Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00265 005879 14497355 na godz. na dobę w sumie
Skrawek nieba - ebook/pdf
Skrawek nieba - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 484
Wydawca: Magnum Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-63986-30-8 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> biografie
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Wydane w wielu krajach niezwykłe wspomnienia, pisane z perspektywy żydowskiej dziewczynki, która w chwili wybuchu wojny miała dziewięć lat. Jej szczęśliwe dzieciństwo skończyło się jesienią 1939 roku, gdy po ucieczce z rodzinnego Kalisza znalazła się z rodzicami w okupowanej Warszawie. Przemycona z warszawskiego getta na „drugą stronę”, ukrywała się u zaprzyjaźnionej rodziny, a potem w katolickim klasztorze i w sierocińcu. „Skrawek nieba” jest pierwszym polskim wydaniem książki Janiny David.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

JANINA DAVID JANINA DAVID Skrawek nieba Skrawek nieba Skrawek nieba P R Z E K £ A D El¿bieta Olender-Dmowska Katarzyna Malita Tytuł oryginału A SQUARE OF SKY Przekład Elżbieta Olender-Dmowska (Część I) Katarzyna Malita (Część II) Wydanie polskie powstało we współpracy z Centrum Badań nad Zagładą Żydów Projekt okładki Ewa Witosińska Copyright © Carl Hauser Verlag München 1981 Copyright © 2012 for the Polish edition by Wydawnictwo Magnum Ltd. Copyright © 2012 for the Polish translation (Part I, Chapters 1–4) by Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów Copyright © 2012 for the Polish translation (Part I, Chapters 5–26) by Elżbieta Olender-Dmowska Copyright © 2012 for the Polish translation (Part II) by Wydawnictwo Magnum Ltd. Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, zapisywana czy przekazywana w sposób mechaniczny, elektroniczny, fotograficzny lub w jakiejkolwiek innej formie bez uprzedniej zgody właściciela praw. Wydawnictwo MAGNUM sp. z o.o. 02-536 Warszawa, ul. Narbutta 25a tel./fax (22) 848-55-05, tel. (22) 646-00-85 magnum@it.com.pl magnum@magnum1.pl Księgarnia internetowa MAGNUM www.wydawnictwo-magnum.com.pl Ebook nie zawiera zdjęć z tradycyjnego książkowego wydania. EPUB 978-83-63986-31-5 MOBI 978-83-63986-32-2 PDF 978-83-63986-30-8 Pamięci moich Rodziców Spis treœci Przedmowa 7 C Z Ę Ś Ć I Skrawek nieba 10 C Z Ę Ś Ć I I Skrawek ziemi 277 Podziękowania 482 O Autorce 483 A co raz zajdzie, o swojej porze I straci prawo istnienia, To się do życia obudzić może Już tylko echem wspomnienia. Szmul Kowalski porucznik rezerwy 29 Pułku Strzelców Kaniowskich w Szczypiornie Z wpisu do pamiętnika Janiny Nowickiej (z domu Libiszewskiej) Szczypiorno, 1 lipca 1933 Przedmowa do polskiego wydania Ten krótki wiersz na poprzedniej stronie wpisał mój kuzyn Samu- lek Kowalski do pamiętnika panny Janiny Libiszewskiej w lipcu 1933 roku. Poznali się w autobusie kursującym na trasie Kalisz-Szczypiorno. Samulek, oficer rezerwy, jeździł do Szczypiorna na ćwiczenia woj- skowe. Przyjaźń trwała podobno tylko to jedno lato, ale pozostawiła miłe wspomnienia w pamięci panny Janiny – i ten wiersz. Skrawek nieba jest książką wspomnień. Brzmią w niej echa daw- no zamilkłych głosów. Kiedy po latach spędzonych w Australii wró- ciłam do Europy i zamieszkałam w Londynie, głosy te odezwały się, uporczywie żądając swych praw. Druga wojna światowa nie zostawiła widocznych śladów w Melbourne. Południowe słońce wypala kolo- ry, pustynny wiatr sypie w oczy czerwonym piaskiem, zaciera obrazy pamięci. Londyn we wczesnych latach powojennych przedstawiał całkiem inny obraz. Puste place po zburzonych budynkach, zdewastowane doki, ogólna szarość, zniszczone otoczenie, wszechobecna sadza po- krywająca miasto i zatruwająca powietrze obudziły wspomnienia in- nych gruzów, ruin i duszących dymów nad zgliszczami miast. Przez wszystkie lata po zakończeniu wojny unikałam opowiadań o moich wojennych przeżyciach. Każdy, kto przeżył wojnę, mógł opowiedzieć swoją historię. Kiedy inni mówili, ja wolałam milczeć. 8 Ale ci co zginęli? Czy oni nie mieli prawa do głosu? Uświadomiłam sobie, że dla wielu z nich byłam może ostatnim świadkiem ich życia. Ja jedna pamiętałam, jak tam wtedy było... Wraz z moją pamięcią zaginie i pamięć o nich. W roku 1958 zaczęłam pisać. Najpierw po- szczególne sceny, wydarzenia, rozmowy i wypadki, które najmocniej utkwiły mi w pamięci. Wybrałam język angielski, który dał mi dystans konieczny dla wyrażenia tego, co w języku polskim byłoby nie do wy- powiedzenia. Gdzie indziej opisałam moją pierwszą wizytę w Polsce w roku 1962. Chciałam sprawdzić, czy to, co napisałam o moim wczes- nym dzieciństwie, o rodzinie i życiu w przedwojennym Kaliszu, było naprawdę takie, jak pamiętałam. Ta wizyta upewniła mnie, że byłam na właściwej drodze. Zimę 1962–1963 spędziłam w Paryżu, pisząc dalej i kiedy na wios- nę wróciłam do Londynu, manuskrypt był skończony. Odłożyłam go z ulgą. Minął jeszcze rok, zanim go otworzyłam i po długim wahaniu wysłałam do wydawcy. Spodziewałam się, że otrzymam go z powro- tem po wielu miesiącach, z grzeczną odmową, jeśli w ogóle jeszcze kiedyś go zobaczę. Przyjęto go w ciągu tygodnia. Z nową otuchą za- brałam się do pracy nad dalszym ciągiem. Skrawek nieba (A Square of Sky) wydano w Wielkiej Brytanii w 1964 roku. Skrawek ziemi (A Touch of Earth) rok później. Parę lat później obie książki ukazały się w Stanach. Z biegiem lat wyszły tłumaczenia w innych obcych językach. Niemiecka telewizja ARD nakręciła ośmiogodzinny serial, książki były czytane w audycjach radiowych, nagrano je na płyty, powstały ich adaptacje teatralne. Przeglądałam te obce wydania, brałam udział w kręceniu filmu, sama także wystąpi- łam w filmie dokumentalnym dla niemieckiej telewizji, prowadziłam odczyty i wykłady na zagranicznych uniwersytetach i zebraniach, ciąg- le mając nadzieję, że doczekam kiedyś i polskiej wersji. To przecież w Polsce miały miejsce wszystkie opisywane wydarzenia i ci, o których pisałam, mówili po polsku. Teraz Skrawek nieba dotarł do kraju. Prze- mówił własnym głosem. 9 A motto? Ten wiersz przysłała mi właścicielka pamiętnika, pani Janina Nowicka z domu Libiszewska, która zimą 2011 roku przeczy- tała w „Życiu Kalisza” moje wspomnienia o domu moich dziadków Kowalskich. Napisałam w nich też o Samulku, który razem z bratem mojej matki, Jakubem Kowalskim, tak jak on oficerem rezerwy, wyru- szył w 1939 roku na wojnę. Samulek poległ w bitwie nad Bzurą. Przed śmiercią zdjął obrączkę i dał ją Jakubowi, prosząc, by przekazał jego młodej żonie. Jakub nosił tę obrączkę przez wiele lat. Wzięty do nie- woli po upadku Warszawy, wrócił do Kalisza po zakończeniu wojny i z najbliższej rodziny odnalazł tylko mnie. Żona Samulka, ich dziec- ko i cała rodzina zginęli w warszawskim getcie. Nie wspominałam o Samulku w Skrawku nieba. On sam jednak po- spieszył i w ostatniej chwili zjawił się, by dołączyć swój głos do wszyst- kich tych, których echa brzmią w tej książce, i zająć swoje miejsce w rodzinie. Londyn, sierpień 2012 C Z Ê Œ Æ I I Skrawek ziemi 16 Lato nadeszło bardzo szybko, przynosząc ze sobą falę upałów. Nie- wielką przestrzeń za naszym podwórkiem zamieniono na ogród wa- rzywny i wolno nam było się tam bawić. Dostałam wielki słomkowy kapelusz, który skrywał moją twarz przed spojrzeniami ludzi z sąsied- nich domów. Musiałam wyglądać jak grzyb na dwóch nogach, gdy wędrowałam wśród grządek lub leżałam na kocu, przyglądając się bacznie otaczającym mnie oknom. Zżerała mnie ciekawość. Co się działo za lekkimi białymi firankami? Kto tam mieszkał, co robił? Tę- skniłam za widokiem zwyczajnego życia, rodziny, spokoju i bezpie- czeństwa w świecie, w którym nikt nie musiał walczyć o swoje miejsce. Tymczasem nadciągała inna walka. Front wschodni zbliżał się do Warszawy. Niemcy wycofywali się. To wyglądało niewiarygodnie, ale można było zobaczyć, jak jadą na zachód na furmankach wyładowa- nych tłumokami. Pociągi z rannymi żołnierzami bez końca jechały ze wschodu na zachód. Uliczne egzekucje, aresztowania i łapanki codzien- nie zaskakiwały mieszkańców nową gwałtownością. I zanim jeszcze krew wyschła na chodnikach, pomimo niemieckich wartowników poja- wiały się świeże kwiaty, by oznaczyć każde miejsce męczeństwa. Nie- widzialnymi pędzlami malowano hasła głoszące, że ofiary zostaną pomszczone, każda śmierć została policzona i dzień sądu się zbliża. Niemal co noc nadlatywały bombowce, zrzucając ładunek nad mia- stem. Sen stał się niemożliwy. Czekałyśmy ubrane, szepcząc nerwowo na łóżkach. Czasami bomby spadały, zanim zawyła syrena, i pędziłyś- my jak oszalałe do sypialni maluchów, gdzie każda z nas miała swoją 12 podopieczną. Budziłyśmy je, owijałyśmy kocami i wrzeszczące i ko- piące znosiłyśmy po długich kamiennych schodach do piwnicy. W tym czasie znienawidziłam Frankę tak samo, jak ona musiała znienawidzić mnie. Była teraz dużym, mocno zbudowanym dzieckiem, bomby zupełnie jej nie przeszkadzały i nie budziła się mimo całego tego hałasu. Była zbyt ciężka, by ją nosić, i co noc toczyłyśmy zażartą walkę w ciemnym pokoju, podczas gdy bomby gwizdały i wybuchały, samoloty nurkowały, a od terkotu artylerii przeciwlotniczej trzęsły się szyby w oknach. Za każdym razem, kiedy udało mi się ją postawić i owinąć kocem, znów opadała na łóżko i nie chciała się ruszyć. Ciągnęłam ją na wpół szlochającą z wściekłości po ciemnych schodach, gdzie budziła się po kilkukrotnym zderzeniu z poręczą, a potem biegła z wrzaskiem na dół, ciągnąc mnie za sobą. Już w piwnicy chowała się w kącie i znów zasypiała, a ja brałam inne dziecko na kolana i tuliłam je, dopóki znów nie zawyła syrena. Czasami razem z Elą i Wierą udawało nam się zostać w jednym z pokoi na górze już po zgaszeniu świateł. Otwierałyśmy wtedy duże okna i wychodziłyśmy na balkonik nad ulicą. Leżąc na brzuchu, roz- mawiałyśmy szeptem o nadciągającej walce. Czasami słyszałyśmy ogień artyleryjski zza Wisły, głęboki warkot i stłumione eksplozje i zastanawiałyśmy się, czy być może tego wieczoru przekroczą rzekę. Nie mogłyśmy znieść myśli, że tego nie zobaczymy, i siedziałyśmy tam, dopóki kolejny alarm nie przepędził nas do piwnicy. Raz udało mi się zostać na balkonie. Nalot zaczął się tak gwałtow- nie, że bałam się ruszyć. Oślepiające kiście fosforyzującego światła fruwały nad naszą ulicą, zamieniając noc w jasny dzień. Tuż po nich spadły bomby, a nad czarnymi konturami budynków wykwitły bukie- ty ognia. Wysoko na czarnym niebie snop reflektorów przeciwlotniczych uwięził nagle mały srebrny samolot. Na jedną krótką chwilę maszy- na zawisła przytrzymywana przez kilkanaście promieni światła jak srebrna gwiazda na gotyckim łuku ogromnej katedry. Potem znikła, 13 a łuki opadły, krzyżując się i przesuwając w poszukiwaniu innej gwiaz- dy, która znów je zatrzyma. Modliłam się o bezpieczeństwo pilota, a potem, gdy bomby spadły bliżej, także i o nasze. Byłoby strasznie zginąć teraz, gdy koniec był tak bliski. Za dnia obserwowałyśmy z wielkim zaciekawieniem dziwne rzeczy, które się działy w opuszczonej oficynie naszego domu. Jakby znikąd pojawiły się młode dziewczyny, które zamiatały i szorowały puste podłogi, bieliły ściany i myły to, co zostało z okien. Na próżno wypy- tywałyśmy siostry, które wydawały się równie zaciekawione jak my. – Pewnie otworzą tu nowy zakład – powiedziała nam pewnego dnia siostra przełożona. – Niedługo się sprowadzą. Ela, Wiera i Tamara nie były przekonane. Wiera, która niedaw- no wróciła z wizyty u krewnych, nie mogła opanować podniecenia. Tańczyła po domu, rozpromieniona z radości, ale za nic nie chciała zdradzić sekretu. – Niedługo się dowiecie, już bardzo niedługo – obiecywała nam co dnia. W klasztorze zapanował dziwny niepokój. Dziewczęta rozmawiały o ucieczce. Pięć wysłanych do sanatorium na początku roku wróciło bez zapowiedzi. Większość drogi przeszły piechotą. Mosty na rzece zostały zniszczone podczas ostatniego nalotu. Dworzec kolejowy był uszkodzony. Miasto kipiało z podniecenia. Niemieccy „osadnicy” wędrowali na zachód w coraz większej liczbie, a zawsze dowcipni ga- zeciarze zwracali się do żandarmów per „Panie Tymczasowy”. Jeden z urwisów zatrzymał Wierę w drodze powrotnej do domu i szepnął tajemniczo: – Panienko, znam sekret... – Jaki? – Hitler jest w ciąży, będą małe Niemcy! – krzyknął i zniknął za rogiem. 14 Upalne dni lipca powoli się kończyły. W ostatnią niedzielę albi- noska Renia i okropnie chuda Marta zniknęły z domu. Obie przebywa- ły w klasztorze niemal od urodzenia i nie miały rodziny. Renia, z białymi włosami, niebieskimi oczami w czerwonych obwódkach i okropnym zapachem wydobywającym się z płaskiego nosa, nigdy nie była popu- larnym dzieckiem. Miała bardzo słaby wzrok, a jej oczy stale tańczyły na boki. Żyła w nieustannym strachu, że rozbije okulary i nie mogłyśmy pojąć, jak zebrała się na odwagę, by wyjść z domu. Marta z kolei była na tyle głupia, by odważyć się na wszystko. To ona głównie mnie prześladowała i cieszyłam się, że zniknęła. Wyso- ka i chuda, miała długie jasne włosy, skośne zielone oczy i najwyższe, najbardziej „alabastrowe” czoło, jakie widziałam. Jej złośliwość wy- dawała się czasem nadprzyrodzona. Niedługo po tym, jak stałam się ofiarą jednego z jej ataków, niechętnie postanowiłam zrewidować moje równanie z dzieciństwa, że piękno = dobroć = mądrość, a brzydota = niegrzeczność = głupota. Stefa, moja niania sprzed wojny, głęboko wierzyła w to równanie: „Jesteś brzydką dziewczynką”, mawiała, gdy chodziło jej o to, że byłam niegrzeczna. „Nie dotykaj tego, to jest brudne, brzydkie, paskud- ne...”. A kiedy byłam wyjątkowo grzeczna: „No, moje śliczne dziec- ko”. Każdy brzydki postępek niestety odbijał się na mojej urodzie. Obojętne, czy chodziło jej o duchową urodę, czy brzydotę, sposób, w jaki to pojmowałam, był czysto fizyczny. Kaleki żebrak przed ko- ściołem musiał być wcześniej niedobry. Dziecko z okaleczonym przez polio ramieniem zostało ukarane za uderzenie rodzica. Niskie czoło oczywiście oznaczało niski poziom inteligencji, a wysokie – mądrość. Romantyczne bohaterki brukowych powieści Stefy zawsze miały wy- sokie alabastrowe czoła, długie białe szyje i bardzo długie, szczupłe palce. Odnalazłam wszystkie te cechy w Marcie, lecz Marta była bez wątpienia idiotką. Z drugiej strony nikt nie mógł nazwać siostry Zofii piękną, a jed- nak była uosobieniem mądrości i pokochałam ją wbrew sobie. Jej wygląd nadal mną wstrząsał, głos trzeszczał w uszach, bałam się jej 15 ostrego języka i wolałabym umrzeć niż zdradzić się z uczuciami do niej. Jednak wymyślałam misterne plany, by spędzić kilka minut w jej po- koju, szukałam w książkach nieznanych słów lub niejasnych wyra- żeń, a w pamięci pytań, na które mi nie odpowiedziała, co dawało mi stosowną wymówkę, by zapukać do jej drzwi. Robiąc to, ryzykowałam, że zrażę do siebie inne dziewczęta. Wszyst- kie były strasznie zazdrosne i tropiły wszelkie oznaki faworyzowania. Gdyby to się wydało, moje życie stałoby się udręką. O dziwo, zazdrość nie dotyczyła siostry przełożonej. Była czuła i łagodna, bardzo przy- stępna, zawsze gotowa poradzić lub pocieszyć i chodziłyśmy do niej w każde niedzielne popołudnie, by kilka minut pogawędzić. Pozostałe siostry miały swoje ulubione dziewczynki, tak jak dziew- czynki miały swoje ulubione siostry. Taką sytuację akceptowano z odrobiną żartobliwych docinków i bez złośliwości. Ale siostra Zofia była inna. Wyróżnienie przez nią z jakiegokolwiek powodu oznaczało natychmiastowy odwet ze strony całej grupy i trzeba było natychmiast za to odpokutować, popełniając jakieś wykroczenie, które miało skło- nić siostrę Zofię do zmiany dobrej opinii. Odnosiłam wrażenie, że ta sytuacja czasami ją zdumiewa. Była często rozczarowana i zniechęcona koniecznością ukarania dziew- czynki za jakieś umyślne przewinienie, kiedy dopiero co udzieliła jej pochwały za coś innego. Zastanawiałam się, dlaczego nie potrafi przejrzeć tej gry, dlaczego nigdy nie przyszło jej do głowy, że nasze nie- wytłumaczalne zachowanie ma określone przyczyny. Postanowiłam, że opowiem jej o tym pewnego dnia, kiedy będę gotowa do wyjazdu. Zastanawiałam się, kiedy to nastąpi i jak będę mogła bez niej żyć. We wtorek pierwszego sierpnia siostra przełożona jak zwykle poszła do Eryka po pieniądze i drobiazgi dla mnie. Nadal miewałam pro- blemy z dziąsłami i potrzebowałam stałego zapasu witamin. Siostra przełożona wróciła jednak z pustymi rękami, tłumacząc, że Eryka nie było w domu, ale że zostawił wiadomość, by przyszła następnego dnia. Miał jej coś ważnego do powiedzenia. 16 Zastanawiałam się, o co może chodzić, kiedy nagle na ulicy zapa- nowało zamieszanie, przed domem rozległy się strzały, a przez mur naszego podwórza przeskoczyło kilku młodych ludzi. Pobiegli przez ogród, odpychając siostry i dzieci, wspięli się na mur otaczający getto i zniknęli. Na ulicy nadal słychać było krzyki i tupot nóg. Pobiegłyśmy na górę i na podeście schodów znalazłyśmy roztań- czoną Wierę. – Zaczęło się! To prawda! – krzyknęła. – O co chodzi? – dopytywałyśmy się, chwytając ją za ramiona. – Powstanie! Walczymy z Niemcami, nareszcie walczymy! Podczas pierwszego dnia powstania naszą ulicę zajęli powstańcy. Niemcy trzymali getto, a nasz ogród z otaczającym go murem znalazł się na pierwszej linii ognia. Młodzi ludzie w różnych mundurach i bia- ło-czerwonych opaskach na ramionach leżeli z karabinami wśród grządek. Podczas tej pierwszej godziny wyleciały szyby we wszyst- kich oknach. Dopiero teraz przekonałyśmy się, kim były młode kobiety, które sprzątały pozostałe skrzydła domu. Nie sprzątały pomieszczeń dla no- wego zakładu. Były członkami podziemia i przygotowywały szpital. Pogoda była piękna i skąpo ubrane młode kobiety opalały się na noszach, nie zwracając uwagi na kule, które czasem odbijały się od murów. Nasze siostry początkowo cmokały z dezaprobatą, lecz gdy walki stawały się coraz bardziej zaciekłe i w naszym ogrodzie chowa- no coraz więcej ofiar, zaczęły się uśmiechać do dziewcząt i zaprosiły je do środka. Niebawem szpital na parterze zapełnił się. Dopóki było dość światła, na sosnowym kuchennym stole przy wejściu, opero- wało dwóch chirurgów. Siostra Adelajda wznowiła obowiązki pielę- gniarki, lecz choć pracowała na okrągło, nie potrafiła im podołać. Poproszono nas o pomoc w budowaniu barykady na najbliższym rogu ulicy, gdzie wykopano głęboki rów, by powstrzymać niemieckie czołgi. Patrzyłam, jak sąsiedzi z drugiej strony ulicy zrzucają z okien kanapy, krzesła, szafy, a nawet pianino, podczas gdy inni ciągnęli roz- bite meble do barykady i oznajmiali, że rośnie. 17 W ścianach sąsiadujących ze sobą budynków wybito dziury, żeby powstańcy mogli niezauważeni z zewnątrz przechodzić z jednego do drugiego. Mój dziki entuzjazm pierwszego dnia został wystawiony na próbę, gdy ujrzałam te dziury. Getto też tak się broniło. Mieliśmy takie same dziury, żeby można było niepostrzeżenie przechodzić z domu do domu. Nagle uderzyło mnie podobieństwo tej sytuacji. Czyżby taki sam los czekał Warszawę? Walki nasilały się. Nie było już czasu na opalanie się w ogrodzie. Mło- de pielęgniarki wyniosły broń do ogrodu, gdzie kilka z nich zostało na zawsze. Pomagałam siostrze Adelajdzie w szpitalu; ranni leżeli na wyłożonej kafelkami podłodze ciasno jak sardynki. Raz po raz przy- noszono meldunek, że pobliski dom został trafiony i że w ruinach są uwięzieni ludzie. Natychmiast wychodziła grupa poszukiwawcza w opaskach z czerwonym krzyżem i z flagą Czerwonego Krzyża, do- póki nie uświadomiono sobie, że Niemcy szczególnie zawzięcie do nich strzelają, nawet jeśli na noszach leżały dzieci. Chirurdzy operowali bez środków znieczulających. Nie było wody, prądu i gazu. Pozycje niemieckie i polskie zmieniały się co godzina, walki zbliżały się lub oddalały, czołgi podjeżdżały pod barykadę, sa- moloty nurkowały nad głowami, a nieustanne wybuchy wstrząsały domem. Kiedy budynek obok nas został zburzony, przenieśliśmy się na dół do piwnicy, a niebawem dołączyli do nas sąsiedzi i powstańcy. Prycze przygotowałyśmy już kilka dni wcześniej, a cały nasz dobytek leżał spakowany w tobołki. Zabiłyśmy naszą jedyną świnię, karmioną starannie przez cały rok. Przez następne trzy czy cztery dni jadłyśmy tylko wieprzowinę. Choć żadna z nas nie pamiętała takiej ilości mię- sa, musiałyśmy przyznać, że w tym upale nie był to najlepszy pomysł. Na dodatek z powodu braku wody musiałyśmy wylizywać talerze do czysta i trzymać je na pryczach do następnego posiłku. Przy blasku świec patrzyłyśmy, jak „nasi żołnierze” czyszczą broń. Mieli bardzo zróżnicowany arsenał i nauczyli nas wszystkiego, co chcia- łyśmy wiedzieć o jego mechanizmach. Dziwne, jak wielką pociechę 18 dawał dotyk ciężkiego zimnego metalu spoczywającego w dłoni, jaka satysfakcja kryła się w szczęku zakładanego świeżego magazynka. Blask świec odbijający się od wypolerowanych luf nadawał wszyst- kiemu poczucie nagłości i rzeczywistości, byłyśmy świadome każdej mijającej sekundy; zaciskałam dłonie w pięści, by nie chwycić naj- bliższego karabinu, nie wybiec z piwnicy i nie przyłączyć się do walki. Kiedy jednak udawało mi się wymknąć w ciemność na zewnątrz, stałam tylko nieśmiało w drzwiach i patrzyłam na cudowne letnie nie- bo usiane spokojnymi gwiazdami z idealnym księżycem pływającym swobodnie pośród nich. Za wybitymi oknami migotały płomyki świec, z pustych pokoi, w których odpoczywali nasi żołnierze, dobiegały szepty, a skądś dolatywały dźwięki straszliwie rozstrojonego pianina, na którym ktoś noc po nocy – w większości wypadków bez powodze- nia – próbował zagrać „Etiudę rewolucyjną” Chopina. Wszystko trwało tylko dziesięć dni, ale zdawało się nie mieć końca. Podczas ostatniej doby, gdy walki koncentrowały się na naszej ulicy, siedziałyśmy skulone na pryczach, modląc się i próbując pocieszyć wy- straszone maluchy. Żołnierze odeszli, ich broń nie mogła nam już przy- nieść pociechy. Niemcy na pewno nadejdą lada moment, a wtedy... Leżałam na pryczy zbyt przerażona, by myśleć o czymkolwiek poza gettem. Tam też tak było. Pamiętałam każdą chwilę z ostatnich dwu- dziestu czterech godzin spędzonych w piwnicy, z mamą. Tylko że wtedy mieliśmy świadomość, iż bez względu na to, co się z nami stanie, jest zawsze „tamta strona”. Reszta Warszawy pozostawała względnie normalna i bezpieczna, byle tylko udało się tam przedostać. Na świe- cie istniała jakaś równowaga. Teraz to samo działo się po „tamtej stro- nie” i nie było już wyjścia. Znów poczułam, że nie powinnam była opuszczać getta. Popełni- łam błąd, porzucając ich tam tylko po to, by umrzeć gdzie indziej. Gdyby tylko ojciec był tutaj. Co by zrobił? Gdyby nie mógł dłużej walczyć i zobaczył, jaka jestem przerażona, próbowałby mnie pocie- szyć. Opowiedziałby mi jakąś historię. 19 Usiadłam na pryczy i rozejrzałam się po oświetlonej blaskiem świec piwnicy. – Chcecie usłyszeć bajkę? Zaczęłam opowiadać jedną z szalonych, pełnych przygód opowie- ści ojca, która doprowadzała mnie do histerycznego śmiechu, gdy by- łam mała. I w cudowny sposób po kilku pierwszych minutach w kącie rozległ się cichy śmiech, po nim jeszcze jeden i jeszcze jeden. Nieba- wem cała piwnica zataczała się ze śmiechu pomimo złowieszczego dudnienia, wybuchów na zewnątrz i tynku sypiącego się z sufitu. Na koniec do piwnicy wpadła siostra Zofia zgorszona tak frywol- nym zachowaniem być może w naszej ostatniej godzinie. Kazała nam uklęknąć na podłodze i modlić się o łatwą śmierć. Powiedziała, że w na- szej części miasta powstańcy zostali pokonani i że Niemcy nakazali wszystkim cywilom opuścić miasto. Z podniesionymi rękami masze- rowali w stronę dworca pomiędzy rzędami niemieckich luf. Nikt nie wiedział, co się stanie na dworcu ani dokąd pojadą. Ledwie siostra Zofia skończyła, gdy na schodach rozległy się cięż- kie kroki i w piwnicy pojawiła się blada jak ściana siostra przełożona w towarzystwie niemieckiego oficera. – Proszę spojrzeć – powiedziała. – Tu są tylko dzieci. Spojrzał i skinął głową. W następnej piwnicy, w której tłoczyli się ludzie z sąsiednich domów, kazał wszystkim wyjść. Po godzinie wró- ciła siostra przełożona. Głosem drżącym od emocji oznajmiła, że przydarzył nam się cud. Możemy tu zostać do jutra, a potem ten sam oficer przyjdzie, by pomóc nam opuścić piwnicę. Opadłyśmy na kolana i zaczęłyśmy się modlić. Oficer był katoli- kiem, a siostra przełożona spędziła młodość w Niemczech i mówiła płynnie po niemiecku. Połączenie tych dwóch elementów najwyraź- niej pomogło cudowi. Nocą wypełzłyśmy z piwnicy, żeby odetchnąć świeżym powietrzem, lecz natychmiast cofnęłyśmy się przerażone. Dom był otoczony przez Ukraińców. W stanie graniczącym z paniką dziewczęta wczołgały się pod prycze, płakały i głośno się modliły. Nie mogłyśmy pojąć, dlaczego 20 Ukraińcy zwlekają z wejściem do domu. Skoro tam byli, mogło to oznaczać tylko jedno. Na zewnątrz panował wielki hałas. Oddziały niemieckie spraw- dzały puste domy, a potem niszczyły je granatami i czołgami. Jeśli znaleźli choćby ślad „polskich bandytów”, jak nazywali powstańców, mieszkańcom nie wolno było wyjść i ginęli w ogniu. Słyszałyśmy ota- czające nas eksplozje i modliłyśmy się o łatwą śmierć. Nagle cały dom zatrząsł się, gdy coś wybuchło na górnym piętrze. Minutę później rozległy się rozwścieczone głosy, a na schodach za- dudniły ciężkie kroki. Do piwnicy wpadł ukraiński żołnierz i wyma- chując rękami, rzucił się do siostry przełożonej. – To nie moja wina! – wykrzyknął, mnąc w dłoniach czapkę. – To pomyłka, nie kazaliśmy im niczego rzucać! Jesteśmy tutaj, żeby was chronić przed oddziałami, ale ktoś pomyślał, że dom jest pusty i rzu- cił granat na dach. To się nie powtórzy i zaraz ugasimy ogień. Dopó- ki tu jesteśmy, możecie spać spokojnie! – Odwrócił się i skinął głową w naszą stronę. – Dobranoc, dzieci, śpijcie spokojnie. Byłyśmy zbyt zdumione, by odpowiedzieć. Nazajutrz o świcie poszłyśmy na górę, żeby się spakować. Mrugałyśmy oczami w jaskrawym blasku słońca, przemykałyśmy z pokoju do po- koju na czworakach pod rozbitymi oknami. Lepiej było się nie poka- zywać, bo kto wie, czy jakiś inny niedoinformowany fanatyk nie rzuci następnego granatu. Zebrałyśmy nasze rzeczy, wkładając na siebie wszystkie ubrania, zimowe i letnie, by zmniejszyć ilość bagażu. Kazano mi zająć się maluchami do czasu, aż wezwą nas na dół. W ostatniej chwi- li zeszłam z siostrą Adelajdą, by zajrzeć do rannych. Leżeli na słomie, spragnieni i brudni, i zostawiłyśmy im ostatnie dzbanki wody. Wie- dzieli, co się dzieje i błagali, żebyśmy ich nie zostawiały. Jeden z nich, nie mający obu nóg, chwycił brzeg habitu siostry Ade- lajdy i czołgał się za nią po podłodze, błagając, by go zabiła. Uciekłyśmy. Pobiegłam, by uciszyć dzieci. Bały się zostać same na górze i na dźwięk 21 każdej eksplozji biegły do drzwi, gdzie musiałam je powstrzymywać. Nie było sensu tłumaczyć im, że to już koniec. Nic nie rozumiały. Nisko nad naszą ulicą przeleciał samolot i przez moment w poko- ju zrobiło się ciemno. Tego już było za wiele. Słysząc warkot silnika, dzieci wpadły w panikę. Rzuciły się do drzwi, przewróciły mnie i w jednej chwili gnały po schodach do bezpiecznych piwnic. W końcu byłyśmy gotowe. Niemiecki oficer pojawił się z Ukraiń- cami, dorożką i ciężarówką. Załadowałyśmy na nią cięższe walizy, a resztę rozdzieliłyśmy pomiędzy siostry i starsze dziewczęta. Średnie, w tym ja, zajęły się maluchami. Niosłam na plecach teczkę, tę samą, z którą wyszłam z getta, miałam na sobie wełniany płaszcz, zimową czapkę i wszystkie inne ubrania, przez ramię przerzuciłam koc i jeszcze trzymałam Frankę za rękę. Włożyłyśmy jej czapkę, żeby ukryć mie- dziane loki, a siostra Zofia mruknęła przechodząc, żebym odwracała jej buzię od Niemców. W ostatniej chwili odkryłyśmy, że zakład „z dołu”, który opuścił dom poprzedniego dnia ze wszystkimi swoich niedorozwiniętymi i oka- leczonymi podopiecznymi, „zapomniał” zabrać jednego chłopca. Le- żał w pustym pokoju, duży i ciężki jak na swoje czternaście lat, a zde- formowane nogi wykrzywione pod dziwnym kątem nie mogły go udźwignąć. Siostry przyglądały mu się z konsternacją. – Nie może chodzić – oświadczyła siostra Adelajda. – Ma syfilis. Co mamy z nim zrobić? Siostry poprosiły żołnierzy, by zanieśli chłopca na ciężarówkę. Zbliżyli się, popatrzyli na owrzodzone stopy i otwarte rany i cofnęli się z odrazą. – Nie dotkniemy go, wiemy, co to jest – powiedzieli i żadne per- swazje i zapewnienia, że to nie jest zaraźliwe, nie pomogły. Na ko- niec siostry podniosły go na kocu. Długa procesja wreszcie wyruszyła. Na jej czele szedł oficer z małą Marysią na jednej ręce i z rączką innego dziecka w drugiej. Za nim po- dążała nasza średnia grupa, a każda z nas prowadziła jedno dziecko. 22 Za nami szły najstarsze dziewczęta pochylone pod ciężarem bagażu, potem siostry z najcięższymi walizami i chłopcem. Na samym końcu jechała ciężarówka wyładowana resztą dobytku, w tym dwoma cen- nymi skrzyniami z kostiumami do tańca, eskortowana przez uzbro- jonych po zęby żołnierzy. Obok ciężarówki jechała dorożka, w której na swoich tobołkach siedział kapelan. Przy pierwszej barykadzie dorożka przewróciła się, a kapelan wy- padł na ulicę. Nic mu się nie stało, ale koń złamał przednią nogę i trze- ba go było zastrzelić. Tobołki kapelana trafiły na ciężarówkę, a on dołączył do zakonnic. Ledwie skręciliśmy za róg, usłyszeliśmy głośne eksplozje i odwró- ciwszy się, zobaczyliśmy wielką chmurę dymu unoszącą się nad naszym domem. Pomyślałam o rannych pozostawionych na parterze i przera- żenie ścisnęło mi żołądek. Resztę tej koszmarnej podróży przebyłam z zaciśniętymi pięściami i zębami, kurczowo starając się zachować resztki świadomości i walcząc z przemożnym pragnieniem, by krzyczeć lub położyć się na ziemi. Albo wskoczyć w ogień. Płonące po obu stronach budynki fascynowały mnie swoja grozą i wpatrywałam się w nie z tęsknotą, jednocześnie przerażona i urzeczona. Ulice, którymi szliśmy, były opuszczone. Po obu ich stronach płonęły domy, czasami wybuchając lub waląc się w powodzi iskier, czasem spowite ogniem od poziomu ulicy po dach. Niektóre już się wypaliły i pozostały po nich tylko zwęglone ściany, a na kominach kuliły się przerażone gołębie z osmalonymi piórkami. Żar zatykał dech w piersiach. Pomiędzy płonącymi domami topił się asfalt i przylepiał się nam do butów, niektórym tak mocno, że buty spadały im z nóg. Niebo skryło się za gęstą chmurą dymu, a słońce przebijało się na krótko niczym płonąca miedziana tarcza emanująca nienaturalnym czerwonym blaskiem, który raził nasze załzawione oczy. Niemiecki oficer szedł powoli, trzymając się środka ulicy i od czasu do czasu machnięciem ręki nakazywał nam, byśmy patrzyły w lewo lub w prawo. Posłuchałam go za pierwszym razem i wpatrywałam się 23 w płonący dom po prawej stronie, lecz następnym razem popatrzyłam w przeciwnym kierunku i natychmiast tego pożałowałam. Na podłodze spalonego sklepu w jednym kącie leżała kupka małych szkieletów. Kości pobielały, a niektóre czaszki odpadły i potoczyły się na środek podłogi. Przełknęłam ślinę i zasłoniłam France oczy. Od tamtej pory odwracałam jej głowę w kierunku wskazanym przez Niem- ca, lecz sama patrzyłam w przeciwną. Oficer postępował słusznie, choć zaskakująco jak na Niemca, chcąc nam oszczędzić najgorszych widoków, ale ja nie byłam już dzieckiem i chciałam widzieć. Na dużym skrzyżowaniu nieopodal spalonego szpitala natknęliśmy się na makabryczną grupkę. Trzy postaci w podartych, na wpół spa- lonych ubraniach z głowami owiniętymi szmatami, z twarzami i ra- mionami pokrytymi sadzą ciągnęły wózek wypełniony ciałami. Kiedy nas dostrzegły, zatrzymały się i zaczęły coś krzyczeć, lecz choć wytę- żałam słuch, nie mogłam zrozumieć ani słowa. Wyglądało na to, że proszą o pomoc. Machały do nas rękami, pokazując na coś za sobą. Budynek szpitala? Czy było tam więcej ciał? Niemiec warknął ko- mendę i automatycznie odwróciłam France głowę. Przez cały czas nie odezwała się ani słowem, lecz oczy niemal wychodziły jej z orbit. Wyglądała jak w transie. Wózek zbliżył się i zauważyłam, że ciała są okaleczone, najwyraźniej ofiary zostały ranne przed spaleniem. Jedno miało wielką dziurę na plecach, przez którą wylewały się wnętrzno- ści niczym czarne i zielone wstążki. Przypomniałam sobie, co mówili powstańcy: kiedy Niemcy zdobyli szpital, przywiązali pacjentów do łóżek, oblali benzyną i podpalili cały budynek. Byłyśmy chyba świad- kami jednego ze skutków tej zbrodni. Lekarze i pielęgniarki zginęli jako pierwsi rozstrzelani pod szpitalnym murem. Wózek minął nas i jechał dalej, lecz osmalone duchy nadal nas wołały i machały, pozostawiając mokre ślady na zasypanej popiołem ulicy. Musiałam chwycić Frankę za rękę, by nie skoczyć prosto w naj- bliższy ogień. Skręciliśmy w następną ulicę, nową panoramę płonących budyn- ków i walących się ścian i spotkaliśmy młodego niemieckiego oficera 24 na motocyklu. Na nasz widok zatrzymał się i zawołał wesoło do na- szego przewodnika: „Co, jeszcze żyją?”. Zdjął plecak, podał go jed- nej z dziewcząt i odjechał z rykiem silnika. Plecak był pełen cukru. Wydawało się nam, że minęły całe godziny, gdy w końcu dotarliśmy na dworzec. Zbudowano go na wzgórzu i kiedy się na nie wspięliśmy, na wpół oślepieni dymem i potem, niebo pojaśniało, słońce odzyskało blask, a dzień objawił się nagle w prawdziwych barwach. Stojące na bocznicach wagony umeblowano jak wygodne domy, a żołnierze i ko- biety w mundurach opalali się na trawie między torami. Nad ogniska- mi bulgotały wielkie kotły, ryczało radio, kilka Cyganek tańczyło. Podeszłyśmy do cienia i padłyśmy na ziemię. Nasz Niemiec podał Marysię jednej z kobiet, które przekazywały ją sobie z rąk do rąk, cmokając i zachwycając się jej urodą. Przyniosły nam miski z zupą, kawałki chleba i gotowane ziemniaki, kolorowe gumowe piłki i za- bawki, ale byłyśmy zbyt zmęczone, by nawet jeść. Pod nami Warsza- wę skrywała gęsta czarna kołdra dymu. Eksplozje, grzechot strzałów i nagłe wybuchy płomieni wstrząsały gęstą zasłoną i wydawało się, że całe miasto się gotuje. Nasze tobołki wrzucono do bydlęcych wagonów, podłączono lokomotywę i wsiadłyśmy do środka. W kącie leżało tro- chę słomy i leżałyśmy na niej, dysząc z gorąca. – Mówią, że możemy jechać, dokąd chcemy – powiedziała siostra przełożona. Spojrzałam na znaki na wagonach. Jeden przyjechał z Francji, a drugi z Włoch. Małe okienka wysoko pod dachem były zasłonięte drutem kolczastym. Kto przyjechał tymi wagonami z dalekich kra- jów? Czy Żydzi do obozów? Sądząc po drucie kolczastym, musieli to być jacyś więźniowie. Oczy zamykały mi się ze zmęczenia. Pociąg wyjechał ze stacji i ryt- miczny stukot kół w połączeniu z nieznośnym upałem w końcu ukoły- sał mnie do niespokojnego snu, z którego obudziłam się gwałtownie. Zobaczyłam, że siostra Zofia stoi na tobołkach z twarzą przy zasło- niętym drutem okienku pod sufitem i niespokojnie przygląda się drodze. 25 Podczas podróży przejechaliśmy przez inny dworzec, na którym zorganizowano ogromny obóz przejściowy dla ewakuowanych miesz- kańców Warszawy. Wyjeżdżały stamtąd pociągi do Niemiec i obozów pracy. Zatrzymaliśmy się na krótko na bocznicy niedaleko innego pociągu z zapieczętowanymi wagonami, z których dobiegały wołania o pomoc i wodę. Dowiedziałyśmy się, że pociąg, pilnie strzeżony, stoi tu od dwóch dni i nocy, a więźniowie zamknięci w bydlęcych wago- nach umierają z pragnienia i gorąca. Nasz pociąg znów ruszył i wkrótce znalazłyśmy się na płaskiej otwartej przestrzeni wśród letnich pól. Zatrzymaliśmy się na małej stacji, pustej i chłodnej późnym popołu- dniem, a palacz pomógł nam się wypakować. Jedna furmanka zabrała nasze tobołki i kulawego chłopca, który wydawał się już starym mieszkańcem naszego zakładu. Siostry i naj- młodsze dzieci wspięły się na drugą. Reszta razem z siostrą Zofią postanowiła iść pieszo do nowego domu, którym okazał się klasztor ukryty głęboko w lesie. Ruszyłyśmy szeroką piaszczystą drogą ocienioną starymi drzewa- mi w letnim rozkwicie. Trzymałyśmy się skraju, obok którego biegły płytkie rowy pełne śmierdzącej wody i zgniłych liści. Po obu stronach drogi pod czystym błękitnym niebem, spokojnym i sennym w ciepłe popołudnie, rozciągały się łąki. Pasły się tam krowy i kozy, ptaki ćwier- kały wśród gałęzi, brzęczały pszczoły. Poza tym panowała cisza. Powoli zaczęłyśmy się rozglądać. Zdumione ciszą, patrzyłyśmy zaczerwie- nionymi oczami i mrugałyśmy w oślepiającym słońcu. Daleko za nami ciemna plama na horyzoncie wskazywała Warszawę. Zaczęłyśmy zdejmować ubrania, warstwa po warstwie, a w końcu buty i pończochy. Na skraju zagajnika usiadłyśmy nad rowem z czystą wodą i zanurzyłyśmy stopy w zimnym strumieniu. Od chwili gdy wy- siadłyśmy z pociągu, nie zamieniłyśmy prawie słowa. Za nami siostra Zofia też zanurzyła stopy w wodzie i zamknęła oczy, opierając się o pień drzewa. Twarz miała umazaną sadzą, a na jej zawsze nieskazitelnym białym kołnierzu widniały czarne plamy. Cisza dzwoniła nam w uszach. 26 Marzyłyśmy, by się położyć na aksamitnym mchu między drzewami, lecz siostra już podnosiła nas jedną po drugiej, nakazując pośpiech. Słońce już zachodziło, gdy weszłyśmy do wsi, gdzie spod nóg umy- kały nam kaczki i kury, a za płotami pojawiły się nagle przerażone twarze chłopów i ich wyciągnięte ręce. Mimo protestów siostry Zofii zaciągnęli nas do domów i załamując ręce, wzywali Jezusa, Marię i Józefa, by się nad nami zmiłowali. Jak we śnie popychano mnie z jednej pobielonej izby do drugiej. Przy każdym domu stały na warcie malwy, ciemne twarze słoneczników okolone żółtymi płatkami i sady pełne dojrzałych owoców. Do rąk wciskano nam kubki zimnego mle- ka, kromki ciemnego wiejskiego chleba, plastry ociekające złotym miodem, dojrzałe pomidory i zielone jabłka. Niedługo potem znów ruszyłyśmy w drogę, uginając się pod cię- żarem tobołków, z brzuchami pełnymi niedojrzałych owoców, jedzo- nych wbrew ostrzeżeniom siostry. Późnym wieczorem weszłyśmy na wielkie podwórze naszego nowego domu, gdzie pod sosnami zasta- wiono już stoły, a duże talerze „plujki” chłodziły się na wietrze. Przy- dzielono nam dwie sale w budynku szkolnym, gdzie za łóżka służyła świeża słoma na podłodze. Padłyśmy na nią, nie tracąc czasu na roz- bieranie się, i wyczerpane zapadłyśmy w głęboki sen. Podziêkowania Na pierwszym miejscu pragnę podziękować pani profesor Barba- rze Szackiej, która tak bardzo przyczyniła się do polskiego wydania tej książki. Dziękuję obu tłumaczkom, pani Elżbiecie Olender-Dmowskiej i pani Katarzynie Malicie, także za ich wyrozumiałość i cierpliwość. Jestem wdzięczna Barbarze Butler i Lidii Siciarz za objaśnienia o napadzie na zakład w Łomnie i gorąco dziękuję pani Janinie No- wickiej za przysłanie wiersza, który stał się mottem Skrawka nieba. JANINA DAVID urodziła się w 1930 roku w Kaliszu w za- możnej rodzinie żydowskiej. Jesienią 1939 roku, po ucieczce z zajętego przez Niemców rodzinnego miasta, znalazła się z ro- dzicami w Warszawie. Ocalona z warszawskiego getta, przez dwa lata ukrywała się najpierw u znajomych rodziców, potem w katolickim klasztorze w Płudach i w sierocińcu w Warsza- wie. Podczas wojny straciła rodziców. Opuściła Polskę w 1946 roku i do 1948 roku mieszkała w międzynarodowym domu dziecka we Francji. Tuż przed swoimi osiemnastymi urodzina- mi wyjechała do Australii, gdzie otrzymała australijskie oby- watelstwo i dzięki stypendium studiowała socjologię i nauki humanistyczne na uniwersytecie w Melbourne. W 1958 roku wyemigrowała do Wielkiej Brytanii, gdzie mieszka do dzisiaj w Londynie.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Skrawek nieba
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: