Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00272 008253 10494376 na godz. na dobę w sumie
Śmierć w Breslau - ebook/pdf 2R
Śmierć w Breslau - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 256
Wydawca: Znak Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-240-1401-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> kryminał
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Wrocław, maj 1933 roku. Wstrząsająca zbrodnia. Zmasakrowane zwłoki dwóch kobiet. Tajemnicze zdanie napisane krwią ofiar. I wszędzie skorpiony. Idealna sprawa dla Eberharda Mocka. W mrocznym i posępnym Wrocławiu, gdzie w każdym zaułku złodzieje i mordercy czekają na ofiarę, rządzi przemoc i korupcja. Wysoko postawieni notable oddają się hazardowi i rozpuście, przekupna policja walczy o władzę. W mieście zarażonym doktryną hitlerowską pewien komisarz gustuje w dość nietypowej rozrywce. Grywa w szachy (według własnych zasad) z pięknymi roznegliżowanymi pannami. To Mock, którego z domu rozkoszy może wyciągnąć tylko kolejna zbrodnia.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Recenzje na blogach:

wswiecieslow.blogspot.com W świecie słów - horror, kryminał, thriller: Śmierć w Breslau, Marek Krajewski
czytanieprzykominku.blogspot.com Czytanie przy kominku i nie tylko: Śmierć w Breslau

Darmowy fragment publikacji:

 Wydawnictwo Znak . Kraków 2010  Projekt okładki Katarzyna Borkowska kb-design@o2.pl Fotograia na pierwszej stronie okładki Copyright © Bettmann/CORBIS/FotoChannels Copyright © www.istockphoto.com Fotograia na czwartej stronie okładki Wojciech Karliński Opieka redakcyjna Karolina Macios Adiustacja Agnieszka Stęplewska Korekta Kamila Zimnicka-Warchoł Projekt typograiczny Daniel Malak Łamanie Pro Art Studio Michał Madejski Copyright © by Marek Krajewski ISBN 978-8-240-40-9 Poprzednie wydania ukazały się nakładem Wydawnictwa Dolnośląskiego. Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 0-05 Kraków, ul. Kościuszki 7 Dział sprzedaży: tel. (2) 6 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie elektroniczne. Czas wszechwidny, ten odsłoni Winy twojej brud. Ślub nieślubny zemsta goni Płodzących i płód. Sofokles, Król Edyp (przełożył Kazimierz Morawski) PROLOG DREZNO, PONIEDZIAŁEK 17 LIPCA 1950 ROKU. GODZINA PIĄTA PO POŁUDNIU Lipcowy upał był nie do zniesienia. Ordynator szpitala psychia- trycznego Ernst Bennert przesunął dłonią po wielkiej łysej czasz- ce. Spojrzał na mokrą dłoń uważnie – jak chiromanta. Wzgórek Wenery lepił się od potu, w linii życia lśniły małe jego krople. Dwie muchy kurczowo wpijały się w ślad, który na ceracie zosta- wiła szklanka słodkiej herbaty. Okno gabinetu zlane było świat- łem bezlitosnego zachodzącego słońca. Upał zdawał się nie przeszkadzać drugiemu siedzącemu w ga- binecie mężczyźnie z czarną lśniącą czupryną. Z lubością wysta- wiał na słońce pyzatą, ozdobioną wąsami twarz z kiełkującym zarostem. Potarł policzek dłonią, na której wierzchu prężył się wy- tatuowany skorpion. Mężczyzna spojrzał na Bennerta. Jego przy- gaszone od blasku słońca oczy nagle stały się uważne. – Obaj wiemy, doktorze – rzekł z wyraźnym obcym akcentem – że nie może pan odmówić instytucji, którą reprezentuję. Bennert wiedział. Spojrzał przez okno i zamiast niegdyś oka- załej, dziś – zrujnowanej, kamienicy na rogu zobaczył skutą lo- dem panoramę Syberii, zamarznięte rzeki, zwały śniegu z wy- stającymi spod niego ludzkimi kończynami. Zobaczył szopę, w której szkielety w podartych mundurach walczyły o dostęp do żelaznego piecyka, gdzie tlił się ogień. Jeden z nich przypo- minał Bennertowi poprzedniego dyrektora kliniki, doktora Stein- brunna, który pół roku temu nie wyraził zgody na przesłuchanie przez Stasi pewnego pacjenta. Przetarł oczy, wstał i przechylił się przez parapet – znajomy widok: młoda matka karci nieposłuszne dziecko, warczy cięża- rówka wioząca cegły. – Tak jest, majorze Mahmadow. Osobiście wpuszczę pana na od- dział i przesłucha pan tego pacjenta. Nikt pana nie będzie widział. 9 – O to mi chodzi. Zatem do zobaczenia o północy – Mahma- dow strącił z wąsów resztki tytoniu. Wstał i przygładził spodnie na udach. Kiedy naciskał klamkę, usłyszał głośny huk. Odwró- cił się gwałtownie. Bennert uśmiechał się głupkowato. Trzymał w ręku gazetę „Neues Deutschland” zwiniętą w rulon. Dwie mar- twe muchy leżały rozpłaszczone na ceracie. DREZNO, TEGOŻ 17 LIPCA 1950 ROKU. PÓŁNOC Dzięki swej wyobraźni pacjent Herbert Anwaldt przetrwał w „domu tortur”, jak nazywał drezdeńską klinikę psychiatrycz- ną przy Marien-Allee, już pięć lat. To wyobraźnia była iltrem cudownych transformacyj; jej zawdzięczał, że kuksańce i razy pielęgniarzy zamieniały się w łagodną pieszczotę, smród fe- kaliów w zapach wiosennego ogrodu, ryki chorych w baroko- we kantaty, a odrapane lamperie we freski Giotta. Imaginacja była mu posłuszna: po latach ćwiczeń udało mu się ją poskro- mić do tego stopnia, że na przykład wytłumił w sobie całko- wicie coś, co nie pozwoliłoby mu przetrwać w zamknięciu: pożądanie kobiecego ciała. Nie musiał jak starotestamento- wy mędrzec „tłumić ognia w łonie swoim” – ten płomień już dawno zgasł. Wyobraźnia zawodziła go jednak, gdy widział biegające po sali małe, ruchliwe owady. Ich brunatno-żółte odwłoki migają- ce w szparach pomiędzy deskami parkietu, ruchliwe czułki wy- stające zza umywalki, pojedyncze okazy wpełzające na kołdrę: a to ciężarna samica ciągnąca blady kokon, a to dorodny sa- miec wysoko unoszący swe ciało na owłosionych odnóżach, a to bezradne młode kręcące dookoła cienkimi czułkami – wszystko to sprawiało, że jego mózg był wstrząsany elektrycznymi wyła- dowaniami neuronów. Anwaldt zwijał się cały boleśnie, w skórę 0 wwiercały się ruchliwe czułki, a w wyobraźni łaskotały go ty- siące odnóży. Wpadał wówczas w furię i bywał niebezpieczny dla innych pacjentów, zwłaszcza od czasu, kiedy zauważył, że niektórzy z nich łapią owady do pudełek po zapałkach i pod- rzucają do jego łóżka. Dopiero zapach środków owadobójczych uspokajał rozedrgane nerwy. Sprawę załatwiłoby przeniesienie chorego do innego, mniej zakaraluszonego szpitala w innym mieście, lecz występowały tu nieprzewidziane, biurokratyczne przeszkody i kolejni dyrektorzy rezygnowali z tego pomysłu. Dr Bennert ograniczył się do przeniesienia Anwaldta do poje- dynczej salki, w której trochę częściej przeprowadzano dezyn- sekcję. W okresach poprzedzających wyroje karaluchów pacjent Anwaldt był spokojny i zajmował się głównie studiowaniem ję- zyków semickich. Przy tym zajęciu zastał go podczas obchodu pielęgniarz Jür- gen Kopp. Mimo że dyrektor Bennert nieoczekiwanie zwolnił go z dzisiejszego dyżuru, Kopp nie miał zamiaru opuszczać szpitala. Zamknął drzwi od pokoju Anwaldta i udał się na oddział w są- siednim budynku. Tam usiadł przy stoliku z dwoma kolegami, Frankem i Voglem i zaczął rozdawać karty. Skat był namiętnoś- cią, której oddawał się cały niższy personel szpitalny. Kopp zali- cytował wino i wyszedł dupkiem żołędnym, aby ściągnąć trom- fy. Nie zdążył jednak zabrać sztychu, gdy usłyszeli nieludzki ryk dobiegający przez ciemny dziedziniec. – Ciekawe, który to drze ryja? – zamyślił się Vogel. – To Anwaldt. Właśnie przed chwilą zapaliło się u niego światło – roześmiał się Kopp. – Pewnie znów zobaczył kara- lucha. Kopp miał rację, ale tylko częściowo. To rzeczywiście krzyczał Anwaldt, lecz nie z powodu karalucha: po podłodze jego salki, śmiesznie podrygując długimi odwłokami, spacerowały cztery dorodne, czarne pustynne skorpiony.  I WROCŁAW, SOBOTA 13 MAJA 1933 ROKU. GODZINA PIERWSZA W NOCY MADAME le Goef, Węgierka o pseudofrancuskim nazwisku, wie- działa, jak zabiegać o wrocławskich klientów. Nie wydała ani feniga na prasowy anons czy reklamę, lecz przystąpiła do dzia- łań bezpośrednich. Ufając swej niezawodnej intuicji, wynotowała z książki telefonicznej oraz z księgi adresowej miasta Wrocławia około stu nazwisk. Następnie pewna szeroko ustosunkowana, luksusowa prostytutka zweryikowała listę i okazało się, że prze- ważnie są to nazwiska bogatych mężczyzn. Oprócz tego mada- me sporządziła spis wrocławskich lekarzy oraz wykładowców uniwersytetu i politechniki. Wysłała im wszystkim dyskretne liściki w nie wzbudzających podejrzeń kopertach, informujące o powstaniu nowego klubu, w którym najbardziej wymagający panowie mogą spełnić swe pragnienia. Druga fala reklamy roz- lewała się po męskich klubach, łaźniach parowych, cukierniach i teatrzykach variété. Sowicie nagradzani szatniarze i portie- rzy, w tajemnicy przed alfonsami, którzy im płacili za stręcze- nie swych dziewczyn, wsuwali gościom do rąk i kieszeni płasz- czy pachnące kartoniki ozdobione rysunkiem apetycznej Wenus w czarnych pończochach i cylindrze. Mimo świętego oburzenia prasy i dwóch spraw sądowych klub madame le Goef stał się sławny. Klientom służyło swymi wdziękami, na różne sposoby, trzydzieści dziewcząt i dwóch mło- dzieńców. W salonie nie brakło też występów artystycznych. „Artystki” rekrutowały się z personelu salonu albo – co było częstsze – tu- taj dawały gościnne, hojnie opłacane występy, tancerki zatrud- nione na stałe w kabarecie „Imperial” lub w jakimś teatrzyku rewiowym. Dwa wieczory w tygodniu utrzymane były w stylu orientalnym (taniec nie tylko brzucha kilku „Egipcjanek”, które 5 na co dzień występowały w kabarecie), dwa w klasycznym (ba- chanalia), jeden w rubasznie niemieckim (Heidi w koronkowych majtasach), jeden zaś zarezerwowany byl dla specjalnych gości, którzy na ogół wynajmowali cały klub na dyskretne spotkania. W poniedziałki zakład był nieczynny. Niebawem wprowadzo- no telefoniczną rezerwację, a pruski pałacyk zwany Nadślężań- skim Zameczkiem w podwrocławskim Oporowie stał się sławny w całym mieście. Nakłady zwróciły się szybko, tym bardziej że madame nie była jedynym inwestorem. Lwią część wydatków poniosło wrocławskie Prezydium Policji. Tej instytucji koszty zwracały się nie tylko materialnie. Wszyscy więc byli zadowo- leni, a najbardziej – okazjonalni i stali klienci. Tych ostatnich wciąż przybywało. Bo gdzież by indziej profesor orientalistyki Otto Andreae mógł gonić – uzbrojony w kindżał i w turbanie na głowie – bezbronną hurysę, aby ją posiąść wśród szkarłatnych poduszek, gdzież indziej dyrektor teatru miejskiego Fritz Rhein- felder mógł wystawiać swój tłusty grzbiet na słodkie ciosy butów do konnej jazdy, zadawane przez smukłą amazonkę? Madame dobrze rozumiała mężczyzn i była szczęśliwa, jeśli mogła zaspokoić ich wymagania. Taką chwilę radości przeży- ła niedawno, gdy znalazła dla zastępcy szefa Wydziału Krymi- nalnego Prezydium Policji, radcy Eberharda Mocka dwie dziew- czyny grające w szachy. Madame darzyła tego krępego bruneta o gęstych falujących włosach szczególną sympatią. Radca nie zapominał nigdy o kwiatach dla madame i o drobnych upomin- kach dla dziewcząt, które go chętnie obsługiwały. Był opanowany i milczący, uwielbiał szarady, brydża, szachy i okrągłe blondyn- ki. Swoje namiętności mógł zaspokajać u madame le Goef bez żadnych zahamowań. Zjawiał się regularnie w piątki o północy, wchodził bocznymi drzwiami i nie oglądając występów artystycz- nych, udawał się do swego ulubionego pokoju, gdzie czekały na niego dwie odaliski. Przebierały go w jedwabny szlafrok, karmiły 6 kawiorem i poiły czerwonym reńskim winem. Mock siedział nie- ruchomo, jedynie jego ręce krążyły po alabastrowej skórze nie- wolnic. Po kolacji zasiadał z jedną z nich do szachów. Druga w tym czasie wchodziła pod stół i czyniła coś, o czym miały po- jęcie już ludy prehistoryczne. Grająca z Mockiem w szachy była poinstruowana, że każdemu udanemu ruchowi jest przypisana konkretna koniguracja erotyczna. Toteż po strąceniu pionka lub igury Mock wstawał od stołu i lądował ze swoją partnerką na so- ie, gdzie przez kilka minut ową konigurację realizowali. Zgodnie z zasadami wyznaczonymi sobie samemu, Mockowi nie wolno było zaspokoić żądzy, gdy któraś z przeciwniczek dała mu mata. To mu się już raz zdarzyło – wstał wtedy od stołu, dał dziewczętom po kwiatku i wyszedł, ukrywając gniew i frustrację pod błazeńskim uśmiechem. Potem już nigdy nie pozwalał so- bie na brak koncentracji nad szachownicą. Po jednej takiej długiej partii Mock odpoczywał na soie, czy- tając dziewczętom swoje releksje na temat ludzkich charakterów. Była to jego trzecia pasja, z którą ujawniał się jedynie w swoim ulubionym klubie. Radca kryminalny, miłośnik literatury staro- żytnej, zaskakujący swoich podwładnych długimi łacińskimi cy- tatami, pozazdrościł Neposowi i Teofrastowi, konstruując, nie bez literackich pretensji, charakterystyki osób, z którymi się stykał. Za podstawę służyły mu własne obserwacje i policyjne akta. Średnio raz w miesiącu tworzył opis jednego człowieka, a już istniejące uzupełniał nowymi faktami. Owe dopiski i nowo powstające cha- rakterystyki powodowały wielki zamęt w zmęczonych główkach dziewczyn. Nie zważając na to, siedziały u stóp Mocka, patrzyły w jego okrągłe oczy i czuły wzbierającą w kliencie falę szczęścia. Istotnie, radca kryminalny Mock był szczęśliwy i wychodząc zwykle około trzeciej w nocy, dawał małe prezenty dziewczynom, a sennemu portierowi – napiwek. Szczęście Mocka odczuwał na- wet iakier wiozący go spokojną o tej porze Gräbschener Strasse 7 do okazałej kamienicy na Rehdigerplatz, gdzie radca zasypiał u boku żony, słuchając tykania zegara i pokrzykiwań furmanów i mleczarzy. Niestety, w nocy z 2 na  maja 9 roku radca Eberhard Mock nie zaznał szczęścia w ramionach dziewcząt madame le Goef. Właśnie rozgrywał interesującą obronę sycylijską, gdy ma- dame dyskretnie zapukała do drzwi. Po chwili zastukała powtórnie. Mock odsapnął, zapiął szlaf- rok, wstał i otworzył drzwi, jego twarz była bez wyrazu, ale ma- dame wiedziała, co czuje ten mężczyzna, kiedy mu ktoś przery- wa wyszukany, erotyczno-szachowy kontredans. – Drogi panie radco – właścicielka klubu darowała sobie bez- skuteczne, jak wiedziała, przeprosiny. – Na dole jest pański asy- stent. Mock grzecznie podziękował, szybko się ubrał, w czym po- magały mu usłużne gejsze (jedna wiązała krawat, druga zapi- nała spodnie i koszulę), wyjął z teczki dwie małe bombonierki i pożegnał niepocieszone szachistki. Rzucił „dobranoc” madame i zbiegł po schodach, wpadając z impetem na swojego asystenta Maxa Forstnera, opartego o kryształowy klosz stojącej w hallu lampy. Kryształki zabrzęczały ostrzegawczo. – Baronówna Marietta von der Malten została zgwałcona i za- mordowana – wysapał Forstner. Mock zbiegł po schodach na podjazd, wsiadł do czarnego adlera, trzasnął drzwiami trochę za mocno i zapalił papierosa. Forstner skwapliwie usiadł za kierownicą i zapuścił silnik. Ru- szyli w milczeniu. Przejechali przez most na Ślęzie, kiedy w koń- cu Mock zebrał myśli. – Jak mnie tu znaleźliście? – zapytał radca, uważnie obser- wując przesuwający się po prawej stronie mur Cmentarza Ko- munalnego. Na tle nieba odcinał się wyraźnie trójkątny dach krematorium. 8 – Miejsce pobytu pana radcy zasugerował mi pan dyrektor kryminalny, doktor Mühlhaus. – Forstner wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć: „Wszyscy wiedzą, gdzie w piątki bywa Mock”. – Nie pozwalajcie sobie na takie gesty, Forstner – Mock spoj- rzał na niego uważnie. Jesteście jeszcze wciąż tylko moim asy- stentem. Zabrzmiało to groźnie, ale nie zrobiło na Forstnerze najmniej- szego wrażenia. Mock nie spuszczał wzroku z jego szerokiej twa- rzy („mała, tłusta, ruda kanalia”) i po raz nie wiadomo który po- stanowił, wbrew rozsądkowi, zniszczyć bezczelnego podwładnego. Nie było to łatwe, gdyż Forstner został przyjęty do Wydziału Kry- minalnego wraz z nastaniem rządów nowego prezydenta policji, fanatycznego nazisty Obergruppenführera SA Edmunda Heine- sa. Mock dowiedział się, że jego asystent nie tylko jest protego- wanym Heinesa, ale chełpi się dobrymi stosunkami z samym no- wym nadprezydentem Śląska, Helmuthem Brücknerem, którego narzucili naziści krótko po wygranych wyborach do Reichstagu. Radca pracował jednak w policji prawie ćwierćwiecze i wiedział, że zniszczyć można każdego. Dopóki miał władzę, dopóki sze- fem Wydziału Kryminalnego był stary mason i liberał Heinrich Mühlhaus, mógł nie dopuszczać Forstnera do poważnych spraw i oddelegować go na przykład do spisywania prostytutek pod hotelem „Savoy” przy Tauentzienplatz albo do legitymowania homoseksualistów pod pomnikiem cesarzowej Augusty na pro- menadzie pod Szkołą Sztuk Pięknych. Najbardziej irytował Mo- cka fakt, że nie zna żadnych słabostek Forstnera – jego akta były czyste, codzienna obserwacja podpowiadała jedno tylko, zwięzłe określenie: „tępy służbista”. Co prawda bliskie stosunki z Heine- sem, o którym powszechnie wiedziano, że jest pederastą, podsu- wały Mockowi niejasne podejrzenia, ale było to zbyt mało, aby podporządkować sobie tę wtyczkę – agenta gestapo Forstnera. 9 Dojeżdżali do Sonnenplatz. Miasto tętniło podskórnym ży- ciem. Zazgrzytał na zakręcie tramwaj wiozący robotników dru- giej zmiany z fabryki Linkego, Hofmanna i Lauchhammera, mi- gały gazowe latarnie. Skręcili w prawo, w Gartenstrasse: pod halą targową tłoczyły się furmanki dowożące ziemniaki i ka- pustę, stróż secesyjnej kamienicy na rogu Theaterstrasse, zło- rzecząc, naprawiał lampę przy bramie, dwóch pijanych burszów zaczepiało prostytutki dumnie spacerujące z parasolkami pod Domem Koncertowym. Minęli salon samochodowy Kotschen- reuthera i Waldschmidta, budynek śląskiego Landtagu i kilka hoteli. Nocne niebo rozpylało mglisty deszczyk. Adler zatrzymał się z drugiej strony Dworca Głównego, przy Teichäckerstrasse, naprzeciw łaźni natryskowych. Wysiedli. Ich płaszcze i kapelusze pokryły się wodnym pyłkiem, mżawka osia- dała na ciemnej szczecinie Mocka i na gładko ogolonych policz- kach Forstnera. Potykając się o szyny, przeszli na boczny tor. Do- okoła stali umundurowani policjanci i kolejarze rozmawiający podniesionymi głosami. Właśnie nadchodził z charakterystycz- nym kuśtykaniem policyjny fotograf Helmut Ehlers. Do Mocka podszedł stary policjant z lampą naftową, którego wysyłano do najbardziej makabrycznych zbrodni. – Kriminalwachtmeister Emil Koblischke melduje się – przed- stawił się, jak zwykle, choć było to niepotrzebne; radca dobrze znał swych podwładnych. Koblischke osłonił dłonią papierosa i przyjrzał się uważnie Mockowi. – Gdzie jest pan radca i ja, tam musi być źle – pokazał wzro- kiem wagon salonkę, na której przymocowana była tablica „Ber- lin–Breslau” – tu jest bardzo źle. Na korytarzu salonki wszyscy trzej ostrożnie przestąpili ciało leżącego kolejarza. Nalana twarz zastygła w maskę bólu. Nie było śladów krwi. Koblischke chwycił zwłoki za kołnierz i posadził, głowa kolejarza przekrzywiła się na bok, a kiedy 20
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Śmierć w Breslau
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: