Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00351 005737 18441889 na godz. na dobę w sumie
Ślubny kontrakt - ebook/pdf
Ślubny kontrakt - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 386
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 9788323876908 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Jeszcze wczoraj Luke był zaręczony, a dzisiaj po narzeczonej pozostał mu jedynie list z wyjaśnieniami. To katastrofa, choć nie z powodu złamanego serca, bo planowane małżeństwo było w istocie handlowym kontraktem, wymuszonym przez despotycznego dziadka. Jeśli Luke nie ożeni się w ciągu kilku miesięcy, starszy pan odbierze mu ukochaną posiadłość. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawia się nowa narzeczona, siostra poprzedniej. Rudowłosa i obdarzona dużym temperamentem Cat zgadza się stanąć na ślubnym kobiercu, choć prawie nie zna Luke'a. Ich małżeństwo ma trwać dokładnie rok, lecz z każdym mijającym dniem ten czas wydaje się obojgu małżonkom stanowczo za krótki.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

S BEST SELLERS Tytuł oryginału: The Substitute Wife Pierwsze wydanie: MIRA Books, 2003 Redaktor prowadzący: Mira Weber Korekta: Barbara Syczewska-Olszewska ã 2003 by Dallas Schulze ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak graficzny BESTSELLERS jest zastrzez˙ony. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa Printed in Spain by Litografia Roses, Barcelona ISBN 978-83-238-1766-6 ROZDZIAŁ PIERWSZY – Czy ja dobrze słyszę? Wyjez˙dz˙asz do Las Vegas, z˙eby wziąć ślub z byłym chłopakiem, a ja mam powiedzieć o tym twojemu narzeczonemu? – Cat z niedowierzaniem patrzyła na przyrodnią siostrę. Devon Kowalski na moment przerwała pakowa- nie. – Nie mów tego takim tonem, jakbym robiła coś... wrednego – odparła z wyrzutem, a jej delikatna twarzyczka o wielkich niebieskich oczach przybrała wyraz uraz˙onej niewinności. Gdyby Cat nie wiedziała, z˙e Devon wielokrot- nie ćwiczyła tę minę przed lustrem, dałaby się nabrać. Powątpiewająco uniosła brew i czekała. Po chwili siostra przestała udawać. – W kółko czytasz romanse, więc myślałam, z˙e kto jak kto, ale ty mnie zrozumiesz – wytknęła napastliwym tonem. – Wychodzę za mąz˙ z mi- łości! 5 – To akurat rozumiem, ale nie pojmuję, czemu w taki sposób zrywasz zaręczyny: piszesz do Luke’a list i kaz˙esz mi go doręczyć. – Przeciez˙ gdybym wysłała go pocztą, mógłby nie dojść, a gdybym nagrała Luke’owi wiado- mość na sekretarkę, nie wiadomo, kto by tego wysłuchał. Pomyśl, jak źle by się z tym poczuł – wyjaśniła z obezwładniającą logiką Devon, a potem spokojnie wróciła do układania w waliz- ce przejrzystych koszulek i koronkowej bielizny. Cat najchętniej popukałaby ją mocno w głowę i spytała, czy tam w ogóle cokolwiek jest. Jak miała przemówić siostrze do rozumu? Jak ją przekonać, by zmieniła zdanie? Och, nie w kwestii wyboru męz˙a. Szczerze mówiąc, Luke Quintain powinien paść na kolana i dziękować niebiosom za to, z˙e były chłopak Devon wrócił z Michigan czy innej Minnesoty w samą porę, by sprzątnąć mu narzeczoną sprzed nosa. To nie była zła dziewczyna, tylko rozpuszczona, przez co bardzo samolubna. Nie byłaby dobrą z˙oną dla Luke’a. Prawdopodobnie nie będzie tez˙ dobrą z˙oną dla tamtego, ale to juz˙ jego problem. Cat nie miała najmniejszej ochoty brać na siebie odpowiedzialności, jaką zrzucała na nią siostra. Nikt nie lubi tych, którzy przynoszą złe wieści. Głowy jej, co prawda, nie utnie, ale odtąd będzie się zawsze Luke’owi źle kojarzyć. O ile w ogóle kiedykolwiek będzie o niej myślał, na co się nie zanosiło. Skoro chciał oz˙enić się z Devon, 6 to ewidentnie gustował w kruchych, eterycznych blondynkach, a nie w dorodnych rudzielcach. Cat z całą pewnością nie zaliczała się do kobiet eterycznych, miała bujne kobiece kształty oraz metr siedemdziesiąt pięć wzrostu. Westchnęła cięz˙ko. – Powinnaś porozmawiać z Lukiem, wyjaśnić mu, z˙e Rick wrócił i odz˙yło twoje dawne uczucie do niego. – Lepiej nie. Luke pewnie by się zdenerwo- wał, mógłby palnąć coś głupiego – oznajmiła Devon takim tonem, jakby to wyjaśniało całą sytuację. I w pewnym sensie wyjaśniało. Panna Ko- walski opanowała do perfekcji sztukę unikania wszelkich moz˙liwych nieprzyjemności, a ponie- waz˙ człowiek, którego cztery tygodnie przed ślubem wystawiono do wiatru, rzeczywiście mógłby coś palnąć, Devon wolała nie ryzykować. Lepiej obarczyć niewdzięcznym zadaniem kogoś innego. Cat z rezygnacją oparła się o futrynę i patrzyła, jak siostra zaczyna przebierać w stojących na toaletce buteleczkach, pudełeczkach i pojemnicz- kach. Starannie wyskubane brwi miała teraz ścią- gnięte, minę autentycznie skupioną i powaz˙ną – musiała przeciez˙ rozstrzygnąć, jakie kosmetyki zabrać. Wszelkie kwestie związane z wyglądem znajdowały się zawsze w centrum uwagi Devon. Jej pokój odbiegał wyglądem od reszty domu, 7 w którym podniszczone antyki beztrosko sąsiado- wały z gratami z pchlego targu, a spłowiałe zasłonki i wytarte dywany spokojnie płowiały i wycierały się dalej. Dom był bardzo stary i bardzo wygodny. Dobrze się w nim mieszkało. Gdy Cat stawała w progu pokoju Devon, za- czynała się czuć jak Guliwer w krainie Liliputów. Tutaj wszystko było gustownie dobrane, śliczne, wypieszczone. Do mebli z jasnego drewna w od- cieniu écru idealnie pasowały brzoskwiniowe draperie i puszysty dywan tej samej barwy, a sta- rannie przemyślany dobór tych pastelowych ko- lorów miał na celu dodatkowo podkreślić subtel- ną urodę Devon – podobnie jak pudełko z czar- nego aksamitu ma podkreślać urodę znajdującej się w nim drogocennej perły. W tym wytwornym otoczeniu Cat nieodmien- nie odnosiła wraz˙enie, z˙e ona sama za bardzo... rzuca się w oczy. W jej przypadku nie było mowy o z˙adnej subtelności. Miała za długie nogi i ręce, za intensywny kolor oczu i warg, włosy zbyt rude i zbyt kręcone. Nie, to nie wina tego pokoju, to sama Devon wpędzała ją w kompleksy. Gdy się poznały, trzynastoletnia wówczas Cat wydawała się sobie niezdarna i zaniedbana, podczas gdy dwudziestoletnia Devon, filigra- nowa i zachwycająca, przypominała śliczną fi- gurkę z porcelany. Po początkowym okresie bezkrytycznego uwielbiania przyrodniej siostry Cat otrzeźwiała, do czego przyczyniła się za- 8 równo kompletna obojętność Devon, jak i jej poraz˙ająca płytkość. Interesował ją tylko własny wygląd, chodzenie po sklepach i flirtowanie. Nic poza tym. – Uwaz˙am, z˙e powinnaś porozmawiać z Lu- kiem – odezwała się Cat, podejmując ostatnią próbę wpłynięcia na siostrę. – Skoro juz˙ łamiesz mu serce, to przynajmniej powiedz to osobiście. Devon potrząsnęła głową, nie przestając prze- bierać w kosmetykach. – On potrafi się zdenerwować, mówię ci, a ja nie chcę, by popsuł mi taką chwilę. To w końcu mój ślub! W dodatku wcale nie łamię mu serca. Owszem, będzie wściekły, ale on mnie nie kocha. – Pochwyciła w lustrze zdumione spojrzenie Cat, więc odwróciła się do niej z lekkim westchnie- niem. – Dotąd nikomu o tym nie wspominałam, bo ludzie uznaliby to za... za trochę dziwne, chociaz˙ ja nie widzę w tym nic niezwykłego. Postanowiliśmy z Lukiem ubić interes. – Ubić interes? Myślałam, z˙e macie się po- brać. – Właśnie. Cat nadal wyglądała na zupełnie zbitą z tropu, na co Devon parsknęła śmiechem. – Co tak patrzysz? Przeciez˙ w tych twoich ulubionych ksiąz˙kach o miłości ludzie na pewno robią to bardzo często. Czekaj, to nawet ma jakąś nazwę... Wiem! Małz˙eństwo z rozsądku. A poniewaz˙ rozsądnie jest wykorzystać sytuację 9 do końca, seks był jak najbardziej na miejscu. Uczucia juz˙ nie. Małz˙eństwo z rozsądku? Cat miała mętlik w głowie. Devon i Luke nie byli w sobie zakochani? – Jak to? – wyrwało jej się w bezbrzez˙nym zdumieniu. – Dlaczego? Blondynka o anielskiej twarzyczce beztrosko wzruszyła ramionami. – Jego dziadek uparł się, z˙e Luke ma się oz˙enić, i znalazł sposób, z˙eby go do tego zmusić. Nie wiem dokładnie, o co chodzi, ale chyba coś mu obiecał, jeśli Luke oz˙eni się przed ukoń- czeniem trzydziestu sześciu lat. – Dobrze, rozumiem, Luke zyskałby coś na tym układzie – powiedziała z trudem Cat. – A ty? Devon zrobiła zdumioną minę. – O rany! Jeszcze pytasz? Faktycznie, pytanie było idiotyczne. Wystar- czyło przypomnieć sobie Luke’a. Nie dość, z˙e wyglądał zabójczo, to jeszcze miał w sobie to coś, od czego kobiecie robiło się gorąco... – Pieniądze. – Pieniądze? – powtórzyła bezmyślnie Cat, nadal widząc w wyobraźni intensywnie niebies- kie oczy i gęste ciemne włosy. – Och, nie udawaj. Przeciez˙ ten facet jest bajecznie bogaty! Jego pradziadek był właścicie- lem połowy San Fernando Valley, a jego dziadek robił pieniądze nawet podczas Wielkiego Kryzy- 10 su, gdy inni tracili fortuny. O ojcu nic nie wiem. Luke zbił majątek na handlu nieruchomościami. Jest w tym genialny! Pieniądze same do niego lgną! – Czy... Czy on miał ci zapłacić za to, z˙e za niego wyjdziesz? – Oczywiście! I to duz˙o – dodała z z˙alem Devon. – A ty rezygnujesz z fortuny, z˙eby zamieszkać na farmie? – spytała z niedowierzaniem Cat. Juz˙ przedtem nie potrafiła sobie tego wyob- razić, a teraz w ogóle nie mieściło jej się to w głowie. Rozmiłowana w zbytku siostra od- rzucała okazję zarobienia naprawdę powaz˙nej sumy? Nie, Devon nie była pazerna. Ona nie kochała pieniędzy, tylko te wszystkie śliczne rzeczy, które moz˙na było dzięki nim mieć. Sen- sem jej z˙ycia było chodzenie po sklepach i kupo- wanie wszystkiego, co jej wpadło w oko. Właśnie dlatego wybrała zawód dekoratora wnętrz – nie dość, z˙e mogła do woli oddawać się ukochanemu zajęciu, to jeszcze jej za to płacono! – Nie wszystko moz˙na kupić za pieniądze – oznajmiła Devon z dumną miną kogoś, kto właśnie objawia ludzkości epokowe odkrycie. – W dodatku zostaje mi pierścionek zaręczyno- wy, a jest wart małą fortunę. – Sięgnęła po stojące na toaletce pudełeczko i otworzyła je. Nawet z odległości kilku kroków Cat widziała, jak brylanty lśnią w świetle lampy. 11 – Nie moz˙esz go zatrzymać. Devon zatrzasnęła pudełko i zacisnęła w pię- ści, jakby w obawie, z˙e Cat spróbuje je zabrać. – Dlaczego nie? Jest mój. Dostałam go! – Bo miałaś wyjść za Luke’a. Skoro tego nie robisz, powinnaś mu go zwrócić. – Nie widzę związku. – Devon schowała pu- dełeczko do luksusowej skórzanej torebki, którą równiez˙ otrzymała od narzeczonego. – Nie od- daje się prezentów. – To nie jest zwykły prezent. Zazwyczaj od- daje się pierścionek, gdy się zrywa zaręczyny. – Bo zazwyczaj ludzie są w sobie zakochani, gdy mają się pobrać. Przypominam ci, z˙e my zawarliśmy kontrakt. Dostałam pierścionek, bo zgodziłam się wyjść za Luke’a. Coś za coś, uczciwa wymiana. W dodatku jest wart majątek. Byłabym głupia, gdybym go odesłała! Cat westchnęła. Tak, to była cała Devon – po- raz˙ająco naiwna i zarazem pragmatyczna az˙ do bólu. – To co? Oddasz mu ten list? – upewniła się siostra, kończąc pakowanie kosmetyków i sięga- jąc po przygotowaną kopertę. – Naprawdę nie sądzę, z˙eby to był właściwy sposób... – Jeśli tego nie zrobisz, wrzucę go do skrzynki – zagroziła Devon i zdecydowanym gestem wy- ciągnęła ku niej list. Cat znała ją wystarczająco dobrze, by wie- 12 dzieć, z˙e nie jest to czcza pogróz˙ka. Devon zawsze musiała postawić na swoim. Luke za- sługiwał jednak na lepsze traktowanie, nawet jeśli miało to być wyłącznie małz˙eństwo z rozsądku. Nie moz˙na człowiekowi tak po prostu wysłać listu z informacją, z˙e się zrywa zaręczyny. To przeciez˙ nie jest rachunek za telefon. Z ociąganiem podeszła do siostry. Koperta była zaadresowana okrągłym, dziecinnym pis- mem Devon z charakterystycznymi serduszkami zamiast kropek nad ,,i’’. Nad nazwiskiem właśnie porzuconego Luke’a Quintaina widniały więc dwa serduszka... Niewiarygodne. – Cieszę się, z˙e zgodziłaś się to dla mnie zrobić – powiedziała Devon tak gładko, jakby wcale nie wymusiła tego na Cat za pomocą szantaz˙u. – Luke chętnie cię zobaczy. Sądzę, z˙e cię pamięta. Co ja mówię? Kto by nie pamiętał takich włosów? Cat speszyła się, jak zwykle, gdy była mowa o jej nieszczęsnych włosach. Kiedy raz na jakiś czas zechciały się dobrze ułoz˙yć, tłumaczyła sobie, z˙e ma loki jak z obrazów Botticellego, podczas gdy ich kolor jest jak z obrazów Tycjana. Niestety, zazwyczaj przypominały wściekle rudy wiecheć, przekręcony przez maszynkę do miele- nia mięsa. Dwadzieścia minut później stała na werandzie, patrząc w ślad za oddalającym się samochodem, który wiózł Devon i jej przyszłego męz˙a do Las 13 Vegas, a potem do Minnesoty czy innego Michi- gan. Z całego serca z˙yczyła im duz˙o szczęścia. Będą go potrzebować. Zwłaszcza Rick. Wyciągnęła kopertę z listem z tylnej kieszeni dz˙insów. Miała nie tylko okazję do spełnienia dobrego uczynku, ale i pretekst, z˙eby znów zoba- czyć byłego narzeczonego swojej siostry. Miłości od pierwszego wejrzenia nie da się z niczym pomylić. W jednej chwili człowiekowi odejmuje mowę, serce zaczyna mu walić i poja- wia się poraz˙ająca pewność, z˙e odtąd juz˙ nic nie będzie takie samo, poniewaz˙ właśnie my sami staliśmy się kimś innym. Cat Lang po raz pierwszy zakochała się w wieku dziesięciu lat. To było w Nevadzie. Wprowadzały się właśnie z mamą do mocno zdewastowanego budynku, w którym niegdyś mieścił się dom publiczny. Naomi przechodziła wtedy fazę ,,malar- ską’’ i tak zachwyciła się grą świateł na liściach za oknem, z˙e poprzestała na przyniesieniu do nowego pokoju przyborów do malowania, całą resztę pozostawiając córce. Poniewaz˙ przeprowadzały się bezustannie, nie zdołały nagromadzić wielu rzeczy, ale i tak było tego dość sporo jak na moz˙liwości dziesięcioletniej dziewczynki. Na szczęście Cat była zaprawiona w bojach i nie rozczulała się nad sobą. Wiedziała, z˙e im prędzej wniesie wszystko do nowego lokum, tym prędzej poczuje się tam jak w domu. Właśnie 14 taszczyła w stronę budynku wyładowany karton, gdy w drzwiach frontowych stanął wysoki, chudy chłopiec i zaproponował jej pomoc. Miał piętnaś- cie lat, na imię Albert i mieszkał na parterze z ciocią i wujkiem, ale w tamtej chwili tego wszystkiego jeszcze nie wiedziała. Popatrzyła na jego jasnoniebieskie oczy i blond czuprynę, prze- świetloną promieniami słońca, na uśmiech, uka- zujący jeden krzywy ząb, i nagle poczuła, jak jej serce bije w szaleńczym rytmie. Nie miała wątp- liwości, z˙e to prawdziwa miłość. Prawdziwa miłość trwała przez całe lato. Gdy- by po kilku miesiącach Naomi nie doszła do wniosku, z˙e malarstwo nie jest treścią jej z˙ycia, a atmosfera panująca w Nevadzie nie odpowiada jej potrzebom duchowym, to kto wie? Być moz˙e Cat i Albert z˙yliby razem długo i szczęśliwie... Niestety, Naomi dla odmiany zapragnęła przyłą- czyć się do komuny w Sedonie, tam tez˙ posłała córkę do gimnazjum. Z czasem złamane serce przestało boleć, a Albert stał się słodkim wspo- mnieniem. Mijały lata i Cat prawie zdąz˙yła zapomnieć, czym jest miłość, czym jest ten stan absolutnej pewności, z˙e to właśnie ten męz˙czyzna. W mo- mencie gdy Devon przyprowadziła do domu narzeczonego, by przedstawić go ojcu, Cat przy- pomniała sobie tamto uczucie. Znowu miała dziesięć lat, serce biło bardzo mocno, znowu ogarnęły ją panika i radość, przeraz˙enie i zachwyt. 15 Wiedziała bez cienia wątpliwości, z˙e znów zako- chała się po uszy. Wszystko to trwało zaledwie przez mgnienie oka, poniewaz˙ w następnej sekundzie dotarło do niej, z˙e Luke jest dla niej nieosiągalny. Ogarnęło ją dotkliwe poczucie straty, ale czy moz˙na opłaki- wać stratę czegoś, czego się nigdy nie miało? Widać moz˙na, poniewaz˙ odtąd Cat nosiła w sercu z˙ałobę po Luke’u. Teraz jednak Luke ponownie był wolnym czło- wiekiem. Właśnie jechała mu o tym powiedzieć... Niestety, w niczym nie zmieniało to jej sytuacji, poniewaz˙ i tak nie miała u niego z˙adnych szans. Po pierwsze, ewidentnie nie gustował w jej typie urody. O ile w ogóle moz˙na to było nazwać urodą, w co mocno wątpiła. Po drugie, zacznie mu się źle kojarzyć, bo przyniesie list z informacją o zerwa- niu zaręczyn. Po trzecie, nawet gdyby zapomniał o drugim, to i tak była siostrą osoby, która go źle potraktowała, więc nie będzie chciał mieć z nią nic wspólnego. Po czwarte, piąte, szóste i tak dalej, brakowało jej tych wszystkich cech, dzięki którym kobieta moz˙e wzbudzić zainteresowanie bajecznie bogatego i wolnego biznesmena. Jej wysłuz˙ony garbus zaczął rzęzić, gdy wjez˙- dz˙ała na dość stromą drogę wijącą się pośród wzgórz Flintridge, pełnych luksusowych rezy- dencji, ukrytych dyskretnie wśród drzew. Wymi- nęły ją dwa czarne mercedesy, srebrzystoszary rolls-royce i zielony jaguar kabriolet. Kierowca 16 ostatniego obrzucił ją zaskoczonym spojrzeniem. Najwyraźniej nieczęsto widywano tu trzydziesto- letnie graty w paskudnym pomidorowym kolorze. Cat zachichotała i poklepała wypłowiałą na słoń- cu deskę rozdzielczą. – Nie przejmuj się, Ruthie. Oni nie wiedzą, co to jest prawdziwa klasa. Wreszcie zobaczyła tabliczkę z właściwym numerem i zatrzymała się u wylotu alei, która opadała łagodnie, prowadząc na teren posesji. Z tego miejsca prawie nie było widać domu, zza pięknych starych dębów wyłaniał się jedynie fragment skośnego dachu i kawałek ściany. W ok- nie odbijały się promienie słońca. Zawahała się. Tam w dole Luke czekał na narzeczoną, poniewaz˙ byli umówieni na romanty- czną kolację. Prawdopodobnie Devon miała zo- stać nie tylko na kolacji... Nigdy nie padło na ten temat ani słowo, ale Cat domyślała się, z˙e sypiali ze sobą. Gwałtowny przypływ zazdrości nie dodał jej odwagi do działania. Wręcz przeciwnie. Dziw- ne sensacje w z˙ołądku jeszcze się wzmogły. Nie, chyba rzeczywiście lepiej wysłać Lu- ke’owi ten list pocztą. Tak, bez porównania lepiej. Dzięki temu będzie mógł bez świadków zapoznać się z jego treścią. A Cat będzie mogła bezpiecznie zwiać. Jak ostatni tchórz. Mrucząc pod nosem niepochlebne opinie na swój temat, skręciła w aleję. 17 Wbrew swoim oczekiwaniom ujrzała zaskaku- jąco tradycyjny dom. Nic na pokaz. Podmurówka z kamieni, białe ściany, skośny dach kryty zwy- czajną dachówką, staroświeckie okna, dzielone szprosami na sześć części. Od frontu szeroka weranda z kamiennymi kolumnami i bezpreten- sjonalnymi meblami z wikliny. Teren wokół do- mu był schludnie utrzymany i dość ascetyczny – z˙adnych rabat i klombów, jedynie imponujące dęby. Nie spodziewała się czegoś takiego po człowieku zarabiającym krocie. Gdy zgasiła silnik, zapadła głęboka cisza. W ogóle nie czuła bliskości Los Angeles, poło- z˙onego tuz˙ za wzgórzem. Z pobliskiego konaru odezwał się drozd, po chwili odpowiedziała mu sójka. Cat mogłaby tak siedzieć godzinami i chłonąć piękno tego miejsca, ale niestety, przyjechała tu w zupełnie innym celu. Przyjecha- ła oznajmić wspaniałemu męz˙czyźnie, z˙e narze- czona rzuciła go dla farmera mieszkającego w jakimś stanie, którego nazwa rozpoczynała się na literę ,,M’’. Dzwonek u drzwi odezwał się melodyjnie. Ostatni moment, by się wycofać. Zostawić list na wycieraczce i zwiewać, gdzie pieprz rośnie. Za- nim zdąz˙yła ulec pokusie, rozległ się chrobot zasuwy. Cat wiedziała od Devon, z˙e drzwi za- wsze otwiera gospodyni Luke’a, nie spodziewała się więc ujrzeć przed sobą tych jego nieziemsko niebieskich oczu. 18 – Cat? – zdumiał się. Ogarnęła ją niewysłowiona radość, z˙e męz˙- czyzna, którego nieprzytomnie kochała, przynaj- mniej ją rozpoznawał. – Nie spodziewałam się ciebie – wyrwało jej się. Uniósł brew. – Wiesz, ja tu mieszkam – zauwaz˙ył uprzej- mie. Na jej policzkach pojawił się ognisty rumie- niec. Czuła to. – Myślałam, z˙e otworzy mi twoja gospodyni. – Ma dzisiaj wolne. – Spojrzał ponad jej ramieniem. Czyz˙by spodziewał się ujrzeć De- von? Nawet jeśli tak, ani słowem nie skomen- tował faktu, z˙e Cat przyszła sama. – Wejdź, proszę i ogrzej się. Jest chłodno. Przez chwilę rozwaz˙ała jego propozycję. Fak- tycznie, trochę wiało, a ona miała na sobie tylko luźno tkany sweter. No i czy mogła podać Lu- ke’owi list przez próg i uciec? – Dzięki. Zaprowadził ją przez hol do duz˙ego, a jedno- cześnie zaskakująco przytulnego salonu. Niebies- ko-zielony dywan zaścielał całą podłogę, na nim stały wygodne, eleganckie meble. Z dotychczaso- wego doświadczenia Cat wynikało, z˙e wnętrze jest albo ładne, albo praktyczne. Po raz pierwszy widziała dom, który łączył obie te cechy. Przez duz˙e okna wpadały ukośne promienie 19 chylącego się ku zachodowi słońca, powlekając wszystko ciepłą, złocistopomarańczową poświa- tą. W kominku trzaskał ogień. – Napijesz się czegoś? – zaproponował Luke. – Nie, dziękuję. – Pozwól jednak, z˙e ja sobie naleję jednego. – Podszedł do stołu i wziął z tacy przygotowaną butelkę. Po chwili do szklaneczki z grubego szkła popłynął strumień bursztynowego płynu. – Mia- łem napić się po kolacji, ale coś mi mówi, z˙e lepiej zrobić to teraz. Nadszedł moment, by wyjawić, z czym przy- szła. Musi go jakoś przygotować na przyjęcie tej wiadomości. Delikatnie. Mądrze. Ze współczu- ciem, ale bez roztkliwiania się nad nim. Dojrzale. – Devon nie przyjdzie – rąbnęła bez ogródek. – Tego zdąz˙yłem się domyślić – skwitował i pociągnął łyk brandy. Cat nie potrafiła się oprzeć i dosłownie poz˙era- ła wzrokiem jego profil i długie, smukłe palce obejmujące szklankę. Luke miał na sobie dz˙insy i sweter – czarny, dość cienki, przylegający do wspaniale zbudowanego ciała. Poczuła mrowie- nie w opuszkach palców. Gdyby mogła go do- tknąć, poczuć twarde mięśnie pod miękką wełną swetra... – Postawmy sprawę jasno. – Luke podniósł na nią wzrok. – Devon w ogóle juz˙ tu nie przyjdzie, prawda? Z ociąganiem skinęła głową, lecz on nie wy- 20 glądał na człowieka, któremu właśnie złamano serce. Wydawało się, z˙e raczej odczuwa irytację oraz... ulgę. A moz˙e tylko wmawiała sobie to, w co chciała wierzyć? – Wstępuje do klasztoru? Zdecydowała się na operację zmiany płci? Uciekła, z˙eby z˙yć w węd- rownym cyrku i występować jako asystentka magika? – Nie, na farmie. Uniósł brwi. – Uciekła, z˙eby występować na farmie? Nie wiedziałem, z˙e moz˙na robić coś takiego. – Z˙eby z˙yć na farmie. Chodzi o ślub. – Bierze ślub z farmą? – Kąciki jego ust zadrgały podejrzanie. – To będzie jej potrzebny duz˙y kościół. Jego poczucie humoru dodało jej pewności. Skoro znosił to tak dzielnie, mogła mu spokojnie powiedzieć całą prawdę. – Nie, bierze ślub z człowiekiem, który ma farmę. – Co za ulga! Przez chwilę myślałem, z˙e rzuciła mnie dla stada baranów. – Ponownie łyknął brandy i potrząsnął głową. – Nigdy bym nie przypuszczał... Devon chce doić krowy? – Nie, ale Rick to jej dawna sympatia. Wy- prowadził się do Michigan. A moz˙e do Min- nesoty? – Machnęła ręką. – Wszystko jedno. W kaz˙dym razie niedawno przyjechał odnowić kontakty z przyjaciółmi i... 21 – I przy okazji gwizdnął mi narzeczoną sprzed nosa. Cat bezradnie przestąpiła z nogi na nogę. – Mhm... Ale sprawia całkiem sympatyczne wraz˙enie. – Miło mi, z˙e nie zostawiła mnie dla byle patałacha – skomentował, po czym spowaz˙niał i westchnął. – Tylko czemu sama nie przyszła mi o tym powiedzieć? Juz˙ miała wymyślić na poczekaniu jakieś kłam- stwo, ale doszła do wniosku, z˙e nie widzi powodu, dla którego miałaby wybielać Devon w oczach Luke’a. – Napisała do ciebie. – Podeszła i podała mu brzoskwiniową kopertę. Najpierw przez długą chwilę siedział bez ru- chu, a gdy wreszcie wziął list, nie otworzył go od razu. Czyz˙by czekał, az˙ Cat pójdzie i zostawi go samego? Zanim jednak zdąz˙yła cokolwiek zrobić, Luke wyjął z koperty pojedynczą kartkę, oczywi- ście brzoskwiniowego koloru. Widniało na niej tylko kilka linijek i Cat poczuła nagłą ciekawość. – Bardzo jej przykro – odezwał się Luke, jakby czytał w myślach Cat – ale miłość jest waz˙niejsza od pieniędzy. Wie, z˙e ją zrozumiem, ma nadzieję, z˙e nie będę miał problemów z od- wołaniem ślubu i wesela. W postscriptum infor- macja o zatrzymaniu pierścionka zaręczynowe- go. – Gwałtownie zmiął kartkę w kulkę razem z kopertą i cisnął ją do ognia. 22 Cat wzdrygnęła się. – Powinna go oddać, mówiłam jej... – Do diabła z pierścionkiem! – huknął, po czym z desperacją przeczesał włosy palcami, nieświadomie targając je w bardzo malowniczy sposób. – Przepraszam, nie chciałem mówić do ciebie takim tonem. W końcu nie ty jesteś winna, z˙e twoja siostra wystawiła mnie do wiatru. – Niezupełnie. To znaczy, chcę powiedzieć, z˙e ona nie jest moją siostrą. – Cat nie wiedziała, dlaczego mu to mówi. Zazwyczaj nie zagłębiała się w te sprawy. – Nie jest nawet moją siostrą przyrodnią. Moja matka wprowadziła się ze mną do Larry’ego, czyli ojca Devon, gdy miałam trzynaście lat. Nigdy nie wzięli ślubu. Po kilku miesiącach mama wyjechała do Meksyku, by pobierać nauki duchowe i juz˙ nie wróciła. – Porzuciła cię? – zdumiał się Luke, a na jego twarzy odmalowały się niedowierzanie i współ- czucie. – Nie – zaprzeczyła automatycznie Cat, która zawsze broniła Naomi. – Zostawiła mnie przeciez˙ pod dobrą opieką, miałam nową rodzinę. I od- zywała się od czasu do czasu. Z Meksyku prze- niosła się do Peru, bo tam był jakiś uzdrowiciel, a potem do Indii, gdzie był zjazd przebudzonych czy oświeconych... – tłumaczyła, starannie unika- jąc jego wzroku. Ona nie miała mamie za złe ciągłych duchowych poszukiwań, ale większość ludzi tego nie rozumiała. 23 – W świetle ostatnich wydarzeń jakoś mi nie przeszkadza, z˙e nie jesteś spokrewniona z Devon, a nawet mnie to cieszy. Moz˙e jednak czegoś się napijesz? – zaproponował. Nie wyglądało na to, by chciał się jej pozbyć. – Wody, jeśli moz˙na – poprosiła z nieśmiałym uśmiechem. – Gazowanej? – Nie. – Jedna woda, juz˙ się robi – zaanonsował i znikł w drzwiach, które prawdopodobnie prowa- dziły do kuchni. Cat skorzystała z okazji i wytarła o dz˙insy wilgotne od potu dłonie. On rzeczywiście nie z˙ywił z˙adnych uczuć do Devon. I nie był z nikim związany. A w dodatku miał dziadka, który nacis- kał na ślub. Wszystko to składało się w zdumie- wającą całość, która stwarzała jeszcze bardziej zdumiewające moz˙liwości... Luke wrócił ze szklanką wody i tacą pełną przystawek, którą postawił na stole. – Moja gospodyni przygotowała je na dzisiej- szy wieczór. Szkoda, z˙eby się zmarnowały. Szczególnie polecam krewetki. – Gestem zaprosił Cat, by usiadła. Tak, zdecydowanie nie ma złamanego serca, pomyślała, przycupnąwszy na brzez˙ku kanapy, podczas gdy Luke przysunął sobie krzesło. – Devon wspominała mi o twoim dziadku – wyrwało jej się. W obecności Luke’a w ogóle 24 wyrywało jej się wiele nieplanowanych wcześ- niej zdań. Na szczęście nie wydawał się obraz˙ony. Nalał sobie kolejną porcję brandy. – Tak? – spytał leniwie, podnosząc szklanecz- kę i z zadowoleniem przyglądając się pod światło pięknej barwie trunku. – Tak. Podobno musisz się oz˙enić przed trzy- dziestymi szóstymi urodzinami. Nie mówiła mi jednak dlaczego. Powinien teraz zauwaz˙yć, z˙e to nie jej spra- wa. Albo w ogóle wyrzucić ją za drzwi. Luke jednak tylko wzruszył ramionami, oparł się wy- godniej na krześle i z nieodgadnionym wyra- zem twarzy zapatrzył się w tańczące na komin- ku płomienie. – Dziadkowi chodzi o przedłuz˙enie dynastii Quintainów. Nieopatrznie zdradziłem się przed nim pewnego razu, z˙e zakładanie rodziny i posia- danie dzieci w ogóle mnie nie interesuje, a on wtedy postanowił zmusić mnie do małz˙eństwa i postawił mi ultimatum. – Wszystko to jest dziwaczne. Dlaczego aku- rat trzydzieści sześć, a nie jakaś okrągła liczba, na przykład czterdzieści? Odwrócił ku niej głowę i uśmiechnął się lekko. – To jest dla ciebie bardziej dziwaczne niz˙ to, z˙e dziadek szantaz˙em zmusza mnie do zawarcia ślubu? – Wyprostował się i sięgnął po krewetkę. – Dlatego trzydzieści sześć, z˙e to moje najbliz˙sze 25 urodziny. Dziadek stracił cierpliwość, prostu. tak po Cat napiła się trochę wody, jednocześnie próbu- jąc sobie wybić z głowy pewien niedorzeczny pomysł. – Ale czy w tej sytuacji jego ultimatum nadal jest aktualne? Skoro twoja narzeczona uciekła z innym, to dziadek chyba zrozumie, z˙e po- trzebujesz więcej czasu na znalezienie z˙ony. – Moz˙e zrozumie, bo wcale mu się nie podo- bała. A moz˙e nie. – Tym razem wziął kawałek melona zawinięty w cieniutki plasterek niemal przezroczystej szynki. – Licho go wie. – A kiedy wypadają twoje urodziny? – spyta- ła, gratulując sobie w myślach, bo zabrzmiało to całkiem naturalnie. Nic nie zdradzało jej praw- dziwego stanu, a był to stan osoby, która po- stradała zmysły. – Za dwa i pół miesiąca. Dokładnie za siedem- dziesiąt sześć dni. – Masz mało czasu – zauwaz˙yła. Odstawiła powoli szklankę na stół, złoz˙yła dłonie jak do modlitwy i wsunęła je między kolana, które mocno zacisnęła. Tylko w ten spo- sób mogła ukryć drz˙enie rąk. – Mało – zgodził się. – Zawsze jest jakieś wyjście. Na przykład... Wiem, to moz˙e trochę dziwne, ale biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności... Nie byłoby w tym nic złego... – Zorientowała się, z˙e zaczyna 26 nerwowo paplać bez ładu i składu, więc zamilkła gwałtownie. Luke patrzył na nią z lekkim zaciekawieniem. – Powiedz wyraźnie, o co ci chodzi. Nie miała najmniejszego wpływu na to, co się działo. Powodowało nią coś, wobec czego była kompletnie bezradna i bezsilna. Cat westchnęła, a potem szepnęła: – Mógłbyś oz˙enić się ze mną. ROZDZIAŁ DRUGI Pani Bryant, jego gospodyni, chyba musiała dosypać do krewetek jakiegoś narkotyku. Mam omamy słuchowe, pomyślał oszołomiony Luke. Moz˙e nawet halucynacje. Moz˙e wcale nie ma tu tej smarkuli, która właśnie powiedziała... – Co? – spytał głosem tak ochrypłym z wraz˙e- nia, z˙e musiał odchrząknąć i spróbować ponow- nie: – Co powiedziałaś? – Z˙e mógłbyś oz˙enić się ze mną – wyjąkała. Sądząc po wyrazie jej twarzy, była równie wstrząśnięta tą propozycją jak on. – Czyli jednak dobrze słyszałem. – Jednym haustem wychylił resztkę brandy, odstawił szklankę na stół i przyjrzał się Cat. – Jak na pomyloną, wyglądasz całkiem normalnie – za- uwaz˙ył konwersacyjnym tonem. – Nie jestem pomylona – zaprotestowała. – Gdy się chwilę nad tym zastanowisz, sam zobaczysz, z˙e to ma sens. 28 – Chyba bardzo głęboko ukryty, bo nie umiem go dostrzec. – Nieprawda. Z determinacją zacisnęła usta, a Luke nie mógł nie pomyśleć, z˙e są duz˙e i pełne, jakby stworzone do całowania. Do tej pory nie przy- glądał im się zbyt uwaz˙nie, chociaz˙ miał sporo okazji. Kilkakrotnie był w domu Devon na ro- dzinnej kolacji, ale przeciez˙ nie wypadało gapić się na siostrę narzeczonej, nawet jeśli nie darzył narzeczonej uczuciem. Mimo wszystko zaręczy- ny to powaz˙na sprawa. Z wysiłkiem oderwał spojrzenie od jej warg. – Mówisz tak, jakby chodziło o wymianę jednego modelu samochodu na inny – rzucił z nagłym rozdraz˙nieniem. – W pewnym sensie tak jest. – Pochyliła się do przodu. – Posłuchaj, ty i Devon zawarliście umo- wę. Potrzebujesz z˙ony. Właściwie wszystko ci jedno, kto to będzie, prawda? Czemu więc nie ja? – Chociaz˙by dlatego, z˙e jesteś za młoda. Ile ty masz lat? – Dwadzieścia jeden – odparła z oburzeniem, po czym zagryzła wargi. – Skończę za kilka miesięcy – dodała. – Co? Masz dopiero dwadzieścia lat? – Luke chwycił butelkę i nalał sobie do szklanki solidną porcję trunku. – Jestem dwa razy starszy od ciebie. – Nieprawda. Nie masz czterdziestu lat. 29 Z˙achnął się. – Nie dzielmy włosa na czworo! – Wstał, i popatrzył na nią z góry. podszedł do niej – Mógłbym być twoim ojcem. – Teoretycznie tak, gdybyś bardzo wcześnie zaczął. Poniewaz˙ jednak nim nie jesteś, nie widzę problemu. – Podniosła się równiez˙. To, z˙e miała wszystko na swoim miejscu plus nogi po samą szyję, nie powinno w z˙aden sposób wpływać na przebieg dyskusji, powiedział sobie Luke, a potem nagle dotarło do niego, z˙e wystar- czyłoby pochylić głowę, by poznać smak tych kuszących ust. Oczywiście nie miał zamiaru jej całować, ale... Ale myśl była interesująca. – Przeciez˙ źle na tym nie wyjdziesz – dodała z przekonaniem. Chociaz˙ zawsze gustował w nieduz˙ych blon- dynkach, musiał teraz przyznać, z˙e długonoga i zielonooka ruda tez˙ jest ze wszech miar godna uwagi. Jego wzrok powędrował ku piersiom Cat. Cie- kawe, czy nosiła stanik? Nie potrafił odgadnąć, jej sweter był za gruby. Nigdy przedtem nie widział kobiety, która wyglądałaby tak seksownie w grubym niedopasowanym swetrze... Pospiesz- nie łyknął solidny łyk brandy. – Nie jestem taka śliczna jak Devon, wiem. Fakt. W zasadzie określenie ,,śliczna’’ w ogóle do niej nie pasowało. Cat nie była słodką laleczką do podziwiania, tylko kobietą z krwi i kości, 30 z którą byłoby wspaniale robić to, o czym nawet nie powinien w tej sytuacji myśleć. – Aha, i muszę cię ostrzec, z˙e z moimi włosa- mi nie da się nic zrobić. Miał na ten temat inne zdanie. Z łatwością mógł sobie wyobrazić róz˙ne rzeczy, które dałoby się z nimi zrobić, ale z˙adna z nich nie nadawała się do wypowiedzenia na głos. – Są wściekle rude i tak skręcone, z˙e zawsze wyglądają jak potargane, ale... – Mnie się bardzo podobają – wyznał bez zastanowienia. Łypnęła na niego podejrzliwie. – Naprawdę? Przesuwające się powoli po pokoju ukośne promienie zachodzącego słońca padały teraz do- kładnie na jej imponującą grzywę, która w ich świetle zdawała się płonąć z˙ywym ogniem. Luke poczuł nieprzepartą ochotę, by dotknąć rudych loków, zanurzyć w nich palce. – Nie jestem jednak pozbawiona zalet – ode- zwała się po chwili milczenia. – Umiem gotować. I to całkiem dobrze. Znasz restaurację ,,U Jacka’’ na Melrose Boulevard? – Gdy skinął głową, ciągnęła: – Jack Reynolds to mój przyjaciel. Parę razy pochwalił mój obiad. Nawet gdyby nie umiała zagotować wody na herbatę, nie przeszkadzałoby mu to, ale... Ale rzeczywiście rekomendacja właściciela znanej restauracji zrobiła na Luke’u wraz˙enie. 31 – I jestem bardzo przytomna i zorganizowana. – To znaczy? – zaciekawił się, chociaz˙ oczy- wiście nadal nie traktował jej szalonej propozycji powaz˙nie. – Moja mama, Naomi, nie była zbyt pra- ktyczna, interesowały ją wyłącznie poszukiwa- nia duchowe, więc to ja musiałam pamiętać o tak przyziemnych sprawach jak kupno czegoś na kolację czy opłacenie czynszu. Larry to z kolei typ roztargnionego profesora. Gdyby go nie pilnować, wsadziłby kota do piekarnika, a mięso na pieczeń do kuwety z piaskiem. – Uśmiechnęła się z czułością. – Dbam o nie- go, odkąd mama mnie u niego zostawiła. To kochany człowiek i rozumiem go. Niektórzy ludzie naprawdę nie mają głowy do codzien- nych spraw. Ciekawe, z˙e tacy zawsze znajdą sobie kogoś, kto odwali za nich całą robotę, pomyślał cynicz- nie Luke, ale potem zreflektował się. Cat miała rację, Larry Kowalski rzeczywiście był przykła- dem roztargnionego naukowca, który jest zawsze tak zajęty rozwiązywaniem jakiegoś problemu, z˙e zapomina zawiązać sznurówki i trzeba to za niego zrobić, bo inaczej potknie się na równej drodze. – Dlaczego Susan nie moz˙e o niego zadbać? – spytał. Do dzisiaj sądził, z˙e Susan, druga z˙ona jego niedoszłego teścia, jest matką Cat. Nigdy nie 32 słyszał o z˙adnej Naomi. Moz˙e Devon powinna była mu narysować na kartce drzewo genealogi- czne tej dziwnej rodziny, której w zasadzie nie łączyły z˙adne więzy krwi. – Ona? Przeciez˙ to artystka – odparła Cat takim tonem, jakby to wyjaśniało wszystko. – Zajmuje się garncarstwem artystycznym, robi dzbany, am- fory, urny. Jest całkiem znana, niektórzy kolekcjo- nują jej wyroby, kilka nawet trafiło do muzeów. – Czyli pewnie musisz dbać i o Susan? – do- myślił się. – Nie muszę, chcę. Ona i Larry naprawdę nie dadzą sobie rady sami. Nigdy nie pamiętają, z˙eby wybierać pocztę ze skrzynki, zrobić pranie czy podjąć pieniądze z banku, bo nie ma juz˙ za co kupić mleka dla kota. Ale ja ich naprawdę rozu- miem. Oboje są bardzo twórczy. – Larry jest twórczy? Wydawało mi się, z˙e wykłada antropologię. – Archeologię – poprawiła. – Studenci go uwielbiają, bo nigdy nie wystawia złych ocen. Uwaz˙a, z˙e złe oceny zamiast motywować, znie- chęcają do nauki. – Usiadła z powrotem na kanapie. Luke wrócił na swoje krzesło, cały czas trzy- mając w dłoni szklaneczkę z resztką bandy, o której najwyraźniej zapomniał. Cała jego uwa- ga była skupiona na Cat i jej opowieści. – Widzisz, Larry jest wynalazcą. Jego praw- dziwą pasją jest wynajdywanie róz˙nych rzeczy. 33 – Jakich na przykład? – O, najróz˙niejszych. Myślę, z˙e przede wszyst- kim chciałby wreszcie wynaleźć coś, co będzie działało. Wiesz, on ma wyjątkowe pomysły, go- rzej z ich realizacją. Moim absolutnym fawory- tem wśród wynalazków Larry’ego jest młynek na odpady do produkcji robaków. – Z˙e co proszę? – zapytał z niedowierzaniem Luke. Nagle uzmysłowił sobie, z˙e to najdziwniejszy dzień w jego z˙yciu. W porządku, czasem narze- czona kogoś porzuci, ale zazwyczaj nie gawędzi się potem przyjemnie z osobą, która przyniosła złe wieści i przy okazji sama się oświadczyła. W kaz˙dym razie było to lepsze niz˙ siedzenie samemu i oddawanie się ponurym rozmyślaniom. – Młynek na odpady do produkcji robaków – powtórzyła spokojnie i zrzuciła buty, by móc wygodnie usiąść na podwiniętych nogach. Zrobi- ła to z takim wdziękiem, z˙e myśli Luke’a ponow- nie skierowały się w niebezpieczne rejony. – Ro- baki to dochodowy biznes. – Zawsze mi się wydawało, z˙e robactwo się tępi, a nie produkuje. – Ale nie chodzi o jakieś paskudne robactwo, którego próbujesz się pozbyć z domu, tylko o ro- baki, które moz˙esz sprzedać. Na przykład sklepy wędkarskie potrzebują z˙ywych przynęt. Ale pra- wdziwą z˙yłą złota są takie, które zjadają odpady i przerabiają je na kompost. To się nazywa 34 biohumus, bardzo poz˙yteczna rzecz. Podobno moz˙na na tym zbić niezłe pieniądze. – I tak jak inni zostają królami nafty albo czegoś innego, tak Larry postanowił zostać kró- lem robaków. Dobrze zrozumiałem? – Nie, on nie myśli o robieniu biznesu, tylko o wynalazkach. Posłuchaj, masz w zlewozmywa- ku młynek na odpady, tak? Wrzucasz do niego obierki i inne resztki organiczne, a urządzenie je rozdrabnia, prawda? Gdyby więc poprowadzić od młynka pas transmisyjny do pojemnika na robaki, które zjedzą te resztki, to łatwo i bez wysiłku uzyskiwałbyś cenny kompost. Proste, prawda? Był tylko jeden drobny problem... Czekał, lecz ona nie podejmowała opowieści. – Widzę, z˙e zarzuciłaś przynętę – skwitował z humorem. – Dobra, połknąłem haczyk. Co to za problem? – Nie wiem, jak Larry skonstruował swoje wiekopomne dzieło, ale coś chyba poplątał, bo za kaz˙dym razem udawało mu się pięknie posie- kać... wszystkie robaki. – Tak, to rzeczywiście drobny problem – wy- krztusił, gdy wreszcie przestał się śmiać. – Ale sam pomysł był dobry – odparła z god- nością, broniąc honoru Larry’ego. Sam pomysł był dobry! Luke ponownie wy- buchnął niepowstrzymanym śmiechem. Nie pa- miętał, kiedy ostatnio tak świetnie się bawił. Chyba bardzo dawno temu... Szkoda, z˙e nie 35 mógł przyjąć jej oświadczyn. Byłaby z niej zna- cznie ciekawsza z˙ona niz˙ z Devon. – A właściwie dlaczego zgodziłabyś się za mnie wyjść? – spytał nagle. – Co ty byś z tego miała? W jej oczach mignęło coś, czego nie potrafił rozszyfrować. Szybko spuściła powieki, a gdy je podniosła, w jej spojrzeniu widniała nadzieja. Rozumiał, z˙e była to nadzieja na przekonanie go do jej pomylonej idei. – Podobno zawarliście z Devon układ. No tak, chodzi o pieniądze, pomyślał z cynicz- ną satysfakcją, ale wbrew wszelkiej logice poczuł tez˙ gorzkie rozczarowanie. Czyz˙by podświado- mie czekał na inny powód? Przeciez˙ wszystkim chodziło wyłącznie o pieniądze. – Ile? – Słucham? – spytała zmieszana, a Luke przy- znał w duchu, z˙e Cat była całkiem niezłą aktorką. Nie az˙ tak dobrą jak Devon, ale miała dziewczyna talent. – Ile chcesz? – rzucił szorstko i podniósł do ust szklaneczkę z brandy, by zabić smak goryczy, jaki nagle poczuł. – Nie zastanawiałam się nad tym. – Zmarsz- czyła brwi. – Bardzo jesteś bogaty? Było to tak naiwne pytanie, z˙e Luke az˙ się zakrztusił. – Owszem. Nawet bardzo, bardzo – odparł w końcu, mimo woli całkiem ubawiony. 36 Poniewaz˙ zaczęło się zmierzchać, wstał, by zaciągnąć zasłony i zapalić lampy. W salonie zrobiło się jeszcze przytulniej. Po chwili za- stanowienia Luke nie wrócił w pobliz˙e sofy, na której w nieświadomie wdzięcznej pozie sie- działa Cat, tylko oparł się o gzyms nad komin- kiem. – A ile byś chciała? – Pytasz dla zabawy czy rozwaz˙asz moją pro- pozycję powaz˙nie? – spytała trzeźwo. Luke zastanowił się. Jeśli w ciągu dwóch i pół miesiąca nie zawrze ślubu, dziadek sprzeda Mai- den’s Morning. Najpiękniejsza ze wszystkich posiadłości Quintainów, najlepsza winnica, naj- troskliwiej zarządzana, ukochane miejsce Luke’a zostanie rozparcelowane na działki dla jakichś japiszonów, którzy w weekendy będą tu rozpalać grill? Niedoczekanie. Tak, Nick Quintain doskonale wiedział, jak podejść wnuka, któremu kompletnie nie zalez˙ało na odziedziczeniu rozległych włości i kontynuo- waniu tradycji rodu. Nick kochał Maiden’s Mor- ning, ale tez˙ zawsze spełniał swe groźby. Pozornie Luke uległ szantaz˙owi, jednak w rze- czywistości potraktował tę rozgrywkę jak partię szachów i na przebiegłe posunięcie dziadka odpo- wiedział równie chytrze, wybierając śliczną lalę, której w głowie były kosmetyki, ciuchy i róz˙ne cacka, a nie rodzenie dzieci. Devon Kowalski reprezentowała sobą wszystko to, czego dziadek 37
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Ślubny kontrakt
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: