Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00036 006002 13249140 na godz. na dobę w sumie
Stanisław August - ebook/pdf
Stanisław August - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 277
Wydawca: UNIVERSITAS Język publikacji: polski
ISBN: 97883-242-1042-8 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Polska jest krajem odważnych żołnierzy i tchórzów cywilnych...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

ISBN 97883-242-1042-8 J’ai été dans le cas singulier mais bien horrible de sacrifier l’honneur au devoir. Stanisław August Podczas kryzysów – powtarzam – strzeżcie się agentów. Józef Piłsudski . I WYSYŁAM KEYSERLINGA, BY ZROBIŁ CIEBIE KRÓLEM... Edward VIII, król Wielkiej Brytanii, stracił koronę przez kobietę. Stanisław August, ostatni król polski i wielki książę litewski, nie tyl- ko zyskał koronę przez kobietę, ale do korony dążył dla kobiety. Zdo- był koronę, aby zdobyć kobietę. Dnia 26 lutego 1758 rano, w Petersburgu, żona następcy tronu rosyjskiego, Piotra, późniejszego cesarza Piotra III, wielka księżna Katarzyna Aleksiejówna, która jako panna nazywała się księżniczka Zofia Augusta Anhalt-Zerbst-Dornburg i urodziła się w Szczecinie w roku 1729 jeśli nie w niedostatku, to w każdym razie nie wśród bogactwa, a później była światu znana jako Katarzyna II Wielka, ce- sarzowa Wszechrosji, otrzymała od swego kochanka bilecik tajny i alarmujący, jakkolwiek rozpoczęty optymistycznym westchnieniem filozoficznym. Wielka księżna podniosła spódnicę i włożyła bilecik tam, gdzie podwiązka uchwytuje pończochę. Tak przynajmniej w swoich arcy- interesujących i arcyintymnych „Zapiskach” opowiada o kryjówkach podobnych dokumentów. Potem brwi jej, które na prześlicznej biało- ści twarzy wyglądały jak dwie cienkie czarne linie, mistrzowską ręką rysownika węglem pociągnięte, brwi te boleśnie i z niepokojem się zmarszczyły. Sytuacja była groźna. Przed młodą kobietą stanęło widmo śmier- ci – gorzej, bo tortur – a co najmniej możliwość utraty widoków doj- ścia do tak przez nią upragnionego tronu. 7 Kochankiem, autorem bileciku, był Poniatowski, stolnik litew- ski, późniejszy król, a wówczas przedstawiciel Augusta III przy Elż- biecie, cesarzowej rosyjskiej. Był on urodzony w tym Wołczynie, w którym premier Składkowski kazał go później pochować. Urodził się 17 stycznia 1733, czyli był od swojej kochanki o cztery lata młod- szy. Pisał: „Człowiek nigdy nie jest bez pomocy. Uprzedzam cię, że wczoraj wieczór aresztowano hrabiego Bestużewa i pozbawiono go urzędów i godności. Z nim razem aresztowano twego jubilera Bernardiego, Telegina i Adadurowa”. Poniatowski w swych pamiętnikach, które wraz z zapiskami Ka- tarzyny i wspomnieniami księżnej Daszkow stanowią podstawę roz- działu niniejszego, powiada, że Katarzyna miała usteczka, które wołały o pocałunek. Nie dziwiłbym się, gdyby te usteczka w tej chwili drgnęły od strachu. Elżbieta Piotrówna, cesarzowa, nie raz jej wspominała o losie Aleksego Piotrowicza, swego brata przyrodniego, którego Piotr, ojciec, cesarz i największy świata tego rewolucjonista, w porównaniu z którym Lenin jest tylko umiarkowanym reformatorem, kazał nie tylko zabić, nie tylko przedtem torturować, ale pozbawić życia przez wetknięcie mu z tyłu, do kiszki odchodowej, sztaby rozpalonego żela- za. Elżbieta sama doszła do korony przez zamach stanu, przez wypę- dzenie swoich poprzedników i stąd nieraz podejrzliwie patrzyła na młodą Niemeczkę, ewentualną swoją dziedziczkę i współzawodnicz- kę, i zastanawiała się, skąd ta dziewczyna ma tyle sprytu, woli, wy- trzymałości, taktu i fałszu. Elżbieta była lubieżna, leniwa i pijaczka, była też jednak niegłupia. Wspomniany w bileciku Bernardi, Wenecjanin, handlował w Pe- tersburgu klejnotami, był łącznikiem Katarzyny z kanclerzem cesar- stwa hrabią Bestużewem-Riuminem, który już dawno jej proponował pewne kombinacje. Katarzyna brała pieniądze po kryjomu od posła angielskiego Williamsa, człowieka zakochanego w Poniatowskim, a intrygi, których znać nie powinna była cesarzowa, łączyły ją z Be- stużewem, posłem angielskim Williamsem, Poniatowskim, genera- łem Apraksinem i wielu jeszcze ludźmi. Przeciwko tym spiskom była potężna zmowa Woroncowów i Szuwałowów, posła francuskiego 8 L’Hôpitala i rezydenta saskiego Prassego, który podkopywał się pod Poniatowskiego, swego, w pewnym sensie, przełożonego. Telegin, także wspomniany w bileciku, był adiutantem wielkiego łowczego Aleksego Razumowskiego, kochanka – „faworyta”, jak się wtedy mówiło oficjalnie – a nawet morganatycznego męża cesarzo- wej Elżbiety, z którym miała troje dzieci, noszących tytuł książąt Tarakanowów. Ten Razumowski za młodu był po prostu chłopcem w chórze cerkiewnym. Puszkin dumnie pisząc, że jego przodek „na klirosie nie pieł s djaczkami”, miał niewątpliwie jego na myśli. Teraz Razumowski był już stary i nie mógł nadążyć za temperamentem córy Piotra Wielkiego, toteż za jego aprobatą i protekcją obsługiwał cesa- rzową niejaki Biekietow, a właśnie Telegin miał mieć oko na tego Biekietowa. Aresztowanie jego było bardzo, bardzo nieprzyjemne. Adadurow był nauczycielem języka rosyjskiego Katarzyny, gdy ta w roku 1744 przyjechała do Petersburga, mając kilka koszulin i kilka sukienek oraz matkę, która ją okradała z prezentów Elżbiety (sama cesarzowa miała czternaście tysięcy sukien i kilka tysięcy trze- wików). Wtedy to już ta nieszczęsna dziewczynina powiedziała sobie „nie wątpię ani na chwilę, że sama sobie zdobędę władzę cesarską” i zaczęła cierpliwie znosić potworne wariactwa swego degenerata- -męża. Uczyła się rosyjskiego tak pilnie, że nie spała nocami i w koń- cu nabawiła się jakiejś choroby, od której omal nie umarła. Kiedy uważano ją za konającą, matka zażądała pastora luterańskiego, dziew- czyna się ocknęła i poprosiła, aby przyszedł pop, który ją nawracał na prawosławie. Już wtedy zresztą czytała Woltera i „wiedziała”, że praw- dziwi filozofowie nie wierzą w żadną religię. Pamiętała także z tych czasów upokarzającego swego narzeczeństwa chwilę, gdy zausznik cesarzowej, Lestocq, przyszedł do niej i powiedział grubiańsko: „No, pakujcie manatki. Będziecie zaraz odesłane z powrotem”. Ale wtedy nabroiła ta jej nieznośna matka, którą istotnie wysłano. Trzeba wiedzieć, że Katarzynę, która po kryjomu intrygowała na prawo i lewo, traktowała Elżbieta teraz jeszcze jak osobę małoletnią. I ona, i jej mąż nie mogli się w ogóle ruszyć bez zezwolenia monar- chini. A teraz tego rodzaju aresztowania. Katarzyna gra va banque. Przede wszystkim dnia następnego idzie na bal, wydany z powo- du zaręczyn Lwa Naryszkina z panną Zakrzewską. Na bal ten Ponia- 9 towski nie przychodzi, udając chorego. Rozmowy, a raczej szepty pokątne, dotyczą oczywiście tylko sprawy Bestużewa. Jeden dystyn- gowany hrabia rosyjski wyraża radość, że nie będzie potrzebował pła- cić Bernardiemu za klejnoty, który ten mu przyniósł przed aresztowa- niem. Katarzyna wie już, że śledztwo w sprawie Bestużewa znajduje się w rękach trzech ludzi. Żartobliwie zagaduje z jednym z nich, księ- ciem Trubeckim. Ten powiada: – Bestużew został zaaresztowany, a my teraz mamy znaleźć za co. Śmiałe powiedzenie, na którym znać wpływ Woltera, wpływ jego dowcipów, ale na salonach petersburskich za elżbietańskich czasów trzeba być bardzo ostrożnym z wysłuchiwaniem takich śmiałych po- wiedzeń. Kiedyś wielki inkwizytor Szuwałow w rozmowie z Kata- rzyną wskazał na cesarzową i powiedział: „dura”. Była to niewątpli- wie prowokacja. Katarzyna udała, że nie słyszy. Było to najlepsze wyjście z sytuacji, które przynosi zaszczyt jej zimnej krwi. Katarzyna zostaje powiadomiona przez Bestużewa z więzienia, że pewne papiery mogące ją skompromitować zostały przez niego spalone. Co było w tych papierach, o tym dokładnie nie dowiemy się nigdy. Katarzyna nie do wszystkiego się przyznaje w swoich zapi- skach. Teraz Katarzyna przechodzi do działań ofensywnych w swojej obronie. Występuje z żądaniem, aby ją odesłać z powrotem do Nie- miec. Owe grubiańskie: „pakuj swoje manatki” sprzed lat dziesięciu widać głęboko gdzieś wwierciło się jej w mózg. Wie jednak, że to żądanie jest dla Elżbiety nie do przyjęcia: żona następcy tronu rosyj- skiego za granicą mogła być wtedy instrumentem niepospolitym w czyichś rękach do interwencji w sprawach rosyjskich. Ale wysu- nięcie tego żądania może wyjaśnić sytuację i przyśpieszyć rozgryw- kę. Elżbieta odmawia audiencji, wtedy Katarzyna udaje, że jest cho- ra, przywołuje spowiednika, wiedząc, że ten oczywiście pobiegnie z donosem do kogo trzeba. Ten chwyt się udaje, Elżbieta zgadza się na rozmowę. Katarzyna jest tym, co określamy wyrazem: arywistka. Pnie się z dołu w górę, pnie z uporem, z wiarą we własne siły, z energią, z żelazną wolą. Została narzeczoną Piotra Holsztyńskiego, następcy tronu rosyjskiego, dlatego że w bracie jej matki kochała się kiedyś Elżbieta, dopóki ten nie kipnął na ospę. Była nicością przed tym 10 narzeczeństwem, jej ojciec, jakieś książątko niemieckie, których set- ki było w Niemczech ówczesnych, był zaledwie dowódcą jakiegoś zakazanego pułku w Szczecinie, a ona sama – o zgrozo! – jako dziec- ko bawiła się na ulicy z mieszczańskimi dziewczynkami i dygała, i całowała ręce ich matkom, zwykłym mieszczankom. Pomiędzy nią, Katarzyną, a tymi dwojgiem, z którymi teraz gra o śmierć i życie, to jest cesarzową Elżbietą i mężem, Piotrem Holsztyńskim, różnica jest zasadnicza. W tym teatrze efektownych marionetek, którym jest hi- storia wieku XVIII, Katarzyna mija się z Elżbietą i Piotrem Holsztyń- skim, bo idzie w górę, a oni w dół. Ona rośnie w potęgę, oni są dege- neratami, schyłkowcami, dekadentami krwi genialnej, bo krwi ojca bądź też dziadka, Piotra Wielkiego. Oczywiście Elżbieta to tylko po- czątek tej degeneracji, trzeba się w niej tej degeneracji dopiero do- szukiwać; wpółprzytomny, wpółwariat, wpółidiota Piotr Holsztyński jest degeneratem w całej pełni. Ojcem Elżbiety był car, matką zawo- dowa prostytutka, dziewka włócząca się za żołnierskimi obozami. Car – to za mało o Piotrze Wielkim. Był on nie tylko carem, lecz ge- niuszem, który wywrócił całą Rosję do góry nogami, prześladował rosyjskość, prawosławie, szydził i bluźnił prawosławnemu Bogu, walczył z obyczajem, z tradycją, nawet z językiem rosyjskim – i dał Rosji olbrzymią potęgę, zdobył dla niej dwa morza. Przed Piotrem Wielkim dwa państwa słowiańskie: Rosja i Polska, rywalizowały z sobą, przy tym Polska raczej w tej rywalizacji zwyciężała; po Pio- trze już o żadnej rywalizacji polsko-rosyjskiej mowy być nie mogło. Piotr Wielki był także olbrzymem fizycznym, półtora raza większym od przeciętnego człowieka, człowiekiem o niesłychanej sile i wytrzy- małości; nadludzkiej odwagi bohaterem, a czasami podłym tchórzem ulegającym napadom głupiej, zwierzęcej paniki; mędrcem, filozofem i bestialskim, ohydnym sadystą. Natura bogata i skomplikowana. Córa jego Elżbieta ma twarz zmysłową, lecz przystojną, białość skóry po mamie prostytutce, a wielkie, inteligencją ogrzane oczy po ojcu carze. O ile Katarzyna jest kobietą normalną, o dużych wymaga- niach seksualnych, ale bez żadnych, najmniejszych zboczeń, o ile Katarzyna karmi ptaki w ogrodzie, o tyle Elżbieta lubi karmić ropu- chy. Elżbieta zniosła karę śmierci na dworze, ale oto patrzy na jakąś pannicę przy dworze na balu i powiada: „cieniutka szyjka, na szu- bienicę odpowiednia”, i wybucha śmiechem. Kiedy Elżbieta, przy 11 pomocy żołnierzy gwardii, robiła swój zamach stanu, który potem skopiowała Katarzyna, to wpadła do pokoju niemowlęcia-cesarza Iwana Antonowicza, chwyciła dziecko z kołyski. Żołnierze wycią- gnęli naprzód swe karabiny, pewni, że rzuci im dziecko na bagnety, ale oto mamka dziecka zrobiła gest błagalny, Elżbieta ucałowała nie- mowlę, oddała mamce, z tym że pojedzie ono do więzienia. Dopiero Katarzyna, gdy została cesarzową, na wszelki wypadek kazała tego Iwana zamordować, używszy przy tym nikczemnego chwytu prowo- kacyjnego. Elżbieta lubiła bale, na których na jej rozkaz mężczyźni byli przebrani za kobiety, a kobiety za mężczyzn. Katarzyna w swych zapiskach opowiada, że było to okropne. Panowie byli w złych hu- morach, bo nie umieli się poruszać w szerokich spódnicach na fiszbi- nach (w Polsce mówiono wtenczas: na wielorybim rogu) i bo włosy musieli mieć uczesane tak, jak damy na wielkich dworskich przyję- ciach. Kobiety w spodniach po kolana pokazywały swe nogi, które – jak nas zapewnia Katarzyna – były zawsze albo za grube, albo za krótkie. Katarzyna, zwracam tu uwagę, pisała swe zapiski już wiele lat po śmierci Elżbiety, pisała je po prostu dlatego, aby sobie dokład- nie uprzytomnić lata, kiedy była młoda, toteż nie ma najmniejszego powodu, aby myśleć, że w tych zapiskach schlebia Elżbiecie, a jed- nak wykrzykuje, że na takich balach o męsko-damskich metamorfo- zach tylko i jedynie Elżbieta wyglądała prześlicznie. Jej wysoki wzrost i kształtna figura pasowały bardzo do wykwintnego ówczesnego stro- ju męskiego, a jej nogi były cudem doskonałości. Linia łydek mogła się przyśnić największemu artyście w architekturze czy rysunku, a stopę miała małą i niezwykle kształtną. Raz, gdy tańczyła menueta, ów, według pojęć ówczesnych, „taniec królów i króla tańców”, Ka- tarzyna nie wytrzymała i powiedziała jej, że dobrze, iż nie jest mężczyzną, bo nie byłoby kobiety, która by się w niej nie kochała. Elżbieta bardzo dobrze przyjęła ten wybuch zachwytu, odpowiedzia- ła jakimś bardzo eleganckim, prawdziwie osiemnastowiecznym kom- plementem i pocałowała Katarzynę. Teraz Elżbieta wzywa Katarzynę niby to na audiencję najmiło- ściwszą, a w rzeczywistości na „dopros”, na śledztwo, które, jak za- wsze w Rosji od Piotra Wielkiego do czasów Łubianki, prowadzi się w nocy. Pisze Poniatowski w swoich memuarach: „Les grands secrets ne se disent guère avant minuit bien sonné” – sekretów wielkich nie 12 zwierza się wcześniej, aż północ wydzwoni (ach, ciekawe! jak ten precyzyjny i lekki zarazem, jak zegareczek szwajcarski, francuski fra- zesik Poniatowskiego w moim tłumaczeniu na polski nabiera natych- miast fałszywych, dekoracyjnych dźwięków języka polskiego z cza- sów romantycznych; jak ten przykład utwierdza mnie w przekonaniu, że tłumaczenie z jednego języka na język inny jest barbarzyństwem i tandetą), ale tutaj dalecy jesteśmy od Poniatowskiego, jego fran- cuszczyzny, jego polskości, jego europejskości, tu wchodzimy w cał- kowitą rosyjskość. Tu nie chodzi o zwierzenia kochanków, gdy wszyst- ko już zasnęło i tylko „ktoś tam klaszcze za borem”, tylko o „dopros” w rodzaju tego, w czasie którego pastwił się car Piotr Wielki nad synem swoim Aleksym. Elżbieta przyjmuje Katarzynę w swojej gotowalni. Tu i ówdzie nieporządnie poustawiane świece. Trzy okna, dwa marmurowe stoły i wielkie lustra w marmurowych ramach. Dużo wielkich parawanów w całkowitym cieniu. Drgające światło świec ledwie chwyta jakiś rą- bek któregoś z tych parawanów. Za tymi parawanami siedzą jakieś zbiry, siedzi także wielki inkwizytor, czyli główny szpieg Piotr Szu- wałow, siedzi także obrzydliwy degenerat, mąż Katarzyny, który ją teraz nienawidzi i życzy sobie jak najbardziej jej zguby. Natomiast wyraźnie, jak w lustrach wód, odbija się światło świec w złocie kub- ków, miednic, mis, bidetów, bo te wszystkie przedmioty są szczero- złote, kute w masywnym złocie. Widać w odważnym mózgu Kata- rzyny kołatało się jednak jakieś zdenerwowanie, skoro odblaski świec w tym złocie opisuje nam po latach z impresjonistyczną wprost wyra- zistością. Katarzyna klęka. W jednym z bidetów widzi trzy zmięte papierki. Poznaje swoje listy do generała Apraksina, widać zabrane mu przy aresztowaniu. Oddycha spokojnie. Jeśli tylko to, to nic. W tych listach nie było nic złego. Śledztwo jest długie. W pewnej chwili wychyla się zza parawanu Piotr Holsztyński i cesarzowa używa tu obrzydliwego chwytu: po- wtarza mu jakąś dawną konfidencję Katarzyny, obraźliwą dla Piotra, aby go podrażnić. „Vous voyez comme elle est méchante” – powtarza teraz ciągle Piotr, ale nie stać go na żadną własną koncepcję w tej grze. Około trzeciej w nocy Elżbieta wskazuje na listy do generała Apraksina. Katarzyna nie miała prawa korespondować z tym genera- łem. Dlaczego więc pisała te listy? 13 – Lubiłam go bardzo i zachęcałam, aby jak najwierniej służył Waszej Cesarskiej Mości. O tyle to jest prawda, że w listach tych istotnie nie ma nic, co by mogło być podstawą do jakiegokolwiek oskarżenia. – Bestużew powiada, że były jeszcze inne listy – mówi teraz Elżbieta. – Jeśli Bestużew tak mówi, to łże – odpowiada Katarzyna. Teraz Elżbiecie błysnęły te wielkie, piękne oczy, które ma po swoim genialnym ojcu. – Ach tak, więc jeśli łże, to poślę go na tortury. – Wola Waszej Cesarskiej Mości. Śledztwo skończone. Pojedynek dwóch kobiet wygrany przez Katarzynę. Katarzyna wraca do domu w towarzystwie męża. Zanim powró- cimy do samej sprawy Bestużew–Williams–Poniatowski, zatrzymaj- my się przez chwilę na tym wyrodku. Oto trochę skomplikowanej genealogii Romanowów. Piotr Wiel- ki miał dwóch starszych braci. Pierwszy, car Teodor, panował do roku 1682. Po nim na tron wstąpili dwaj carewicze, Iwan i Piotr, a regentką była carówna Zofia. Potem Piotr przepędził od władzy oboje rodzeń- stwa i panował sam, ale po bracie Iwanie zostały dwie córki: Kata- rzyna i Anna. Ta młodsza, Anna, została później cesarzową Rosji i panowała od roku 1730 do 1740. Po starszej córce Iwana, Katarzy- nie, która wyszła za księcia Mecklenburg-Schwerin, pozostała córka Anna Leopoldówna, która wyszła za niejakiego księcia Antoniego Ulryka, i jej syn, który w 1740 roku był proklamowany jako cesarz Rosji Iwan Antonowicz, ale którego zdetronizowała Elżbieta, a póź- niej zamordowała już Katarzyna II. Sam Piotr był żonaty dwa razy, po raz pierwszy z bojarską córką Łopuchina. Dała mu ona syna Aleksego, którego zamordował, i wnu- ka Piotra II, który panował od 1727 do 1730, aż umarł na ospę. Po raz drugi z Katarzyną Skowrońską, która panowała od 1725 do 1727 i miała dwie córki. Młodszą była znana nam Elżbieta; starsza, Anna, wyszła za mąż za księcia Holstein-Gottorp i z tego małżeństwa w 1728 roku urodził się Piotr, małżonek Katarzyny II, późniejszy Piotr III, zamordowany na rozkaz żony w 1762 roku. 14 Piotr Holsztyński w sposób makabryczny przypomina swego wiel- kiego dziada, tak jak małpa naśladująca ruchy człowieka przypomina człowieka. Piotr Holsztyński ciągle coś majstrował, kręcił, czymś komende- rował, miał dziwaczne i obrzydliwe pomysły. Opowiada Katarzyna w swoich „Zapiskach”: „Wielki Książę (Katarzyna zawsze o mężu pisze: Wielki Książę lub: Jego Cesarska Wysokość), jakeśmy przyjechali do Oranienbau- mu, zaraz zaczął musztrować całą swoją świtę, jako żołnierzy, i to szambelanów i kamerjunkrów na równi z lokajami i ogrodnikami. Wielki Książę tresował także psy, a jak go to nudziło, to grał na basetli. Nie miał pojęcia o muzyce, ale im basetla wydawała dźwięki głośniejsze i bardziej przeraźliwe, tym bardziej go to bawiło. Raz zastałam szczura powieszonego w pokoju. Wielki Książę mi objaśnił, że szczur ten został powieszony według regulaminu wojsko- wego, ponieważ dopuścił się zdrady głównej: wlazł do fortecy, która stała na stole, i zjadł żołnierza marcepanowego, który stał na warcie. Pani Kr. dała Wielkiemu Księciu mnóstwo zabawek dziecinnych, w tym wiele lalek. Zabawki te w czasie dnia leżały pod naszym łóż- kiem, a w nocy Wielki Książę bawił się nimi do drugiej w nocy. Cza- sami się śmiałam, ale czasami się gniewałam, bo te zabawki były cięż- kie i mnie cisnęły. Wielki Książę trzymał w alkowie naszej sypialni osiem psów myśliwskich. Smród tych psów był tak silny, że nocą miałam bóle głowy. Raz słyszałam przeraźliwe wycie. To Wielki Książę trzymał ma- łego pieska za głowę, a jego kałmuk za ogon, przy tym Wielki Książę bił tego pieska w sposób niemożliwy. Prosiłam, aby tego zaniechał, ale wtedy on zaczął go bić jeszcze wścieklej. Każde uczucie litości niewymownie go złościło i podniecało. Wielki Książę chciał koło Oranienbaumu wybudować klasztor kapucynów, mieliśmy wszyscy być przebrani za kapucynów i jeździć na osłach po wodę i prowizję”. Kiedy Katarzyna urodziła córkę Annę, prawdopodobnie córkę Poniatowskiego, Piotr zjawił się w nocy u niej w sypialni w pełnym mundurze holsztyńskim, z szablą i w ostrogach, i oświadczył, że jako rycerz i Holsztyniec będzie jej bronił w potrzebie. 15 Piotr stale posiadał jakieś metresy. W czasie gdy kochankiem Katarzyny był Poniatowski, metresą Piotra była Elżbieta Woroncow. Do tych scenek dodajmy jeszcze dwie opowiedziane przez Kata- rzynę Daszkow. Po śmierci Elżbiety, swej ciotki, gdy Katarzyna stale modliła się przed trumną cesarzowej, Piotr odwiedzał cerkiew tylko bardzo rzad- ko, aby przedrzeźniać popów odprawiających nabożeństwa i głośno musztrować żołnierzy stojących na warcie. Kiedyś Piotr zobaczył swego ukochanego negra Narcyza, jak bił się z czyścicielem wychodków. Piotr lubił bójki i obserwował to z przyjemnością, ale potem oświadczył, że Narcyza należy zlikwido- wać, bo się zhańbił bójką z tak mizerną kreaturą. Wytłumaczono mu wtedy, że można Narcyzowi przywrócić honor, jeżeli przejdzie pod sztandarem pułkowym. To Piotrowi przypadło do przekonania, ale uznał samo przejście negra pod sztandarem za niewystarczające i kazał mu drzewcem sztandarowym zetrzeć trochę skóry do krwi. Piotr był obrzydliwym tchórzem. Wywracał się kiedyś dom, w którym mieszkała Katarzyna z Piotrem. Katarzyna biegała z poko- ju do pokoju i wydawała rozporządzenia ewakuacyjne, a Piotr z chwi- lą pierwszego alarmu, w koszuli, z wrzaskiem i strachem, uciekł na podwórze. Czy nie za dużo tej rosyjskości w książce o ostatnim królu pol- skim? Nie! Obrazki powyższe są tu koniecznie potrzebne. O! nie tylko dlatego, że całe panowanie Stanisława Augusta, poczynając od wy- niesienia go na tron, związane jest z Katarzyną II. Chodzi tu jeszcze o coś bardziej zasadniczego. Chodzi o wielką, istotną różnicę pomiędzy ustrojem dwóch państw, z których jedno zwyciężyło, drugie upadło. Oto jest państwo rozległe, bo od Bałtyku do Morza Czarnego, sięgające Oceanu Spokojnego i rządzone z petersburskiej centrali tak, że może się zdawać, iż jest to maszyna bezduszna, bezwolna, obraca- na naciśnięciami małego guzika elektrycznego. Olbrzymie państwo obraca się według naciśnięć tego guzika zupełnie niezależnie, czy naciska go niepiśmienna baba, jak Katarzyna I, czy półgłówek w ro- dzaju Piotra III. 16 Jedyny środek do usuwania przerostów w nonsensie to morder- stwa władców przez ich następców przy pomocy kilku tysięcy żołnie- rzy gwardii w Petersburgu, czyli znów działa tylko mały, maleńki punkcik centralny w stosunku do rozległości kraju. Wszystko inne słucha z prawdziwym heroizmem niewoli. I oto obok państwo sąsiednie, nie tak olbrzymio rozległe, ale za to złożone z obywateli bogatszych, oświeceńszych, o wysokim po- czuciu honoru. I w tym drugim państwie widzimy wręcz odwrotną skrajność. Tu nikt nikogo nie słucha, ani króla, ani sejmu, ani try- bunału. Tutaj w ogóle nie ma żadnej władzy, panuje najcałkowitsza anarchia. Potworności, które znoszą Moskale w postaci posiadania takich władców, jak świeżo opisany Piotr III, nie są potwornością większą od potworności polskich, polegających na zrywaniu wszystkich sej- mów i doprowadzaniu kraju do całkowitego nierządu. Oto jeden z przykładów. Kim był Poniatowski w Petersburgu w czasie opisywanych wy- padków? Nie jest posłem polskim, bo aby król mógł wysłać posła, trzeba było zezwolenia sejmu, a sejmy są ciągle zrywane, więc takie pozwolenie udzielone być nie może. Poniatowski jest więc tylko po- słem Augusta III, jako elektora saskiego, choć zajmuje się wyłącznie sprawami polskimi i choć w Petersburgu oczywiście był i jest rezy- dent saski, Prasse, bardzo Poniatowskiemu nieprzychylny. Zresztą nieszczęściem Poniatowskiego jest to, że zawsze znajdu- je się w jakiejś sytuacji połowicznej, fałszywej, nieokreślonej, nie- znośnej, takiej, jaką Francuzi określają wyrazem: „louche”. Oto nale- ży do polskiej magnaterii, a przecież jego pochodzenie po mieczu jest dość drażliwe. Dziadek jego, Franciszek, był gubernatorem u Lubo- mirskich, czyli rodzajem ekonoma, a kim był jego pradziadek, tego dokładnie nikt nie wie. Syn Franciszka Poniatowskiego i Heleny z Niewiarowskich, Stanisław Poniatowski, doradca Karola XII, wiel- ki polityk, ojciec króla, był więc homo novus wśród arystokracji pol- skiej, sytuację ratowało to tylko, że się ożenił z księżniczką Konstancją Czartoryską. Sam Poniatowski był młodzieńcem wyjątkowo oczytanym, inte- ligentnym, rozumnym. Był tylko bardzo daleki od typu przeciętnego Polaka. Był tym, co wówczas określano pogardliwym mianem „pani- 17 czyk” lub „piesek z francuskiej mąki”. Podczas gdy u nas panowało powszechne pijaństwo, on dał słowo matce, że nie będzie pił. Pod- czas gdy u nas szlachcic co chwila obnażał szablę – trzeba czy nie trzeba – w obronie swego honoru, ciągle w czyjś łeb walił i sam łba nadstawiał, on, gdy mu raz w Dreźnie książę Lichtenstein powiedział: „nudzisz mnie, waćpan”, nie zareagował na tę niegrzeczność, dlatego że tego wieczoru obawiał się ataku febry. Dopiero na drugi dzień spo- tkał się z księciem Lichtensteinem i wyzwał go w słowach godnych, ale bardzo grzecznych, potem zaś zaraz się zgodził na zaniechanie pojedynku. Nie potrzeba tu chyba wyjaśniać, że przeciętnego szlach- cica polskiego spodziewany atak febry popychałby do awantury, a nie działał na niego powściągliwie. Do Rosji przyjechał Poniatowski po raz pierwszy w roku 1755, w roli, której pochwalić nie potrafię. Przyjechał tutaj w charakterze sekretarza poselstwa angielskiego, a nie polskiego, a de facto jako obrońca politycznych interesów stronnictwa politycznego, do które- go należał, mianowicie stronnictwa Familii, a więc nie dla popiera- nia, lecz dla przeciwdziałania polityce swego króla Augusta III i jego ministra Brühla. Zamieszkał u posła angielskiego Williamsa, a zdaje się, że ten Williams po prostu się w nim kochał. Zresztą czasy były tak samo dwuznaczne, jak i osobista pozycja Poniatowskiego. Jest to przeddzień wojny siedmioletniej. Wszyscy zmieniają swoich sojuszników, następuje „odwracanie aliansów”. Szachownica polityczna świata jest bardzo ożywiona, od Kanady do Śląska. W 1755 roku korsarze angielscy napadają na okręty francu- skie. W tymże roku Williams, przy współudziale Poniatowskiego, zawiera z Rosją przymierze, ale oto Londyn czepia się pewnych nie- dokładności w podpisywaniu dokumentów, ściśle mówiąc czepia się tego, że dokument przeznaczony dla Rosji był przypadkowo wysłany do Londynu, a przeznaczony dla Londynu pozostał w Rosji; robi z tego sprawę honoru państwa, wszystko to oczywiście dlatego, aby przykryć swoją właściwą politykę, która się ujawnia w podpisaniu w styczniu 1755 roku przymierza z Fryderykiem II, królem Prus, wro- giem Rosji. Wobec tego wiarołomstwa angielskiego Elżbieta podpi- suje z Austrią układ sojuszniczy 25 marca 1756, a 1 maja tegoż roku Austria układem wersalskim wiąże się z Francją. Dla charakterystyki czasów dodajmy, że pertraktacje austriacko-francuskie prowadzone 18 są przez panią Pompadour, kochankę Ludwika XV. Saksonia i Szwe- cja przyłączają się do Francji, Austrii i Rosji. Polska jest jak zawsze sparaliżowana przez anarchię, przez systematyczne zrywanie sejmów, przez obawy, czy aby król nie naruszy swobód szlacheckich. Obecnie powiedziałoby się jeszcze bardziej idiotycznie: czy prezydent nie na- ruszy zasad demokracji. Kierując się względami strategiczno-mili- tarnymi, Fryderyk II rozpoczyna wojnę i 26 sierpnia 1756 wkracza w granice Austrii. W tym czasie, kiedy Williams układał się z Bestużewem, że Ro- sja przeciwko Prusom wystawi pięćdziesiąt pięć tysięcy żołnierzy, i finansował Katarzynę, Bestużew zaczął szukać dla Katarzyny odpo- wiedniego kochanka. Z dwóch kandydatów, których jej przedstawił, Katarzyna wybrała Polaka. Początki więc miłości Poniatowskiego miały charakter dyplomatyczny z jego strony. Młody ambitny dyplo- mata, który – jak to z naciskiem stwierdza w swych pamiętnikach – dotychczas nie znał żadnej kobiety, widać sobie powiedział: „Trzeba przejść i przez to”. Ale wnet sytuacja się zmienia. Poniatowski zakochał się gwał- townie i namiętnie w Katarzynie, nie tylko ze względu na jej niepo- spolite zresztą wdzięki kobiece, ale także ze względu na rozmowy z nią, którymi się upajał. Rozmawiali o Wolterze, o literaturze fran- cuskiej, o prawie, o polityce. Jak się zdaje, Katarzyna pozostanie w życiu Poniatowskiego jego jedyną miłością, miłością życia całego. Z jakimże rozczuleniem zapisuje w pamiętnikach, że „tego dnia” – a powinien był raczej napisać „tej nocy” – miała ona na sobie sukien- kę z białego atłasu i trochę koronek splątanych ze wstążkami we wło- sach. Wtedy też, w 1756 roku, w umyśle młodzieńca zakochanego, w szarpaninie marzeń szukającego sposobu, w jaki połączyć się z Ka- tarzyną na całe życie, powstała myśl, że ożenić się z nią może tylko jako król, a więc niech Polacy obiorą go na króla. Poniatowski to człowiek z bajki, który zdobył koronę, aby zdobyć kobietę. Na razie jednak, w sierpniu 1756 roku, wypraszają go z Peters- burga, ale Katarzyna także gustowała w rozmowach o Wolterze, prze- rywanych pocałunkami, więc rozpoczyna na całego akcję zmierza- jącą do powrotu Poniatowskiego do Petersburga. I oto Brühl robi go wysłannikiem Augusta III. W tym charakterze składa Poniatow- ski cesarzowej Elżbiecie swe listy wierzytelne 11 stycznia 1757. 19 Elżbieta jest zachwycona jego mową i każe ją wydrukować. Dotych- czas w czasie takich uroczystości słyszała tylko banały, czasami wy- powiadane z jąkaniem się czy seplenieniem przez bezzębnych sta- ruszków. Tutaj przemawiał do niej młodzieniec o wielkim talencie krasomówczym; jego dykcja była doskonała, jego komplementy wspa- niałe, jego argumenty trafne, wyrazistość myśli przejrzysta i poważ- na. Ta mowa była wielkim sukcesem Poniatowskiego, ujawnieniem talentów męża stanu. Poza tym była to mowa ogniście antypruska. Poniatowski najlojalniej bronił tu już interesów swego króla, Polski i Saksonii. Z Williamsem całkowicie zerwał, przynajmniej tak czyta- my w jego pamiętnikach. Katarzyna także przyjmowała dyplomatów. Podczas takiego przy- jęcia jej mały piesek, suczka, która się nazywała może Colette, a może Żaba, złośliwie szczekała na wszystkich przedstawicieli państw ob- cych, a czule łasiła się do Poniatowskiego. Pozostała nam obfita korespondencja dyplomatyczna Poniatow- skiego z tych czasów, szereg not, które składał on rządowi rosyjskie- mu. Podziwiamy jego rozum polityczny, jego nienaganną, godną i grzeczną argumentację, jego poczucie godności państwa, które re- prezentuje. Jakże płaskie są w zestawieniu z tymi arcydziełami poli- tycznymi listy samego Brühla. Poniatowski pisze jak wielki minister spraw zagranicznych, Brühl jak stara, rozplotkowana baba. Specjal- nie podkreślam, jako dowód wszechstronności umysłu Poniatowskie- go, jego zainteresowanie sprawami gospodarczymi. Jakże intensyw- nie i rozumnie broni wszelkich ekonomicznych interesów Polski w swych notach do Rosji. Ale cóż, kiedy nie wszystko w jego życiu ówczesnym wyglądało tak dyplomatycznie i godnie. Oto jedzie „zwoszczykiem”, czyli do- rożką, przebrany, do pałacu wielkich księstwa w Oranienbaumie. Robi to bardzo często, ale tym razem pech chciał, że spotyka go powóz wielkiego księcia, jadącego ze swą kochanką, Elżbietą Woroncow, która zaczyna żartować na temat tajemniczej dorożki. Wścieka to Piotra i oto gdy Poniatowski wychodzi z małego budynku będącego łaźnią, gdzie zażywał niebiańskiej kąpieli, zostaje otoczony przez żołnierzy wielkiego księcia, którzy biorą go za kołnierz i prowadzą do izby, gdzie znajduje się Piotr Holsztyński, który z pijacko-maniackim upo- rem zaczyna Poniatowskiemu zadawać nieznośne pytania: 20 – Czy... moją żonę? – Nie, Wasza Cesarska Wysokość – odpowiada grzecznie Ponia- towski. Ale wielki książę wraca do swego głupiego: – Czy...? Wreszcie pozostawia aresztowanego Poniatowskiego i na jego miejsce zjawia się wielki inkwizytor, Szuwałow. Z tym można roz- mawiać po ludzku. Poniatowski mu tłumaczy, że robienie skandalu jest niewskazane ze względu na powagę rosyjskiego dworu za gra- nicą. Szuwałow ulega tej argumentacji i odsyła Poniatowskiego do jego mieszkania. Argumentacja Poniatowskiego była istotnie dyplo- matycznie doskonała, ale... może nawet zbyt doskonała. Trzeba jednak zakończyć sprawę także na pokojach wielkich księ- stwa. Tutaj Katarzyna zwraca się o pomoc do kochanki męża, Elżbie- ty Woroncow, i Poniatowski robi to samo. Panna Woroncow odpo- wiednio nastraja Piotra i w rezultacie Poniatowski jest u wielkiego księcia, a ten idzie do sypialni żony, bierze ją na ręce z gołymi noga- mi i bez spódnicy, wchodzi do pokoju, gdzie jest Poniatowski, rzuca na kanapę i mówi: „bawcie się, moje dzieci”, po czym razem z Elż- bietą Woroncow idzie do drugiego pokoju. Od tego czasu Poniatow- ski nie ma żadnych przeszkód w swych rozmowach o Wolterze. Jednak cesarzowa Elżbieta okazuje w tej sprawie pewną drażli- wość, a posłowie zagraniczni, zwłaszcza francuski, są przekonani, że Poniatowski wciąż konszachtuje z Williamsem, i Poniatowski musi Petersburg opuścić. Jego córka, którą urodziła Katarzyna, umarła już po jego wyjeździe w 1759 roku. Elżbieta umarła 5 stycznia 1762, nie zdążywszy w jakiś rozumny sposób załatwić kwestii dziedzictwa tronu. Cesarzem Wszechrosji został Piotr III. Zatrzymał on wojska rosyjskie walczące z Frydery- kiem II, bo uwielbiał tego króla, zawarł z Prusami przymierze, poza tym głosił, że chce przejść na luteranizm i pojąć za żonę Elżbietę Woroncow; żołnierzom gwardii zmienił mundury na pruskie... Piotr Wielki szedł oczywiście o wiele dalej w znęcaniu się nad wszystkim, co było narodowo-rosyjskie. Ale to był Piotr Wielki, któ- ry stworzył potęgę Rosji. Piotr Holsztyński był tylko makabryczną jego karykaturą. 21 Katarzyna miała już od 1759 roku nowego kochanka, Orłowa. Za jego i księżnej Daszkow, dziewiętnastoletniej kobiety, pomocą, zbuntowała gwardię przeciwko holsztyńskim żołnierzom Piotra. Zo- stała proklamowana cesarzową. Piotr wykazał tchórzostwo rzadkie w swej obrzydliwości. Prosił, aby mu zostawić tylko jego kochankę, jego negra i jego basetlę. Katarzyna kazała go udusić. W dwa tygodnie po tej zmianie tronu, która zaszła 14 lipca 1762, Katarzyna wysyła list do Poniatowskiego, w którym opisuje mu do- kładnie te wypadki. List datowany 2 sierpnia 1762 zaczyna się od słów: „Wysyłam bezzwłocznie hrabiego Keyserlinga, jako ambasadora do Polski, aby zrobił ciebie królem po śmierci tego – jeśli mu się to nie uda, to życzę sobie, aby królem został książę Adam”. Ileż nowej cesarskości mieści się w tym: „życzę sobie”. Ale na to pracowała Katarzyna osiemnaście lat – bo od swego przyjazdu do Rosji w 1744 roku – w ciężkich i nieznośnych warunkach. Styl listu człowieka więcej o nim mówi niż linie na jego dłoni. Toteż wczytuję się z zainteresowaniem w zakończenie tego listu Ka- tarzyny: „Otrzymałam twój list. Regularna korespondencja byłaby podda- na tysiącom niedogodności, a ja mam dwadzieścia tysięcy przezorno- ści do przestrzegania i nie mam czasu na pisanie słodkich bilecików szkodliwych”. Tę samą myśl można by wyrazić prościej, na przykład: „Dawny kochanku, idź sobie do diabła”. Dalej to samo, tylko już w trochę bardziej ludzki, to jest trochę „Jestem bardzo skrępowana. Nie mogę ci tego wszystkiego opo- cemu: 22 serdeczniejszy sposób: wiadać, ale to tak jest”. Ostatni frazes tego listu bardzo mnie rozczula. Napisałem na emi- gracji dwie małe sztuczki teatralne, z których jedna dzieje się na emi- gracji za naszych czasów, a druga za czasów Krasińskiego, i każda z nich się kończy westchnieniem kobiety: „Czasami się życie bardzo dziwnie układa”. Otóż ten list Katarzyny II także się kończy tak bardzo po kobie- „Żegnaj! Są na świecie sytuacje bardzo dziwaczne”. II MEMENTO MORI W kościele Świętego Jana w Wilnie, barokowym i jezuickim, pozostał na noc jakiś zamodlony nowicjusz. I oto, gdy wybiła północ, z podziemi tego kościoła wychodzili potępieńcy. Nowicjusz, aby od nich uciec, pobiegł na chór kościelny. Potępieńcy wrócili do podzie- mi, poprzynosili swe trumny i zaczęli z nich wznosić rusztowania w kierunku chóru. Ale za każdym razem, gdy wierzchołek upiornego rusztowania był już bliski balustrady chóru, nowicjusz czynił znak krzyża świętego i wszystkie trumny z hałasem, z łoskotem piekiel- nym padały na kamienną posadzkę kościoła. Potępieńcy padali wraz z nimi i tylko ze złością szczerzyli w stronę nieszczęsnego nowicju- sza swe obmierzłe, trupie zęby. Wreszcie trzeci kur zapiał, potępień- cy uciekli, trumny otwarte pozostały na podłodze. Ojcowie jezuici, gdy nad ranem zjawili się w kościele na modły pobożne, zastali ru- mowisko czarnych i spróchniałych desek trumiennych w kościele, a skręcone w piekielnych widać mękach kościotrupy potępieńców w kryptach pod kościelną podłogą. Cóż mieli robić? Nie mogli prze- cież nadal trzymać potępieńczych kości w swojej świątyni. Ze wsty- dem i smutkiem musieli się zgodzić na pochowanie tych niegodnych resztek gdzie indziej, co im oswobodziło zresztą krypty kościelne do godnego pochowania nowych dobrodziejów kościoła i zakonu. Samo wydarzenie było opisane w licznych publikacjach i stało się również przedmiotem wielu rycin sprzedawanych ludziom poboż- nym. Po śmierci Anny Potockiej, żony Franciszka Salezego, wojewo- dy kijowskiego, jednego z najbogatszych ludzi w Europie, w roku 1772 jedna z nowicjuszek zakonu panien benedyktynek w Przemyślu 23 miała widzenie: zjawiła się jej jaśnie wielmożna wojewodzina ki- jowska i wyznała „z wzdychaniem, że cierpieć musi straszne męki czyśćcowe, do chwili, w której będzie msza żałobna odprawiona za jej duszę w kościele Panien Benedyktynek w Przemyślu”. Wojewodzina kijowska była, jak wiadomo, matką Szczęsnego Potockiego i świekrą Gertrudy Komorowskiej, utopionej z rozkazu dumnego wojewody. Trudność odprawienia mszy żałobnej za jej du- szę w kościele panien benedyktynek w Przemyślu polegała na tym, że kościół ten, którego budowa była rozpoczęta, nie był jeszcze wykoń- czony, gdyż benedyktynkom zabrakło po prostu pieniędzy. Ze wzglę- du na osoby wchodzące w grę sprawa nabrała wielkiego rozgłosu i ksiądz biskup przemyski delegował do przesłuchania nowicjuszki, która się nazywała Wiktoria Blejkowska, kustosza katedralnego, któ- ry był jednocześnie sędzią delegowanym przemyskim z prawami wi- karego generalnego. Nowicjuszka okazała księdzu kustoszowi dowód bezsporny, a mianowicie deszczułkę drewnianą, na której duch jaśnie wielmożnej wojewodziny kijowskiej odcisnął znamię swej ręki. Poza tym nowicjuszka złożyła przysięgę treści następującej: „Ja, Wiktoria, przysięgam Panu Bogu Wszechmogącemu w Trój- cy Świętej jedynemu, jako wypalenie ręki na deszczułce JW Jegomo- ści Księdzu Biskupowi Przemyskiemu odesłanej uczynione jest przez zmarłą śp. Annę Potocką Wojewodzinę Kijowską na jawie przeze mnie widzianą i jako słowa w rekognicji były w wyznaniu moim ręką moją pisanem i podpisanem do mnie mówione są tejże Wojewodziny zmarłej na jawie mówione, a nie przez sen imaynowane, tak mi Panie Boże dopomóż i święta Syna Jego męka”. Dokumenty tej sprawy zostały przez kapitułę przemyską woje- wodzie kijowskiemu odesłane. W odpowiedzi ofiarował on klaszto- rowi panien benedyktynek w Przemyślu trzydzieści tysięcy złotych na wykończenie budowanego kościoła oraz opłacił malarza Stroiń- skiego, aby ten kościół wymalował. Adam Moszczeński w swych pamiętnikach opowiada, że w Go- sławicach w województwie gnieźnieńskim proboszczowi miejscowe- mu ukazał się były dziedzic Gosławic Lubrański, na koniu ognistym zjeżdżając do niego z sufitu w nocy, i kazał obecnemu kolatorowi Łąckiemu powiedzieć, aby złożył fundusz na utrzymanie aż pięciu księży przy gosławickim kościele, przy tym Lubrański nadmienił, że 24 w tej samej postaci gotów jest stanąć na komisję do księdza prymasa Łubieńskiego. Łącki żądany fundusz złożył. Niedowiarek Moszczeński pisze w swoich interesujących pamięt- nikach: „Nie było domu magnata lub majętnego obywatela, żeby po śmier- ci pana dusza nie ukazywała się to księżom, to sługom, to zakonni- kom bawiącym w tym domu i nie żądała, by sukcesorowie czynili hojne ekspensa na nabożeństwa dla jej zbawienia. Częstokroć te dusze zostawiały znaki ręki wypalonej na stołach i straszyły swym pokazywaniem się ludzi i kobiety”. Byli jednak ludzie, którzy w nic absolutnie nie wierzyli – różni wolterianie i ateiści. Ale i ci czasami musieli dawać świadectwa praw- dzie. Oto Tadeusz Czacki herbu Świnka, ogólnie w Polsce znany dzia- łacz, patriota i uczony, w swym dziele kapitalnym „O litewskich i polskich prawach”, wydanym w roku 1801, a więc już nie w XVIII, lecz w XIX wieku, potępia wiarę w czary, gusła i czarownice, szydzi i drwi z ludzi zabobonnych. Jako jednak człowiek obiektywny zazna- cza: „Powinność pisania prawdy każe wyrazić, że w czasie powietrza w 1770 roku żywą upiorzycę na Ukrainie spalono”, przy tym tę swoją informację uzupełnia bardzo rozumną uwagą, do której później po- wrócę i później ją przytoczę. Opowiadam te scenki nie dla płaskiego naigrawania się z ciem- noty tamtych czasów. Polak XVII wieku czuł upiora ciągle koło sie- bie, współżył ze zjawą świata niewidzialnego, jechał przez życie strze- mię w strzemię z niesamowitością. Zresztą... Do ostatnich czasów, jak Polskę pamiętam, ludzie bali się u nas cmentarzy w nocy. Czy się dziś boją? Oczywiście nie wiem. Pamiętam pogrzeb mojej babki w Wilnie, gdy miałem lat dzie- więć, i wrażenie wstrząsające, które na mnie sprawił. Śnieg tajał, słońce przeglądało się w kałużach. Karawan czarny, barokowy, osiemnasto- wieczny, typu spóźnionego baroku prowincjonalnego. Pogrzeb trwał dwa dni. Eksportacja wieczorem do kościoła, nazajutrz msza żałob- na, pochód na cmentarz, świece i świece, szarpiące nerwy śpiewy, straszące nerwy dzwony, zawodzenia żebraków, stuk zamykanej trum- ny, grudki ziemi sypane przez dzieci i wnuki, krewnych i znajomych. 25 Cała tysiącleciami obmyślana inscenizacja, cały wiekami obmyślany scenariusz, mający za zadanie podnieść godność śmierci, zmusić do ciągłego o niej myślenia, zastraszyć człowieka śmiercią. Zgadzam się zupełnie z Michałem Bobrzyńskim, wielkim publi- cystą historycznym, że przesadzamy ogromnie w sprawie tolerancji polskiej w XVI wieku. Podkreślenie tej tolerancji wymyślone było przez nas w XIX wieku dla celów propagandowych i jest oczywiście ahistoryczne i anaukowe. Nie można antydatować zjawisk historycz- nych, nie można twierdzić, że liberalizm zrodzony w Europie dopie- ro w wieku XVIII istniał w Polsce w wieku XVI, bo to oczywisty fałsz. Nasza tolerancja w wieku XVI była zjawiskiem świadczącym o indyferentyzmie religijnym społeczeństwa, a nie o tym, żeśmy przed całą Europą wymyślili liberalny stosunek do wierzeń religijnych. Natomiast nie doceniamy naszego udziału w innym ruchu dziejowym, w reakcji katolickiej XVII wieku, w kontrreformacji XVII wieku. W ogóle ten wiek jest jeszcze nie odcyfrowany. Aby go mieć w oczach, trzeba przyjść do kościoła Dominikanów w Wilnie, nie dlatego, że w podziemiach tego kościoła leżą setki świetnie zakonserwowanych, zasuszonych trupów w kontuszach, lecz dla tych marmurowych bi- skupów i kaznodziejów, którzy wyskakują z marmurowych ołtarzy. Ich gest, ich poza, ich frazes! Wyrażają oni całą żywość, dynamicz- ność, burzliwość XVII wieku, wieku permanentnej rewolucji uczu- cia. Ten wiek siedemnasty jest jak królewna z bajki, która śpiąca le- żała w szklanej trumience. Oglądamy ten wiek po starych kościołach, nie rozumiemy go zupełnie, nie wiemy, dlaczego był wiekiem najge- nialniejszego malarstwa, skąd miał tak wspaniałe poczucie barwy. Katolicyzm! Zrodził on wtedy protest przeciwko suchości i oschłości niemieckiego protestantyzmu, przyniósł z powrotem do ołtarza obraz kobiety karmiącej obnażoną piersią niemowlę, uświęcił tkliwość ma- cierzyństwa, życia, miłości. Była to reakcja gestu, teatralności, wszel- kiego rodzaju iluzji, sztuki, malarstwa, muzyki, rzeźby, bogactwa for- my, które to rzeczy protestantyzm chciał wygnać ze świątyni. Był to rewanż świata południowego, romańskiego, bogatego w iluzje. Był to przede wszystkim rewanż renesansu, kontynuacja renesansu upa- jania się światem starożytnym. Jezuici uczyli nie tylko o Bogu, ale i o bogach, uczyli mitologii. 26
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Stanisław August
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: