Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00492 006718 13423496 na godz. na dobę w sumie
Sekretna misja - ebook/pdf
Sekretna misja - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 322
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 9788323876922 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Anglia, 1813 rok.

Pandora Compton szybko zaakceptowała nowego guwernera swego młodszego brata. Edward Ritchie był spokojny i uprzejmy, a zarazem stanowczy i kompetentny.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

BEST SELLERS 2007-04-03 22:44:51 2007-04-03 22:44:51 Tytuł oryginału: Major Chancellor’s Mission Pierwsze wydanie: Harlequin Mills Boon Limited, 2001 Redaktor prowadzący: Barbara Syczewska-Olszewska Korekta: Zofia Firek ã 2001 by Paula Marshall ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak graficzny BESTSELLERS jest zastrzez˙ony. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa Printed in Spain by Litografia Roses, Barcelona ISBN 978-83-238-5134-9 PROLOG Wczesna wiosna, 1813 rok – Kto, u licha, dał mi tak niedorzeczne imię? – wybuchnęła Pandora Compton i popatrzyła oskar- z˙ycielsko na ciotkę Em. Wpadła do salonu, nie zawracając sobie głowy choćby tak zdawkowym powitaniem, jak ,,Tu jesteś, ciociu’’ czy ,,Proszę o wybaczenie, niechętnie odrywam cię od robótki, lecz muszę zadać ci jedno pytanie’’. Przyzwyczajona do bezpośredniego zachowania Pandory ciotka odparła łagodnie: – Niezbyt dobrze pamiętam, kochanie. Ach tak, juz˙ wiem. To imię nadała ci twoja biedna, kochana mama. W ciąz˙y czytała ksiąz˙kę o młodej kobiecie, która nosiła właśnie takie imię. Jest urocze, powiedziała mi, znacznie bardziej roman- tyczne niz˙ Charlotte albo Amelia, imiona wprost stworzone dla potomstwa niemieckich królów i ksiąz˙ąt... – Ciociu – przerwała Pandora – z˙ałuję, z˙e nie nadano mi nudnego imienia. Przed spotkaniem ze 5 mną wszyscy spodziewają się ujrzeć słodką i miłą istotkę, a nie kobietę podobną do Amazonki z greckiego mitu, wzrostem dorównującą wię- kszości męz˙czyzn. I w dodatku zdrobniale na- zywa się mnie Dorą – co chyba jest lepsze niz˙ Pan, jak mówi na mnie Jack, ale to marna po- ciecha. – Ach, Dora to równiez˙ śliczne imię – oznajmi- ła spokojnie ciotka, nie przerywając wyszywania wielkiej róz˙y. – Nie w tym rzecz! – obruszyła się Pandora. – Dzisiejszego popołudnia u lady Larkin poznałam jeszcze jednego młodego męz˙czyznę, który nie odrywał wzroku od podłogi, kiedy wreszcie zo- staliśmy sobie przedstawieni. Najwyraźniej naka- zano mu mnie poznać, zapewne ze względu na to, iz˙ odziedziczę fortunę dziadka mamy, Juliana, lecz dopiero po ukończeniu dwudziestego siódmego roku z˙ycia. Fundusz załoz˙ony przez Juliana za- pewnia mi skromny, lecz przyzwoity dochód, ale nawet to nie zmienia faktu, z˙e jestem około pięt- nastu centymetrów wyz˙sza od tego sympatycznego młodzieńca. – Zatem co by się zmieniło w twoim z˙yciu, gdybyś nosiła nudne imię? – spytała rozsądnie ciotka Em. – Moje imię z pewnością odmieniłoby oczeki- wania tego pana. Podsłuchałam, jak mówi Rogero- wi Watersowi, z˙e spodziewał się spotkania z uro- czym, drobnym stworzonkiem, a nie z tyczką do fasoli, przy której kaz˙dy czuje się niz˙szy, niz˙ jest. Co gorsza, powiedziano mu tez˙, z˙e zarządzam 6 majątkiem dziadka, a mojego przyrodniego brata interesują wyłącznie rozrywki. Zdaje się, z˙e wszy- scy męz˙czyźni pragną z˙on na pokaz, a nie do pomocy. Jak tak dalej pójdzie, nigdy nie znajdę męz˙a. Co prawda, dotychczas nie spędza mi to snu z powiek, zwłaszcza z˙e nie stać mnie na ślub. Niemniej nieco z˙ałosna jest kobieta, która w za- awansowanym wieku dwudziestu trzech lat pozo- staje panną. Ciotka Em, wdowa po człowieku, którego kocha- ła całym sercem, odparła delikatnie: – Tak, doskonale cię rozumiem, ale przeciez˙ mogłaś wyjść za swojego kuzyna, Charlesa Tem- ple’a. Oświadczał ci się trzykrotnie. – Racja, lecz nie pociąga mnie myśl o spędzeniu z nim reszty z˙ycia. Zresztą wiem, z˙e interesują go wyłącznie moje pieniądze; jego siostra podzieliła się ze mną tą informacją. – Niezbyt miło z jej strony. – Niezbyt miło, za to szczerze, sama przyznaj, ciociu. Och, z˙ycie jest takie skomplikowane! A te- raz musimy poszukać nowego guwernera dla Ja- cka, skoro ostatni okazał się do niczego. Uwiedze- nie jednej dziewczyny to i tak az˙ nadto, lecz jemu było za mało i tak samo potraktował drugą! Nie tylko nierozsądny, lecz na dodatek irytujący czło- wiek! Zresztą dał niesłychanie zły przykład Ja- ckowi. – Doprawdy, Pandoro, nie powinnaś nawet wie- dzieć o takich sprawach, a co dopiero o nich dyskutować. – Biorąc pod uwagę, z˙e sama musiałam sprzątać 7 bałagan, który zostawił po sobie ten lekkoduch, kiedy uciekł z trzecią słuz˙ącą, nie mogłam uda- wać, z˙e nie wiem, co zmalował. Dziadek Compton ma kłopoty z pamięcią i jest kaleką, któremu potrzeba ciszy oraz spokoju. Ty zaś, ciociu, nie potrafisz okazać nieuprzejmości wobec nikogo, juz˙ nie mówiąc o organizacji czegokolwiek poza pod- wieczorkiem. Mój przyrodni brat William prawie tu nie zagląda. Kiedy jednak zabłądzi w te strony, spędza czas na bezustannych hulankach i wciąga w nie połowę okolicy. Jack ma tylko trzynaście lat, więc kto oprócz mnie mógłby zarządzać Compton Place? – Cóz˙, masz przeciez˙ zarządcę do pomocy. – Rice... Chodzi ci o Rice’a? Alez˙ on nie ma o niczym pojęcia. Doskonale wiesz, z˙e pracuje dla Comptonów od zarania dziejów i tylko dlate- go dziadek nie ma serca wysłać go na emeryturę. Tak więc pozostaję tylko ja. Z˙ałuję, z˙e mój bied- ny ojciec znalazł sobie drugą z˙onę, gdy matka Williama zmarła, gdyz˙ przez to Jack i ja przy- szliśmy na świat, i teraz muszę doglądać zbank- rutowanej posiadłości, a Jack dorasta bez nalez˙y- tej opieki. Ciotka wpatrywała się w nią z przeraz˙eniem. – Jak moz˙esz wygłaszać podobne herezje, Pan- doro! – wybuchnęła. – Jeśli to samo wygadujesz między ludźmi, nic dziwnego, z˙e nikt nie propo- nuje ci małz˙eństwa. Damie takie słowa nie przy- stoją! Pandora wstała i zaczęła energicznie spacerować po pokoju. 8 – Ciociu, wolałabyś, z˙ebyśmy wszyscy głodo- wali? – spytała zdenerwowana. – Choroba dziadka oraz rozrzutność mojego ojca, a potem Williama, doprowadziły do tego, z˙e gdybym w wieku dwu- dziestu jeden lat nie zakasała rękawów i nie wzię- ła się do roboty, wszyscy zaludnilibyśmy Queer Street, klęcząc na chodniku i błagając przechod- niów o datki. – Nie przesadzaj, kochanie. – Właśnie na to się uskarz˙am! – wykrzyknęła Pandora. – Nie przyjmujesz do wiadomości prawdy o naszej sytuacji. Ledwie wiąz˙emy koniec z koń- cem. Jeśli wytrzymamy do moich dwudziestych siódmych urodzin, wówczas część spadku po Julia- nie będzie moz˙na przeznaczyć na odbudowę naszej wiarygodności finansowej. – Nawet mówisz jak męz˙czyzna – zareplikowała z gniewem ciotka. – Cóz˙ to za z˙argon! Cóz˙ po- myślałaby twoja biedna matka, gdyby doz˙yła tej chwili? – Rozwaz˙anie tej kwestii nie ma sensu. Zresztą teraz muszę się zająć nowym guwernerem dla Jacka i znalezieniem pieniędzy na jego pensję. Skąd William czerpie fundusze na tak wystawne z˙ycie? Nie z posiadłości, to pewne. Co kilka miesięcy przybywa na trochę do tego domu i za kaz˙dym razem ma ze sobą mnóstwo nowych ubrań. A do tego ostatnio został właścicielem drogiej i luksuso- wej dwukółki oraz pary pierwszorzędnych kasztan- ków. Dobry Boz˙e, przeciez˙ to kosztuje majątek! Jez˙eli zadłuz˙ył się u londyńskich lichwiarzy, będą chcieli przejąć całą nalez˙ną mu część spadku. Skoro 9 obecnie nic nie ma, resztę z˙ycia spędzi w więzieniu Marshalsea. Samo myślenie o tym mnie wyczer- puje. – Pandora westchnęła i usiadła. Ciotka odłoz˙yła robótkę. Nie mogła zaprzeczyć, z˙e kaz˙de słowo wypowiedziane przez Pandorę to szczera prawda, lecz głęboko pragnęła, by było inaczej. Obawiała się, z˙e Pandora nie znajdzie męz˙a, między innymi dlatego, z˙e nierozsądnie prag- nęła przeznaczyć całe dziedzictwo na odbudowę fortuny Comptonów. Kto się z nią oz˙eni? Ciotka pomyślała, z˙e gdyby Pandora zadbała o wygląd, byłaby budzącą zachwyt pięknością – miała gęste, falujące włosy, przenikliwe zielone oczy. Niestety, zniszczyła porcelanową cerę, biegając w słońcu, przez co była opalona niczym dójka! Wysoki wzrost nieco przeszkadzał, niemniej uroda i majątek z na- wiązką to wynagradzały. – Potrzebne ci wakacje – zadecydowała ciotka, nim zdąz˙yła się zastanowić, i w następnej chwili zdumiało ją, jak mogła powiedzieć coś tak niemąd- rego. Doskonale wiedziała, z˙e poczucie obowiązku Pandory przewaz˙y. – I sezon w Londynie – mruknęła ironicznie dziewczyna, rozpierając się w fotelu i zamykając oczy. – Teraz juz˙ wiem, dlaczego męz˙czyźni w tara- patach tak chętnie zaglądają do kieliszka. Niestety, mnie to nie przystoi. Ciotka Em pomyślała, z˙e powinna postarać się pomóc siostrzenicy, zamiast narzekać. Ostatecznie Pandora wykonuje pracę kilku męz˙czyzn, nic więc dziwnego, z˙e jest stanowcza i głośno wygłasza kontrowersyjne opinie. 10 – Napiszę do kuzynki, lady Leominster – po- stanowiła po chwili. – Poproszę ją o polecenie mi rzetelnego guwernera dla Jacka. Być moz˙e ktoś z kręgu jej londyńskich znajomych kogoś wskaz˙e. Tym nie musisz się przejmować. – Dobrze – zgodziła się Pandora. – Pozostaje tylko nadzieja, z˙e twoja kuzynka szybko się ode- zwie. Jeszcze trochę i Jack zupełnie zdziczeje. Robi mi się słabo na samą myśl o tym, z˙e mógł- by pójść w ślady Williama i taty. Potrzebujemy człowieka o silnym poczuciu obowiązku, a zara- zem biegłego w łacińskich heksametrach i kla- sycznej grece. Najlepiej by było, gdyby lady Leo- minster znalazła kogoś znającego się na liczeniu; przydałby mi się do pomocy przy księgach ra- chunkowych. Tymczasem jednak muszę przeko- nać dziadka do podpisania kilku dokumentów, dzięki którym zapłacimy za niezbędne udogod- nienia w gospodarstwie. Podobnie jak stary Rice z˙yje wyłącznie przeszłością. Czasy się jednak zmieniają, a Compton Place musi się zmieniać wraz z nimi. Pandora wyszła z pokoju równie nagle, jak do niego wpadła. Ciotka Em westchnęła głęboko i po- myślała, z˙e jej siostrzenica jest wspaniałą dziew- czyną i gdyby tylko ładnie się ubrała i zaczęła zachowywać jak na damę przystało, wówczas była- by równie atrakcyjna, jak niez˙yjąca siostra ciotki Em. Z pewnością nadawała się na z˙onę, kto jednak poślubi taką pewną siebie osobę, która chodzi i wy- sławia się jak męz˙czyzna? Chyba tylko męz˙czyzna równie stanowczy, jak 11 ona potrafiłby ją poskromić. Stanowiliby niezwykłą parę! Na razie jednak ciotka Em mogła tylko poma- rzyć, gdyz˙ nic nie wskazywało na to, by Pandora miała znaleźć męz˙a. ROZDZIAŁ PIERWSZY – Brakuje ci tego, co? – odezwał się Russell Chancellor do brata Richarda, pogrąz˙onego w lek- turze ,,The Morning Post’’. – Chodzi mi o wojsko. Major Richard Chancellor z 14. Pułku Lekkiej Kawalerii, Ritchie dla przyjaciół i członków rodzi- ny, uniósł wzrok. Russell niemal lez˙ał na wielkim fotelu, z nogami na podnóz˙ku, obracając w palcach kieliszek z bliz˙ej niezidentyfikowanym trunkiem. Ubrany był jak na londyńskiego eleganta przystało. Wyglądał oszałamiająco, miał sylwetkę sportowca i jasnozłote loki, uczesane zgodnie z najnowszą modą. Nic dziwnego, z˙e złamał serce niemal kaz˙dej panny w Londynie i w rezultacie stał się obiektem zazdrości wszystkich młodych męz˙czyzn. Bracia bliźniacy, obaj pod trzydziestkę, nie byli do siebie podobni. Ritchie bardzo róz˙nił się od Russella. Był powaz˙ny i ciemnowłosy, dobrze zbu- dowany, ubierał się skromnie. Brakowało mu uroku brata, lecz lepiej od niego jeździł konno. Zanim został ranny, słuz˙ył w Hiszpanii jako oficer sztabo- wy armii Wellingtona. 13 Jego obraz˙enia okazały się na tyle powaz˙ne, z˙e musiał opuścić linię frontu i powrócić do Minister- stwa Wojny w Londynie, by tam pracować jako starszy urzędnik – tak nieuprzejmie nazwał jego nowe stanowisko Russell. Ritchie, zawsze milczący, nie miał w zwyczaju opowiadać o okolicznościach, w jakich odniósł rany. Russell uznał, z˙e jego brat będzie szczęś- liwszy na tymczasowej posadzie rządowej niz˙ na polu bitwy. Ostatecznie przeciez˙ niegdyś za- mierzał poświęcić się karierze naukowej, lecz ich ojciec, hrabia Bretford, stanowczo sprzeciwił się decyzji syna i zaz˙ądał od niego wstąpienia do armii. ,,Od dwustu lat najmłodszy potomek z kaz˙dego małz˙eństwa Chancellorów broni kró- lestwa!’’ – ryknął. ,,Nie zamierzam być pierwszym, który złamie tę zasadę, zwłaszcza z˙e wszystko wskazuje na to, iz˙ nie ofiaruję ojczyźnie więcej synów’’. Ritchiemu pozostało jedynie spełnienie obo- wiązku. – Tak, zgadza się – powiedział teraz. – Rzecz w tym, z˙e nie zawsze moz˙emy mieć to, na co mamy ochotę. To pojąłem juz˙ dawno temu. Obec- nie jedynym problemem jest to, z˙e jako do niedaw- na czynny z˙ołnierz nieco obawiam się nudnej pracy w biurze. – Nigdy nie przypuszczałem, z˙e przypadnie ci do gustu słuz˙ba w wojsku – zauwaz˙ył Russell. – Wiem jednak, z˙e cokolwiek robisz, dobrze wyko- nujesz swoje obowiązki. Z tego względu zakładam, z˙e w Whitehall nieźle sobie poradzisz. 14 Ritchie starannie złoz˙ył gazetę i rzucił ją na stolik w stylu boulle. Uśmiechnął się szeroko. Russell momentalnie poz˙ałował, z˙e tak rzadko ogląda rozpogodzone oblicze na ogół powaz˙nego brata. – Proszę, proszę, cóz˙ za nieoczekiwany kom- plement – odparł wyraźnie zadowolony Ritchie. – Szkoda, z˙e nie mam czasu dłuz˙ej się nim delektować. Muszę iść na umówione spotkanie w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Nie mam pojęcia, po co mnie wzywają. Poinformowano mnie tylko, z˙e lord Sidmouth chce mnie natych- miast widzieć. Zresztą wszystkich zawsze wzywa w pilnym trybie. Dzięki temu jest dobrym mini- strem. – Faktycznie – przytaknął Russell. – Niemniej taki pośpiech bywa irytujący. Moz˙e dasz się namó- wić na udział w wieczornym przyjęciu? Chyba nie zamierzasz znaleźć dla siebie wygodnej groty, by się w niej zaszyć jak pustelnik? – Nie planuję bujnego z˙ycia towarzyskiego ani z˙ycia w grocie – odparł Ritchie. – Nie przepadam za miejscami, w których jest zawsze zimno i wilgotno, bez względu na pogodę. Do zobaczenia jutro na śniadaniu. – Wątpię – westchnął brat. – Po przyjęciu u lady Leominster idziemy całą grupą do Coal Hole, nie mam pojęcia, o której wrócę do domu. Pewnie do nas nie dołączysz? W połowie drogi do drzwi Ritchie pokręcił gło- wą. Chociaz˙ ogromnie kochał brata, momentami z˙ałował, z˙e jest on niereformowalnym utracjuszem. 15 się, Zastanawiał czy kiedykolwiek nadejdzie dzień, w którym Russell postanowi się ustatkować. ,,Szkoda, z˙e Russell nie ma w sobie choć odrobiny spokoju Ritchiego’’ – rzekł kiedyś ich ojciec w rozmowie z niez˙yjącą juz˙ matką. ,,A Ritchie odrobiny szaleństwa Russella. Podejrzewam, z˙e ludźmi. Z˙ałuję, z˙e to wtedy byliby idealnymi niemoz˙liwe’’. Tymczasem Ritchie musiał się śpieszyć do lor- da Sidmoutha. Poznał go wiele lat wcześniej, jesz- cze w dzieciństwie. Lord Sidmouth nazywał się wtedy po prostu Henry Addington i rywalizował z Pittem. Ritchie zastanawiał się przez chwilę, czy jego lordowska mość go pamięta, lecz uznał to za wątpliwe. Gabinet lorda Sidmoutha był duz˙y i pięknie urządzony, jak przystało na pokój człowieka od- powiedzialnego za bezpieczeństwo Anglii w trakcie wielkiej wojny. Minister wstał i wyszedł zza biurka, by powitać gościa. – Zapewne pan nie pamięta, ale poznaliśmy się wiele lat temu – zaczął. – Był pan wówczas małym chłopcem. Zadał mi pan niełatwe pytanie historycz- ne o rolę słoni w wojnie Hannibala z Rzymem. Później doszły mnie słuchy, z˙e został pan oficerem kawalerii. Z braku słoni musiał się pan zadowolić końmi, czy tak? – Nie da się ukryć, w Hiszpanii trudno dziś o słonie – odparł Ritchie, cały czas zastanawiając się, do czego prowadzi ta pogawędka. Wątpił, czy ściągnięto go do Whitehall na pogaduszki o tak- 16 zastosowanej podczas wojny Kartaginy tyce z Rzymem. Jego przypuszczenia okazały się słuszne. Lord Sidmouth poczęstował go kieliszkiem porto, wskazał wygodny fotel i z miejsca przeszedł do rzeczy. – Posłałem po pana, by spytać, czy zechciałby pan podjąć się zadania zbliz˙onego do tego, któ- re wykonywał pan dla Wellingtona w Hiszpanii i w Portugalii. Tak, wiem, był pan oficerem kawale- rii i dzielnie walczył na polu bitwy, lecz wiadomo mi równiez˙ o czymś innym. Był pan członkiem słuz˙b wywiadowczych Wellingtona i słuz˙ył jako oficer łącznikowy z grupami hiszpańskiej party- zantki. Któregoś dnia Francuzi pojmali pana pod- czas wykonywania obowiązków słuz˙bowych. Dzię- ki znajomości francuskiego i odwadze zdołał pan ukryć swą toz˙samość. Niestety, podczas wielokrot- nych przesłuchań odniósł pan obraz˙enia, więc po pańskiej ucieczce z niewoli Wellington polecił ode- słać pana do domu na rekonwalescencję, co równo- cześnie stanowiło nagrodę za dostarczenie istotnych wiadomości. Twarz Ritchiego nie zdradzała z˙adnych emocji. – Panie ministrze, nie spytam, w jaki sposób uzyskał pan te informacje – odezwał się po chwili milczenia. – Chciałbym jednak wiedzieć, jaki będą miały wpływ na moją pracę w Londynie. – Podejrzewałem, z˙e to pana zainteresuje. Po- wiedziano mi, z˙e jeśli kiedykolwiek będę potrze- bował przedsiębiorczego i odwaz˙nego człowieka, powinienem mieć świadomość, z˙e właśnie taki 17 z˙ołnierz słuz˙y w kawalerii. Niedawno otrzymałem wiadomość, z˙e od pewnego czasu do kraju wpły- wa mnóstwo przemycanych towarów. Straty urzę- du ceł są niewyobraz˙alne. Co więcej, mamy po- wody sądzić, z˙e francuscy agenci docierają do Anglii na statkach potajemnie zawijających do wybrzez˙y Susseksu. To smutne, ale wielu dotąd uczciwych obywateli uznało przemyt za niezłą i zarazem bardzo dochodową rozrywkę, zapomi- nając przy tym, z˙e to zwykła zdrada ojczyzny. Na domiar złego ludzie utrzymują w tajemnicy na- zwiska przemytników i ich metody dystrybucji towarów. Uzyskanie rzetelnych informacji na te- mat szmuglu jest dla nas praktycznie niemoz˙liwe. Jak pan zapewne wie, przemyt oznacza przerwa- nie blokady kontynentalnej, o której szczelność dba marynarka wojenna. Blokada powstała po to, by uniemoz˙liwić prowadzenie handlu z Francją i jej sprzymierzeńcami, zatem ludzie, którzy ją łamią, są de facto zdrajcami. Musimy wysłać na miejsce zdarzeń osobę, która przywykła do dzia- łania w ukryciu i jest nieznana organizatorom przemytu, a takz˙e celnikom. Obawiam się, z˙e część naszych słuz˙b celnych i podatkowych zo- stała skorumpowana przez – nie bójmy się tego słowa – kryminalistów. Potrzebuję kogoś, kto ustali, gdzie jest punkt przerzutowy, a do tego wskaz˙e osoby stojące za handlem. Pan doskonale nadaje się do tego zadania. Mógłby pan pojechać na miejsce pod jakimś niewinnym pretekstem i przyjrzeć się sytuacji. Ritchie odstawił kieliszek wina. 18 – Rzecz jasna, podejmę się tego zadania, jeśli taka jest wola pana i moich dowódców w kawalerii – oświadczył. – Niestety, nie znam nikogo w Sus- seksie ani w sąsiednich hrabstwach. Z pewnością zdaje pan sobie sprawę, z˙e ziemie mojego ojca lez˙ą na północy. Na południu mam niewielu przyjaciół. Poza tym większość z nich nadal słuz˙y pod roz- kazami Wellingtona. – To bez znaczenia – zapewnił go lord Sid- mouth. – Zupełnym przypadkiem mam doskonałą przykrywkę dla pańskiej prawdziwej działalności. Wczoraj wieczorem siostra poinformowała mnie, z˙e lady Leominster prosiła przyjaciół o polecenie jej rzetelnego guwernera dla wnuka sir Johna Comptona, trzynastoletniego Jacka. Posiadłość sir Johna znajduje się w hrabstwie Sussex, między Lewes a brzegiem morza. Jest pan człowiekiem wykształconym i niegdyś pragnął pan zrobić na- ukową karierę. Sugeruję, by niezwłocznie poprosił pan moją siostrę o kontakt z lady Leominster. Dostanie pan referencje. Rodzina Comptonów naj- wyraźniej ma trudności ze znalezieniem kogoś odpowiedniego. Pańska obecność na miejscu nie wzbudzi niepokoju. Nikt nie będzie podejrzewał guwernera. Gdyby zgodził się pan na udział w tej misji, znaleźlibyśmy dla pana odpowiednie na- zwisko i adres, pod który słałby pan istotne, nie- cierpiące zwłoki informacje. Obawiam się, z˙e w okolicy nie znajdzie pan nikogo godnego zaufa- nia. Nawet miejscowe władze mogą współdziałać z przemytnikami. I co pan na moją propozycję, panie majorze? 19 Ritchie uśmiechnął się pod nosem. A jeszcze niedawno sądziłem, z˙e moje z˙ycie jest nudne, po- myślał. Oto okazja, by je oz˙ywić. – Jestem gotów wziąć udział w misji – oświad- czył głośno. – Nie obiecuję, z˙e odniosę sukces, niemniej zrobię co w mojej mocy, by zadowolić ministerstwo. Czy mogę zasugerować, by moim przybranym nazwiskiem stało się moje imię, Rit- chie? W ten sposób nie będzie problemu, gdy ktoś tak się do mnie zwróci. Jez˙eli pan pozwoli, chciał- bym nazywać się Edward Ritchie i udawać łagod- nego i niegroźnego gryzipiórka. Edward to moje drugie imię. – Doskonale – zgodził się z zadowoleniem sir Sidmouth. – Jak najszybciej ustalimy adres kontak- towy. Wątpię, by znalazł się pan w bezpośrednim niebezpieczeństwie, niemniej ostroz˙ność będzie wskazana. Ritchie ponownie się uśmiechnął. – Jestem ostroz˙nym człowiekiem, panie mini- strze. Brawura jest mi obca, bez względu na to, co pan o mnie słyszał. Nawet jeśli lord Sidmouth uznał, z˙e jego roz- mówca jest przesadnie skromny, nie rzekł ani słowa. Wstał i wyciągnął ku niemu rękę – rzadko za- szczycał gości takim gestem. – Kiedy tylko otrzymam stosowne informacje, przekaz˙ę panu, z˙e sir John jest gotów przeprowadzić z panem rozmowę wstępną. Jak rozumiem, nie zapomniał pan jeszcze łaciny ani greki? – Obydwa te języki pamiętam dość dobrze, by przekonać kaz˙dego, z˙e nadaję się na pedagoga. 20 – Wobec tego z˙yczę panu szczęścia. Spotkanie dobiegło końca. Wychodząc drzwiami dla słuz˙by, by nie zobaczył go nikt z pracowników ministerstwa, Ritchie pomyślał, z˙e wreszcie dostał zlecenie, które moz˙e przypomni mu o tym, co utracił po powrocie do kraju. Podjął juz˙ jedną decyzję: będzie udawał łagod- nego belfra i z˙eby dodać sobie wiarygodności, kupi okulary ze zwykłymi szkłami. W końcu zdaniem większości ludzi prawdziwy pedagog powinien być krótkowzroczny i nieśmiały. – Alez˙ ciociu, dzisiejszego popołudnia nie bar- dzo mam ochotę zabawiać pół hrabstwa. Rano przyjez˙dz˙a pan Ritchie, nowy guwerner Jacka. Rice prosił, bym ponownie przejrzała księgi rachunko- we, a William zaplanował na popołudnie wielkie przyjęcie dla gromady ludzi, z którymi nie mam nic wspólnego. Szczerze mówiąc, wybrał najgorszy moz˙liwy dzień. Do tego to przeciez˙ kosztuje, a nie mamy pieniędzy. – Pandoro, daj spokój. Przyjęcie dobrze ci zrobi. Nareszcie ładnie się ubierzesz i przyzwoicie uło- z˙ysz włosy. – To juz˙ szczyt wszystkiego! – wykrzyknęła Pandora. – Nie mam czasu na takie nonsensy. Nie będę na przyjęciu. Sama moz˙esz wystąpić w roli gospodyni, ciociu. Wymyśl jakiś powód, dla któ- rego nie przyjdę, dowolny, nic mnie to nie ob- chodzi! – Wykluczone, Pandoro! – Ciotka Em przekli- nała swój brak taktu. Zastanawiała się, co bardziej 21 zirytowało siostrzenicę: wzmianka o przyzwoitej fryzurze czy o ładnym ubraniu. Zamierzała ciągnąć tę dyskusję, kiedy kamer- dyner, stary Galpin, wszedł do pokoju, jak zwykle smętnie zwieszając głowę. – Przybył pan Ritchie na umówione spotkanie – wymamrotał. – Podobno ma być guwernerem panicza Jacka. Skierowałem go do biblioteki. – Biblioteki! – wykrzyknęły obydwie panie. Simon, ojciec Pandory, ogołocił pomieszczenie z większości zgromadzonych tam cennych wolu- minów, by zebrać pieniądze na swoje wystawne z˙ycie. – Czyz˙bym zrobił coś złego, proszę pani? – spy- jeszcze bardziej przygnębiony niz˙ tał słuz˙ący, zwykle. – Właściwie nie, biblioteka nie jest w gorszym stanie niz˙ reszta pomieszczeń – odparła Pandora i ruszyła do wyjścia. Mijając ciotkę, powiedziała: – Moz˙esz być pewna, z˙e tego popołudnia będę nieobecna. I po tych słowach powędrowała na rozmowę o pracy z dz˙entelmenem, którego znalazła dla nich lady Leominster. Jeszcze jeden powód do zmartwień. Miała tylko nadzieję, z˙e ten człowiek będzie dość doświad- czony, by poskromić Jacka. Obecnie jej brat siedział zamknięty w salce lekcyjnej. Była to kara za uciecz- kę z synem kucharki nad zarośnięty staw w parku. Jack wybrał się tam popływać, choć doskonale wiedział, z˙e jest to surowo zakazane. 22 Ritchie rozglądał się z zainteresowaniem. Właśnie zakończył męczącą podróz˙ do Nether Compton na dachu taniego powozu, który przypominał nieco wiejską furmankę. Rzekomo biedny młody guwerner nie mógł sobie przeciez˙ pozwolić na przejazd dyli- z˙ansem pocztowym ani nawet na miejsce w kabinie. Wszystko, co widział podczas wędrówki przez park sir Johna Comptona, wyraźnie świadczyło o tym, z˙e trafił do biednej rodziny. Dom równiez˙ był w fatalnym stanie. Pokój, do którego go poproszo- no, jakby ironicznie zwany biblioteką, niewiele się róz˙nił od pozostałych, równie powaz˙nie zaniedba- nych. Dostrzegł ksiąz˙ki, lecz nieliczne. Większość półek świeciła pustkami. Tylko biurko po drugiej stronie pomieszczenia wyglądało na uz˙ywane. Rit- chie zastanawiał się, jakim człowiekiem jest jego potencjalny pracodawca. – Chodzi o sir Johna? – wymamrotał zapytany o to podstarzały kamerdyner. Potem zaczął się głośno zastanawiać, czy za- prowadzić gościa do salonu, czy tez˙ na górę. – Do biblioteki – postanowił w końcu. – Panna Pandora tam pracuje. Panna Pandora? A któz˙ to taki? Tuz˙ przed wyjaz- dem do Susseksu słyszał jedynie o sir Johnie i jego wnuku, Williamie, utracjuszu. Russell wspomniał o nim raz czy dwa, a w jego głosie nie słychać było sympatii. ,,Hazardzista’’ – powiedział. ,,A do tego pechowiec’’. Czy dlatego z˙yli w ubóstwie? Niewykluczone, ale zarówno posiadłość, jak i sam dom wyglądały na zaniedbywane przez lata. 23 Ritchie rozmyślał o tym wszystkim, przygoto- wując się do odegrania skromnego guwernera, kiedy wielkie, dębowe drzwi się otworzyły i sta- nęła w nich młoda kobieta. Podeszła do gościa zdecydowanym krokiem. Była wysoka, choć niz˙- sza od niego, bo przeciez˙ miał metr osiemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu. Włoz˙yła na siebie nie- modną i starą sukienkę z zielonego materiału, tak postrzępioną, jakby od dziesiątków lat przekazy- wano ją z pokolenia na pokolenie. Była rudo- włosa, miała zielone oczy, a regularne rysy twarzy szpeciła marsowa mina. Gdy zerknął na dłonie kobiety, przekonał się, z˙e są całe w odciskach. Czyz˙by stała przed nim panna Pandora? Zapewne była tu ochmistrzynią, bo wykluczone, by nalez˙ała do rodziny. – Witam – odezwał się i skinął głową. Uznał, z˙e takie powitanie jest najbezpieczniejsze. – Pan Ritchie, jak mniemam? Trzeba przyznać, z˙e była równie zaskoczona, jak on. Nie spodziewała się wysokiego, młodego męz˙- czyzny o pociągłej, inteligentnej twarzy. Z niewia- domych powodów załoz˙yła, z˙e nowy guwerner będzie pulchnym jegomościem w średnim wieku, urzędasem o rozbieganym, niepewnym spojrzeniu. Cóz˙, przybysz rzeczywiście wyglądał dość niepew- nie, zwłaszcza kiedy się pochylił po bagaz˙, czyli poobijaną małą walizkę u swoich stóp. Co, u licha, opętało Galpina? Dlaczego nie zajął się rzeczami gościa? Z pewnością jego pamięć coraz bardziej szwankowała. Był jednym z reliktów dawnych rządów sir Johna. Juz˙ przed laty powinien 24 przejść na zasłuz˙oną emeryturę. Problem w tym, z˙e dziadek Pandory nie chciał o tym słyszeć. Nagle Pandorę zirytowały te przemyślenia. Prze- ciez˙ nie pierwszy raz miała przed sobą młodego człowieka, a inni prezentowali się lepiej od tego obszarpańca, który nawet nie śmiał spojrzeć jej w oczy. – Mam nadzieję, z˙e pańska podróz˙ nie była zbyt męcząca – zaczęła. – Chciałabym się przed- stawić. Jestem Pandora Compton, wnuczka sir Johna. Kiedy zapoznam się z pańskimi referen- cjami, które podobno są doskonałe, zaprowadzę pana do salki lekcyjnej, gdzie pozna pan mojego brata Jacka. Wyciągnęła rękę. Ritchie uznał, z˙e z pewnością po referencje. Bez względu na obyczaje panujące w tym domu, postanowił zachowywać się jak nale- z˙y, lecz jednocześnie odgrywać rolę osoby lekko nieobytej towarzysko. – Sir John – bąknął z nieszczęśliwą miną, ner- wowo wsuwając na nos nowe okulary w pozłaca- nych oprawkach. – Sądziłem, z˙e moim pracodawcą będzie sir John Compton. Proszę o wybaczenie, jeśli się mylę. Nie przesadzaj, skarcił się w myślach, w końcu masz być utalentowanym nauczycielem. – Owszem – przytaknęła Pandora. – Rzecz w tym, z˙e sir John jest niepełnosprawny i nigdy nie opuszcza sypialni. Po spotkaniu z Jackiem zaprowadzę pana do niego, niemniej wszystkie polecenia związane z pracą w tym domu będzie pan otrzymywał za moim pośrednictwem. Ze mną 25 proszę rozmawiać o edukacji i wychowaniu Jacka. Właściwie występuję w roli pełnomocnika dziadka. Ritchie miał ochotę zapytać, jaką rolę w tym domu pełni William Compton, w końcu spadkobier- ca majątku. I skąd ma tyle pieniędzy, którymi szas- ta w Londynie, skoro ponad wszelką wątpliwość jego dziedzictwo chyliło się ku upadkowi? Rzecz jasna, nie mógł zadać tego pytania pannie Compton – rzekomo nie miał pojęcia o istnieniu Williama Comptona. – Dziękuję – rzekł. – Oto dokumenty, o które pani prosiła. Pandora przyjęła referencje, wspólne dzieło lor- da Sidmoutha i Ritchiego. Jej dłoń przypadkowo dotknęła dłoni gościa. Zaskoczeni, oboje momen- talnie znieruchomieli. Ritchie nie rozumiał, czemu przeszył go tak silny dreszcz. Z całą pewnością nie powinien być zainte- resowany tą młodą kobietą. Absolutnie nie przypo- minała z˙adnej z dam, które do tej pory wpadły mu w oko. Pandora odwróciła się pośpiesznie, by gość nie dostrzegł jej zmieszania, i zajęła miejsce za znisz- czonym biurkiem. – To potrwa minutkę – zapewniła go. – Proszę usiąść, z pewnością jest pan zmęczony. – Pomyś- lała, z˙e sama tez˙ powinna odpocząć. Po chwili uniosła wzrok. – Referencje są zadowalające – oznajmiła z aprobatą. – Przyznam, z˙e jestem nieco zaskoczona faktem, iz˙ nie podjął pan pracy na stanowisku bardziej adekwatnym do pańskich nie- wątpliwych umiejętności. 26 Ritchie ukłonił się uprzejmie. – Pewne okoliczności rodzinne to uniemoz˙liwi- ły – odparł i westchnął. – Szczęśliwie problemy zostały juz˙ rozwiązane. Zanim jednak ułoz˙ę sobie z˙ycie wedle własnego uznania, muszę znaleźć zajęcie, które pozwoli mi zgromadzić stosowne środki. Cóz˙, przynajmniej pierwsze zdanie z jego wypo- wiedzi nie mijało się z prawdą, nawet jeśli cała reszta została wyssana z palca. – Mam nadzieję, z˙e w przyszłości szczęście bardziej panu dopisze – oświadczyła Pandora i wstała. Ritchie skinął głową i powędrował za Pandorą na ostatnie piętro, gdzie Galpin kazał Jackowi czekać na ich przyjście. Chłopiec siedział na wysokim stołku, wyraźnie zaniepokojony. – Jack, oto twój nowy guwerner, pan Ritchie – oznajmiła Pandora. – Będziesz zdobywał wiedzę pod kierunkiem wykształconego pedagoga. Jestem przekonana, z˙e zrobisz wszystko, by sprostać jego oczekiwaniom. Jack zeskoczył ze stołka i ukłonił się Ritchie- mu, po czym mruknął coś pod nosem. Chłopiec był wysoki jak na swój wiek, a dzięki rudym włosom i zielonym oczom ogromnie przypominał siostrę. – Witam, młody człowieku – powiedział Ritchie. – Ufam, z˙e nasza współpraca będzie się dobrze układała. Rozejrzał się po salce lekcyjnej, równie zanie- dbanej, jak reszta domu. Na otynkowanych ścianach 27 wisiały przyklejone rysunki – nieco nieudolne, za to zamaszyste. Przedstawiały przede wszystkim roz- maite postacie z˙ołnierskie na przestrzeni wieków, zazwyczaj staroz˙ytnych Rzymian. – To twoje dzieła? – spytał Jacka, który się zarumienił i skinął głową. – Dobre wychowanie nakazuje, by na uprzejmie zadane pytanie grzecznie odpowiadać – upomniał chłopca. – Kiwnięcie gło- wą nie jest stosowną formą odpowiedzi. Ritchie wyszedł z załoz˙enia, z˙e powinien od samego początku traktować podopiecznego tak, jak to zamierzał robić w przyszłości. Pandora uśmiechnęła się z aprobatą, a Jack ponow- nie poczerwieniał. – Tak, sam je namalowałem – wykrztusił. – Po- dziwiam z˙ołnierzy, szczególnie rzymskich, gdyz˙ zdobyli wszystkie ziemie, do których dotarli. Po- dobnie jak my – dodał. – Wyśmienicie – skomentował Ritchie. – Jez˙eli podczas pracy ze mną okaz˙esz się zdolny i pilny, z pewnością obaj będziemy usatysfakcjonowani. A jeśli nie... – Wzruszył ramionami. – Nie lubię, jak ktoś tak mówi – odparł Jack. – Stary Sutton, mój poprzedni guwerner, w kółko wygłaszał takie ukryte groźby. – Dla ciebie pan Sutton – upomniała go ostro Pandora. – Zawsze powinieneś okazywać szacunek starszym. Ritchie zauwaz˙ył, z˙e Jack się skrzywił. – Wszystkim z wyjątkiem Suttona. Pan Ritchie powinien wiedzieć, co ten człowiek zrobił, na wszel- ki wypadek. 28 – Jack! – syknęła zagniewana Pandora. Roz- bawiony Ritchie natychmiast zainteresował się, co takiego zrobił ,,stary Sutton’’ i pomyślał, z˙e bez względu na okoliczności zawsze najlepiej trzymać stronę pracodawcy. – Dobre maniery nakazują, by nigdy nie wy- głaszać uwag natury osobistej – przypomniał chłop- cu cichym i surowym głosem. – Dziesięć razy starannie wykaligrafujesz to zdanie, a tymczasem twoja siostra zaprowadzi mnie na rozmowę z sir Johnem. – Idzie pan na spotkanie z dziadkiem! Sądziłem, z˙e od pewnego czasu nie widuje nikogo. – Wiesz równie dobrze, jak ja, z˙e muszę mu przedstawiać wszystkich wyz˙szych rangą pracow- ników zatrudnionych w posiadłości. Dziadek lubi wiedzieć, co dzieje się w domu. Jack otworzył usta, zapewne, by powiedzieć coś niestosownego na temat dziadka i jego postępowa- nia, lecz na widok surowego spojrzenia guwernera natychmiast je zamknął. Nowy pedagog miał w so- bie coś onieśmielającego. Chłopiec szybko zrozu- miał, z˙e nie warto robić sobie z niego wroga. Podobnie jak Pandora, od początku wyczuwał, z˙e jego guwerner jest inny niz˙ wszyscy. Co prawda, wydawał się łagodny, lecz młodzieniec postanowił go nie prowokować. Po pierwszej rozmowie z podopiecznym Ritchie uznał, z˙e ma do czynienia z chłopcem zdolnym i inteligentnym, lecz zaniedbanym. Poprzedni gu- werner miał najprawdopodobniej zły wpływ na jego wykształcenie i obycie towarzyskie. 29 Kiedy dotarli do podwójnych drzwi apartamentu sir Johna, słuz˙ący otworzył je szeroko i zaanon- sował przybyłych: – Panna Compton i pan Ritchie, sir. Ritchie znalazł się w jedynym pomieszczeniu w domu, które nie było w podupadającym stanie. Sir John siedział w fotelu przy oknie, otulony kocem. Na niskim stoliku obok starszego pana stał kieliszek porto, przez otwarte drzwi widać było wielkie łoz˙e. Sir John skinął ręką, by Pandora usiadła. Rit- chie stanął w odległości kilku metrów od star- szego pana. – Przyprowadziłaś nowego guwernera na spot- kanie ze mną, tak? – spytał nagle wnuczkę. – Tak, dziadku. Pan Ritchie juz˙ rozmawiał z Ja- ckiem. – Poznał Jacka – rzekł nagle zirytowany starzec i skierował nieco nieprzytomne spojrzenie na Rit- chiego. – Jak się pan nazywa? – Ritchie, sir. Edward Ritchie. – Hm. Z Oksfordu, tak mówiła Pandora, kiedy ta głupia kobieta poleciła jej pana. Osobiście wolę Cambridge, ale nie szkodzi, chyba się pan nadaje. Trudno było skomentować te słowa, totez˙ Ritchie milczał. – Kot odgryzł panu język? – warknął starzec. Ritchie pochylił głowę, usiłując zachowywać się jak najpokorniej. – Nie, sir. Gdyby spotkało mnie takie nieszczęś- cie, nie mógłbym zostać guwernerem pańskiego wnuka. 30
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Sekretna misja
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: