Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00729 005188 13089138 na godz. na dobę w sumie
Siedem kamyków - ebook/pdf
Siedem kamyków - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 192
Wydawca: Wydawnictwo Pi Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-62781-16-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> kryminał
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Pojawiające się i znikające brylanty, tajemnicza zleceniodawczyni, niejeden trup i kilku chętnych na drogocenne precjoza - to niemały kłopot, nawet dla tak doświadczonego detektywa jak Sherman. Na domiar złego, jak zwykle, kłody pod nogi rzuca mu policja, która najchętniej zapewniłaby mu darmowy wikt i opierunek w ustronnym miejscu. Do akcji wkracza też boss nowojorskiego podziemia. Detektywistyczna powieść w klasycznym stylu!

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Copyright © 2010 by Peter Janees Copyright for this edition © 2010 by wydawnictwopi.pl All rights reserved Wydawca: wydawnictwopi.pl Redakcja i korekta: Grzegorz Godlewski Projekt okładki: Artur Gosiewski – signature.pl Skład i łamanie: Wojtek Puchniarz ISBN 978-83-62348-12-1 dla całej serii superkryminal.pl ISBN 978-83-62348-06-0 dla tomu Siedem kamyków Nr indeksu: 264156 4 1. Ledwie zobaczyłem ją tego dnia, a już wiedziałem, że będą kłopoty. Taka kobieta zawsze wywołuje dokoła sie- bie dużo zamieszania samym swoim istnieniem i  rozta- czaniem tego czaru, przed którym nie potraią bronić się mężczyźni. Siedziała na twardym krześle w  poczekalni mojego biura i  przeszukiwała torebkę. Trwało to chwilę i  mo- głem się jej przypatrzeć. Miała około dwudziestu pięciu lat, a  jej twarz przywodziła na myśl fotograie znanych aktorek ilmowych, zamieszczane na plakatach; twarz re- gularna i  doskonale piękna. Sztuka retuszowania potrai dzisiaj zdziałać niejedno, ale tej kobiecie nie było to nigdy potrzebne i nie będzie przez najbliższe pięćdziesiąt lat. To sama natura wyretuszowała jej rysy. Była ciemną blondyn- ką w nienagannie dopasowanym szarym kostiumie, z jaki- miś drobiazgami na przegubach rąk, starannie dobranymi do karnacji i ubrania. Podszedłem i podałem jej ogień. Zaciągnęła się głęboko dymem i  podziękowała machinalnie, a  potem dopiero na mnie spojrzała. Nie wyglądałem najlepiej, było to bowiem akurat po tej nocy, kiedy poturbowały mnie trochę chłopaki od Vincente’a. Dwudniowy zarost, podkrążone oczy i wy- mięte ubranie. I  jeszcze ten wspaniały siniak na prawym policzku. Nie było chyba jednak najgorzej, skoro kobieta nie dała po sobie poznać przestrachu. Spokojnie przenio- sła wzrok na barwną reprodukcję Ingresa na ścianie i może tylko palce jej dłoni drgały lekko od wewnętrznego niepo- koju. Chciałem ją zagadnąć, ale wydawało mi się, że powie- dzenie czegoś w rodzaju: „co panią do mnie sprowadza?” jest tutaj bardzo niestosowne. Schowałem zapalniczkę do kieszeni i stałem obok bez słowa. Skończyła oglądać obraz 5 i  popatrzyła na mnie. Miała niebieskie, bardzo niebieskie oczy i pomyślałem, że mógłbym w nie patrzyć bardzo długo i ciągle jeszcze nie mieć tego dosyć. Wreszcie udało mi się przełknąć ślinę i otwierałem usta, żeby zadać sakramental- ne urzędowe pytanie, kiedy mnie wyręczyła. – Pan także do pana Shermana? – zapytała. – Na wy- wieszce napisane jest… – Tak – odpowiedziałem odzyskując głos i spoglądając na zegarek. – Pan Sherman spóźnił się dzisiaj siedemnaście minut. Dzień dobry pani. Spojrzała zaskoczona. Byłem bardzo ciekaw, kto jej dał mój adres, ale nie zapytałem o to. Wyglądała na oso- bę z tych sfer, z którymi mam raczej luźny kontakt. Może zresztą wzięła adres z książki telefonicznej. Otworzyłem wyjętym z  kieszeni kluczem drzwi gabi- netu i powiedziałem najuprzejmiej, jak umiałem: – Proszę wejść, panno… – Marsh – wyjaśniła podnosząc się z krzesła. – Pani. Nie nosiła obrączki. Weszła z pewnym wahaniem, jak gdyby zastanawiała się, czy jednak nie powinna się wyco- fać. Usiadła na wskazanym krześle przy biurku i obrzuciła pokój dość obojętnym spojrzeniem. Poczułem wstyd, że musi to oglądać. Zresztą nie było tutaj nic interesującego. Poza biurkiem szafa z  zamykanymi na klucz szuladami kartoteki, obok podrabiana ikona ze świętym Jerzym, wie- szak w kącie i niski stolik-szaka z przedpotopową maszy- ną do pisania. Ta ostatnia była mi przydatna dość rzadko, a szaki używałem raczej do przechowywania alkoholu, ale klientom o tym nie mówiłem. Dłuższą chwilę przyglądali- śmy się sobie. – Nie zawsze tak dobrze wyglądam – wybąkałem wreszcie. – Mówię o  tym na wypadek, gdyby pani roz- myśliła się powiedzieć, co ją tutaj sprowadza. Uśmiech- nęła się ledwie dostrzegalnie, a ja pomyślałem, że bardzo chciałbym zobaczyć jej prawdziwy uśmiech. Tylko że ta- kie kobiety nie śmieją się w taki sposób do prywatnych detektywów. 6 – Zastanawiałam się właśnie – powiedziała miękkim, niskim głosem – jak często zdarzają się panu takie… przy- gody. Wyglądało na to, że zdecydowała się zdradzić mi cel swojej wizyty. Uśmiechnąłem się i zażartowałem: – Wszyst- ko przez to, że urodziłem się pod niewłaściwym znakiem. Ojciec zobowiązał matkę, żebym urodził się jako Skorpion, ale matka była kobietką wyjątkowej samodzielności i  zo- stałem Strzelcem. Liczyłem, że sprowokuję ją do powiedzenia czegoś o sobie, ale widocznie nie miała na to ochoty. – Skoro już poznaliśmy się, możemy przejść do sprawy – stwierdziłem wobec tego. – Pani przyszła do mnie z jakąś sprawą, praw- da? Słucham bardzo uważnie. – To trochę skomplikowane – powiedziała wreszcie. – I  długo wahałam się, czy powinnam z  tym przyjść do pana… czy też kogokolwiek. Nie wiem, czy pan… Ale ra- dzono mi, żebym zwróciła się właśnie tutaj… – A któż był dla mnie taki łaskawy? – zapytałem życz- liwie. – Przyjechałam do Nowego Jorku niedawno i nie mam tu zbyt wielu znajomych. Mówił mi o panu Roger Wallace, którego znam jeszcze z kalifornijskich czasów. – Wallace z  „Harper’s Magazine”? Ma skłonności do przesady, jak to mówią. Jak każdy pismak. Nagle coś zaświtało mi w głowie. – Czy pani jest z tych Marshów? Skinęła głową i powiedziała z westchnieniem: – Nieste- ty, Martha Marsh. Spojrzałem na nią z  dodatkowym zainteresowaniem. Martha Marsh. Dziewczyna z południowej Kalifornii, któ- ra przed kilkoma miesiącami wyszła za mąż za Johna Ed- gara Marsha Trzeciego, jedynego syna najpoważniejszego z  potentatów amerykańskiej branży obuwniczej. Przypo- mniałem sobie te zdjęcia w gazetach. – Proszę się nie obawiać – powiedziałem, aby ją zachę- cić. – Jesteśmy tu sami, a mnie obowiązuje tajemnica za- 7 wodowa, podobnie jak, na przykład, lekarzy. Niczego nie wyniosę na zewnątrz, o  ile oczywiście to, co pani powie, nie jest ewidentnie sprzeczne z prawem. Proszę mi zaufać. Przecież inaczej nie miałbym klientów i nie utrzymałbym się w tej branży nawet dwa tygodnie. Wyciągnęła dłoń po papierosa. Poczęstowałem ją z no- wej paczki, wyjętej z kieszeni, a pustą zmiąłem i cisnąłem do kosza. Strzał był celny. Kobieta znalazła w torebce kosz- towną zapalniczkę i  obsłużyła się sama. Potem wydobyła małe zawiniątko, paczuszkę ze zwyczajnej papierowej ser- wetki. – Chciałabym, żeby pan to dla mnie przechował – po- wiedziała. – Tylko tyle? – zdziwiłem się. – A co to jest? – Moja własność – odpowiedziała i  gestem ręki dała znak, że mogę zobaczyć. Wziąłem paczuszkę miedzy palce. Obserwowała mnie bez słowa i  chyba widziała moje rozczarowanie, a  potem głupią minę, kiedy odwinąłem papier. Zagwizdałem. Na biurku leżało przede mną siedem kamieni, siedem brylan- tów wielkich jak gołębie jaja. – Ładny kawałek grosza – stwierdziłem z  uznaniem. – Ile to jest warte? – Około siedemdziesięciu tysięcy każdy – powiedziała nie spuszczając wzroku z  mojej twarzy. – Pół miliona za wszystkie razem. Wypowiedziała to obojętnie i pomyślałem, że mnie ni- gdy nie będzie stać na taki ton. Zawinąłem kamyki w ser- wetkę i położyłem na blacie biurka po jej stronie. Przestała palić i zamarła z ręką odsuniętą od tułowia. Popiół z pa- pierosa spadł na podłogę. Wydawała się zdezorientowana i chciałem to wszystko wyjaśnić. – Nie wiem, co powiedział o  mnie Wallace – oświad- czyłem. – Ale widać nie wszystko. Ja miąłbym to przecho- wać? A niby gdzie? W moim biurze? Nie, proszę pani, nie jestem samobójcą. Żałuję, ale to zupełnie niemożliwe. – Proszę tylko o  parę dni. Najpóźniej w  poniedziałek 8 zgłoszę się po odbiór. Ja albo mój adwokat. Dobrze panu za- płacę. Pokręciłem głową. – Proszę oddać do banku – poradziłem. – Znacznie mniej kłopotów i więcej pewności. – Nie mogę – oświadczyła i energicznym ruchem zgasi- ła papierosa w popielniczce. Ręka trochę się jej trzęsła i pa- lec wskazujący ubrudził się popiołem, ale nie zauważyła tego. Wydłubałem papierosa z paczki, zapaliłem, a potem powiedziałem wolno i wyraźnie: – Proszę pani. Jasno wi- dzę, że Wallace zapomniał jednak uprzedzić panią o pew- nej dość istotnej sprawie związanej ze mną. Otóż nie jestem szaleńcem. To raz. A  po drugie – nie gram tak wysoko. Niech pani myśli o tym, co chce, ale na swój sposób chcę być uczciwy. Czy wyrażam się jasno? Wstałem, dając do zrozumienia, że rozmowę uważam za zakończoną i gotów jestem odprowadzić klientkę do drzwi. Ale Martha Marsh nie poruszyła się. Siedziała z lekko zaci- śniętymi ustami. Po chwili zaczęła podnosić się z krzesła. Czyniła to jakoś bardzo niezdarnie. Łzy, które zobaczyłem na jej twarzy, poruszyły mnie. Nie były udawane – były to łzy najprawdziwsze na świecie, ogromne i wstrząsająco po- dobne do tamtych, jakie dwa razy widziałem u Key. A po- tem już nie dane było mi oglądać ani jej łez, ani jej uśmie- chu. Ostrożnie usadowiłem panią Marsh na krześle. Była tak krucha, że sądziłem, iż jest z cieniutkiego szkła i wystarczy lekkie uderzenie, aby rozprysła się i przestała istnieć. Podszedłem do szaki, trzęsącymi się rekami wydoby- łem butelkę whisky i  dwie małe szklaneczki. Napełniłem je dość dużymi porcjami alkoholu i jedna dawkę wypiłem natychmiast. Drugą podałem Marcie Marsh. – Proszę to wypić – powiedziałem szorstko, ponieważ znowu miałem przed oczami coś, o czym chciałem zapo- mnieć. Wypiła posłusznie jeden mały łyczek. Nie odstawiła szklanki na biurko, a oddała mi ją do rąk. – Może jeszcze? – zapytałem troskliwie. 9 Byłem zły na siebie, bo poczułem, że zawojowała mnie całkowicie i nie dam już rady się wyplątać. Nawet mój głos nie był taki, jak tego chciałem. Podziękowała cicho, a potem przeprosiła za swoje za- chowanie. Odpowiedziałem, że nie ma o czym mówić i pa- trzyłem, jak wyjmuje z torebki chusteczkę i ociera oczy. Usiadłem znowu za biurkiem, wyjąłem z górnej szula- dy kawałek czystego papieru i napisałem, że kwituję odbiór danych mi na przechowanie brylantów wartości pół milio- na dolarów. Nie wiem, czy patrzyła na mnie, gdy pisałem. – Pani Marsh – powiedziałem po chwili. – Przyjmuję na przechowanie te kamyki. Na parę dni. Oto pokwitowa- nie. Ale dam je pani pod warunkiem, że dowiem się do- kładniej, o co w tej sprawie chodzi. Uspokoiła się i  zaczęła opowiadać. Mówiła dokładnie przez dwanaście minut, a ja nie przerywałem obawiając się, że to mogłoby ją speszyć. Kiedy skończyła, podniosłem się i schowałem butelkę i szklanki do szaki pod maszyną. Po- tem stanąłem w kącie pod wieszakiem, żeby nie być zbyt bli- sko mojej nowej klientki i zapytałem: – Czego pani oczekuje ode mnie w tej sprawie poza przechowaniem klejnotów? Poruszyła się niespokojnie. – Nie wiem na pewno – powiedziała z namysłem. – Kiedy szłam tutaj, właściwie miałam zamiar prosić pana tylko o  przyjęcie brylantów. Chciałam jeszcze wysondować, co pan myślałby w  mojej sytuacji. Może mógłby pan… – Sądzi pani, że mógłbym coś wskórać? Samotnie? To jest robota dla całego zespołu ludzi. Albo… – zawahałem się. – Albo może rzeczywiście dla jednego człowieka… Dobrze, spróbuję, czy uda mi się coś zdziałać. Uprzedzam jednak z góry, że sprawa nie jest łatwa, zresztą sama pani wie. Pani mąż to, zdaje się, szczwany lis, a poza tym, ktoś mu chyba w tym wszystkim pomaga. To jasne. Nie rozu- miem, jak mogła pani… Mniejsza o to. Proszę jechać teraz do domu i raczej nikomu nie mówić o naszym spotkaniu. Skinęła potakująco głową i podziękowała prawie szep- tem. 10 Wziąłem paczuszkę z klejnotami i włożyłem ją do ma- łego sejfu za obrazem świętego Jerzego. Potem odprowa- dziłem klientkę do drzwi. Podała mi rękę na pożegnanie i  włożyła w  dłoń plik banknotów. – Pomyślałam, że będzie lepiej, jeśli nie wysta- wię czeku. Ludzie z banku natychmiast donieśliby Johnowi. Wyprowadziłem ją na korytarz i  patrzyłem, jak idzie w  kierunku windy trochę niepewnym, lekko kołyszącym się krokiem. Prawie zupełnie tak jak na początku naszego spotkania. 2. Wróciłem do biura i  pokrzepiłem się jeszcze jedną szklaneczką whisky. Nie było później niż siódma trzydzie- ści, ale wiedziałem, że mogą przyjść jeszcze tego samego wieczoru. To by mi pasowało do historii opowiedzianej przez panią Marsh. No i jej samochód stał pod moim biu- rem dostatecznie długo, by ktoś go zauważył. Rzuciłem okiem dookoła sprawdzając, czy nie zostało nic, co mogłoby wskazywać na ślady bytności pani Marthy Marsh w  moim biurze. Niczego takiego nie dostrzegłem. Rozważałem zasadność kolejnego drinka, kiedy zadzwonił telefon. Jakiś facet z charakterystycznym południowym ak- centem zapytał wesoło: – Jesteś tam, Sherman? A kiedy nie odpowiedziałem, dodał tylko tym samym tonem: – Posłuchaj uważnie, kolego. Ktoś uważa, że niepo- trzebnie pakujesz się w nie swoje sprawy. I dlatego prosi, żebyś się odczepił. – Od czego? – odezwałem się łagodnym głosem. – Pytania nie są tu konieczne – powiedział wesołek. – Wystarczy, żebyś zapamiętał. To wszystko. – A jeśli nie? – Mogą być malutkie, kłujące kłopoty – zachichotał. – Muszę z czegoś żyć – zauważyłem. – Chodzi o to, że mógłbyś przestać. 11 Stuknęła odkładana słuchawka i włączył się sygnał cen- tralki. Usiłowałem sobie przypomnieć, gdzie i  w  jakich okolicznościach słyszałem już ten pogodny, zadowolony głos. Ale nie zawracałem sobie tym dłużej głowy – przy- puszczałem bowiem, że za chwilę będę to sobie mógł do- kładnie przypomnieć. Sprawdziłem, czy rewolwer w górnej szuladzie biurka jest załadowany. Resztę czasu spędziłem na czytaniu ogło- szeń w gazecie sprzed dwóch dni. Nie omyliłem się. Przyszli dokładnie o  ósmej. Głos Prędkiego Johnny’ego przypomniał mi się w  tym samym momencie, w którym on pojawił się w drzwiach gabinetu. Tego drugiego nie znalem. Był mniej więcej w moim wie- ku, miał tylko dużo lepszy od mojego garnitur i kilkanaście funtów nadwagi. – Cześć, Sherman – powiedział Prędki Johnny siadając na brzegu biurka i pochylając w moja stronę swoją długą, zwalistą postać. – Ktoś chciałby ci się przyjrzeć. Spojrzałem na jego towarzysza bez specjalnego zainte- resowania. Nie lubię takich wymuskanych bubków o bia- łych dłoniach. Chciałem też sprawdzić, co nosi w  prawej kieszeni marynarki, dlatego spytałem: – Ten goguś? A cóż to za ważniak? I skąd ty, Johnny, w takim dziwacznym to- warzystwie? Goguś sapnął, poczerwieniał na twarzy. Wyciągnął z kieszeni colta 38 z krótką lufą i wymierzył broń we mnie. Ale nie zdążył wystrzelić ani też nic powiedzieć, bo Prędki Johnny podniósł się z biurka i wyprostowawszy swoje sześć i pół stopy zasłonił mnie skutecznie. – To niepotrzebne, panie Marsh – wyjaśnił. – Sherman już taki jest pyskaty i nie warto go zmieniać. Załatwiajmy swoje i  koniec. Naprawdę nie warto słuchać tego, co on mówi. Widocznie miał duży wpływ na Johna Edgara Marsha Trzeciego, ponieważ ten nic nie powiedział, burknąwszy tylko pod nosem coś niezrozumiałego. 12 – Przyszedłeś do mojego biura z zamiarem wywołania awantury? – umyślnie skierowałem pytanie tylko do John- ny’ego. – Nie zalewaj – odpowiedział łagodnie. – Wiemy, że pani Marsh tutaj była. Widzieliśmy jej samochód na par- kingu. Posłuchaj mojej rady i nie pchaj paluchów miedzy drzwi. – Jestem za stary, żeby ktoś mnie utrzymywał – powie- działem. – Sam muszę sobie radzić. Uważasz, że powinie- nem zlikwidować biuro i  sprzedawać na ulicy orzeszki? Poza tym to jest wolny kraj i  każdy ma prawo korzystać z usług prywatnego detektywa. – Pan Marsh prosił, żebym go tutaj przyprowadził – tłu- maczył Prędki Johnny cierpliwie. – Przejął się twoją mate- rialną sytuacją i postanowił coś zrobić. Masz tutaj czek na pięćset i jest po sprawie, nie? Wziąłem czek, złożyłem go kilkakrotnie w  małą ko- steczkę i wsunąłem do górnej kieszonki marynarki gang- stera. – Masz mało wdzięczną robotę – powiedziałem. – Do- bra, pokazałeś mnie temu pięknisiowi. Jeśli już skończył oglądanie, niech idzie do diabła, bo mogę zechcieć zoba- czyć jego pozwolenie na broń. Prędki Johnny strzepnął niewidoczny pyłek z  klapy marynarki. – Sam tego chciałeś, Sherman – rzekł, obna- żając swoje wspaniałe zęby. – Sam tego chciałeś. Ale będę dla ciebie dobry. Bóg mi świadkiem, że nie zasługujesz, ale jeszcze raz będę twoim prawdziwym przyjacielem i popro- szę, żebyś usunął się z tej rodzinnej sprawy. – Ty też należysz do rodziny? – zdziwiłem się. – I w ogó- le nic mi nie jest wiadomo o żadnej sprawie. Pani Marsh nie może ruszyć się z domu, bo on zaraz leci za nią jak gończy pies? Jakie to dziś dziwne małżeństwa! Po raz drugi Johnny nie dopuścił, żeby Marsh zrobił cokolwiek. – Nie znam się na tym – powiedział. – Sam ni- gdy nie byłem żonaty. Myślę jednak, że pan Marsh wie co robi. No dobra, człowieku. Mam nadzieję, żeśmy się zro- 13 zumieli i rzeczywiście zapomnisz o wszystkim, jeśli nawet coś wiesz. Wychodzimy. Ale pamiętaj – gdyby co, dawa- łem ci szansę. – Gdyby co? – zapytałem bezczelnie. – Gdybyś dokładnie o wszystkim zapomniał. – OK – skinąłem głową. – Przekonałeś mnie. Ucieszył się i przyjacielsko poklepał mnie po ramieniu. – No widzisz. Od razu mówiłem panu Marsh, że z ciebie gość do rzeczy. To znaczy, wycofasz się? – Właśnie mnie przekonałeś, że powinienem postąpić akurat odwrotnie. Syknął ze złością, ale nic nie powiedział. Skinął mi nie- dbale głową i wyszedł, przepuściwszy przed sobą swojego chlebodawcę. Wszystko to dało mi wiele do myślenia, szczególnie obecność kogoś tak niebezpiecznego jak Prędki Johnny przy boku Marsha. Mogło to bowiem znaczyć o wiele wię- cej niż to, czego dowiedziałem się od swojej klientki. Zamknąłem biuro i  wybrałem się do baru po drugiej stronie ulicy, żeby coś przekąsić i  spokojnie pomyśleć. W biurze ostatnio zrobiło się zbyt tłoczno. 3. Kiedy podchodziłem do drzwi mojego mieszkania, wy- dało mi się, że słyszę za nimi jakieś głosy. Przystanąłem. Umilkły, zanim włożyłem klucz w zamek. Zastanawiałem się chwilę, czy nie powinienem się ulotnić, ale doszedłem do wniosku, że nie ma to sensu. A  poza tym musiałem przecież gdzieś mieszkać. Wszedłem do środka. Było ich dwóch. Ogromnego sierżanta detektywa O’Malleya znałem z nie najlepszej stro- ny od dobrych paru lat; ten drugi też parę razy mignął mi przelotnie w którymś komisariacie policji. Siedzieli w fo- telach przy stoliku i  oglądali jakieś papiery. Domyśliłem się, że moje. Ten drugi bawił się przy tym srebrną monetą, 14 podrzucając ją na wysokość kilku cali i chwytając na prze- mian prawą i lewą ręką. Sierżant O’Malley trzymał w ręce swój wielki rewolwer kaliber 45 i  celował w  mój brzuch. Inna, mniejsza broń zupełnie by do niego nie pasowała, podobnie jak nie pasowałby wysoki głos czy lotny umysł. – Gdzie to łazisz, Sherman, co? – zadał mi inteligentne pytanie, ociężale podnosząc się z fotela. Prychnąłem, ponieważ nigdy nie przepadałem za sier- żantem O’Malleyem, a to głównie z powodu jego denerwu- jącej pewności siebie i skłonności do poprawiania uzębie- nia rożnym twardym facetom. – Guzik cię to obchodzi, O’Malley – powiedziałem gło- śno. – Chciałbym się natomiast dowiedzieć, co wy tutaj robicie. Sierżant zerknął na swojego towarzysza, ale ten wyda- wał się być mało zainteresowany całą sprawą. Bawił się mo- netą nie podnosząc głowy. – Może mamy nakaz – powiedział O’Malley. – Może – zgodziłem się. – Choć byłoby to dziwne. O co chodzi? – To już nasza sprawa – wygłosił sierżant z wyższością. – A tymczasem… – Aha – powiedziałem, ponieważ wydawało mi się, że zupełnie dokładnie wiem, co za chwilę wykrztusi. – To znaczy, że wszystko jak zwykle. Ruszyłem z  miejsca i  szybko, zanim zdecydował się mnie zatrzymać, przeszedłem korytarzem. Zamknąłem się w  łazience. Słyszałem jak O’Malley zaklął ze złości, a  jego kolega roześmiał się półgłosem. W  ogóle był, zdaje się, dość pogodnego usposobienia. Przypomniałem sobie, że ktoś mi o  nim wspominał jako o twardym poruczniku z Queens. Sierżant przyskoczył do drzwi łazienki i zastukał w nie kolbą rewolweru. Drzwi jednak wytrzymały. – Wyłaź, Sherman! Mamy z tobą do pogadania. – Powoli – odparłem, zabierając się do golenia. – Czekacie tutaj, zatem macie czas. Jestem za bardzo 15 zmęczony na to, żebym mógł wam służyć natychmiast. A poza tym spodziewam się, że mi powiesz, co jest gra- ne tym razem. – Chcemy zapytać cię o parę rzeczy. – Nie siedzę na trójnogu w oparach wyziewów – wark- nąłem i przestałem zwracać uwagę na jego kołatanie. Są- dząc po odgłosach, oparł się o drzwi swoją ogromną osobą. – Tak to już jest, że czasami policja zadaje niedyskretne pytania – wygłosił ilozoicznie. – Gdzie byłeś od szóstej do ósmej? Milczałem, przyglądając się swojej twarzy w  lustrze. Siniak zmienił barwę na ciemniejszą i wyglądał coraz go- rzej. – Hej, Sherman! – zastukał znowu O’Malley. – Pytałem cię o coś! – Pytałeś – przyznałem łagodnie. – Ale zapomniałeś mnie poinformować, jak mam odpowiadać. Znowu usłyszałem śmiech tamtego policjanta. Na- tarłem sobie twarz kremem po goleniu, a potem dopiero otworzyłem drzwi i zostawiając sierżanta w korytarzu, po- szedłem do pokoju. Usiadłem na krześle i zapaliłem papie- rosa. O’Malley przyczłapał za mną z rewolwerem w opusz- czonej ręce. – Posłuchaj, Sherman – powiedział, a po jego głosie po- znałem, że wzbiera w nim irytacja. – Prowadzimy docho- dzenie w ważnej sprawie, a ty utrudniasz. – Tego też nie powiedziałeś – zauważyłem. – Dlatego, że to ważna sprawa, chcemy zadać ci kilka pytań. Właśnie postawiłem już pierwsze. – Powinieneś mnie uprzedzić, jeśli o  cokolwiek mnie podejrzewasz – dodałem. – Powiedzieć na przykład, że wszystko, co powiem od tej chwili, może być użyte prze- ciwko mnie. – Właśnie – potraktował zaczepkę zupełnie poważnie. – Wygląda na to, że faktycznie tym razem trochę się zaplą- tałeś. Uprzedzam, że wszystko, co powiesz lub zrobisz od tej chwili, może być użyte przeciwko tobie. 16 Roześmiałem się i spytałem bezczelnie: – Masz mnie za idiotę? Sądzisz, że po czymś takim powiem ci cokolwiek? Ani myślę. Nawet jeśli się wreszcie dowiem, na jakiej pod- stawie weszliście do mojego mieszkania i grzebiecie w mo- ich rzeczach. O’Malley był wściekły. Zdawał sobie sprawę, że postą- pił niezbyt rozsądnie, a  nie miał pomysłu, w  jaki sposób wybrnąć z  sytuacji. Dopomógł mu jego kolega. Odłożył monetę. – No dobra – odezwał się do sierżanta. – Na razie wystarczy. Siadaj, Dick. Pogadamy. A  do mnie: – Jestem Cedrus. Nazwisko takie – dodał niepotrzebnie. Miał około czterdziestki i był prawie tak ogromny jak O’Malley. Ale nie miał w sobie tej zwalistości i tej ocięża- łości, która cechuje ludzi otyłych. Czynił wrażenie człowie- ka bardzo opanowanego. I był zwinny. Cholernie zwinny, co łatwo dało się zauważyć nawet po drobnych ruchach poszczególnych mięśni rąk. Widać nie marnował czasu w szkole policyjnej, a potem jeszcze to i owo rozwinął. Miał rangę porucznika i słyszałem, że w pewnych dziedzinach osiągnął dość dużo. Przyglądał mi się chwilę skupionym wzrokiem, anga- żując w  to spojrzenie całość subtelnej, choć zmęczonej, twarzy. Jego wyblakłe oczy wzbudzały jednak zaufanie, ale tylko wtedy, gdy patrzyło się w nie, kiedy się uśmiechał. – Siadaj, Dick – powtórzył. – Bo inaczej Sherman go- tów upierać się, żebyśmy pokazali mu nakaz. I musiałbyś dokładnie opowiedzieć, w jaki sposób otworzyliśmy drzwi. A wtedy może odebralibyśmy mu szansę rzetelnej współ- pracy z policją. O’Malley był nieprzytomnie zaskoczony. – Przecież sam mi kazałeś… – zaczął. Cedrus wzruszył ramionami. – Tak czy inaczej było to nielegalne – oświadczył. – I on o tym wie. Spojrzałem na Cedrusa z zainteresowaniem. Widocz- nie także nie przepadał za sierżantem. Ale na razie nie mogłem jeszcze wiedzieć na pewno, czy chodzi mu tylko 17 o zdobycie mojego zaufania, czy też zawsze jest taki spryt- ny i ostrożny. – Właśnie – stwierdziłem. – Taka rozmowa mogłaby być ciekawa. – Dobra, dajmy spokój – powiedział Cedrus łagodnie, ale z naciskiem. – Nie ma się co sprzeczać. To duży dom i nie chcieliśmy minąć się z tobą. Nie mówmy o tym. Ale powiem ci, Sherman, na co ma największą ochotę O’Mal- ley. Na twoją licencję. – Próbuje tego od dawna – wyjaśniłem. – Chciałem rzucić na nią okiem, dla porządku. Chyba nie masz nic przeciwko temu? Nie miałem. Podałem mu wyjętą z portfela fotokopię. Obracał ją uważnie, a potem położył na stoliku w zasięgu swojej ręki. – Tak naprawdę, to O’Malley wcale nie myśli, że masz w tej sprawie coś do ukrywania. Prawda, Dick? On po pro- stu nie lubi prywaciarzy. – Aha – zgodziłem się. – Wal bez wstępów. Nigdy nie uchylałem się od współpracy z policją. – Jeśli ci to dogadzało – O’Malley ciągle jeszcze był nie- usatysfakcjonowany. Wzruszyłem ramionami. – Pytaj – powiedziałem do Cedrusa. – Jest dość późno i chciałbym się zdrzemnąć. – Dobrze. Nie owijajmy w bawełnę. Ale jeśli masz przy sobie rewolwer, to może na wszelki wypadek połóż go na stole. – Nie mam – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. – Obszukać? – zaoiarował się O’Malley ochoczo. Cedrus nie był zadowolony. Zmarszczył brwi i  rzucił koledze pogardliwe spojrzenie. – Przecież mówi, że nie ma. Po co miałby kłamać? Pierwsze pytanie, Sherman – zwrócił się do mnie. – Czy znana jest ci Martha Marsh? Tego było za wiele jak na jeden wieczór. Ale spróbowa- łem udawać, że nie jestem zaskoczony. – Owszem – powiedziałem. – Spotkałem ją. 18 – Dzisiaj? – Możliwe. – W twoim biurze? – Prawdopodobnie. W  domu nie przyjmuję nikogo, choć czasem bywają tu goście nieproszeni. Nie przejął się przytykiem. – A w jakiej sprawie? – za- pytał. Wzruszyłem ramionami. Nie zamierzałem odpowiadać na tak szczegółowe pytania dotyczące moich klientów. I on o tym wiedział. Dlatego szybko zadał inne pytanie. – Czy dała ci coś na przechowanie? Poczułem, że robi mi się gorąco. Przecież przewidywa- łem, że to wszystko źle się skończy. Przewidywałem, że ta kobieta sprowadzi na mnie poważne kłopoty. A to był ich początek. – Na przechowanie? – powtórzyłem chcąc zyskać na czasie. – A co mogłaby mi dać? – Na przykład takie kamyki warte pół miliona. Zagwizdałem niby ze zdumieniem, choć nie jestem pe- wien, czy mi to wyszło właściwie. Wyszło mi natomiast co innego. Poczułem się zaplątany. O’Malley zmarszczył się nieżyczliwie. – Po co się z nim cackać? – zadał praktyczne pytanie. – Przecież to jasne, że nie ma ochoty nam pomóc. – Rzeczywiście? – zapytał mnie Cedrus, patrząc tym swoim uważnym, chłodnym spojrzeniem. – Całe życie pomagam policji– pochwaliłem się. – W tej sprawie jeszcze nie zdecydowałem, czy coś wiem. Bo wiem za mało. – Właśnie się dowiadujesz. Znaleźliśmy przy pani Marsh pokwitowanie za te kamyki. Podpisane przez ciebie. – To już lepiej. Ale skoro wszystko wiecie, to po co te pytania? – wzruszyłem ramionami. – Nie zamierzam prze- czyć oczywistym faktom. – To ładnie – zauważył Cedrus. – Kiedy pani Marsh była u ciebie? – Około piątej. 19 – A dokładnie? – Nie pamiętam. – Przed czy po? – Nie pamiętam – powtórzyłem. Spodziewałem się, że mi uwierzy. Nie mogłem podać dokładnego czasu, nie znając sprawy. Może właśnie minuty miały tu znaczenie dla mojej klientki. – Nie o to pytałem – Cedrus przełożył monetę do lewej ręki i znowu zaczął ją podrzucać. – Przed tym, czy po tym? – Przed czym lub po czym? Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu. O’Malley palnął się w  udo. – Cholera jasna, szeie! – wykrzyknął. – Aniołek! – Sama wyszła? – zainteresował się Cedrus po minucie. – Owszem. Odprowadziłem ją tylko do drzwi. – Tak – skwitował Cedrus. – Tak. Musimy cię zatem prosić o zwrot brylantów. Roześmiałem się. Zapaliłem papierosa i  dmuchnąłem dymem w kierunku suitu. – Policja ma czasem dziwne wymagania – powiedzia- łem. – Chcecie, żebym wydał wam coś, co złożyła u mnie do depozytu moja klientka. Na jakiej podstawie? Skoro wiecie, że ta rzecz była u mnie, to powinniście także wie- dzieć, że nie mogę tego wydać ot tak sobie, dla waszych ładnych oczu, nie? – Była? – podchwycił sierżant O’Malley. – I co się z nią stało? – Chyba nie myślisz, że trzymam w biurku pół miliona? Wołałem się zabezpieczyć. – Dojdziemy, dojdziemy – uspokoił mnie Cedrus. – Na razie mamy zamiar oskarżyć cię tylko o coś drobnego. Na przykład o pomoc w kradzieży brylantów i przechowywa- nie skradzionych przedmiotów. To może narazić na szwank twoją opinię detektywa, nie? I raczej nie zobaczysz już tego – stuknął palcem w fotokopię mojej licencji leżącą na sto- liku, a potem schował ją do kieszeni marynarki. – W każ- dym razie, chwilowo, u mnie będzie bezpieczniejsza. 20 – Wolnego – powiedziałem. – Nie masz prawa. – Jasne – zgodził się. – Ale wiem, komu i  co trzeba szepnąć. Na jedno wychodzi, a ty będziesz miał mniej ro- boty z wynoszeniem śmieci. – Dobra – zaproponowałem. – Pogadajmy. Ta pani przy- niosła mi klejnoty na przechowanie i twierdziła, że stanowią jej własność. Tak to też zostało zapisane na pokwitowaniu, jakie wystawiłem. Prosiła o przechowanie i to wszystko. Te- raz wychodzi na to, że to nie były jej kamienie. Nie wiedzia- łem o  tym i  nie będę się martwił, że jest inaczej. To wasz ogródek. – Pracujemy nad sprawą – powiedział cierpliwie Ce- drus. – Nawet troszeczkę wierzę w twoją historię. Choć wy- daje mi się dziwne, że przyszła z kamykami do ciebie, a nie na przykład do banku. I że zgodziłeś się na coś takiego. Ale załóżmy, że wierzę w  twoje wyjaśnienia. W  końcu ludzie miewają najdziwniejsze pomysły, a  tacy różni nadziani dolcami – szczególnie dziwne. Tylko widzisz kolego, sęk w tym, że ta kobieta prościuteńko od ciebie pojechała do domu i tam wpakowała dwie kule w brzuch swojego męża. 4. Cedrus miał poważną, skupioną twarz i  cały czas był zatroskany. Toteż podskoczył z  wrażenia, kiedy nagle ro- ześmiałem się głośno. Potem sięgnąłem po kolejnego pa- pierosa i  jeszcze kiedy go zapalałem, ręce trzęsły mi się z  wesołości. Tamci spoglądali na mnie zdezorientowani. Wreszcie Cedrus zapytał cierpko: – Co cię tak bawi, do diabła? Mówię, że twoja klientka natychmiast po wyjściu z twojego biura zastrzeliła męża, a ty zachowujesz się tak, jakbyś oglądał Flipa i  Flapa. To jest sprawa o  zabójstwo, Sherman, a nie zabawa w klocki. Zamiast odpowiedzieć poszedłem do przedpokoju i przyniosłem ich kapelusze. Położyłem je na stoliku. – Dobra, chłopcy – powiedziałem. – Pobawiliśmy się 21 trochę wspólnie, a teraz każdy powinien zająć się sobą. Nie wiem, kto was na mnie zasadził, chociaż się domyślam. Ale takie sztuczki już gdzieś czytałem i  nie zamierzam robić z siebie idioty. Nie wydawali się jednak skorzy do żartów. – Ten Marsh – wyjaśniłem wciąż się śmiejąc – mąż mojej klientki, był w  moim biurze około ósmej, wcale nie mniej żywy ode mnie. Macie pecha, podstęp się nie udał. Ręce Cedrusa, znowu bawiące się monetą, znierucho- miały. Podniósł się zwinnie jak kot i  stanął naprzeciw mnie. – Co ty wygadujesz, Sherman? – zapytał podejrzliwie. – Jaki Marsh? Nie chcesz chyba powiedzieć, że przyszedł do ciebie nieboszczyk! Oświadczam ci bowiem, że zwłoki Johna Edgara Marsha Trzeciego koroner oglądał kwadrans po ósmej. Od razu zrobiłem się mądrzejszy. Ilość przewidywa- nych kłopotów wydała mi się trzykrotnie większa niż przed minutą. – Nie bujasz? – zapytałem czując, że przestaję cokol- wiek rozumieć. – Przecież to jest zupełnie nieprawdopo- dobne. Przyszli do biura o  ósmej. Marsh i  jeszcze jeden. Zabawili parę minut. Mowy nie ma, żeby Marsh mógł wró- cić do Richmond przed dziewiątą, dziewiątą dziesięć. Kto w  takim razie był u  mnie? – zadałem wreszcie rozsądne pytanie. – Kiedy oglądał go koroner, Marsh nie żył co najmniej od dwóch godzin. Kim był ten drugi? – Prędki Johnny. Zdaje się, że on ostatnio robi… robił u Marsha. – John Cassola? – zaciekawił się Cedrus. – Ciekawe rze- czy opowiadasz, Sherman. Wrócimy do tego, nic się nie bój – było to skierowane do O’Malleya, który już otwierał usta, żeby z czymś wyskoczyć. Opowiedziałem o wizycie pani Marsh, a potem zrela- cjonowałem telefon Cassoli i  odwiedziny dwóch facetów, 22 z których jeden podawał się za męża mojej klientki. Pomi- nąłem tylko to, czego dowiedziałem się od Marthy Marsh. Obaj słuchali z  pewną rezerwą, którą sierżant okazywał dość ostentacyjnie. – To się nie trzyma kupy – podsumował, kiedy skoń- czyłem. – Nie mógł przyjść do ciebie facet, który nie żył. Zeznania świadków pozwalają dość dokładnie ustalić czas zgonu. Natrudziłeś się nad wymyślaniem tej bajeczki, ale jakoś mało sprytnie ci wyszła. Cedrus milczał. Dopiero po chwili ponownie zapytał mnie o mój rewolwer, a kiedy odparłem, że jest w biurze, wstał. – Tak czy inaczej, przyszliśmy tutaj po klejnoty – po- wiedział. – Tobą zajmiemy się później. Kamienie trzeba zwrócić. – Komu? – zapytałem. – Rodzinie – zbagatelizował zaczepkę. – Ale na razie, póki śledztwo nie jest zakończone, powinny być w policyj- nym depozycie. Gdzie je masz? Nie odpowiedziałem. Cedrus skulił ramiona. – Cholera wie, co robić – przyznał się. – Powinienem cię zamknąć, ale nie chce mi się wierzyć, że wymyśliłbyś na swoją obronę coś tak absurdalnie głupiego. Myślę jednak, że byłoby lepiej, gdybyś przekazał brylanty. Jeśli dojdzie do procesu, sąd z pewnością uwzględni fakt, że nie wiedziałeś, albo przynajmniej mogłeś nie wiedzieć o ich pochodzeniu. Więc jak? Jest parę elementów w  twojej opowieści, które będziemy musieli sprawdzić i jest parę, za które nie dałbym złamanego centa. Ale chwilowo nie mam nakazu i nie będę go miał wcześniej niż za parę godzin. Jeśli była to propozycja, uznałem, że do mnie dotarła. – Nie mogę nic zrobić przed skontaktowaniem się z moją klientką – powiedziałem ostrożnie. – Nie bądź naiwny, Sherman – włączył się sierżant O’Malley, poszturchując mnie w pierś swoim wielkim, gru- bym paluchem. – To jest sprawa o  morderstwo. I  nie ma mowy, żebyś mógł się skontaktować z główną podejrzaną. 23
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Siedem kamyków
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: