Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00229 007178 15351637 na godz. na dobę w sumie
Spekulant - ebook/pdf
Spekulant - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 187
Wydawca: Universitas Język publikacji: polski
ISBN: 978-832-421-064-0 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> powieść
Porównaj ceny (książka, ebook (-9%), audiobook).

'Około godziny drugiej po południu, w jasny i mroźny dzień na początku lutego, szedł pieszo młody człowiek, okutany porządną szubą, obwiązany pięknym szalem, z antypką w ręku, ozdobioną bursztynem i czerwonym woreczkiem, a za nim szły bokiem złamane sanie, ciągnione przez dzielną czwórkę w krakowskich chomątach. Popędzał je wąsaty furman, idąc także pieszo, i ocierał ręką, w której trzymał długie biczysko, oczy i wąsy obrastające co moment białym szronem. Wtem pokazała się na wzgórku Sewerynówka, o sześć mil od Odessy leżąca, i pan August Molicki, obracając się do idącego za
nim lokaja Franciszka, rzekł:
– Biegajże, kpie, prędzej i postaraj się o rzemieślnika, który by nam naprawił sanie. Nie opatrzyliście ich w Odessie; teraz ja z waszej łaski muszę iść piechotą, a może tu stać będę ze dwa dni – żeby was diabli wzięli, łajdaki!
Franciszek pobiegł, jak mógł najprędzej, klnąc zapewne w duchu i pana, i furmana, i Odessę, a w pół godziny potem rozgościł się pan August w ogrzanym i dużym pokoju i zrzuciwszy z siebie szubę, ciepłe buty i wszystko to, czym obciążamy nasze ciało w nieszczęsnych podróżach zimowych, kazał sobie przynieść poduszkę i zgrzany i zmęczony rozłożył się na twardej kanapie, która mu się dziwnie miękką i wygodną wydała.

– Bo jak głód najlepiej jeść gotuje, tak fatyga najlepiej ściele. Mądrość to prosta; radzi jednak o niej zapominamy. Ale przepraszam za morał, a wracam do pana Augusta. Pan August był to młody człowiek nowego pokolenia. W roku 1843, w pamiętnej dla niego epoce złamania sanek, miał lat dwadzieścia pięć.' - fragment książki

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

ISBN 97883-242-1064-0 I Około godziny drugiej po południu, w jasny i mroźny dzień na początku lutego, szedł pieszo młody człowiek, okutany porządną szubą, obwiązany pięknym szalem, z antypką w ręku, ozdobioną bursztynem i czerwonym woreczkiem, a za nim szły bokiem zła- mane sanie, ciągnione przez dzielną czwórkę w krakowskich cho- mątach. Popędzał je wąsaty furman, idąc takŜe pieszo, i ocierał ręką, w której trzymał długie biczysko, oczy i wąsy obrastające co moment białym szronem. Wtem pokazała się na wzgórku Sewerynówka, o sześć mil od Odessy leŜąca, i pan August Molicki, obracając się do idącego za nim lokaja Franciszka, rzekł: – BiegajŜe, kpie, prędzej i postaraj się o rzemieślnika, który by nam naprawił sanie. Nie opatrzyliście ich w Odessie; teraz ja z wa- szej łaski muszę iść piechotą, a moŜe tu stać będę ze dwa dni – Ŝeby was diabli wzięli, łajdaki! Franciszek pobiegł, jak mógł najprędzej, klnąc zapewne w du- chu i pana, i furmana, i Odessę, a w pół godziny potem rozgościł się pan August w ogrzanym i duŜym pokoju i zrzuciwszy z siebie szubę, ciepłe buty i wszystko to, czym obciąŜamy nasze ciało w nieszczęsnych podróŜach zimowych, kazał sobie przynieść po- duszkę i zgrzany i zmęczony rozłoŜył się na twardej kanapie, która mu się dziwnie miękką i wygodną wydała. – Bo jak głód najlepiej jeść gotuje, tak fatyga najlepiej ściele. Mądrość to prosta; radzi jednak o niej zapominamy. Ale przepraszam za morał, a wracam do pana Augusta. Pan August był to młody człowiek nowego pokolenia. W roku 1843, w pamiętnej dla niego epoce złamania sanek, miał lat dwa- dzieścia pięć. W jedenastym roku Ŝycia oddano go do Krzemieńca. Doszedł 5 tam do klasy drugiej i na tym skończyła się jego publiczna eduka- cja. Resztę pierwszej młodości przepędził w domu; a gdy go, mają- cego lat siedemnaście, ojciec odumarł, zaczął rządzić piękną wsią na Podolu, pod okiem kochającej go, ale słabej matki. Pełen naturalnych zdolności, poduczony cokolwiek przez daw- nego krzemieńczanina, który się trudnił guwernerką, wprawiony do pięknej francuszczyzny przez guwernantkę siostry, rodowitą Francuzkę, brunetkę nieszpetną i doświadczoną, która z dziwną gorliwością przez lat blisko trzy dawała lekcje szesnastoletniemu i siedemnastoletniemu chłopcu, dopełnił swej edukacji na zjaz- dach młodzieŜy, na jarmarkach w Jarmolińcach i w Berdyczowie, tak Ŝe gdy doszedł do lat dwudziestu, był to młodzieniec skończo- ny, rycerz przy zielonym stole, niezwycięŜony przy butelce, na wy- ścigach czy konnych, czy wozowych niepokonany i w najgłówniej- szym rzemiośle ówczasowej młodzieŜy tak biegły, Ŝe mógłby się był odpłacić w wielu względach wzajemną lekcją dawniejszej swojej nauczycielce. W tym czasie stracił matkę; siostra na pół roku przed jej śmier- cią wyszła za mąŜ; został więc sam panem majątku i swojej woli. Ale gdy przyszło zapłacić posag, o który się szwagier stanowczo upomniał, i gdy się obliczył ze wszystkimi długami młodości, opa- miętał się pan August i wówczas rozwinął się właściwy jego cha- rakter. W ten wir, w którym Ŝył dotąd, wciągnął go nie naturalny po- pęd, nie gwałtowność namiętności, ale przykład młodzieŜy, wśród której wyrósł. Grał on tylko chętnie, bo zawsze lubił pieniądze, chociaŜ je rozrzucał, ale pił, bo inni pili; tracił i hulał, bo nie chciał się okazać niŜszym od współbraci; bałamucił się z męŜatkami i wdowami, bo popisywanie się dzielnością tego rodzaju było wiecz- nym tematem rozmów, ile do nich czasu zostawiały karty, a pan August nie chciał milczeć tam, gdzie inni mówili, i starał się gorli- wie, aby się miał takŜe z czym pochwalić. Lecz w gruncie był to człowiek zimny, egoista i spekulant. Te wady przy innym wychowaniu, przy gruntownej nauce, przy jakimściś waŜniejszym zajęciu, które by mu pokazało wyŜsze cele, byłyby moŜe wzięły inny kierunek, ale to Ŝycie, na którym przepę- dził pierwszą młodość, odpoetyzowało zupełnie jego duszę, a jego serce, jak śliwka węgierka, która przeszła przez wiele rąk, zmięte i zgniecione, straciło całkiem swą dziewiczą barwę. Łatwiej więc 6 niŜ kto inny, i juŜ w dwudziestym pierwszym roku Ŝycia, przyszedł pan August do tego wielkiego rezultatu naszych czasów, Ŝe czło- wiek przez pieniądze tylko jest czymściś, bez pieniędzy niczym. Kłopoty gospodarstwa nie wystarczającego na wszystkie wy- datki, utarczki z dłuŜnikami i ze szwagrem utwierdziły go w tej zasadzie. JuŜ więc od tej pory postanowił zdobyć ten talizman, który otwiera wszystkie klamki i daje przystęp do kaŜdego serca. Ale gdy się zastanowił nad swoim połoŜeniem, gdy zimno i bez- stronnie rozmierzył swoje zdolności, gdy zwaŜył okoliczności, któ- re go otaczały, postrzegł, Ŝe Ŝadnym innym sposobem dokazać tego nie zdoła, jak przez bogate oŜenienie. Zaciągnął się więc jed- nym rzutem i bez najmniejszego wahania się pod chorągiew tego batalionu myśliwców, którzy, wówczas i dziś, z zimną krwią i z co- raz bardziej wydoskonaloną taktyką polują na bogate Ŝony. To raz przedsięwziąwszy, zapomniał o wszystkich szaleństwach młodości, jak Mieczysław zrobił się w mgnieniu oka starym, zmniej- szył wydatki, zamknął się w domu, gospodarował, gromadził gro- sze, aby się cokolwiek otrząść z kłopotów i przygotować do wiel- kiej wyprawy na grubego zwierza. Diabełka się nie wyrzekł, raz, Ŝe miał naturalną Ŝyłkę do szulerstwa, po wtóre, Ŝe tym bardziej teraz pokochał pieniądze, łatwo i w wielkich kuszach nagle wpływają- ce; a on grał szczęśliwie, zimno i zawsze prawie wygrywał. Mimo tych wad, mimo zamiarów egoistycznych i niemoralnych, przyznać potrzeba, Ŝe pan August był bardzo miłym i ujmującym człowiekiem. Powierzchowność miał piękną, twarz przystojną, zwykle zimną, ale posłuszną jego woli i mogącą przybrać wyraz tkliwy i rozrzewniony; wzrok bystry, głos męski i dźwięczny. Ubie- rał się zawsze starannie, włosy miał gęste blond, cokolwiek w rudy kolor przechodzące, ale przyczesywał je biegle do twarzy i umiał im nadać pozór lwiej grzywy. Szczególniej miał rękę nadzwyczaj- nej piękności, którą produkował, gładząc często wąs, zwłaszcza wówczas, gdy kto do niego co mówił. Przy tym zdolności miał, jak powiedzieliśmy, wielkie, pamięć ogromną, rozsądek zdrowy i w obejściu się z ludźmi ten ton łatwy, godny i naturalny, do czego przyszedł w czasie intryg z dwoma damami wyŜszego tonu, do których serca piękny akcent francuski otworzył mu był łatwą drogę. Jak wódz zamierzający waŜną ekspedycję robi wszelkiego ro- dzaju przygotowania, tak i pan August nie tylko myślał o ze- wnętrznych środkach podobania się. Wszystek czas, który mu 7 zostawał od gospodarstwa i diabełka, obracał na czytanie i w prze- ciągu dwuletniego zamknięcia się w domu wiele skorzystał. Gdy raz, ubrany z całą elegancją, na jaką Podole zdobyć się mogło, gładząc wąs średnim palcem pięknej swej ręki, stanął przed zwierciadłem dla wyegzaminowania się, czy moŜe juŜ rozwinąć chorągiew i uderzyć w trąby, przypomniał sobie, Ŝe nic nie widział oprócz Jarmoliniec i Berdyczowa. Upokorzony tą myślą i wiedząc, jak zupełnie innym okiem patrzą u nas, szczególniej kobiety, na człowieka wracającego zza granicy, postanowił i ten jeszcze po- wab przydać swojej osobie, i tak skompletować swe uzbrojenie do zaczepnego działania. Zebrawszy się więc z siłami, pojechał do Warszawy, stamtąd do Berlina, nad brzegi Renu, do Szwajcarii, zajrzał do Włoch i po roku wędrówki wrócił do domu w jesieni. Kontent z siebie, zmierzywszy swe siły i postrzegłszy, Ŝe oszczęd- ność, dobre urządzenia gospodarskie i szczęśliwa ciągle gra po- większyły znacznie jego fundusze i oczyściły go prawie z grzechów młodości, postanowił tejŜe zimy rozpocząć łowy na serio i dlatego myślał udać się na kontrakty do Kijowa lub do Dubna, wiedząc, Ŝe to są właśnie miejsca, gdzie między innymi towarami wywoŜą się takŜe i panny. Nimby czas ten stanowczy nadszedł, z daleka, z ogródka, od znajomych i nieznajomych wypytywał się: gdzie, w jakim gnieździe dorasta sarneczka godna strzału, jakie są za- miary i projekta rodziców, jaki ich charakter, jakie zatem drogi najkrócej i najpewniej doprowadzą do celu. Wszystko to pan August robił niezmiernie ostroŜnie, z naj- większą cierpliwością, bo jako człowiek zimnego serca, nie unosił się nigdy, a jako biegły gracz, wiedział, Ŝe ten tylko wygrywa, kto umie wyczekać. Ta jedyna myśl, dla której wszystko poświęcił, którą ciągle w głowie swej piastował, tak zatwardziła i wysuszyła do reszty jego serce, Ŝe od tej chwili, kiedy ją powziął, Ŝaden po- wab, Ŝaden umizg kobiety nie robił na nim najmniejszego wraŜenia. Postanowił mieć bogatą Ŝonę, ale czy ją będzie kochał, czy ją będzie szacował, czy będzie ładna, czy brzydka, rozumna czy głu- pia, o tym nigdy ani pomyślał. Obeznany z dawna ze wszystkimi manewrami strategii miłosnej, postanowił w potrzebie uŜyć ich jako środek, ale oraz odrzucić, dopiąwszy swego, jak odrzucał kartę, która juŜ wygrała. W takim usposobieniu wybierał się pan August do Dubna, gdy niespodziewany interes powołał go do Odessy. Odebrał on urzę- 8 dowe uwiadomienie, Ŝe mu ciotka umarła, po której został dom i kapitał umieszczony w komercyjnym banku odeskim. Ciotka jego była za doktorem. Z tej okazji poróŜniona z familią, która to uwaŜała za ubliŜenie, wyniosła się do Odessy, gdzie po kilkunastu latach najszczęśliwszego poŜycia owdowiała. śe była bezdzietna, Ŝe była kobieta dobra, nie pamiętając więc o przykrości, jaką jej głupia szlachecka pycha wyrządziła, umierając, mająteczek, który mąŜ zebrał i jej zapisał, przekazała dzieciom swej siostry. ChociaŜ pan August nie spodziewał się, aby to było coś wiel- kiego, ale Ŝe od przybytku głowa nie boli, uzbroiwszy się więc plenipotencją siostry, wybrał się i pojechał. Nie tracąc nigdy z myśli jedynego celu, dla którego był i egzystował na tym świecie, posta- nowił i z tej okoliczności korzystać i wszystko, co zbierze z przedaŜy ruchomości ciotki, z czego nie czuł się obowiązanym zdawać ra- chunku siostrze, obrócić na dokompletowanie swojej garderoby. Właśnie więc ukończywszy interes i uprowidowawszy się we wszyst- ko, czego potrzebował, powracał nazad, gdy przypadek, który się musi do wszystkiego wmieszać, przez złamanie sanek przyspieszył epokę tej ekspedycji, do której się lat tyle i tak sumiennie gotował. II Około godziny piątej wieczorem stał pan August w bramie au- sterii i palił fajkę, gdy wjechała sześciokonna kareta na saniach, a za nią jeszcze dwoje porządnych sani z dworem i rzeczami. Gdy pierwszy powóz przesuwał się mimo, postrzegł pan August dwie kobiety w karecie; a chociaŜ były okutane, zdawało mu się jednak, Ŝe jedna z nich była młodziutka i rumiana. Nie wiedział on, kto przyjechał, ale dosyć mu było widoku zamoŜności osób przybyłych i tej supozycji, Ŝe to była matka z córką i Ŝe córka była zapewne panna, aby głowa jego zaczęła pracować. UsłuŜny śydek ostrzegł lokaja, Ŝe pierwsza stancja była zajęta. 9 Posunęła się więc kareta dalej i obie panie, a za nimi słuŜąca, wysiadły przy dalszych drzwiach austerii. Zaledwie weszły, w ten moment pan August, stojący we drzwiach swego pokoju, dowie- dział się od ludzi, którzy na dalszych saniach siedzieli, Ŝe to była pani chorąŜyna Wolczyńska, powracająca z Odessy do domu. Uradowany z tego zdarzenia dziękował w duszy swoim sa- niom, Ŝe się złamały, i zaczął juŜ układać plan kampanii. Pan chorąŜy mieszkał o pięć mil od pana Augusta, a zatem w potrzebie mógł być i sąsiadem. Był to człowiek skąpy i nie- dorzeczny, ale bogaty, bez długów i w ciągłym dorobku. Od daw- na juŜ pan August wyglądał powrotu panny Klary Wolczyńskiej z Odessy, gdzie dla edukacji bawiła ciągle lat kilka. W liczbie upro- jektowanych partyj była więc i ona, i była na pierwszym miejscu, nie dla wdzięków, nie dla wychowania, o które się nie pytał, ale dlate- go, Ŝe była jedynaczką, Ŝe Niedolipie były piękną rezydencją, Ŝe tę ogromną wieś okrąŜały jeszcze trzy inne wsie bogatym swym wień- cem i sytuację pana chorąŜego dosuwały do owego uroczego mi- liona, który z całym szeregiem zer swoich, jak kometa z ognistym ogonem, krąŜył ciągle po sferze jego głowy. Gdy pan August z takimi myślami przechadzał się po pokoju i zbliŜył się do drzwi bocznych, usłyszał te słowa srebrnym, czystym głosikiem wymówione: – Ach mamo! jaki tu swąd, jaki krzyk od tych tam śydów, jaka izba brzydka i ciasna! JakŜe my tu będziemy nocować? Szanse za mną! – powiedział sobie w duchu pan August i ka- zawszy Franciszkowi, przyrządzającemu do herbaty, przynieść jesz- cze dwie filiŜanki, wyszedł do sieni. W tejŜe chwili wyszła i pani Wolczyńska i pytała się, czy nie ma lepszego pokoju. śyd ruszał ramionami i ukazał na stojącego obok pana Augusta: – Insze pokoje są, ale teraz zima, panowie nie jadą, na cóŜe mnie palić? – Ale tu niepodobna nocować – rzekła pani Wolczyńska. – Niech j a s n e pani powie temu panu – odpowiedział śyd – to moŜe on się pomienia, a moŜe i n i. Abo ja wiem? A t a m t e pokój bardzo piękny! Wtenczas pan August, zwracając się nagle, zbliŜył się śmiało do chorąŜyny i rzekł: – Pozwoli pani przypomnieć się sobie. Jestem August Molicki, 10 sąsiad państwa na Podolu i sąsiad przypadkowy tu, gdzie panie podobno niewygodny będziecie miały nocleg. – Bardzom rada, Ŝe pana widzę, i cieszę się, Ŝe to pan jesteś naszym sąsiadem. Mamy stancję tak okropną, Ŝe jesteśmy z moją córką w największym ambarasie. Dalej jechać nie moŜna i noco- wać tu takŜe nie moŜna. Doprawdy same nie wiemy, co robić. – Pozwoli pani dać sobie dobrą radę? – O, zmiłuj się pan! Będzie to prawdziwy dowód grzeczności sąsiedzkiej. – Niech panie zajmą mój pokój – rzekł pan August. – Jest obszerny, ciepły i czysty. – Prawdziwie nie wiem, jak podziękować panu. Ale gdzieŜ się pan podziejesz, bo tam doprawdy niepodobna. – CzyŜ to warto, abyś pani o tym myślała? Przenocuję w sa- niach, gdziekolwiek. Przywykłem do niewygód i nie pieszczę się. – Co było kłamstwo wierutne, bo jako egoista lubił wygódki i gdyby nie panna Klara i nie milion, byłby juŜ dawno zamknął się w swoim pokoju i nie okazałby najmniejszej domyślności serca. – Więc panie przyjmują? – dodał. – Musimy. Ale niech pan wierzy, Ŝe będziemy umiały cenić tę grzeczność – rzekła chorąŜyna i wyciągnęła do niego rękę, którą on z uszanowaniem pocałował. – Jednak jeden warunek pozwoli pani sobie połoŜyć – rzekł pan August najnaturalniej. – JakiŜ to? – Nim panie zajmiecie ten pokój, rad bym, abyście były w nim pierwej moimi gośćmi. Przenosiny nie tak prędko się odbędą, sa- mowar nie zaraz będzie gotów. U mnie herbata na stole, a panie z zimna. – Serdecznie dziękujemy panu i w ten moment będziemy słu- Ŝyć – odpowiedziała chorąŜyna, czując, Ŝe naleŜało się odpłacić grzecznością za grzeczność i odmówić nie wypadało. Potem skłoniła się panu Augustowi i weszła do pokoju. On zaś wrócił do siebie, zacierając ręce, i pomyślał w duchu: Knieja ob- rzucona! Panna Klara, posłyszawszy dźwięczny i męski głos pana Augu- sta rozmawiającego z matką, zbliŜyła się ku drzwiom. Przez szpar- kę drzwi niezupełnie przymkniętych widziała go, widziała dobrze i wysłuchała całej rozmowy. 11 Gdy matka weszła do pokoju, zastała córkę przed rozbitym lusterkiem poprawiającą czepeczek podróŜny, układającą koł- nierzyk i spinającą cieśniej pasek szlafroczka. Szlafroczek ten, na szczęście, choć lekko podwatowany, był jednak nowiuteńki, z ład- nej materii jedwabnej i zrobiony z całą elegancją odeską. – Czy dobrze tak, mamo? – zapytała panna Klara i zapytała niepotrzebnie, bo w czymŜe byłoby jej niedobrze, kiedy miała lat osiemnaście; kiedy figurka jej, nie nadto wysoka, była giętka i wcię- ta; kiedy prześliczne formy ciała rysowały się przez lekkie fałdy miękkiego jedwabiu, kiedy oczy jej błękitne ocieniały się czarnymi rzęsami, ciemne włosy lśniły się na jasnym czole; kiedy jej nosek foremny wystawał w doskonałym rozmiarze nad pięknymi ustami, które umiały uśmiechać się rozumnie i filuternie, śmiać się czasem serdecznie, a zawsze odkrywały ząbki białe, równe i drobne. – DlaczegoŜ mię o to pytasz, Klaruniu? – Pójdziemy przecieŜ na herbatę do tego pana. – Więc wiesz, Ŝe pójdziemy? – rzekła matka. – Słyszałam wszystko. Widzi mama, jaki on grzeczny. Zaraz znać, Ŝe Podolanin. Mama pójdzie? – A chcesz? – CzemuŜ nie? W drodze! Nim się przeniesiemy, nim co, to nie wiedzieć kiedy będzie. Ale czepeczek nie bardzo zmięty? – Nie – odpowiedziała matka. I poszły. A panna Klara myślała o swoim czepeczku, czy się wyda, o szlafroczku, czy dobrze leŜy, czego wprzódy nigdy nie było. śal się BoŜe! nie wiedziała o tym biedna panna Klara, Ŝe pan August nie zwróci uwagi ani na szlafroczek, ani na czepeczek i moŜe ledwie spojrzy na twarzyczkę jej owalną i świeŜą, na jej oczy, które umiały patrzeć całą duszą, na jej usta jak jagoda rumia- ne i na jej rączki jak śnieg białe. Bo pan August wie, Ŝe panna Klara jedynaczka i Ŝe ojciec jej ma blisko miliona. Rozmowa szła wesoło o Podolu, o Odessie. Damy robiły de- likatne wymówki panu Augustowi, Ŝe się nie starał z nimi poznać, wiedząc, Ŝe one tam mieszkały. Potem mówiono o magazynach odeskich, z którymi pan Au- gust porównywał piękne składy towarów za granicą. Potem mó- wiono o operze odeskiej i znowu pan August miał zręczność wspo- mnieć o teatrze berlińskim, drezdeńskim i mediolańskim. Wszak- 12 Ŝe o tym wszystkim robił tylko lekką wzmiankę, jakby nie przywią- zywał wielkiej wartości do tego, Ŝe był za granicą; mówił, Ŝe Podo- le piękne i bez bogatych magazynów, i bez pani Szreder-Devrian, Ŝe szczególniej teraz stanie się najpiękniejszą w świecie krainą. Te wyrazy: „szczególniej teraz”, udało mu się wymówić wten- czas, gdy chorąŜyna dawała jakiś rozkaz Agatce, wymówił je więc zupełnie odmiennym akcentem, nadał im intonację, jak gdyby wprost wychodzącą z serca, i połączył z wejrzeniem przelotnym, niby nieznacznym, ale które nachyliło do ziemi piękne oczy panny Klary i śliczną twarz jej oblało rumieńcem. Przeniesienie wkrótce uskuteczniono. Na wieczerzy był znowu pan August gościem u pani chorąŜyny i ledwie koło godziny dziesiątej rozeszli się na spoczynek. Gdy się Ŝegnał z panną Klarą i całując jej białą rączkę, oddawał dobranoc, rzekła panienka z miłym uśmiechem: – Ja z łaski pana będę miała noc bardzo dobrą, ale pan? O! prawdziwie Ŝal mi, Ŝem była tak wymyślną, Ŝe pan będziesz tak źle spał z mojej winy. – śe wcale spać nie będę, to być bardzo moŜe – odpowiedział cichszym głosem i ścisnął z lekka delikatne paluszki. Gdy wyszedł, panna Klara oddała dobranoc matce, rozebrała się czym prędzej, połoŜyła się i obróciwszy się do ściany, i zakrywszy oczy obiema rękami, dała wolny bieg myślom. Czuła ona, jak jej twarz płonęła pod gorącymi dłoniami; jak jej pulsa biły; jak łezka niewinna i poetyczna wymykała się spod zamkniętej powieki i za- wieszała się na długich i ciemnych jej rzęsach. Po pewnym przeciągu czasu, przyciskając bijące serce, które po raz pierwszy takim dziwnym sposobem stukało w jej dziewiczym łonie, przypomniała sobie, Ŝe jeszcze nie zmówiła pacierza. Zaczę- ła więc modlitwę, ale ją krzyŜowały inne obrazy, inne słowa, inne nadzieje. Ze trzy razy zaczynała Ojcze nasz i dokończyć go nie mogła. Chciała się więc przekonać, zmusić do uwagi, odłoŜyć na potem słodkie marzenia, ale jej przeszkadzał obraz pięknego mło- dzieńca, jego głos męski i ujmujący, jego maniery pełne grzeczno- ści i naturalności. Tak walczyła z sobą długo i w tej walce, pacierza z rodzącym się głosem serca, usnęła. Pan August wróciwszy do siebie i zaspokoiwszy się, Ŝe sanie na rano będą gotowe, kazał sobie podać fajkę, połoŜył się wygodnie i rozwaŜał, jak ma dalej postępować. Łamał sobie głowę, jak ująć 13 matkę, która mu się zdawała kobietą rozumną, pełną uczuć szla- chetnych i delikatnych, a szczególniej, jak przekonać lub zwieść skąpego ojca. Tak układając plany waŜnej wyprawy, którą miał przed sobą, licząc, ile będzie mógł otrzymać zaraz, ile przy najdłuŜszym Ŝyciu chorąŜego urośnie majątku, nie przeŜegnawszy się, nie wspomniaw- szy nawet o pannie Klarze, z jakąś ogromną liczbą na ustach zasnął. III Nazajutrz jeszcze podróŜne panie spały, gdy pan August, po- mówiwszy z furmanem chorąŜyny i dawszy mu rubla, pojechał. Panna Klara ubrała się daleko staranniej, niŜby tego wymagała droga, i wyjrzała do sieni w tej nadziei, Ŝe obaczy pana Augusta. JuŜ jej błękitne oczy gotowe były podnieść się na miłą twarz mło- dzieńca z wyrazem przebaczenia, Ŝe im spać nie dał; juŜ śliczne usteczka gotowe były wymówić słodkie „dobry dzień” i prawa rącz- ka, obnaŜona z rękawiczki, chętnie dałaby się była ucałować, gdy wracająca z sieni Agatka objawiła, Ŝe ten pan dawno wyjechał. Milcząc wypiła panna Klara herbatę; milcząc siadła do karety i milcząc jechała cały czas do popasu. Około godziny dwunastej pokazała się karczma w stepie, je- dyne miejsce, gdzie moŜna było odpocząć i konie popaść. Palnął furman z bicza, ruszył tęgim kłusem i w kilkanaście minut wjechał we wrota. Wysiadły panie. śydek otworzył im drzwi pokoju, do którego weszły prędko, nie patrząc prawie przed siebie. JakŜe rozjaśniła się twarz panny Klary, gdy postrzegła, Ŝe pokój był czysty, starannie umieciony, wykadzony, Ŝe kanapa zasłana była pięknym angielskim dywanem, a na środku stał stolik nakryty cieniutkim obrusem i zastawiony na trzy osoby eleganckim fajan- sem i szkłem najgustowniejszym. Zaledwie chorąŜyna i jej córka pozrzucały szuby i berlaczyki, zaledwie panna Klara spojrzawszy 14 na te przygotowania, domyśliła się wszystkiego, stanęła przy luster- ku i ugładzała swe lśniące włosy, gdy wszedł Franciszek i przyniósł na srebrnej tacy parę filiŜanek herbaty. Za nim wszedł i pan August i oddał im „dobry dzień”. Wdzięczna za tę atencję chorąŜyna grzecznie mu podzię- kowała, a twarz panny Klary jaśniała taką radością, oczy jej tak były wymowne, głos tak miękki, tak słodki, ściśnienie, choć szybkie, delikatne, ale tak nieumyślne, Ŝe inny młodzieniec na miejscu pana Augusta zapisałby tę chwilę do najszczęśliwszych w Ŝyciu, a pan August – pan August rachował. Nie będziemy opisywać całej tej podróŜy. Dosyć powiedzieć, Ŝe się odbyła bez przypadku, Ŝe pan August przez swój rozsądek i powagę zyskał wielki szacunek chorąŜyny; przez udaną bojaźli- wość, przez gotowość na kaŜde jej skinienie, przez sposób opo- wiadania i wybór rzeczy opowiadanych, przez maniery i owe słów- ka wpółdosłyszane, wymawiane prędko, gdy się podawała zręcz- ność, a w których umiał wyrazić to, czego w sercu nie było, zyskał zupełnie serce niewinnej, ale Ŝywej i energicznej panienki. JuŜ na drugim noclegu wyznała swej poduszeczce, Ŝe go kocha, kocha tkliwie, namiętnie, na całe Ŝycie, i nazajutrz pan August wyczytał to w jej oczach. Tak dojechali do Bałty. Radził bowiem pan August, Ŝeby je- chać traktem pocztowym, choć dalszym, bo kaŜda inna droga w tych bezludnych stepach i zimą groziła nie tylko największymi niewygo- dami, ale i utratą Ŝycia. Nie potrzeba było dla panny Klary tak silnych argumentów, aby wybrała dalszą drogę i skłoniła do tego matkę, co było tym łatwiej, Ŝe chorąŜyna była delikatnego zdrowia i z natury bardzo bojaźliwa, a przy tym, kochając córkę nad Ŝycie, drŜała o ten skarb tak drogi więcej jeszcze niŜ o siebie. Panna Klara zaś była tak szczęśliwa, Ŝeby gotowa była jechać do Niedo- lipia nie tylko na Bałtę, ale nawet na Wiatkę, byle tylko z matką, którą takŜe czciła jak bóstwo, byle z panem Augustem, który opa- nował jej myśl i serce. Szczęśliwemu wszystko pomaga. Kiedy kto w dobrym sztosie, jak mówią, gra w bilard, nawet omyłki zapędzają Ŝółtą bilę do średniej bluzy. Tak się zdarzyło i panu Augustowi. Gdy dojeŜdŜali do Bałty, zaczął śnieg padać, a przez noc upadł tak wielki, Ŝe konie brnęły w kolano i niepodobna było inaczej jechać jak stępą. 15 Stał nazajutrz pan August w oknie z panną Klarą i patrzał na ogromne zaspy śniegu, które śydki odrzucali. – Jak my pojedziemy? – rzekła. – Stępą, inaczej niepodobna – odpowiedział. A postrzegłszy, Ŝe chorąŜyna zajęta była jakąś dyspozycją w drugim kącie pokoju, dodał ciszej: – Czy pani to przykro, Ŝe będziemy jechać stępa i Ŝe podróŜ przeciągnie się dłuŜej? – A długoŜ jeszcze droga nasza trwać będzie? – odpowiedziała, podnosząc nań oczy, w których widać było, jak chciała, Ŝeby jak najdłuŜej. – Ze trzy dni – odpowiedział pan August – a moŜe i więcej, jeŜeli jeszcze śnieg upadnie. – O, gdyby upadł! – odpowiedziała i rumiana, jak róŜa, odeszła na bok. Pan August pojechał przodem dla zrobienia przynajmniej śladu i dla pokazania, którędy się posuwać miała kareta chorąŜyny, cięŜ- ka i pakowna. Konie jego zapadały nieraz po brzuch w zaspach śniegu. Nie widać było ani mostków, ani nawet ich poręczy; słupy tylko werstowe sterczały i jak skazówka busoli, dawały kierunek furmanowi po tym białym i puszystym morzu. Dochodziły do uszu pana Augusta częste krzyki: „ach! ach!” wychodzące z karety; a wkrótce, wychyliwszy się z sani na krzyk głośniejszy, postrzegł, Ŝe konie lejcowe chorąŜyny, wydobywając się ze śniegu i skacząc, splątały się i zaczęły wierzgać i szarpać się na bok. Wyskoczył więc natychmiast, podszedł z Franciszkiem, jak mógł, najprędzej i, chwyciwszy za cugle, pomógł dzielnie lu- dziom, którzy nadeszli, do odplątania postronków i uspokojenia zbujałych i przestraszonych koni. Potem zbliŜywszy się do karety, rzekł: – Niech panie się nie boją, teraz juŜ pójdą. – Ach, jak się biedna mama przestraszyła! Patrz pan – rzekła panna Klara. W rzeczy samej chorąŜyna była blada i cała drŜąca. – Siadaj pan z nami – dodała najniewinniej. – Będzie nam weselej i raźniej. Mama tak się boi! Agatka pójdzie do pańskich sani. Pani chorąŜyna milczała; Agatka wylazła z karety prędko, bo miała takŜe swój planik, i krzyknęła umyślnie, ugrzązłszy w głębo- kim śniegu. Pan August kazał swemu furmanowi jechać z wolna 16 i uwaŜnie; forysiowi chorąŜyny takŜe dał stosowną naukę; pannę Agatę kazał Franciszkowi wziąć na ręce i zanieść do swoich sa- nek, a sam usiadł naprzeciw panny Klary, której oczy pełne szczę- ścia i której usta pełne uśmiechu wyraŜały nieskończoną radość. Tak przeszła reszta drogi wesoło na poufałej rozmowie, na opowiadaniach róŜnych przygód, na śmiechach i na Ŝartach. Pan August juŜ nie ustąpił swego miejsca pannie Agacie aŜ do rozsta- nia się z chorąŜyną, za co figlarna dziewczyna i nie gniewała się wcale, leŜąc sobie wygodnie na miękkich jego poduszkach, które jej Franciszek jeszcze staranniej, jak dla swego pana, uścielał. Pani chorąŜyna polubiła szczerze pana Augusta, jego ułoŜenie, jego rozmowę. Pan August, choć niezbyt wygodnie siedział na wąskim dosyć siedzeniu na przodzie i w sąsiedztwie pudełka z czep- kami i kapeluszami, ale Ŝe szedł wielkim krokiem do celu, przyj- mował obojętnie szturchańce twardego sąsiada, jak wódz mający wszystkie szanse za sobą siedzi spokojnie na sękowatej kłodzie, spodziewając się, Ŝe po otrzymanym zwycięstwie spocznie pod aksamitnym baldachimem. A panna Klara? – O! panna Klara była szczęśliwa, była rozma- rzona i nieraz, gdy kareta wjeŜdŜała we wrota karczmy na popas lub na nocleg, wyrywało się jej to pełne znaczenia zapytanie: ,,czy juŜ?” Przedostatniego wieczora zastali austerię, do której dąŜyli na noc, pełną. Jakiś dwór wielki zajął wszystkie kąty, tak Ŝe niepo- dobna było zmieścić się ani państwu, ani ludziom, ani koniom. JuŜ była godzina siódma i niebo zaciągnione chmurami. Ale Ŝe droga w tym miejscu była doskonała i od śniegu widna, radzili ludzie, aby jechać dalej. O półtory mili miała być wielka austeria, gdzie upewniali, Ŝe się znajdą wszystkie wygody. Nie było co robić. Zdecydowała się z wielkim strachem pani chorąŜyna. Pan August przez delikatność zaproponował, Ŝe dla bezpieczeństwa pojedzie naprzód w swoich saniach. JakoŜ pomieniał się na miejsca, z wiel- kim nieukontentowaniem panny Agaty. Wkrótce zrobiło się jesz- cze ciemniej i ledwie ujechali pół milki, stanęli przed ogromnym lasem. – Kareta czegoś się zatrzymała – zawołał Franciszek. Pan Au- gust wysiadł i pobiegł czym prędzej dowiedzieć się o przyczynę. – Patrz pan, co to za ludzie, nie powiedzieli nic, Ŝe tu taki okropny las – rzekła chorąŜyna, trzymając córkę za rękę. 17 – Siądź pan na swoim miejscu – dodała panna Klara – mama drŜy jak liść. – Pewny jestem, Ŝe ta droga bezpieczna, ale jeŜeli panie mi ufacie, będzie mi miło im towarzyszyć. – Ma pan broń? – zapytała panna Klara. – Mam pistolety – odpowiedział z uśmiechem – niewielkie i nie bardzo straszne i jeŜeli panie nie będą się bały mieć w powozie nabitej broni... – KaŜ pan przynieść – zawołała panna Klara stanowczo. Pobiegł Franciszek, przyniósł pistolety, które pan August poło- Ŝył za sobą w kąciku. Panna Agata kłusem pobiegła do sani, gdzie ją Franciszek przyjął uprzejmie, a pan August, siadłszy na dawnym miejscu, zasunął się, jak mógł, najdalej. Wjechali w las. Ciemno było zupełnie. Za kaŜdym pochwia- niem się karety chorąŜyna wydawała krzyk i chwytała rękę pana Augusta, który ją uspokajał. Jechali noga za nogą i wkrótce nastą- piło zupełne milczenie. ChorąŜyna patrzyła w swoje okno, a panna Klara w swoje. Nieznacznie ręka pana Augusta dotknęła z lekka salopki i spotkała się z drŜącymi dłoniami rozkochanej panienki. – Ach, jak tu straszno! Patrz pan! Zdaje się, jakby się coś prze- suwało pod lasem – rzekła panna Klara i nachyliła się jeszcze bar- dziej do zamkniętego okna karety. – To się pani tak zdaje – odpowiedział pan August i nachylił się takŜe, i tulił do ust dłonie biednej panny Klary, która w upojeniu tak nowego dla siebie szczęścia jeszcze mocniej się nachyliła, Ŝe się oddech ich pomieszał i prawie twarz z twarzą zetknęła. – Ach, Ŝeby się ten las skończył! – rzekła głośniej przelękniona cokolwiek panna Klara, odsuwając się w głąb karety, i rumieniec wstydu, którego nikt nie widział, okrył jej lice, bo kłamała; bo nie Ŝyczyła sobie końca tego lasu; bo tuliła w swych rękach rękę pana Augusta, który spokojnie odpowiadał na jej pełne czucia uściski zimnym uściśnieniem i ręka jego nie drŜała, serce nie rozrywało piersi. Niegodziwiec! on nie był szczęśliwym w tej czarownej chwili, bo nie miał czasu, bo rachował. 18
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Spekulant
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: