Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00295 013907 14457801 na godz. na dobę w sumie
Skarb w Srebrnym Jeziorze. Część 1 - ebook/epub
Skarb w Srebrnym Jeziorze. Część 1 - ebook/epub
Autor: Liczba stron: 354
Wydawca: Jamakasz Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-65753-94-6 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dla dzieci i młodzieży
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Pierwszy pełny przekład jednej z najbardziej znanych powieści Karola Maya (30% więcej tekstu, 67 ilustracji, w tym 16 kolorowych), której wreszcie przywrócono blask i wspaniały humor, w którym celują Hobble Frank, Długi Davy, Gruby Jemmy i Ciotka Droll. Dodatkowym walorem jest 67 ilustracji pochodzących z niemieckiego wydania gazetowego z końca XIX wieku oraz książkowego z początków XX wieku. Najbardziej znani bohaterowie książek Maya, czyli Winnetou, Old Shatterhand i Old Firehand, wraz ze swymi przyjaciółmi wyruszają na poszukiwanie złóż srebra, ukrytych w niedostępnych Górach Skalistych, w pobliżu tajemniczego Srebrnego Jeziora.

Nie wiedzą, że podąża tam również ze swymi kompanami okrutny łotr, Brinkley, zwany Rudym Cornelem, który razem ze swoją bandą chce odnaleźć pradawny indiański skarb. Bardzo żywa akcja obfitująca w potyczki z Indianami, podchody, ucieczki, walki w pojedynkach o własne życie.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:



Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej... BIBLIOTEKA ANDRZEJA SZLAKIEM PRZYGODY Karol May SKARB W SREBRNYM JEZIORZE Część pierwsza Karol May (1842-1912) urodził się w miasteczku Ernstthal u podnóża Rudaw Czeskich. Oj- ciec był tkaczem, matka akuszerką. Dziewięcioro z jego czternaściorga rodzeństwa zmarło bar- dzo wcześnie. Jako kilkuletnie dziecko stracił wzrok, który odzyskał dopiero po operacji. Lata życia w ciemności miały niebagatelny wpływ na jego psychikę. W wieku lat dwudziestu uzyskał dyplom nauczycielski, ale już po dwóch tygodniach pracy za drobne kradzieże trafił na sześć tygodni aresztu. Po wyjściu na wolność popada w nowe kłopoty: udaje okulistę, dokonuje kradzieży futer. W 1865 roku zostaje skazany na cztery lata pozbawienia wolności. W więzieniu pracuje w bibliotece. To wówczas postanowił zostać pisarzem. Po wyjściu na wolność kontynuował jednak dawne życie. Kiedy znów złapała go policja, twierdził, że jest synem właściciela plantacji z Martyniki. Badacze życia i twórczości Maya spekulują na temat jego choroby psychicznej. Prawdopo- dobnie pisarz cierpiał na narcystyczne zaburzenia osobowości. Miał 32 lata, gdy opuszczał więzienie. Chciał wyemigrować do Ameryki, zamiast tego został redaktorem w jednej z drezdeńskich gazet. W piśmie „Deutsches Familienblatt” publikuje pierw- szy odcinek cyklu „Z teczki podróżnika”. Powieści w odcinkach przeżywały wtedy rozkwit, a May okazał się utalentowanym ich autorem. Najsłynniejszą z nich jest Leśna Różyczka. W 1886 roku nawiązuje współpracę z tygodnikiem młodzieżowym „Der Gute Kamerad”. Publikuje w nim m.in. słynne powieści z Dzikiego Zachodu: Syn Pogromcy Niedźwiedzi, Skarb w Srebrnym Jeziorze. Na początku lat 90. XIX w. ceniony wydawca Friedrich Ernst Fehsenfeld proponuje mu dłu- goterminowy kontrakt. W 1892 roku ukazuje się pierwszy tom „Opowieści podróżniczych Karola Maya” Przez pustynię i harem. Wydana wkrótce w tej serii powieść Winnetou, czerwono- skóry dżentelmen (1893) osiąga niebywały sukces. Przekonany, że czytelnik potrzebuje wrażenia autentyczności, z początku poprzestawał na alu- zjach, że pisze nie tylko o rzeczach wymyślonych, lecz również o tym, czego sam doświadczył. Z każdą kolejną historią granice między fikcyjnymi bohaterami a autorem zacierały się coraz bar- dziej. May zaczął przekonywać, że wszystkie opisane przez siebie przygody przeżył osobiście. Odpowiadał na listy swoich wielbicieli, rozdawał swoje zdjęcia w przebraniu Old Shatterhanda lub Kary Ben Nemsi. W wieku 56 lat May był u szczytu sławy. Chwalił się, że mówi 40 językami, a rozumie nie- skończenie więcej. Owe iluzje doprowadziły w końcu do mistycznego pacyfizmu z Winnetou ja- ko swego rodzaju czerwonym Chrystusem w roli głównej. Ostatnie powieści pisarza ociekają mistycyzmem i symboliką. U schyłku życia dogoniły go kłamstwa z przeszłości. W 1899 roku do zarzutów, że zmistyfiko- wał swoje dawne życie, dołączyła krytyka jego twórczości, zwłaszcza wczesnych powieści brukowych. May w panice usiłował usunąć ślady popełnionych oszustw. Polecił wyrzucić kom- promitujące zdjęcia, zakazywał druku swoich wczesnych powieści. Na jaw wyszły wszystkie ma- tactwa: fałszywy tytuł doktorski uniwersytetu w Rożen, zatajone kary. Walka przed sądami ciągnęła się prawie dziesięć lat. Pisarz pogrążył się w depresji, nie był w stanie pisać. Na koniec pojawił się wyrok przyznający literatowi prawo do innego postrzegania prawdy. Straconego zdrowia nie mogło to jednak zwrócić. Kilka lat przed śmiercią Karol May wraz z drugą żoną Klarą wybrał się wreszcie do Amery- ki. Przejechał z Nowego Jorku i Bostonu do wodospadu Niagara. Człowiek, który nazywał Dziki Zachód swoją ojczyzną, przerobił dzielnie program nowicjusza w Ameryce. Smutnym ukorono- waniem owej podróży była wizyta w rezerwacie, gdzie czterystu potomków plemienia Irokezów gnieździło się w namiotach dla bydła. Rzeczywistość bardzo rzadko wygrywa z wyobraźnią. Jego popularność trwa do dzisiaj. W domu pisarza w Radebeul pod Dreznem funkcjonuje muzeum Karola Maya i kultury indiańskiej. W Niemczech organizowane są coroczne spektakle plenerowe oparte na motywach jego powieści. Wydawnictwo Karl-May-Verlag, zajmujące się spuścizną pisarza, od lat jest jednym z najpopularniejszych w jego ojczyźnie. W planach jest budowa wielkiego, nowoczesnego muzeum Karola Maya w Radebeul. Karol May SKARB W SREBRNYM JEZIORZE Część pierwsza Przełożyła i przypisami opatrzyła Kamila Oratowska Sześćdziesiąta druga publikacja elektroniczna Wydawnictwa JAMAKASZ Dwudziesty czwarty tom serii: „Biblioteka Andrzeja – Szlakiem Przygody” Tytuł oryginału niemieckiego: Der Schatz im Silbersee © Copyright for the Polish translation by Kamila Oratowska 2019 67 ilustracji, w tym 16 kolorowych: Ewald Thiel (zaczerpnięte z wydań z 1891 roku oraz z 1907) Ilustracje na okładce i w tekście podkolorował Dariusz Kocurek Redaktor serii: Andrzej Zydorczak Redakcja: Maciej Milach Korekta: Andrzej Zydorczak Projekt okładki: Barbara Linda Konwersja do formatów cyfrowych: Mateusz Nizianty © Wydawnictwo JAMAKASZ, Ruda Śląska 2019 Wydanie I ISSN 2449-9137 ISBN 978-83-65753-93-9 (całość) ISBN 978-83-65753-95-3 (część pierwsza) Rozdział I Na rzece Arkansas1 koło południa bardzo gorącego dnia czerwcowego „Dogfish”2, O jeden z największych parowców pasażersko-towarowych na rze- ce Arkansas, rozbijał swymi potężnymi kołami łopatkowymi fale nur- tu. Wczesnym rankiem opuścił Little Rock3 i wkrótce miał dotrzeć do Lewisburga4, aby przybić tam do brzegu, jeśli należałoby wziąć na pokład nowych pasażerów lub towary. Wielki upał wypędził lepiej sytuowanych podróżujących do ka- jut i kabin, a większość pasażerów pokładowych leżała za beczkami, skrzyniami i innymi pakunkami, które użyczały im choć odrobinę cienia. Dla tych pasażerów kapitan kazał urządzić pod rozpiętym płót- nem bed and board5, na którym stały wszelkiego rodzaju szklanki i flaszki, a ich paląca zawartość była jednakowoż przeznaczona nie dla delikatnych języków i podniebień. Za szynkwasem6 siedział kel- ner z zamkniętymi oczami i znużony upałem kiwał głową. Ilekroć podniósł powieki, jego usta cedziły ciche przekleństwo albo jakieś inne dosadne słowo. To jego rozdrażnienie zwracało się ku grupie około dwudziestu mężczyzn, którzy siedząc na ziemi w kręgu przed bufe- tem, podawali sobie z rąk do rąk kubek z kośćmi. Grali o tak zwa- 1 Arkansas – rzeka w USA, płynie na wschód i południowy wschód przez stany Kolora- do, Kansas, Oklahoma, do stanu Arkansas; jest czwartą co do długości rzeką Stanów Zjednoczonych (2334 km) i głównym prawym dopływem rzeki Missisipi. 2 „Dogfish” (ang.) – „Koleń”, gatunek rekina. 3 Little Rock – stolica i jednocześnie największe miasto amerykańskiego stanu Arkan- sas w USA; zawdzięcza swoją nazwę formacjom małych kamieni znajdujących się wzdłuż południowego brzegu rzeki Arkansas. 4 Lewisburg – nieistniejące już miasto (ghost town – miasto widmo) w stanie Arkan- sas; istniało od 1831 do 1883 r., kiedy przestało być siedzibą Hrabstwa Conway w stanie Arkansas. 5 Bed and board (ang. dosł. „łoże i stół”) – tu: bufet. 6 Szynkwas – dawn.: bufet w szynku, karczmie, przy którym kupowało się alkohole. ~ 8 ~ nego „drinka”, to znaczy, że przegrywający musiał po skończonej partii postawić każdemu z partnerów w grze kieliszek wódki. Z tej właśnie przyczyny kelner tracił szansę na upragnioną drzemkę. Ludzie ci nie spotkali się z pewnością dopiero tutaj, na pokładzie steamera1, gdyż byli ze sobą na „ty”, a z ich przypadkowych słów wy- nikało, że dobrze się znają. Mimo tej ogólnej poufałości, jeden z nich cieszył się pewnego rodzaju szacunkiem. Nazywali go Cornelem, co jest częstą przeróbką słowa „colonel”2, pułkownik. Był to człowiek wysoki i chudy. Jego gładko ogoloną, ostro i kan- ciasto zarysowaną twarz okalała ruda, szczeciniasta broda. Krótko ostrzyżone włosy były także rude, co można było zauważyć, gdyż sta- ry, znoszony kapelusz filcowy zsunął sobie daleko na kark. Jego ubra- nie składało się z ciężkich butów skórzanych podbitych gwoździami, nankinowych3 spodni i krótkiej bluzy z tegoż materiału. Kamizelki nie nosił, zamiast niej miał na sobie pomiętą, brudną koszulę, której roz- chełstany kołnierz nie był związany chustką, i szeroko otwarty uka- zywał nagi, spalony od słońca tors. Wokół bioder owinął czerwony szal z frędzlami, spoza którego wyzierała rękojeść noża i kolby dwóch pistoletów. Obok leżały prawie nowy karabin i skórzana torba zao- patrzona w dwa rzemienie, dzięki którym mógł nosić ją na plecach. Inni mężczyźni byli ubrani w podobny sposób, niestarannie i rów- nie niechlujnie, ale za to także uzbrojeni po zęby. Nie było wśród nich ani jednego, który by na pierwszy rzut oka wzbudzał zaufanie. Grali w kości z prawdziwą namiętnością, a toczyli przy tym rozmowę tak niewybredną, że choć odrobinę przyzwoity człowiek nie zatrzymałby się przy nich z pewnością ani na chwilę. W każdym razie łyknęli już niejednego „drinka”. Ich twarze płonęły nie tylko od słońca, paląca wódka także roztaczała nad nimi swą władzę. 1 Steamer (ang.) – parowiec. 2 Colonel (ang., fr.) – pułkownik, stopień oficerski; w większości sił zbrojnych po stop- niu pułkownika są stopnie generalskie. 3 Nankin – rodzaj bawełnianej tkaniny płóciennej o gęstym splocie, przeważnie koloru płowożółtego, z niej szyje się m.in. bieliznę, męskie spodnie oraz inną odzież; na- zwa tkaniny pochodzi od chińskiego miasta Nankin. ~ 9 ~ Kapitan opuścił mostek i udał się na tylny pokład do sternika, aby udzielić mu kilku niezbędnych wskazówek. Gdy tak się stało, sternik zapytał: – Co pan sądzi, kapitanie, o tych drabach, którzy siedzą tam z przo- du przy grze w kości? Zdaje mi się, że to tacy chłopcy, których nie- zbyt chętnie widzi się na pokładzie. – I ja tak myślę – odparł zapytany. – Podali się wprawdzie za har- vesterów1, chcących dostać się na Zachód, aby nająć się do pracy na farmach, ale ja nie chciałbym być w skórze tego, u którego pytaliby o robotę. – Well, sir2. Ja myślę, że są prawdziwymi trampami3. Może przy- najmniej tu na pokładzie zachowają spokój! – Nie radziłbym im naprzykrzać się nam bardziej, niż jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Mamy na pokładzie dość rąk, aby ich wszyst- kich wrzucić do starej, błogosławionej Arkansas. Zresztą, przygotuj- cie się do cumowania, bo za dziesięć minut będzie widać Lewisburg! Kapitan wrócił na mostek, by wydać potrzebne przy przebijaniu do brzegu rozkazy. Wkrótce ukazały się budynki miasta, które statek pozdrowił przeciągłym gwizdem syreny. Z przystani dano znak, że parowiec ma zabrać ładunek i pasażerów. Podróżni, znajdujący się do- tąd pod pokładem, wyszli na górę, by delektować się tą krótką przerwą w nudnej podróży. Jednakże widok, jaki ukazał się ich oczom, nie był zbyt zajmu- jący. Lewisburg nie miał wówczas takiego znaczenia jak dzisiaj. Na przystani stało tylko kilku bezczynnych gapiów. Do zabrania było tylko parę skrzyń i pakunków, a nowych pasażerów, którzy weszli na po- kład, było tylko trzech i, gdy zapłacili za wejście na pokład, wcale nie byli potraktowani przez kapitana jak dżentelmeni. Jednym z nich był biały o wysokiej i nadzwyczaj silnej posturze. Nosił tak gęstą i ciemną brodę, że nad nią widać było tylko oczy, nos i górną część policzków. Na głowie miał starą czapkę bobrową, z bie- 1 Harvester (ang.) – żniwiarz, zbieracz plonów. 2 Well, sir (ang.) – Tak, proszę pana. 3 Tramp (ang.) – wędrowiec, włóczęga. ~ 10 ~ giem lat niemal całkowicie wyłysiałą. Określić jej dawny kształt, gra- niczyłoby z cudem. Najprawdopodobniej przybierała ona już wszystkie możliwe formy. Ubranie tego mężczyzny składało się ze spodni i bluzy z mocnego, szarego płótna. Za szerokim skórzanym pasem tkwiły dwa rewolwery, nóż i kilka niezbędnych dla westmana1 drobiazgów. Poza tym miał ciężką dubeltówkę, do rękojeści której przywiązany był długi topór, by dało się nieść wygodniej obydwa narzędzia. Kiedy zapłacił za przejazd, rozejrzał się badawczo po pokładzie. Dobrze ubrani pasażerowie z kajut zdawali się go nie obchodzić. Jego wzrok zatrzymał się na pozostałych, którzy wstali od gry, aby przyj- rzeć się wchodzącym na pokład. Ujrzał Cornela i szybko odwrócił oczy, jak gdyby wcale go nie zauważył. Podciągając na mocne uda zsuwające się cholewy2 wysokich butów, mruczał cicho do siebie: – Do diaska! Jeśli to nie jest rudy Brinkley, to niech mnie uwędzą i pożrą razem z łupiną! Na pewno nie przygruchał sobie takiej gro- mady chłopców dla jakiegoś zbożnego celu. Mam nadzieję, że mnie nie zna. Ten, którego miał na myśli, również zdziwił się jego widokiem i zwrócił się cicho do swoich towarzyszy: – Spójrzcie tylko na tego czarnego typa! Czy któryś z was go zna? Na pytanie odpowiedzieli przecząco. – Hm, musiałem go już kiedyś widzieć i to w okolicznościach nie bardzo dla mnie przyjemnych. Plącze mi się jakieś niejasne wspomnie- nie o tym. – To i on musiałby cię znać – odparł jeden. – Popatrzył na nas, ale na ciebie nie zwrócił uwagi. – Hm! Może jeszcze sobie przypomnę. Albo lepiej, zapytam go o nazwisko. Wtedy będę wiedział, na czym stoję. Twarz mogę zapom- nieć, ale nazwiska nigdy. Namówmy go na drinka! – Jeśli tylko zechce! – To byłoby haniebną obrazą, jak wszyscy wiecie. Ten, komu od- mówią drinka, ma w tym kraju prawo odpowiedzieć nożem lub pisto- 1 Westman (ang.) – człowiek Zachodu, myśliwy. 2 Cholewa – wysoka część buta okrywająca łydkę. ~ 11 ~ letem, a jeśli zakłuje obrażającego, nie zatroszczy się o to nawet pies z kulawą nogą. – Ale ten czarny nie wygląda na takiego, co by go można było zmusić do tego, co mu miłe nie będzie. – Pshaw!1 Załóżmy się! – Dobrze! Zakład, zakład! – rozległo się wokoło. – Przegrywają- cy stawia każdemu trzy szklanki. – Zgadzam się! – oświadczył Cornel. – Ja też – odpowiedział drugi. – Ale musi być okazja do rewanżu. Trzy zakłady i trzy drinki. – Z kim? – Najpierw z czarnym, którego, jak utrzymujesz, znasz, ale nie wiesz, kim jest. Potem z jednym z tych dżentelmenów, którzy gapią się na brzeg. Weźmy tego wielkiego draba, który wygląda przy nich jak ol- brzym wśród karłów. A na koniec z tym czerwonym Indianinem, który wszedł na pokład z synkiem. A może się go boisz? Odpowiedzią na to pytanie był ogólny śmiech, a Cornel odparł pogardliwie: – Ja miałbym się bać tej czerwonej gęby? Pshaw! A może jesz- cze tego olbrzyma, na którego mnie szczujesz? Do wszystkich dia- błów! Ten człowiek musi być silny! Ale właśnie tacy giganci mają zwykle najmniej odwagi, a ten jest tak wyelegantowany, że z pew- nością umie zachować się tylko na salonach, a nie wśród ludzi naszego pokroju. A więc przyjmuję zakład. Trzy drinki z każdym z nich. A teraz do dzieła! Ostatnie trzy zdania wykrzyczał tak głośno, że musieli go usły- szeć wszyscy pasażerowie. Każdy Amerykanin, a szczególnie każdy westman, zna znaczenie słowa drink, zwłaszcza gdy zostanie wypo- wiedziane tak głośno i groźnie, jak to miało miejsce tutaj. Dlatego oczy wszystkich zwróciły się na Cornela. Widziano, że jest już dość pijany, jak i jego towarzysze, a mimo to żaden nie odszedł, bo każdy ocze- kiwał ciekawej sceny i chciał zobaczyć, kim są ci trzej, którzy mają być poczęstowani drinkami. 1 Pshaw! (ang.) – Phi! Co takiego?! Też coś! (wyraża dezaprobatę, irytację, niecier- pliwość, lub niewiarę). ~ 12 ~ Cornel kazał napełnić szklanki, wziął swoją do ręki, podszedł do czarnobrodego, który był w pobliżu i szukał wygodnego miejsca dla siebie. – Good day1, sir! Pragnę ofiarować panu tę szklankę brandy. Uwa- żam pana naturalnie za dżentelmena, bo pijam tylko z ludźmi rze- czywiście szlachetnymi. Mam nadzieję, że opróżni pan tę szklankę za moje zdrowie! Broda zagadniętego rozszerzyła się, a potem znów ściągnęła, z cze- go można było wnosić, że przez jego twarz przemknął uśmiech za- dowolenia. – Well – odpowiedział. – Nie mam nic przeciwko, by uczynić pa- nu tę przyjemność, ale chciałbym wiedzieć, kto wyświadcza mi ten nieoczekiwany zaszczyt. – Całkiem słusznie, sir! Powinno się wiedzieć, z kim się pije. Na- zywam się Brinkley, Cornel Brinkley, do usług. A pan? – Nazywam się Grosser, Tomasz Grosser, jeśli nie ma pan nic prze- ciw temu. Twoje zdrowie, Cornelu! Opróżnił szklankę, przy czym inni też wypili, i zwrócił ją „pułkow- nikowi”. W poczuciu zwycięstwa Brinkley zmierzył go lekceważącym spojrzeniem od stóp do głów i zapytał: – Zdaje mi się, że to niemieckie nazwisko. Jesteś więc przeklętym Deutschmanem2, hę? – Nie, Germanem3, sir – odpowiedział Niemiec w sposób bardzo uprzejmy, nie dając się wyprowadzić z równowagi grubiaństwem dru- giego. – Swego przeklętego Deutschmana musi pan skierować pod inny adres. Mnie to nie dotyczy. A więc dziękuję za drinka i żegnam! Odwrócił się energicznie na pięcie i odszedł szybko, mówiąc do siebie po cichu: 1 Good day! (ang.) – Dzień dobry! 2 Deutschmann (niem.) – dosł. Niemiec, niemiecki człowiek. 3 German lub Germanin (łac.) – reprezentant grupy ludów zwanej Germanami – odłamu Indoeuropejczyków żyjących w północnej i środkowo-północnej Europie, na północ od ludów celtyckich – posługujących się językami germańskimi; dzisiejsi Niemcy należą do grupy Germanów Zachodnich (obok Północnych, czyli Skandy- nawów i Wschodnich, czyli dzisiaj już wtopionych w inne ludy Wandalów, Burgun- dów, Gotów czy Lugiów). ~ 13 ~ – A więc rzeczywiście, to ten Brinkley! I nosi teraz imię Cornel! Ten typ knuje coś niedobrego. Kto wie, jak długo przyjdzie mi być z nim na pokładzie. Muszę mieć oczy dookoła głowy. Brinkley wygrał wprawdzie pierwszą część zakładu, lecz nie wy- glądał przy tym na zwycięzcę. Mina mu zrzedła. Zdradzała, że się de- nerwuje. Miał nadzieję, że Grosser będzie się wzbraniał wypić i trzeba go będzie zmusić do tego groźbą. Ten jednak okazał się mądrzejszy, wpierw wypił, a potem otwarcie powiedział, że jest zbyt mądry, by dawać powód do zwady. Cornel był wściekły. Napełniwszy ponow- nie szklankę, podszedł do swojej drugiej ofiary – Indianina. Wraz z Grosserem weszło na pokład dwóch Indian. Jeden starszy, drugi młodszy, liczący może piętnaście lat. Uderzające podobieństwo ich rysów twarzy kazało się domyślać, że są to ojciec i syn. Byli tak jednakowo ubrani i uzbrojeni, że syn wydawał się odmłodzonym, lu- strzanym odbiciem ojca. Ich odzież składała się ze skórzanych legginów1 z frędzlami po bo- kach i farbowanych na żółto mokasynów2. Koszuli czy bluzy myśliw- skiej nie było widać, gdyż ciała od ramion mieli okryte iskrzącymi się od barw kocami Zuni3, które kosztują często ponad sześćdziesiąt dolarów za sztukę. Czarne włosy, gładko zaczesane do tyłu, opadały na plecy, nadając im kobiecy wygląd. Pełne, okrągłe twarze miały nad- zwyczaj dobroduszny wyraz, a wzmacniało go jeszcze i to, że policzki 1 Legginy (ang. Leggins) – skórzane lub płócienne nogawice noszone przez Indian. 2 Mokasyny – rodzaj tradycyjnego obuwia Indian; słowo ‘mokasyn’ pochodzi od algon- kińskiego słowa oznaczającego „but” lub „obuwie”, a zapisywanego rozmaicie, np.: Mockasin lub Mawhcasum, Mocussinass, Mockussinchass; obuwie wykonane z wy- prawionej skóry jelenia, łosia, wapiti lub bizona amerykańskiego; wyróżnia się dwa główne rodzaje mokasynów: o twardej zelówce z niewyprawionej skóry i doszywa- nych do niej: miękkiej cholewce i języku, używane głównie przez Indian z Równin i południowego zachodu Ameryki Płn.; wykonane z miękkiej skóry, wycięte w cało- ści z jednego kawałka i zszywane na podbiciu i pięcie, charakterystyczne dla Indian z lesistych i trawiastych terenów na wschodzie i północnym zachodzie Ameryki Płn. 3 Zuni – plemię z grupy Pueblo Indian Ameryki Północnej; większość Zuni mieszka w stanie Nowy Meksyk w USA (obecnie w rezerwacie); jedno z niewielu plemion amerykańskich, które nigdy nie zostały zmuszone do zmiany miejsca zamieszkania; znane z wyrobu tkanin o wspaniałych wzorach i biżuterii ze srebra i turkusu. ~ 14 ~ mieli pomalowane cynobrem1 na jasnoczerwony kolor. Flinty, które trzymali w rękach, wydawały się razem niewarte ani pół dolara. W ogóle obaj wyglądali zupełnie niegroźnie, a przy tym tak osobliwie, że jak już wspomnieliśmy, wywołali śmiech wśród pijących. Usunęli się nieśmiało na bok, jakby bali się innych ludzi, i stali oparci o skrzy- nię z masywnego drewna, tak samo długą jak szeroką, wysokości czło- wieka. Zdawało się, że na nic nie zwracają uwagi, i nawet kiedy Cornel zbliżył się do nich, nie podnieśli głów, aż stanął obok nich i prze- mówił: – Gorąco dziś! A co, może nie, czerwoni chłopcy? Na to dobrze robi napitek. Weź to, stary, i zwilż sobie gardło! Indianin nie poruszył się. Odpowiedział tylko łamaną angielsz- czyzną: – Not to drink2. – Co, nie chcesz?! – ryknął właściciel rudej brody. – To jest drink, zrozumiano! Drink! Odmówić drinka, to śmiertelna obraza dla każ- dego prawdziwego dżentelmena, jakim ja jestem. Odpowiada się na nią nożem. A więc, pijesz czy nie? Ale wcześniej muszę wiedzieć, kim jesteś. Jak się nazywasz? – Nintropan-hauey – odparł zapytany spokojnie i skromnie. – Do jakiego szczepu3 należysz? – Tonkawa4. 1 Cynober – siarczek rtęci HgS, najważniejsza ruda rtęci, czerwony minerał o diamen- towym połysku, od czasów starożytnych używany jako barwy czerwonej, używany w malarstwie jako czerwona farba. 2 Not to drink (ang.) – nie pić. 3 Szczep – mała grupa ludzi, których łączy wspólny język, tradycja, obyczaje i zamiesz- kiwany teren; często utożsamiana z plemieniem, od którego różni się brakiem wspól- nego przodka. 4 Tonkawa – plemię indiańskie, rdzenni mieszkańcy dzisiejszych stanów Oklahoma i Teksas, mówiący obecnie martwym językiem Tonkawa; w XV w. plemię Tonkawa liczyło prawdopodobnie ok. 5000 członków, a pod koniec XVII w. ich liczba zmniej- szyła się do blisko 1600 osób z powodu śmiertelnych zachorowań na nowe choroby zakaźne oraz walk z innymi plemionami indiańskimi, przede wszystkim z Apacza- mi; nazwa plemienia Tonkawa wywodzi się od słowa „Tickanwatic”, czyli „praw- dziwi ludzie” lub od słowa używanego w języku plemienia Waco „Tonkaweya”, czyli „wszyscy trzymają się razem”. ~ 15 ~ – Więc do tych potulnych czerwonych tchórzy, którzy boją się nawet kota, najmniejszego kociątka! Nie będę się z tobą cackał. Nie chcesz wypić? – Ja nie pić woda ognista1. Powiedział to, mimo groźby Cornela, równie spokojnie, jak przed- tem. Cornel wymierzył mu jednak głośny policzek. – Masz swoją nagrodę, ty czerwony tchórzu! – zawołał. – Nie będę się inaczej mścił, bo taka kanalia stoi dla mnie zbyt nisko. Zaledwie cios został wymierzony, młody Indianin sięgnął dłonią pod koc, z pewnością po broń, a równocześnie jego spojrzenie pobie- gło ku twarzy ojca, by sprawdzić, co też on teraz uczyni lub powie. Czerwonoskóry zmienił się nie do poznania. Zdawało się, że urósł, oczy rozświetliły się, a przez jego oblicze przemknął nagle błysk ży- wotnej energii. Lecz równie prędko powieki opadły, postać skurczyła się, a twarz przybrała poprzedni wyraz pokory. – No, cóż na to teraz powiesz? – zapytał Cornel szyderczo. – Nintropan-hauey dziękować. – Tak ci się spodobał policzek, że za niego dziękujesz? No to masz jeszcze jeden! Zamierzył się ponownie, a ponieważ Indianin błyskawicznie uchylił się od ciosu, uderzył ręką w skrzynię, o którą tamci się opierali. Skrzy- nia wydała głośny, pusty dźwięk. Nagle z wnętrza dało się słyszeć krótkie, ostre warczenie i syczenie, które prędko urosło do dzikiego i przerażającego krzyku, po czym nastąpił tak ogłuszający ryk, iż zda- wało się, że statek drży od tych przeraźliwych dźwięków. Cornel odskoczył o kilka kroków, upuścił szklankę i krzyknął gwał- townym, przenikliwym głosem: – Wielkie nieba! Co to? Cóż to za bestia tkwi w tej skrzyni? Czy to dozwolone? Ze strachu można umrzeć albo przynajmniej dostać ataku epilepsji2! 1 Woda ognista – wódka. 2 Epilepsja (padaczka) – grupa przewlekłych zaburzeń neurologicznych charakteryzu- jących się napadami padaczkowymi, będącymi wyrazem przejściowych zaburzeń czynności mózgu, polegających na nadmiernych i gwałtownych, samorzutnych wy- ładowaniach bioelektrycznych w komórkach nerwowych; najczęstszym typem na- padów są napady drgawkowe. – Masz swoją nagrodę, ty czerwony tchórzu! – zawołał. – Nie będę się inaczej mścił, bo taka kanalia stoi dla mnie zbyt nisko. ~ 17 ~ Strach ogarnął nie tylko jego, lecz także innych pasażerów. Męż- czyźni znajdujący się na pokładzie krzyczeli tak samo głośno jak Cornel. Tylko czterem z nich powieka ani drgnęła: czarnobrodemu, siedzącemu teraz z przodu na dziobie, owemu olbrzymowi, którego Cornel chciał zaprosić na trzeciego drinka i obydwóm Indianom. Te cztery osoby wiedziały to samo co pozostali, że na pokładzie w tej oto skrzyni znajduje się dzikie zwierzę, lecz posiedli moc panowania nad sobą tak wielką, długotrwale ćwiczoną, że bez trudu przyszło im ukryć zaskoczenie. Ryk usłyszano także pod pokładem w kajutach. Wiele pań wyszło na górę z głośnym krzykiem i próbowało dowiedzieć się czegoś o gro- żącym im niebezpieczeństwie. – To nic, ladies and messurs1! – zawołał bardzo przyzwoicie odzia- ny pan, który właśnie wyszedł ze swojej kabiny. – To tylko panterka, malutka panterka, nic więcej! To moja najdroższa felis panthera, tylko czarna, czarniuteńka, messurs! – Co? Czarna pantera! – jęknął mały człowieczek w okularach, po którym widać było, że znał dzikie zwierzęta jedynie z książek zoo- logicznych, nie zaś z natury. – Czarna pantera to bodaj najniebez- pieczniejsze ze wszystkich stworzeń! Jest większa i potężniejsza od lwa i tygrysa! Morduje z czystej żądzy krwi, a nie tylko z głodu. W ja- kim jest wieku? – Ma tylko trzy lata, sir, nie więcej! – Tylko? I pan nazywasz to „tylko”? To przecież dorosłe zwierzę! Mój Boże! I taka bestia jest na pokładzie! Któż za to odpowiada? – Ja, sir, ja – odpowiedział elegancki pan, kłaniając się kobietom i mężczyznom. – Pozwólcie, panie i panowie, że się przedstawię! Je- stem Jonatan Boyler, właściciel słynnej menażerii2, a od pewnego cza- 1 Ladies and messurs! (ang.) – Panie i Panowie! ladies (ang. „panie”); messurs – liczba mnoga od francuskiego słowa „monsieur”, któremu dodano angielsko-niemiecką wymowę i pisownię; na Dzikim Zachodzie panowała swoista swoboda językowa, której konsekwencją było tworzenie się mieszanki języków niemieckiego, angiel- skiego, francuskiego, hiszpańskiego oraz odprysków języków indiańskich. 2 Menażeria – pomieszczenie lub miejsce, w którym zgrupowane są głównie egzo- tyczne zwierzęta, udostępniane dla zwiedzających lub biorące udział w pokazach cyrkowych; także dzikie, egzotyczne zwierzęta obwożone i pokazywane publicznie. ~ 18 ~ su przebywam z moją trupą1 w Van Buren2. Ponieważ ta czarna pan- tera nadeszła do mnie z Nowego Orleanu3, udałem się tam z moim doświadczonym pogromcą zwierząt, aby ją odebrać. Kapitan tego dobrego statku udzielił mi za wysokim wynagrodzeniem pozwole- nia załadowania pantery. Postawił przy tym warunek, aby pasaże- rowie w miarę możliwości nie dowiedzieli się, w jakim znajdują się towarzystwie. Dlatego karmiłem panterę tylko w nocy i dawałem jej zawsze całe cielę, aby była tak nażarta, by się ruszać nie mogła i ca- ły dzień przespała. Ba! Jeśli ktoś bije pięściami w skrzynię, pantera musi się obudzić i dać także głos. Mam nadzieję, że szanowne panie i panowie nie wezmą za złe pobytu panterki na statku, bo przecież nie sprawia najmniejszego kłopotu. – Co? – zawołał mały okularnik głosem niczym w malignie. – Nie sprawia kłopotu? Nie brać za złe? Do wszystkich diabłów! Muszę przyznać, że z takim żądaniem nie zwracano się do mnie jeszcze ni- gdy! Mam przebywać na statku z czarną panterą? Niech mnie powie- szą, jeśli to uczynię! Albo ona musi iść precz, albo pójdę ja. Wrzućcie tę bestię do wody! Albo wynieście skrzynię na brzeg! – Ależ, sir! Nie ma absolutnie żadnego niebezpieczeństwa – zapewnił właściciel menażerii. – Proszę przypatrzeć się tej mocnej skrzyni i… – Ach, co tam skrzynia! – przerwał człowieczek. – Taką skrzynię potrafię ja sam rozbić, a cóż dopiero pantera! – Proszę pozwolić mi wyjaśnić! W skrzyni znajduje się właści- wa żelazna klatka, której nawet dziesięć lwów czy panter nie mo- głoby rozbić. – Czy aby naprawdę! Proszę pokazać klatkę! Muszę się o tym przekonać. – Tak! Pokaż klatkę, pokaż klatkę! Musimy wiedzieć, na czym stoimy! – zawołało dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści, i jeszcze wię- cej głosów. 1 Trupa – zespół teatralny lub cyrkowy (często wędrowny) wystawiający przedsta- wienia. 2 Van Buren – hrabstwo w Stanach Zjednoczonych w stanie Arkansas. 3 Nowy Orlean – miasto na południu Stanów Zjednoczonych, największe miasto stanu Luizjana, założone przez francuskich osadników w roku 1718. ~ 19 ~ Właściciel menażerii był jankesem1 i pochwycił tę sposobność, aby ogólne żądanie obrócić na swą korzyść. – Bardzo chętnie, bardzo chętnie! – odpowiedział – ale, panie i pa- nowie, łatwo to zrozumieć, że nie da się obejrzeć klatki, nie widząc pantery. Na to nie mogę sobie jednak pozwolić bez pewnego wyna- grodzenia. Aby zwiększyć przyjemność tego rzadkiego widowiska, nakażę karmienie zwierzęcia. Urządzimy trzy miejsca, pierwsze za jednego, drugie za pół, a trzecie za ćwierć dolara. A ponieważ znajdu- ją się tutaj same damy i prawdziwi dżentelmeni, to jestem przeko- nany, że z góry możemy wykreślić drugie i trzecie miejsca. A może jest ktoś taki, kto chce zapłacić tylko pół, a nawet ćwierć dolara? Nikt naturalnie nie odpowiedział. – A zatem tylko pierwsze miejsca. Proszę, myladies i mylords2, dolar od osoby! Zdjął kapelusz i rozpoczął zbiórkę pieniędzy, podczas gdy po- gromca, którego przywołał, czynił przygotowania do przedstawienia. Pasażerowie byli przeważnie jankesami i jako tacy oświadczyli, że w zupełności zgadzają się z takim obrotem sprawy. Jeśli przedtem większość z nich oburzało, że kapitan zezwolił na transport tak nie- bezpiecznego drapieżnika na swym parostatku, to teraz wszystkich pogodziła okoliczność, że widowisko z panterą przyniesie pożądaną rozrywkę w nudnej podróży statkiem. Nawet mały uczony przezwy- ciężył swój lęk i czekał z zaciekawieniem na pokaz. Cornel wykorzystał to wydarzenie, by zaproponować swoim to- warzyszom: – Słuchajcie, chłopcy! Jeden zakład wygrałem, drugi przegrałem, bo czerwonoskóry łotr nie wypił. To się wyrównuje. Trzeci zakład 1 Jankes (ang. Yankee lub Yank) – posiadające wiele znaczeń określenie Amerykanina; czasami ma ono zabarwienie negatywne i często odnosi się do osób z północnej części Stanów Zjednoczonych; początkowo określenie to stosowane było wobec miesz- kańców Nowej Anglii; w czasie i wiele lat po wojnie secesyjnej używane przez mieszkańców Południa w stosunku do ludzi z Północy, po I wojnie światowej wo- bec wszystkich Amerykanów. 2 Myladies i mylords (ang. „panie i panowie”) – mylady: tytuł grzecznościowy stoso- wany wobec zamężnych arystokratek angielskich; mylord: tytuł grzecznościowy stosowany wobec arystokratów angielskich. ~ 20 ~ zróbmy nie o trzy szklanki brandy, lecz o dolara wstępu, za który trzeba zapłacić. Zgadzacie się? Towarzysze naturalnie przyjęli tę propozycję, bo olbrzym nie wy- glądał na takiego, który dałby sobie napędzić stracha. – Dobrze – powiedział Cornel, którego nadmiar alkoholu uczynił pewnym zwycięstwa. – Uważajcie, jak chętnie i szybko ten Goliat1 napije się ze mną! Kazał napełnić szklankę i zbliżył się do wspomnianego. Posturę te- go człowieka rzeczywiście należało nazwać olbrzymią. Był jeszcze wyższy i szerszy niż czarnobrody, zwany Grosser czyli „większy”. Z pewnością nie był to człowiek przebywający dużo w czterech ścia- nach, gdyż jego twarz była brunatna od słońca. Piękne, męskie rysy twarzy miały śmiały krój, a błękitne oczy ów szczególny niedający się opisać wyraz, którym odznaczają się ludzie żyjący na wielkich przestrzeniach, gdzie nic nie zacieśnia horyzontu, a więc marynarze, mieszkańcy pustyni i ludzie prerii. Dodać jeszcze należy, że jego twarz była gładko ogolona, liczył około czterdziestu lat i nosił elegancki garnitur podróżny. Nie było widać, by miał przy sobie broń. Stał wśród mężczyzn, z którymi żywo rozprawiał o panterze. Kapitan również stał obok. Zszedł z mostka, aby przyjrzeć się przedstawieniu z panterą. Teraz podszedł do nich Cornel, stanął na szeroko rozstawionych nogach przed swą trzecią domniemaną ofiarą i rzekł: – Sir, proponuję panu drinka. Mam nadzieję, że nie będzie się pan wzbraniał powiedzieć mi, jako prawdziwemu dżentelmenowi, kim pan jest? Zagadnięty obrzucił go zdumionym spojrzeniem i odwrócił się, aby kontynuować rozmowę przerwaną przez nachalnego pijaka. – Halo! – zawołał Cornel. – Czyś pan głuchy, czy nie chcesz mnie pan umyślnie słuchać? Tego drugiego bym nie radził, bo nie zwykłem żartować, gdy mi kto odmawia drinka. Życzliwie panu radzę nie brać przykładu z Indianina! 1 Goliat – postać biblijna, olbrzymi wojownik filistyński pochodzący z Gat, żyjący w XI wieku p.n.e.; jego wzrost miał wynosić sześć łokci i jedną piędź, czyli ok. 3 me- trów; zginął z rąk Dawida, który pokonał go wyrzuconym z procy kamieniem. ~ 21 ~ Zaczepiony wzruszył lekko ramionami i zapytał kapitana: – Słyszał pan, co ten chłopaczyna do mnie mówił? – Yes, sir1, każde słowo – przytaknął zapytany. – Well2, a więc jest pan świadkiem, że ja go nie przywołałem. – Co?! – wrzasnął Cornel. – Nazywasz mnie pan chłopaczyną? Odmawiasz pan drinka? Czeka cię los Indianina, któremu ja… Więcej nie powiedział, bo w tej chwili otrzymał od olbrzyma tak potężny cios, że padł na pokład i przekoziołkował daleko. Leżał przez chwilę jak nieżywy, lecz zerwał się szybko, wyciągnął nóż i podniósł- szy go do ciosu, rzucił się na olbrzyma. Ten wsadził ręce do kieszeni spodni i stał tak spokojnie, jakby nie groziło mu najmniejsze niebezpieczeństwo, jakby Cornel wcale nie istniał. Cornel zaryczał wściekle: – Psie! Uderzyć mnie w twarz? Zapłatą jest krew i to twoja! Kilku mężczyzn, także kapitan, chcieli interweniować, ale olbrzym wstrzymał ich energicznym skinieniem głowy, a kiedy Cornel zbliżył się do niego na dwa kroki, podniósł prawą nogę i przyjął go takim kop- niakiem w brzuch, że napastnik znów padł i poturlał się po ziemi. – A teraz już dość, bo inaczej… – zawołał groźnie Goliat. Lecz Cornel zerwał się znowu, zasadził nóż za pas i rycząc z gnie- wu, wyciągnął jeden z pistoletów i skierował go ku przeciwnikowi. Ten jednak wyjął z kieszeni prawą rękę, uzbrojoną w rewolwer. – Precz z pistoletem! – zawołał, zwracając lufę swojej małej lecz dobrej broni ku prawej ręce napastnika. Raz – dwa – trzy, rozległy się cienkie, ostre trzaski… Cornel krzyknął i upuścił pistolet. – Tak, chłopaczyno! – rzekł olbrzym. – Nieprędko będziesz zno- wu wymierzać policzki tym, którzy wzgardzą piciem ze szklanki, w której umaczałeś twoją gębę. Roztrzaskałem ci łapsko. A jeżeli wciąż jeszcze chcesz wiedzieć, kim jestem, to… – Do diabła z twoim nazwiskiem! – pienił się Cornel. – Nie chcę go słyszeć. Ciebie jednak samego chcę i muszę dostać. Na niego, chłop- cy, go on!3 1 Yes, sir (ang.) – tak jest, panie. 2 Well (ang.) – tu: dobrze. 3 Go on! (ang.) – Dalej! Więcej nie powiedział, bo w tej chwili otrzymał od olbrzyma tak potężny cios, że padł na pokład i przekoziołkował daleko. ~ 22 ~ Teraz dopiero okazało się, że draby tworzyły prawdziwą bandę, w której wszyscy stali za sobą murem. Wyrwali noże zza pasów i rzu- cili się na olbrzyma. Zdawało się, że przegra, jeżeli kapitan nie przy- woła swoich ludzi na ratunek. Odważny mężczyzna wyciągnął nogę, podniósł ramiona i krzyknął: – Chodźcie, jeśli macie odwagę zadzierać z Old Firehandem! Dźwięk tego nazwiska wywołał natychmiastowy skutek. Cornel, który chwycił znów za nóż niezranioną lewą ręką, zatrzymał się i za- wołał: – Old Firehand! Do wszystkich diabłów, kto by to pomyślał! Dla- czego nie powiedziałeś pan tego przedtem? – Czy tylko nazwisko chroni dżentelmena przed waszym nie- grzecznym zachowaniem? Zabierajcie się stąd, siadajcie spokojnie w kącie i nie pokazujcie mi się więcej na oczy, bo was wszystkich zdmuchnę! – Well, porozmawiamy potem! Cornel odwrócił się i poszedł ze swoją krwawiącą ręką na przód statku. Jego towarzysze powlekli się za nim jak zbite psy. Usiadłszy, obwiązali swemu przywódcy rękę, rozmawiając przy tym cicho a ży- wo i rzucając na sławnego myśliwego spojrzenia, które wszak nie- przyjazne, dowodziły jednak, jak wielki czuli przed nim respekt. Lecz nie tylko na nich wywarło wrażenie to powszechnie znane nazwisko. Wśród z pasażerów nie było z pewnością nikogo, kto by nie słyszał o tym odważnym człowieku, którego całe życie złożone było z niebezpiecznych czynów i przygód. Odstępowano od niego mi- mowolnie z wielkim szacunkiem i bacznie obserwowano teraz jego wysoką, harmonijnie zbudowaną sylwetkę, która wszystkim już wcześ- niej rzuciła się w oczy. Kapitan uścisnął mu dłoń i rzekł tonem jak najbardziej uprzej- mym, miłym jankeskiemu uchu: – Ależ sir, powinienem był o tym wiedzieć! Byłbym odstąpił panu własną kajutę. Na Boga, toż to zaszczyt dla „Dogfisha”, że pańskie stopy dotknęły jego desek. Dlaczego podał pan inne nazwisko? ~ 23 ~ – Powiedziałem panu moje prawdziwe nazwisko. Old Firehan- dem nazywają mnie westmani, bo ogień z mojej strzelby kierowanej moją ręką zawsze przynosi zgubę. – Tak słyszałem, pan nigdy nie chybia? – Pshaw! Chybić! To niemożliwe! Każdy dobry westman potrafi dokładnie to samo co ja. Ale widzi pan, jaką korzyść daje znane nazwi- sko wojenne. Gdyby nie to, doszłoby z pewnością do walki. – I musiałby pan ulec przemocy! – Tak pan sądzi? – spytał Old Firehand, a po jego twarzy przemknął uśmiech świadczący o pewności siebie, lecz nie o zarozumiałości. – Gdy idzie o walkę na noże, nie boję się niczego. Zapewne trzymałbym się tak długo, aż nadeszliby z pomocą pańscy ludzie. – Ci z pewnością by nie zawiedli. Ale co mam teraz zrobić z ty- mi łotrami? Jestem na statku panem władcą i sędzią. Czy mam ich zakuć w kajdany i tak dostarczyć? – Nie. – A może mam ich wysadzić na brzeg? – Też nie. – A jednak kara być musi! – Radzę z tego zrezygnować. Chyba nie chce pan po raz ostatni podróżować swoim steamerem? – Ani myślę! Mam nadzieję, że jeszcze przez wiele lat będę pły- wał w górę i w dół starej Arkansas. – A zatem niech pan nie naraża się na zemstę tych ludzi! To by- łaby pańska zguba. Są w stanie zaszyć się gdzieś na brzegu i spłatać takiego figla, który kosztowałby pana nie tylko statek, ale i życie. – Niech się tylko odważą! – Na pewno się odważą. Zresztą nie byłoby to dla nich wielkim ry- zykiem. Wszystko zrobiliby po kryjomu i tak urządzili, że nikt by ich o nic nie posądził. Teraz dopiero spostrzegł Old Firehand czarnobrodego, który stał w pobliżu, spoglądając na myśliwego proszącym wzrokiem. Old Fire- hand podszedł do niego i zapytał: – Czy chce pan mówić ze mną, sir? Czy mogę panu wyświad- czyć jakąś przysługę? ~ 24 ~ – Bardzo wielką – odrzekł Niemiec. – Proszę powiedzieć, jaką! – Proszę pozwolić mi uścisnąć pańską rękę, sir! To wszystko, o co pana proszę. Potem zadowolony odejdę i nie będę się panu więcej naprzykrzał, tę zaś godzinę będę z radością wspominał przez całe moje życie. Widać było po jego szczerym spojrzeniu i po tonie, że słowa po- chodziły prosto z serca. Old Firehand wyciągnął do niego prawą rękę i zapytał: – Daleko pan płynie? – Tym statkiem? Tylko do Fort Gibson1. – To przecież dość daleko! – Potem popłynę dalej łódką. Obawiam się, że pan, sławny i nieu- straszony, weźmie mnie za tchórza. – Dlaczego? – Bo ja przyjąłem przedtem drinka od tego tak zwanego Cornela. – O, nie! Mogę pana tylko pochwalić, żeś był pan tak rozważny. Chociaż, kiedy potem uderzył Indianina, postanowiłem dać mu ostrą nauczkę, co też się stało. – Oby posłużyła mu za przestrogę. Poza tym, jeśliś porządnie prze- strzelił mu pan palce, to jego kariera westmana jest skończona. Nie wiem jednak, co myśleć o czerwonoskórym. – Jak to? – Zachował się jak prawdziwy tchórz, a przecież ani drgnął, usły- szawszy ryk pantery. Nijak mi się to nie składa. – Więc ja pomogę. To dla mnie żaden trud, rzecz tę wyjaśnić. – Czy zna pan tego Indianina? – Nigdy wcześniej go nie widziałem, wiele jednak o nim słyszałem. – Ja także słyszałem, jak wymówił swoje nazwisko. Ale to słowo, na którym można sobie język połamać. Nie do zapamiętania. 1 Fort Gibson – miasto w Stanach Zjednoczonych, w stanie Oklahoma, w hrabstwie Muskogee; w latach 1824-1890 stanowił część północno-południowego łańcucha fortów służących do ochrony granicy Stanów Zjednoczonych z terytoriami zamieszka- łymi przez Indian. ~ 25 ~ – Bo posługiwał się językiem ojczystym, zapewne aby Cornel nie domyślił się, z kim ma do czynienia. Nazwisko jego brzmi Nintro- pan-hauey, a jego syn nazywa się Nintropan-homosz, to znaczy Wielki Niedźwiedź i Mały Niedźwiedź. – Czy to możliwe? O tych dwu, ojcu i synu, słyszałem w istocie już często. Tonkawa zatracili bojowego ducha. Tylko ci dwaj Nintropa- nowie odziedziczyli po przodkach zamiłowanie do wojny i wędrują po górach i prerii. – Tak, ci dwaj są dzielnymi ludźmi. Chyba nie sądzi pan, że ze strachu nie odpowiedzieli Cornelowi, jak się należało. – Inny Indianin natychmiast załatwiłby draba! – Może, a czy nie widział pan, jak syn sięgnął pod koc po nóż czy tomahawk1? Zobaczył, że twarz ojca pozostała nieporuszona i zanie- chał natychmiastowej zemsty. Powiadam panu, Indianom wystarczy mgnienie oka tam, gdzie my, biali, potrzebujemy długiej mowy. Od chwili, gdy Cornel uderzył ojca w twarz, śmierć jego jest rzeczą po- stanowioną. Obaj Niedźwiedzie nie prędzej zejdą z jego tropu, nim go nie zdmuchną. Ale pan podał mu swoje nazwisko. Jak słyszałem, jest pan Niemcem. Jesteśmy więc rodakami. – Jak to, sir? Pan także jest Niemcem? – zapytał czarnobrody, bar- dzo zdziwiony. – Ależ tak. Moje prawdziwe nazwisko brzmi Winter. Ja także pły- nę tym statkiem jeszcze dość daleko, więc będziemy mieli nieraz spo- sobność porozmawiać. – Kiedy tylko raczy pan zechcieć. Będzie to dla mnie wielki ho- nor, sir. rzami. – Niechże pan nie prawi komplementów. Jestem, jak pan, west- manem, nikim więcej. – A jakże, generał i rekrut są także nikim więcej jak tylko żołnie- – Czy naprawdę chce się pan porównywać z rekrutem? Zdawać by się mogło, że krótko pan przebywa na Zachodzie. 1 Tomahawk – rodzaj siekierki bojowej z drobnym obuchem i długim drzewcem; naj- częściej był obosieczny, czasami jedna strona była ostrzona w szpic; używany przez Indian północnoamerykańskich jako broń obuchowo-sieczna lub broń miotana. ~ 26 ~ – Nie – odrzekł brodacz skromnie – jestem tu już nieco dłużej. Na- zywam się Tomasz Grosser. Nazwisko rodowe się tu pomija. Z Toma- sza zrobili Toma, a z powodu mojej wielkiej czarnej brody, nazywają mnie Czarnym Tomem. – Jak to? – zawołał Old Firehand. – To pan jest tym Czarnym To- mem, słynnym rafterem1? – Mam na imię Tom, jestem rafterem, a czy słynnym, w to wątpię. – Tak, tak! Jest pan słynny, co potwierdzam moim uściskiem dłoni! – Nie tak głośno, sir! – poprosił Tom. – Cornel nie powinien usły- szeć mojego nazwiska. – Dlaczego nie? – Mógłby mnie po nim poznać. – A więc miałeś pan już z nim do czynienia? – Trochę. Opowiem o tym przy okazji. Pan go nie zna? – Spotkałem go dziś po raz pierwszy. – A widzi pan jego brodę i rude włosy i słyszał pan, że nazywa się Brinkley. – Co też pan mówi! To jest ten rudy Brinkley, ten sam, który po- pełnił setki przestępstw, a żadnego mu nie udowodniono? – Tak, to on, sir. Poznałem go. – Jeśli pozostanie dłużej na pokładzie, to będę mu się bacznie przy- glądać. I pana muszę także bliżej poznać. Jest pan człowiekiem, ja- kiego mi potrzeba. Jeśli nie ma pan innych zobowiązań, to chciałbym, aby mi pan pomógł. – Tak – powiedział Tom, zamyślony patrząc ku ziemi – zaszczyt przebywania z panem wart jest daleko więcej niż wszystko inne. Wprawdzie zawarłem przymierze z innymi rafterami, a nawet obrali mnie swoim przywódcą, ale jeśli da mi pan czas, abym mógł ich po- wiadomić, taką umowę da się łatwo rozwiązać. – Świetnie. Musi pan mieć miejsce w kajucie razem ze mną. Dopła- tę chętnie uiszczę. 1 Rafter (ang.) – flisak, osoba zajmująca się flisem, czyli rzecznym spławem (transpor- tem) towarów. ~ 27 ~ – Dziękuję, sir! My, rafterzy, gdy dobrze pracujemy, także zarabia- my dużo pieniędzy. A właśnie teraz mam pełną kieszeń, ponieważ wracam z Vicksburga1, gdzie przedstawiłem nasze rachunki i zamieni- łem je w pieniądz. Sam więc mogę zapłacić za miejsce w kajucie. Proszę zobaczyć! Zdaje mi się, że przedstawienie się zaczyna. Właściciel menażerii przygotował z pak i skrzyń kilka rzędów siedzeń i teraz w pompatycznych słowach zapraszał publiczność do zajęcia miejsc. Tak też się stało. Również załoga statku mogła przy- glądać się za darmo widowisku, o ile nie była zajęta. Nie zjawił się tylko Cornel, stracił bowiem całą ochotę. Obu Indian nie zapytano o to, czy zechcą wziąć udział w przed- stawieniu. Dwu czerwonoskórych pośród dam i dżentelmenów pła- cących po dolarze od osoby! Na taką niestosowność nie mógł sobie pozwolić właściciel zwierzęcia. Stali więc w oddaleniu i zdawało się, że nie zwracają najmniejszej uwagi ani na klatkę, ani na widzów, ale ich bystrym, ukradkowym spojrzeniom nie umknęła nawet naj- mniejsza drobnostka z tego, co się działo. Większość widzów, siedzących przed zamkniętą jeszcze skrzynią, nie miała należytego pojęcia o czarnej panterze. Drapieżniki z ro- dziny kotowatych, żyjące w Nowym Świecie2, są znacznie mniejsze i mniej groźne niż koty Starego Świata. Gaucho3 na przykład, jagua- ra, którego zwą tygrysem amerykańskim, potrafi schwytać na lasso i ciągnąć go za sobą, czego nie odważyłby się zrobić z królewskim tygrysem bengalskim. A lew amerykański, czyli puma, ucieka przed człowiekiem, nawet gdy dręczy ją głód. Toteż większość widzów spodziewała się, porównując w myślach pumę i jaguara, że zobaczy wcale nie silnego drapieżnika, wysokiego co najwyżej na pół metra i tej samej mniej więcej długości. Jakże się zdziwili, gdy usunięto przednią ścianę skrzyni i ujrzeli panterę. 1 Vicksburg – miasto utworzone w 1867 r., w Hrabstwie Chaffee, w stanie Colorado; początkowo obóz poszukiwaczy złota. 2 Nowy Świat – tak nazywano odkrytą przez Kolumba w 1492 roku Amerykę, w odróż- nieniu od Starego Świata, tj. Europy, Azji i Afryki. 3 Gaucho (gauczo, hiszp.) – mieszkaniec stepowych terenów Argentyny i Urugwaju, trudniący się hodowlą bydła. ~ 28 ~ Od załadunku w Nowym Orleanie leżała ona w ciemności. Skrzynię otwierano tylko nocą. Teraz więc po raz pierwszy zobaczyła znów światło dzienne, które ją oślepiło. Zamknęła ślepia, leżąc wciąż wycią- gnięta na całą długość skrzyni. Potem mrugnęła lekko powiekami i dostrzegła siedzących przed nią ludzi. Natychmiast zerwała się na nogi, wydała ryk, który wywarł takie wrażenie, że większość widzów zerwała się do ucieczki. Było to wyrośnięte, wspaniałe zwierzę, wysokie z pewnością na metr, a na dwa długie, nie licząc ogona. Pantera, szczerząc straszliwe zębiska, chwyciła przednimi łapami pręty żelaznej klatki i tak nimi po- trząsała, że aż skrzynia się poruszyła. Strach potęgowało jeszcze bar- dziej czarne umaszczenie pantery. – My ladies and gentlemen!1 – powiedział właściciel menażerii to- nem objaśnienia. – Czarna odmiana pantery zamieszkuje Wyspy Sun- dajskie2, ale te zwierzęta są małe. Prawdziwa czarna pantera, która jest rzadkością, pochodzi z Afryki Północnej, z obrzeży Sahary. Jest ona równie silna jak lew, a znacznie bardziej od niego niebezpieczna. Po- trafi unieść w swej paszczy dużego wołu. Co mogą zdziałać jej zęby, zaraz państwo zobaczą, bo nadchodzi pora karmienia. Pogromca przyniósł pół owcy i położył przed klatką. Pantera, czu- jąc mięso, poczęła zachowywać się jak oszalała: rzucała się, prycha- ła i ryczała tak, że co strachliwsi widzowie cofnęli się jeszcze dalej. Murzyn pracujący przy maszynie parowej nie mógł oprzeć się ciekawości i wśliznął się między widzów, ale kapitan, zobaczywszy go, kazał mu natychmiast wracać do pracy. Jednak czarnoskóry nie posłu- chał od razu. Kapitan pochwycił leżącą obok końcówkę liny i wy- mierzył mu kilka uderzeń. Skarcony cofnął się szybko, a stanąwszy przy luku3 prowadzącym do maszynowni, zrobił za plecami kapitana marsową minę i pogroził mu pięścią. Ponieważ widzowie byli skupieni tylko na panterze, niczego nie zauważyli. Cornel spostrzegł jednak zachowanie Murzyna i rzekł do swoich towarzyszy: 1 My ladies and gentlemen! (ang.) – Moje panie i panowie! 2 Wyspy Sundajskie – część Archipelagu Malajskiego. 3 Luk – zamykany otwór w pokładzie statku lub jego nadbudówki, służący do ładowania i wyładowywania towarów, schodzenia w głąb kadłuba statku, oświetlania i wietrzenia pomieszczeń pod pokładem. Natychmiast zerwała się na nogi, wydała ryk, który wywarł takie wrażenie, że większość widzów zerwała się do ucieczki. ~ 30 ~ – Ten czarnuch nie wydaje się żywić do kapitana przyjaznych uczuć. On może nam się przydać. Musimy się nim zająć. Kilka dola- rów zdziała u Murzynów cuda. Tymczasem pogromca wsunął mięso między żelazne pręty klat- ki, spojrzał badawczo na widzów i powiedział po cichu kilka słów do swego pana, który potrząsnął z powątpiewaniem głową. Tamten jednak tłumaczył mu coś dalej i zdawało się, że rozproszył jego obawy, bo właściciel menażerii skinął wreszcie głową i oświadczył publicz- ności siedzącej i stojącej przed klatką: – Panie i panowie! Powiadam wam, macie ogromne szczęście. Oswojonej czarnej pantery nie widziano jeszcze nigdy, przynajmniej tu, w Stanach. W czasie trzytygodniowego pobytu w Nowym Orle- anie mój pogromca wziął panterę na przeszkolenie i teraz oświadcza, że po raz pierwszy publicznie wejdzie do klatki i usiądzie obok zwie- rzęcia, jeśli przyrzekną mu państwo stosowne wynagrodzenie. Pogromca był silnym, nadzwyczaj muskularnym mężczyzną. Jego twarz wyrażała niezwykłą pewność siebie. Był w pełni przekonany o powodzeniu swego zamiaru, czego dowodził swą tryskającą opty- mizmem miną. Pantera rzuciła się na swe żarcie, a jej zęby miażdżyły kości ni- czym papier. Zdawało się, że nic poza tym jej nie obchodzi, stąd laik1 mógł powziąć przekonanie, że wejście do klatki w tej chwili nie jest zbytnim niebezpieczeństwem. Nie kto inny, jak mały uczony okularnik, poprzednio tak bojaźli- wy, odpowiedział entuzjastycznie: – To byłoby wspaniałe, sir! Czyn brawurowy, za który warto za- płacić. Ile chce ten człowiek? – Sto dolarów! – Hm! A nie jest to za wiele? – Nie, o wiele za mało, sir. Niebezpieczeństwo, na jakie się nara- ża, jest niemałe, bo nie jest jeszcze całkowicie, ba, nawet w połowie pewny zwierzęcia. 1 Laik – człowiek nieznający się na danej rzeczy, niekompetentny w danej dziedzinie; dyletant, profan, amator. ~ 31 ~ – Tak! Nie jestem wprawdzie bogaty, ale daję pięć dolarów. Pa- nie i panowie, kto się jeszcze dołoży? Zgłosiło się tylu chętnych, że potrzebna suma szybko została ze- brana. Widowiskiem, które dopiero co się rozpoczęło, należało w pełni się nacieszyć. Nawet kapitan uległ gorączce i zaproponował zakład. – Sir! – ostrzegł go Old Firehand. – Niech pan nie popełnia błę- du! Proszę na to nie pozwolić! Właśnie dlatego, że ten człowiek nie jest jeszcze pewny zwierzęcia, ma pan obowiązek odwołać przed- stawienie. – Odwołać? – zaśmiał się kapitan. – Też coś! Czy jestem niańką pogromcy? Mam mu wydawać rozkazy? Tu, w tym błogosławionym kraju, każdy ma prawo wystawiać swoją skórę na sprzedaż według własnego upodobania. Jeśli pantera go pożre, to jego i pantery spra- wa, a nie moja. A więc, dżentelmeni! Twierdzę, że ten człowiek nie wyjdzie bez szwanku, jeśli wejdzie do klatki. Stawiam zakład o sto dolarów. Kto się zakłada? Dziesięć procent wygranej otrzyma dodat- kowo pogromca! Ten przykład zelektryzował ludzi. Zawierano zakłady o całkiem znaczne sumy i okazało się, że jeśli zamiar pogromcy się powiedzie, przyniesie mu to około trzystu dolarów. Nie było powiedziane, czy pogromca ma być uzbrojony, toteż wziął ze sobą „zabijak”, bicz, którego rękojeść kryła w środku kulę eksplo- dującą. Gdyby zwierzę rzuciło się na niego, wystarczyło jedno silne uderzenie, aby panterę zabić w jednej chwili. – Ja nie dowierzam nawet zabijakowi – odezwał się Old Fire- hand do Czarnego Toma. – Fajerwerk byłby bardziej praktyczny, bo odstraszyłby zwierzę, nie zabijając go. Ale niech każdy czyni według własnego uznania. Pochwała będzie się należeć, gdy rzecz ta zakoń- czy się powodzeniem. Tymczasem pogromca wygłosił do publiczności krótkie przemó- wienie, podszedł do klatki i odsunąwszy ciężką zasuwę, usunął na bok wąską, służącą za drzwi, kratę wysokości około pięciu stóp1. By wejść 1 Stopa – angielska miara długości (foot), stosowana od czasów rzymskich, wynosi 30,48 cm. ~ 32 ~ do środka, musiał się schylić i przy tym kratę przytrzymać rękoma, a potem, będąc już w klatce, zamknąć ją za sobą. Dlatego wziął zabijak w zęby, stając się na tę krótką chwilę zupełnie bezbronnym. Wpraw- dzie nieraz był już w klatce ze zwierzęciem, lecz w całkiem innych okolicznościach. Wówczas pantera nie przebywała całymi dniami w ciemnościach i nie było w pobliżu tylu ludzi, nie płoszyły jej stu- kanie maszyny, szum i łoskot kół. Tych okoliczności nie wziął pod uwagę ani właściciel menażerii, ani pogromca, a skutki objawiły się natychmiast. Kiedy pantera usłyszała szelest kraty, odwróciła się. W tej właśnie chwili pogromca, schyliwszy się, wsadził głowę do klatki. Szybkie jak myśl poruszenie zwierzęcia, błyskawiczny skok i głowa, już bez zabijaka, znalazła się w paszczy pantery i… jedno kłapnięcie zrobiło z niej miazgę. Krzyku, jaki się w tej chwili podniósł przed klatką, nie da się wprost opisać. Wszyscy zerwali się w dzikiej panice do ucieczki. Tylko trzy osoby pozostały na miejscu: właściciel menażerii, Old Firehand i Czarny Tom. Pierwszy usiłował zasunąć kratę, ale było to niemoż- liwe, bo ciało pogromcy blokowało wejście do klatki, leżąc częściowo w środku, częściowo na zewnątrz. Właściciel menażerii chwycił tru- pa za nogi i chciał go wyciągnąć na zewnątrz. – Na miłość boską, tylko nie to! – zawołał Old Firehand. – Pante- ra wyjdzie za nim. Niech pan wepchnie ciało całkiem do środka, prze- cież to już tylko trup, wtedy drzwi dadzą się zamknąć! Pantera leżała przed pozbawionym głowy ciałem. Rozwarta, ocie- kająca krwią paszcza, z której wystawały jeszcze potrzaskane kości, zwracała błyszczące oczy na swego pana. Zdawało się, że odgaduje jego zamiary, bo nagle ryknęła gniewnie i podczołgała się przed tru- pa, przytrzymując go ciężarem swojego cielska. Głowa jej znalazła się zaledwie o kilka cali1 od otworu. – Precz, precz! Uciekaj! – krzyknął Old Firehand. – Tom, pańska strzelba! Strzelba! Rewolwer tylko powiększy nieszczęście! 1 Cal – angielska miara długości, jedna dwunasta stopy, obecnie wynosi 25,4 mm. ~ 33 ~ Czarny Tom skoczył po swą dubeltówkę. Od chwili, kiedy pogromca wszedł do klatki, upłynęło mniej niż dziesięć sekund. Nikt nie miał dość czasu, by znaleźć bezpieczne schronienie. Cały pokład zapełniała gromada uciekających i krzy- czących z trwogi. Drzwi kajut i pod pokład zostały zapchane. Pasa- żerowie chronili się za beczkami i pakami, to znów biegli dalej, nie czując się nigdzie w pełni bezpiecznie. Kapitan rzucił się ku mostkowi i wskoczył nań, przeskakując na raz po trzy, cztery schodki. Old Firehand podążył za nim. Właściciel menażerii schronił się za tylną ścianą klatki, a Czarny Tom, pędząc po swą broń, przypomniał sobie jednak, że przywiązał do niej topór i nie będzie mógł jej natychmiast użyć. Zatrzymał się więc obok In- dian i wyrwał starszemu z nich strzelbę z ręki. – Sam strzelać! – rzekł Wielki Niedźwiedź, wyciągając rękę ku broni. – Puść! – krzyknął rozkazująco brodacz. – Strzelam lepiej niż ty! Odwrócił się ku klatce, którą właśnie opuściła pantera. Zwierzę podniosło łeb do góry i ryknęło. Czarny Tom złożył się i wypalił. Huk- nął strzał, ale kula chybiła. Wyrwał więc śpiesznie strzelbę młodsze- mu Indianinowi i strzelił do zwierzęcia – także chybił. – Źle strzelać. Nie znać strzelby – rzekł Wielki Niedźwiedź tak spo- kojnie, jakby siedział bezpiecznie, piekąc pieczeń na ognisku w swym wigwamie1. Niemiec, nie zważając na te słowa, odrzucił strzelbę i pobiegł ku przodowi, gdzie leżała broń ludzi Cornela. Ci dżentelmeni nie mieli bynajmniej ochoty podjąć walki ze zwierzem, więc czym prędzej się pochowali. 1 Wigwam – rodzaj nieprzenośnej chaty Indian Ameryki Północnej, głównie obszaru Wielkich Jezior; budowla w formie kopuły ewentualnie tunelu (rzadziej stożka), zbudowana na szkielecie z prętów drewnianych lub ze zgiętych młodych drzew, połączonych na wierzchołku, pokrywany korą (głównie brzozową), plecionymi ma- tami trzcinowymi albo skórami, z pozostawionym na górze otworem dymnym; wi- gwam ma zwykle jedno wejście, zakrywane skórą zwierzęcą, plecioną matą lub derką; wigwam zwykle nie ma podłogi, na ziemi bywają rozłożone gałęzie jodłowe, skóry lub futra; na środku znajduje się miejsce na ognisko; nazwa pochodzi z języka algonkin. ~ 34 ~ Nagle w pobliżu mostka kapitańskiego rozległ się przeraźliwy wrzask. Pewna kobieta chciała się tam schronić, wydała z siebie ten krzyk, gdy ujrzała ją pantera i podbiegła ku niej długimi, miękkimi susami. Kobieta znajdowała się jeszcze u dołu schodów, gdy Old Fire- hand stał na piątym lub szóstym stopniu. W mgnieniu oka pochwycił ją, przyciągnął ku sobie i podniósł silnymi ramionami w górę, gdzie odebrał ją kapitan. Stało się to w ciągu dwu sekund. Pantera była teraz przy mostku, a oparłszy przednie łapy na jednym ze stopni, już spinała się w sobie, by skoczyć na Old Firehanda, gdy ten wymie- rzył jej potężne kopnięcie w nos i strzelił w łeb trzema kulami re- wolweru. Ten sposób obrony był właściwie śmieszny. Kopnięciem i kilko- ma kulkami rewolwerowymi, nie większymi od grochu, nie odstra- szy się czarnej pantery, ale Old Firehand nie posiadał skuteczniejszej broni. Był przekonany, że zwierzę pochwyci go teraz, lecz tak się nie stało. Pantera, pozostając na schodach w postawie wyprostowanej, odwróciła powoli głowę, jakby się rozmyśliła. Czyżby kulom, które nie mogły przebić się przez jej twardą czaszkę, udało się ją nieco otu- manić? A może kopnięcie wymierzone w jej czuły nos, było zbyt bolesne? Dość powiedzieć, że nie zwróciła więcej ślepi na Old Fire- handa, lecz na przedni pokład, gdzie trzynastoletnia może dziewczynka stała bez ruchu, jakby sparaliżowana strachem, wyciągając obie ręce ku mostkowi kapitańskiemu. Była to córka owej kobiety, którą Old Firehand dopiero co uratował przed panterą. Dziecko także uciekało, lecz zobaczywszy matkę w niebezpieczeństwie, osłupiało z przeraże- nia. Jasna, z dala widoczna sukienka dziewczynki przyciągnęła wzrok zwierzęcia. Pantera zdjęła łapy ze schodów, obróciła się i w długich na sześć do ośmiu łokci1 skokach rzuciła się na dziecko, które widząc te przerażające susy, nie było w stanie ani się poruszyć, ani wydać z siebie żadnego dźwięku. – Moje dziecko, moje dziecko! – rozpaczała matka. Wszyscy, widząc to, wyli lub krzyczeli, lecz nikt nie ruszył ani ręką ani nogą, by przyjść na ratunek. Brakowało też czasu. Czy brako- 1 Łokieć – jednostka długości równa 1/3 sążnia, czyli ok. 62 cm (w różnych krajach i w różnych okresach łokieć miał różną wartość, np. w Polsce ok. 57,6 cm). ~ 35 ~ wało? Czy rzeczywiście nikt nie ruszył na pomoc? A jednak znalazł się jeden, i to ten, po którym najmniej spodziewano by się roztrop- ności, odwagi i przytomności umysłu. Był to młody Indianin. Stał z ojcem w odległości może dziesięciu kroków od dziewczynki. Kiedy spostrzegł niebezpieczeństwo, w którym znalazła się mała, błysnął oczyma, spojrzał na prawo i lewo, jakby szukając drogi ra- tunku, potem zrzucił koc z ramion i krzyknął do swojego ojca w języ- ku Tonkawa: – Tiakaitat, szai szoyana1! Skoczył w dwu susach ku dziewczynce, chwycił ją wpół, rzucił się z nią ku relingowi2 i stanął na nim. Tam zatrzymał się na chwilę, aby się obejrzeć. Pantera była za nim i właśnie gotowała się do ostatniego skoku. Ledwie łapy zwierzęcia uniosły się nad ziemię, młody India- nin skoczył z poręczy w dół, kierując się nieco w bok, aby w rzece nie znaleźć
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Skarb w Srebrnym Jeziorze. Część 1
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: