Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00084 004581 13085673 na godz. na dobę w sumie
Spadkobiercy - ebook/pdf
Spadkobiercy - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 156
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 9788323875604 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Młodziutka Isabel West zakochuje się w doktorze Rossie Templetonie, który pracuje w gabinecie jej ojca w pięknym miasteczku na granicy hrabstwa Cheshire. Kiedy jej ukochany nagle rzuca pracę i wyjeżdża w świat, Isabel jest zdruzgotana. Mimo przeżytego zawodu kończy medycynę i podejmuje pracę w gabinecie ojca. Po siedmiu latach Ross nagle wraca. Isabel nie zamierza pozwolić, by ją znowu zranił...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

dla ka(cid:380)dej kobiety, ka(cid:380)dego dnia(cid:8230) Wi(cid:281)cej informacji znajdziesz na www.harlequin.com.pl Abigail Gordon Spadkobiercy Tłumaczyła Magdalena Jędrzejak Droga Czytelniczko! Oto nasze lipcowe propozycje: Za horyzontem (Medical Duo) – John chciałby się stać częścią z˙ycia Abbey, uwaz˙a jednak, z˙e pewne wydarzenie przekreśliło jego szanse; Rodzina ze snów (Medical Duo) – Libby i Nick przez wiele lat nie mogli uwierzyć, z˙e ich marzenia były kiedyś rzeczywistością... Powrót do z˙ycia (Medical) – Abby przestała marzyć o podróz˙ach, gdy poznała doktora Tremayne’a, on zaś przy niej odzyskał wiarę w siebie; Spadkobiercy (Medical) – Isabel musiała pokonać w sobie wiele z˙alu, by uwierzyć w miłość Rossa... Zapraszam do lektury, Harlequin. Kaz˙da chwila moz˙e być niezwykła. Czekamy na listy! Nasz adres: Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises Sp. z o.o. 00-975 Warszawa 12, skrytka pocztowa 21 Abigail Gordon Spadkobiercy Toronto · Nowy Jork · Londyn Amsterdam · Ateny · Budapeszt · Hamburg Madryt · Mediolan · Paryż Sydney · Sztokholm · Tokio · Warszawa Tytuł oryginału: Coming Back for His Bride Pierwsze wydanie: Harlequin Mills Boon Limited, 2005 Redaktor serii: Ewa Godycka Opracowanie redakcyjne: Graz˙yna Woyda Korekta: Urszula Gołębiewska, Graz˙yna Woyda ã 2005 by Abigail Gordon ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Medical są zastrzez˙one. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ , Warszawa Printed in Spain by Litografia Roses, Barcelona ISBN 978-83-238-5094-6 Indeks 325260 MEDICAL – 389 ROZDZIAŁ PIERWSZY Isabel West wstąpiła do herbaciarni Riverside przy głównej ulicy miasteczka w dwóch celach: sprawdzić, jak czuje się jedna z właścicielek oraz wypić wyborną herbatę i zjeść maślane ciasteczko z porzeczkowym nadzieniem, z których herbaciarnia ta słynęła. Od wczesnego ranka jeździła po farmach i siedlis- kach rozproszonych na odludnych terenach pośród wzgórz, odwiedzając w domach chorych, którzy nie byli w stanie odbyć dalekiej podróz˙y do gabinetu lekarskiego. Był środek lata, z bezchmurnego nieba lał się z˙ar. Gospodarze prowadzili ją do wielkich jak stodoły kuchni o niskich sufitach i proponowali coś dla ochłody, lecz ostatnio nie miała na to czasu. Praco- wała za dwóch, odkąd w gabinecie ubył jeden lekarz, a jej ojciec nie kwapił się do znalezienia kogoś na zastępstwo. Ściślej biorąc, odeszła od nich doktor Millie Ma- plin. Szanowano ją w miasteczku na równi z ojcem Isabel i tak juz˙ pozostało, choć przestała praktyko- wać. Przez lata prowadziła gabinet z Paulem Wes- tem, niedawno zaś kupiła nowiutkie mieszkanie nad brzegiem rzeki Goyt i cieszyła się urokami emerytu- ry. Isabel, świez˙o upieczona pani doktor, odkryła nagle, iz˙ doba ma za mało godzin. 6 ABIGAIL GORDON Ilekroć pytała ojca, kiedy zatrudni kogoś na miej- sce Millie, mruczał tylko coś pod nosem, zamyślo- ny. Milczał nawet wtedy, gdy mówiła nieśmiało, z˙e przy całej swojej miłości do pracy nie miałaby nic przeciwko odrobinie wolnego czasu na z˙ycie to- warzyskie. – Cierpliwości, Isabel – rzekł któregoś dnia. – Wiem, z˙e świetnie sobie radzisz. Jesteś mądra, po- mysłowa i pełna ciepła. Twoi pacjenci mają szczęś- cie, z˙e mogą się u ciebie leczyć. Nie proszę cię o nic, czemu byś nie podołała. Do powaz˙niejszych przy- padków będę jeździł sam. Kontrolujemy sytuację, nie martw się. Wszystko się ułoz˙y. Minął kolejny tydzień, lecz nic się nie zmieniło, pomyślała Isabel, otwierając drzwi. Dzwoneczek wi- szący nad nimi zadźwięczał srebrzyście. Właścicielkami nieskazitelnie czystego lokaliku popularnego wśród amatorów pieszych wycieczek były siostry Templeton: wdowa Sally oraz niezamęz˙- na Sophie. Isabel przyjechała dziś z wizytą do star- szej z sióstr. Sally miała akurat rzut reumatoidalnego zapale- nia stawów, tak więc Sophie pracowała tego dnia sa- ma. Stała za barem i na widok Isabel oznajmiła teatralnym szeptem: – Wrócił! – Słucham? – zdziwiła się Isabel, gdy Sophie wskazała palcem sufit, nad którym znajdowało się pomieszczenie mieszkalne. – Wrócił! – powtórzyła Sophie, palcem wciąz˙ wskazując pokój na górze, a potem przewróciła ocza- mi i fuknęła: – No przeciez˙, z˙e Ross! SPADKOBIERCY 7 – Ross?! – Isabel az˙ się zakrztusiła. – Kiedy? – Dziś rano. Sophie opadła cięz˙ko na najbliz˙sze krzesło, Isabel zaś znieruchomiała wpatrzona w sufit. – Nie wierzę. Po tylu latach? Po co? Starsza pani tylko wzruszyła ramionami. Chyba cieszy się z powrotu siostrzeńca, rozmyślała Isabel. Z drugiej strony Ross jest synem Sally, jej oczkiem w głowie. – Po prostu wziął i przyjechał – wyszeptała So- phie. – Twój ojciec do niego napisał, z˙e nasza Sal niedomaga. I dobrze, bo sama na pewno nie chciała- by go martwić. Wrócił, ale oczywiście nie do mnie, pomyślała Isabel bez zdziwienia. Usłyszała szczęknięcie drzwi na piętrze, potem odgłos kroków. Powoli skierowała wzrok w stronę schodów i usłyszała głos, który kiedyś tak dobrze znała: – Izzy? Izzy West? – Doktor Isabel West – odparła oficjalnym tonem, siląc się na spokój. – Jak się miewasz, Ross? Zaczerwieniła się po same uszy. Zapewne Ross wciąz˙ pamięta ich ostatnie spotkanie, gdy wypłaki- wała sobie oczy, błagając, by ją z sobą zabrał. Gdy szlochając, powtarzała, z˙e nigdy, cokolwiek się zda- rzy, nie przestanie go kochać. Musiała być z˙ałosna z tym swoim naiwnym zauroczeniem, pomyślała i za- czerwieniła się jeszcze bardziej. Nic dziwnego, z˙e Ross wiał, az˙ się kurzyło. – Nie narzekam – odparł swobodnie. – A co u cie- bie? 8 ABIGAIL GORDON Isabel zdąz˙yła nieco ochłonąć. Juz˙ nie jesteś sentymentalnym podlotkiem, a dorosłą kobietą, po- myślała. Kobietą, która mogłaby codziennie cho- dzić na randki, gdyby nie brak czasu. Moz˙e przy ,,miastowym’’ Rossie tutejsi męz˙czyźni mogą się wydawać co najwyz˙ej przeciętni, ale tym lepiej. Przynajmniej nie musi się obawiać, z˙e straci dla któregoś głowę. Minęło siedem lat, odkąd doktor Ross Temple- łamiąc serce pewnej ton wyjechał z miasteczka, osiemnastoletniej dziewczynie. Latami włóczył się po świecie, a teraz wraca jak gdyby nigdy nic i epa- tuje swoją piękną opalenizną i wysportowanym ciałem. – Fantastycznie – odparła wesolutko. – Robię coś, o czym zawsze marzyłam. Skończyłam medycynę i pracuję u ojca. Jest cudownie, choć ostatnio pracy mamy tyle, z˙e nie wiadomo, w co ręce włoz˙yć. – Odkąd Millie Maplin przeszła na emeryturę? – No proszę. Dopiero przyjechałeś, a juz˙ jesteś na biez˙ąco. – Czasem coś się człowiekowi obije o uszy. – A czasem ktoś coś mu powie. Ciekawe kto? – Och, róz˙nie. Raz moja matka, raz twój ojciec. Napisał, z˙e jest chora, więc przyjechałem. – I jak ją oceniasz? – Martwię się. Bardzo cierpi i jest praktycznie unieruchomiona. Słyszałem, z˙e są dni, kiedy herba- ciarnia dosłownie pęka w szwach. Uwaz˙am, z˙e ciocia Sophie powinna mieć kogoś do pomocy. Dziwię się, z˙e wcześniej o tym nie pomyślały. Lokal stopniowo się zapełniał. Sophie dwoiła się SPADKOBIERCY 9 i troiła, aby obsłuz˙yć wszystkich gości, więc nie słyszała tej rozmowy – na szczęście dla Rossa. Obe- rwałoby mu się za robienie z niej niedołęz˙nej staruszki. Siostry zaczynały praktycznie od zera. Teraz po ich domowej roboty ciasta i świez˙utkie sandwicze wręcz ustawiały się kolejki, a herbaciarnia znana była wszystkim mieszkańcom doliny rzeki Goyt. – Pomyślały, ale są wybredne – odparła Isabel ściszonym głosem. – Ciągle kogoś zatrudniają, ale jakoś nikt nie zagrzał tu miejsca. – Matka i ciotka, jak widzę, wcale się nie zmieni- ły – odparł ze śmiechem – ale ty, Izzy... Ty się zmieniłaś. Bardzo. – A czego się spodziewałeś? – odrzekła chłodno. – Z˙e czas stanął w miejscu i wciąz˙ mam osiemnaście lat? – Niczego się nie spodziewałem – mruknął. – Przyjechałaś do mojej matki? – Tak – odparła, natychmiast odzyskując humor. – Jak z pewnością wiesz, jest pacjentką ojca, ale wpadam do niej ze dwa razy w tygodniu. Sally lubi sobie poplotkować, a Sophie poi mnie herbatą i prze- karmia ciastkami. – Wciąz˙ mieszkasz u ojca, czy juz˙ się trochę usa- modzielniłaś? – spytał po chwili. Jak gdyby wciąz˙ była histeryczną nastolatką mie- szkającą u tatusia! – Mieszkam w domku nad rzeką. – Sama? – Owszem, sama. – Nie czujesz się samotna? – A skąd! Zapominasz, z˙e jestem dziewczyną ze 10 ABIGAIL GORDON wsi. Mam do towarzystwa labradorkę Tess i kotkę przybłędę o imieniu Kicia Kocia. – Uhm. Bardzo oryginalne – zaśmiał się. Ona takz˙e się roześmiała, wspominając długie, upalne letnie dni, zanim wyjechała na studia, a Ross był jeszcze wspólnikiem ojca. Lubił się z nią przeko- marzać i potrafił ją rozbawić. Taki wysoki, szczupły i ciemnowłosy, o roziskrzonych piwnych oczach. Okoliczne chłopaki nie dorastały mu do pięt. Isabel była w nim zakochana po uszy. Nie udało się im, gdyz˙ udać się nie mogło. Dla Rossa była dzieckiem, podkochującą się w nim smar- kulą, totez˙ zachowywał się, jakby niczego nie zauwa- z˙ał. Dla Paula Westa była córką, która od najmłod- szych lat marzyła o medycynie, lecz mogła zaprzepa- ścić swoje szanse z powodu burzy hormonów. Nie zamierzał na to pozwolić. Najwyraźniej Ross był tego samego zdania, bowiem z dnia na dzień złoz˙ył wymówienie i oznajmił, z˙e zamierza zwiedzić świat, Paul West zaś przyjął jego rezygnację z nie- przyzwoitym wręcz entuzjazmem. Izzy błagała Rossa, by ją zabrał. Myślała, z˙e umrze z rozpaczy, gdy odmówił, gdy tłumaczył, z˙e powinna myśleć o studiach i jak najszybciej o nim zapomnieć. A potem wyszedł, ją pozostawiając ze złamanym sercem, a jej ojca z uczuciem ponurej satysfakcji. – Przez te pogaduszki zaniedbuję pacjentkę – stwierdziła z powściągliwym uśmiechem. – Twoja matka wie, z˙e tu jestem i na pewno zachodzi w gło- wę, co mnie zatrzymało. Na razie, Ross. Nie dając mu czasu na odpowiedź, odwróciła się i ruszyła na piętro. Gdy pokonała ostatni stopień, SPADKOBIERCY 11 obejrzała się, chcąc rzucić jeszcze jedno spojrzenie na męz˙czyznę, który tak wiele niegdyś dla niej znaczył. I osłupiała: Ross włoz˙ył czysty biały fartuch i sta- nął za ladą. Sophie wpatrywała się w niego okrągłymi oczami. – Czyli juz˙ widziałaś się z Rossem – odezwała się Sally, zaledwie Isabel stanęła w progu małego za- graconego pokoiku, z którego ostatnio chora prak- tycznie się nie ruszała. – Tak. Co za niespodzianka – odparła gładko Isa- bel. – Spodziewałaś się go? Siedząca w fotelu starsza pani pokręciła głową. – Nie. To sprawka twojego ojca. Napisał mu, z˙e starość mnie dopadła. Ross wsiadł w pierwszy samo- lot i przyleciał do domu. – Pewnie jesteś przeszczęśliwa – stwierdziła Isa- bel. Czuła się skrępowana. Przeciez˙ Sally moz˙e winić ją i jej ojca za to, z˙e syn musiał szukać szczęścia w szerokim świecie. – Oczywiście, z˙e tak – odparła starsza pani. – Ale nie z˙yczę sobie, z˙eby pędził tu na złamanie karku tylko z mojego powodu! Jeszcze mi się nie śpieszy w zaświaty. Gdyby wrócił do mnie, chyba rozpłakałabym się z radości, pomyślała Isabel. Moz˙e mimo wszystko Ross Templeton nie jest jej całkiem obojętny. – Teraz stoi za ladą i obsługuje klientów – powie- działa tylko. – Niemoz˙liwe! A to się moja siostra musiała zdzi- wić. Ross pracujący w naszej herbaciarni... – Na długo przyjechał, Sally? 12 ABIGAIL GORDON – Mówił, z˙e na stałe. Chociaz˙ nie ma mam poję- cia, co mógłby robić w takiej dziurze. – Na stałe?! – zapytała wstrząśnięta Isabel. – Zarzekał się, z˙e tak. – Pewnie zamierza dojez˙dz˙ać do któregoś z tych duz˙ych szpitali w Cheshire, a moz˙e i w samym Man- chesterze – zastanawiała się głośno Isabel. – No dobrze, ale gdzie będzie mieszkał? W tej klitce we dwie z Sophie ledwie się mieścimy. – Moz˙e dostanie słuz˙bowe mieszkanie. – Pewnie masz rację – odparła Sally – ale on mówi, z˙e chce być blisko mnie. Isabel przełknęła ślinę. Nie z˙ałowała, z˙e nie star- czy jej czasu na herbatę i ciasteczka, bowiem ze zdenerwowania straciła apetyt. Jeśli Ross zostanie w tym małym, bądź co bądź, miasteczku, to będą na siebie wpadali niemalz˙e kaz˙dego dnia. Ta myśl bu- dziła w niej mieszane uczucia: niepokój, onieśmiele- nie, lecz przede wszystkim radość. – Muszę zmykać – oznajmiła. – Wiem, z˙e wczo- raj był u ciebie mój tata. Na pewno chcesz pobyć z synem... i... Sally, nie bądź taka twarda. Skoro Ross chce się tobą opiekować, pozwól mu na to. Chora uśmiechnęła się ciepło. – Zobaczyłam go i od razu poczułam się lepiej. Isabel poz˙egnała się i zeszła do herbaciarni. – Pa, Ross. Miło cię było znowu zobaczyć – mru- knęła, lecz nie wypadło to zbyt przekonująco. Ich spojrzenia spotkały się na ułamek sekundy i Isabel straciła humor: zaczynała przeczuwać, jak odtąd będzie wyglądało jej z˙ycie. ,,Zgroza’’ przez duz˙e ,,Z’’. Oby Ross znalazł pracę jak najdalej stąd, pomyś- SPADKOBIERCY 13 lała. Zresztą im bliz˙ej duz˙ych miast, tym łatwiej o mieszkanie. Jest tyle domów gościnnych, pensjona- tów, znajdzie się nawet kilka hoteli. A ona ze swojej strony będzie starała się go unikać i tyle. Po powrocie do gabinetu pomaszerowała prosto do pokoju, w którym ojciec odpoczywał przed popo- łudniowym dyz˙urem. Nie zawsze tak było. Jeszcze kilka miesięcy temu tryskał energią, lecz odkąd Mil- lie przeszła na emeryturę, zamiast jak zwykle rzucić się w wir pracy, wyraźnie zwolnił tempo. Paul West spojrzał na córkę i od razu domyślił się, co zaraz usłyszy, lecz się nie odezwał. Czekał. – Wiedziałeś, z˙e Ross wraca? – spytała bez zbęd- nych wstępów. – Kontaktowałeś się z nim? – Owszem, wiedziałem, z˙e wraca. I owszem, na- pisałem do niego list. Mam rozumieć, z˙e juz˙ się widzieliście? – Akurat był u Sally. Mogłeś mnie uprzedzić. – Po co? Przeciez˙ i tak nie uniknęłabyś tego spot- kania. Chciałem, z˙eby wypadło naturalnie. – Naturalnie?! – krzyknęła. – Pojawia się jak grom z jasnego nieba i ma być naturalnie? Myślała- bym raczej, z˙e jesteś ostatnią osobą, której jego po- wrót byłby na rękę, zwłaszcza po zamieszaniu, jakie- go kiedyś narobiłeś. – Moz˙e z˙ałuję i chcę ci to wynagrodzić. – Nie trzeba. Dla mnie to zamierzchłe dzieje. – To dobrze, zwłaszcza z˙e Ross zaraz tu będzie. – W takim razie pozwól, z˙e cię poz˙egnam. Muszę wypełnić karty pacjentów. – Nie, nie idź – powiedział pośpiesznie. – Musisz tu być, kiedy on przyjdzie. 14 ABIGAIL GORDON – Nie muszę – odparła z rozdraz˙nieniem. – Co więcej mogliśmy mieć sobie do powiedzenia? Grze- cznościowe: ,,Cześć, co słychać?’’ mamy juz˙ za sobą. W tym samym momencie usłyszała głos Rossa. Rzuciła się ku drzwiom, lecz nie dość szybko. Roz- legło się stukanie, potem drzwi otworzyły się i oto Ross stał juz˙ w progu. – No i co ty na to, Izzy? – zagadnął, spoglądając to na nią, to na jej ojca. – Jeszcze nic nie wie – mruknął Paul, podnosząc się z fotela. – Wracasz do gabinetu, tak? – spytała ledwie sły- szalnie, wlepiwszy w Rossa oburzone spojrzenie roz- iskrzonych fiołkowych oczu. – Zajmiesz miejsce Millie. – Zwróciła się twarzą ku ojcu. – Dlatego nie szukałeś zastępstwa! Spiskowaliście za moimi plecami! Paul West chrząknął. – Mieliśmy swoje powody. – Jasne, jasne. Nie daj Boz˙e znowu wpadłabym w histerię... albo oplotła się wokół jego nóg jak po- wój. Ale ja juz˙ nie mam osiemnastu lat. – Izzy, pozwól ojcu dokończyć. Moz˙e wtedy zro- zumiesz – odezwał się cicho Ross. – Przechodzę na emeryturę, Isabel – rzekł spokoj- nie Paul. – Nosiłem się z tym zamiarem od odejścia Millie. Jestem zmęczony i zazdroszczę jej spokoju, jaki znalazła w tym pięknym nowym mieszkanku nad rzeką. Ale nie mogłem się wycofać, dopóki moja praktyka nie znajdzie się w pewnych rękach. Odtąd Ross jest tu szefem, a ty masz go wspierać. To najlep- szy lekarz, z jakim kiedykolwiek pracowałem. Mam
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Spadkobiercy
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: