Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00037 005011 14825588 na godz. na dobę w sumie
Stworzyłem historię - zerwałem granicę - ebook/pdf
Stworzyłem historię - zerwałem granicę - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 350
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-3869-6 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dla dzieci i młodzieży >> dla dzieci
Porównaj ceny (książka, ebook (-9%), audiobook).

Opowieść o młodzieńcu który wyrusza w rejs swojego życia do Europy, a zamiast do niej trafia do intrygującego świata Wielkiej Wody znajdującego się we wszechoceanie. Albert, nasz bohater, rozwiązuje jedną z największych zagadek kuli ziemskiej, spotyka miłość, a także mierzy się z prawdziwymi bestiami, które od tysiącleci dążą do zniszczenia świata wykreowanego przez człowieka. Czy uda mu się przezwyciężyć własne kompleksy i uratować dwa światy? Kim są tajemnicze istoty zamieszkujące wszechocean? Czy one również chcą zniszczyć wielkie kontynenty, na których zamieszkują ludzie? Wzruszająca i porywcza historia o chłopaku, który przez przypadek został jednym ze strażników najpilniej strzeżonego sekretu planety Ziemia...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

MURIEL LUNA STWORZYŁEM HISTORIĘ zerwałem granicę ISBN: 936587 PROLOG Alberto Jose Almenar Garcia jest młodzieńcem niesamowitym, a mianowicie - wybrańcem samej miłości... Mieszka w Port Lincoln, w Australii, z matką i młodszym bratem. Jednak ten fakt wcale nie oznacza, że jest Australijczykiem.... Rdzennym aborygenem z kręconymi włosami i czarnymi jak noc oczami... Tak naprawdę Alberto pochodzi z Walencji, miasta leżącego we wschodniej Hiszpanii. Jest nastolatkiem... siedemnaście wiosen ma już za sobą, a mało tego, szybko powinien zobaczyć i osiemnastą. Chłopak jest szczupły, mierzy około sto osiemdziesięciu centymetrów... Ma krótkie, pokręcone włosy, wyglądające niczym wzburzone fale morskie podczas nocnego sztormu. Brwi młodzieńca... ciemne, o kształcie półksiężyców. Same oczy chłopak ma nieduże, łagodnej barwy zieleni z akcentami żółci, którą widać wyłącznie w blasku słońca... Jednak spojrzenie chłopaka jest magiczne. Magiczne, pełne dumy i woli walki… zdolne zdobyć każde kobiece serce. Nos chłopak ma mały, prosty, chudy, normalny. Usta?! Usta pełne, kształtne, a nawet rzec można, mięsiste. Policzki... Hm… Albert nie ma twarzy typowego przystojniaka, o zniewalająco zarysowanych kościach policzkowych jak ci wszyscy modele z kolorowych magazynów. Przypomina raczej ślicznego chłopca, któremu szczególnej atrakcyjnści dodaje wstydliwość. Samą twarz ma szczuplutką, chłopięcą, a policzki słodko zaokrąglone... Mimo mizernego wyglądu i dziecięcej buzi Alberto jest przystojnym chłopakiem. A to spojrzenie... Nie da się ukryć, że o tak zjawiskowych oczach artyści powinni recytować poezje na bulwarskich rynkach... Chłopak jest typem myśliciela, buntownika walczącego z całym światem. Aczkolwiek Alberto jest „głęboko” nieśmiały... Możemy nawet powiedzieć, „panicznie wstydliwy”.... Z natury jest mało rozmowny. Nadomiar złego jego relacje z rówieśnikami psuje fakt, że nie jest zabawny i towarzyski... Większość czasu milczy, woli słuchać innych... Mimo to bez wątpienia jest „skubanie” inteligentny! Już w wieku piętnastu lat posługiwał się prawie, że czterema językami. Włada językiem hiszpańskim jako ojczystym i językiem walenckim, występującym we Wspólnocie Walenckiej. Kolejnymi językami, które zna są niemiecki i angielski. Angielski z racji tego, że od dziesiątego roku życia mieszka w Port Lincol, a języka Gothego, poety z Frakfkurtu nad Menem, uczył się pilnie w szkole. Krótko mówiąc... Alberto to mizerna chłopaczyna, niezdolna do jakiejkolwiek pracy fizycznej. Chłopak cichy, z „biedną” osobowością, nie wyróżniający się żadnym nadzwyczajnym talentem... Czyżby? A może dalibyśmy mu szansę i na własne oczy przekonali się jaki jest? Kto, wie! W końcu wybrańcy miłości są niesamowici... POŻEGNANIE - Alberto, zaczekaj! Zrobiłam dla ciebie śniadanie – troskliwie rzekła matka. Aaa, zapomniałeś spakować do torby odpowiednich ubrań! Widziałam, że zostawiłeś w szafie te, które najbardziej będą ci potrzebne i jeszc... - Przestań, mamo - przerwał kobiecie syn. Mówiłem ci już tysiąc razy, że morze to nie ląd. Wszystko tam wygląda zupełnie inaczej, a przede wszystkim śniadania. A TAK W OGÓLE… to nie jestem ALBERTO… Wiesz, że wolę jak wołają na mnie ALBERT. Kończąc swoją myśl chłopak z ironicznym spojrzeniem wziął od matki starannie owinięte folią kanapki i włożył do plecaka. Następnie podziękował jej i jak zawsze gdy wyjeżdżał pocałował w policzek. Ten rodzaj pożegnania nigdy nie sprawiał mu przyjemności, ale w końcu musiał zachować się przyzwoicie. Albert skrycie nie cierpiał pocałunków pożegnalnych, od zawsze twierdził, że są domeną hipokrytów. Gdy już miał wychodzić, a właściwie szybko ulotnić się jak to robił za każdym razem, by uniknąć kłopotliwych pytań, matka mocno szarpnęła go za ramię i zapytała. - Nie pożegnasz się z bratem? Myślę, że Cristian chciałby cię zobaczyć przez wyjazdem. Dobrze wiesz ile dla niego znaczysz. Smutny kobiecy głos rozniósł się po małym przedpokoju, sprawiając że Alberta w jednej chwili opuścił dobry humor. Zdenerwowany młodzieniec odparł. - Lepiej nie. Nie chcę słuchać jego jęków. Pożegnania są bardzo stresujące dla dzieci w jego wieku. A poza tym, nie mogę dłużej czekać. Już dawno powinienem być na statku, a to dobrze mi nie wróży. Na twarzy chłopaka nie pojawił się żaden sygnał świadczący o głębszym uczuciu. Słowa matki jedynie zdziwiły go, gdyż nigdy wcześniej nie odważyła się tak dobitne przypomnieć mu o istnieniu młodszego brata. Albert nie lubił pożegnań i zawsze próbował od nich uciec. „To idiotyczne! Całować się i obściskiwać przed wyjazdem, tak jakby jechało się na ścięcie” – myślał chłopak. Jednakże czasami podchodził do tego problemu z innej strony i zastanawiał się: „A może nie chcę żegnać się z ludźmi, bo nie potrafię?” Albert często gubił się w przekonaniach, jakie wyznawał, mimo to zawsze potrafił usprawiedliwić swoje niewłaściwe zachowanie. Niezaprzeczalnie był bardzo podobny do swojego ojca. - Nie mógłbyś jeszcze chwilę poczekać? - zapytał matka. - O nie… Nie mam ochoty przejmować się jego histerią. Musimy zaoszczędzić mu stresu i o niczym nie mowić. Wiesz dobrze jak przeżywa moje rejsy - ozięble oznajmił Albert, opierając się o jedną ze ścian. Więcej razy matka nie próbowała zatrzymać syna. Wiedziała, że nie zmieni decyzji dotyczącej wyjazdu i zrobi to, czego pragnął już od dawna. Biedna kobieta pozwoliła mu odejść i spoglądając na niego smutnym wzrokiem pomyślała: „Jesteś taki sam jak twój ojciec, który udawał przed całym światem, że postępuje słusznie, chociaż dobrze wiedział, że błądzi. Wiecznie powtarzał, że jego częste podróże są konieczne ze względu na pieniądzę, które zapewnią nam dostatnie życie. „Jestem do tego zmuszony Rosarin. Uwierz mi, gdyby nie zarobki, rzuciłbym tę pracę” – tak… mój kochany mąż wielokrotnie powtarzał te słowa, które z biegiem lat coraz łatwiej przychodziło mu wypowiadać. Kiedy tylko próbowałam przekonać go do zmiany życia słyszałam, że nie możemy tego zrobić z powodu zawodu, który wykonuje. Szkoda, że były to wyłącznie jego iluzję, którymi mydlił sobie oczy, aby zagłuszyć swoje prawdziwe pragnienia. Niestety Mario - mój mąż, nigdy nie przejmował się rodziną. Wolał zwiedzać świat, bawić się i wydawać ciężko zarobione pieniądze w kasynach niż wychowywać dzieci i zajmować się domem. A ty mój synu, chcesz podążąć tą samą drogą, co on! Ale nie martw się… Nie będę ci zawracać głowy moimi sposstrzeżeniami. W końcu nie mam prawa wtrącać się w twoje życie. Obyś tylko nie popełnił tego samego błędu, co ojciec. Synu! Nie zakładaj rodziny i nie porzucaj jej, gdy stwierdzisz, że to jednak morze jest twoją jedyną miłością. Ja i twój brat jesteśmy dla ciebie utrapieniem. Wiem, że gdy wyjedziesz spełnisz swoje najskrytsze marzenia, dlatego nie będę stawać ci na drodze. Mam tylko nadzieję, że w świecie, który wybrałeś znajdziesz szczęście”. W ciemnym korytarzu od dłuższego czasu panowała cisza. Na twarzy matki widniał smutek, a syna niezadowolenie. Tylko promienie słońca, które wpadały przez malutkie okno okazywały odrobinę radości. Wreszcie krępującą ciszę wykorzystał Albert, obojętnym tonem mówiąc. - Mamo, na mnie już czas. Do widzenia. Chłopak szybko odwrócił się do matki plecami, chwycił za klamkę i triumfalnym ruchem otworzył drzwi. Z uśmiechem na twarzy przeszedł przez próg domu i wyszedł na podwórze. W tym momencie przypomniał sobie jak dawno temu, gdy był dzieckiem, wprowadzał się do domu na zielonym wzgórzu. Pamiętał dobrze tamten wielki dzień. Wraz z rodzicami przybył z odległej Hiszpanii do Australii, aby rozpocząć w niej nowe, lepsze życie. Pamiętał tamten dzień również dlatego, że tak jak szybko chciał zobaczyć nowy dom, tak jeszcze szybciej, gdy go zobaczył chciał się z niego wyprowadzić. Dzisiaj właśnie urzeczywistniał swoje pragnienie z dzieciństwa - po prostu wyprowadzał się. Rosarin Almenar- matka Alberta, słysząc jego pożegnalne słowa, nie wytrzymała. Zebrała się na odwagę i postanowiła po raz pierwszy w życiu powiedzieć synowi, co tak naprawdę myśli. Na początku chciała mu tylko doradzić... Kobieta od lat modliła się do Boga, aby dał jej siłę, której potrzebowała do zastąpienia dzieciom ojca. Niestety siły zawsze brakowało, a z biegiem lat zamiast rosnąć, opadała na samo dno jej duszy niczym dojrzałe liście na ziemię. W swoim pamiętniku matka Alberta pisała: „Gdy liście są już na tyle dojrzałe i piękne, by pokazać się światu przychodzi paskudna jesień, która maluje je w ciemne barwy i odbiera im życie.” Tak też działo się w jej przypadku...Rosarin nabierała chęci do działania, a gdy już posiadała siłę, aby stawić czoło problemom dorastającego syna zjawiała się przeklęta jesień, która zabierała jej wolę walki. Życiowe porażki zawsze boleśnie doświadczały Rosarin, przez co całkowicie zamknęła się w sobie. Dzisiaj jednak kobieta zdołała zapomnieć o przeszłości i powiedzieć, co tak naprawdę czuje. - Najważniejsze jest to, abyś się nie okłamywał. W życiu sam wybierasz drogę, którą chcesz kroczyć. Ale proszę cię mój synu, uważaj na uczucia! Bardzo często te złe chcą kierować człowiekiem, a on nieświadomie im ulega – smutnym głosem wyszeptała czterdziestolatka. Rosarin Almenar w swoim pamiętniku często porównywała życie do morza: „Czasami wielkie fale niszczące brzeg, który zbudował w sobie człowiek, raz mięciutkie jak jedwab muśnięcia wody dające chwile radości”. Matka Alberta nigdy nie zaznała prawdziwego szczęścia. Przez cały czas powtarzała, że jej niedola jest skutkiem niesłusznych wyborów, których dokonywała. Rosarin nie chciała, aby Albert stracił kontrolę nad życiem i tak jak ona znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Młody chłopak, słysząc pouczające słowa kobiety, głęboko spojrzał jej w oczy. Albert wiedział, że widzi się z matką po raz ostatni. Przyszły marynarz chciał zapomnieć o domu i zrealizować swoje marzenia – odkrywać nieznane lądy, przemierzać dzikie plaże i spijać słodkie soki kokosów. „Ale zaraz, zaraz! Przecież kokosy synku możesz kupić na rynku!” – powtarzała Rosarin, gdy Albert opowiadał o swoich przeżyciach podczas pierwszych rejsów. Jednak młody, ciekawy świata chłopak wolał te dzikie, prawdziwe owoce, które sam mógł zerwać z drzewa. „Może to i dla mnie lepiej - pomyślał Albert i zarzucił plecak na ramię. Pewnego dnia któryś spadnie na mój pusty łeb i zrozumiem, że jestem skończonym egoistą, który nie potrafi okazywać uczuć. Ale… chwila! Świat jest pełen popaprańców i samolubów, więc dlaczego ja mam być święty?! W życiu nic nie muszę, a dzisiaj obiecałem sobie, że skończę z filozoficznymi rozważaniami na temat swojego paskudnego charakteru. Hyyym! Ciekaw jestem czy ludzie zastanawiają się nad tym jacy są. Ile osób chce się zmienić? Sto, milion, a może tylko ja? Same bzdury chodzą mi po głowie! Muszę przestać zadręczać się z byle powodu i rozpocząć nowe życie!” Kończąc myśl chłopak spojrzał na swój dom i stojącą w drzwiach matkę. Jej słowa nie wywarły na nim żadnego wrażenia. „ Złe uczucia zawsze zwyciężają w walce o puchar, którym jest umysł człowieka. Dlaczego? To proste… W życiu doświadczamy więcej złych rzeczy niż dobrych, dlatego wynik jest zawsze z góry przesądzony” – rozmyślał marynarz. W marnej rzeczywistości, w której żył już dawno nastąpiło to przed czym przestrzegała go matka. Jego puchar został zdobyty. Ale czy on sam miał absolutną pewność, która wartość moralna go chwyciła? Dobro... a może zło? - Dziękuję za przestrogę - skłamał chłopak, po czym odwrócił się i ruszył przed siebie. Nawet dobrze nie zdążył się rozpędzić, a już ktoś o kim chciał jak najszybciej zapomnieć, nawoływał go do powrotu. - Albert! Alberttt! Mam dla ciebie prezent! – krzyczał dziesięcioletni malec, zbiegając ze schodów do przedpokoju. „O nie… tylko nie ten potwór” – przemknęło Albertowi przez myśl, gdy usłyszał głos brata. Niepokojące wrzaski dobiegały z domu na wzgórzu i początkowo marynarz próbował zagłuszyć je swoimi myślami. Nawet dobrze mu to wychodziło, aczkolwiek po dłuższej chwili musiał przestać się oszukiwać. Chłopak nerwowo przystanął i odwrócił się w stronę domu. „Ten paskudny dzieciak znów to zrobił! Jego krzyki to prawdziwy horror. Zawsze coś wywinie przed moim wyjazdem!” – oburzył się Albert, patrząc na wybiegającego z domu brata. Po chwili, z wymuszonym uśmiechem rzekł do malca pogardliwym głosem. - Cześć mały, czego chcesz? - Albert, chodź! Proszę! Musisz zobaczyć, co dla ciebie zrobiłem - oznajmił Cristian, mocno chwytając brata za rękę. Wejdź do domu i poczekaj w korytarzu, a ja pójdę po prezent! - Eee...Muszę wchodzić do domu? – błagalnym tonem zapytał marynarz. - Kooonieczniee! – odparł Cristian i na siłę wciagnął brata do środka drewnianej chatki. Powrót do znienawidzonego miejsca był strasznym doświadczeniem dla młodego mężczyzny. Przed kilkoma minutami cieszył się ostatnimi chwilami w starym, paskudnym domu i był wręcz pewien, że nigdy już do niego nie wróci. A teraz?! W jednej sekundzie jego zrealizowane marzenie rozpłynęło się w powietrzu jakby od zawsze było, tylko złudną iluzją. Albert wiedział, że jak najszybciej musi uciec z miasta, dlatego był gotów poświęcić się i jeszcze raz przejść przez próg rudery na wzgórzu. W innym wypadku, Cristian wcieliłby się w rolę opuszczonego dziecka, którego głównym zadaniem w spektaklu jest imitowanie owczego płaczu. „Jeśli oczywiście istnieje owczy płacz?! – rozmyślał marynarz. A czy to ważne? Niestety nie da się ukryć, że mój braciszek jest strasznie irytujący, a gdy szlocha przypomina natrętną, przygłupią owce”. Tak więc, Albert i Cristian weszli do domu. Malec szybko wbiegł na schody, a gdy jego małe stópki wdrapywały się na każdy kolejny stopień, marynarz zapragnął, aby poślizgnął się i spadł na dół. Na szczęście modlitwy Alberta nie zostały wysłuchane i w jednej chwili został sam. Chłopak stał w zakurzonym przedpokoju, na wąskim, zielonym dywanie z fioletowym frędzlami. Rzucając na niego okiem pomyślał, że to najgorszy rupieć jaki widział w życiu. Następnie skierował swój wzrok na obrazy, ozdabiające obdarte fioletowe ściany przedpokoju. Dzieła nie przedstawiały nic fascynującego... parę drzew, kwiatów, jakieś dzieci i starego kundla. To kolejne rzeczy, z którymi Albert żegnał się z przyjemnością. Jednak najgorsze wrażenie wywarły na marynarzu gnijące panele podłogowe, oślinione przez psa sąsiadki. „Ooo, tak... – myślał Albert. Taur to prawdziwy koszmar prześladujący biednych ludzi, pragnących snu o czwartej nad ranem. Na dworze nie ma nikogo, a to psiko i tak szczeka! Tak jakby na posesję jego pana wtargnęło, conajmniej stado wściekłych bizonów” Co jak co, ale z psem sąsiadki marynarz żegnał się z największą przyjemnością. Chłopakowi oczekującemu na brata chwile dłużyły się niemiłosiernie. „Ile jeszcze czasu zmarnuję, czekając na ciebie smarkaczu? Cholera, chyba zacznę liczyć owce. O nie, nie, cofam te słowa! Jeszcze któraś z tych paskud wskoczy do głowy Cristiana i zacznie mi tu beczeć! Nie, nie… o owcach lepiej nie myśleć… Ale, co to? Czyżby w oddali pojawiła się nadzieja? Tak! To, Cristian! Ale, co on trzyma w dłoni?! Muszę być silny, uśmiechać się i nie ironizować. Przysięgam, że tym razem zrobię wszystko, aby ten bachor nie zaczął płakać!” – panikował Albert. Cristian szybko pojawił się na dole i wesołym głosem zakomunikował bratu. - Origami! Zrobiłem je specjalnie dla ciebie, w szkole. Pani wyróżniła moją pracę i życzyła ci miłej podróży. Po wręczeniu Albertowi prezentu mały blondynek szczerze uśmiechnął się. Darzył wielkim uczuciem swojego brata, mimo że ten ignorował go na każdym kroku. „Jakie to dziwne, że dziecko potrafi cię kochać nawet wtedy, kiedy pokazujesz mu, że nic dla ciebie nie znaczy” – pomyślał marynarz, po chwili mówiąc. - Świetnie... A możesz mi powiedzieć, co ta kartka papieru przedstawia? Albert, zadając to pytanie ledwo, co powstrzymał się od parsknięcia śmiechem. Na szczęście wizja owczego płaczu - czyli płaczu przypominającego beczenie owiec, charakteryzującego jego brata skutecznie umotywowała chłopaka do stłumienia w sobie wesołości. Marynarz skupił całą uwagę na origami i udawał, że jest pod wielkim wrażeniem. - To lew – oznajmił zadowolony chłopiec. - Lew? Wspanialeee – burknął Albert. - Lwy są silne i mądre. A ten stanie w twojej obronie, gdy będziesz potrzebował pomocy – kontynuował blondynek. - Naprawdę? Dziękuje mały! – odparł młody mężczyzna. Iriona, którą Albert głęboko skrywał ujawniła się na jego twarzy i przybrała postać nadzwyczaj komicznego uśmiechu. Marynarz wziął od chłopca lwa złożonego z żółtej kartki i schował do plecaka. „Jak można być takim głupim dzieckiem! Po, co mi na morzu kartka papieru?! Przecież woda rozpuści ją w mgnieniu oka! No cóż… gdy wsiądę na pokład, dni tego lwa są policzone” – myślał Albert, wychodząc z domu. Gdy chłopak wreszcie znalazł się na podwórku, odetchnął z ulgą. Jedyne, co kochał w tym paskudnym miejscu to widok, który rozpościerał się przed jego domem. Było nim morze… Morze dzikie i przerażające. W dzieciństwie Albert uwielbiał godzinami przesiadywać na wzgórzu i wpatrywać się w kołyszące fale niosące ukojenie, a czasem i śmierć. „Śmierć? Nigdy nie poluje na grzeszników! Cenniejszym okazem w krainie zmarłych są wielkoduszni. W końcu są tacy głupi, że nawet tam, wierząc w dobro człowieka dają się wykorzystywać. Pfff! Nie boję się czarnej damy. Wybiera miłosiernych, dlatego nie muszę się martwić. A więc... Ostatnie spojrzenie na paskudną ruderę, ostatni wdech mdlącego powietrza zalatującego krowim łajnem i mogę ruszać w drogę!” – pomyślał zadowolony marynarz. Niestety jego plany po raz kolejny zostały zniweczone przez pewnego ślicznego blondynka. - Albert! Ja i mama odprowadzimy cię do portu! – krzyknął Cristian. „Ooo, nie… Znów ten dzieciak psuje mi szyki!” – westchnął w duchu marynarz, po czym z wymuszonym entuzjazmem odrzekł. - Tak?! To miło z waszej strony, a więc chodźcie! - Mamooo! Albert chce abyśmy poszli z nim! – krzyknął Cristian, łapiąc Rosarin za rękę. „Co?! Jak, to ja chcę?! Przecież sami się wprosiliście?! TEN SZCZYL ZNÓW TO ZROBIŁ! OKŁAMAŁ MNIE!” – wściekał się Albert. Jednak pomimo szaleńczego gniewu, chłopakowi udało się zachować swoją myśl dla siebie. - Kochanie, ale co ty mówisz! Twój brat chce, abyśmy go odprowadzili? Wspaniale! A więc chodźmy z naszym żeglarzem do portu! Niechaj przygoda porwie go na nieznane lądy – wesoło zakomunikowała Rosarin, tłumiąc w sobie płacz. W każdym razie stało się to, czego Albert próbował za wszelką cenę uniknąć. Ostatnie chwile w Australii przyszło mu spędzić z wiecznie zatroskaną matką i naprzykszającym się bratem. Tak więc starsza kobieta, jeden mężny marynarz i malutki chłopiec podążali w kierunku portu. Zarówno Rosarin jak i jej synowie nie odzywali się. Niestety błogą ciszę, która błoga była tylko dla Alberta, rozkoszującego się wspaniałymi perspektywami przyszłego, marynarskiego życia, przerwał Cristian, pytając. - Albert, dlaczego nie obudziłeś mnie i chciałeś wyjechać bez pożegnania? - Eee...wiesz... zapomniałem. Zresztą niedługo się zobaczymy, więc czemu miałbym się żegnać z moim ulubionym braciszkiem? – z wielkim wysiłkiem skłamał Albert. - Ale ja jestem twoim jedynym bratem i nie chcę, abyś wyjeżdzał! Mógłbyś zostać jeszcze przez parę dni? Proszę! Pogramy w piłkę i pójdziemy na rynek. Przedstawię ci moich kolegów! Proszę, proszę! – jęknął Cristian, łapiąc Alberta za rękę. „No i zaczęło się… Ten owczy płacz… Już nie długo go usłyszę, jestem tego pewien! Cholera jasna! Mogłem wyjść z domu nad ranem, a nie odkładać wszystko na ostatnią chwilę! A teraz, zawsze kulturalny Albert, uważany za szlachetnego chłopca w całej tej uroczej okolicy musi udawać, że nie chce opuszczać rodziny” – pomyślał chłopak, po czym rzekł. - Mój kochaniutki... Wiem, że chciałbyś spędzić troszkę więcej czasu ze swoim starszym bratem, ale to niemożliwe. Moja praca związana jest z ciągłymi wyjazdami. A poza tym, chcę wam przysyłać pieniążki, żebyście mogli się utrzymać i żebyś ty mój drogi poszedł na studia, i stał się tak mądry jak nasz sąsiad, Pan Jeremy. - A czy to prawda, że opuszczasz nas na zawsze? – ciągnął dalej Cristian. Wczoraj słyszałem jak mama płakała i mówiła, że już nigdy nie wrócisz. Porzucisz nas tak jak tata, bo jesteśmy dla ciebie jakimś utrapieniem. Cristian miał chudziutką, bladą buzię, której smutny głos dodawał dojrzałości. Jego oczy koloru płomieni letniego ogniska, a włosy jaśniutkie jak zboże w pełnym rozkwicie sprawiały, że każdemu człowiekowi topniało serce. - Nie – chłodnym i stanowczym głosem odparł Albert. Siedemnastoletni chłopak był chyba jedynym człowiekiem, na którym dziecięca uroda Cristiana nie wywierała żadnego wrażenia. Mimo niechęci do brata, Albert dostrzegł iskrę nadziei w jego oczach i nie miał najmniejszej ochoty go okłamywać. Aczkolwiek z drugiej strony wiedział, że jeśli tego nie zrobi, zostanie skazany na wysłuchanie owczego płaczu, co natychmiast zmusiło go do udzielenia mijającej się z prawdą odpowiedzi. - Mama zawsze się smuci, gdy wyjeżdżam. Ale wiesz, takie są właśnie mamy. A my jako ich dzieci, jako chłopcy musimy być silni. Niedługo staniesz się mężczyzną, a co za tym idzie - nie możesz bać się żyć. Albert po wypowiedzeniu swojej błyskotliwej myśl wyciągnął z kieszeni fioletowo-szary kamień, który kiedyś znalazł na plaży i wręczył go bratu, mówiąc. - To jest kamień życia. Mniej go zawsze przy sobie. Gdy będziesz się bał, mocno go ściśnij! Ale pamiętaj! Nigdy nie płacz, trzymając kamień w ręku, bo ściągniesz na mnie klątwę! Powierzam ci swoje życie, od dzisiaj odpowiadasz za mój los. Dopóki będziesz mój talizman przy sobie, dopóty ja będę cały i zdrowy. „Skąd wytrzasnąłem taką bajkę?! – myślał Albert, uśmiechając się do brata. Musiałem mu coś dać, żeby się ode mnie odczepił i nie zadawał więcej trudnych pytań. Bynajmniej zrobiłem to, co starszy brat zrobić powinien. Pokazałem małemu, że mi na nim zależy, chociaż w zasadzie mało obchodzi mnie jego los”. Ku zdumieniu marynarza droga do portu zleciała błyskawicznie. Cristian przez cały czas go i wciągał do rozmowy, a Rosarin szła z tyłu, za synami, prawie w ogóle nie odzywając się. Raz na jakiś czas smutnie spoglądała na Alberta, który udawał, że nie widzi jej sygnałów. Kobieta miała mu za złe, że wybrał takie samo życie, co ojciec. Bolało ją to, że nie potrafiła na niego wpłynąć i zatrzymać przy swoim boku. Rosarin przez te kilkanaście lat spędzone ze starszym synem, zdąrzyła zauważyć, że jest bardzo podobny do swojego ojca i to sprawiało jej największy zawód. - No, jesteśmy na miejscu! Tutaj musimy się pożegnać - oznajmił Albert, po czym łapiąc Cristiana w ramiona krzyknął. - CHODŹ TU DO MNIE, MAŁY! Albert mocno przytulił brata w sposób tak czuły, że na chwilę zwątpił w swoją trzeźwość umysłową. W pierwszej kolejności pomyślał, że to słońce namieszało mu w głowie, a czyn którego dokonał był aktem największej głupoty. Nie mniej jednak od zawsze wiadomo, że prawdziwe uczucia prędzej czy później same się ujawnią. I Albert dobrze o tym wiedział... Chłopak zawsze próbował ukryć emocje, udając niewzruszonego. A gdy nareście dotarło do niego, że tym razem jego kamuflaż okazał się nieskuteczny, natychmiast puścił brata. Zawstydził się gdy odkrył, że swoim niezrozumiałym dla siebie gestem rozweselił Rosarin. Biedna kobieta zawzięcie wierzyła, że jej starszy syn jest dobrym człowiekiem i dzisiaj utwierdziła się w tym przekonaniu. - No już, mały. Trzymaj się mocno i pamiętaj o kamyku - rzekł Albert, stawiając brata z powrotem na ziemi. Następnie przyszła kolej na pożegnanie z matką. Chłopak szybko zbliżył się do Rosarin i zaczął bacznie mierzyć ją wzrokiem. Była ubrana w zwykłą sukienkę koloru oliwek, prostą i skromną jak kobieta, która ją na siebie włożyła. Albert skrycie nie cierpiał ubrań matki. „Oliwkowy? Co to za kolor? Wyraża tylko smutek i strach!” – wielokrotnie powtarzał. Marynarz przez te wszystkie lata nie mógł zrozumieć Rosarin, która twierdziła, że w życiu nie spotka ją już nic dobrego. „Porażki przytrafiają się wszystkim ludziom, ale dlaczego akurat moja matka zaliczyła ich aż tak wiele?”- przemknęło chłopakowi przez myśl. Albert patrzył na kobietę, która dała mu życie i chciał wykrztusić z siebie coś miłego. Niestety jedyna myśl jaka przyszła mu do głowy, to komentarz na temat jej starych, brudnych sandałów. - Powinnaś kupić nowe buty. Masz pieniądze... zadbaj o siebie – wymamrotał chłopak, spoglądając w dół, na skromne obuwie matki. Kobieta miała nadzieję, że z ust jej dziecka wypłynął słowa na które czekała już od dawna. Niestety syn po raz kolejny ją zawiódł. Ale taki właśnie już był Albert, niczym nie różnił się od ojca. Zarówno z charakteru jak i z wyglądu zewnętrznego, byli jak dwie krople wody. Sąsiedzi rodziny Almenar Garcia niejednokrotnie mówili, że Albert jest sobowtórem Maria, z tym że o wiele od niego młodszym. Szkoda tylko, że ojciec chłopaka pozostawił w sercu Rosarin ranę, która nigdy się nie zabliźniła. Jednakże w chwili pożegnania, matka Alberta nie zastanawiała się nad podobieństwami obu mężczyzn. W chłopcu, który stał przed nią chciała widzieć swojego syna, lepszego pod każdym względem od ojca egoisty. Rosarin zaczerpnęła dwa głębokie wdechy i po raz kolejny dzisiejszego dnia pozwoliła, aby jej myśli ujrzały światło dzienne. - Nie martw się o mnie, martw się lepiej o siebie. Życie, które wybrałeś nie będzie łatwe. Skazujesz się na wieczną samotność mój drogi, a to sprawi, że poznasz najmroczniejsze zakamarki ludzkiego serca. Mimo to jestem pewna, że odnajdziesz szczęście. Bo silni ludzie potrafią je zdobyć nawet wtedy gdy jest nieosiągalne. Kobieta miała absolutną rację i młody męźczyzna o tym wiedział. Średniego wzrostu, szczupły chłopak o kasztanowych włosach zjawiskowo błyszczących w słońcu i oczach koloru bladej zieleni, milczał. W okolicy uważano go za przystojnego młodzieńca i odpowiedniego chłopaka dla każdej dziewczyny. Jednak Albert wybrał morze i nie spieszno mu było zakładać rodzinę. W swoim życiu wyznaczył sobie jeden cel i nie bał się samotności. Od samego początku wiedział, że skazuje się na ciężkie życie, więc dlaczego ogarnął go strach, gdy usłyszał słowa matki? Tak czy owak marynarz tylko przez chwilę rozmyślał nad uwagą Rosarin, gdyż większość jej przestróg szybko ignorował. Nigdy nie uważał matki za osobę, która byłaby warta jego większej uwagi, dlatego natychmiast przystąpił do realizacji ostatniego etapu spaceru. „Na mnie już czas! Pozwól mi mamo żyć jak chcę. Zrozum, że do odważnych świat należy i nie skazuj ludzi na potępienie. Przecież nie wszyscy są źli, a ja jestem pewien, że spotkam na swojej drodze wiele dobrych osób!” – pomyślał Albert. Na koniec uśmiechnął się, odwrócił do rodziny plecami i wszedł na statek. A gdy już się na nim znalazł, jedynym tworem świata, który kochał było morze... KRÓL ŚWIATA Dzisiejszej nocy sielskie fale ukołyszą Alberta do snu. Młody chłopak, stojąc samotnie na pokładzie patrzył przed siebie. Rozkoszował się widokiem śmiercionośnego oceanu, który budził pożądanie wśród wielu żądnych przygód mężczyzn. „Co czai się w twoich wodach? - myślał chłopak. Tego nikt nie wie… Mam nadzieję, że bardzo dobrze się poznamy i zaprzyjaźnimy. W końcu posiadać takiego sprzymierzeńca jest wielkim atutem. Ale czy wszechocean będzie chciał zostać moim życiowym kompanem? To się jeszcze okaże”. Albert uwielbiał obserwować przyrodę, która sprawiała, że na jego twarzy pojawiał się uśmiech. W tej chwili uwagę marynarza przykuły beztroskie promienie zachodu słońca. „Nieustannie szczęśliwe, oświetlają cały nasz świat, aby nie dopuścić do pochłonięcia go przez smutek. Jesteście czcigodne i nic nie jest w stanie przygasić waszej wielkości. Chciałbym być takim promieniem” - rozmyślał dalej marynarz. Jednak matka natura wybrała dla niego inną drogę. To nie jemu przypadł zaszczyt bycia dzieckiem słońca. Został wybrańcem, strażnikiem dwóch światów, królem nieustannej przygody chociaż jeszcze sam o tym nie wiedział. W pewnym momencie chłopak zamknął oczy i przeniósł się do świata swojej wyobraźni. Gdy tak stał na pokładzie i fantazjował o nieznanych lądach, usłyszał drażniący dla ucha, warkot silnika samochodu. Albert wystraszył się. W głowie zaświtała mu myśl, że śni i zaraz obudzi się, a następnie jak co dzień, w jego sercu narodzi się niechęć, która towarzyszyć mu będzie w drodze do znienawidzonej szkoły. „Tylko nie to! Warkot silnika oznacza godzinę szóstą! Ooo, tak… to prawda… nigdy w życiu nie miałem lepszego budzika! No… może pomijając psa sąsiadki Taura. Ale co tam! Jeśli Pan Jeremy już odpalił swój złom to oznacza, że muszę wstać i stoczyć bój o kolejny dzień! Niech to szlag! Rutyna życia na australijskim wzgórzu jest nie do zniesienia!” – zadręczał się marynarz. Aby zakończyć swoją destrukcyjną myśl szybko otworzył oczy i odwrócił się. Zamiast paskudnego wnętrza malutkiego pokoiku, w którym żył kilkanaście lat ujrzał pewnego mężczyznę. Młodzieniec ucieszył się gdy odkrył, że warkot dobiegający za okna, to tak naprawdę warkot za jego pleców, a jego autorem jest sam kapitan Gerrard, nie stary grat nazywany autem. - Młody, a ty co?! Podziwiasz widoki? Jeszcze przyjdzie na to czas! A teraz do roboty! Mamy wiele do zrobienia – oschle rzekł Gerrard. Wiesz… w zasadzie, to ja cię nie znam. Twoje imię chłoptasiu? Kapitan był niskim, pulchnym mężczyzną, dosyć siwawym jak na swój wiek. Na szczęście ubytki włosów stary wilk morski doskonale kamuflował pod meksykańskim kapeluszem. Ale jakim człowiekiem był? Dzisiaj w jego czarnych jak noc oczach każdy mógł dostrzec obojętność. Kapitan Gerrard był miły jak na pierwsze spotkanie z młodzikiem. Przeważnie nie zapoznawał się z rekrutami przed wyprawą, jednak to wcale nie oznaczało, że marynarze nie wiedzieli kim jest. Krążące legendy w portowych barach wystarczały, aby ten niezbyt elegancki pan wzbudzał tak wielki podziw i strach wśród morskich nowicjuszy. - Kapitan Gerrardd d.. - wydusił z siebie Albert. Miło mi pana poznać, nazywam się Albe... Kapitan był pierwszym człowiekiem, którego Albert szanował, mimo że osobiście go nie znał… Marynarz nie wiedział jak się zachować. Po raz pierwszy w życiu chciał dobrze wypaść. Nigdy wcześniej nie praktykował wystąpień typu: „Jak mówić przed kamerą”, dlatego też nie miał zielonego pojęcia w jaki sposób godnie zaprezentować swoją osobę. Denerwował się, gubił w myślach i nie mógł znaleźć odpowiednich słów. Na szczęście długo nie musiał się męczyć, gdyż Gerrard przerwał mu, oznajmiając rozbawionym głosem. - Olaa, olaa, młody, a daj spokój! Ja tutaj po serdeczne gesty i słówka nie przyszedłem. Do roboty! Raz, dwa! Jak się wykażesz, to może wtedy znajdę dla ciebie chwilę. Ale w zasadzie, to nie licz na wiele. Wy, młodzi, jesteście do niczego! Tam masz mopa i resztę rzeczy potrzebnych do szorowania pokładu. Wypowiadając te słowa Gerrard wskazał palcem w stronę spiżarki, po czym schodząc pod pokład dodał. - Migusiemmm! Żebym cię tutaj już dzisiaj nie widział! Młody mężczyzna znów stał się malutkim chłopcem. Wystraszony i zdezorientowany Albert szybkim krokiem udał się w stronę spiżarni, po czym wyciągnął z niej odpowiedni sprzęt. Chwycił mopa i zanurzył go w wiadrze. „Co to? Czyżby w kuble nie było wody? Oczywiście, że nie! Przecież najpierw należy je napełnić, ty durniu. Gdyby zobaczyła to moja matka, z pewnością umarłaby ze śmiechu” – pomyślał marynarz, wspominając Rosarin. Lecz nie dlatego, żeby za nią tęsknił czy też uważał za wzór porządku. Po prostu była dla niego już tylko przeszłością i to sprawiało mu największą radość. Albert latami modlił się, aby pewne osoby uzyskały w jego życiu status wspomnienia i przestały współtworzyć z nim rzeczywistości, w której przyjdzie mu żyć. Dobrze mu było z tą swoją egoistyczną filozofią i brnął w nią coraz dalej, nie wiedząc że niedługo całkowicie ją przeklnie. Upłynęło parę godzin zanim chłopak umył cały pokład, a gdy to zrobił ogarnęło go zmęczenie. Przed pójściem do łóżka zszedł jeszcze na chwilę do kantyny i pożegnał się z chłopakami, którzy świetnie bawili się przy butelce dobrego rumu. Jutro miał być ich wielki dzień. Marynarze opuszczali statek i przenosili się na przecudny włoski okręt, który miał zacumować w Wenecji. Oczywiście Albert nie powiedział matce o przeprowadzce na drugi statek. Oficjalnie poinformował ją, że płynie do Ameryki Północnej, chociaż w rzeczywistości jego podróż zakończyć się miała na południowych wodach Europy. Albert był niezależny i nie lubił opowiadać o swoich planach na przyszłość. A już w zupełności nie miał ochoty spowiadać się matce. Nie chciał, aby sobie pomyślała, że postąpi tak samo jak ojciec, który kilka lat temu wyruszył w rejs do Europy i nigdy już nie wrócił. „Jestem pewien, że moja matka przeraziłaby się, gdybym jej powiedział prawdę – rozmyślał Albert. A już w zupełności jeśli wspomniałbym jej o tym, że będziemy przewozić broń dla wojska... To bardzo zabobonna kobieta która wierzy w to, że historie lubią się powtarzać. A więc, jaki ojciec taki syn… skoro Mario Garcia Milan nigdy już nie wrócił z Europy, to z pewnością ja postąpię tak samo. „Niedaleko pada jabłko od jabłoni” - ile razy moja matka powtarzała te słowa? Jeszcze do dziś pamiętam jej spojrzenie, gdy ojciec machał nam na pożegnanie czerwoną chustką z pokładu okrętu „San Bastian”. Jakie, to smutne… On już wtedy wiedział, że nigdy do nas nie wróci, a mimo to pozostawił mi nadzieję, mówiąc że spotkamy się szybciej niż mi się wydaje. Moja matka również wiedziała, że to nasze ostatnie spotkanie, a przerażenie, które widniało w jej oczach tamtego dnia było na to niezbitym dowodem. Niestety bestie, przyodziewające ludzkie twarze istnieją, a mój ojciec jest jedną z nich”. Młody chłopak, wypływając w rejs był świadom tego, że nie wróci dlatego skłamał. Nie chciał aby Rosarin wmawiała sobie, że syn opuszcza ją na zawsze. Albert dobrze wiedział czego chce od życia i czuł, że być może postąpi tak samo jak ojciec - nigdy już nie zawita w domu na australijskim wzgórzu. Jednakże marynarz tylko przez chwilę zastanawiał się nad swoim małym kłamstewkiem. Jego jedynym celem dzisiejszego wieczoru było łóżko, w którym chciał się jak najprędzej znaleźć. Albert dotarł do wyznaczonej mu kajuty, legł na królewskie łożę i aby szybciej zasnąć uruchomił wyobraźnię. Wygodne łóżko, wyścielone jedwabną pościelą o kolorze czerwieni, królowej wojny i namiętności. Chłopak bez dłuższego namysłu oddał się jej, pozwolił chwycić za rękę i poprowadzić ku wspaniałym snom. Niestety rzeczywistość w której egzystował wyglądała zupełnie inaczej niż obraz powstały w jego głowie. Co jak co, ale marynarskie łóżko niczym nie przypominało niebiańskich łoży dla wybitnych. Było nim stare wyro, na którym znajdował się zwykły, przybrudzony materac, a wielka plama po sosie pomidorowy nadawała mu prawdziwie menelskiego uroku. Pościel? Jeśli nazwiemy ten stary, czerwony koc w ten sposób, to oczywiście możemy znaleźć w nim jakiś czar. Pod warunkiem, że będziemy oglądać go przy zgaszonym świetle. Koc z każdym rokiem tracił kolor, jednak Albert nie chciał kupić nowego. Był jedyną pamiątka po ojcu, który tak samo jak syn uciekł z domowego ogniska, aby czerpać korzyści z beztroskiego życia. Marynarz nie zabrał ze sobą żadnej rzeczy, kojarzącej się mu z domem. Nie chciał na nią patrzeć i sięgać pamięcią do miejsca, w którym ciągły smutek i lęk odgrywały w życiu pierwszoplanowe role. Tak więc Albert leżał na łóżku i czekał na gondoliera. Każdej nocy przypływał do jego sennego portu, aby porwać go do krainy zasłużonego odpoczynku. Niestety dzisiaj spóźniał się, przez co chłopaka zaczynał obezwładniać strach. Człowiek, który samotnie czeka na gondolę jest narażony na spotkanie z łucznikiem. Stwór ten nie uprzedza swojej ofiary i niczym genialny łowca skrada się, aby zadać ostateczny cios. Nagina trującą strzałę i celuje w zmęczonego człowieka, a gdy szarlatańskie ostrze ugodzi go, już nie zaśnie. Trucizna skazi mu umysł i sprawi, że wybuchnie w nim prawdziwa wojna myśli. Oj tak… spotkanie z łucznikiem, to najgorsze co może przytrafić się przed zaśnięciem. Albert wyczuł obecność podłego stwora i próbując mu uciec, przekręcił się na drugi bok. Niestety nie udało mu się… Jego strzała była szybsza i dosięgła marynarza, skazując go tym samym na nieprzespaną noc. „Ostatnimi czasy bardzo często na mnie napadasz” - pomyślał Albert, zarzucając czerwony koc na plecy i kierując się w stronę wyjścia na pokład. Gdy już był na świeżym powietrzu, spojrzał w górę. Wydawało mu się, że gwiazdy na niebie świeciły mocniej niż zawsze, a księżyc nucił kołysankę podtrzymującą na duchu ludzi, o skamieniałych sercach. W dzieciństwie chłopak uwielbiał godzinami przesiadywać na wzgórzach i patrzeć w niebo, które uważał za największe zjawisko na ziemi. „Niebo jest cudem! Silne i niepokonane tak jak morze! Ciekaw jestem jakby to było, gdyby oba twory przyrody stanęły do równej walki o panowanie nad światem? Który z nich okazałoby się zwycięzcą?” – pomyślał Albert, stojąc na pokładzie, po czym rzekł sam do siebie. - Odkąd sięgam pamięcią zawsze chciałem być niezależny. Chciałem i dalej tego chcę... W młodym człowieku wybuchła prawdziwa żądza panowania, żądza życia. Nieznane mu do tej pory pragnienie które sprawiło, że był gotów pokonać wszelkie przeszkody, aby osiągnąć swój cel. Albert wziął głęboki oddech, podszedł do burty, po czym wyprostował się i zrzucił z ciała koc. Magiczny księżyc oświetlił półnagie ciało młodzieńca, a on widząc jego blask na torsie, zdecydował się na szalony czyn. Złapał oburącz za metalową poręcz i z mistrzowską zręcznością atlety stanął na niej, na rękach. Wyprostowane ludzkie ciało przypominało walecznego albatrosa, który za chwilę wtargnie do oceanu, aby wydobyć z niego najlepszy kąsek. Marynarz szybko przechylił ręce do przodu, po czym wykonał w powietrzu spektakularny wyskok i zanurzył się w lodowatym oceanie. Albert jak nikt inny na świecie potrzebował bodźca, który sprawi, że uwierzy w siebie. Dzisiaj nareszcie uświadomił sobie, że jest panem swojego życia… Na ten moment czekał od lat. - Pływam w oceanie, a ty nie możesz tego zobaczyć! – głośno krzyczał Albert. Chłopak pragnął, aby dzisiejszej nocy cały świat obserwował jego akt. - Nic nie jest w stanie mnie zatrzymać! - wrzasnął jeszcze głośniej niż poprzednim razem, a za chwilę cichutko dodał. - Tylko śmierć... I jak to często bywa za drobne szaleństwa przychodzi nam słono zapłacić… Podstępna śmierć złapała Albert w swe sidła. Mięśnie odmówiły mu posłuszeństwa, a strach wdarł się w najodleglejsze zakątki jego serca. - To skurcz… skurczzz – syknął. Skurcz - podwodny dotyk śmierci. Albert poczuł jak opada. Próbował walczyć, próbował zatrzymać uchodzące z siebie życie. Sól wtargnęła do jego ust i nozdrzy, przez co zachłysnął się, do reszty stracił kontrolę i poszedł na dno z prędkością godną albatrosiego susa. Woda zewsząd otulała ludzkie mięso i wabiła je na dno. „Ciemno! Zimno! Nie mogę się ruszyć! Szczypie! Boli! Gdzie podział się mój oddech!? No, gdzie?!” – myślał marynarz, topiąc się w wodzie. Tak jak pioruny szaleją podczas burzy tak i umysł gdy człowiek umiera... W przekrwionych oczach chłopaka jeszcze zdążył narodzić się lęk przed ostatecznym zejściem. Gdyby Rosarin wiedziała, że jej syn umiera w mękach z pewnością zrozumiałaby powód swojej dzisiejszej bezsenności. Kobieta zawsze chciała wiedzieć, co dzieje się z jej bliskimi, aby w najtrudniejszych sytuacjach życiowych móc im pomóc. Jednak nawet najsilniejsza matczynna miłość nie jest w stanie uratować duszy dziecka, którą śmierć spisała na straty. Albert poddał się i zamknął oczy. Poczuł zanikające bicie swojego serca i przeraził się nie na żarty. Jednak największy strach dopadła go wtedy, gdy w oddali usłyszał tajemniczy głos. „Ale zaraz! Czuję spokój? Uśmiecham się? Jestem szczęśliwy?! Czy tak wygląda proces umierania?!” – myślał Albert. W pewnym momencie chłopak przestał się bać śmierci i zaczął odczuwać niezrozumiałą dla siebie radość. Coś sprawiło, że chciał żyć i wiedział, że będzie żył. „Co się ze mną dzieje?! Czy to życie po śmierci tak działa na człowieka? A może to jakiś czar wpływa na zmarłych ludzi w ten sposób, aby mogli w nowym świecie rozpocząć swoją wędrówkę z uśmiechem na twarzy?” – niedowierzał Albert. Po chwili ktoś chwycił chłopaka za ramię. Jakaś dziwna istota mocno go objęła i nie pozwolila mu się utopić. Albert zgodził się, aby mu pomogła i zabrała do miejsca, w którym wszystkie troski odchodzą w niepamięć. Oba ciała pognały ku górze, a marynarz z niecierpliwością czekał na moment, w którym ujrzy twarz tajemniczego wybawcy. W jednej chwili „coś” wydostało człowieka z oceanicznych głębin, dzięki czemu znów mógł swobodnie oddychać. - Hyyyymmm! – westchnął Albert, łapczywie łapiąc powietrze. Zdezorientowany chociaż bardziej przerażony poczuł, że wrócił do świata żywych. Rozglądnął się dookoła, ale poza sobą samym nikogo nie dostrzegł. Albert długo nie zastanawiając się podpłynął do drabinki. Chwycił ją, a następnie dźwignął swoje wyziębłe ciało i zaczął wchodzić na górę. Każdy kolejny stopień przybliżał go do bezpiecznego łóżka. Po paru minutach wszedł na pokład, nałożył na siebie czerwony koc i ostatni raz spojrzał na spokojny ocean. Nadzwyczaj spokojny… mimo że, śmierć czaiła się w jego głębinach… Albert będąc już na pokładzie pobiegł, co sił w nogach do sypialni. Biedny chłopak nie wiedział, że gdzieś głęboko pod taflą wody znajduje się niezwykła istota, która bacznie go obserwuje. Gdy już dotarł do pokoju rzucił się na łóżku i zamknął oczy. W oddali dostrzegł gondoliera i ruszył w jego stronę. Przywitał się z nim jak co noc i wskoczył do gondoli. Obydwoje odpłynęli do krainy zasłużonego odpoczynku i Albert nareszcie zasnął. Nie wiedział, tylko o jednym… Tej nocy gondolier miał jej oczy… *** - Hejjj, mordy moje! Kto tak wczoraj ujadał na pokładzie, że aż spać nie mogłem?! Cholera, gdybym nie był zmęczony to przysięgam, że poszedłbym po tego chłoptasia i nakopał mu do tyłka! Przyznawać się szybciutko, który to? – żartował kapitan Gerrard podczas porannego zebrania. Dzisiejszego poranka cała załoga stała w szeregu na baczność. Młodzi byli ubrani w przepiękne białe uniformy, które lekko rozwiewał wiatr. Żaden z marynarzy nie odważył się odpowiedzieć na pytanie kapitana. Twarze młodzieńców, na których malowała się powaga wyglądały dosyć komicznie, gdy padały na nie jaśniutkie promienie słońca. W zwartym szeregu stał również ten, który był najpoważniejszy ze wszystkich. Albert przerażony myślą o swojej wczorajszej przygodzie nie chciał tłumaczyć się przed Gerrardem. Chłopak był świadom tego, że mógł się utopić bo był aż tak głupi, żeby urządzić sobie pływalnie za burtą. Siedział cichutko i miał nadzieję, że kapitan przestanie dociekać kto był autorem wczorajszych krzyków. Miał dużo szczęścia… Jego prośby zostały wysłuchane. - No, dobra chłopaki! Odpuszczam wam - rzekł po chwili Gerrard. Odpuszczam wam, ale nie dlatego że was lubię! O nie, nie… Dlatego że sam pamiętam pierwsze noce na statku. To niesamowite uczucie! Wibracje głowy i żołądka są normą, a w takim stanie każdy młody robi głupoty. Aleee koniec z tym! Kapitan Gerrard niespodziewanie urwał w połowie, aby odsapnąć. Nie czuł się zbyt dobrze. Poprzednia noc także i dla niego obfitowała w różności. Zmęczenie i ból głowy próbował ukryć pod wymuszonym uśmiechem. Niestety tak się złożyło, że do jego załogi trafiły same bystrzachy które od razu zorientowały się, że próbuje zakamuflować stan trzeźwienia po spożyciu alkoholu zwany „kacem”. - Panie kapitanie! Ale pan to dzisiaj nie w humorze?! Niech pan przysiądzie na chwilę i odetchnie, a my razem z panem! Wczorajsza noc również dla kapitana była niezwykła! - wtrącił Carter, okrętowy żartowniś, który już wczoraj dawał upust swoim ciętym komentarzom. - Tyy… młodyyy! Ja ci zaraz dam wspominać o wczorajszej nocy! – groźnie warknął kapitan, po czym zaczął się śmiać. Gerrard tak jak każdy wilk morski lubił rozkoszować się przeróżnymi trunkami i szczerze nie krył swojej słabości. Młodzi wiedzieli o zainteresowaniach przełożonego i szybko dołączyli do niego, śmiejąc się w niebogłosy. Alberta również rozbawiła zaistniała sytuacja. Poczuł, że powoli wchodzi w atmosferę życia na statku i zapomina o dawnych troskach. Podobał mu się taki stan umysłu, dlatego postanowił żartować i rozmawiać z chłopakami przez cały czas, jak tylko pojawi się ku temu okazja. Albert czuł się wspaniale z dala od znienawidzonego domu. Teraz miał okazję poznać nowe życie, o którym zawsze marzył. Jednak pomimo dobrego samopoczucia nie potrafił dzielić się radością z innymi, dlatego też chłopaki z załogi uważali go za samotnika. „Nie ufaj nikomu” - wielokrotnie powtarzał, ponieważ ludzie już nieraz udowodnili mu, że nie zasługują na zaufanie i przyjaźń… Po południu marynarze przenieśli się na nowy statek. Albert był bardzo zadowolony, gdyż nareszcie jego życie nabrało tempa. Kilka następnych dni spędził ciężko pracując, a gdy w końcu znalazł chwilę dla siebie, stanął przy burcie i zaczął wpatrywać się w morze. „Tyle dni spędzonych w polu i przy załadunku owoców… tyle skrzyń przeniesionych. Mam już dość tej pracy. Jest strasznie monotona” – myślał Albert. Na szczęście piękne popołudnie wynagradzało mu wszystkie nieprzyjemności. Chłopak dał się ponieść chwili i zamknął oczy. Niestety coś sprawiło, że w jego umyśle narodził się zły omen i myślami powrócił do tamtej nocy… Nocy, w której czyhała na niego śmierć, a jakiś niezwykły stwór uratował mu życie. „Kim była osoba, która pomogła mi wypłynąć na powierzchnię? Ktoś to musiał zrobić… Czułem przecież jego obecność! Tylko kto? Lub co? Może delfin? Z pewnością było to jakieś zwierzę, bo przecież nie człowiek!” – myślał chłopak, cicho szepcząc. - Dzisiaj nie porwiesz mnie, tak jak tamtej nocy. W następnej kolejności Albert podszedł do małego stolika, na którym leżała lornetka, chwycił ją i przyłożył do twarzy. Chłopak chciał z bliska przyjrzeć się falom. W oddali ujrzał coś, co przypominało mu rybę. Aby dokładnie się jej przyjrzeć, lekko wychylił się za burtę i po raz kolejny spojrzał przez lornetkę. - Delfin? Ryba? Coś pływa w wodzie… Cholera, co to!? Wygląda tak dziwacznie. Fascynujące... Podpłyń bliżej… Nie bój się... – mamrotał Albert. Ku zdziwieniu chłopaka tajemniczy stwór przybliżył się do statku. Zadowolony marynarz po raz trzeci przyłożył lornetkę do twarzy, po czym krzyknął z przerażenia i wypuścił ją z rąk. - Aaa!!! CO TOO MA BYĆ?! Huk tłuczonego szkła sprawił, że młodego chłopaka ogarnął strach. - CO TO JEST?! – powtórzył Albert. „Zaraz, zaraz, uspokój się” – pomyślał po chwili, podnosząc lornetkę i jeszcze raz przez nią spojrzał. Znów zobaczył tajemnicze zwierzę, ale z powodu stłuczenia jednej z szybek, nie mógł dokładnie mu się przyjrzeć. Oszołomiony Albert, nie zastanawiając się nad tym, co zamierza zrobić pobiegł do kantyny, aby podzielić się z marynarzami zjawiskiem, które odkrył. Niestety pech chciał, że jego dziwną opowieść usłyszał także kapitan Gerrard. - Młody, tyś za dużo filmów się naoglądał! Jak to delfin z twarzą kobiety? Oszalałeś!? – zapytał kapitan. Gerrard pewnym siebie tonem rozwiał wszelkie wątpliwości marynarzy. Żaden z chłopaków nie odważył się wysunąć innej teorii, dzięki czemu dowódca swobodnie ciągnął swój wywód. - Albert, chłopie! Ja ci daje dzień wolny od pracy! Nie potrzebuję mieć świra na pokładzie, tylko marynarza! A wy, chłopcy! Nie wierzcie w te fantazje o syrenach czy podobnych stworach. Uwierzcie mi… jak pływam na łajbach od dwudziestu lat tak nie widziałem żadnego delfina z twarzą kobiety! Kończąc myśl kapitan parsknął śmiechem, a reszta marynarzy poszła za jego przykładem. Albert poczuł się jak głupek, ale dobrze wiedział, że pretensje może mieć tylko do siebie. „Cholera! To było oczywiste, że nikt mi nie uwierzy! Nie pomyślałem, że moja opowieść może wydać się zbyt fantastyczna i zrobiłem z siebie totalnego idiotę! Teraz muszę zapanować nad widownią i zachować twarz” - pomyślał chłopak, po chwili mówiąc. - Może rzeczywiście przewidziało mi się. - Z pewnością młody, z pewnością! – wyrechotał kapitan, ocierając chusteczką łzy od śmiechu. Albert na koniec uśmiechnął się, wstał od stołu i poszedł do swojej kajuty. Za sobą słyszał jeszcze kilka głosów, które żywo komentowały opowieść o delfinie z twarzą kobiety. Na szczęście udało mu się zignorować kąśliwe docinki i nie dopuścić, aby zburzyły jego spokój wewnętrzny. Gdy już dotarł na miejsce, szybko wszedł do pokoju i padł na łóżko. Po chwili położył się na plecach, przykrył czerwonym kocem i spojrzał w sufit. W głowie chłopaka kołotała się wyłącznie jedna myśl: „To co zobaczyłem było tak przedziwne, że nawet nie potrafię tego opisać! Ale jednego jestem pewien… To coś było żywe… Cholernie żywe i prawdziwe!” MORSKA PERŁA Nazajutrz kapitn spełnił obietnicę i Albert dostał dzień wolny. Trzeba przyznać, że stary wilk morski cenił sobie zdrowie psychiczne i dobrze wiedział jak to czasem wielka woda może namieszać człowiekowi w głowie. Kasztanowłosy chłopak nie spodziewał się, że Gerrard rzeczywiście udzieli mu zasiłku zdrowotnego dla wyczerpanego umysłu. Mimo to bardzo ucieszył się z nagrody. Na horyzoncie już świtało, gdy marynarz leżał wygodnie na łóżku, rozmyślając o rzeczach, którymi mógłby się zająć. Albert nie cierpiał bezczynności. W takich chwilach nawiedzały go „chore” myśli, które urządzały w jego głowie prawdziwy batalion. Chłopak czasami już nie potrafił nad nimi zapanować, przez co odczuwał ciągły smutek… Wszystko zaczęło się od czasu, gdy postanowił zostać marynarzem. Albert od zawsze wiedział, że jego powołaniem jest świat. Chciał zwiedzać pięknie miasta, bawić się, studiować na renomowanych uczelniach i rozwijać swoje pasje. Jednak nade wszystko, pragnął uwolnić się z bezlitosnych sideł zła, które bezwstydnie okradały jego dom z miłości i pogody ducha. Nie cierpiał widoku matki walczącej o każdy kawałek chleba i płaczącej po kątach za utraconym szczęściem. Ulubionym zajęciem kobiety, w wolnym czasie, było wypłakiwanie się w pokaleczone od pracy ręce. Mały Albert, słysząc przeraźliwy lament Rosarin nie mógł zrozumieć, dlaczego zachowuje się w tak masochistyczy sposób. Zawsze gdy płakała zasłaniała twarz rękoma, a słone łzy spływały po jej ranach, przez co z pewnością odczuwała piekący ból. „Cholera jasna, dlaczego to robiła?”- myślał kasztanowłosy. Matka Alberta od zawsze była słabą kobietą, która nigdy nie pozbierała się po odejściu męża. Mario Garcia Milan - ojciec marynarza, zostawił rodzinę gdy ten miał dziesięć lat, a jego brat Cristian dopiero, co przyszedł na świat. To był zwykły słoneczny dzień niczym nie różniący się od innych w Port Lincol. Mąż Rosarin spakował walizki i powiedział, że wyrusza w długi rejs. Mały Albert zapytał go, kiedy wróci i czy przywiezie mu upominek. Mario obiecał chłopcu wielki prezent, po czym wraz z rodziną udał się do portu i wszedł na pokład. Nigdy już nie wrócił do domu, a jego dzieci próbowała wychować ich matka… Tak więc Albert jako młody chłopak musiał pomagać w wielu pracach domowych i zarabiać na utrzymanie rodziny. Szczerze nie cierpiał swojego życia i wielokrotnie próbował nakłonić Rosarin do przeprowadzki w inne miejsce, gdzie mogłaby znaleźć lepszą pracę, a on szkołę. Niestety kobieta była nieugięta i za nic w świecie nie chciała wyprowadzić się z rudery na wzgórzu, której utrzymanie było nie lada wyczynem. Klimatyzacja starej chaty kosztowała krocie, a naprawianie domowych gratów wymagało zaangażowania i czasu. Albert trudne czasy miał za sobą. Już w wieku czternastu lat podjął się pierwszej pracy, a na dodatek musiał zajmować się bratem i chodzić do szkoły. Chłopak czasami nie dawał sobie rady z natłokiem obowiązków, przez co latami kumulował w sobie bardzo negatywne emocje. Raz na jakiś czas zadarzało się, że pracował po nocach, aby pomóc matce w utrzymaniu domu, a dniami uczęszczał na lekcje i pilnie uczył się do egzaminów. Taki tryb wykańczał jego zdrowie i psychikę. Niestety Albert nie mógł zmienić swojego życia, dopóki nie skończył siedemnastu lat. Dopiero wtedy stał się na tyle dojrzały, aby zaprowadzić w domu porządki. Rosarin nie miała już prawa głosu, ponieważ chłopak zdegradował ją do stopnia majtka i mianował się kapitanem łajby na australijskim wzgórzu. Przemeblował dom i pozbył się nagromadzonego przez lata złomu. Od tamtej pory marynarz nie pytał matki o zdanie. Zresztą nie było po co, gdyż Rosarin nie zgadzała się na żadne zmiany, a żyć w rozsypującym się domu dłużej nie mogli. Albert wykształcił w sobie silny charakter, dzięki czemu dzisiaj nie boi się wyzwań… Na początku swoich rządów planował przeprowadzić się do rodzimego kraju - Hiszpanii. Jednak matka i brat stanowczo protestowali, a Albert po czasie sam stwierdził, że jego pomysł nie ma sensu. W końcu po co miał ciągnąć rodzinę taki szmat drogi, skoro niebawem wyruszał w rejs i opuszczał ją na zawsze? Albert po zmodyfikowaniu trybu życia rodziny, skupił się na realizacji celów, które sobie wyznaczył. Marynarzowi od dawien dawna towarzyszyła wewnętrzna moc,
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Stworzyłem historię - zerwałem granicę
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: