Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00355 010256 11215525 na godz. na dobę w sumie
Shit still happens everyday - ebook/pdf
Shit still happens everyday - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: E-bookowo Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7859-639-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Shit Still Happens Everyday ... to kolejna część cyklu o komicznych perypetiach losu Zacharego Porębskiego, zakompleksionego cynika po trzydziestce oraz nieprzeciętnego grona jego rodziny i przyjaciół. Tym razem opowiadanie skupia się ściśle na przedstawieniu roku fundamentalnych przemian w życiu naszego bohatera, w sferze zawodowej, materialnej oraz uczuciowej. Zack nauczy się łączyć noszenie krawatu z trampkami, na własnych nozdrzach przetestuje woń środka przeciwpchelnego i drastycznie poszerzy swoją wiedzę na temat zagadnień uważanych powszechnie za co najmniej wstydliwe. Będzie musiał także stawić czoła swojemu biseksualizmowi i poważnie rozważyć potrzebę comming out'u.

Nie zabraknie również Wacka, a to już reklama sama w sobie.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

SHIT STILL HAPPENS EVERYDAY ... SHIT STILL HAPPENS EVERYDAY ... by ZoeRocks © Copyright by ZoeRocks Projekt okładki ZoeRocks ISBN 978-83-7859-639-4 WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE. ROZPOWSZECHNIANIE BĄDŹ KOPIOWANIE CAŁOŚCI LUB CZĘŚCI PUBLIKACJI ZABRONIONE BEZ PISEMNEJ ZGODY AUTORA. KSIĄŻKA JEST FIKCJĄ LITERACKĄ. WSZELKIE PODOBIEŃSTWA DO OSÓB I ZDARZEŃ RZECZYWISTYCH SĄ PRZYPADKOWE. WSZELKICH WYPOWIADANYCH PRZEZ BOHATERÓW OPINII O CHARAKTERZE ŚWIATOPOGLĄDOWYM NIE NALEŻY UTOŻSAMIAĆ Z OPINIAMI AUTORKI. 2 SHIT STILL HAPPENS EVERYDAY ... OD AUTORKI Zack, który jako fikcyjna postać literacka narodził się w 2008 roku, doczekał blogowego opowiadania i własnego e-booka, wciąż uparcie mnie prześladuje, zmuszając, abym nie pozwoliła niedopowiedzeniom trawić jego przyszłości. Dziś oddaję w wasze ręce kolejną część serii o życiowych perypetiach Zacharego Porębskiego i nie gwarantuję, że jest to część ostatnia. Zack potrafi być naprawdę bardzo upierdliwy ... Tym razem, w formie rozbudowanego opowiadania, chcę przedstawić wam rok z życia Zacka. A wierzcie mi, był to naprawdę pełen wrażeń rok dla naszego ulubionego cynika i jego najbliższych. Mam nadzieję, że z chęcią dowiecie się jak potoczyła się znajomość Zacka z Jude i jakim finałem zakończył się jego wyjazd do Francji. Aczkolwiek nie o Francji i nie o Jude jest ten wycinek losów naszego bohatera. Zack zamyka pewien etap w swoim życiu i rozpoczyna kolejny. Czy lepszy? Czas pokaże. Życzę udanej lektury :) 3 SHIT STILL HAPPENS EVERYDAY ... 27 grudzień 1. Wylądowałem na lotnisku w Pyrzowicach i z satysfakcją odetchnąłem swojskim, polskim powietrzem. Gdzieś głęboko, podświadomie czułem, że jakiś etap w moim życiu się skończył, ale nie byłem jeszcze świadom, jak bardzo to przeczucie okaże się trafione. Z wypchanym po brzegi turystycznym plecakiem, do którego w pośpiechu upchałem wszystkie swoje łachy i płyty, spacerowałem po lotniskowych korytarzach, mijany przez rzesze ludzi w nerwowych, noworocznych nastrojach. Cieszyłem się niezmiernie, że w tym roku minęła mnie świąteczna gorączka w polskich hipermarketach. Oklepane kolędy z nieśmiertelnym „Last Christmas 1”, oczojebne ozdoby choinkowe i niekończące się tłumy, piętrzące się przy korytach z przecenionymi produktami. Istny koszmar. Człowiek, który 22 grudnia dochodzi do wniosku, że miło byłoby uzupełnić zapas piwa i prażynek, popełnia największy błąd swojego życia, stercząc ze skromnie zapełnionym wózeczkiem, w kilometrowej kolejce, w otoczeniu zombie owładniętych świątecznym szałem. Niejednokrotnie znajdowałem się w skórze takiego jegomościa, dopóki życie nie nauczyło mnie zaopatrywania się w piwo w bardziej neutralnych porach roku. Na przykład latem, tudzież wczesną jesienią. Już od kilku lat myślałem strategicznie i przebiegle, unikając odświętnie wystrojonych centrów handlowych, poprzebieranych Mikołajów i powtórek przygód o gówniarzu Kevinie 2 , z irytująco tępym wyrazem twarzy. Cieszyłem się niezmiernie z mojej zaradności, dopóki nie dostrzegłem w tłumie sylwetki Henryka, w porażająco czerwonej czapie, z wielkim, białym pomponem. Poczciwy chłopina pomachał do mnie i nawet lekko podskakiwał, nieświadom faktu, iż mimo świątecznych ozdób tu i ówdzie, na tle poszarzałego tłumu wyróżniał się dość znacznie. - Jak minęła podróż? – zagadnął wesoło, gdy podszedłem do niego i wymieniliśmy uścisk dłoni. 1 Tytuł utworu grupy Wham! 2 Film „Kevin sam w domu”, 1990 r. 4 SHIT STILL HAPPENS EVERYDAY ... - A jak mogła minąć podróż w klasie ekonomicznej, z bandą podchmielonych rodaków? Było głośno, śmierdząco i nieapetycznie. Nieapetycznie, zważywszy na żarcie, które mi zaproponowano. - No tak, jedzenie w samolotach nie cieszy się zbyt dobrą sławą – Heniek przytaknął zmartwiony, po czym poklepał mnie po brzuchu. – Nic się nie bój. Zostało mnóstwo jedzenia ze świąt. Minnie przygotowała same specjały. - Właśnie dlatego się boję. - Trochę zaufania do umiejętności kulinarnych twojej matki, Zack. Jest po stokroć lepiej niż było – Heniek puścił do mnie oko, wspominając zapewne czasy, gdy Minnie raczyła go na wpół surowym mięsem i jajecznicą ze skorupkami. Szczęściarz, nie musiał przynajmniej, jak ja w młodości, zajadać się zupami, przy których szczawiowa stanowiła kwintesencję pożywności i rozkoszy dla podniebienia. - Szkoda, że nie spędziłeś z nami świąt. Za granicą chyba nie obchodzi się ich zbyt rodzinnie? - Cóż … moje tegoroczne święta przypominały bardziej brazylijską paradę, ale wolałbym o tym nie wspominać. Naprawdę bardzo, bardzo nie chciałem. - Ale przynajmniej obejrzałeś sobie wieżę Eiffla. - Tak. Przerdzewiałą konstrukcję, która z bliska wygląda, jakby zaraz miała runąć na ziemię – stwierdziłem zgryźliwie, przypominając sobie swoje wrażenia z wędrówek krajoznawczych po sławetnej stolicy mody i romansu. Ani jedno, ani drugie mnie nie interesowało, więc odczucia, z wiadomych przyczyn, okazały się daremne. - Nie mogło być, aż tak źle! - Nie no, było znośnie – zapewniłem, marząc o zmianie tematu i nie żywiąc złudzeń, że matka nie zaatakuje mnie niewygodną serią pytań, na które nie chciałem odpowiadać. – Nie ma o czym dywagować. - No dobrze, dobrze. Jak tam chcesz, Zack. Wiedz, że jesteś u nas bardzo mile widziany. Minnie miała przygotować twój stary pokój, ale troszkę się z tym guzdrała. - W porządku. Mogę spać na kanapie – zapewniłem, nie zamierzając na chwilę obecną wracać do domu okupywanego przez opiekunka i jego zabójczo czarne oczęta latynoskiego amanta. – Mogę mieszkać nawet w swoim domku na drzewie, z czasów dzieciństwa. 5 SHIT STILL HAPPENS EVERYDAY ... - Nie bądź śmieszny, chłopie – Heniek zarechotał głośno i wsiadł do samochodu, czekając aż usadowię się wygodnie na miejscu pasażera. – Nie ma w tym roku mrozu, ale to i tak warunki nieodpowiednie do biwakowania. - Przy dobrze dobranej dawce alkoholu, hipotermia mi ni grozi. - Spanie na dworze na szczęście też nie. Mhm, jasneeeeee. Styczeń 2. Miałem cudowny sen. Śniło mi się, że zostałem piątym Beatlesem i wraz z chłopakami zagrałem przełomowy koncert na stadionie Shea Stadium, chłonąc każdy odgłos pięćdziesięciotysięcznego tłumu. Wymieniałem porozumiewawcze uśmiechy z Johnem, Ringo oraz Paulem, i po raz pierwszy w życiu, czułem się naprawdę cholernie szczęśliwy. To nic, że grałem na karykaturalnie małej trąbce, na widok której George co chwilę głośno parskał. Byłem tam, gdzie zawsze być chciałem. Na scenie … w towarzystwie Królów Rock’n’rolla. Beztroski i spełniony, do mementu, w którym w perfekcyjne nuty naszych hitów wdarł się irytujący dysonans. - Zack! – dobiegający z tłumu krzyk, zwrócił moją uwagę na wychudłego chłopaka, z burzą utapirowanych włosów. – Zack! Stworzenie darło się i przeciskało przez rozwrzeszczanych fanów, człapiąc na komicznie patykowatych nogach, dopóki nie dotarło pod samą scenę, z dezaprobatą spoglądając mi w oczy. - Zack! - Czego?! – wydarłem się wściekle, odrzucając z impetem trąbkę, która zamiast na parkiet sceny, walnęła w coś metalowego … co okazało się być stertą zgniecionych puszek po piwie. Trąbka także okazała się być puszką. - Zack! – na jawie głos Dawida był po stokroć bardziej irytujący, niż jego darcie mordy we śnie. Głównie dlatego, że przez jego nieproszoną mać, wspólne granie z Beatlesami pozostało jedynie blednącym, sennym wspomnieniem. - Głuchy jesteś? – odwrzeszczałem, wystawiając łeb przez dziurę w drewnianej ścianie. – Zapytałem „czego”! 6 SHIT STILL HAPPENS EVERYDAY ... - Co ty u licha wyprawiasz? – Szmit zażądał odpowiedzi, spoglądając na mnie z poziomu trawnika, ze swoją ulubioną, karcącą miną. Jakbym był pieprzonym przedszkolakiem. - Dopóki nie przylazłeś smacznie spałem. - Od kiedy jesteś w kraju?! Dlaczego nie zadzwoniłeś ?! – zignorował moje wyrzuty i począł z niechęcią spoglądać na wątłą, drewnianą drabinkę. Byłem ciekaw, czy zdecyduje się po niej wspiąć, nie chcąc zedrzeć sobie gardła przed późniejszym obciąganiem fiuta swojemu przełożonemu. - Od piątku. I nie jestem spłukany – odpowiedziałem, wprawiając go w błyskawiczną konsternację. - Że co? - Odpowiadam na twoje cholernie wymagające pytania. W kraju jestem od piątku i nie dzwoniłem, bo nie jestem spłukany. - Ależ z ciebie dupek! – Dawid warknął urażony, jakby dopiero teraz dowiedział się, że spędzam z nim czas głównie dla kasy. Gdy przyciśnie mnie bieda i nie mam na piwo. - Czemu zawdzięczam twą wizytę? Minnie cię nasłała? – zapytałem, chowając głowę do wnętrza chatki. Czekałem, aż Dawid wgramoli się po nieszczęsnej drabince z cichą nadzieją, że jednak któryś szczebelek się pod nim złamie i spadnie na dupsko z wielkim hukiem. Uśmiechnąłem się perfidnie, słysząc jak z westchnieniem irytacji rozpoczyna wspinaczkę. - Owszem. Minnie powiadomiła mnie o twoim powrocie, skoro ty się nie pokwapiłeś – Szmit stwierdził z wyrzutem, przeciskając się przez ciasne drzwiczki do środka. – Czemu na miłość boską mieszkasz w swoim dziecięcym domku na drzewie? - Mieszkałem u matki, ale to nie na moje nerwy. Uprawiają z Henrykiem naturyzm. Czerpią energię z dziury ozonowej, czy jakoś tak – odparłem, obwąchując jedyny zachowany w całości kawałek żarła, w kartonie po pizzy. Nie byłem pewien, czy zamówiłem ją poprzedniego wieczora, czy może nieco wcześniej. - O Boże – Dawid z niesmakiem przełknął ślinę. - Taaa. Jest jeszcze gorzej, niż za hipisowskiej ery. Teraz jara ją buddyzm, joga i tego typu gówna. - Wielka szkoda – Szmit stwierdził ze smutkiem. – Byłem pewien, że kwiaty w kolorowych włosach Minnie są czymś równie niezmiennym, jak wschody i zachody słońca. Że przetrwają wszystko … 7 SHIT STILL HAPPENS EVERYDAY ... - … nawet nuklearny kataklizm – zawtórowałem mu równie rozżalony. – Z globalnej zagłady miały przetrwać jedynie bakterie, karaluchy i tęczowy czerep Minnie, z kwiatkiem. Niestety … teraz nosi koki. Przez chwilę milczeliśmy, po czym Dawid spojrzał na mnie poważnie i otwarł gębę, by zadać TO pytanie. Nie chcąc odpowiadać, trzasnąłem go w wary otwartą dłonią. - Pojebało cię?! – wrzasnął, plując na wszystkie strony i gorączkowo wycierając usta. – To na pewno ręka od walenia! - I od analnej palcówki – zapewniłem, nie mogąc darować sobie jego przedzawałowej miny. Podczas rocznego pobytu z Jude we Francji, stęskniłem się za skurczybykiem bardziej, niż za Minnie i zapchlonym Wackiem. - Zaraz wleje sobie w gardło litr Domestosa, świnio! – Szmit oznajmił z obrzydzeniem i groźnie zmarszczył brwi. – Gadaj dlaczego wróciłeś sam? Co z tobą i Jude? Westchnąłem niczym rasowy dziadu i osunąłem się na dmuchaną, dziecięcą pufkę. - Możemy o tym nie gadać? - Możesz pomarzyć. Mów! - Jesteś gorszy, niż targowe plotkary – stwierdziłem oskarżycielsko, po czym siląc się na beznamiętny ton, postanowiłem pokrótce streścić mu wyjazd z Jude do Paryża i nasze chwilowe rozstanie. - Francja jest dziwna. Ślimaki obrzydliwe, a kawior śmierdzi rybim dupskiem. To bajka Jude, nie moja. Koniec. - Kurwa, jaja sobie robisz?! – Dawid, jak Boga kocham, miał ewidentnie ochotę zdzielić mnie w czuprynę. – Gadaj o co poszło. Jude jest skromną dziewczyną, więc nie uwierzę że zaczęła ciągać cię na przyjęcia i zmuszać do żarcia kawioru. - No może niedosłownie. Ale ja do niej, po prostu, nie pasuję – westchnąłem wściekły, że przyjaciel zmusił mnie do konfrontacji z problemem i jego werbalizacji. – Lecimy na siebie, ale jesteśmy tak diametralnie różni, że na dłuższą metę … zmęczylibyśmy … - Cały Zack – Dawid stwierdził z rezygnacją. – W obawie przed odrzuceniem woli na wszelki wypadek porzucić pierwszy. Mentalność dwunastolatka. Moje gratulacje. - To nie tak! – próbowałem się bronić, ale spojrzenie Szmita było na tyle nieustępliwe, iż jedynie sięgnąłem po fajkę. – Chcę mieć święty spokój. Posłuchać rocka, wypić piwko, od czasu do czasu trochę poruchać. Nie nadaję się do światowego życia, nawet jeśli przebiega ono w cieniu reflektorów. - Miałem nadzieję, że wydoroślałeś. 8 SHIT STILL HAPPENS EVERYDAY ... Ciężko było traktować poważnie pełną dezaprobaty minę Dawida, który musiał garbić się pod niskim zadaszeniem domku na drzewie. Zaproponowałbym mu drugą pufkę, na której siadał w dzieciństwie, ale na skutek chwilowej nieuwagi, przepaliłem ją skrętem i spłonęła. - Jestem jaki jestem. Już się nie zmienię. Błędem było uwierzenie w to, że mój związek z Jude ma jakąkolwiek przyszłość. - Ciekaw jestem co ona na to? – Szmit zignorował mój cierpiętniczy wywód. – Chyba zaraz do niej zadzwonię. - Lepiej nie. Jest wkurzona. - Ciekawe czemu? - Już przyjąłem od niej na klatę, ubrane w brzydkie słowa, oskarżenie o niedojrzałość. Nie sądzę, by miała więcej do dodania – zapewniłem, głęboko zaciągając się dymem. – Ale spokojna głowa. Jak ochłonie stanie się bardzo kreatywna. To w końcu artystka-projektantka. Może nawet podpali mi domek na drzewie … - Czy możesz na pięć minut przestać być dupkiem? - Problem w tym, że nie. Dupkowatość płynie w moich żyłach. Oddycham nią i wydalam ją … - Okay, poddaję się. – Dawid uniósł dłonie w poddańczym geście, po czym ruszył w stronę maleńkich drzwiczek. – Zadzwoń jak się ogarniesz. Chcę wiedzieć, co zamierzasz dalej zrobić ze swoim życiem. - Myślałem nad karierą stracha na wróble – odpowiedziałem z powagą, za co oberwałem jedną ze zagniecionych puszek po piwie. 3. - Dzwoniłeś do Kukasa? – Minnie zagadnęła mnie, zbiegając po schodach i roześmiała się głośno, gdy z prędkością światła nakryłem swój łeb poranną gazetą. – Jestem ubrana. Słyszałam jak wchodziłeś. - Wolę zachować środki ostrożności, niż do końca życia obawiać się zmrużyć oko – odpowiedziałem, lekko spozierając zza czarnobiałych łamów Dziennika Codziennego i odkładając go, po pozytywnej weryfikacji słów matki. Musiałem, od czasu do czasu, wygrzać się, napić się kawy i zjeść cokolwiek poza pizzą, więc porzucałem domek na drzewie, aby odbyć niebezpieczną podróż ku lodówce rodzicielki. 9
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Shit still happens everyday
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: