Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00421 008695 10487663 na godz. na dobę w sumie
Święta jak w bajce - ebook/pdf
Święta jak w bajce - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 153
Wydawca: Harlequin Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-238-8437-8 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Olivia Montgomery jest światowej sławy botanikiem. Tuż przed Bożym Narodzeniem przyjechała na Wyspy Thomasa, aby znaleźć lek na chorobę, która niszczy uprawy roślin, zagrażając gospodarce całego kraju. Zachwyciła urodą księcia Aarona, który chce ją uwieść, ale nie ma ochoty na małżeństwo. Tymczasem Olivia właśnie na to liczy.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Michelle Celmer (cid:346)wi(cid:281)ta jak w bajce Michelle Celmer Święta jak w bajce Tłumaczyła Magdalena Jakóbczyk-Rakowska Tytuł oryginału: Christmas with the Prince Pierwsze wydanie: Silhouette Books, 2009 Redaktor serii: Dominik Osuch Opracowanie redakcyjne: Dominik Osuch Korekta: Lilianna Mieszczańska ã 2009 by Michelle Celmer ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2011 Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Gorący Romans są zastrzeżone. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa ISBN 978-83-238-8437-8 GR – 944 ROZDZIAŁ PIERWSZY Oliwia Montgomery była atrakcyjna, jak na nau- kowca. Książę Aaron spodziewał się kogoś zupeł- nie innego. Obserwował ją zamyślony z okna swego gabinetu. Kiedy wysiadała z samochodu, spojrzała w górę na zamek, a na jej twarzy odmalowało się zdumie- nie. Niecodziennie kobieta godzi się zamieszkać w królewskim pałacu na bliżej nieokreślony czas, aby za pomocą swojej wiedzy uratować kraj od ka- tastrofy finansowej. Książę Aaron zdążył dowiedzieć się o swoim go- ściu, że jej dotychczasowe życie nie przebiegało według typowych schematów. Większość dzieci nie kończy szkoły średniej w wieku piętnastu lat, żeby w wieku dwudziestu dwóch zrobić doktorat i zdo- być opinię wybitnej specjalistki od genetyki roślin dwa lata później. Wyglądała, jakby miała najwyżej osiemnaście lat, głównie z powodu długich ciemnoblond wło- sów, uczesanych w koński ogon, i plecaka, przewie- szonego przez ramię. Przyglądał się, jak jego asystent Derek wpro- wadza ją do zamku, po czym usiadł przy biurku 6 Michelle Celmer i czekał, aż się pojawią. Zapewniano go, że w dzie- dzinie genetyki roślin jest najlepsza i być może jest ich ostatnią nadzieją. Już wielu specjalistów próbowało rozwiązać pro- blem choroby, która zżerała uprawy nie tylko na ziemiach rodziny królewskiej, ale zaczęła rozprze- strzeniać się na sąsiednie pola. Jeżeli nie uda się jej pokonać, będzie to miało fatalny wpływ na finanse tego głównie rolniczego kraju. Jego rodzina, a właś- ciwie cały kraj, liczyła na to, że on opanuje sytuację. Nie podobał się mu ciężar tego brzemienia. Do- tychczas myślał, że jego starszy brat Christian ma gorzej, dźwigając na sobie odpowiedzialność następ- cy tronu, co oznaczało również ożenek i spłodzenie potomka. Ku jego zdziwieniu, brat wydawał się bar- dzo zadowolony z roli małżonka. Aarona przerażała myśl o związaniu się z jedną kobietą. Nie dlatego że nie lubił kobiet, wręcz przeciwnie... ale wysoko ce- nił sobie różnorodność. Teraz gdy Chris był już szczęśliwym mężem, ich matka postanowiła zająć się ożenkiem młodszego syna. Nie spodziewał się nawet, że na świecie jest tyle kobiet królewskiej krwi, które są kandydatkami na żonę, póki matka nie zaczęła mu ich przedstawiać. Nie miał zamiaru sta- nąć przed ołtarzem i miał nadzieję, że matka to w końcu zrozumie i zajmie się wydawaniem za mąż jego sióstr bliźniaczek – Anny i Luizy. Po kilku minutach rozległo się pukanie do drzwi. Zapewne wcześniej Derek zaznajamiał gościa z dworską etykietą. – Proszę wejść – zawołał. Święta jak w bajce 7 Wszedł Derek, a tuż za nim panna Montgomery. Aaron wstał, aby powitać gościa. Miała niemal tyle samo wzrostu co on. Trudno było ocenić, ponieważ jej figurę ukryły obszerne spodnie khaki i grubo dziergany szeroki sweter, ale wydawała się szczup- ła, wręcz za chuda. Nie nosiła laboratoryjnego fartucha ani grubych okularów, jakich się spodziewał u naukowca. Nie miała też biżuterii ani makijażu. Właściwie była zu- pełnie zwyczajna, ale bardzo słodka i dziewczęca, chociaż miała już dwadzieścia pięć lat. Najciekaw- sze jednak były jej oczy – o nieokreślonym kolorze, ani brązowe, ani zielone, i tak wielkie, jakby zajmo- wały połowę twarzy. – Wasza Wysokość – odezwał się Derek. – Przedstawiam pannę Oliwię Montgomery ze Sta- nów Zjednoczonych. – Zwrócił się do niej: – Panno Montgomery, to książę Aaron Felix Gastel Alexan- der z Wyspy Thomasa. Panna Montgomery wyciągnęła rękę, ale zmie- szana szybko ją cofnęła, żeby wykonać nieudolny dyg. Jej policzki spłonęły uroczym rumieńcem. – To dla mnie zaszczyt, sir... to znaczy, Wasza Wysokość – poprawiła się. Jej głos był łagodniejszy, niż się spodziewał, i cał- kiem seksowny. Zawsze lubił amerykański akcent. – To ja jestem zaszczycony – odpowiedział, wy- ciągając rękę. Zawahała się, ale odwzajemniła uścisk. Miała smukłe dłonie o długich palcach i zdumiewająco silny uścisk ręki. 8 Michelle Celmer Nie była w jego typie. Lubił kobiety nieduże, ale zaokrąglone w odpowiednich miejscach. Nie zale- żało mu na inteligencji. O ile tylko radziły sobie na polu golfowym, boisku do squasha czy na nartach, jemu to wystarczyło. Panna Montgomery nie wy- glądała na osobę wysportowaną. – Będę w swoim gabinecie, sir – poinformował Derek, zamykając za sobą drzwi. – Proszę się czuć swobodnie – zachęcił książę, wskazując Oliwii krzesło po drugiej stronie biurka. Postawiła plecak na podłodze obok siebie i ostroż- nie usiadła na wyściełanym krześle. Ułożyła ręce na kolanach, po czym wsunęła dłonie pod uda. Nie wy- glądała swobodnie. – Przepraszam za spóźnienie – powiedziała. – Słyszałem, że po drodze była nie najlepsza po- goda. Skinęła głową. – Lot był trochę niespokojny, a ja nie jestem en- tuzjastką latania. Rozważam nawet powrót stat- kiem. – Czy mogę pani zaoferować coś do picia? – Nie, dziękuję. I proszę mówić do mnie Liv, wszyscy tak się do mnie zwracają. – Dobrze, Liv. Ponieważ będziemy spędzać tro- chę czasu razem, powinnaś do mnie mówić Aaron. Zawahała się. – Czy to... dozwolone? – Zapewniam cię, że w zupełności – roześmiał się. Skinęła głową, która wydała się zakołysać na Święta jak w bajce 9 długiej, smukłej szyi. Aż zapragnął ją pieścić i cało- wać, ale Liv nie wyglądała na osobę do tego chętną. Zdawała się nieśmiała i pełna zahamowań. Z pew- nością mógłby ją niejednego nauczyć, gdyby oczy- wiście miał na to ochotę. Ale nie miał. No, może odrobinę, ale tylko z ciekawości. – Moja rodzina przeprasza, że nie mogła cię po- witać, ale są w Anglii, u kardiologa mojego ojca – wyjaśnił. – Wrócą w piątek. – Chętnie ich poznam – odpowiedziała, niezbyt entuzjastycznie. Niepotrzebnie się obawiała, bo w historii pano- wania jego ojca jej wizyta była najbardziej oczeki- waną. Nie oferowała zresztą swoich usług za darmo. Zgodzili się przeznaczyć sporą sumę na fundację, wspierającą jej badania. Dla siebie nie oczekiwała niczego poza mieszkaniem i wyżywieniem. – Słyszałem, że przyglądałaś się już próbkom skażonych roślin, które ci przysłaliśmy. – Zabranej dokumentacji również – potwier- dziła. – I do jakiego wniosku doszłaś? – Jest to jakaś niezwykle silna i odporna odmia- na choroby, jakiej jeszcze nie widziałam. A możesz mi wierzyć, że właściwie widziałam już wszystko. – Twoje doświadczenie jest imponujące. Mó- wiono mi, że jeżeli ktokolwiek potrafi nam pomóc, to tylko ty. – To nie jest kwestia ,,jeżeli’’, tylko ,,kiedy’’ – spojrzała mu w oczy. Wstrząsnęła nim ta pewność siebie. Tego się nie 10 Michelle Celmer spodziewał. Nagle stała się zupełnie inną kobietą. Siedziała prosto, głos jej był pewny i brzmiał donoś- niej. Wzbudzała szacunek. – Czy rozważaliście moją sugestię, żeby wstrzy- mać eksport produktów rolnych? Cały czas o tym myślał. – Nawet tych niezakażonych? – Obawiam się, że tak. – Czy to naprawdę konieczne? – Nie wiemy, czy skażenie nie występuje w uśpionej postaci na terenach pozornie nieskażo- nych. A póki nie dowiemy się, co to jest, nie chcieli- byśmy, żeby wydostało się z wyspy. Wiedział, że ona ma rację, ale skutki finansowe mogły być opłakane. – To oznacza, że mamy pięć miesięcy do następ- nego sezonu, żeby zidentyfikować chorobę i zna- leźć bezpieczny dla środowiska ratunek. Produkty z zielonej wyspy były znane i cenione na świecie. – Czy zmieścimy się w tym czasie? – Prawdę mówiąc, nie wiem. Taki proces zwyk- le trwa. Nie to chciał usłyszeć, ale spodobała mu się jej szczerość. Wyobrażał sobie, że ją tu sprowadzi, ona załatwi sprawę w tydzień czy dwa, a on zostanie bohaterem nie tylko w oczach rodziny, ale całego kraju. Sen prysnął jak bańka mydlana. – Jak się już zainstaluję w laboratorium i prze- studiuję dane, może w ciągu kilku dni będę mogła podać jakieś ramy czasowe. Święta jak w bajce 11 – Mamy umówioną studentkę z uniwersytetu, gdybyś potrzebowała asystentki. – Będę potrzebowała kogoś do pobierania pró- bek, ale w laboratorium wolę pracować sama. Czy jest cały sprzęt, którego potrzebuję? – Wszystko, co było na liście. – Wstał. – Mogę cię zaprowadzić do twojego pokoju? Ona również wstała, wygładzając spodnie na udach. Nie mógł przestać się zastanawiać, co kryło się pod tym obszernym swetrem. Czyżby zauważył piersi? A biodra? Może nie była aż taka koścista i kanciasta, jak sądził? – Jeśli nie masz nic przeciwko temu, wolałabym się od razu zabrać do pracy. Wskazał na drzwi. – Oczywiście. Zaprowadzę cię wprost do labo- ratorium. Z pewnością nie traciła czasu. Był zadowolony, że z taką determinacją chciała pomóc. Im prędzej zwalczą pasożyty, tym prędzej wszyscy odetchną z ulgą. ROZDZIAŁ DRUGI Liv szła za swym gospodarzem przez zamek, mo- dląc się, żeby nie zrobić czegoś głupiego, na przy- kład nie potknąć się o własne nogi i nie upaść na twarz. Książę Aaron był bez wątpienia najpiękniejszym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek widziała. Miał bardzo ciemne jedwabiste włosy, fascynujące zielo- ne oczy i pełne usta, na których co chwila pojawiał się seksowny uśmiech. Jego umięśniona pupa pod świetnie skrojonymi spodniami i szerokie ramiona pod granatowym kaszmirowym swetrem sprawiały, że szła za nim jak zahipnotyzowana. Był doskonały. Zasługiwał na jedenastkę w skali od jednego do dziesięciu. Zupełne przeciwieństwo naukowców i maniaków, z jakimi zwykle przeby- wała. Jak William, jej narzeczony, a właściwie ewentualny narzeczony, gdyby zdecydowała się przyjąć jego propozycję małżeńską, z którą wystąpił ostatniego wieczoru w laboratorium. Will był od niej piętnaście lat starszy. Traktowała go jako men- tora i chociaż nie był specjalnie przystojny ani sek- sowny, był miły, słodki i wyrozumiały. Prawdę mó- wiąc, jego propozycja padła tak nagle, że omal nie Święta jak w bajce 13 podskoczyła. Nigdy się nawet naprawdę nie pocało- wali, jeśli nie liczyć cmoknięcia w policzek w świę- ta czy inne specjalne okazje. Bardzo go szanowała i kochała, ale jedynie jako przyjaciela. Obiecała roz- ważyć jego propozycję na wyjeździe, chociaż pod- czas pożegnalnego pocałunku nie poczuła niczego szczególnego. Wiedziała, że pożądanie jest przece- niane i przemijające, a między nimi był szacunek i głęboka przyjaźń. Zastanawiała się jednak, czy to wystarczy, aby się związać. Tak jakby jakieś tłumy mężczyzn dobijały się do jej drzwi. Nawet nie mogła sobie przypomnieć, kie- dy była ostatnio na randce, a jeśli chodzi o seks, było to tak dawno, że nawet nie pamiętała, jak to jest. Jedynym mężczyzną, z którym spała na studiach, był młody fizyk jądrowy bardziej zainteresowany równaniami matematycznymi niż zgłębianiem sek- sualnych subtelności kobiet. Mogłaby się założyć, że książę Aaron doskonale zna się na tajnikach kobiecego ciała. Jasne, Liv, książę ci to chętnie zademonstruje, pomyślała iro- nicznie. Ta myśl była tak nieprawdopodobna, że omal nie roześmiała się głośno. Co taki wspaniały, seksow- ny książę mógłby widzieć w takiej nieatrakcyjnej kujonce? – Co sądzisz o naszej wyspie? – spytał Aaron, gdy schodzili po schodach. – To, co widziałam, jest piękne. Ale zamek jest zupełnie inny, niż się spodziewałam. Szczerze mó- wiąc, wyobrażałam sobie, że będzie ciemny i ponury. 14 Michelle Celmer – W istocie był jasny i przestronny, pięknie urządzo- ny i taki olbrzymi, że łatwo można było się zgubić, chodząc po tych wyłożonych dywanami korytarzach. Nie mogła uwierzyć, że spędzi tu kilka tygodni, a na- wet miesięcy. – Spodziewałam się kamiennych mu- rów i zbroi wystawionych w salach. Książę zachichotał. – Jesteśmy nowocześni. Zobaczysz, że pokoje gościnne mają standard pięciogwiazdkowych ho- teli. – Ona akurat nie bardzo się na tym znała. – Cho- ciaż... – Przerwał i spojrzał na nią. – Jedynym miej- scem odpowiednim do laboratorium okazały się piwnice. Wzdrygnęła się. Pierwszy raz będzie pracowała w piwnicy. – W porządku. – Tam były lochy. – Naprawdę? – Niegdyś ciemne i wilgotne, z łańcuchami i na- rzędziami tortur. – Żartujesz, prawda? – Mówię poważnie. Oczywiście zostały odno- wione, używamy ich do przechowywania zapasów i wina. Są tu też pralnie. Myślę, że laboratorium ci się spodoba. Wcale nie jest ciemne i wilgotne. Ponieważ większość czasu będzie spędzała przy mikroskopie i komputerze, wygląd laboratorium nie miał dla niej znaczenia. Byle było funkcjonalne. Poprowadził ją przez olbrzymią kuchnię, pach- nącą przyprawami i świeżo pieczonym chlebem. Zaburczało jej w żołądku i zaczęła się zastanawiać, Święta jak w bajce 15 kiedy po raz ostatni coś jadła. W samolocie była zbyt zdenerwowana, żeby zainteresować się posiłkiem. Aaron zatrzymał się przed olbrzymimi drew- nianymi drzwiami, które zapewne prowadziły do piwnic. – Istnieje osobne wejście dla służby, którego używają pracownicy pralni, ale jako nasz gość bę- dziesz korzystała z wejścia rodzinnego. – Dobrze. – Muszę cię przed czymś ostrzec. Ostrzec? Nie brzmiało to zachęcająco, pomyślała. – Słucham? – Jak mówiłem, piwnice zostały zmodernizo- wane. – Ale? – Były tu lochy i wiele osób straciło życie. Czy to znaczyło, że w drodze do laboratorium będzie stąpać po trupach? – Niedawno? – Nie, oczywiście, że nie – zaśmiał się. – Więc, w czym tkwi problem? – Niektórym to przeszkadza, a służba twierdzi, że tu straszy. – Liv spojrzała na niego, jakby kom- pletnie zwariował. – Rozumiem, że nie wierzysz w duchy? – spytał Aaron. – Istnienie duchów czy życia po życiu nigdy nie zostało naukowo udowodnione. Mógł się spodziewać takiej odpowiedzi od nau- kowca. – Więc nie masz się czego obawiać. – A ty? – spytała.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Święta jak w bajce
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: