Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00142 013076 17009503 na godz. na dobę w sumie
Syberyjski Sen. Opowieść bezdrożna - książka
Syberyjski Sen. Opowieść bezdrożna - książka
Autor: Liczba stron: 180
Wydawca: Bezdroża Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-246-8509-7 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> poradniki >> fotografia
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Kiedyś wszyscy byliśmy nomadami.

Zachwycamy się dziś łatwością, z jaką możemy podróżować. Podziwiamy ludzi, którzy ulegają nawoływaniu odległych krain, porzucają ustabilizowane życie i wyjeżdżają w głuszę. A przecież, zanim osiedliśmy na dobre, by siać zboże i hodować bydło, wszyscy wiedliśmy żywot wędrowców, klecących tymczasowe schronienia i porzucających je, gdy nadszedł czas.

Syberyjski sen… jest zapisem dwóch podróży, jakie autorka odbyła wraz z grupą przyjaciół. Najpierw wiele dni Koleją Transsyberyjską, potem marszem przez tajgę, wreszcie drogą wodną, nurtem Jeniseju, Chamsary i Uług-O. Ta książka to zapis walki z wodnym żywiołem, opowieść, która wciąga, snuje się jak dym z ogniska i zaprasza, by dołączyć...

„Ta pierwsza wyprawa na Syberię w jakiś sposób nas zmieniła. Nie marzymy o wyjeździe do Grecji, Włoch czy innego europejskiego kraju. Po nocach śnią się nam modrzewie, cedry i blask ogniska. Wieczorami wspólnie czytamy, siedzimy nad mapą. Lubimy spotkania z osobami, które również mają w sobie wędrowne dusze, ten dziwny żar tęsknoty. Jakoś łatwiej wtedy się porozumiewamy. To wszystko, zamiast gasić tęsknotę, podsyca marzenia. W końcu podejmujemy decyzję. Wracamy tam!'.
 

Zofia Piłasiewicz – z zawodu psycholog, z zamiłowania podróżniczka. Ciekawa zarówno szerokiego świata, jak i tego, co zdarza się zwykle o krok od domu. Kapituła Ogólnopolskich Spotkań Podróżników, Żeglarzy i Alpinistów Kolosy 2005 wyróżniła jej przejmującą relację ze spływu rzekami Tuwy – jednej z najbardziej egzotycznych i najpiękniejszych republik Syberii. Wrażliwa na otaczającą naturę, zatraca się w fotografowaniu (ma na koncie kilka wystaw, zarówno indywidualnych, jak i zbiorowych), myśli zaś nierzadko układają się jej w wiersze (jest laureatką m.in. nagrody specjalnej V Otwartego Konkursu Poezji im. Herberta).


Patroni medialni:

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

CZĘŚĆ I CHAMSARA ROZDZIAŁ I KOLEJ TRANSSYBERYJSKA P od powiekami zastyga stukot kolejowych kół. Senne kołysanie uspokaja. Górna półka wagonu, wprawdzie niezbyt szeroka, ale jak hamak otula, pozwala bezpiecznie schować się w  swoim tymczasowym miejscu na Ziemi. Stanowi namiastkę domu, jest jak ulubiony fotel. Czuję się trochę jak dziecko w kołysce. Póki śpię, jestem bezpieczna. Chcę ten sen jeszcze trochę zatrzymać. W ten sposób szybciej minie kolejny dzień. Która to godzina? Czas trzyma mnie w swoich szponach. Ciągle patrzę na zegarek. Tak będzie przez następne 4 doby jazdy tym cholernym pociągiem. Po co ja tam jadę…? Mam 43 lata. Zostawiłam dzieci, dom, znajomy świat, żeby iść za chwilą prze- czucia, intuicji, marzenia. Żeby wyrwać się ze szponów czasu. Żeby spróbować przywrócić życiu właściwą relacyjność, odnaleźć podstawowe wartości, spraw- dzić, czy potrafię jeszcze nauczyć się najprostszych praw zgodnych z naturą ży- cia, a gdzieś zagubionych w codziennej bieganinie, pracy. Czy po to trzeba jechać aż na Syberię? Z jednej strony wyjazd ten jest dla mnie wytęsknioną ucieczką, wyrwaniem się z otaczającego mnie świata, z dru- giej natomiast strony odczuwam chwilami paraliżujący strach przed niezna- nym. Czy dam radę? Czy wytrzymam fizycznie? Aleksander Pietrow, nasz stary przyjaciel z Grodna, podróżnik i kajakarz, próbując ugasić mój lęk przed wy- jazdem, powtarzał: „Siła fizyczna to nie wszystko. Ważniejsza jest odporność psychiczna, a ty ją masz”. Ba! Czy aby na pewno? Co będzie, jeśli komuś z nas coś się stanie? Jak odnajdziemy się w tajdze, przez którą mamy się przedzierać w kierunku rzeki? A rzeka? Jaka ona jest i jak damy sobie z nią radę? Mnóstwo pytań – na razie bez odpowiedzi. W takich chwilach z zamkniętymi oczami jak Kolej Transsyberyjska 13 mantrę odmawiam Ojcze nasz. Ta prosta modlitwa z dzieciństwa koi moje sko- łatane serce, uśmierza niepokój rozciągnięty na tysiące kilometrów kolejowej trakcji. Przywraca spokój. Może ten wyjazd jest potrzebny także po to, żeby do niej wrócić? KOLEJNY DZIEŃ W POCIĄGU A lkohol kupowany na nielicznych stacjach, rozmowy w  palarni między wagonami, pogaduszki z prowadnicami, kolejka po wrzątek do wagono- wego samowara. Siłą rzeczy, rozmowy, które początkowo mają tylko zająć czas, stają się coraz bardziej osobiste. Pod koniec podróży chyba będziemy wiedzieli o sobie już prawie wszystko. Na którejś ze stacji spotykamy na peronie młodych Polaków. Jadą osiem wagonów przed nami. Łatwo ich rozpoznać – są spontaniczni, hałaśliwi, we- seli. Rosjanie nie cieszą się tak ze swoich podróży. Są przyzwyczajeni do prze- mierzania bezkresnych przestrzeni w celach rodzinnych czy służbowych albo zgodnie z wcześniej przemyślanym zamiarem. Nie ma tu miejsca na spontanicz- ność. Jest plan, a przestrzeń wpisana jest w ich życie. Rosja jest przecież taka… przestrzenna. Polacy ci, jak się okazuje, to dwie niewielkie grupki młodych ludzi. Jedna jedzie nad Bajkał, druga do Mongolii. Ta mongolska próbuje dotrzeć do miejsca, które jest uznawane za symboliczny grób Czyngis-chana – syna Błękitnego Wil- ka. Czyngis-chan, czyli Pan Ziemi, to tytuł nadany Temudżynowi na początku XIII wieku przez kurułtaj – wiec przywódców mongolskich, tatarskich i turec- kich ludów stepowych. Nie wiadomo, czy młodzi turyści z Polski zakończą swoją wędrówkę w miejscu symbolicznego pochówku wielkiego wodza, bo dopusz- czają możliwość zmiany planów. Może będzie to jezioro Chubsuguł, a może coś jeszcze innego. Jadący z nami Jan – Białorusin z Grodna – jest przerażony. Prze- cież to dzieci! Jadą bez planu, nie wiedzą dokładnie, gdzie. Co z nimi będzie? Jak sobie dadzą radę w obcym kraju? – Dadzą, Jan. Na pewno sobie dadzą radę – tego akurat jestem pewna. DD z nostalgią patrzy na ich podekscytowanie i żywiołowość. Jeszcze nie- dawno był taki jak oni. Wsiąść do pociągu byle jakiego, rano realizować pomy- sły, które urodzą się w nocy, być wolnym i swobodnym. A my? Każdy z nas od 2 lat myślami kołował wokół tej podróży. Planował, marzył, rozmawiał, dobierał, mierzył, ważył, ustawiał pod kątem wyjazdu pracę zawodową. Żeby wygospodarować miesiąc wolnego, trzeba się było nieźle pogimna- stykować, pozamykać setki drobnych spraw. Jak gdyby życie składało się tylko z  różnego rodzaju terminów, obowiązków, rachunków, papierów, które trzeba wypełnić, spraw, które trzeba załatwić – jakby nie było nic ważniejszego. I WŁA- ŚNIE DLATEGO JADĘ. Moje dzieci, kiedy namawiały mnie na ten wyjazd, do- kładnie to rozumiały. Tymczasem w pociągu dosiada się do nas dwóch dziwnych indywiduów. Jeden o twarzy Azjaty, drugi Rosjanin. Obaj są pijani, prowokują rozmowę. Ro- sjanin ma na ramieniu wytatuowany slogan NO FUTURE, jest ubrany w koszul- kę z Grażdanską Oboroną. – To zespół metalowy. Najlepszy w Rosji – tłumaczy nam po rosyjsku. Właściciel koszulki po prostu jeździ pociągiem. Jego siostra jest prowadni- cą, on sam nie pracuje. Trochę handluje. Mieszka w Czycie za Bajkałem. Pracy nie ma. Nadziei też. No future! Drugi, o  azjatyckich rysach i  licznych krostach na twarzy, też pochodzi z Czyty. Był drwalem, ale praca już się skończyła. Teraz jest prowadnikiem w są- siednim wagonie. Szczęściarz. Swój dyżur zaczyna od poniedziałku, w niedzielę – pije. Mam dość oparów alkoholu. Podróż transsybem to swoiste doświad- czenie, zwłaszcza wagonem plackartnym. Mamy ze sobą dużo bagaży, podróż samolotem byłaby dla nas po prostu za droga. Plackartnyj określany jest jako „wagon sprzyjający integracji”. Nie ma tam oddzielnych przedziałów, ale każdy pasażer ma miejsce leżące – nawet dość wygodne. W wagonie Kolei Transsybe- ryjskiej jedną z najważniejszych rzeczy jest samowar z gorącą wodą. Niebagatel- na to rzecz, wziąwszy pod uwagę, że spędza się w pociągu kilka dni (dobrze, że nie jedziemy do Władywostoku czy Pekinu). Można zaparzyć herbatę, kawę czy gotowe danie jednorazowe. 14 Syberyjski sen. Opowieść bezdrożna Kolej Transsyberyjska 15 Ludzie w wagonie rozmawiają ze sobą, grają w karty, w szachy. Obowiąz- kowo wychodzimy na wszystkich większych stacjach, żeby rozprostować nogi, kupić coś świeżego do jedzenia czy wziąć szybki prysznic z peronowej pompy. Dwudziestominutowe postoje mniej więcej co 500 kilometrów pozwalają odetchnąć od dusznej atmosfery pociągu. Każdy wagon ma swojego opiekuna, zwanego przez Rosjan prowadnikiem lub prowadnicą. Prowadnica, bo częściej jest to kobieta, ma za zadanie dbać o czystość, zwracać uwagę na to, by samo- war był zawsze gorący i pilnować pasażerów, żeby wracali do wagonów na sta- cjach, na których można na chwilę z nich wysiąść. Generalnie pilnuje porządku, o 23.00 gasi światło. Kiedy wchodzę do kanciapy naszej prowadnicy – sympa- tycznej młodej blondynki – przecieram oczy ze zdumienia. W jej rękach widzę książkę. Sylabizuję po rosyjsku nazwisko autora. Nie, to niemożliwe. Ta młoda dziewczyna czyta Ferdydurke Gombrowicza. W  trakcie rozmowy okazuje się, że Katia (bo tak ma na imię) na co dzień jest studentką Wydziału Lingwistyki uniwersytetu w  Krasnojarsku. Przez wakacje zarabia na studia jako pracow- nik kolei. Uczy się języków. Musiała wybrać jakiś dodatkowy język słowiański, zdecydowała się na polski. Języka oraz polskiej kultury i literatury uczy ją pan Dariusz – oddelegowany z Uniwersytetu Łódzkiego do pracy w dalekim Kra- snojarsku. Gombrowicza czyta na razie w przekładzie rosyjskim, bo jego język jest jeszcze dla niej za trudny, ale jest nim zafascynowana. Pyta, czy też uważam, że to najważniejszy polski pisarz. – Katia, a chciałabyś pojechać do Polski? Katia odgarnia z czoła kosmyk włosów: – Bardzo bym chciała zobaczyć Kraków. To moje marzenie! Opowiada mi, co już wie o Polsce, a ja nie mogę wyjść ze zdumienia (z rado- ści również), że w dalekim, oddalonym od naszego kraju o 4,5 tysiąca kilometrów Krasnojarsku grupa młodych Rosjan uczy się języka, poznaje kulturę i literaturę polską, marzy, żeby zobaczyć Kraków, Warszawę. Zostawiam Katii list do pana Dariusza i trochę materiałów o Augustowie. Na jej wyobrażeniowej mapie Polski, poza Krakowem, Warszawą i Łodzią, będzie teraz istniało również moje niewiel- kie miasto. Katia opowiada o sobie. Pochodzi ze wsi pod Abakanem. – Ta wieś mnie dusiła – mówi. – Chcę się uczyć, bo to szansa na inne życie, inne myślenie. 16 Syberyjski sen. Opowieść bezdrożna Według niej rosyjska wieś to destrukcja, beznadzieja, pijaństwo. Niewielu potrafi się temu przeciwstawiać i walczyć o lepsze życie. Trzymam kciuki za Katię. W wagonie, obok nas, jedzie siedemdziesięciopięcioletni Czeczeniec. Jest coś surowego i dumnego zarazem w jego twarzy, jak u wszystkich ludzi gór za- ciętej, osmaganej wiatrem i słońcem. Na wsi pod Groznym człowiek ten stra- cił na wojnie całą swoją rodzinę. Został sam jak palec. Próbował zająć się, jak wcześniej, pasterstwem, ale łąki i doliny są zaminowane. W ten sposób zginęło jego dwóch sąsiadów. Zostawił więc swoją ziemię, a teraz włóczy się po Rosji od znajomego do znajomego. Do Czeczenii nie chce wracać. Kiedy ściągam z półki swój wielki plecak, wyszczerza białe zęby w uśmiechu: – A eto szto? Całego swojego życia nie zapakujesz. Całego życia nie, ale pewne rzeczy, które mi je przypomną, ułatwią. W ple- caku wiozę fragmencik swojego domu, a  w  drogę powrotną zabiorę fragment Syberii: kamienie, zasuszone rośliny, bęben szamana, fotografie – pamiątki z podróży. Za oknem jednostajny rosyjski krajobraz, z rzadka urozmaicony ogromną rzeką, nad którą przejeżdżamy, czy miastem. Przy każdym przystanku ten sam obrazek. Przytorowy targ. Sprzedawcy z  pielmieniami, owocami, piwem, lodami. Odkręcona pompa z  wodą i  zimny dusz dla moich zmęczonych i wymiętych kolegów. Pod koniec podróży jesteśmy zaprzyjaźnieni ze współpasażerami z wago- nu. Starsza kobieta z przedziału Darka, czule nazywana przez niego mamą. Mło- da lekarka wracająca z wycieczki do Paryża: – Och, kak tam krasiwa. Ilość czasu spędzonego w pociągu z Moskwy do jej domu w Krasnojarsku jest taka sama jak długość wycieczki objazdowej po Francji, ale było warto. Młoda dziewczyna – Natalia – wioząca maleńką suczkę sznaucera od kawalera: – Czempion – mówi. Staruszka jadąca do córki oddalonej o 4 tysiące kilometrów oraz począt- kowo nieufna i surowa kobieta, jak się okazuje, funkcjonariuszka jakichś rosyj- skich służb wracająca z delegacji w Moskwie. Wszyscy machają nam przyjaźnie Kolej Transsyberyjska 17 na pożegnanie, niektórzy mają łzy w oczach. Ludzie szybko się do siebie przy- zwyczajają. Jeszcze kilka dni i byśmy ich spolonizowali – żartujemy. Ludzie są jedynym antidotum na ciągnący się tysiącami kilometrów jednostajny krajo- braz, na dni i godziny ginące w stukocie kół. Pociąg, pociąg, pociąg. Za oknami przestrzeń. Można dostać agorafobii. Je- dynym niewielkim urozmaiceniem jest krótka chwila, kiedy przejeżdżamy przez Ural. W tym miejscu to tylko niewielkie zmarszczenie terenu i świadomość, że przekraczamy symboliczną granicę kontynentów. Jesteśmy w Azji. A więc tak wygląda Syberia? Czuję się trochę rozczarowana… Wyobrażałam ją sobie dziecinnie jako groźną, bezkresną, nieprzebytą tajgę, a tymczasem to olbrzymie pustkowie, jałowy step. No tak, ale przecież najpierw musimy przejechać przez Nizinę Zachodniosyberyjską. Przestrzeń z jednej stro- ny niezmierzona, z drugiej – tak przytłaczająca wielkością, że czujesz, jak ci za- piera dech w piersi i nie masz jak oddychać. Za oknem interesujący jest tylko teatr chmur. Bawię się, przekształcając je w wyobraźni w różne fantastyczne postacie. Nieliczne osady mijane wzdłuż linii kolejowej budzą przygnębienie, poczucie ruiny ludzkiego losu, tymczasowości. W Jekaterynburgu (na dworcu nadal widnieje napis Swierdłowsk) zdumie- wa mnie, że nie zmieniły się tu nawet napisy sowieckie. Siergiej z Janem i Wo- łodką odkręcają na peronie hydrant. Zimny dusz w niekompletnym ubraniu. Kolejne 12 godzin i w Barabińsku na peronie kupujemy wędzone sazany. To dzikie jeziorowe karpie łowione przez miejscowych i przygotowywane w roz- maity sposób. Wędzone na zimno, na ciepło, smażone, w occie – w każdej po- staci są przepyszne. Aż dziw bierze, jak wielu ludzi żyje i zarabia dzięki Kolei Transsyberyjskiej. Miejscowe kobiety w płaszczach przeciwdeszczowych (siąpi mżawka) cho- dzą wzdłuż pociągu z koszykami, zachwalając swój towar. Mają pielmienie, sery, naleśniki, chleby, owoce, alkohol. Wielka targowica, która formuje się z okazji mającego nadjechać właśnie pociągu i znika natychmiast po jego odjeździe. Po- kaźny zastrzyk dla domowego budżetu. Po 4 tysiącach kilometrów krajobraz nieco się zmienia, fałduje, pojawiają się niewielkie górki. Pociąg skręca. Wychylając się z okna, można zobaczyć jego długie cielsko wijące się jak wąż. Jesteśmy 4647 kilometrów od Moskwy. Niżnyj Udinsk. Czuję się niewiel- kim pyłkiem w ogromnej masie podróżujących ludzi. Pociąg, ruszający zbyt szyb- ko z powodu spóźnienia i konieczność wskakiwania w biegu przyprawiają mnie o skurcz żołądka. Co bym zrobiła w tym szarym mieście, utkanym na ogromnej po- łaci Rosji, sama, bez paszportu i pieniędzy? Z sympatią patrzę na współtowarzyszy. Jak dobrze, że oni są ze mną. Nawet znajome twarze współpodróżnych i prowadnic budują poczucie bezpieczeństwa. Czy pociąg może być chwilową małą ojczyzną? OBRAZKI Z POCIĄGU D arek liczący i  nadaremnie poszukujący butelki białoruskiego Petrova 0,75 l (to oczywiście wódka). Zniknęła! Coś mu się nie zgadza. Bułak prześlizgujący się rączym krokiem pod wagonami stojących na stacji pociągów z torbą zakupionego gdzieś piwa. Wołodia czarujący prowadnice. Nasz dipłomat, jak go z sympatią nazywa- my. Ten nie ma wątpliwości, kim jest. „Białorus” pełną gębą, rzygający krytyką porządku, w którym żyje. Ale kocha kobiety, chociaż w prywatnym życiu mu nie wyszło. Samotnie wychowuje dwie dorastające córki. DD i Andrzej – jeden bez przerwy przegrywa, drugi wygrywa w karty. Marek ze swoją wiedzą na temat mijanych miejsc i biegu historii (jak on to wszystko pamięta?). Z beznadziejnym uporem usiłuje przekonać Białorusinów o niebezpieczeństwach drzemiących w postsowieckim myśleniu. Jan, podekscytowany, nie wierzący, że jeszcze raz jedzie w tym kierunku. Gdzieś w  tle zniknęły jego dylematy związane z  samookreśleniem. Kim wła- ściwie jest? Na wpół Białorusin, na wpół Polak, żona Rosjanka z całym dzie- dzictwem niechęci do takich wywodów. Dla Jana nic nie jest jasne: nazwisko Kołontaj; język polski, którym nieźle się posługuje; ale dusza pogmatwana, z częścią białoruską, rosyjską i polską. Któregoś dnia odważnie i z determinacją informuje nas o swojej decyzji. – Myślałem o  tym długo i, wiecie, ja nie jestem Polakiem. Nie czuję się Polakiem. Urodziłem się na Białorusi. Więcej we mnie Białorusina, a właściwie Rosjanina, bo co to Białoruś. Tylko nędzny fragment byłego imperium. 18 Syberyjski sen. Opowieść bezdrożna Kolej Transsyberyjska 19 dla nauki sposób. Wiele im ten rejon zawdzięcza. Doceniła to nawet Rosyjska Akademia Nauk, przyznając im tytuły i medale. Sludianka (tu kończy się nasza podróż transsybem) wita nas wędzonymi omulami. To endemiczny, jedyny w swoim rodzaju specyfik, który występuje tyl- ko w tym rejonie świata. Ryba rozpływa się w ustach. Jeden ze smaków Bajkału. Budynek dworca przypomina mi ten w  Augustowie, ale zbudowany jest z białego marmuru. Szanuję jego wybór, chociaż smutno mi, że pobrzmiewa w nim tęsknota za imperium. Teraz jest dumny tylko z szerokiego kraju, przez który jedziemy. I w tej całej kałabani ja – pełna wątpliwości, ciekawości, łapczywie wszyst- ko chłonąca i mrucząca wieczorami Ojcze nasz. Piąty dzień podróży pociągiem. Irkuck. Zanim wybudowano Kolej Transsyberyjską, mniej więcej tę samą trasę przemierzało setki, tysiące zesłańców z  całego carskiego imperium. Na szla- ku rozmieszczone były niewielkie więzienia etapowe, w których – jeśli do nich doszli – spędzali noce. Szli głównie piechotą w grupach około pięćdziesięcio- osobowych, z pilnującymi ich strażnikami. Cała podróż, na przykład z Kijowa do Irkucka, trwała około 17–20 miesięcy w zależności od kondycji zesłańców. A my przemierzamy ją w niecałe 4 doby. I jedziemy z własnej woli. Teraz już nie odstępujemy od okien. Jeszcze tylko 130 kilometrów i wysiadamy. Wszyscy w  napięciu czekamy na widok choćby skrawka „świętego morza Buriatów” – Bajkału. Dopiero teraz pojawiają się naprawdę interesujące widoki. Granatowe szczyty gór rozsiadły się jak kopy, a kolej wije się przez nie, pomyka tunelami, zawija i kręci. Kiedy z  sąsiedniego zbocza, z  tunelu wydrążonego w  górze, nadjeżdża z północy pociąg Kolei Krugobajkalskiej i mijamy się w sąsiadujących ze sobą kolejnych tunelach, mam wrażenie, że przenieśliśmy się na makietę enerdow- skiej kolejki Piko – marzenia wielu pokoleń dzieci. Déjà vu. Już kiedyś się w to bawiłam. Za chwilę dostrzegamy zachodni brzeg Bajkału. Czuję wzruszenie. Zawsze lubiłam przyglądać się mapie – Bajkał stanowił duży niebieski półksiężyc pół- nocno-wschodniej Azji, otoczony pomarszczonymi kreskami gór. Od zawsze budził moją estymę. Poza tym wiąże się z wieloma naj… Największy zasób słod- kiej wody na świecie (22 ), największa kryptodepresja (jego głębokość to ponad 1600 metrów), magiczny kawałek świata. Przyglądam się swoim kolegom. Wszyscy w  skupieniu przyklejają nosy do szyb. Dziwne wzruszenie, ciekawość, radość… To nie sen czy złudzenie… to naprawdę Bajkał. Radość podróży. Przypominają mi się nazwiska polskich badaczy Bajkału: Wiktor Godlewski, Benedykt Dybowski, Jan Czerski, Alek- sander Czekanowski i wielu innych, którzy zesłanie wykorzystali w pożyteczny 20 Syberyjski sen. Opowieść bezdrożna ROZDZIAŁ II DROGA DO TUWY P ociąg odjechał. Przez tyle dni w nim spędzonych jakoś przyzwyczailiśmy się do jego rytmu i teraz cisza i pustka, które zapanowały na stacji, aż kłują. Nasze bagaże stanowią dość pokaźną kupkę bambetli. Mam wrażenie, że nie bardzo wiemy, co ze sobą zrobić. Póki co, idziemy na rekonesans, a Jan usiłuje zdobyć informacje o możliwościach dalszego przemieszczania się, tym razem na południowy zachód. Bajkał z  bliska jest uśpiony, zamglony, surowy. Aż po horyzont otoczony koronką gór. Gdybym nie widziała wcześniej slajdów Piotrka Malczewskiego, pewnie czułabym się rozczarowana. A tak wiem, że to tylko namiastka oblicza tego wiel- kiego jeziora. Niech śpi. Na Bajkale wszystkie wiatry mają swoją miejscową nazwę. Najczęściej nazywane są od imion rzek, z  ujścia których wieją. Są więc wiatry: barguzin, selenga, angara. Z  południa, z  Zatoki Kułtuckiej, wieje kułtuk, a  najsurowszy i najgroźniejszy wiatr wiejący z północy nazywa się siewier. Dziś jednak wszyst- kie wiatry śpią. Przeskakujemy po skałkach, moczymy ręce. Gładzę pieszczotliwie po- wierzchnię wody. Śpijcie, dobre duchy Bajkału, jakkolwiek byście się nazywały. Jezioro – bezmiar sinej, prawie nieruchomej wody. Ciekawe, jak wygląda, kiedy jest wzburzone albo kiedy pokrywa je dwumetrowa warstwa lodu? Czy wtedy też panuje taka cisza? Szkoda, że widzimy je tak krótko i tylko z tego kawałeczka kamienistego wybrzeża. 22 Syberyjski sen. Opowieść bezdrożna Dziwny obrazek. Bułak, mający prawie 2 metry wzrostu chudzielec, wcho- dzi do sinej, nieruchomej wody – zanurza się po pas, sam robi się siny z zimna. Jego tors odbija się w wodzie, dodatkowo przedłużając sylwetkę. Skulone ramio- na sprawiają wrażenie, że jest jeszcze chudszy niż w rzeczywistości i w bezmia- rze nieruchomego jeziora wygląda trochę jak ogromna, surrealistyczna zapałka. – Marzyłem, żeby wykąpać się w Bajkale – mówi. Na nas czeka Chamsara. Po wyjściu z pociągu wydaje nam się już być bli- sko i w zasięgu ręki. Za sobą mamy już przecież ponad 6 tysięcy kilometrów. Za to złudzenie bliskości i dostępności przyjdzie nam drogo zapłacić. Na kamieniach siedzą dwaj rośli mężczyźni. Na owłosionym torsie jednego z nich błyszczą złote łańcuchy. – Skąd jesteście? Przyjechaliście nad Bajkał i co? – pytają. A u nich, w Kra- ju Ałtajskim, ładniej. Przyjechali tu zobaczyć Bajkał, trochę powczasować, za kilka dni wracają do siebie. Opowiadają o szczytach pokrytych śniegiem, rwących rzekach płyną- cych wśród drzew owocowych, pełnej sytości ałtajskiej ziemi. Hmm… Wyłania się z tego jakaś idylla. Wręcz podejrzana. Pojedziemy, sprawdzimy. Ale nie teraz. Zmieniamy wartę przy bagażach. Targi z kierowcą busa nie wróżą nic dobrego. Czekamy. Nieoczekiwanie przypadkowa rozmowa na pobliskim posterunku po- licji przynosi jakiś skutek. Jeden z młodych policjantów oferuje się nas zawieźć o 15.00, jak skończy służbę. Ma japoński używany bus nieznanej proweniencji. W tych okolicach samochody używane ściągają z Japonii, przez Władywostok. Trudno, żeby jechały tu z Europy. Do Japonii znacznie bliżej. Umawiamy się, że zawiezie nas do miejscowości Mondy w Buriacji – to, jak twierdzi, połowa drogi do Orlika. Niech będzie, byle ruszyć dalej. Sludianka tchnie marazmem. Gdzie ci wszyscy ludzie, co tu mieszkają? Nieliczni nie sprawiają dobrego wrażenia, a obserwowana przez chwilę ich praca przy wznoszeniu niewielkiego budynku, może WC, przyprawia Marka o ból głowy. Wszystko byle jak, niechlujnie i krzy- wo. Policjanci na odchodne straszą nas Sojotami – Tuwińcami: – Po co tam jedziecie? Zabiją was tylko i tyle, to źli ludzie. Ściany korytarza posterunku policji obwieszone są listami gończymi osób poszukiwanych za morderstwa, gwałty i  rozboje. Twarze te są mroczne Droga do Tuwy 23 i  nieprzyjazne, ale przecież to nie jedyny obraz ludzi, którzy tutaj mieszkają. Jakoś tak jest, że często zachwycamy się dalekim światem, a najbliższych są- siadów nienawidzimy. Pokręcona ludzka natura. Pakujemy bagaże i szczęśliwi ruszamy dalej. To śmieszne, ale nie wiem, do czego dokładnie dążymy. Uwodzi nas sama droga. Co jest naszym celem? Jeśli punkt, to bardzo enigmatyczny. Darek jednak nie ma wątpliwości: – No jak to? Przecież Chamsara. Rzeka stanowiąca dopływ Jeniseju, a potem sam Jenisej. Taki jest z grubsza plan, tylko najpierw – trzeba dotrzeć do rzeki. OK! Jedziemy gdzieś w kierunku Chamsary. Kiepska pogoda, siąpiący deszcz, mgła zasnuwająca odległe o kilka kilo- metrów szczyty zasłaniające dolinę sprawiają, że świat nie wygląda zbyt pięknie. Gdzieś w dali mijamy Tunkę. Kolejna miejscowość, która – podobnie jak Slu- dianka – przewijała się we wspomnieniach XIX-wiecznych zesłańców. Zesłań- cem w okolicach Irkucka był między innymi Józef Piłsudski. A  swoją drogą, pomnikowa postać Marszałka, odświeżana przy oka- zji rocznic narodowych, całkowicie przyćmiła zapomnianego dziś Bronisława Piłsudskiego – nietuzinkową postać, której życiorys to gotowy scenariusz fil- mu przygodowego. Wybitny badacz ludów Dalekiego Wschodu, etnograf, ku- stosz Muzeum Regionalnego we Władywostoku zafascynowany ludem Ajnów zamieszkujących wówczas Wyspy Japońskie, Sachalin i Wyspy Kurylskie. Ze- słany za działalność rewolucyjną do miejscowości Rykowskoje na Sachalinie, poświęcił lata swojego życia na badanie zwyczajów Ajnów. Fascynacja nimi była tak silna, że w 1902 roku, już dobrowolnie, zamieszkał wśród nich na Sachalinie i poślubił siostrzenicę jednego z ajnoskich wodzów. Miał z nią syna i córkę. Do dziś żyją jego ajnoscy krewni. Jeśli chodzi o Ajnów, to trudno określić pochodzenie czy pokrewieństwo tego tajemniczego ludu z jakąkolwiek grupą etniczną. Według nich samych przybyli na Ziemię z kosmosu. Uważa się, że antropologicznie Ajnowie są przedstawicielami europeidów. Byli pierwotnymi mieszkańcami Wysp Japońskich, Sachalinu i Wysp Kurylskich. Późniejsi przybysze, Japończycy i  Rosjanie, bezwzględnie ich tępili i  prześladowali. Oryginalną kulturę tego ludu, wyznającego kult niedźwiedzia, świat zna właśnie dzięki badaniom Bronisława Piłsudskiego, utrwalonym nawet na pokrytych woskiem walcach fonografu. Etnograf opuścił Sachalin na zawsze w  1905 roku, po wybuchu wojny rosyjsko-japońskiej, i  po wielu perypetiach osiadł w  Zakopanem. Opracowywał materiały dotyczące Ajnów, badał folklor polskich gór, brał udział w tworzeniu Muzeum Tatrzańskiego. Po wybuchu I woj- ny światowej, kiedy Rosjanie zbliżali się do Krakowa, uciekł na Zachód i w końcu osiadł w Paryżu, gdzie w 1918 roku popełnił samobójstwo, rzucając się do Sekwa- ny. Może nie potrafił sobie poradzić z tęsknotą za tymi dzikimi i surowymi kraja- mi? Mocno zniszczone nagrania fonograficzne Piłsudskiego znaleziono w 1930 roku na strychu domu w Zakopanem. Przewieziono je do magazynu Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. W latach 80. XX wieku trafiły do Japonii, gdzie woskowe wałki poddano starannej konserwacji, dzięki czemu udało się od- tworzyć te historyczne nagrania. Zapisy Piłsudskiego posłużyły jako podstawa do rekonstrukcji kultury muzycznej tego ginącego ludu. Fascynujące! Bronisław Pił- sudski jest bardziej znany w Japonii niż w Polsce. A kim są, jak żyją Sojoci, przed którymi ostrzegali nas policjanci ze Sludian- ki? Przez wiele lat źródło etnograficznej wiedzy o tym ludzie stanowiły zapiski innego zesłańca − Feliksa Kona, zawarte w 3. tomie jego wielotomowego dzieła Przez pięćdziesiąt lat. Zawierały one wszystkie spostrzeżenia Kona z ekspedycji do Kraju Sojotów. A może nam uda się ich spotkać? Ile dóbr, wartości i różnych elementów kultury zostało uśmierconych lub ginie powoli? Podobno w ciągu tylko XX wieku z powierzchni ziemi zniknęło bezpowrotnie 300 języków. Pier- wotne kultury, pielęgnujące prastarą wiedzę, zwyczaje i instynkty, a także dzie- wicze połacie staruszki Ziemi stają się towarem deficytowym. Tym cenniejsza jest dla mnie nasza podróż. Zatrzymujemy się na jakimś przydrożnym parkingu. Na krzaku karłowatej wierzby smętnie powiewają różnokolorowe hatyki – wstążki mające przebłagać złe duchy i zapewnić szczęśliwą podróż. Jeśli kondycja tych duchów jest równie kiepska jak jakość brudnych skrawków materiałów, to chyba nie ma czym się przejmować. Nasz kierowca nie zwraca na nie zbytniej uwagi. Przed nami długa i szeroka dolina. Cieszymy się, że jedziemy, śmiejemy się, świat umyka spod kół, na razie nie czujemy żadnej egzotyki. Rzeczywistość da o sobie znać pod koniec tej jazdy. A tymczasem krajobraz robi się ciekawszy. Wjeżdżamy w góry. Szkoda 24 Syberyjski sen. Opowieść bezdrożna Droga do Tuwy 25 tylko, że otacza nas mgła. Wspinamy się wyżej i wyżej, potem następuje ostry zjazd i nagle w dole pojawia się rzeka. To Irkut. Zatrzymujemy się na chwilę – by rozejrzeć się dookoła, wyprostować nogi – i ruszamy dalej, jak się okazuje, do najbliższej i jedynej na tej trasie stacji benzynowej. Stacja budzi nasz zachwyt. Czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Jeden dystrybutor, w dodatku na korbę. Chłopcy zmieniają się przy kręceniu, ale i tak nie chroni ich to przed spływają- cym po plecach potem. Na budce napis: Nie kurit! – jednak papieros nie znika z ust pracownika stacji, który cierpliwie stoi nad dystrybutorem, przyglądając się bez emocji na- szym wysiłkom. Odpala jeden papieros od drugiego, przydeptując pety nogą. Nie chcę myśleć, co by było, gdyby… Na drugim końcu niewielkiego placyku stoi rozwalający się kibel i niedo- kończone ogrodzenie z siatki. Prawdziwe krańce imperium. Zresztą, środek też nie wygląda najlepiej. Tankujemy i w drogę. Jeszcze chwila i na dzisiaj podróż dobiega końca. Szkoda. Chyba droga weszła nam już w krew. Wieczór. Wysiadamy na jakimś ubitym placyku pośrodku wsi Mondy, któ- ra sprawia przygnębiające wrażenie. Dobrze, że rzeka jest obok – w jakiś sposób woda niesie ze sobą nadzieję. Wieś jest dosyć rozległa. Syberyjskie chaty, w większości ogrodzone szczel- nymi palisadami, rozwalają się i są łatane byle czym. Palisady sprawiają wra- żenie, że runą, jak się o nie oprę. Z gór musiała do Irkutu płynąć kiedyś (może rok, może 2 lata temu) duża woda. Widać jeszcze na ziemi jej ślady – naniesione kamienie, wypłukane przez wodę resztki gałęzi. Na placyk przyjeżdża rozkle- kotany bus, który ma całkiem łyse opony. Wytaczający się z niego Buriat jest wyraźnie pod wpływem alkoholu, proponuje przejazd, żąda dużo pieniędzy, straszy, że nic innego nie znajdziemy – on już się o to postara. Mówi coraz gło- śniej, wymachuje rękami. woła nas do chaty za strumieniem pod górą. Jest nadzieja. Targamy bagaże, Wo- łodia rozmawia z gospodarzem. Robi się coraz ciemniej, a on o teściowej, dzie- ciach, ciotkach… – Wołodka, nocy zabraknie na całą buriacką rodzinę. Jesteśmy już bliscy dogadania się w sprawie transportu na jutrzejszy dzień, gdy nagle nadjeżdża swoim wytartym busem pijany Buriat. Wyczuł życzliwość gospodarza. W pośpiechu zabieramy z jego drogi nasze bagaże. Sukinsyn, prze- jechałby i po nas, gdybyśmy mieli słabszy refleks. Podjeżdża i straszy, wykrzy- kuje coś po buriacku, naciska na gaz i w oparach spalin odjeżdża. Gospodarz tłumaczy: – Jak was zawiozę, podpali mi dom. No cóż! Szukamy miejsca na nocleg, może jutrzejszy dzień będzie nieco życzliwszy? Wspinamy się w górę, do ruin spalonej strażnicy. Jesteśmy na gra- nicy mongolskiej. W  Mondach jest przejście graniczne między Federacją Ro- syjską a Mongolią. Niestety, tylko lokalne, dla miejscowej ludności. Pamiętam relację rowerzystów z Francji, którzy przypedałowali tu z Irkucka tylko po to, żeby się dowiedzieć, iż do dostępnego dla nich przejścia mają jeszcze 1,5 tysiąca kilometrów. Chociaż nadrobili co najmniej 600 kilometrów, nie było tu żadnego „zmiłuj” – z Rosjanami w mundurze nie ma co dyskutować. Rozbijamy namioty w ruinach spalonej strażnicy. Nowy punkt straży zbudowano nieco wyżej, ale na razie go nie widzimy. Rozpalamy ognisko. Krajobraz wygląda dość upior- nie, przynajmniej ten widziany w perspektywie kilkunastu metrów. Zniszczone stanowiska karabinów maszynowych, ruiny betonowej budowli, resztki słupa elektrycznego. Natura powoli oswaja ten fragment przestrzeni. Decyzja: trzyma- my wartę. Zbyt dużo się tu działo, lepiej mieć się na baczności. Kładę się do namiotu. Za chwilę słychać warkot silnika samochodu pnącego się pod górę. To Buriat-furiat. Bierzemy go na przeczekanie. Białorusini idą rozejrzeć się po wsi, my zosta- – Nikt ze wsi z wami nie pojedzie, decydujcie się teraz, bo rano cena będzie jemy przy bagażach, pod rozwalającą się palisadą. jeszcze wyższa! – krzyczy po rosyjsku. – Wot, popadli my w kurort – Darek trafia w sedno. Sytuacja nie nastraja optymistycznie. Oj, napiłoby się kawy. Litościwa ręka zza palisady podaje garnuszek z wrząt- kiem. Może nie będzie tak źle? Wołodka, nasz naczelny uwodziciel i dipłomat, Chłopcy grzecznie odmawiają. Porozmawiamy jutro. Tej nocy jeszcze trzy- krotnie będzie do nas przyjeżdżał, coraz bardziej pijany, coraz bardziej agre- sywny. W końcu alkohol wziął górę, Buriat padł – najprawdopodobniej gdzieś w swojej, a może nie swojej chałupie. 26 Syberyjski sen. Opowieść bezdrożna Droga do Tuwy 27 Marek kładzie się obok mnie. Jak to dobrze, że jesteśmy razem. Od 21 lat naszego małżeństwa zawsze był dla mnie ostoją bezpieczeństwa i choćbyśmy byli na krańcu świata – razem nic nam się stać nie może. Zasypiam, ufnie wtulo- na w jego ramię. On nie. Po godzinie przewracania się z boku na bok wychodzi do trzymających wartę i z nimi oczekuje na swoją kolej. Mnie dają fory. Mogę spać. Mam dziś ten cenny przywilej. Jak to dobrze być kobietą! O godzinie 3.00 nad ranem Marek zarządza: – By podnieść morale ekipy, gotujemy grochówkę. W każdym razie jest to jakieś konkretne działanie. Krzątanina wokół ogni- ska. Ruch. Zwykłe, rutynowe, a jednak magiczne czynności wokół kaunicy – czy- li po prostu spłaszczonego garnka wiszącego nad ogniskiem. Wydobywające się z niego zapachy, aromaty i poezje sprawiają, że świt rozjaśnia nie tylko ziemię, ale i wątpiące serca. Wstaje nowy dzień. Powoli rozchmurzają się góry. Świadomość ich bezkresu i otaczającej mnie ziemi nieskażonej asfaltem i budowlami z betonu otwiera serce. Wszystko jed- no. Mogę iść nawet piechotą. A i Burchan – duch tutejszych gór – jakoś w lep- szym humorze. Mgła się podnosi. Jak z nieba spada na nas GAZ 66. Może nie całkiem z nieba, a z buriac- kiego podwórka, ale nie ma co narzekać. Wprawdzie bak trzeba zakleić wyżutą gumą do żucia (żuwaczka u was jest? − kierowca to prawdziwy „pomysłowy Dobromir”), oczyścić pakę z dwuletniej warstwy niebytności pojazdu w ruchu, ale… DZIAŁA! Można jechać. I jak tu nie wierzyć w sprzyjanie losu? Słońce i kilometry uciekające pod kołami. Jedziemy doliną Irkutu, doliną sy- beryjskiej Oki, a potem jej dopływu – Senczy. Trzęsie. Kurz drogi w oczach, uszach, ustach. Smak przygody. Mam ochotę wrzeszczeć i skakać. Radość i wrażenie, że uczestniczę w  jakimś filmie przyrodniczo-geograficznym. Pejzaże zmieniają się wraz z liczbą przejechanych kilometrów. Ale zawsze są jasne, przejrzyste, szerokie. Kątem oka stale zahacza się o rzekę, choć co jakiś czas zmienia się jej nazwa. Pamiętam, jak przeglądałam mapy Sajanów w  internecie. Ileż tam jest wody! Góry, niezmierzone przestrzenie i rozwiane nitki rzek poprzetykane kora- likami jezior. A ludzie? Tylko gdzieniegdzie jakieś zimowisko (zimowle) praco- wicie i szczegółowo namalowane przez rosyjskiego kartografa. W zalesionej części Syberii utrzymuje się obyczaj budowania zimowisk w taj- dze i na myśliwskich szlakach. Zimowisko to chatka z pni, w której nikt na stałe nie mieszka, ale każdy myśliwy czy po prostu podróżny może znaleźć w niej czasowe schronienie. Na mapach są one zatem ważniejsze niż jakiekolwiek miasto. Mają też inny wymiar. Stanowią schronienie dla budowniczego i tego, który przyjdzie po nim. Zimowle to pewnego rodzaju kaplica, agora, która zapewnia poczucie bezpieczeń- stwa. Nie jesteśmy sami w tej galaktyce natury… Ze względu na te maleńkie punkty mapy rosyjskie są znacznie przydatniejsze do podróżowania po tym rejonie świata niż mapy amerykańskie, satelitarne – na nich nie ma zaznaczonych zimowli. Jestem więc pełna podziwu dla rosyjskich kartografów. Wykonali gigantyczną pracę. Wokół siebie mamy prawdziwą, nieskażoną ludzką działalnością przyrodę. Ziemia taka sama jak przed tysiącami lat. I żyją tu ludzie! Od czasu do czasu zatrzymujemy się w jakimś „świętym miejscu”, uznanym za takie przez miejscowych. Łatwo je rozpoznać, bo pełno w nim drągów z po- zawieszanymi wstążkami, porozrzucanymi pieniążkami czy papierosami. Innym razem są to słupy, które – według miejscowych wierzeń – służą do przywiązywa- nia koni Burchana, kiedy schodzi na ziemię. Nasz kierowca Buriat pieczołowicie kropi teren wokół świętego miejsca. Na cztery strony świata, żeby zyskać przychylność bogów natury. – Kiedyś tu nie pokropiłem, robiło się ciemno i spieszyłem się do domu – mówi – i za tym zakrętem urwało mi się koło. Ledwo się uratowałem – wskazuje strome urwisko po prawej stronie. – Teraz zawsze się zatrzymuję, inaczej byśmy nie dojechali żywi – przekonuje. Zatrzymujemy się nad Oką, żeby obmyć oczy i opłukać nogi wodą życia. Maleńkie rybki umykają spod palców, ale po chwili czuję ciekawskie szczypanie w łydki. Niewielkie pyszczki przyjemnie łaskoczą, kiedy stoi się bez ruchu. Zim- na woda wywołuje ożywcze mrowienie. Boże! Jak ja tęskniłam za tą wodą. Za- nurzam twarz i chce mi się płakać. Witam cię, rzeko. Wszystko jedno, jak masz na imię. Czy nazywasz się Prut, Czeremosz, Dunajec, Ochta, Czarna Hańcza czy Oka, jesteś… życiem…! Buriaccy kierowcy (jest ich dwóch) też jakoś przychylniej na nas patrzą i są gotowi do rozmowy. Wcześniejszy szacunek okazany w ich świętych miejscach, cierpliwe kropienie, modlitwy i wieszanie hatyków zrobiły swoje. 28 Syberyjski sen. Opowieść bezdrożna Droga do Tuwy 29 Jeden z nich, bardziej mroczny, zamknięty – niechętnie rozmawia, nie chce się zgodzić na fotografię. Drugi – jak się okazuje, jego wujek – jest bardziej gada- tliwy, często się śmieje, tłumaczy. – On – wskazuje na towarzysza – nie chce się sfotografować, bo wierzy, że zdjęcie zabiera trochę jego duszy. Sam uważa się prawie za Europejczyka. Był w wojsku w Grodnie. Skośno- oki krajan. Lubił jeździć na zabawy do wsi znajdującej się niedaleko granicy z Polską. Znał parę dziewcząt pochodzenia polskiego. Świat jest mały. Życzliwy Buriat wspomina stare dzieje. Przez 15 lat pracował jako kierowca geologów. Zna teren i zna samochód. Nie boi się trudnej jazdy. To dobrze. Drugi Buriat się modli. „Proszę Cię, Duchu, nie nasyłaj na mnie nic złego. Ty, mój kraju, wy, wysokie góry, odwróćcie zło, przynieście dobro. Zmiłujcie się…” Krótkim okrzykiem wymienia najbliższe rzeki i góry, dzieląc się kroplami mleka lub wódki z otaczającą ziemią. Na wszystkie strony świata. Niech się mo- dli. Może trochę tej łaski spłynie i na nas. Jeszcze nie czuję świętości tych miejsc ani ich genius loci. Buriat sprawia jednak wrażenie, że wie, czuje, może nawet widzi… więcej. Ostatecznie chyba wywarliśmy na nim pozytywne wrażenie, ponieważ na pożegnanie stanął z nami do zbiorowego zdjęcia. Trochę z boku, nadal bez uśmiechu, nieprzystępny, ale jest w kadrze. Sam, z własnego wyboru. To miłe. A pożegnanie następuje na skraju Wielkich Błot w dolinie Senczy. W dali widać zapadniętego po osie urala. Jego kierowca miał czelność tu wjechać. Teraz stoi – porzucona pokraka. Słońce chyli się ku zachodowi. Wkładamy plecaki na plecy i brniemy na drugą stronę Wielkich Błot. W  pobliżu musi być jakaś osada, bo towarzyszy nam młody chłopak na koniu. Nazywa się Jura. Jest Buriatem. Sceptycznie pa- trzy na nasze plecaki. Ciekawi mnie rdzenna ludność zamieszkująca Syberię, jej życie, zwyczaje, wierzenia, mity. Chciałabym porozmawiać z Jurą, ale póki co ciężar plecaka zapiera mi dech w piersiach i nie ma szans na rozmowę. Pocie- szam się, że to pewnie dlatego, iż rzeczy są źle spakowane. Cały dzień na pace samochodu. Coś wyciągane, coś wpychane niechlujnie i teraz taki efekt – nie- równomiernie rozłożony pokaźny ciężar. Jednocześnie świadomość odległości, jaka nas dzieli od wytyczonej w naszych planach rzeki, sprawia, że cierpnę z nie- pokoju i pożądliwie patrzę na konia. – Łoszadiej u was mnoga? – pytam. – No jasna. Ja sam mam dwa – odpowiada po rosyjsku. – A ty masz? – Ja nie mam, dlatego dźwigam ten bagaż na plecach. – Ciężko chyba – drąży Jura z zainteresowaniem. – Taki balszoj! – Ciężko – mruczę wściekle. – A ty kim rabotajesz u siebia? – Jura przerzucił się na Marka. – Ja jurist – wydyszał Marek. Jura przez chwilę milczy, słychać tylko plaskanie końskich kopyt w błocie. Coś w głowie Buriata iskrzy i za chwilę pyta: – A łoszadiej u was mnoga? – Niet, u mienia niet łoszadiej – sapie Marek. – To kakoj ty jurist? Ja znaju jurista w Abakanie, u niego mnoga, mnoga łoszadiej. Ty nawierna nie jurist. Śmiać mi się chce, słysząc tę rozmowę, ale zamiast śmiechu wyłazi ze mnie jakiś bulgot. Oddychać też ciężko pod ciężarem plecaka. Aparat fotograficzny uparcie obija mi się o ramię, szelki plecaka wrzynają się głęboko i  jeszcze ten kask, który kolebie się z  jednej strony na drugą. Na szczęście zbliżamy się do lasu, a tam koniec marszu na dziś. Na polanie roz- bijamy obóz. Robi się ciemno, ale chłopcy zdążyli jeszcze złowić w rzece jakieś ryby na kolację. Spotykamy też wracających z połowu Buriatów. Rozbijamy się w miejscu, gdzie zostawili swoje konie. Jan próbuje rozmawiać z nimi o wyna- jęciu koni, ale jakoś topornie to idzie. Paczka wypalonych papierosów, wspólnie wypita wódka i  gorąca herbata z  cukrem niewiele pomagają. Wprawdzie po- takują, mówią, że rano tu będą, wezmą ze sobą juczne konie – ale na tym się kończy. Ich pojęcie czasu jest zupełnie inne niż nasze. Umów też. Nie muszą się spieszyć. Rano jest wtedy, jak wstaną. Pomogą nam chętnie, ale dopiero gdy 30 Syberyjski sen. Opowieść bezdrożna Droga do Tuwy 31 jakaś przyczyna każe im podążać w kierunku Dżojganu – przełęczy, do której zmierzamy. Może to być jutro, może pojutrze. Przyjdzie czas, to pojadą. Nie dziwi mnie, że rano nikogo nie ma. Może jeszcze śpią, a może jeszcze nie przyszła owa właściwa chwila. Nie ma się co obrażać. Ich myśli chodzą po prostu innymi drogami niż nasze. Im patronuje Kairos, nam Chronos. Pakujemy plecaki, dzielimy między siebie żywność i ruszamy w drogę. ROZDZIAŁ III DROGA DO TUWY – MARSZ PRZEZ TAJGĘ K ilka najbliższych dni to dla nas gwałtowna adaptacja do marszu pod cię- żarem plecaków. Szybko się uczę, do czego służą dodatkowe paski w ple- caku – jeśli chcesz się wyprostować, musisz je mieć bardzo mocno zaciśnięte na piersiach i biodrach. Wówczas ciężar opiera się na biodrach, a nie wisi na plecach. Właściwie plecak powinien nazywać się biodrownik. Idziemy systemem 20/10. 20 minut marszu, 10 minut odpoczynku. Ten system pozwala przetrwać. Uważnie stawiam każdy krok. Potknięcie grozi upadkiem i pewnie urazem kręgosłupa. Mięśnie, nieprzywykłe do takiego wy- siłku, niecierpliwie czekają na przerwę. 20 minut – JUŻ! Zdejmujemy sobie na- wzajem plecaki. W przerwie próbujemy żartować. W grupie siła. Nie wyobrażam sobie takiej wyprawy w pojedynkę. Po jakimś czasie do przerw tęsknię nie tylko dlatego, żeby odpocząć, ale też żeby zamienić parę słów z kolegami, prześmiać nasz wysiłek, odreagować napięcie, zmęczenie, niepokój. Niewiarygodne, że w ciągu dziesięciu minut organizm rzeczywiście się re- generuje. Poza tym jest to okazja do rozejrzenia się wokół. A jest co oglądać. Idąc z plecakiem, widzę tylko drogę i skupiona jestem na sygnałach płynących od cia- ła. Muszę mu pomóc, a przynajmniej nie przeszkadzać, nie utrudniać i tak zbyt ciężkiej pracy. Okolice, którymi idziemy, to słoneczne doliny. Trawersem pokonu- jemy jakąś górę, w dole widać wijącą się Senczę, ale powoli od niej odchodzimy. Czuję naprężone ciało, niemalże widzę, jak pracują poszczególne elementy stawu kolanowego. Ostrożnie, krok po kroku. Zaniedbanie przygotowania kondycyjne- go daje o sobie znać. Przechodzimy w bród przez jakieś potoki. Za każdym ra- zem woda ożywia, sprawia, że krew zaczyna raźniej płynąć. Po przeprawie chwila Droga do Tuwy – marsz przez tajgę 33 wytchnienia, można zanurzyć twarz w  wodzie. Piękny, słoneczny dzień panuje nad tajgą. W bezchmurnym niebie wyraziście rysują się potężne wierzchołki limb i modrzewi. Drobne, smukłe jodły strzelają w błękit. Wokół jest pięknie. Elementem, który dodaje nam sił, jest żimałost. Podłużne, cierpkie, grana- towe jagody rosnące na krzakach sięgających do wysokości mojego ramienia, mierzących około 1,5 metra. W smaku przypominają trochę jarzębinę. Ale są soczyste, miękkie, znacznie delikatniejsze. Czasem wystarczy zatrzymać się na chwilę, zerwać garść tych czarodziejskich jagód, włożyć je do ust i już ma się wrażenie, że to najlepszy deser na świecie. Dodaje sił, energii, łagodzi pragnie- nie. Wydaje mi się, że niektóre odcinki pokonuję, kierując się od krzaka do krza- ka. Natura jest taka mądra. A najważniejsze, że nie trzeba się schylać. ZAPACHY T ak wyjątkowo pachnie tylko ciepły, nagrzany słońcem żywiczny las. Modrzewie rosnące dookoła są przesycone żywicą, która spływa poto- kami po ich korze koloru zachodzącego słońca. W dodatku nigdy wcześniej nie widziałam tak wielkich modrzewi. Patrząc na nie, rozumiem, dlaczego czasem dochodzi do samozapłonu tajgi. Przecież te drzewa to żywe pochodnie. Nie wspominając o poszyciu. Las daje przyjemny cień. Promienie słońca przesączają się przez gałęzie. Czasem rozproszone, czasem zebrane w  świetliste wiązki. Magiczny korytarz światła. To, co na zewnątrz, jakoś dziwnie splata się z tym, co wewnątrz. W tym kontekście nawet wysiłek związany z marszem jest do zniesienia. Odległość sprzęga się z ciałem, a przestrzeń nabiera innego wymiaru i sen- su. Tu nie oszukasz przestrzeni wymysłami techniki: koleją, samochodem czy samolotem. Tutaj za plecami zostawiamy czas i zanurzamy się w przestrzeń ca- łym swoim jestestwem. Pod koniec dnia ze zdziwieniem zauważamy, że mamy za sobą całkiem nielichy kawałek i to przebyty tylko na własnych nogach. Z ple- cakiem świat wygląda inaczej – prawdziwiej i uczciwiej. Nie ma żadnego oszu- stwa. Otwieramy się na wszystko, co nam się przydarza. Spotykamy zmiany i dostosowujemy się do nich. Stopy muszą przechytrzyć ziemię. Pojawiają się pierwsze bąble, które szybko przeistaczają się w rany. Prędko przekonujemy się, że plastry tu niewiele pomagają, a znacznie skuteczniejsze w działaniu okazują się srebrna taśma techniczna i maść z jodyną. Po przeprawie przez jeden z potoków, dokonanej wręcz z dziką determi- nacją, Andrzej – dając wyraz swojemu protestowi, zniechęceniu, zmęczeniu – zostawia mokre wojskowe glany na skałce. Zakłada adidasy i  tylko te buty pozostaną z nim do końca wyprawy. Wielokrotnie wiązane, sklejane, nigdy su- che – staną się wkrótce historią. A tymczasem… PATRZYMY W SŁOŃCE J est takie afrykańskie przysłowie: „Spójrz na słońce, a  cień zostanie za tobą”. Pojawia się zniechęcenie. Kiedy marsz przedłuża się z tradycyjnych 20 do prawie 40 minut. Natychmiast rosną rozdrażnienie, bunt, rezygnacja, złość. Mo- rale upada. Struktura naszych organizmów ma swoje prawa i trzeba je szano- wać, nie da się bezkarnie przekroczyć pewnych granic. Siadam na zwalonym wiatrołomie obok Marka i  Darka. Robimy sobie godzinną przerwę na obiad. Po ostatnim wydłużonym czasowo odcinku jedzenie rośnie mi w ustach. Prze- żuwam je właściwie z rozsądku – posiłek jest przecież bardzo ważny. Zdajemy sobie z tego sprawę, chociaż żujemy na siłę. Staramy się nie zwracać uwagi na pojawiające się nie wiadomo skąd owady. Występują też pierwsze skurcze mię- śni. To wynik wypłukiwania wraz z potem mikroelementów. Gastrolit i Isostar przywracają nam jako tako równowagę. Po posiłku czas zaczyna się wlec, a kro- ki stawia się trudniej. Pełny żołądek nie sprzyja marszowi. – Ale urlop. Za ciężko pracuję, żeby lekko odpoczywać. Po jaką cholerę przyszło mi zapisać się do tego pieprzonego towarzystwa…? Te i tym podobne słowa wysączają się przez zmęczone wargi moich kole- gów. Ja nawet nie mam siły ani ochoty nic mówić. Ręce mi się trzęsą i z trudem utrzymuję zeszyt. – Pisz, pisz, bo niedługo nie utrzymasz nawet długopisu – dogadują zmę- czeni złośliwcy. Dobrze, że chociaż wody nie brakuje. 34 Syberyjski sen. Opowieść bezdrożna Droga do Tuwy – marsz przez tajgę 35 Wieczorem dopadają nas meszki. Tysiące drobnych, złośliwych, paskud- nych i prawie niewidocznych owadów, które włażą pod siatki (całe szczęście, że w Grodnie zdążyliśmy kupić kapelusze z siatką!), pozostawiają swędzące ślady na odkrytych częściach ciała. Gdzieś w dole toczy swe wody Sencza, a tuż obok nas przepływa niewielkie źródło Chałun-Uchoł. Zasnąć! Kolejny dzień w świetlistej tajdze rozpoczął się realizacją „filozofii lekko- ści” w praktyce. Wyrzucamy z plecaków wszystko, co może okazać się zbędne na wyprawie. Zostają po nas koszulki, trampki, przewodnik po Kolei Transsy- beryjskiej (ważył z 400 gramów), krem do rąk i trochę różnych drobiazgów. Dziś doceniamy każdy gram dźwiganego ciężaru. Przepraw przez potoki jest coraz więcej. Mokre buty – nikt już ich nie zdej- muje – obcierają nam stopy, rany robią się coraz większe. Stawiamy niedźwie- dzie kroki. Po kolejnej przeprawie odchodzimy od Senczy i  idziemy wzdłuż potoku Dunda-Goł. Dopływ, a może źródło Senczy? Teren się nieco obniża, robi się mokro, przechodzimy przez pachnące łąki jakiejś doliny. Nagle pojawia się trzech jeźdźców na koniach, w długich płaszczach i wy- sokich butach. Konie mają mokre boki, co oznacza, że odbyły niejedną prze- prawę. Na plecach mężczyzn wisi broń długa. Mają zacięte, ogorzałe wiatrem, ciemne twarze. Wyglądają trochę jak Indianie. I trochę groźnie. Kiwają głową na nasze pozdrowienie, pytają, czy mamy telefon. Po co nam, u licha, telefon w tych stronach? I tak przez wiele setek kilometrów nie ma żadnego zasięgu. A tele- fon satelitarny? Czy oni mogą wiedzieć, co to jest? Nie mamy żadnej łączności ze światem. Groźni na pierwszy rzut oka mężczyźni odjeżdżają. Zostawiają po sobie ciekawość i informację, że pół dnia drogi stąd jest myśliwskie zimowle. Tę- skniąc za zimowlem, drepczemy dalej. Jest późny wieczór, powoli robi się ciem- no, droga prowadzi przez jakieś błota, kamienie, a parę metrów dalej roztacza się dziewicza tajga. Upajające zapachy. Po raz pierwszy dostrzegam burunduka. Jest to bliski krewniak wiewiórki, nieco od niej mniejszy, mający na żółtej sierści grzbietu pięć podłużnych, ciemnych pasemek i puszysty ogon. Zwierzątko przy- patruje mi się bacznie, siedząc na jakimś korzeniu. Nie budzę w nim strachu, raczej ciekawość. Znak, że nie widziało ono zbyt wielu ludzi w swoim życiu. Po- zwala mi podejść dość blisko, by nagle zniknąć nie wiadomo gdzie. Jego widok sprawia mi ogromną radość. Wołodka opowiada, że kiedyś, podczas syberyjskiej wyprawy, burunduk obgryzł mu kask z wewnętrznej pianki, gdy nieopatrznie zo- stawił go nocą na zewnątrz namiotu. Wreszcie wychodzimy na zieloną polanę, na której czeka na nas upragnio- ne zimowle. Zimowisk się nie zamyka, zawsze są one gotowe na przyjęcie gościa. Wewnątrz chaty może się pomieścić na drewnianych narach cztery, pięć, czasem nawet więcej osób. Nas jest ośmioro. W chacie takiej znajduje się bądź pale- nisko z kamieni, bądź żelazny piecyk. Obok zawsze leży zapas drew na dzień lub dwa. Kto zanocuje w zimowlu i spali drewno, zobowiązany jest przed odej- ściem odnowić zapas. To święte prawo tajgi. Kolejny gość może przyjść mokry, przemarznięty, przemoczony czy chory i przygotowane drwa mogą być dla niego prawdziwym ratunkiem. Wielu myśliwych zostawia w zimowlach nie tylko drwa, ale także nieduży zapas jedzenia, na przykład kaszę, sól, kawałek słoniny, pudełko zapałek. Są na to przygotowane specjalne półeczki pod sufitem. Widok tej małej chatki to balsam dla mojej duszy – zresztą, dla całej naszej zbiorowej duszy. Robi się ciemno i konamy ze zmęczenia, ale szybko zaparzamy kawę, która ma niezwykły smak. Pada deszcz. Okrywamy plandeką rzeczy i po tłustej kolacji zrobionej z pie- czonej na ogniu słoniny z chlebem i czosnkiem – idziemy spać. Za ścianą deszcz rozpadał się na dobre. Układamy się pokotem na drew- nianych narach, trochę jak śledzie w beczce. Nie wiedziałam, że przewrócenie się z boku na bok może sprawić taki ból. Wciśnięta w ścianę, długo nie mogę za- snąć. Wsłuchuję się w zmęczone chrapanie kolegów, dźwięk deszczu za ścianą. Oddechy nasączone zapachem czosnku, a także wspomnienie tłustych skwarek – owszem, bardzo smacznych i chrupiących, ale jakże obciążających mój nie- przyzwyczajony do takich ekscesów żołądek – sprawiają, że zaczyna mnie mdlić. Jest potwornie duszno. Wciskam się w ścianę, ale przez uszczelnione mchem bale nie przenika nawet smuga świeżego powietrza. Wyjść! W  tych ciemno- ściach nie ma szans na znalezienie butów, powała też jakoś nisko, a pamiętam, że w niektórych miejscach sterczą – powbijane jako wieszaki – długie gwoździe. Jak się na taki nadzieję, będzie kłopot. Ale coś każe mi wstać, jakiś wewnętrz- ny imperatyw i pragnienie nabrania szerokiego haustu świeżego powietrza, od- czucia przestrzeni. Oddychać! Wodząc dłonią po suficie, powoli przesuwam się 36 Syberyjski sen. Opowieść bezdrożna Droga do Tuwy – marsz przez tajgę 37 w kierunku niewielkich drzwi. Po drodze natykam się na czyjeś buty, które po omacku wsuwam na nogi. Ręką cały czas dotykam sufitu, starając się nie robić hałasu. W życiu nie otaczała mnie taka ciemność. Wypełnia ona całą przestrzeń dookoła, jest jak wylany czarny tusz. Po omacku dochodzę do drzwi. Niespodzianka! Ktoś za- pobiegliwy omotał wystający skobel sznurkiem. Szarpię się, usiłując rozplątać jakieś węzły, nie jest to jednak łatwe. Wreszcie węzeł ustępuje i drzwi z lekkim skrzypnięciem otwierają się na zewnątrz. Spragnionymi płucami łapię świeże, rześkie, wilgotne powietrze. Deszcz się uspokoił, teraz tylko nieznacznie siąpi, ale wilgocią przesączone jest wszystko wokół. Na zewnątrz jest równie pio- ruńsko ciemno jak wewnątrz. Wprawdzie ciemność jakby się nieco rozprężyła, rozgościła dookoła, nie jest tak dramatycznie ściśnięta jak w chacie, ale jednak nadal nic nie widzę. No, może poza nielicznymi jasnymi punkcikami gwiazd, które pojawiają się wysoko oraz dogasającymi resztkami ogniska tu, na dole, nieco z boku za chatą. Robię kilka kroków przed siebie i ogarnia mnie raptow- ne poczucie… zagrożenia? Czegoś dziwnego, nieznanego? Spotkania z czymś, co jeszcze nigdy… a jednocześnie było zawsze? Poczucie przepływania jakiejś podziemnej rzeki, obrazów z dna snów. Sny z wnętrza ziemi. Niejasne wspo- mnienie czegoś, co już się zna, już się gdzieś widziało – tylko gdzie, kiedy? Zawieszenie między światami, a może odkrycie tego prawdziwego, najbardziej realnego, pierwotnego świata? To nie strach. To jakby znalezienie się w stru- mieniu życia, który jest wspólnym doświadczaniem tego wszystkiego, co jest wokół mnie… wszędzie, zawsze? To przedziwne uczucie. Jakby percepcja była zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz mnie. Z jednej strony bycie kompletnie obcym, a z drugiej przynależność do tego dziwnego świata archetypów. Mam wrażenie, że z tajgi rozciągającej się tuż obok patrzą na mnie setki oczu – nie z agresją, groźbą, nawet nie z ciekawością, jak spotkane wcześniej oczka bu- runduka, ale z czujną uwagą. Jakby wszystko po prostu stwierdzało: jesteś… Dreszcz przebiega mi po plecach i  jednocześnie mój racjonalny, krytyczny umysł mówi: nie rozumiem tego, co się dzieje, ale to jest… naturalne! To leży u podstawy wszelkiej natury. Stoję tak jeszcze chwilę, po czym cofam się do przestrzeni wypełnionej znanymi, bezpiecznymi, chociaż śmierdzącymi odde- chami. Znów mocuję się ze sznurkiem, skoblem i wracam na swoje miejsce. Znajome przedmioty, dobrze znane dźwięki i zapachy scalają mój świat, bu- dują poczucie bezpieczeństwa. Zasypiam spokojnie w  tej małej, przyjaznej chacie, ale poprzednie doświadczenie zostawia w mojej wewnętrznej rzeczy- wistości jakiś dziwny ślad. Co to właściwie było? Cokolwiek to było, było waż- ne i fascynujące! Jestem o tym przekonana. Następnego dnia już na spokojnie oglądam otoczenie chaty. Rosnące wokół niej olbrzymie barszcze, ostróżki, pięciorniki, tojady, krzaki żimałosti i inne ko- lorowe rośliny rozkładają się wokół jak dziki ogród. Robię kilka zdjęć i ruszamy dalej. Siąpi deszcz. Stężałe mięśnie z trudem pracują pod ciężarem plecaka. Boli mnie chyba wszystko. I na dodatek ta mżawka. Droga pnie się w  górę. Mam wrażenie, że nogi stawiam siłą woli. Krok za krokiem – 20 minut marszu, 10 minut odpoczynku. W  dole huczy Dun- da-Goł. Leśna dróżka prowadzi nas w stronę przełęczy. Z niepokojem spoglą- dam na szczyty wysuwające się od czasu do czasu zza drzew. To tam mamy się wdrapać? Jezu…, a to białe tam wysoko, to śnieg? Już nawet ślady niedźwiedzia, które przez chwilę ukazują się przed nami, nie robią na mnie większego wrażenia. Są wielkości mojej dłoni. To chyba nie za duży niedźwiedź, ale i tak nie chciałabym go spotkać. Pot spływa z czoła. Z niepokojem patrzę na Marka, który rano zapa- kował do swojego plecaka pozostawioną przez kogoś paczkę kawy. To śmieszne, ale te dodatkowe 400 gramów sprawia, że ledwie powłóczy nogami – jakby ta niewielka rzecz przeważyła szalę wytrzymałości. Wszystko ma swoje granice. Na którymś kolejnym postoju nieszczęsną torebkę kawy odbiera mu Andrzej. Od razu widać poprawę kondycji Marka. Wleczemy się smętnie. Tylko Białorusini prą do przodu niczym czołgi. Czy oni są ulepieni z  innej gliny? Kiedy przed obiadem ktoś, próbując dodać mi otuchy, mówi: „Popierdalaj, popierdalaj, nie siadaj… dalej, dalej, już niedługo obiad…”, czuję, jak wzbiera we mnie złość i mam ochotę ryczeć. Rzucam plecak i siadam obok Marka, Andrzeja i Darka na zwalonej sośnie: – Mam w dupie to wszystko! Nikt nie będzie mnie poganiał. Rozumiesz? Wypalam papierosa. Jak ja po tym dymie wstanę? Mam prawo do odpo- czynku po 20 minutach marszu, chociażby ten pieprzony obiad był za następ- nym zakrętem. Reguły dają mi poczucie bezpieczeństwa. 38 Syberyjski sen. Opowieść bezdrożna Droga do Tuwy – marsz przez tajgę 39 Całe szczęście, że dziś nie wypada mój dyżur przy garach. Umarłabym, jak- by mi jeszcze w tej chwili kazali zająć się obiadem. Dowlekam się do miejsca, gdzie Białorusini rozpalili ognisko i gotują w kaunicy jakąś zupę. Rzucam się na trawę i nic mnie więcej nie obchodzi. Zdaję sobie sprawę, że dopadł mnie kryzys. Zamykam oczy − próbuję zapaść się w siebie, nie słyszeć nic i nikogo. Cholera! Tu nie można popaść w depresję – to miejsce i ta przyroda na to nie pozwolą. Leżę. Zaczyna przeze mnie przenikać jakaś pierwotna siła ziemi, czuję ją gdzieś w brzuchu. Przytulam policzek do ziemi i pozwalam płynąć tej energii, która mnie odnawia… Powoli odżywam. Po obiedzie, spożywanym w milczeniu i bez chęci, ruszamy dalej. Zaczyna się ostra wspinaczka. W górach jest jakaś magia – to coś więcej niż tylko krajo- braz. Jest cholernie ciężko, co kilka kroków trzeba się zatrzymać, żeby złapać oddech, w uszach i głowie szumi cały świat, pot się leje, ale jest pięknie. Nagle tajga się cofa i wchodzimy w strefę karłowatej roślinności, gdzie dominuje okrą- głolistna brzoza karłowata, i co dziwne, chyba jakieś gatunki wierzby obok ko- sówki. Całe szczęście, że nadal towarzyszy nam pokrzepiająca i jakże potrzebna żimałost. Gdy weszliśmy w tę górną strefę roślinności z przemierzanej od kilku dni doliny, za nami roztoczyły się fantastyczne widoki na góry. Ujrzeliśmy ich ostre, pokryte gdzieniegdzie wiecznym śniegiem wierzchołki. – Popatrz – mówi Jan. – Czy nie wyglądają jak Tatry? – Nie, Jan. Raczej jak Karakorum – stwierdziłam, wprost przygnieciona ich wielkością. Sama nigdy Karakorum nie widziałam, ale myślę, że wyglądają po- dobnie. Widoki te przywracają wiarę w sens tego marszu. Jest po prostu pięknie. Cała symfonia harmonii kamienia. Warto dla niej żyć i nosić ten cholerny plecak. Tymczasem chmury zaczynają płynąć dziwnie nisko, właściwie przez nas, ochładzając nas i przenikając wilgocią. Kiedy wreszcie będzie ta przełęcz? Wo- kół nas góry o wysokości około 3 tysięcy metrów. Idziemy wąską dróżką przez kamienne osypiska i płaty łąk o charakterze alpejskim. Na jednej z nich, nieco w dole, stoi stadko siedmiu koni. Jeden z nich tarza się grzbietem po trawie. Konie? Tu, wysoko w górach? Dzikie stado? Nieważne. Wyglądają pięknie i nie- specjalnie się nami interesują. Mijamy je w odległości około 50 metrów. Mój kryzys poszedł w zapomnienie. Muszę tylko uważać na kolana i ostroż- nie stawiać nogi, żeby się przypadkiem nie potknąć. Z tym ciężarem i dzisiejszą słabością mięśni – złamanie w przypadku potknięcia murowane. Idę swoim tem- pem. Za mną jeszcze Andrzej i DD. Martwię się o Marka, który wyraźnie prze- chodzi kryzys. Ale u niego przejawia się on w zwiększonej mobilizacji, zaciętości, skuleniu w sobie i parciu do przodu wbrew swojemu organizmowi. Z nas wszyst- kich jest chyba najbardziej obciążony. I najbardziej zacięty. Efekt tej zaciętości na przekór swoim możliwościom prędko daje o sobie znać w postaci krwiomoczu. Nerki nie wytrzymują tego drakońskiego wysiłku. Ja i Andrzej patrzymy na nie- go z niepokojem, wiemy, czym to grozi. Myślimy o tym, żeby szybciej dotrzeć do doliny Dżojganu. Tam odpoczniemy, wymoczymy się w leczniczych źródłach – wszystko przejdzie. A tymczasem jesteśmy na wąskiej i długiej przełęczy. Znów konie. Stoją w  siąpiącym deszczu z  opuszczonymi głowami, zbite w gromadkę. Niewysokie, ale silne, sprężyste – dojdą tam, gdzie – wydawałoby się – jest to niemożliwe. Wystarczy tylko pozwolić im iść. Mają bardzo wąskie pęciny, żylaste nogi i czasem zapadnięte boki, ale są podobno niezrównanymi przewodnikami w tym trudnym terenie. Niektóre mają otarte grzbiety. Spotka- nie następnych jeźdźców wszystko wyjaśnia – to Sojoci. Szukają czarnego ogie- ra, który uciekł z doliny Dżojganu, gdzie obozują. Większość koni puścili luzem w góry, na łąki, w dolinie zostało ich zaledwie kilka. Wieczorem zganiają je z powrotem, żeby nie zostały zjedzone przez dzikie zwierzęta; w
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Syberyjski Sen. Opowieść bezdrożna
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: