu paniom. Oto otwarte postawienie sprawy, orzekła w duchu zafa- scynowana Chloe. Serena byłaby głupia, gdyby okazywa- ła nadmierne zainteresowanie swoim przystojnym gościem. Przecież ponoć przyjechał tu dla Marianne. Odprowadziła wzrokiem Patricka, który oddalił się wiel- kimi krokami, po czym wzięła do ręki powieść gotycką, którą Þ 2 þ zaczęła czytać wcześniej tego dnia. Poraziła ją jej piramidal- na głupota. Kiedy bohaterka po raz trzeci zamknęła się w lo- chach, Chloe odłożyła książkę i doszła do wniosku, że może spacer po ogrodzie usunie wieczorne przygnębienie, które wydawało się bardziej dokuczliwe niż zazwyczaj. – Doskonale, Chloe – zawołał sir Charles, kiedy otworzyła oszklone drzwi – świeże powietrze dobrze ci zrobi. Za ciężko pracujesz, moja droga. Powinnaś więcej wypoczywać. Kochany Charles, pomyślała z czułością Chloe. Może nie jest zbyt mądry, ale ma dobre serce. Zasługuje na kogoś lep- szego od Sereny. Miała szczęście, że się z nią ożenił. Dlaczego mnie nie było dane spotkać kogoś takiego jak on? Głęboko pogrążona w tych niczemu niesłużących rozwa- żaniach, ruszyła krętą ścieżką, prowadzącą przez zarośnięty ogród, tajemniczy w zapadającym zmierzchu. Choć miło by- ło pobyć z dala od Marianne i Sereny, myśl, że jest na zawsze skazana na własne towarzystwo i niewiele poza tym, była co najmniej przygnębiająca. Zaabsorbowana rozważaniem tej ponurej perspektywy, nieświadoma tego, co działo się wo- kół, omal nie przewróciła sir Patricka, bo szła prosto na nie- go. Dżentelmen na szczęście okazał się zbyt potężny, by dać się przewrócić damie, nawet wyjątkowo wysokiej. – Och, proszę o wybaczenie – wyjąkała, przynajmniej raz nie wiedząc, co powiedzieć. – Ćwiczy pani, jak widzę. Po naszym dzisiejszym spotka- niu termin „spacer” nabrał dla mnie nowego znaczenia. – Pan też nie szedł wolno, sir – odparowała, poirytowana jego kpiącym tonem. Þ 2 þ – Zgadza się. Nawykłem do przymusowych marszów w Hiszpanii. Zwyczaj pozostał, choć tam nie stratowałem wielu kobiet. Ciekawe, dlaczego sir Patrick spaceruje samotnie w ogro- dzie? Raczej nie szukał Sereny – nie mogła opuścić karcia- nego stolika, podobnie jak Marianne. Wyglądało na to, że potrai czytać w myślach, bo uśmiech- nął się do niej, wziął za ramię, przeciw czemu raczej nie mo- gła zaprotestować i powiedział: – Sir Charles miał słuszność. Muszę zaczerpnąć świeżego powietrza, a konia już obejrzałem. Znajdźmy interesujący widok i popodziwiajmy go razem. – Z tymi słowami zaczął prowadzić ją w stronę jeziora i budowli nieopodal. Chyba nie zamierza mnie tam zabawiać, pomyślała nieco oszoło- miona Chloe, to wyjątkowo nie na miejscu. Zatrzymał się nieopodal budowli, przy kamiennej ławce. Zaprosił ją gestem, by usiadła i podziwiała wodę oraz rozcią- gające się za nią lasy. – Zatrzymuję pana – zauważyła Chloe, zachodząc w głowę, dlaczego obdarza ją takimi względami. – Ależ nie – odparł sir Patrick. – Nie mam ochoty patrzyć, jak inni grają w karty. Liczę na to, że nie zamierza pani poka- zywać mi albumów ze sztychami ani rozmawiać o wierszach lorda Byrona. Cieszmy się wieczorem. Potem możemy ener- gicznie wrócić do domu. Dzięki temu pozbędziemy się roz- leniwienia, które spowodował zbyt obity obiad. – Jestem tego samego zdania – przytaknęła Chloe, po czym zamilkła. Þ 2 þ – Wolę spędzać wieczory, ostrząc sobie apetyt na następny dzień, niż dogadzając sobie tak, że nazajutrz nie mam ocho- ty niczego wziąć do ust. Siedzący w Chloe diabełek, którego z niewyjaśnionych przyczyn zdawała się prowokować obecność sir Patricka, znów zabrał się do dzieła. – Och, głód to najlepsza przyprawa dla wszystkich uczuć, sir Patricku. Z pewnością pan o tym świetnie wie. To stwierdzenie było trafniejsze, niż Chloe mogłaby są- dzić. Sir Patrick dotkliwie zdawał sobie sprawę, że jego znu- dzenie wzięło się z faktu, że życie stało się łatwe, a podboje miłosne zwycięskie. – Mówi pani z doświadczenia, panno Chloe? – spytał, unosząc ciemne brwi. – Nie potrzeba tu doświadczenia, zapewniam pana. Od czego mamy poetów i ilozofów. – To powinno było go po- wstrzymać, ale tak się nie stało. – Ich doświadczenia były zapewne niezwykłe. Zaskakują- ce, że znaleźli na nie czas wśród tego gryzmolenia i studio- wania. Mógł utrzymywać, że jest tylko prostym żołnierzem, ale miał odpowiedź na wszystko. A teraz śmiał się z niej. Chloe się zasmuciła. Och, dlaczego nie była młoda i bogata jak Ma- rianne? Wówczas każdy traktowałby ją z szacunkiem, bez względu na to, jak głupie uwagi by wygłaszała. Dlaczego ży- cie jest niesprawiedliwe? – Można też przypuścić – powiedziała z pewną sztywnoś- cią – że instynktownie rozumieją ludzkie serca. Þ 30 þ Przybrał ton pełen szacunku. – A więc o to chodzi? To dlatego panna Marianne i inne damy tak cenią poetów. Życie w armii nie zostawiło mi wiele czasu na studia, toteż nie zajmowałem się takimi sprawami, a teraz zaczynam sobie uświadamiać braki w edukacji. Naj- wyraźniej potrzebuję lekcji. – Po tych słowach spojrzał na Chloe uważnie szarymi oczami. Niespodziewanie dla niej samej, bo nic takiego nie zda- rzyło się jej wcześniej, uświadomiła sobie, że chce wyciąg- nąć rękę i pogładzić sir Patricka po twarzy. Jego braki w wy- kształceniu z pewnością nie dotyczyły sztuki uwodzenia, pomyślała, świadoma, że sir Patrick czaruje ją całą mocą swoich wdzięków i że właśnie to wprawia ją w ten dziwny stan. Nie przepuścił nawet zwyczajnej starzejącej się przy- zwoitce – może dla wprawy. – Och, sir Patricku – zdołała powiedzieć, zaskoczona tym, jak spokojnie brzmi jej głos. – Jeśli rzeczywiście potrzebuje pan nauki, znacznie lepiej pan zrobi, szukając jej u innych, nie u mnie. – Jestem przekonany, że ma pani po temu odpowiednie kwaliikacje, panno Chloe. Na pewno lady Marchingham chciałaby, żeby spełniła pani moje życzenia – naturalnie w sferze umysłu. Niepokój, który zaczynała odczuwać w obecności sir Pa- tricka, fakt, że za każdym razem, gdy wchodziła do poko- ju, liczyła na to, że go tam zastanie, zaczynały dawać Chloe do zrozumienia coś, czego tak naprawdę nie chciała o sobie wiedzieć.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Sekret Chloe
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: