Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00389 006913 13879029 na godz. na dobę w sumie
Smocza Krew. Wybraniec - ebook/pdf
Smocza Krew. Wybraniec - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 419
Wydawca: Goneta Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-6378339-6 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> fantasy
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Życie mieszańca nie jest łatwe. Najlepszym tego dowodem jest Drasan, bohater „Smoczej krwi”. Historia w stylu fantasy, w której pojawiają się istoty znane nam z innych tego typu powieści, współżyjące w Lineland na równi z ludźmi. Mowa tu o jednorożcach, smokach i elfach. W niniejszym dziele żadna z tych nacji nie jest jednak dobra. Wyjątek stanowi Drasan, książę wychowany na królewskim dworze Sheardon. Jest jedynym synem Wayi, zwanej wilczycą z Sheardon, posiadaczki magicznej mocy, której większą część przekazała swojemu wychowankowi. Mimo upływu lat czarownica zachowała swoją niczym nie zmąconą urodę. Waya jest czarownicą dobrą, białą. Czarną i złą wiedźmą zaś jest kobieta niespotykanej urody, Dhalia, dążąca do podporządkowania sobie najsilniejszych mocarzy, posiadających niezwykłe uzdolnienia. Zniewala ich podstępnie i wykorzystuje jak pionki w grze o tron. Jej jedynym celem jest sprawować rządy absolutne. To właśnie przez swoje żądze poświęciła życie siostry, zniewalała mężczyzn, smoka, czarowników, no i oczywiście ludzi, czyniąc z nich swoich służących. Wszyscy oni stawali się okrutni, na wzór swej pani. Taki sam los spotkał smoka Gaenora, ostatniego ze swojej starożytnej rasy. Gaenor to dzika bestia żądna krwi, potrafiącą się przemieniać w wyzbytego emocji człowieka. Oczekiwania Dhalii spełniał bez mrugnięcia okiem. Mówiono o nim: bezwzględny, krwiożerczy, okrutny. Nikt nie zapuszczał się na jego jałową ziemię. Na usługach złej czarownicy pozostaje też Boris, krwiożerczy wilkołak, absolutny psychopata czerpiący przyjemność z zabijania.

Dhalia zna historię Wayi, Ashkana i Drasana. Chce wykorzystać niewinnego młodzieńca do swoich niecnych planów. Wykorzystuje więc jego niewiedzę o własnym pochodzeniu i możliwościach. Musi się jednak spieszyć, póki te osobliwe zdolności się nie objawiły. Porywa i torturuje księcia, by zmusić go do poddaństwa. Ku rozpaczy kobiety, ten jednak opiera się jej magicznym zdolnościom. Drasan małymi kroczkami dowiaduje się całej prawdy o sobie. Wciąż prześladowany, bezwzględnie tępiony przez magiczne rasy i Dhalię, kroczy jednak do przodu, by zniszczyć krwiożerczą wiedźmę. Wciąż ma przed oczyma niegdyś stanowiące azyl bezpieczeństwa ziemie, tak brutalnie zniszczone, doszczętnie splądrowane przez okrutną czarownicę. A wszystko w imię władzy, by dotrzeć do niego samego, kalecząc i zabijając jego najbliższych. Uderzając tam, gdzie zaboli najbardziej… Powołując się na jego ludzką naturę, na jego uczucia. Pozbawiony rodziny i domu, za sprawą Wayi i Ashkana, swojego mentora - jednorożca, Drasan szybko poznaje prawdę o swoim pochodzeniu.

 

Mroczne to czasy, w których przyszło mu żyć. Tkwiąca w nim krwiożercza bestia, dziedzictwo starodawnego rodu smoków, którego ostatnim potomkiem okazuje się Drasan, stoczy walkę z tkwiącym w nim głęboko człowieczeństwem, które jednak często przysparza mu nie lada kłopotów. Kto wygra ten pojedynek? Czy dobro zwycięży i wreszcie na ziemiach Lineland zapanuje spokój?

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Yarred klęczał przed podwyższeniem, na którym spoczywał rzeźbiony drewniany tron, nawet nie próbując podnosić wzroku na królową. Po tym, jak odkryto nieobecność Drasana, jego pierwszego wezwano do sali tronowej. Wcale go to nie zaskoczyło. Wczorajszej nocy to on odpowiadał za warty przy bramach, a i był przecież najlepszym przyjacielem księcia. — Kapitanie Cordydian — odezwała się królowa. — To pan był wczoraj odpowiedzialny za ochronę zamku i po raz ostatni widział księcia — stwierdziła jakby po chwili namysłu, a głos jej się załamał. Yarred wiedział, co teraz nastąpi, mimo to odpowiedział: — Jego książęca mość wyruszył na nocną przejażdżkę. — A ty mu na to pozwoliłeś? — W głosie królowej zabrzmiała groźna nuta. Yarred wstał z klęczek i po raz pierwszy odważył się spojrzeć na swoją władczynię. Królowa była piękna. Mimo swego wieku zachowała zapierającą dech w piersiach urodę. Liliowa suknia idealnie opinała jej kobiece krągłości, a długie falowane blond włosy sięgały do pasa. Miała łagodnych rysach i zdumiewające oczy w kształcie migdałów o kolorze płynnego złota. twarz o I to właśnie te oczy wpatrywały się uporczywie w kapitana, który, zaskoczony swoją śmiałością, ponownie wlepił wzrok w podłogę i przemówił do swoich butów: — Tak, wasza wysokość. Próbowałem go zatrzymać, ale nie chciał mnie słuchać. — Ach, to takie typowe dla niego — warknęła królowa, odwracając się ze złością. Yarred skulił się, słysząc znajomy ton głosu. Waya niezwykle rzadko wpadała w złość, ale gdy to już następowało, powodem jej gniewu niemal zawsze było zachowanie Drasana. — I cóż ja mam z nim zrobić? — przemówiła bardziej do siebie niż do niego. Gdy Yarred odważył się na chwilę unieść wzrok, zauważył, że królowa dygocze. Zdumiał go ten widok. Waya była kobietą dumną i władczą. Jej łzy przeraziły go bardziej niż wszystko, co dotychczas widział w swoim życiu. Królowa tymczasem ciągnęła swój wywód: — Zawsze taki sam... — wyszeptała, łkając cicho. — Mam wrażenie, że nigdy nie dojrzeje na tyle, by przejąć moje obowiązki. Zbyt często przymykam oko na jego wybryki. Powinnam już dawno wybrać mu stosowną narzeczoną i zmusić do ożenku. Yarred słuchał jej z kamienną twarzą. Po raz pierwszy widział swoją królową w takim stanie i nie bardzo wiedział, jak ma zareagować. Wydawała się teraz krucha i delikatna. Waya zdawała się go nie zauważać, z jej twarzy biło cierpienie. Nie mogąc znieść tego przykrego widoku, kapitan gwardii ponownie spuścił wzrok. — Myślałam, że uczynię z niego króla. Pobłażałam mu, wierząc że z czasem dojrzeje do roli władcy. Czekałam aż skończy z tymi młodzieńczymi fantazjami i wśród tych pięknych dam odnajdzie w końcu tę, która stanie się jego żoną, a w przyszłości królową. — Westchnęła głęboko. — Jestem już stara, Yarredzie… Starsza niż to sobie wyobrażasz. Marzę o dniu, w którym złożę odpowiedzialność za losy królestwa na barki kogoś, kto będzie tego godny. Przez lata przygotowywałam do tego Drasana. Możesz więc sobie wyobrazić, jak wielki ból sprawia mi jego lekkomyślne zachowanie. Yarred milczał, bo niby co miał powiedzieć? Jego przyjaciel naprawdę nie był wzorem książęcych cnót. Prawdę mówiąc, Drasan robił wszystko, byle tylko wymigać się od obowiązków, dokładnie tak, jak mówi królowa. Co więcej, kapitan miał stuprocentową pewność, że zaraz wkroczy do sali tronowej z tym swoim bezczelnym uśmiechem przyklejonym do twarzy. Może dlatego nie zdziwił się, gdy dobiegły go jakieś głosy po drugiej stronie wrót. Ktoś zażarcie kłócił się z wartownikami, którzy otrzymali rozkaz nie wpuszczania nikogo do sali tronowej. Królowa podniosła swoje zaczerwienione od płaczu oczy i wbiła je w drzwi. Chwilę później otwarły się z rozmachem i do komnaty wparował jak burza wysoki, smukły elf o srebrzystych włosach sięgających do połowy pleców, które powiewały za nim niczym sztandar, gdy tak energicznie kroczył w stronę podwyższenia. W jego stalowoszarych oczach błyszczał gniew. Yarred obserwował go czujnie, bo choć był pewien że nie zamierza skrzywdzić królowej, to jak przystało na kapitana gwardii miał obowiązek interweniować, gdyby sprawy potoczyły się nie tak, jak powinny. Zerknął tylko na osłupiałych strażników, którzy pospiesznie zamknęli wrota. Tymczasem Mistrz Ashkan — gdyż to właśnie on wdarł się do komnaty — który wbrew powszechnym opiniom nie był elfem, tylko jednorożcem, a tę postać przybierał tylko wtedy, gdy wymagały tego odpowiednie okoliczności, przemówił miękkim melodyjnym głosem, w którym jednak można było wyczuć subtelną nutę gniewu: — Drasan zniknął. Nie stawił się na poranny trening walki, a nigdy dotąd go nie opuścił. Służba nie widziała go od wczoraj, a od stajennego dowiedziałem się, że po kolacji książę rozkazał mu zostawić w stajniach osiodłanego konia. Jesteś mi winna wyjaśnienia. Czując rosnące napięcie, Yarred stanął po lewej stronie podwyższenia tronu, gotów w każdej chwili zasłonić królową własną piersią. To był jego obowiązek. Kątem oka dostrzegł, że królowa wstała i na powrót stała się dumną władczynią — Wilczycą z Sheardon. — Mistrzu Ashkanie, w innych okolicznościach zapewne wezwałabym straż i rozkazała wyprowadzić cię z sali — w głosie Wayi zabrzmiał gniew. — Szanuję ciebie i twoją pozycję. W zamian wymagam tego samego. Tak jak mi nakazałeś, strzegłam tego chłopca przez dwadzieścia jeden wiosen, zapewniając mu najlepszą ochronę, na jaką było mnie stać. — I przyszedł czas, by powiedzieć mu prawdę. Musi wiedzieć, kim jest — oznajmił z naciskiem jednorożec. — Jego zachowanie zbyt często wymyka się spod kontroli, a do głosu dochodzą emocje zagłuszające zdrowy rozsądek. Chyba nie muszę ci tłumaczyć, co to oznacza. Jeżeli się zdradzi o jeden raz za dużo, ona natychmiast się o tym dowie. Wszędzie ma swoich szpiegów. Prawdę? Yarred z niepokojem zerknął na królową. Jaką prawdę? Z tego co pamiętał, jego dziadek, lord Cordydian, był wówczas kapitanem gwardii. Którejś nocy Ashkan zjawił się w zamku, niosąc na rękach nieprzytomną kobietę, która miała na ciele kilkanaście ran po ugryzieniu wilków. Kobieta była w zaawansowanej ciąży i straciła mnóstwo krwi. Postawiono na nogi wszystkich uzdrowicieli na zamku i w mieście. Trzeba było działać szybko, by wydobyć dziecko z jej łona, zanim serce przestanie bić. Na szczęście na brzuchu było tylko kilka niewielkich zadrapań. Już wtedy szeptano, że to nie mogło być zwykłe zwierzę, że ugryzienia nie były przypadkowe. Wszystkie starannie ominęły główne arterie. Ktoś chciał wykończyć matkę, ale ocalić noworodka. Tylko dlaczego? Serce kobiety stanęło chwilę po tym, jak uzdrowiciele wydobyli z jej łona maleńkiego chłopczyka. Gdy było po wszystkim, pochowano matkę w bezimiennym grobie, a chłopcu nadano imię Drasan. Bezdzietna zaś dotąd królowa zaadoptowała go, czyniąc tym samym następcą tronu. Wszystkim, którzy byli świadkami tych dziwnych wydarzeń, zakazano o tym mówić pod karą śmierci. Dziadek Yarreda powiedział mu o tym dopiero na łożu śmierci, wymuszając na nim przysięgę, że nikomu się nie zdradzi, zwłaszcza księciu. Kapitan zdawał sobie sprawę, że książę może przeżyć szok na wieść, że jego matkę zamordował jakiś potwór. A teraz Mistrz Ashkan żądał, by królowa wyjawiła Drasanowi prawdę? Coś tu było nie w porządku. — Nie mogę tego zrobić — oznajmiła królowa po długiej chwili ciszy. — Prawda go zniszczy, Ashkanie. — Wiesz, że im dłużej to przed nim ukrywamy, tym większe grozi mu niebezpieczeństwo? — Zapytał Ashkan, a spojrzenie jego stalowych oczu nieco złagodniało. — Więc ty mu to powiedz! — Wybuchła niespodziewanie Waya. — Jeżeli ja to zrobię, znienawidzi mnie! Jak mogłabym mu wyznać, że od zawsze był okłamywany, że ukryłam jego istnienie przed całym światem?! Albo że pochowałam jego matkę w bezimiennym grobie, choć dobrze wiedziałam, kim jest! — Ayla oddała za niego życie. To najwyższa ofiara. Jeśli nadal będziesz to przed nim ukrywać, jej ofiara pójdzie na marne — powiedział Ashkan cicho, ale dość dobitnie. — Dlaczego nie pozwolisz mu na życie, które dla niego wybrałam? — Po policzkach królowej popłynęły łzy. — Mógłby się ożenić! Mógłby być szczęśliwy, dożyć sędziwego wieku otoczony gromadką wnucząt! Yarred czuł się coraz bardziej niezręcznie. Jakaś część jego duszy pragnęła odejść stąd i zostawić królową samą, ale obowiązek nakazywał mu pozostać na miejscu. — Wiesz, że nie takie jest jego przeznaczenie. Musisz mu pozwolić odejść — Ashkan przemawiał kojącym głosem. — Zrobiłaś wszystko, co mogłaś. Zapewniłaś mu spokojne dzieciństwo i nauczyłaś wszystkiego, co powinien wiedzieć. Na tym kończy się nasze zadanie. Dalej musi sobie radzić sam. Yarred słuchał tego z rosnącym niepokojem. Jakiż to straszliwy sekret ukrywają przed Drasanem przez tyle lat, że królowa tak się przed tym wzdryga? — Jesteś pewien, że to on jest tym, o którym mówi przepowiednia? — Zapytała cicho królowa, ocierając łzy jedwabną chusteczką. Jej słowa przeszyły Yarreda niczym lodowata lanca. Przepowiednia? — Wszystko na to wskazuje — odrzekł Ashkan. Kapitan słuchał ich rozmowy w całkowitym osłupieniu. Drasan miał być Wybranym? Przecież to niemożliwe! Znał go niemal od dziecka. Nie dane mu było jednak dłużej się nad tym zastanawiać, bo nagle drzwi otwarły się i do sali wszedł, a raczej wbiegł zdyszany posłaniec. Na jego głowie widniała paskudna rana i cały był powalany krwią. — Wasza wysokość… czarni rycerze… przeszli przez rzekę... zaatakowali twierdzę Garbon... — wydyszał, po czym padł zemdlony na podłogę. Yarredowi krew odpłynęła z twarzy. Twierdza Garbon leżała przy wschodniej granicy zaledwie staje od miasteczka Athar, a to właśnie tam — kapitan był tego pewien — pojechał Drasan. — Pani — zwrócił się do królowej, czując rosnącą gulę w gardle. — Książę pojechał wczoraj w kierunku wschodniej granicy. Królowa spojrzała na niego rozszerzonymi ze strachu i wciąż podpuchniętymi od płaczu oczami. — Jesteś tego pewien? — zapytała lekko drżącym głosem. Yarred wolał nie odpowiadać na to pytanie, ale spojrzenie bursztynowych oczu Wilczycy z Sheardon było nieustępliwe. — Tak, wasza wysokość — odrzekł bezbarwnym tonem, spuszczając wzrok. — Pani — odezwał się Mistrz Ashkan po długiej, pełnej napięcia ciszy. — Ten atak to jedynie zasłona dymna. Przyszli po niego... Przyszli, by dokończyć swoje dzieło sprzed dwudziestu jeden lat. Gdy tylko do Yarreda dotarł sens tych słów, poczuł, jak po plecach przebiega mu zimny dreszcz. Oczami wyobraźni zobaczył swojego przyjaciela leżącego w kałuży krwi. Uniósł wzrok i zobaczył odbicie wszystkich swoich lęków w tych pozbawionych źrenic stalowych oczach. — Co Mistrz ma na myśli? — To pytanie wyrwało mu się mimo woli. Jednorożec spojrzał na niego, a usta wykrzywił mu lekko ironiczny uśmiech. — Nie zabiją go, kapitanie Cordydian. Jeśli go schwytają, czeka go los o wiele gorszy od śmierci. O wiele cenniejszy jest teraz żywy niż martwy. Yarred nie zrozumiał. Co mogło być gorszego od śmierci? — Wierz mi, Yarredzie, że jeżeli czekałby cię ten sam los, w tej właśnie chwili przebiłbyś się własnym mieczem. Istnieją rzeczy o wiele gorsze od śmierci. Po raz pierwszy w życiu kapitan poczuł paraliżujący lęk. Po raz pierwszy czuł się całkowicie bezsilny. Spojrzał na królową, która ukryła twarz w dłoniach, a później przeniósł wzrok na leżącego w kałuży krwi młodzieńca, który z pewnością nie miał jeszcze osiemnastu Drasanowi, on zrobi co w jego mocy, by go przed tym ocalić. lat. Wtedy Yarred podjął decyzję. Cokolwiek zagrażało * * * Drasan nie miał wyboru. Pozostało mu tylko czekać na to, co teraz nastąpi. Jeszcze kilkakrotnie próbował przywołać swoją dość kapryśnie działającą moc. Bezskutecznie. Wiedział już, że go nie zabiją. Tajemnicą pozostawało jednak, kto zlecił jego porwanie, bo w bajki o Gaenorze nie zamierzał wierzyć. Kłopot polegał na tym, że osób które chętnie pozbyłyby się następcy tronu Sheardon było na pęczki. Jednak tylko kilka z nich było stać na wynajęcie czarownicy. Kiedy tylko uda mu się z tego wyjść cało, każe przesłuchać wszystkich. Tymczasem musiał grać na zwłokę. Ulrica siedziała naprzeciwko, obserwując go spode łba. Zupełnie jakby chciała, by dał jej pretekst do działania. Znał takie kobiety jak ona. Nie brakowało im urody, ale mimo to wybierały wojaczkę i życie najemnika. Zwykle traktowały swoją pracę niezwykle honorowo. „Nie zaszkodzi spróbować” — pomyślał, po czym odchrząknął i zagaił: — Zdaje się, że wiesz kim jestem? Najemniczka posłała mu ponure spojrzenie, ale nic nie odrzekła. — Jestem jedynym prawowitym dziedzicem tronu Sheardon — ciągnął nie zrażony brakiem odpowiedzi książę. — Mam duże wpływy i dość złota. Jeśli mi pomożesz... — Milcz — syknęła przez zaciśnięte zęby. — Chyba nie zrozumiałaś — wycedził Drasan. — Kiedy zjawi się tu oddział królewskiej straży, żeby mnie odbić, wszyscy, którzy... — To ty czegoś nie rozumiesz, wasza wysokość — przerwała mu cichym złowrogim głosem. — Nikt nie przybędzie ci z odsieczą. Zanim zorientują się, co się stało, my będziemy już bardzo daleko, a póki co mają inne, ważniejsze sprawy na głowie, więc posłuchaj życzliwej rady i siedź cicho. Książę uśmiechnął się jedynie i odrzekł: — Nie wierzę w te bajki o Gaenorze... — urwał w pół zdania, bo oto zza zakrętu wyłoniło się kilkunastu jeźdźców. Na czele, na wielkim karym ogierze z ozdobionym dwoma rogami hełmem galopował ów tajemniczy towarzysz Ulricy. Tym razem jego twarzy nie zacieniał kaptur i w ciepłych promieniach porannego słońca wyraźnie było widać szpecącą jego twarz podłużną szramę. Blizna, która bez wątpienia była pamiątką po cięciu mieczem bądź szablą, przebiegała przez niemal całą jej długość. Zaczynała się bowiem na czole, przecinała w poprzek nos, lewy policzek i kończyła się tuż przy linii szczęki. Na czoło i policzki opadały mu strąki tłustych czarnych włosów, z których część zasłaniała lewe oko. Jakby czytając w jego myślach, mężczyzna niedbałym ruchem odrzucił włosy z czoła, odsłaniając ziejącą w miejscu lewego oka czarną dziurę. Uśmiechnął się, co nadało jego obliczu jeszcze bardziej makabryczny wygląd. Zatrzymał konia i gestem to samo polecił swoim podwładnym. Kiedy zsiadał, Drasan zobaczył kołyszący się przy jego pasie znajomy mu miecz, którym jeszcze nie tak dawno sam mu groził. Zawrzała w nim wściekłość, która jeszcze się pogłębiła, gdy nieznajomy rzekł, nie odwróciwszy się: — Nie spodziewaj się odsieczy, książę — po tych słowach oddał wodze jednemu ze swoich podwładnych i podszedł bliżej. Drasan obserwował go uważnie, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół rysów jego twarzy. Wiedział już, że nie ma szans na ucieczkę, przynajmniej dopóki ten osobnik przebywa w obozie. Wyczuwał w nim coś dziwnego, chyba nie był do końca człowiekiem. Jakby czytając w jego myślach, przystojniak przekrzywił głowę raz w jedną, raz w drugą stronę, po czym rzekł: — Uprzedzę twoje następne pytanie. Nie obchodzi mnie, kim jesteś, bachorze. Nie ważne też, ile masz złota. Szukałem cię zbyt długo, by teraz wypuścić za garść błyskotek — mówiąc to, pochylił się tak nisko, że Drasan wyczuł bijący od niego smród — woń krwi i śmierci. Cofnął się, zdjęty grozą. Mężczyzna wyszczerzył zęby w uśmiechu i wtedy wyszło na jaw, że wcale nie przypominają ludzkich. Szczególnie kły, długie i zakrzywione, podobne do wilczych. Nieznajomy był wilkołakiem. — No, dalej — warknął cicho. — Krzycz. I tak nikt cię teraz nie usłyszy. Muszę przyznać, że pachniesz całkiem smakowicie, a pulsowanie krwi w twoich żyłach jest niezwykle kuszące. — Jeśli myślisz, że się ciebie przestraszę, to jesteś w błędzie — wycedził książę. Wilkołak zaśmiał się cicho. — Ty już się boisz — rzekł tym samym tonem, z tym że teraz brzmiało w nim szyderstwo. — Cuchniesz strachem, smoczy pomiocie. Drasan bezskutecznie próbował się uspokoić. Serce waliło mu jak młotem, krew pulsowała w żyłach. Nigdy dotąd nie widział wilkołaka, ale wiedział, jak takowego rozpoznać. Ten mężczyzna nosił w sobie bestię, choć potrafił trzymać ją w ryzach. W starciu z nim na nic była wszelka broń, chyba że wykonano ją ze srebra i wzmocniono magią. — Zwą mnie Boris — mruknął mężczyzna, siadając naprzeciwko młodzieńca. — Dobrze sobie zapamiętaj to imię, smarkaczu, bo od tej chwili będziesz robił dokładnie to, co ci każę. Pomimo paraliżującego go strachu, Drasan skwitował jego wypowiedź wybuchem śmiechu. — Jestem przyszłym królem. Nie mam zamiaru słuchać zwierzaka, który niewątpliwie jest czyimś sługusem — wycedził pogardliwie, nie spuszczając wzroku z twarzy Borisa. Wilkołakowi nawet nie drgnęła powieka. — Jesteś hardy — warknął. — Jak ta suka, twoja matka. Uśmiech spełzł z twarzy księcia. Jego matka? Nagle zapomniał o tym, gdzie jest i kogo ma przed sobą. Zawrzał w nim gniew. — Nie waż się obrażać mojej matki — wycedził. — Nie jesteś godzien choćby... — Nie miałem na myśli królowej, tylko twoją prawdziwą matkę — odrzekł z niewzruszonym spokojem Boris. Po raz kolejny odgarnął włosy z czoła, ukazując koszmarną dziurę w czaszce. — To jej robota — dodał. Drasanowi zaschło w ustach. Nie znał swojej matki. Waya powiedziała mu, że zmarła przy porodzie. Od zawsze wiedział, że był adoptowany, jednak od pamiętnej rozmowy, gdy królowa mu to wyjaśniła, nigdy więcej o to nie pytał. Owszem, czasem usiłował sobie wyobrazić jak wyglądała jego prawdziwa matka, jednak zawsze pozostawało to tylko w sferze mglistych rozmyślań. — Rozjuszyła mnie tym, więc rozerwałem jej pierś, jednak nim dokończyłem zadanie, zjawił się ten jej jednorogi obrońca. — Uśmiechnął się, ukazując szpecącą jego twarz bliznę. — To on mnie tak urządził. Byłem pewien, że ta dziwka jest już martwa. Jak widać, niewiele się pomyliłem... Słuchając go, Drasan nie wiedział, co ma myśleć. Te słowa wywracały jego świat do góry nogami. Kim była jego matka? Kto chciał ją zabić, nim wydała go na świat? Te i setki innych pytań kłębiły się w jego głowie. — Szukałem jej, ale zupełnie jakby zapadła się pod ziemię. Oto nagle na sheardońskim dworze pojawia się znikąd dziecko… chłopiec. Wiek się zgadzał, ale moja pani postanowiła zaczekać aż dzieciak zacznie przejawiać niezwykłe zdolności. — Uśmiechnął się jeszcze szerzej. — Porwanie smarkacza z królewskiego dworu jest zbyt ryzykowne. Padła więc kolejna propozycja, by zaczekać aż książę trochę podrośnie. Wywabienie cię z zamku okazało się dziecinnie proste, a później poszło jeszcze łatwiej. Użyłeś Energii Smoczego ognia w bardzo nieodpowiedzialny sposób. I znowu byłem pewien, że już jesteś martwy, ale okazałeś się silniejszy niż się spodziewałem. Drasan czuł, jak grunt osuwa mu się spod nóg. Ten osobnik wiedział o nim więcej od niego samego. To rzuciło na wydarzenia ostatniej nocy nieco więcej światła. Wszystko, co dotąd wydawało mu się czystym absurdem, nagle stało się całkiem logiczne. Kimkolwiek była kobieta nazywana przez Borisa „panią”, stanowiła klucz do rozwiązania zagadki. — Kim jest twoja pani? — Zapytał cichym, ochrypłym głosem. Boris obrzucił go krótkim spojrzeniem. — Niedługo ją poznasz — rzucił krótko. Drasan wiedział, że zadawanie kolejnych pytań jest bez sensu. Boris wyraźnie stracił chęć do rozmowy, bo nagle podniósł się i spojrzał na siedzącą obok Ulricę, jakby dopiero teraz ją dostrzegł. — Zwijamy się — rozkazał. — Księcia wsadzimy na Demona. On słucha wyłącznie mnie, więc nie ruszy się, póki mu nie każę. — Zaraz — warknął książę, pokazując swoje skrępowane ręce. — Mam jechać konno ze związanymi na plecach rękoma? Boris nie odpowiedział. Zamiast tego skinął na dwóch stojących najbliżej osiłków. Jeden z nich wyciągnął nóż. Drasan cofnął się odruchowo, jednak wielki mężczyzna podszedł do niego i bez słowa rozciął krępujące go więzy. Następnie chwycił go za kołnierz i postawił na nogach. Po tych dość brutalnych zabiegach obaj nie wyrzekłszy słowa zaprowadzili go do najbliższego drzewa, gdzie ponownie został związany, z tym że tym razem znacznie ciaśniej. Boris na chwilę zniknął w gęstwinie, by wrócić po chwili, ciągnąc za sobą wspaniałego karego ogiera. Demon… Taak, to imię do niego pasowało. Czarny niczym noc, pięknie umięśniony, gęsta grzywa opadająca kaskadą na łabędzią szyję, pięknie lśniąca sierść. Koń nosił na sobie osobliwą zbroję składającą się z rogatego hełmu i nabitego kolcami napierśnika. Wilkołak z uwielbieniem pogładził swojego wierzchowca po szyi. Widać było, że jest dla niego o wiele więcej wart niż ludzie, którymi dowodził. — Co to ma znaczyć? — zapytał Drasan, gdy jeden z osiłków dość brutalnie przycisnął jego głowę do pnia. — To takie małe zabezpieczenie — odrzekł spokojnie Boris. — Na wypadek, gdybyś mimo wszystko próbował uciec. — To mówiąc, wyciągnął spod płaszcza małe zawiniątko. Rozwijał je powoli, jednocześnie niedbałym krokiem zbliżając się do unieruchomionego chłopaka. Wewnątrz zawiniątka znajdowały się trzy przedmioty: dwie fiolki — jedna z jadowicie fioletowym, a druga z bladoróżowym płynem — oraz niewielki sztylet o bardzo cienkim ostrzu. — Co to jest? — zaniepokoił się Drasan. Boris nie odpowiedział, tylko wykonał jakiś dziwny gest, a jeden z trzymających Drasana osiłków niespodziewanie szybko dobył krótkiego noża, którym rozciął kaftan, kolczugę, a następnie koszulę księcia, jakby wykonano to wszystko z papieru. Młodzieniec odetchnął dopiero wówczas, gdy ten schował nóż i krótkim szarpnięciem odsłonił jego nagą pierś. Wilkołak uśmiechnął się, prezentując długie kły. — Pewnie zastanawiasz się teraz, co to jest? — Mruknął, pokazując obie fiolki, po czym, nie czekając na odpowiedź, kontynuował: — W jednej z tych fiolek znajduje się trucizna. Prawdziwe cudo. Wystarczy tylko łyczek, a ofiara umiera w ciągu dwóch dni, nawet nie wiedząc, co ją zabiło. Ty jesteś pół-smokiem, więc zdechłbyś w przeciągu trzech, góra czterech dni. A to — wskazał na fiolkę z jasnoróżowym płynem — jest niezwykle rzadkie antidotum na tę truciznę — to powiedziawszy, schował fiolkę z antidotum za pazuchę i odkorkował tę drugą. — Zaczekaj — powiedział Drasan, a serce waliło mu gdzieś w okolicy jabłka Adama. Jeśli to naprawdę była trucizna, to nie miałby wyjścia, musiałby jechać tam, dokąd udawał się też i ten potwór. — Przecież chcecie mnie żywego, a przeprawa przez góry potrwa kilka dni, więc... — Nie potrzebujemy kilku dni — przerwał mu niecierpliwie wilkołak. — Będziemy w Rosher przed zachodem słońca. Moja pani zabierze nas stąd magicznym portalem. „Magiczny portal?” — słowa przebiegły jak echo w myśli Drasana, wzbudzając przerażenie, ale i podniecenie zarazem. Dotąd tylko o tym czytał. Portale były niezwykle trudne do wytworzenia. Potrzeba bardzo dużo energii, żeby stworzyć tunel łączący dwa odległe punkty i utrzymać na tyle długo, by ktokolwiek zdołał się nim przedostać na drugą stronę. — Nie musisz tego robić — powiedział Drasan cichym, ochrypłym głosem, bo nagle zaschło mu w gardle. Wilkołak uśmiechnął się tylko, po czym zanurzył cienkie ostrze w wypełniającym fiolkę płynie. Uśmiechając się nieprzerwanie, jednym szybkim ruchem rozciął skórę na piersi księcia. Zapiekło, jednak już po chwili rana zasklepiła się tak, iż został po niej jedynie różowy ślad. Sztylet i fiolka zniknęły, a dwóch osiłków puściło Drasana. Młodzieniec z niedowierzaniem oglądał swoją pierś, bo po rozcięciu nie pozostał nawet ślad. Boris przeciął krępujące go więzy i szerokim gestem wskazał na otaczający go las. — Droga wolna — rzekł. Książę nawet nie drgnął. Nie zamierzał ryzykować. Jeżeli wilkołak mówił prawdę, to właśnie został otruty, a co za tym idzie — pozostały mu trzy, góra cztery dni życia. Niespodziewanie pojawiło się pytanie: „A co, jeśli odsiecz się nie zjawi? Może rzeczywiście mają coś innego do roboty?”. Spojrzał na las, a potem na Borisa. Nie miał wyjścia. Większość ludzi Borisa już siedziała w siodłach. Nachmurzona Ulrica nadal stała opodal, łypiąc na niego spode łba. Wilkołak wrócił do swojego konia i znowu gładził go po szyi, celowo nie patrząc w stronę księcia. Nagle rozległo się dobrze znane Drasanowi rżenie i spomiędzy drzew wyłoniło się dwóch potężnych wielkoludów siłujących się z wierzgającym i raz po raz stającym dęba Ernilem. Ogier dzielnie stawiał opór, jednak widać było, że jest wyczerpany ciągłą walką, bo jego szyję i pierś pokrywała wydobywająca się z pyska piana. Widok ukochanego wierzchowca sprawił, że Drasan podjął decyzję. Od konia dzieliło go zaledwie kilkadziesiąt stóp. Jeśli będzie dość szybki, dotrze do Ernila, nim ktokolwiek zdąży zareagować. Być może wtedy uda mu się uciec. Z tą myślą puścił się biegiem przez polanę, jednak gdy znalazł się ledwie o krok od wierzchowca, lewy bark nagle eksplodował bólem i Drasan z jękiem zwalił się na ziemię jak rażony gromem. Nim zdołał wstać, ktoś kopniakiem przywołał go do porządku i z powrotem powalił na ziemię, po czym warknął nieco zdyszanym, ale zdecydowanie kobiecym głosem: — Leż, smarkaczu. Ulrica wyrwała bełt z jego ramienia, nawet nie siląc się na delikatność, co wywołało kolejną falę bólu. Zaraz potem ktoś kopniakiem przewrócił go na plecy. To był z kolei Boris. Nie uśmiechał się już, lewy policzek drgał mu strasznym tikiem, a jedyne oko jarzyło się czerwienią. Nie zważając na to, że miażdży Drasanowi żebra, oparł jedną nogę na jego piersi i pochylił się, wyciskając mu powietrze z płuc, po czym warknął głucho i nieprzyjemnie, cedząc każde słowo: — Jeśli jeszcze raz spróbujesz uciec, pożałujesz że się urodziłeś, przeklęty bachorze. Puścił wtedy księcia, a ten natychmiast zaczął kaszleć, łapczywie chwytając powietrze. Wilkołak podprowadził swojego konia bliżej i bez słowa wskazał miejsce w siodle. Krzywiąc się z bólu, Drasan wstał i oparłszy zdrową rękę na łęku, z trudem podciągnął się na siodło. — Możemy ruszać — oznajmił pozostałym Boris, chwytając za luźne wodze swojego wierzchowca. Jednak Ulrica nie ruszyła się z miejsca. — A co zrobimy z jego koniem? — wskazała na Ernila, nadal dzielnie stawiającego opór. Wilkołak rzucił zdrowym okiem na parskającego wściekle ogiera, po czym spojrzał na księcia i odezwał się przesadnie uprzejmym tonem: — Wasza wysokość raczy rozwiązać problem ze swoim wierzchowcem, inaczej każę go zastrzelić. Wiedząc, że nie ma wyjścia, Drasan spojrzał w oczy swojego konia, po czym wyszeptał kilka słów, których nauczył go Ashkan. Ogier natychmiast przestał się szarpać i pozwolił się poprowadzić zdyszanym mężczyznom. Zadziałała magia wpajana królewskim wierzchowcom już od źrebięcia. Uczono je między innymi reagowania na kilka uspokajających zaklęć wypowiadanych w starożytnym języku. Pozwalało to jeźdźcowi na zachowanie kontroli nad spanikowanym koniem, nim ten rzuci się do ucieczki. Dlatego też zachowanie książęcego wierzchowca nie zrobiło na wilkołaku najmniejszego wrażenia. Bez słowa i cienia strachu podszedł do Ernila. Ogier położył uszy po sobie i ostrzegawczo kłapnął zębami. Z gardła Borisa wydobył się cichy warkot i już po chwili zaczął się zmieniać. Był to widok mrożący krew w żyłach, jako że proces przemiany wykrzywił wciąż rysy grymasem niewyobrażalnego bólu. Podczas gdy członki rosły, ubranie pękało z donośnym trzaskiem, a spod skóry niczym trawa po deszczu wyrosło gęste buro-czarne futro. Na koniec wydłużyła i rozciągnęła się również twarz, tworząc wilczy pysk, który również pokrył się czarną szczeciną sierści. W efekcie bestia przypominała stojącego na tylnych łapach wilka wielkości sporego niedźwiedzia. jeszcze ludzkie Na widok przerażonej miny Drasana wilczy pysk Borisa rozciągnął się w szerokim uśmiechu, i ku zaskoczeniu zarówno księcia, jak i osłupiałej Ulricy, przemówił nieco ochrypłym, ale zdecydowanie ludzkim głosem: — Szkoda tracić cenny czas. Musimy się dostać do portalu, zanim zaskoczy nas towarzystwo wojsk wysłanych przez Wayę. To mówiąc, podszedł do swojego konia, który nie okazał cienia strachu na jego widok — chwycił za wodze i bez ostrzeżenia ruszył w kierunku gąszczu. Ulrica z trudem opanowała swojego wierzchowca, który szarpał się i rżał przerażony. Wściekła najemniczka warknęła pod nosem kilka przekleństw i podążyła w ślad za wilkołakiem. Boris wiódł ich w sobie tylko znanym kierunku, potężnym cielskiem torując drogę — łamiąc potężne konary, jakby to były cienkie gałązki. Dzięki temu, pomimo że drzewa rosły dość gęsto, poruszali się ze znaczną szybkością. Za nimi jechała kobieta, a pochód zamykało pięciu wojowników Gaenora. Pozostałych pięciu wilkołak wysłał przodem na zwiad. W pierwszej chwili Drasan nie zrozumiał, dlaczego przedzierają się przez bezdroża, skoro niedaleko stąd biegnie ubity trakt gościńca, którym można było bez trudu dojechać do granicy. Boris obrał kierunek na północ, w stronę rzeki. Nie wiódł ich jednak ani do brodu, ani mostu, bo nieznacznie skręcał na wschód. Księciu wydawało się to nieco dziwne. Dopiero gdy las znacznie się przerzedził i można było jechać w wyprostowanej pozycji, odważył się zapytać: — Po co przedzieramy się przez puszczę, skoro mogliśmy jechać wygodnie i szybciej gościńcem? Ku jego zaskoczeniu, Boris zatrzymał się i odrzekł: — Owszem, mogliśmy jechać gościńcem, ale nie chciałem ryzykować spotkania z twoimi przyjaciółmi, skoro idąc przez las mogę tego uniknąć. Dopóki nie ma tu tej wiedźmy Wayi, nikt nie jest w stanie mi przeszkodzić w wykonaniu zadania… Nawet ty, zajmując mnie rozmową. W porównaniu z umiejętnościami, jakie ja posiadłem przez te wszystkie lata, kiedy uczyłem się panować nad moją drugą naturą, twoje są mizerne. Gdybym chciał, już byłbyś martwy i na nic by się zdały nauki, które wpoiła ci wiedźma. Nie jesteś dla mnie żadnym przeciwnikiem, szczeniaku, więc radzę ci: siedź cicho i nie próbuj opóźniać marszu swoimi dziecinnymi gierkami — to warknąwszy, wznowił marsz. Drasan zacisnął szczęki, czując upokorzenie i wstyd. Jak mógł być taki naiwny? Swoją bezmyślnością naraził całe królestwo. Tych, których kochał nad życie. A teraz był bezsilny w rękach tego potwora. Po raz pierwszy strach rzucił cień na jego myśli. Co z tego, że zablokują gościńce, skoro Boris najwyraźniej wiedział, jak te blokady ominąć? Był o wiele sprytniejszy, niż książę przewidywał. Pozostało mu tylko czekać na to co będzie i pogodzić się z faktem, że jest teraz jeńcem. Boris najwyraźniej obrał sobie za cel jak najszybsze wyjście z lasu. Wciąż poruszał się tym samym tempem, nastawiając uszu — jakby słyszał w dali odgłosy zbliżającej się pogoni. Ulrica jechała za nimi pochylona nisko w siodle, by głową nie zawadzić o niskie gałęzie. Raz po raz klęła pod nosem, niezadowolona z drogi, jaką potwór obrał. Wreszcie wilkołak stanął, gestem zatrzymując swojego wierzchowca. Uniósł wielki trójkątny łeb i zaczął węszyć, a jego oko błysło, jakby nagle dojrzał sposobność pofolgowania swoim morderczym żądzom. Nagle zaczął się z zawrotną prędkością wspinać na pobliskie drzewo. Gdy znalazł się tak wysoko, że mógł rozejrzeć się po okolicy, ujrzał rzekę, a nad nią dwóch żołnierzy lekkiej jazdy. Poczuł jak wzbiera w nim chęć zasmakowania krwi, której nie kosztował od tak dawna. Pierwotny wilczy zew odezwał się w nim z ogromną siłą — chęć polowania. Wiedział, że tylko dzięki temu, że potrafił w znacznym stopniu panować nad wilczą naturą, był nieocenionym narzędziem zniszczenia w rękach Gaenora. Nadarzała się wspaniała okazja, by pokazać temu gnojkowi, że nie warto zgrywać bohatera. Ale teraz musiał poskromić głód, by móc wykonać powierzone mu zadanie. Ogarnięty tą myślą, zeskoczył z drzewa, lądując na czterech łapach. Kasztan Ulricy stanął dęba, omal nie wysadzając jej z siodła. Zirytowana kobieta starała się nad nim zapanować, patrząc na Borisa z odrazą. — Jesteśmy już blisko celu. Zaraz wyjdziemy na otwartą przestrzeń — oznajmił im z wyraźną radością. Drasan nie zrozumiał dziwnego podniecenia w jego głosie. Chociaż domyślał się, co może być jego powodem, dlatego poczuł się jeszcze bardziej bezsilny. Zapewne odezwała się w nim mordercza natura i zamierzał jej ulec. — Jeśli zamierzasz zrobić to, o czym myślę, to wiedz, że tak mnie nie złamiesz. Widziałem śmierć wiele razy i nie przeraża mnie ona tak bardzo, jak ci się wydaje — odezwał się młodzieniec niespodziewanie dla samego siebie. Potwór obrócił się do niego i odpowiedział: — Nawet gdybyś podwoił swoje wysiłki, nie zdołasz mnie odwieść od tego, co zamierzam. Od dawna się nie pożywiałem, a teraz mam ku temu okazję. Choć potrafię opanowywać głód, to chcę się trochę zabawić. Czerpię z zadawania śmierci taką samą rozkosz jak ludzie z cielesnych uciech. Obserwowanie jak gaśnie światło życia w oczach moich ofiar napawa mnie euforią. Wiem, że nie boisz się śmierci — zaśmiał się nieprzyjemnie. — Ale jeszcze zaczniesz, szybciej niż ci się wydaje. Po tych słowach, jakby nigdy nic, wznowił marsz, obierając ten sam co uprzednio kierunek. Las rzedł, jechali więc swobodnie gęsiego. Po pewnym czasie, który zdawał się wiecznością, przedarli się przez gąszcz i wyjechali na otwartą przestrzeń. Przed nimi lśniła swymi wodami rzeka, rozlewała się szeroko i płynęła leniwie. Boris znowu się zatrzymał. Zdawał się odczuwać jeszcze większe podniecenie, bo jego szerokie nozdrza drgały i bezustannie strzygł uszami. Wreszcie powiedział do Ulricy: — Pilnuj go dobrze. Tylko pamiętaj, że włos mu z głowy nie może spaść, inaczej zapłacisz za to życiem. Możecie rozbić tu obóz, tylko bez żadnego ognia — zrobił przerwę i spojrzał wymownie na księcia. — Nie chcemy, by nasz jeniec znów spróbował skorzystać ze swojego talentu. Strzeż też jego broni. Jest bardzo cenna i ma trafić w ręce Dhalii. Nikt prócz mnie nie ma prawa jej dotykać. Czy wyrażam się dość jasno i wszyscy zrozumieli, co mają robić? — Jak słońce — odparła pozbawionym emocji głosem kobieta, po czym dodała: — Na twoim miejscu nie zostawiałabym jeńca, który jest tak cenny. Co, jeśli pojawi się jakiś zbłąkany oddział Wayi? — Wtedy zabijecie wszystkich. Byle po cichu. Książę do mojego powrotu ma pozostać związany i w razie potrzeby zakneblowany. Jeszcze jakieś pytania? — Boris spojrzał po twarzach swoich ludzi, ale tym razem nikt się już nie odezwał. Ulrica z nieco nadąsaną miną podeszła do ogiera Borisa z Drasanem na jego grzbiecie; książę zmierzył ją obojętnym spojrzeniem. — Zsiadaj! — Rozkazała mu ostrym tonem. Drasan początkowo nie zareagował, obserwując znikającego między gęsto rosnącymi drzewami potwora, zastanawiając się, czy nie nadarza się właśnie jedyna okazja do ucieczki. Jednak mina mu zrzedła, gdy zobaczył wykrzywioną grymasem wściekłości twarz najemniczki, która wyraźnie nie była zachwycona swoją rolą. „A więc nici z ucieczki” — pomyślał, po czym pogodzony z losem posłusznie zsunął się z siodła. Kobieta uśmiechnęła się drwiąco i powiedziała: — Wreszcie jakieś postępy. Nie radzę ci próbować jakichkolwiek sztuczek. Nie dam się zwieść. Książę zignorował ją, choć w środku aż gotował się ze złości. Ulrica popchnęła go na najbliższe drzewo tak, iż plecami boleśnie ugodził o gruby pień. Przyglądając się mu czarnymi jak dwa węgle oczami, powoli oblizała wargi. Drasan już wiedział, co zaraz nastąpi, ale zanim zdążył zaprotestować, przywarła do jego ust, wpijając się w nie z zadziwiającą siłą. Oszołomiony próbował się wyrwać, ale ona przylgnęła do niego całym swoim ciałem, jedną dłonią wczepiając się w jego włosy. Pod cienkim materiałem wyczuwał wyraźnie krągłości jej ciała. Gdy wreszcie go puściła, w jej spojrzeniu błyszczał tryumf i pożądanie. — Szkoda, że nie możemy się lepiej poznać. Mam przeczucie, że jesteś niezły również w innych dziedzinach. – Wyszeptała z lekkim uśmiechem. Książę już miał coś powiedzieć, ale położyła palec na jego wargach. — Milcz! — Syknęła, po czym dodała już swobodniejszym tonem: — Nie psuj tej chwili. Zapamiętaj ją sobie dobrze, bo może to być ostatnie przyjemne doznanie w twoim życiu. Drasan patrzył na nią z zaciśniętymi zębami. Gdyby tylko nie miał skrępowanych rąk, pokazałby tej żmii, co naprawdę myśli o jej pocałunku. Splunął na ziemię. To był błąd. Najemniczka uderzyła go w twarz otwartą dłonią, rozcinając mu przy tym wargę. Z ukrytej na lewym udzie pochwy wyciągnęła niewielki sztylet i błyskawicznym ruchem przystawiła go mu do gardła, sycząc jak rozjuszona kotka: — Uważaj, szczeniaku. Bo mimo gróźb Borisa wyłupię ci tę butę z oczu. Zapomnij o odsieczy i ucieczce. Nim zajdzie słońce znajdziesz się w Rosher, a tam nauczą cię dobrych manier. Po tych słowach puściła go i schowała nóż. Młodzieniec poczuł ulgę. Przez chwilę był pewien, że najemniczka spełni swoją groźbę. Tymczasem ona pchnęła go ponownie na drzewo i zaczęła przywiązywać grubym sznurem do konaru, zaciskając więzy mocniej niż to było konieczne. Gdy skończyła, raz jeszcze na niego spojrzała i rzekła jadowitym głosem: — Wierz mi, że to co cię czeka w Kahaer jest znacznie gorsze od śmierci. Twardsi od ciebie płaczą na torturach jak małe dzieci. Niewielu to wytrzymuje i zdecydowana większość traci zmysły. Jeśli masz choć odrobinę zdrowego rozsądku, dobrze radzę, ulegnij, zanim stracisz wszystko. — Nigdy — warknął Drasan. — Dopóki starczy mi sił, będę walczył. Aż do ostatniego dnia mojego życia. Ulrica uśmiechnęła się szyderczo. — Wciąż jesteś urzekająco naiwny. Jeszcze nic nie zrozumiałeś? Okłamano cię. Nie jesteś zwykłym gnojkiem z nadmierną pewnością siebie. Wielu cię szukało, ale Waya potrafi ukrywać dowody. Zataiła fakt twoich narodzin przed wszystkimi. Pochowała twoją matkę w bezimiennym grobie, by nikt jej nie szukał. I przez lata karmiła cię kłamstwem o tym, że nie znała jej pochodzenia Jest czarownicą, znała ten fakt na długo przed twoim poczęciem. Zrozumiała kim jesteś i dlatego … — Zamilcz! — krzyknął Drasan, nie mogąc dłużej tego znieść. To było boleśniejsze od otrzymanego niedawno policzka. Kobieta, która go wychowała i kochała jak własnego syna… miałaby go okłamywać? To nie mogła być prawda. Nie byłaby w stanie skrzywdzić go w ten sposób. A jednak, im bardziej o tym myślał, tym bardziej zdawał sobie sprawę, że Waya zawsze unikała rozmów o jego matce. Gdy zadawał zbyt wiele pytań, zbywała go wymijającymi odpowiedziami. Wiedział tylko tyle, ile według niej powinien wiedzieć. — To proste, Drasanie. Gdybyś wiedział, ona nie miałaby nad tobą kontroli. Jesteś od niej znacznie potężniejszy, tylko twój talent nie jest jeszcze ujarzmiony. Stanowisz zagrożenie dla siebie i najbliższego otoczenia, a Waya doskonale o tym wie — powiedziała najemniczka już nieco łagodniejszym tonem. Młodzieniec spojrzał na nią. — Kim ja w ogóle jestem? — zapytał z żalem w głosie. — Z pewnością nie jesteś człowiekiem. Tyle musi ci na razie wystarczyć — odrzekła, porzucając łagodny ton głosu. Książę zrozumiał, że to koniec rozmowy.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Smocza Krew. Wybraniec
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: