Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00152 003911 12916722 na godz. na dobę w sumie
Słońce jeszcze nie wzeszło. Tsunami. Fukushima - książka
Słońce jeszcze nie wzeszło. Tsunami. Fukushima - książka
Autor: Liczba stron: 200
Wydawca: Bezdroża Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-246-8512-7 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> poradniki >> fotografia
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Dzięki Piotrowi Bernardynowi, polskiemu dziennikarzowi, który od ponad dziesięciu lat mieszka w Tokio i zna język japoński, mamy niepowtarzalną okazję spojrzeć na ostatnią z japońskich katastrof oczami samych mieszkańców. Przyzwyczajonych do nieszczęść, jakie od niepamiętnych czasów szykuje dla nich natura. Jak sobie z nimi radzą?
Przeczytajcie!

Japonia jest krajem, w którym cywilizację budować trzeba ostrożnie, w miejscu wyznaczonym przez naturę i nie budować tam, gdzie regularnie pokazuje się jej gwałtowność: trzęsienie ziemi, osunięcie stoku, przejście tajfunu. Kto tego zaniedba, dom jego zniesiony będzie do szczętu. A jeśli do tego dodać brak pokory i brutalne narzucenie naturze roli narzędzia do budowania własnej wizji krajobrazu? Pierwsza część książki Piotra Bernardyna, będąca dziennikiem trzęsienia ziemi i tsunami, pokazuje co się dzieje, gdy natura wchodzi do akcji z całą okrutną przewidywalnością kataklizmu. Ta część, to świetna rejestracja zachowań jednostek i całego społeczeństwa japońskiego. To lekcja pokory i społecznej powściągliwości, dyscypliny. Co się jednak dzieje, gdy społeczna powściągliwość i przesadna dyscyplina, połączone z posłuszeństwem wobec interesów przemysłu, hamują zdrowy opór społeczny – o tym jest większa, druga część książki. To relacja z niezakończonej do dzisiaj operacji usuwania skutków katastrofy nuklearnej. Autor dokumentuje wydarzenia po uszkodzeniu w wyniku tsunami elektrowni Fukushima Daiichi z dociekliwością i dużą wrażliwością na krzywdę społeczną, dociekając przyczyn ludzkich w osiągniętej skali nieszczęścia, podkreślając dwuznaczną rolę odegraną przez interesy grupowe przemysłu energetycznego, media, podkreślając ciężar odpowiedzialności, jaki spoczywa na politykach. W sytuacji prawdziwego kryzysu jest on tak wielki, że jedynie historia odpowie, czy go udźwignęli. Ale na pytanie o sensowność i przyszłość energetyki nuklearnej – czytelnik musi sobie odpowiedzieć sam.

Dr Jadwiga Rodowicz-Czechowska, Ambasador RP w Japonii w latach 2008–12

Widzieliśmy to wszyscy: 11 marca 2011 roku w Japonii najpierw zatrzęsła się ziemia, potem połacie lądu zalały fale tsunami. Piotr Bernardyn mieszka w Japonii. Ma nam do powiedzenia znacznie więcej, niż ówczesny medialny przekaz: spektakularne obrazy żywiołu i stereotypowe uwagi o zimnokrwistych Japończykach. Trauma tsunami przechodzi w jego relacji w traumę Fukushimy – wielki znak zapytania nad przyszłością energetyki jądrowej.

Piotr Mucharski, redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego”

To nie tylko dobra, a wręcz fascynująca lektura. Dawno niczego tak dobrze napisanego nie czytałem.

Prof. dr hab. inż. Wladyslaw Mielczarski, Politechnika Łódzka i European Energy Institute


Piotr Bernardyn – Z urodzenia gdańszczanin, serce dzieli między Polskę a Daleki Wschód. Od wyjazdu w latach 90. na stypendium do Niemiec, większość czasu spędził za granicą, w tym ponad dziesięć lat w Tokio. W Polsce i w Niemczech studiował ekonomię, w Japonii na Uniwersytecie Keio – stosunki międzynarodowe. Przez lata aktywny w biznesie, m.in. w consultingu i jako tłumacz wspierający japońskie inwestycje w Polsce. W drugim wcieleniu dziennikarz i eseista. Od kilkunastu lat stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”; pisze o historii, polityce i kulturze Japonii, Chin, Tajwanu, Korei i innych krajów regionu. Relacjonował m.in. olimpiadę w Pekinie, jego artykuły publikowała „Rzeczpospolita” (dodatkek „Plus Minus”) i „Gazeta Wyborcza”, a także prasa japońska. Esej Duch Hiroszmy ukazał się w 2011 roku w podręczniku szkolnym do gimnazjum. Po trzęsieniu ziemi i awarii elektrowni atomowej w Fukushimie nie opuścił Japonii, choć wtedy było to nierzadkie wśród mieszkających tam obcokrajowców. Bał się jak wszyscy inni, ale górę wzięła zapewne lojalność do Japonii. W zamian mógł z bliska obserwować zmagania dzielnego narodu z tragedią. Dziś dzieli czas między Polskę i Japonię oraz przygotowuje kolejną książkę o Dalekim Wschodzie. (Dr Jadwiga Rodowicz-Czechowska, Ambasador RP w Japonii w latach 2008–12)

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Autor: Piotr Bernardyn Autor: Piotr Bernardyn Autor zdjęcia na okładce: Ko Sasaki Autor zdjęcia na okładce: Ko Sasaki Redaktor prowadzący: Maciej Żemojtel Redaktor prowadzący: Maciej Żemojtel Redakcja i korekta: Gabriela Niemiec Redakcja i korekta: Gabriela Niemiec Redakcja techniczna: Katarzyna Leja Redakcja techniczna: Katarzyna Leja Projekt okładki: Ewa Ślizak Projekt okładki: Ewa Ślizak Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniej- szej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji. Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli. Autor oraz wydawnictwo Helion dołożyli wszelkich starań, by zawarte w tej książce informacje były kompletne i rzetelne. Nie biorą jednak żadnej odpowiedzialności ani za ich wykorzystanie, ani za związane z tym ewentualne naruszenie praw patentowych lub autorskich. Autor oraz wydawnictwo Helion nie ponoszą również żadnej odpowiedzialności za ewentualne szkody wynikłe z wykorzystania informacji zawartych w książce. Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniej- szej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji. Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli. Autor oraz wydawnictwo Helion dołożyli wszelkich starań, by zawarte w tej książce informacje były kompletne i rzetelne. Nie biorą jednak żadnej odpowiedzialności ani za ich wykorzystanie, ani za związane z tym ewentualne naruszenie praw patentowych lub autorskich. Autor oraz wydawnictwo Helion nie ponoszą również żadnej odpowiedzialności za ewentualne szkody wynikłe z wykorzystania informacji zawartych w książce. Wydawnictwo Helion Wydawnictwo Helion ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice tel.: 32 2309863 tel.: 32 2309863 e-mail: redakcja@bezdroza.pl e-mail: redakcja@bezdroza.pl księgarnia internetowa: http://bezdroza.pl księgarnia internetowa: http://bezdroza.pl Drogi Czytelniku! Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adres: http://bezdroza.pl/user/opinie/?beslon Możesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję. Drogi Czytelniku! Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adres: http://bezdroza.pl/user/opinie/?beslon Możesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję. Wydanie I ISBN: 978-83-246-8512-7 Wydanie I ISBN: 978-83-246-8512-7 Copyright © Piotr Bernardyn, 2014 Copyright © Piotr Bernardyn, 2014 Copyright © Helion, 2014 Copyright © Helion, 2014 Kup książkę • • Poleć książkę Oceń książkę • Księgarnia internetowa • Lubię to! • Nasza społeczność Być Japończykiem to znaczy, w pewnym sensie, spędzać życie wśród różnego rodzaju naturalnych katastrof. Haruki Murakami Być Japończykiem to znaczy, w pewnym sensie, spędzać życie wśród różnego rodzaju naturalnych katastrof. Haruki Murakami     Historia uczy, że z największych tragedii Japończycy potrafią się odbudować i wyjść wzmocnieni. Tak było po kolejnych katastrofach naturalnych, po klęsce wojennej zakończonej Hiroszimą i Nagasaki. Czasem mieli szczęście: wojna koreańska stworzyła taki popyt na japońskie towary, że zniszczona w 1945 roku gospodarka zaczęła szybko stawać na nogi. Los sprzyja jednak lepszym. Jak będzie tym razem? Trzon gospodarki wydaje się nienaruszony – więk- szość firm przemysłowych znajduje się na południe od zniszczonych obsza- rów. Wielkie banki i instytucje finansowe mają swe siedziby w Tokio, które co prawda kołysze się, ale wciąż stoi. Nigdzie na świecie nie ma takich antysejs­ micznych zabezpieczeń jak tutaj. Nawet na północy kraju system ostrzegania przed tsunami uratował życie wielu ludziom, gdzie indziej ofiar byłoby pewnie więcej. Obecna katastrofa przytrafia się jednak w wyjątkowo trudnym dla Japonii momencie. Kończy się druga już „stracona dekada”: gospodarka nie rośnie, społeczeństwo się starzeje, ludzie niepewnie spoglądają w przyszłość. Jeszcze niedawno w obliczu takiej tragedii rząd rozpocząłby szybko program robót publicznych, odbudowa ruszyłaby z miejsca z korzyścią dla całej gospodarki. Dzisiaj jednak dług publiczny sięga 200 procent, tnie się wydatki na infrastruk- turę. Teraz – nie ma wyjścia – trzeba będzie zadłużyć się jeszcze bardziej. Pomimo to osobom z zewnątrz trudno byłoby dostrzec te problemy: żadnych oznak rozprzężenia, rytm życia ten sam co zwykle, wzajemna uprzejmość. Największym kapitałem Japonii są bowiem ludzie, i to oni będą musieli z tą tragedią jakoś się uporać. Jak zawsze dotąd. Rozdział I tsunami Tokio, 14 marca 2011 r. Kup książkę Poleć książkę  TRZY DNI PÓŹNIEJ 23 Ten kamień w pobliżu wsi Tokusa jest dowodem na niszczącą falę morską. Tōhoku, 1585 Bądź zawsze przygotowany na niespodziewane tsunami. Wybierz życie ponad swój majątek. Kesenuma, Tōhoku, 1896 Nieważne, ile lat minie, nie zapomnij tego ostrzeżenia. Nigdy nie buduj domów poniżej tego znaku. Aneyoshi, Tōhoku, 1933 Tutaj 11 marca 23 roku ery Heisei przyszło niewyobrażalnie wysokie tsunami. Jeśli znów nadejdzie, nic ze sobą nie bierz, tylko uciekaj do góry. Może ci się wydawać, że nie sięgnie twojego domu, ale i tak sięgnie. Kamaishi, Tōhoku, 2011 Gdy patrzę wstecz, widzę, że najbardziej bałem się 15 marca wieczorem. Przez cztery dni od ataku tsunami północ kraju była ciągle w chaosie: licznik ofiar na ekranie telewizora przesuwał się niemal jak stoper, w Fukushimie doszło już do eksplozji i trwała ewakuacja, a jednak wydawało się, że wstrząsy wtórne stają się łagodniejsze. I wtedy, we wtorek o 22.30, w czasie głównych wiado- mości znowu bardzo mocno zatrzęsła się ziemia, chociaż inaczej niż w piątek. Wtedy drgania były poziome, teraz doszło do gwałtownego tąpnięcia, jakby ktoś wewnątrz ziemi bardzo mocno w nią uderzył. Meble w mieszkaniu zaczęły się trząść, na ekranie to samo działo się z dekoracjami w studiu telewizyjnym. Prowadzący wiadomości Ichiro Furutachi złapał się rękami za blat stołu, wi- dać było, że się boi, ale zachował zimną krew: uspokajał telewidzów, był na posterunku. Inni prowadzący w podobnych okolicznościach tracili nieraz kontakt z widzem, czuło się, że najchętniej uciekliby w bezpieczne miejsce. Naturalna, zrozumiała reakcja, ale ja od tej pory inaczej już patrzyłem na Furutachiego. Na ekranie pojawiła się zaraz mapka usiana punkcikami przedstawiająca siłę wstrząsu w różnych miejscach kraju. Okazało się, że tym razem epicentrum znajdowało się nie w Tōhoku, tylko po drugiej stronie Tokio, całkiem blisko, tuż obok góry Fuji. Sejsmolodzy w studiu mieli podzielone opinie: czy jest to kolejny wstrząs wtórny, czy osobne, samoistne trzęsienie. Teraz wydaje się to absurdalne, ale tego wieczoru, w napięciu, przemknęła mi przez głowę Kup książkę Poleć książkę 25 myśl, że jesteśmy w Tokio osaczeni, że te wstrząsy nigdy się już nie skończą. Nie tylko ja się bałem, znajoma para Amerykanów z sąsiedniego budynku właśnie wtedy podjęła decyzję o wyjeździe z Japonii. Już po północy, aby ochłonąć, poszedłem do baru za rogiem. Wewnątrz wśród klientów było dwóch obcokrajowców: student z Korei Południowej, który na żądanie rodziców opuszczał Japonię następnego ranka, i jego kompan z RPA, zarzekający się, że wyjedzie dopiero z cesarzem, jako ostatni. Przy barze pijany Japończyk zaczął mnie atakować: „Już, won, wyjeżdżajcie wszyscy z Japonii, tchórze!”. Po kilku kolejnych drinkach ze łzami w oczach mówił, że sam by wyjechał, gdyby tylko mógł. Bardziej niż wstrząsów bał się promieniowania z Fukushimy – od początku nie wierzył oficjalnym komunikatom. Wtedy, 15 marca, nikt nie zginął. Kilkadziesiąt osób zostało rannych, ale nie odnotowano żadnego ciężkiego przypadku. W kolejnych dniach i tygodniach ziemia trzęsła się jeszcze wiele razy, stopniowo Fukushima zaczęła wypie- rać inne wiadomości, pamięć o tamtym wtorku oddalała się. Dopiero wiele miesięcy później natrafiłem na artykuł poświęcony temu trzęsieniu. Okazuje się, że wywołało ono panikę wśród naukowców obserwujących aktywność wulkaniczną, bali się bowiem, że Fuji wybuchnie. Ostatnia eksplozja wulkanu miała miejsce w 1707 roku, zaraz po dużym trzęsieniu ziemi. Pył wulkaniczny zasypał wtedy obszar dzisiejszego Tokio. Przez 300 lat bardzo dużo się w Japonii zmieniło, w kalendarzu sejsmologa taki okres to jednak tylko chwila. Kolejny raz dotkliwie poczułem, w jakim miejscu na ziemi jestem, i zdałem sobie sprawę ze swojej nieistotności wobec procesów, które zachodzą dookoła. Pomniki zbiorowej amnezji Są ich setki, może tysiące, rozsiane wzdłuż wybrzeża Tōhoku. Najstarsze, po- rośnięte mchem, mają kilkaset lat, najnowsze – zaledwie parę dni: kamienne tablice, na których wyryto ostrzeżenie przed tsunami. Od samego początku katastrofę z 11 marca określano w Japonii słowem soteigai, czyli „niemożliwa do przewidzenia”. Media lubią takie efektowne sformułowania, poza tym niektórzy mogą mieć w tym interes: do awarii w elek- trowni doszło, bo tsunami miało rekordową wysokość, a nie z powodu braku zabezpieczeń. Naukowcy będą klasyfikować siłę trzęsień do któregoś miejsca po przecinku, ale prostej prawdy i tak to nie zmieni: wybrzeże Tōhoku nosi, by tak rzec, tsunami w genach, a mimo to fala ciągle zaskakuje i wyrządza zniszczenia. Kamienne tablice, które ostrzegać miały następne pokolenia, nabrały więc przez lata dodatkowego sensu. Stały się pomnikiem pokory człowieka wobec sił natury, ale też poniekąd symbolem kondycji ludzkiej w ogóle. Są świadectwem tyleż zapobiegliwości, ile nonszalancji, tyleż pamięci, ile amnezji; są dowodem, że silne więzy i przywództwo ratują wspólnotę, ale też nadmierne przywiązanie do miejsca i przeszłości może mieć tragiczne konsekwencje. Wybrzeże Tōhoku ujrzałem pierwszy raz dwa miesiące po tsunami. Nawet zniszczenia nie zdołały zatrzeć niezwykłej urody tego miejsca. Dziesiątki kilo­ metrów porwanej linii brzegowej, zatoczki, w których leżą osady rybackie, 26 I. TSuNAMI Kup książkę Poleć książkę  POMNIKI ZBIOROWEJ AMNEZJI 27 czasem małe miasta, ludzie od zawsze żyjący w swoim mikroświecie. Płaski jest na ogół jedynie skrawek ziemi u wybrzeża oceanu, zaraz potem niemal pionowo wyrasta skarpa albo zalesione zbocze góry. Widok jest porywający, tylko że takie ukształtowanie terenu wręcz kusi tsunami, by pokazało, na co je stać. Na równinie woda rozlałaby się w głąb lądu, tu spiętrza się gwałtow- nie nawet do 40 metrów i opadając, zgarnia ze sobą wszystko po drodze. Na koronach wysokich sosen wyraźnie odciśnięta jest linia, dokąd sięgała fala. Każda z osad ma swoją historię porachunków z tsunami, ale większość ludzi, zwłaszcza młodych, niewiele o tym wiedziała. Kamienne tablice stoją od zawsze, alarmy ostrzegające przed żywiołem zdarzały się, ale fala nigdy nie nadcho- dziła. Dopiero 11 marca zaczęły wracać z pamięci stare rodzinne opowieści o wyławianych z morza dziesiątkach ofiar; ostrzeżenia, które słyszało się od dziadka: „Gdy grozi tsunami, nie oglądaj się na nic, tylko uciekaj do góry!”, nagle stawały się bardzo realne. W najnowszej historii wielka fala dwukrotnie nawiedzała ten region Japonii: w 1896 i 1933 roku. Zginęło wtedy odpowiednio 21 tysięcy i 3 tysiące ludzi, woda za każdym razem sięgała 30 metrów. Mniejsze tsunami w 1960 roku pochłonęło 142 osoby, ale epicentrum trzęsienia ziemi znajdowało się wówczas w Chile, po drugiej stronie Pacyfiku. Z każdej z tych katastrof nawet sąsiadujące z sobą miejscowości potrafiły wyciągnąć całkiem różne wnioski, dlatego 11 marca 2011 roku spotkał je odmienny los. Taro jest osadą rybacką, której mieszkańcy byli przekonani, że tsunami ich już więcej nie skrzywdzi. Poprzednie dwie wielkie fale zniszczyły to miejsce niemal doszczętnie. Za każdym razem pojawiał się pomysł przeniesienia osady na wzgórza, ale brakowało pieniędzy, ludzi do pracy i pewnie determinacji. Taka decyzja musi zapaść natychmiast, później przenieść się jest coraz trudniej. Po drugim tsunami w 1933 roku wiadomo było jednak, że coś trzeba zrobić. Zbudowano betonowy mur, wysoki na 10 metrów – tyle miało ostatnie tsu- nami, choć to poprzednie z 1896 roku było o 5 metrów wyższe. Ściana miała najpierw 1600 metrów długości, później dobudowano drugą część, dodatkowe 2 kilometry. Z tsunami w 1960 roku Taro wyszło nietknięte, choć w pobliskich miejscowościach zginęli ludzie. Po kraju rozeszła się wieść, że osadę ocaliła nowa konstrukcja. Był to czas boomu gospodarczego, wiary w technikę, wyda- wało się, że człowiek wreszcie jest w stanie poskromić żywioł. Nie podkreślano, że fala miała tylko 5 metrów i sięgnęła jedynie do połowy muru. To jednak wystarczyło, by ludzie zaczęli osiedlać się w jego pobliżu, pojawiły się tam restauracje, funkcjonował port. Gdy 11 marca 2011 roku rozległ się alarm, niektórzy, zamiast na zbocza, pobiegli na mur, by fotografować tsunami. Woda sięgnęła 14 metrów, nie tylko wdarła się do osady, ale i przerwała betonową konstrukcję. Zginęło ponad 200 osób, Taro znów było na kolanach. To tutaj wspomniana przeze mnie starsza kobieta pokazywała do kamery wywrócony mur, który miał być „najlepszy w Japonii”. W dwóch innych miejscowościach, Toni i Hongo, już w 1896 roku podjęto decyzje, żeby przenieść się wyżej, dlatego też za drugim razem większość miesz- kańców ocalała. Zginęli ci, którzy w międzyczasie zdecydowali się wrócić na wybrzeże. Dziesięć lat stanowić ma granicę, za którą pamięć o tsunami słabnie na tyle, że górę bierze wygoda życia na płaskim, blisko morza. Wystarczy, że wróci jedna osoba, nawet tymczasowo, a wkrótce po niej nadciągają inni. Dzieje się to jeszcze szybciej, gdy zjawi się ktoś z zewnątrz, kto nie pamięta tragedii. Ci, którzy wracają, mówią sobie, że tsunami już nie nadejdzie, przynajmniej za ich życia. I mogą mieć rację, kłopot mają jednak następne pokolenia. Minamisanriku jest jednym z tych miejsc, które 11 marca ucierpiały najbar- dziej. Tu znajduje się szpital, z którego uratowało się tylko 35 ze 107 pacjen- tów – tylu zdołano wynieść na dach budynku. W maju 2012 roku po okolicy oprowadzał mnie rybak, który, jak wielu innych, mieszka teraz w tymczasowym lokum zapewnionym przez państwo. Pojechaliśmy samochodem w miejsce, gdzie stał jego dom, jakieś 200 metrów od oceanu. Gruzy już uprzątnięto, po- został jedynie pusty plac. Na ścieżkach asfaltowych między parcelami od razu rzucały się w oczy zielone znaki wskazujące drogę ewakuacji w czasie tsunami. Dwa dni przed katastrofą w tym miejscu również rozległ się alarm, ale fala nie nadeszła, dlatego później wiele osób zlekceważyło zagrożenie, mimo że wstrząs był znacznie silniejszy. Trudno było nawet ustać na nogach, mój znajomy zdążył tylko wybiec przed dom i resztę trzęsienia spędził na czworakach, przytknięty 28 I. TSuNAMI Kup książkę Poleć książkę  POMNIKI ZBIOROWEJ AMNEZJI 29 życia było zbudowanie wielkiego muru, długiego na 200 i wysokiego na 15 me- trów, który ochroniłby Fudai przed tsunami. Pamiętał katastrofę z 1933 roku, o poprzedniej słyszał od rodziców. Był postacią charyzmatyczną, wybierano go na 10 kolejnych kadencji. Budowa muru trwała kilka dekad, ukończono go w 1996 roku, koszt sięgnął 30 milionów dolarów – sporo jak na budżet niewiel- kiej miejscowości. Ale 11 marca ściana uratowała ludziom życie. Kiedy Wamura w wieku 85 lat mógł wreszcie odejść na emeryturę, mówił na pożegnalnym przyjęciu: „Nawet jeśli napotykasz sprzeciw, ale jesteś przekonany o słuszności tego, co robisz, ukończ to. Kiedyś ludzie i tak zrozumieją”. Jego grób w Fudai pokrywają codziennie świeże kwiaty. Idąc w dół wybrzeża Tōhoku, napotkać można jeszcze miasteczko Aneyoshi. Jego mieszkańcy byli z kolei tak przywiązani do miejsca i swych przodków, że po każdym tsunami wracali, by opiekować się grobami. Zdziesiątkowana ludność ściągała krewnych z daleka, byle tylko dalej tu mieszkać. Ich miejsce na ziemi czasem pochłaniała woda. Natura zwyciężała. A może jednak górą był człowiek, który po raz kolejny stawiał na swoim? Nie wiem, co łączy te wszystkie historie poza tym, że wydarzyły się blisko siebie. Zmagania Tōhoku z tsunami na pewno nie są świadectwem jednej, wy- łącznie japońskiej odpowiedzi na żywioł. Niektórzy mogą poczuć się zawiedzeni, inni – wręcz przeciwnie. do asfaltu. I tak miał szczęście – stracił dobytek, ale z całą rodziną udało mu się ewakuować samochodem, zanim nadeszła fala. Chciałem go jednak zapytać o coś innego. Dokładnie w dniu, kiedy tam byłem, mijała kolejna rocznica tsunami z 1960 roku, które w Minamisanriku wyrządziło duże szkody. Wieczorem miała się odbyć uroczystość ku czci ofiar. Dlaczego, mimo świeżej pamięci o tym wydarzeniu, nie było prawie żadnych zabezpieczeń? Rybak nie potrafił odpowiedzieć.  – Soudesune…  – Ale teraz to już na pewno tu nie wrócicie, prawda?  – Soudesune… teraz to już… Nie dokończył zdania. Mijał 15. miesiąc od tsunami, ale decyzje o przyszłej zabudowie jeszcze nie zapadły. Nietrudno zrozumieć, dlaczego rybacy gnieź- dzili się tak blisko wybrzeża. W najbliższej okolicy zbocza są zbyt strome do zamieszkania, trzeba by równać teren, a to kosztuje. Za 10 lat losy tego miejsca zapewne będą już przesądzone. Czasem cała osada zawdzięcza życie decyzji jednego człowieka. Wieczorem 15 czerwca 1896 roku w niewielkiej wiosce o nazwie Yoshihama ludzie bawili się na weselu, tuż przy wybrzeżu. Najpierw był wstrząs, potem nadeszła 24­me- trowa fala, zginęły 204 osoby, w tym większość weselnych gości. Szef wioski, Buemon Niinuma, zarządził przeniesienie osady wyżej. Ziemia na zboczach należała do niego, rozdzielił ją między wszystkich, wytyczono drogę, powstała szkoła, sklepy. Fala w 1933 roku miała 14 metrów, ze starych mieszkańców nie zginął nikt, było jednak kilkadziesiąt ofiar przy nabrzeżu, gdzie zdążyli się już osiedlić przybysze z zewnątrz. Tym razem kierujący wioską ushitaro Kashiwazaki, którego krewni kilkadziesiąt lat wcześniej bawili się na wese- lu, podjął decyzję o przeniesieniu reszty mieszkańców do góry. Kiedy więc 11 marca 2011 roku woda, podobnie jak w Taro, przedarła się przez betonowy mur, rozlała się jedynie na puste pola ryżowe. Yoshihama ocalała. W sąsiednim Ofunato, gdzie kiedyś też ludzie przenieśli się na zbocza, ale po pewnym czasie zaczęli wracać, większość zginęła. Kotaku Wamura, burmistrz innej miejscowości o nazwie Fudai, do swojej śmierci w 1997 roku budził kontrowersje wśród mieszkańców. Idee fixe jego 30 I. TSuNAMI Kup książkę Poleć książkę  POMNIKI ZBIOROWEJ AMNEZJI 31 Rozdział II fukushima Kup książkę Poleć książkę  CALM PANIC Nuklearna wioska Imperium Nie był to z pewnością najprzyjemniejszy dzień w życiu Masataki Shimizu, szefa firmy Tokyo Electric Power Company (TEPCO), która jest operatorem elektrowni w Fukushimie. Kilka tygodni po katastrofie Shimizu odwiedzał miejsca, gdzie ewakuowano ludzi ze skażonych terenów wokół elektrowni. Rytuał się powtarzał: orszak dyrektorów – wszyscy w odprasowanych uni- formach, które nosili od dnia katastrofy – wkraczał do kolejnej sali gimna- stycznej albo klasy szkolnej; jeśli podłoga była wyłożona matą, obowiązkowo ściągano buty, potem głęboki ukłon, słowa przeprosin, uprzejme, ale bez żadnych emocji. Wśród ewakuowanych wiele było osób starszych, przy- kutych do posłań, wtedy Shimizu po prostu klękał i w tej pozycji wyrażał ubolewanie. Gesty te jednak nie zjednywały mu sympatii, co chwilę ktoś podbiegał, podtykał papier: „Tutaj, tu niech pan podpisze, że pokryjecie wszystkie stra- ty!”, „Kiedy będę mógł wrócić do domu?!”, „Kiedy wypłacicie odszkodowa- nia?!” – na cały głos, w obecności mediów. Nie było to na pewno „stoickie” zachowanie, z którego słyną ludzie Tōhoku. Tak jakby tłumione od tygodni złe emocje zerwały się z łańcucha. Kup książkę Poleć książkę  NUKLEARNA WIOSKA 63 upokarzające. To nie było towarzystwo i sposób komunikacji, do jakiego przyzwyczajony był Shimizu. Do marca 2011 roku firma TEPCO to był olimp japońskiego biznesu – formalnie jeden z dziesięciu producentów energii, w rze- czywistości instytucja z samego miąższu japońskiego establishmentu, o wpły- wach sięgających głęboko w świat polityki, biurokracji i mediów. Jeśli już, to przychodzono ukorzyć się przed Shimizu, a nie na odwrót. TEPCO, zwane czasem imperium, jest prywatną firmą, największym w Japonii i czwartym na świecie operatorem energii. Dostarcza prąd dla tokijskiej metro- polii i siedmiu innych prefektur, w sumie obsługuje 27 milionów ludzi. Roczna wartość produkcji firmy wystarczyłaby na pokrycie potrzeb energetycznych całych Włoch w tym samym okresie. TEPCO jest właścicielem 17 reaktorów jądrowych w trzech elektrowniach: dwie znajdują się w Fukushimie, jedna w Niigacie. Praca w nich, oprócz prestiżu i stałego zatrudnienia, dawała wy- mierne korzyści. Średni roczny dochód każdego z blisko 40 tysięcy zatrudnio- nych – nie wliczając zarządu – wynosił 80 tysięcy dolarów, czyli mniej więcej dwukrotność japońskiej średniej. Siła TEPCO brała się z monopolu nie tyle na produkcję, ile na przesył i dystry- bucję energii. Firma jest bowiem właścicielem linii energetycznych na swoim terytorium i choć formalnie od kilku lat istnieje możliwość indywidualnej produkcji prądu na sprzedaż, w praktyce jest to trudne, gdyż trzeba korzystać z linii przesyłowych TEPCO, które winduje ceny. To dlatego, mimo sprzyjają- cych warunków, Japonia słabo wykorzystuje energię z zasobów odnawialnych. Drobni producenci byli blokowani przez monopolistów promujących własne elektrownie. Reforma musiałaby więc polegać na rozdzieleniu produkcji i prze- syłu prądu, tak by każdy miał sprawiedliwy dostęp do sieci. Obok TEPCO w Japonii działa dziewięciu wielkich producentów energii, wszyscy są monopolistami na swoim obszarze. Pozycja TEPCO, ze względu na centralne położenie, jest wyjątkowa, ale metody działania w całym kraju są podobne. Szefowie firm energetycznych przypominają feudałów na wło- ściach, wszyscy zrzeszeni są w Federacji Firm Energetycznych, której interesów w Japonii nikt nie ma odwagi lekceważyć. Tym bardziej że nie chodzi tylko o prąd. Majątek TEPCO jest dziś w pośpiechu wyprzedawany, by pokryć straty oraz koszty odszkodowań po Fukushimie, ale do niedawna cały holding TEPCO zatrudniał 70 tysięcy ludzi pracujących w dziedzinach tak różnych, jak hotelar- stwo, służba zdrowia i turystyka; firma miała nawet swój zakład pogrzebowy. Jest to więc pokaźny elektorat, zwłaszcza gdy doliczyć rodziny pracowników oraz innych operatorów w całym kraju. Od dawna w Japonii mówiło się, że kariera polityka, który narazi się lobby energetycznemu, jest skończona. Znane są losy byłego ministra gospodarki, Shinji Sato, który w 1997 roku tylko zasugerował dyskusję o uwolnieniu rynku energii. W kolejnych wyborach przegrał z kandydatami wspieranymi przez Federację. Przypadek tym bardziej wymowny, że Sato jest synem byłego pre- miera, a takie afiliacje w Japonii z reguły gwarantują miejsce w parlamencie. No chyba że świat energetyki sądzi inaczej. Pozycja monopolisty nie jest oczywiście dana raz na zawsze. Trzeba ją pielęgnować, najlepiej u źródła, czyli poprzez angażowanie się w politykę. Ludzie związani z energetyką startują w wyborach na wszystkich szczeblach. Rok po Fukushimie magazyn „Sentaku” odnalazł co najmniej 19 polityków związanych z TEPCO, niektórzy wciąż mieli w firmie etat. Wpływy na poziomie prefektur i gmin są równie ważne jak w Tokio. Elektrownie stawia się przecież na prowincji, trzeba więc zabiegać o przychylność ludności. Ludzie to jednak nie wszystko. By mieć wpływy – trzeba płacić. Przez pół wieku sytuacja była jasna: rządziła jedna partia, LDP, i zawsze mogła liczyć na wsparcie świata energetyki. Zmiana nastąpiła w 2009 roku, kiedy władzę przejęła opozycja – zwycięska DPJ zapowiadała ukrócenie korupcji. Okazało się jednak, że TEPCO bardzo dobrze odnalazło się w nowej sytuacji. DPJ zawdzię- czała swój sukces między innymi wsparciu związków zawodowych, w nich zaś dominują pracownicy firm energetycznych – liczni i posiadający fundusze. Coś za coś – już wkrótce ludzie związani z energetyką i popierani przez związki zawodowe będą zasiadać w parlamencie. Ciekawie wygląda zestawienie wpłat na partie polityczne za 2010 rok: związki zawodowe przekazały partii rządzącej 33,49 miliona jenów (około 1,2 miliona złotych), natomiast wśród prywatnych sponsorów na rzecz opozycyjnej LDP największe kwoty wpłacili szefowie firm energetycznych – w sumie 33,24 miliona jenów (około 1,19 miliona złotych), 64 II. FuKuShIMa Kup książkę Poleć książkę  NUKLEARNA WIOSKA 65 czyli mniej więcej tyle samo. LDP uchodzi za partię wielkiego biznesu, DPJ – za bardziej socjalną, skutek działalności może być jednak podobny. Trudno o lepszą pozycję na rynku niż status prywatnego monopolisty ener- gii. Można dyktować ceny i być niezależnym od państwa. Oczywiście windo- wanie w nieskończoność opłat za prąd jest nierealne. Ceny sugerowane przez TEPCO musiały mieć stempel Ministerstwa Gospodarki, handlu i Przemysłu (METI), choć w istocie polegało to raczej na samoograniczaniu się. Szacunkowy kosztorys, prezentowany raz na 10 lat, niewiele miał wspólnego z wolną grą rynkową, w której cena wynika z przecięcia się linii popytu i podaży. Tutaj zysk naliczano procentowo – jako stałą wielkość wobec szacowanych kosz- tów. Ostatecznie i tak za wszystko płacił konsument. Cena energii w Japonii jest jedną z wyższych na świecie, producent zawsze jednak wyjdzie na swoje, w ostateczności z pomocą państwa. Takie warunki prowadzenia biznesu wręcz kuszą do niegospodarności i nad- użyć. Wiele firm skupionych wokół TEPCO przynosiło straty poza holdingiem, ale ratowały je kontrakty z firmą matką. Japoński konsument musiał też płacić za rozdęty budżet reklamowy TEPCO, wynoszący około 300 milionów dolarów rocznie*, mimo że firma nie miała przecież konkurentów na rynku. By przeko- nać się, że TEPCO jest wszędzie, wystarczy rzucić okiem na starą prasę: może to być wielki liberalny dziennik „asahi” (26 milionów dolarów na reklamę), lokalne pisemko czy poważny konserwatywny miesięcznik „Bungei Shunju”, gdzie na błyszczącej rozkładówce pisze się o ekologicznych zaletach energii jądrowej. To był szeroki, stabilny strumień gotówki, a zatem niejeden wydawca czy redaktor głęboko się zastanowił, zanim podjął na łamach temat monopolu w energetyce bądź minusów energii jądrowej. Problem sięga dalej. Oficjalnie informacji o energetyce udziela tak zwany Klub Prasowy Energii, finansowany i luksusowo wyposażony przez TEPCO i inne wielkie firmy. Jak twierdzi magazyn „Sentaku”: „Reporterzy są zabawiani w ekstrawagancki sposób, w ekskluzywnych klubach nocnych i restauracjach. Wpływowi dziennikarze po przejściu na emeryturę znajdują zatrudnienie w różnych instytucjach związanych z Federacją Firm Energetycznych”*. Niektórzy zostają w zawodzie i redagują teraz pisma branżowe. Zdarza się też, że firmy energetyczne inwestują w media, uzyskując bez- pośrednio kontrolę nad informacją. Przekonał się o tym pisarz Yu Tanaka, u którego wydawnictwo Nishi Nihon Shimbun zamówiło książkę krajoznawczą o wyspie Kyushu. Już po złożeniu całości do druku wydawnictwo zażądało usu- nięcia fragmentu o pozyskiwaniu plutonu w miejscowej elektrowni jądrowej. Tanaka zgodził się, ale książka i tak nie wyszła. Potem okazało się, że najwięk- szym udziałowcem wydawnictwa jest firma Kyuden, lokalny monopolista na rynku energii. To przykład z prowincji. Jak wyglądają związki energetyki i mediów na samym szczycie, wyszło na jaw przypadkowo w dniu awarii elektrowni. Przewodniczącego rady nadzorczej TEPCO, Katsumaty, nie było wtedy w Japonii. Wyjechał na wycieczkę do Pekinu w towarzystwie emerytowanych dzienni- karzy wiodących mediów. Na początku tylko jeden tabloid odważył się o tym napisać, podając listę uczestników. Cena wyjazdu wynosiła 50 tysięcy jenów od osoby – to za mało na przelot w klasie biznes i nocleg w dobrym hotelu. Wiadomo, kto dorzucił resztę. Choć formalnie za sterami TEPCO stał Shimizu, faktycznym władcą imperium był właśnie Katsumata – lat 72, pseudonim „Brzytwa”. To on uczynił Shimizu prezesem, mimo że ten nie był nawet absolwentem uniwersytetu Tokijskiego. Miał za to odpowiednią osobowość, uchodził bowiem za człowieka miękkiego, Katsumata mógł więc liczyć na jego posłuszeństwo. I tak było, tyle że w decydu- jącym momencie Shimizu zawiódł. Gdy 15 marca sytuacja w Fukushimie zaczęła wymykać się spod kontroli, po kolejnej reprymendzie od premiera Shimizu po prostu się załamał i na wiele dni wylądował w szpitalu. Media doniosły potem, że już z łóżka szpitalnego spłacał w pośpiechu kredyt za luksusowy apartament – niby nic wielkiego, ale, jak twierdzono, nie jest to zajęcie dla rzekomo chorego człowieka, zwłaszcza w momencie, gdy kraj spotyka tragedia.  * Federacja Producentów Energii jest największym reklamodawcą w kraju, jej budżet wynosi około miliarda dolarów.  * Power industry’s chokehold, „The Japan Times”, 27 czerwca 2011. 66 II. FuKuShIMa Kup książkę Poleć książkę  NUKLEARNA WIOSKA 67 Katsumata, choć sporo starszy, do czasu dymisji w połowie 2012 roku nie okazywał słabości. Wprawdzie po 11 marca znikł na pewien czas – nie chciał, by kojarzono go z tragedią – ale później, gdy zaczął występować publicznie, nie było wątpliwości, że przemawia imperator energetyki: żadnej skruchy, ledwie formalne słowa ubolewania, powtarzanie, że awarii winne są tsunami i urzędy państwowe, a nie jego firma. Oto przykład stylu, w jakim głowa TEPCO komunikuje się ze światem zewnętrznym. Pytanie dziennikarza na konferen- cji prasowej: „Panie przewodniczący, czy obawia się pan teraz, że monopol na rynku energii zostanie rozbity?”. Katsumata: „Nie, nie, pan przychodzi za rzadko na konferencje, żeby zadawać tak poważne pytania! Proszę, teraz pani”. Dziennikarka: „Panie przewodniczący, jak się pan czuje?”. Katsumata: „No, jakoś się jeszcze trzymam”. Katsumata jest człowiekiem generacji, którą Japończycy nazywają z angielska the best and the brightest (najlepsi i najzdolniejsi). To ludzie, którzy po wojnie dostali swoją szansę i potrafili ją wykorzystać. Niekoniecznie z zamożnych ro- dzin (ojciec Katsumaty był prowincjonalnym nauczycielem), dzięki zdolnościom i pracowitości ukończyli najlepsze uczelnie, a potem przebili się do ścisłej elity. Katsumata ma czterech braci, każdy z nich został albo szefem wielkiej korporacji, albo sławnym naukowcem. Stali się liderami powojennego systemu, z wszystkimi jego wadami i zaletami. aroganckie wypowiedzi Katsumaty można traktować jako element lokalnego folkloru – takich imperatorów jest w Japonii więcej. Podobnie korupcja na styku biznesu i polityki nie ogranicza się tylko do sektora energii. Tę gałąź gospodarki wyróżnia jednak to, że jej częścią jest energetyka jądrowa. Po Fukushimie opinia publiczna pierwszy raz tak dokładnie uzyskała wgląd za kulisy tego hermetycznego, nieco tajemniczego świata. Incepcja Po awarii w elektrowni ludzie za granicą, ale i w Japonii, pytali często, jak to moż- liwe, że kraj z traumą po hiroszimie, w którym ziemia drży niemal bez przerwy, tak szybko postawił ponad 50 reaktorów. Więcej mają tylko uSa i Francja. Wbrew pozorom nie było to z początku łatwe. Po wojnie Japonia żyła w cie- niu atomowych eksplozji. W 1954 roku miał jeszcze miejsce wypadek nuklearny na wyspach Bikini – japoński kuter, po teście amerykańskiej bomby wodorowej, został mocno napromieniowany, jeden członek załogi zmarł, wielu odniosło rany. W Japonii odżyła trauma, ludzie mieli dość nie tylko atomu, ale i uSa. „Japończycy są patologicznie wyczuleni na broń nuklearną. Czują się jak jej męczennicy. (...) Prezydent Eisenhower jest zaniepokojony sytuacją w Japonii i prosi Dullesa [sekretarza stanu] o pomoc, jak zwiększyć zaangażowanie uSa w tym kraju”* – pisał Departament Stanu. Postawiono na pokojową promocję atomu w Japonii. Była to część pakietu, któ- ry miał wesprzeć japońską gospodarkę. Zaczynała się zimna wojna, Waszyngton chciał na trwałe zakotwiczyć Japonię po swojej stronie. Dla kraju pozbawionego surowców elektrownie jądrowe wydawały się strzałem w dziesiątkę. Oczywiście możliwość sprzedaży Japończykom amerykańskiej technologii również odgry- wała swoją rolę. Teraz trzeba było tylko Japonię do tego pomysłu przekonać. W 1956 roku miasto hiroszima we współpracy z uSa zorganizowało wystawę poświęconą energii jądrowej. Pokazano jej zastosowania w energetyce, leczeniu raka, był też model okrętu o napędzie atomowym. Wystawę odwiedziło 100 ty- sięcy osób – sukces. Poparcia udzieliły nawet organizacje ofiar z hiroszimy i Nagasaki. „Naszą jedyną nadzieją jest to, że energia, która może doprowadzić ludzkość do zniszczenia i anihilacji, będzie użyta dla szczęścia i dobrobytu ludzi” – pisano z Nagasaki. Już po Fukushimie uwagę zwracały powściągliwe komentarze dwóch największych organizacji działających przeciwko rozprze- strzenianiu broni jądrowej. Przez pół wieku godziły one fanatyczny sprzeciw wobec zbrojeń nuklearnych z akceptacją budowy kolejnych elektrowni. Dopiero kilka miesięcy po awarii jedna z nich – Japoński Kongres przeciw Bombie atomowej i Wodorowej – zrobiła zwrot, przenosząc nawet coroczną konwencję do Fukushimy. Obradowano pod nowym hasłem: „Energia ludzka i atomowa nie mogą współegzystować”, członkowie kongresu jednak się podzielili. Wielu,  * Cyt. za: US used atomic power cooperation to remedy Japan’s ‘ignorance’, „Mainichi Shinbun”, 24 lipca 2011. 68 II. FuKuShIMa Kup książkę Poleć książkę  NUKLEARNA WIOSKA 69 zapewne szczerze, wspierało dotąd elektrownie, ale inni mieli w tym interes. Okazało się, że nawet tutaj sięgają macki związków zawodowych firm energe- tycznych. To one pilnowały, by na corocznych spotkaniach w hiroszimie lub Nagasaki tematów elektrowni jądrowych nie poruszano. Paradoksalnie hiroszima mogła pomóc w rozwoju japońskiej energetyki jądrowej. Niektórzy Japończycy nigdy nie wyzbyli się atomowej alergii, z wielu powojennych wspomnień przebija jednak świadomość, że klęskę zadał prze- ciwnik, który posiadł potężną, dla Japonii niedostępną technologię. Nawet siła japońskiego ducha była wobec niej bezradna. Nie znaczy to, że impulsem do powojennego rozwoju była chęć militarnego odwetu, chodziło raczej o wskaza- nie drogi, że realna moc państwa wynika z nauki i postępu technicznego. amerykanie nie kłamali, zachwalając Japończykom energię jądrową. To był jej złoty okres, zastosowanie atomu, choćby w medycynie, wydawało się ewi- dentne. „Dziś trudno w to uwierzyć, ale energia nuklearna niosła z sobą nadzie- je i marzenia”* – mówi Kota Kiya z organizacji ofiar hiroszimy. Istota atomu: mikrocząstki generujące wielką energię, nadawała mu tajemniczy, mistyczny wręcz charakter, mówiło się o „wynalezieniu drugiego ognia”, o „nowym mesjaszu”. W japońskim społeczeństwie zawsze był obecny nurt, który chciałby zerwać z pacyfizmem i uczynić z kraju nuklearne mocarstwo. Większość ludzi jednak musiała najpierw postawić w świadomości mur między wojskowym a poko- jowym zastosowaniem atomu. Gdy to się udało, droga do budowy reaktorów stanęła otworem. Japoński atom ma dwóch ojców. Jednym z nich był młody, ambitny polityk, Yasuhiro Nakasone, który 30 lat później został premierem. To on forsował w parlamencie ustawę atomową, tak zwany atomic Energy Basic act, w której znajduje się zapis, że energia jądrowa ma być używana bezpiecznie, niezależnie i pod demokratyczną kontrolą. Już po Fukushimie nie brakowało sarkastycz- nych komentarzy, że żaden z tych warunków nie został dotrzymany. Drugim, znacznie starszym, był Matsutaro Shoriki, szef imperium medial- nego, które jest wydawcą największego dziennika na świecie „Yomiuri” – ide- alnego instrumentu do promocji nowej technologii. Shoriki, zwany czasem japońskim Goebbelsem, był po wojnie na liście podejrzanych o zbrodnie wo- jenne. Trzy lata spędził w więzieniu, potem zaczął współpracę z wywiadem uSa, który cenił jego kontakty w establishmencie. Shoriki został pierwszym szefem Japońskiej agencji atomowej. Liczył na fotel premiera w przyszłości oraz konstrukcję japońskiej bomby atomowej, ale przeszkodził mu chyba nad- miar ambicji, czym naraził się amerykanom. Później nie odegrał już większej roli w polityce ani gospodarce. Pierwszy japoński reaktor zakupiono w latach 60. w Wielkiej Brytanii. W 1970 roku uruchomiona została elektrownia w Fukushimie, ale na dobre japońska energetyka jądrowa ruszyła dopiero po szoku naftowym, w połowie lat 70. Japończycy mieli okazję przypomnieć sobie boleśnie, że ich kraj zdany jest na import surowców. W krótkim czasie cena ropy wzrosła kilkakrotnie, ludzie w panice zaczęli wykupywać towary. Starsi Japończycy do dziś wspo- minają, jak stali w kolejce po papier toaletowy. Podobna sytuacja wydarzy się dopiero w marcu 2011 roku. W ówczesnej sytuacji decyzja była więc logiczna: tylko elektrownie jądrowe pozwolą uniezależnić się od światowych rynków surowców. uran też trzeba co prawda importować, równocześnie podjęto więc badania nad tak zwanym reaktorem powielającym (ang. fast breeder reactor), zużywającym mieszankę uranu i plutonu. To skomplikowana i kosztowna technologia, ale – nie wdając się w szczegóły – gdyby udało się ją zastosować, rezultat byłby zbliżony do perpetuum mobile. Ilość odzyskanego paliwa przewyższałaby bowiem ilość paliwa zużytego i problemy energetyczne Japonii zostałyby raz na zawsze rozwiązane.  * Cyt. za: Nobuko Nishigori, Kanami Otomitsu, Two antinuclear arms groups divided on nuclear power, „The Japan Times”, 15 lipca 2011. 70 II. FuKuShIMa Kup książkę Poleć książkę  NUKLEARNA WIOSKA 71
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Słońce jeszcze nie wzeszło. Tsunami. Fukushima
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: