Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00146 010447 11038675 na godz. na dobę w sumie
Spalić wiedźmę - ebook/pdf
Spalić wiedźmę - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 300
Wydawca: Wydawnictwo Genius Creations Język publikacji: polski
ISBN: 978-8-3799-5031-7 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> science-fiction
Porównaj ceny (książka, ebook (-28%), audiobook).

Sara Weronika Sokolska, zwana Saniką, w niczym nie przypomina nadwornej czarodziejki. Młoda, żywiołowa i dzika jak magia, którą włada, stanowi jedną z największych tajemnic królewskiego dworu. Nie wiadomo, gdzie uczyła się magii i kto był jej mistrzem, ani nawet skąd przybyła do Krakowa. Plotki mówią, że jest najbliższą przyjaciółką i powiernicą króla Juliana, a może nawet kimś więcej. Media donoszą o jej spektakularnych wyczynach: polowaniach na biesy, inkuby i strzygi, o pojedynkach z członkami Loży Czarodziejów. Wydaje się, że Sanika jest najpotężniejszą czarownicą w Polanii i tylko szaleniec mógłby rzucić jej wyzwanie. A jednak nawet moce wiedźmy mogą okazać się niewystarczające w starciu z przeciwnikiem, który pragnie zniszczenia Krakowa. Wrogiem, za którym stoi pradawna i niezwykle potężna magia…

„W alternatywnej, przesyconej magią rzeczywistości monarchią Polanii rządzi król Julian, a drugą co do ważności osobą po władcy jest Pierwsza Czarownica, harda i nieugięta Sara Weronika Sokolska. Gdy nad Krakowem zawisa widmo czarnoksięskiej apokalipsy, to ona staje przed wyborem: chronić miasto czy… siebie.

Magdalenie Kubasiewicz udało się zgrabnie wpisać motywy z krakowskich legend w nowoczesność, a baśniową symbolikę połączyć z wartką akcją. Smok wawelski, czarnoksiężnik Twardowski, diabeł z Krzysztoforów zyskują nowe oblicze, ale to pyskata Sara skradła moje serce.”

Agnieszka Hałas, autorka cyklu Teatr węży

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Magdalena Kubasiewicz Spalić wiedźmę Magdalena Kubasiewicz Spalić wiedźmę Spalić wiedźmę Copyright © Magdalena Kubasiewicz Copyright © Wydawnictwo Genius Creations Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak Copyright © for the cover art by Anna Faraś-Pągowska Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2015 r. druk ISBN 978-83-7995-030-0 epub ISBN 978-83-7995-031-7 mobi ISBN: 978-83-7995-032-4 Redakcja: Dawid Wiktorski Korekta: dr Marta Kładź-Kocot Ilustracja na okładce: Anna Faraś-Pągowska Projekt i skład okładki: Paweł Dobkowski Skład i typografia: Studio Grafpa Redaktor serii: Marcin A. Dobkowski Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy. MORGANA Katarzyna Wolszczak ul. Podmiejska 13 box 27 85-453 Bydgoszcz sekretariat@geniuscreations.pl www.geniuscreations.pl Książka dostępna w księgarni: www.MadBooks.pl i www.eBook.MadBooks.pl Spis treści PROLOG Spalona bogini . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 7 ROZDZIAŁ PIERWSZY Wiele Pieśni . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 49 ROZDZIAŁ DRUGI Gdy zaśpiewa noc . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 77 ROZDZIAŁ TRZECI Wytnij serce brata . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 105 ROZDZIAŁ CZWARTY Bez światła gwiazd . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .141 ROZDZIAŁ PIĄTY Moc potężniejsza niż moja . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .171 ROZDZIAŁ SZÓSTY Złudny blask księżyca . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 201 ROZDZIAŁ SIÓDMY Piosenka szczurołapa . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 251 EPILOG Zawsze jest czarownica . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 271 Prolog Spalona bogini Zaczęło się zupełnie zwyczajnie: od morderstwa. Ciało wyłowiono z rzeki wczesnym rankiem, w niewielkiej miejscowości w pobliżu stolicy Polanii, Krakowa. Ofiara musiała zginąć jakiś czas temu, bo ciało zaczęło się rozkładać, wciąż nosiło jednak ślady rozległych oparzeń. Tym samym wykluczono możli- wość samobójstwa, podobnie jak nieszczęśliwego wy- padku, choć taką wersję okoliczne władze najchętniej uznałyby za prawdziwą. I może tak w końcu opis tego przypadku widniałby w oficjalnych dokumentach, cia- ło zaś pogrzebano by w bezimiennym grobie, bo spalo- nej twarzy nie dało się rozpoznać. Jakimś sposobem nie spłonęła jednak część włosów dziewczyny, długich i tak jasnych, że niemalże bia- łych. Dzięki nim ustalono ponad wszelką wątpliwość, że topielica to zaginiona przed kilkoma dniami siostra Tomasza Niepołomica, królewskiego powinowatego, majętnego pana, wpływowego i słynącego ze swej mści- wości. Powszechnie wiadomo było, że pan Tomasz sio- 8 stry nie miłował zbyt gorąco, w towarzystwie nazywając ją latawicą, zaś prywatnie bardziej dosadnie – kurwą. Niemniej nosiła ona rodowe nazwisko (choć co do krwi ojcowskiej w jej żyłach pan Tomasz żywił poważne wątpliwości), zatem jej śmierć winna być pomszczona. Jednakże jedyny przedstawiciel prawa w miasteczku zajmował się głównie bójkami w zajeździe, toteż wiele zdziałać nie mógł i sprawa została przekazana w bar- dziej kompetentne ręce, by w końcu trafić na dwór. – Znaleziono ciało – burczał z kwaśną miną jego królewska mość Julian Łukomski. – W wodzie. Wcze- śniej podpalone. Tomasz się wścieka. – Tomasz wścieka się regularnie co piątek. Czasem również w środy. Nieważne, czy ma ku temu powody, czy nie. Julian zaklął w sposób zupełnie nieprzystający władcy. Na rozmówczyni nie zrobiło to wrażenia, bo- wiem król kląć nauczył się od niej. Stała przy oknie, zwrócona do komnaty plecami. Patrząc na nią od tyłu, trudno byłoby orzec, czy jest dziewczyną, czy chłop- cem. Miała ciemne, krótko ścięte, rozwichrzone włosy, a kraciasta, luźna koszula skutecznie maskowała figu- rę. Poszarpane spodnie i ciężkie buty również trudno było nazwać kobiecymi. – Kaśka – kontynuował Julian, ignorując dziewczy- nę – zmarła przed sześcioma dniami. Wedle medyków utonęła, choć wcześniej coś poparzyło jej twarz i klat- kę piersiową. Ponoć pojechała do Czarnego Jaru, jed- nak tamtejsi ludzie twierdzą, że jej nie widzieli. Czy ty mnie w ogóle słuchasz, Sanika? Magdalena Kubasiewicz 9 – Nudzę się – westchnęła Sara Weronika Sokolska, odwracając się do króla i opierając dłonie na biodrach. Twarz miała szczupłą, wychudzoną i bardzo bladą, wręcz dziecinną. Do fioletowych oczu wpadały ko- smyki zbyt długiej grzywki. – Umieram z nudów, a ty mi opowiadasz o Niepołomicównie. Nie lubiłam jej. Nie pojechałam przez tę sprawę na sabat. Myślałam, że chodzi o coś ciekawszego. Julian zazgrzytał zębami ze złości i zrezygnowany opadł na obite materiałem krzesło, bezcenny zabytek. Ze schludnie zaczesanymi, ciemnobrązowymi włosami, w jedwabnej koszuli, czarnych spodniach i skórzanych, włoskich butach, z drogim zegarkiem na ręku, wyglądał dokładnie na tego, kim był: na typowego arystokratę. Kogoś, kto nie bywa nawet w tych samych miejscach, co Sara. Nie mówiąc już o tym, by pozwalał komuś jej podobnemu zwracać się do siebie w tak poufały sposób. Ale pozwalał. Po pierwsze, znał ją od lat. Po drugie, jako nadworna czarownica cieszyła się pewnymi przy- wilejami. Nawet jeśli wśród adeptów sztuk magicz- nych uchodziła za czarownicę niewydarzoną i plamę na honorze bractwa adeptów magicznej ścieżki. – Znajdź mordercę, Sanika – zażądał król, nie zwa- żając na utyskiwania Sary Weroniki Sokolskiej, Pierw- szej Czarownicy Polanii. – Poza tym sądziłem, że nie lubisz sabatów. Koleżanki i koledzy po fachu cię nie- nawidzą. Sara uśmiechnęła się chytrze. Julian bardzo nie lu- bił uśmiechów Sary, które rzadko kiedy zwiastowały coś dobrego. Spalić wiedźmę 10 – Oczywiście, że mnie nienawidzą. Myślisz, że dla- czego chciałam jechać? Żeby działać im na nerwy! Od pięciu lat czekam, aż Joannę na mój widok trafi wresz- cie szlag. Poza tym miało być przyjęcie. Zaczęła krążyć po komnacie. Nie pasowała do po- mieszczenia, do modrzewiowego stropu, do renesan- sowych fresków, starych obrazów i antyków. Dżinsy miała porwane na kolanach. Rękaw koszuli w czar- no-białą kratę czymś utytłała, prawdopodobnie czeko- ladą. Sznurówka prawego glana ciągnęła się za nią po podłodze i Julian czekał tylko, aż Sara się potknie. – Tomasz domaga się głów. Dokładnie tak to ujął: daj mi głowę mordercy na srebrnej tacy. Nie mogę i nie chcę mieć w nim wroga. – Przywróć karę śmierci poprzez ścięcie – zapropo- nowała Sara beztrosko. – Albo, jeśli już upieramy się przy humanitaryzmie i prawie do godności nawet naj- większych zwyrodnialców, najpierw otruj delikwenta, a potem utnij mu łeb. Poślij Tomaszowi na tacy, skoro ma ochotę na jakąś głowę. Doceni gest. Większość poddanych Juliana zadrżałaby na widok gniewnego spojrzenia brązowych oczu władcy. Sara pokazała mu jednak język i wróciła na swoje miejsce przy oknie. Król głośno westchnął. Czasem trudno było mu uwierzyć, że czarownica jest starsza od niego. Gdyby miał oceniać wiek Sary po zachowaniu, uznał- by ją raczej za zbuntowaną nastolatkę. Wnioskując z wyglądu, mogła uchodzić za dwudziestolatkę. Ale wedle jego rachunków jakiś czas temu przekroczyła trzydziestkę. Magdalena Kubasiewicz 11 – Twierdzisz, że się nudzisz, więc zajmij się tym. – Nakazał, czując, że powoli traci cierpliwość. – Nie mogę nie podjąć żadnych działań. A Kaśka… – Tak, tak, była twoją nałożnicą – parsknęła Sara lekceważąco. – Zresztą nie tylko twoją. Przewinęła się przez połowę łóżek w tym zamku. To zajęcie dla poli- cji, nie dla mnie! Julian milczał. Cisza trwała tak długo, aż w końcu stała się niemal namacalna. Sara wepchnęła ręce w kie- szenie, spuściła głowę i westchnęła równie ciężko, jak wcześniej król. – Stracę sabatowe przyjęcie. Chcę kolacji. I tortu cze- koladowego na deser. W tym Czarnym Jarze na pewno nie będzie tortów czekoladowych. Każ naszykować mi koszyk. – Koszyk? – zdumiał się Julian. – Na co ci koszyk? Czcigodna Sara Weronika, Pierwsza Czarownica Polanii, spojrzała na swego króla z politowaniem. Po- trząsnęła głową, a ciemne kosmyki na moment przy- słoniły jej fioletowe oczy. – Myślałeś, że głowę dla Tomasza przyniosę ci w rękach? Jego wysokość Julian Stanisław Łukomski, wład- ca Polanii, chrząknął zakłopotany i uciekł wzrokiem w bok. Wolał nie zastanawiać się, czy jego podwładna mówiła poważnie. * * * Wbrew temu, w co chcieliby wierzyć osobnicy bar- dziej zacofani, miotła nie stanowiła nieodłącznego Spalić wiedźmę 12 atrybutu czarownicy. Była niepraktyczna, niewygod- na, a w marcu, gdy czapy śniegu wciąż zalegały na chodnikach, a z nieba padał deszcz ze śniegiem, jedy- nie ktoś kompletnie obłąkany wybrałby ją jako środek transportu. Sara, choć niewielu dałoby temu wiarę, nie zaliczała się do grona kompletnie obłąkanych. Od po- dróży na patyku w temperaturze bliskiej zeru wolała klimatyzowane, służbowe auto. Z tego, podobnie jak z innych przywilejów wiążących się z intratnym stano- wiskiem, Sara zwykła korzystać bez skrupułów. Mokra breja chlapała na szyby przez większą część niemal trzygodzinnej podróży, dlatego wiedźma w końcu potraktowała wycieraczki zaklęciem, bo nie nadążały z usuwaniem nadmiaru wody. Sarze nie było śpieszno ani do miasteczka, w którym odnaleziono ciało Katarzyny Niepołomic, ani do zapadłej dziury, gdzie ofiara miała zamiar spędzić weekend na łonie natury. Czarownicy nie interesowało, kto zabił Kaś- kę. Gdyby chciała tworzyć listę podejrzanych, od razu mogłaby zapisać na niej kilkadziesiąt nazwisk. Porzu- ceni partnerzy, kochankowie, którzy dowiadywali się, że byli jednymi z wielu, zdradzane żony i narzeczone. Sprawdzanie ich wszystkich było jednak zadaniem po- licji. W ogóle cała ta sprawa powinna była zostać w ich rękach, a ostatecznie, z uwagi na koligacje rodzinne Kaśki, jednostki specjalnej. Rozwiązywanie zagadek kryminalnych nie stanowiło odpowiedniego zadania dla czarownicy. – W wyniku tajnego, demokratycznego głosowa- nia, wyłoniono dziś nowego przewodniczącego Kon- Magdalena Kubasiewicz 13 wentu Magicznego. – Z radia popłynął głos spike- ra. – Poprzednia przewodnicząca, Jennifer Talbott z Wielkiej Brytanii, zmarła przed dwoma miesiącami w wyniku wyczerpania magicznego, spowodowanego tym, że wcześniej przez trzy godziny utrzymywała na powierzchni morza tonący okręt Czarna Orchidea, na pokładzie którego znajdowało się ponad pięćset osób. Wybór członków konwentu padł na Giusep- pe di Lello ze Zjednoczonego Królestwa Włoch. To zaskoczenie dla wielu, ponieważ dotąd jako najbar- dziej prawdopodobnego kandydata na to stanowisko wskazywano Uwe Holza z Republiki Federacyjnej Niemiec. Zawsze byłaś idiotką, Jen – pomyślała Sara ponu- ro. Kolejne informacje, tym razem dotyczące oficjalnej wypowiedzi księcia Nikolasa z Anveburgu, dementu- jącego plotki o przystąpieniu jego kraju do Stowarzy- szenia Europejskiego, puściła mimo uszu. Wspomina- ła Jennifer, szczupłą, delikatną kobietę o poważnych oczach. Sara nigdy nie pomyślałaby, że jedna z najpo- tężniejszych europejskich czarodziejek poświęci swoje życie w taki sposób. Głupio i niepotrzebnie. Mogła stamtąd uciec, teleportować się, a nawet zabrać ze sobą część pasażerów. Albo ściągnąć innych magów na po- moc. Statek nie zatonąłby przecież od razu. – Pora na wiadomości krajowe. Dziś w Poznaniu odbył się pogrzeb Katarzyny Kamili Niepołomic, sio- stry Tomasza Niepołomica, posła i właściciela słyn- nego Białego Pałacu. Okoliczności śmierci Katarzyny nadal nie są znane. Osierociła sześcioletnią córkę… Spalić wiedźmę 14 Zirytowana Sara zaczęła zmieniać stacje, póki nie trafiła na muzykę w miejsce wiadomości i reklam no- wych modeli latających dywanów. Wnętrze samocho- du wypełniły rockowe brzmienia. Nie wiedziała, że Katarzyna urodziła dziecko. Kaśka, Piękna Kaśka, słynąca z długich, bardzo jasnych włosów, modrych oczu i niezwykłego głosu. Sara zawsze podejrzewa- ła, że panna Niepołomicówna musiała mieć jakąś do- mieszkę syreniej krwi. W końcu przez wieki niejeden raz zdarzało się, że jakaś syrena znalazła sposób, by zyskać nogi i rozpocząć życie na lądzie, zwykle kie- rowana tym paskudnym, niszczącym uczuciem: miło- ścią. Zazwyczaj szybko umierały z dala od morza, lecz niektóre z nich z pewnością zdążyły wydać na świat potomstwo. Na drodze przybywało dziur, asfalt znikł kilkana- ście kilometrów wcześniej, a samochód podskakiwał na nierównej nawierzchni. Zza zasłony deszczu wy- łaniały się pierwsze zabudowania, głównie drewniane, niewielkie domki. Gdyby nie anteny satelitarne, zdo- biące dachy niektórych z nich, można by niemal uwie- rzyć, że cały Czarny Jar zatrzymał się w innej epoce. Trudno było wyobrazić sobie Kaśkę w tym otoczeniu. Sara jednak łatwo odkryła możliwy powód przyjazdu nieboszczki do tego miejsca: upojny weekend na łonie natury, w ramionach kolejnego kochanka, najprawdo- podobniej żonatego i wysoko postawionego. Policja za- pewne próbowała ustalić, z kim ofiara miała się tutaj spotkać. Na razie bezskutecznie, inaczej Julian podzie- liłby się z Sarą tą informacją. Magdalena Kubasiewicz 15 Czarownica zaparkowała na skraju wsi, w pobliżu rzeki. Nie chciało się jej opuszczać ciepłego wnętrza pojazdu i minęło trochę czasu, nim narzuciła na siebie powycieraną, skórzaną kurtkę i ruszyła nad brzeg Vi- stuli, często zwanej też Wisłą. Stanęła tak blisko rzeki, że taflę wody od podeszwy wojskowych butów dzieliły zaledwie centymetry. Rozłożyła ramiona, przywołu- jąc moc, a potem ruszyła wzdłuż brzegu, nasłuchując sygnałów z zewnątrz. Śmierć, zwłaszcza tragiczna, wiążąca się z bólem i strachem, pozostawiała po sobie wyraźne echo. Istniała szansa, że Katarzyna umarła w pobliżu Czarnego Jaru i być może jeszcze uda wy- czuć się ślady tej chwili. Sara szła powoli, nogi grzęzły jej w błocie. W gło- wie miała jedno słowo: bezsens. Kaśka mogła dotrzeć do Czarnego Jaru, lecz nie musiała. Równie przekonująca była teoria, że zabójca wrzucił ją do wody dużo dalej. Szukanie informacji w ten sposób było pracochłonne i dawało raczej marne efekty. Jednak inne możliwości wyglądały równie źle. Przepytywanie mieszkańców mogło przynieść rezul- taty, ale Kaśka raczej się nie afiszowała ze swoją obec- nością tutaj. Równie mało obiecujące wydawało się szukanie mężczyzny, z którym miała spędzić weekend – bo z jakimś spędzała go na pewno. Sęk w tym, że na liście podejrzanych mógł znaleźć się każdy osobnik płci męskiej pomiędzy osiemnastym a osiemdziesią- tym rokiem życia, pochodzący z dowolnego miejsca, w którym Kaśka przebywała w ciągu ostatnich dzie- sięciu lat. Spalić wiedźmę 16 Włosy lepiły się czarownicy do policzków i karku, a spodnie przemokły. Nie była pewna, jaką odległość przeszła, a gdy zerknęła na zegarek, zorientowała się, że minęło już ponad pół godziny. Siły ulatywały z niej wolno, ale nieubłaganie, nogi zaczynały mięknąć, wzrok mętniał. Już miała przerwać poszukiwania, gdy nagle coś wyczuła. Gwałtownie uniosła głowę i przyspieszyła kroku. Ze zdumieniem odkryła, że trop nie prowadzi ku rzece, ale do lasu. – I wszystko jasne – mruknęła, gdy przedarła się przez gęsto rosnące krzaki i dotarła do mniejszej rzeki, ale bardziej rwącej niż Vistula. Najwyraźniej dawno temu przerzucono przez nią most, ale teraz jedna z po- ręczy odpadła, a deski były spróchniałe i połamane. Sara upewniła się, że utrzymają jej ciężar, po czym sta- nęła na środku. Wtedy też stwierdziła, że poręcz wcale nie odpadła ze starości, lecz została ułamana. Usiadła po turecku na wilgotnych deskach. Po- między nimi ziały szpary dość duże, by włożyć w nie palce, co pozwalało jej patrzeć na wartko płynącą wodę. Czy ta rzeka zdołałaby ponieść ze sobą ciało, zabrać je aż do Vistuli? Rozważała przez chwilę tę myśl, dochodząc do wniosku, że to mało prawdopo- dobne, ale możliwe. Zamknęła oczy i uspokoiła oddech. Bodźce, odbie- rane przez podstawowe zmysły, stawały się coraz bar- dziej przytłumione, aż w końcu nie czuła już nawet kropli deszczu na twarzy, nie docierał do niej zapach lasu, nie słyszała szumu rzeki. W tym stanie sięgnę- Magdalena Kubasiewicz 17 ła ku mrocznej emanacji otaczającej most, takiej, jaką mogła pozostawić jedynie okrutna śmierć. Odczuła strach, niemal paraliżujący, ale wciąż po- zostawiający miejsce na inne myśli, niepewność, może nadzieję. A później zwierzęce przerażenie i wszech- ogarniający lęk, przysłaniający wszystko inne. Wresz- cie eksplozję bólu, rozprzestrzeniającego się na całe ciało. I ciemność. Sara przetoczyła się na bok, wystawiła głowę poza krawędź mostu i zwymiotowała wprost do spienionej wody. Z nosa ciekła jej krew. Poświęciła za dużo ener- gii na poszukiwania i dokładne zbadanie reszty emo- cji, a samo otarcie się o takie odczucia nie należało do przyjemnych. Zaklęła siarczyście, przewróciła się na plecy i leżała tak przez chwilę, patrząc na zachmurzo- ne niebo. Nie była pewna, jak długo pozostawała od- cięta od ciała, ale w tym czasie przestało padać. Wiał za to porywisty, zimny wiatr, szarpiąc nagie gałęzie drzew i przenikając przemoczoną czarownicę do szpi- ku kości. Wstała bardzo powoli, chwytając się ocalałej barierki, lecz i tak nieomal upadła. Dłoń odruchowo powędrowała do brzucha, z którego w wizji rozcho- dził się ból. Gwałtowny, roznoszący się po całym ciele, a więc nie od uderzenia ani ciosu nożem, lecz od za- klęcia bądź ognia. Zadrżała, choć tym razem nie z zimna. Przyszedł jej na myśl jasnozłoty płomień, żar, duszący dym. Po- tem już tylko ból i smród palonego ciała. Nie mogła zobaczyć tego w wizji, lecz z własnego doświadczenia wiedziała, jak wygląda taka śmierć – i po raz pierw- Spalić wiedźmę 18 szy pożałowała Kaśki. Tylko czy na moście na pewno umarła Katarzyna Niepołomic? Sara czytała raport z sekcji zwłok. Poparzeniu uległo pięćdziesiąt pro- cent ciała, przede wszystkim klatka piersiowa i twarz, nie brzuch. Śmierć, która nastąpiła tutaj, była raczej szybka, z powodu ognia bądź zaklęcia, nie utopienia – a w płucach Kaśki znaleziono wodę. Ona wpadła do rzeki, nim ogień zdążył się rozprzestrzenić. Tym- czasem wspomnienie wskazywało na śmierć przez spalenie. To oznaczało, że zginął tu ktoś jeszcze. W podob- ny, ale nie identyczny sposób. – Tort czekoladowy nie był tego wart – wymamro- tała sennie Sara, podpierając się o barierkę, by spojrzeć na rwący nurt. * * * Zajęła pusty dom na skraju Czarnego Jaru. Po- przedni właściciele pewnie umarli już jakiś czas temu, a spadkobiercy najwyraźniej nie byli zainteresowani schedą. Zanim przyniosła do budynku swój niewielki bagaż, skrupulatnie przeszukała domostwo, od ciem- nej, zagrzybiałej piwnicy aż do zakurzonego strychu. Pozornie niewinnie wyglądające budynki i miejsca potrafiły kryć niejedną nieprzyjemną niespodziankę. Ten dom skrywał jednak zdecydowanie przyjemniej- szą – w piwnicy odnalazła zapomniane słoiki konfitur i trochę domowego wina. Kiedy już otoczyła domek podstawowym zaklęciem ochronnym, wypiła pół bu- Magdalena Kubasiewicz 19 telki wina porzeczkowego, a następnie, wyczerpana podróżą, używaniem magii i alkoholem, padła na wie- kowe, zakurzone łóżko. Obudziła się następnego ranka w paskudnym hu- morze. Była zmarznięta i zdrętwiała. Żałowała, że Kaśka nie utopiła się w kałuży na środku miasta. Albo nie złamała karku, spadając ze schodów. Ewentualnie nie została trafiona cegłą w głowę. Nie podobał się jej Czarny Jar, ten dom i cała ta sprawa. Irytowało ją skrzypiące łóżko i ubity materac, przeszkadzał brak ogrzewania. Z żalem myślała o sa- bacie na Łysej Górze, poczęstunku, jakiego z pewno- ścią nie żałowano gościom, tańcach, muzyce i skanda- lach, bez których nie mogło się obyć, jeśli więcej niż trzy czarownice przybyły w to samo miejsce. Wygrzebany z torby baton, który razem z dżemem agrestowym miał pełnić funkcję śniadania, też raczej nie poprawił jej nastroju. Uwielbiała słodycze, ale wo- lałaby zjeść coś konkretniejszego. Jajecznicę z szynką. Albo zapiekanki, pyszne, chrupiące zapiekanki na ba- gietce, z pieczarkami, podwójną warstwą sera i keczu- pem… Usiadła na zapadniętym stopniu, ponura jak chmu- ra gradowa. Gdyby przebywała na zamku, kucharka zrobiłaby jej tę przeklętą jajecznicę. Do tego podała- by kakao i pyszne, maślane rogaliki. Gdyby Sara nie miała ochoty siedzieć na książęcym dworze, mogłaby kupić sobie zapiekanki w budce niedaleko bloku, po- tem zamówić pizzę lub chińszczyznę… Czarownica katowała się takimi myślami jakieś dwadzieścia mi- Spalić wiedźmę 20 nut, przeżuwając batonik i wpatrując się w zaniedbany ogród. Jeszcze przed kilkoma laty podwórko musiało być przedmiotem czyjejś troski. Wzdłuż ścieżki pro- wadzającej do furtki wciąż leżały białe kamienie, choć między nimi powyrastały już źdźbła trawy. Nie zmar- niały także krzaki róż, które zaczynały powoli pokry- wać się liśćmi. Wspomniała inny ogród, z pewnością martwy od lat, w którym dawno, dawno temu sama sadziła zio- ła i pielęgnowała róże. Przypomniała sobie, że tam- ten dom też był drewniany i miał równie spadzisty, śmieszny dach. Wzdrygnęła się i odgoniła natrętne wspomnie- nia. Wiele wody upłynęło w Vistuli, odkąd miesz- kała w domku otoczonym kwiatami. Człowiek szyb- ko przyzwyczaja się do wygód, uznała ponuro, mnąc w ręku opakowanie po batoniku. Dwa dni z dala od cywilizacji i zaczyna wariować. Wróciła do środka. Przed lustrem, przez które bie- gło długie pęknięcie, umalowała się, nie szczędząc czarnego tuszu i fioletowych cieni. Rzadko używane kosmetyki postarzały odrobinę dziecinną twarz Sary, nadając jej drapieżnego wyrazu. Chciała zwracać na siebie uwagę, wyróżniać się w tej dziurze. Szokowanie, szantaż i groźby karalne to były jej metody. Czarow- nica mimowolnie uśmiechnęła się do swojego odbicia. W przyciemnionym świetle korytarza jej niepomalo- wane usta zdawały się być czerwone jak krew. Gdy na niebie pojawiło się słońce, a temperatura wzrosła, Czarny Jar stał się na swój sposób urokliwy. Magdalena Kubasiewicz 21 Większość domków wyglądała niemal identycznie: klockowate, parterowe, z połaciowymi oknami w po- chyłych, czerwonych dachach. Niektóre z nich sta- rannie pobielono i wymieniono dachy, inne zaś były wyblakłe, straszyły drewnianymi, wiekowymi oknami i zerwanymi dachówkami. W większości ogrodów ro- sły drzewa, a wytyczone grządki świadczyły o tym, że mieszkańcy nie zaniedbują swoich obejść. Sara zmarszczyła brwi, podeszła do płotu zbitego z nierównych sztachet i spojrzała na sąsiedni ogródek. Pierwsze rośliny zaczynały wschodzić, krzaki porzecz- ki pokryły się drobniutkimi listkami, jabłoń najwyraź- niej miała zakwitnąć za parę dni. Za wcześnie. Za wcześnie, ponieważ do wiosny kalendarzowej zostały dwa dni, zaś do prawdziwej – przynajmniej dwa tygodnie. Za wcześnie, bo jeszcze wczoraj pada- ło, a deszcz mieszał się ze śniegiem. Za wcześnie dla miejscowości położonej tak blisko gór. Wyjaśnienie tego fenomenu mogło być tylko jedno: stosowano tutaj magiczne mikstury, te zaś nie były tanie. Nie mógłby sobie na nie pozwolić sobie ktoś mieszkający w nie- wielkim domku, tam, gdzie diabeł mówił dobranoc. Przyjrzała się ogródkom uważniej i niemal w każdym zaobserwowała podobne objawy: kiełkujące pędy, list- ki na drzewach. Mgliście pamiętała nawet komary nad rzeką, które nie powinny być aktywne o tej porze roku. Intrygujące. Dziarskim krokiem skierowała się do wypatrzone- go poprzedniego dnia niewielkiego, szarego budynku, Spalić wiedźmę 22 z wytartym ze starości szyldem „Sklep spożywczo -monopolowy”. Gdy Sara przekroczyła próg, zadzwo- niły dzwonki przymocowane do drzwi. Sprzedawczy- nią była młoda, najwyżej dwudziestoletnia tleniona blondynka. Najwyraźniej wioska nie należała tylko do nestorów. Szare oczy kobiety otworzyły się szerzej, gdy zobaczyła, kto wszedł do sklepu. Sara wiedziała, co pomyślą o niej tutejsi. Odziana w czerń, w porwanych spodniach, w skórze, z ostrym makijażem, jaki zwróciłby uwagę nawet w Krakowie, Wilnie, Poznaniu czy Tarenie. Ćpunka. Dziwka. Kry- minalistka. Ktoś, kogo należy omijać szerokim łukiem, istota z innego świata, godna najwyższej pogardy. Sklep był zaskakująco dobrze zaopatrzony. Co prawda na podłodze walał się piasek i drobiny kurzu, a pod sufitem kołysała tania jarzeniówka, wypełniająca pomieszczenie ostrym, nieprzyjemnym światłem, lecz na półkach nie brakowało towarów. Gorzała, piwo, pa- pierosy, sól, cukier, czyli podstawowe produkty, jakich człowiek spodziewałby się w takim miejscu, sąsiado- wały ze słodyczami znanych marek, paczkami chipsów i drogimi winami. Z jednej strony ustawiono chemię, zarówno proszki, mydła i płyny do mycia naczyń, jak i kosmetyki, perfumy i kremy, niekoniecznie te najtań- sze. Sara wyciągnęła z zamrażalnika swoje ulubione lody w kubeczku, a z półki zdjęła chleb i ser. Rzuciła produkty na ladę. Gdy sprzedawczyni pod- liczała ceny, czarownica wydobyła z kieszeni zmięte zdjęcie, z którego patrzyła roześmiana dziewczyna z rozwianymi, bardzo jasnymi włosami. Jedną ręką Magdalena Kubasiewicz 23 odgarniała je z twarzy, a drugą podtrzymywała żółtą sukienkę, szarpaną przez wiatr. Sara dostała fotografię od Juliana, nietypowo w tym przypadku zakłopotanego i milczącego. Czekał na ja- kąś złośliwą uwagę, komentarz typowy dla jego na- dwornej czarownicy. Nie odezwała się. Wiedziała, że wręcza jej kopię, że oryginał leży w szufladzie pięk- nego, zabytkowego biurka, ustawionego w królew- skiej sypialni, oprawiony w prostą, drewnianą ramkę. I że jest często wyjmowany. Nie byłaby dobrą Pierw- szą Czarownicą Polanii, gdyby nie wiedziała, co jej zwierzchnik chowa w zakamarkach prywatnych apar- tamentów. I co robi, gdy myśli, że jest sam. – Widziałaś ją? – spytała. Sprzedawczyni zamar- ła z palcem na kalkulatorze i rzuciła Sarze spłoszo- ne spojrzenie. Pokręciła głową, nawet nie patrząc na zdjęcie. – Zdumiewająca umiejętność: wiesz, że kogoś nie widziałaś, jeszcze nie wiedząc, o kogo chodzi? – zdzi- wiła się nieszczerze Sara. Uniosła fotografię, podty- kając ją dziewczynie pod nos z taką szybkością, że ta cofnęła się odruchowo i omal nie upadła. – Odpowia- daj, najlepiej pełnym zdaniem. Chyba nie zatrudniliby niemowy do pracy w sklepie? – Pani jest niegrzeczna – powiedziała sprzedawczy- ni, a czerwień jej policzków przebiła się przez grubą warstwę pudru. – Niech pani stąd wyjdzie, weźmie swoje zakupy i idzie! Skarbie, ja jeszcze nawet nie zaczęłam być nie- grzeczna – pomyślała Sara z rozbawieniem. Bez py- Spalić wiedźmę 24 tania zgarnęła z lady reklamówkę, wrzuciła do środka zakupy, w zamian rzucając na blat banknot. – Patyczek – zażądała, otwierając opakowanie z lo- dami. – Nie patrz tak na mnie, bo oczy ci wypłyną, dziewczynko. Widziałaś tę kobietę czy nie? – Nie – burknęła dziewczyna, odwracając się do Sary plecami, by wyciągnąć patyczek. – Już policja py- tała. Nie znam jej. Czarownica chwyciła dłoń sprzedawczyni. Pulch- ną, szorstką dłoń kogoś, kto przywykł do pracy w ogrodzie, szorowania podłóg i niszczenia skóry de- tergentami podczas mycia naczyń. Tak inną od rąk Sary, gładkich, o równo obciętych paznokciach. Tylko prawa była od wewnętrznej strony pokryta odciskami. – Nie znasz – powtórzyła Sara, przechylając się przez ladę, by spojrzeć w małe, szare oczy. – A widzia- łaś ją? – Nie! – krzyknęła kobieta, wyrywając się z uścisku. – Poszła stąd! I poszła, chwyciwszy wcześniej leżący na ladzie patyczek. Tropy same pchały się w jej ramiona. Przy odrobinie szczęścia będzie z tym nawet mniej pracy niż z ustaleniem, kto rok temu w kwietniu wypalał tra- wy pod Krakowem, w wyniku czego spłonęło kilka- naście hektarów lasu i parę zabudowań. Skrzywiła się mimowolnie na wspomnienie tamtego zadania, które uważała za uwłaczające swoim możliwościom. Czarny Jar budził się do życia. Sara, idąc przez wieś, kilkukrotnie wyczuła na sobie spojrzenia, rzucane zza firanek i płotów. Ze zdumieniem stwierdziła, że wcale Magdalena Kubasiewicz 25 nie byli to – jak się spodziewała – tylko staruszkowie. Przez dziury w sztachetach przyglądali się jej dwaj mali chłopcy, a skryta za firanką, wiotka postać mu- siała należeć do młodej kobiety. Z niewielkiego okna w dachu spoglądał za nią nastolatek. – Ene due rabe, bocian połknął żabę – wymamrota- ła początek starej wyliczanki. – Ogniowi chcieli oddać wiedźmę, więc twoją duszę za to wezmę. Raz, dwa, trzy, dziś przegrywasz ty. Nie wyczuwała magii. Ani odrobiny. A jednak było w Czarnym Jarze coś dziwnego, coś, co wywoływa- ło mrowienie pod skórą, jakby ostrzeżenie przed nie- bezpieczeństwem. Może zza którejś z białych firanek spoglądał za nią morderca Kaśki? Sara oblizała paty- czek i starannie wybrała z dna kubełka resztkę lodów malinowych. Wieść o dziwnej dziewczynie szukającej informacji o Kaśce szybko obiegnie wioskę. Gdyby te półgłówki nie ogłosiły zaginięcia, gdyby nie przysłano tutaj policji, może zabójca sam przyszedłby do Sary. Teraz jednak nikt nie odważy się tknąć kolejnej obcej, dając jednocześnie władzom dowód, że zbrodni doko- nano tutaj. – Siedzi w wieży królewna, zamknęła ją wiedź- ma… – kontynuowała szeptem. Zmiażdżyła kubeczek w ręce, a potem rozluźniła palce i pozwoliła, by po- rwał go ze sobą wiatr, zbyt nagły i silny, by mógł być dziełem natury. Gdy odezwała się znowu, jej głos uległ zmianie, a przez pokrytą kosmetykami twarz przebiegł skurcz bólu. – Spalić wiedźmę… spalić wiedźmę… Ene. Due. Rabe. Spalić wiedźmę 26 * * * Kiedyś Sara spróbowała zapewnić sobie spokojny sen. Wielu mieszkańców Krakowa i okolic, zwłasz- cza tych biedniejszych, trzymało przy łóżkach siatki, wykradające ich senne majaki, choć na dłuższą metę prowadziło to do psychicznego wyczerpania, a nawet do szaleństwa. Lecz te piękniejsze lub ciekawsze sny mogli sprzedać za dobrą cenę w punktach skupu, skąd, specjalnie przefiltrowane i umieszczone w kolorowych flakonikach, trafiały na sklepowe półki. W grudniu, gdy noce były długie i ciemne, a sińce pod jej oczami wyraźniejsze, Sara kupiła sen w nie- bieskiej, malutkiej buteleczce i wieczorem wypiła gę- sty, błękitny płyn, pachnący polnymi kwiatami. Śniła o niebie, równie niebieskim jak szkło, z którego wy- konano flakonik, o leniwie kołyszącym się w ogrodzie hamaku. Ktoś, kogo w tym śnie kochała, był tuż obok. Gdy otworzyła oczy i usiadła na łożu z baldachi- mem, w jednej z najwspanialszych sypialni zamku władców Polanii, płakała po raz pierwszy i ostatni w życiu. Nigdy więcej tego nie spróbowała, wolała po- zostać przy własnych koszmarach, chaotycznych wy- tworach umysłu, zlepkach wspomnień i dziecinnych strachów. Drugiej nocy w Czarnym Jarze śniła o ogniu. To był często powtarzający się koszmar. Śniła o Katarzynie ze spaloną twarzą. I o dziewczynce zjadającej zatru- Magdalena Kubasiewicz 27 te jabłko. O grobie. O trumnie z cienkiego, zaklętego lodu. O śniegu. Za późno. Za późno o życie. Była trzecia nad ranem, kiedy czarownica obudziła się, ubrała i wyszła na zewnątrz. Za późno, śpiewał wiatr. Spóźniłaś się, spóźniłaś. – Nie szkodzi – wymruczała Sara, idąc w stronę lasu. – Wcale nie chciałam jej ratować. Czarownice się nie spóźniają. To inni przychodzą za wcześnie. Nie wyczuła jednak niczego nowego, stojąc na moście. Nadal to samo echo, pozostałe po cierpieniu i śmierci, które utrzyma się tu jeszcze przez kilkanaście dni. Na darmo zerwała się z łóżka, zwiedziona kolej- nym koszmarem. Zrezygnowana, oparła łokcie o ba- rierkę i wpatrzyła się w wodę, płynącą ku Vistuli. Oba brzegi rzeki były strome, gęsto porośnięte krzakami, tak, że nie dałoby się iść tuż nad wodą. Sara, kieru- jąc się impulsem, przesadziła poręcz, skacząc prosto w nurt. Przez chwilę mogłoby się zdawać, że wpadnie do spienionej wody, lecz zawisła parę milimetrów nad jej powierzchnią. Musiała przedstawiać sobą dziwny widok, gdy nie- mal spacerowała po wodzie, ubrana w dżinsy i wysta- jącą spod skórzanej kurtki piżamę z Kaczorem Donal- dem. Puls Sary przyspieszył, powietrze zawirowało wokół, a nieposłuszna i kapryśna magia czarownic bu- dziła się wewnątrz niej. Wiele rzeczy mogło zwiększyć moc czarownicy: silne emocje, szczególne miejsca, na- wet pora dnia. Pijana mocą Sara omal nie przeoczyła głębszego cienia wśród przybrzeżnych krzewów. Spalić wiedźmę 28 Zbliżyła się do tych żałosnych szczątków, będących kiedyś żywą istotą. Płomienie pochłonęły ciało niemal w całości, zostawiając zwęglony kawał mięsa, unie- możliwiający identyfikację. Sara wzleciała wyżej, zawisła nad rzeką, ponad ko- ronami drzew − ciemna postać na tle zachmurzonego nieba. Zawirowała, wykorzystując ten niespodziewa- ny przypływ energii, poszukując śladów śmierci, tym razem na znacznie większym obszarze. I znalazła je. Oblepiły jej umysł jak smoła, gęsta, ciemna i cuchnąca. Nagle zakrztusiła się i opadła w dół, odcięta od magii. Resztkę mocy wykorzystała, by nie spaść jak ptak strą- cony z nieba. Wylądowała niezgrabnie, potoczyła się po trawie, obijając biodro i uderzając głową o jakiś kamień. Ledwo to wszystko zarejestrowała, wciąż skupiona na emocjach, nienależących do niej. Wszystko zaczęło się mieszać. Ogień. Strach. Śmierć. Spalić wiedźmę. Du- szący dym. Nie będę krzyczeć. Niebo jest błękitne i czy- ste, ptaki tak pięknie śpiewają. Nie będę krzyczeć. Dym wżera się w oczy, wypełnia płuca. Ciemność litościwie zapada i pochłania ją, nim zdążą zrobić to płomienie. – Sara – szepnęła, zwijając się w kłębek, miotana torsjami. – Sara Weronika Sokolska, Sanika, Pierwsza Czarownica Polanii. Jestem Sara. Nie ja tam umar- łam. Nie ja spłonęłam wtedy. I nie teraz. Spróbowała na nowo odbudować swoją tożsamość, oddzielić się od tego wspomnienia i od tego, co pozostało po ludziach, spalonych w Czarnym Jarze. Urodziłam się w Szczecinie. Trzydzieści trzy lata temu. Nazwano mnie Weroniką. Miałam matkę, ojca, Magdalena Kubasiewicz 29 starszego brata, a potem jeszcze młodszą siostrę. Je- stem i zawsze byłam czarownicą. Jestem Sarą. Jestem sobą. Żyję. Mrok owinął się wokół niej jak płaszcz. * * * – Proszę pani? Pani żyje? – Skąd, wylazłam z grobu… – wymamrotała Sara, odpychając rękę szarpiącą ją za ramię. Wisielcze po- czucie humoru wróciło jako pierwsze, jeszcze gdy po- zostawała na wpół przytomna, nie do końca świado- ma, co właściwie robi w środku lasu, leżąc na trawie mokrej od rosy. – Aaa… spadłam. – Pani uderzyła się w głowę – oznajmiła kucająca obok jasnowłosa dziewczyna. Na ładnej, drobniutkiej twarzy malowało się zmartwienie. – Pani powinna iść do szpitala. Czarownica obmacała potylicę. Faktycznie, włosy z tyłu zlepiła krew, jednak rana zdążyła się już za- sklepić. Wiedziała jednak, że pod sufitem na pewno nie ma równo. Wyrzucała sobie własną głupotę. Upojona przypływem mocy, zapomniała o rozsądku, otworzyła się zupełnie, znosząc wszystkie bariery. Mogła stracić przytomność, wpaść do rzeki i podzielić los Pięknej Kaśki. – Obca – skomentował ktoś. Sara uniosła wzrok. Trochę dalej stała kobieta. Nie, nie kobieta, dziewczy- Spalić wiedźmę 30 na, może jeszcze nastolatka: to strój i gruba warstwa makijażu tak ją postarzały. Krótka spódniczka, siatecz- kowe rajstopy, bluzeczka z dekoltem i czarny płaszcz, rozpięty pomimo chłodu, zapewne by rzeczony dekolt eksponować. – Obca – potwierdziła Sara. – I co? Spalicie mnie za to na stosie? Uważnie obserwowała reakcje dziewcząt. Jasnowło- sa wciąż przypatrywała się jej z taką samą troską – typ delikatnej panienki, rozczulającej się nad ptaszkami wypadającymi z gniazd. Druga, ciemnowłosa, z szy- derczym uśmiechem wyciągnęła z kieszeni papierosy. Typ, który ptaszka przydepcze, żeby biedaczek za dłu- go się nie męczył. – Rzadko ktoś tutaj przyjeżdża – pospieszyła z wy- jaśnieniem blondynka. – Ona nie miała nic złego na myśli. Jestem Sylwia. A to Marzena. Pani potrzebuje pomocy? – Nie – odpowiedziała, choć bolała ją głowa i bio- dro, a do tego zdrętwiała z zimna i po prostu czuła się paskudnie, jakby całą noc imprezowała ze studentami. – Pani dojdzie sama do wsi? – upewniła się Sylwia. – Pani dojdzie do wsi – potwierdziła Sara, przewra- cając oczyma. Podniosła się, otrzepała spodnie. Gdy odchodziła, Marzena obrzuciła ją drwiącym spojrze- niem, dłużej zatrzymując wzrok na piżamie, wystają- cej spod kurtki. Zaciągnęła się papierosem, wypuściła z mocno umalowanych ust smużkę dymu. Za późno, szeptało coś tej nocy. Za późno o życie. O kilka żyć. Magdalena Kubasiewicz
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Spalić wiedźmę
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: