Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00027 004560 13085742 na godz. na dobę w sumie
Syreny z Cat Island - ebook/pdf
Syreny z Cat Island - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 66
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-929666-8-5 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> science-fiction
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Edward Guziakiewicz przenosi mityczne syreny z wysp Morza Egejskiego na drugą półkulę, na Karaiby, wplatając w swą opowieść o wabiących śpiewem pięknych kobietach z rybim ogonem wątek fantastyczno-naukowy. Pisarz rozpoczął pracę nad tym utworem SF późną jesienią 2009 roku, a ukończył go w lutym 2010 roku.

Akcja toczy się współcześnie na Cat Island na Bahamach, a następnie w Miami na Florydzie. Zafascynowany od dziecka mitem o syrenach Patrick odkrywa, że te tajemnicze istoty naprawdę istnieją. Co więcej, zakochuje się w jednej z nich. Niczym mityczny Orfeusz dociera za swoją ukochaną do zaklętego kręgu, którym władają kosmici. Dochodzi do zdumiewającego wniosku, że zagadkowi obcy od wieków monitorują życie na Ziemi.

Czy uda mu się sprowadzić do Miami piękną syrenę o imieniu Athenais?

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Część 4 N ie opuszczało go wrażenie, że utknął na gigantycznym pla- nie horrendalnie drogiej produkcji filmowej. Panował dzień, choć nie było widać błękitu nieba ani słońca. Stał we wnę- trzu sześcianu, niby to akwarium, którego bok liczył około kilo- metra. Na wszystkich ścianach, również tej nad nim, rysowały się nieregularne połacie lądu, pełnego półwyspów i zatok. Jego otoczenie było jednak zbyt prawdziwe, by mógł uznać, że ma przed sobą plastikowo-papierowe rekwizyty. Ktoś przeniósł tu wycinek morskiego krajobrazu z jego planety, bezbłędnie rozpi- sując ten budulec na sześć połączonych ze sobą segmentów, wy- posażonych we własne systemy grawitacyjne. Udał się za młodymi trollami. Dziewczynki pobiegły w stronę parterowego pawilonu o kremowych ścianach, krytego płaskim szarym dachem. Nie miał zresztą wyboru, bowiem brze- giem plaży galopowały dwa centaury i przestraszył się, że trafił na strażników, polujących na kosmicznego rozbitka. Dotarł do krawędzi segmentu. Uniósł ręce, chcąc się uchwycić rysującego się ponad jego głową występu i nagle po- czuł, że akwarium się obraca. Upadł na znajdującą się przed nim trawę. Płaszczyznę, którą opuścił, miał teraz za sobą, sterczącą pionowo w górę. „Możesz sobie chodzić po ścianach, a nawet po suficie, a i tak stąd nie wyjdziesz!” — przypomniały mu się gorzkie słowa zdeprawowanego kumpla ze szkolnej ławy, skaza- nego za gwałt na trzynastolatce i przeszyła go myśl, że znalazł 42 się w stworzonym przez kosmitów wyrafinowanym więzieniu. Dopiero w tym momencie pojął, że się boi. Nogi się pod nim ugięły. Zabrnął jednak za daleko i nie mógł się tchórzliwie wycofać. Nie udało mu się zajrzeć do kremowego pawilonu i bez- piecznie skryć pod jego dachem. Był już na stopniach lekkich szerokich schodów i usłyszał roześmiane dziewczęce głosy, gdy niespodziewanie wyczuł, że stał się obiektem czyjegoś niezdro- wego zainteresowania. W przestrzeń sześcianu wdarło się coś obcego. Gwałtownie pociemniało. Z przerażeniem się obejrzał. Kotłująca się, gęstniejąca chmura burzowa zbliżała się i rosła przed nim jak zaczarowana, nie wróżąc niczego dobrego. — Czego tu szukasz, smarkaczu z Gei? — zagrzmiało z ob- łoku. Sterczał tam jak głupi, zasłaniając rękami przyrodzenie. Po- czuł na swym ramieniu delikatną kobiecą dłoń, która pchnęła go do przodu. Odniósł wrażenie, że ktoś niewidzialnie stojący za nim pragnie dodać mu otuchy. Chcąc nie chcąc, zszedł po schodach. Z chmury wyłoniła się zagniewana twarz. Przybyły szukał dla siebie właściwych kształ- tów i przed pobielałym z przerażenia Patrickiem przewinęły się pyski potworów, jakich nie powstydziliby się najlepsi producenci horrorów. Wreszcie kosmita przyjął postać ziemskiego starca z białą brodą, żywcem jak w końcowych kadrach filmu „Moja macocha jest kosmitką”. Postanowił wziąć się w garść. — Chcę Athenais! — płaczliwie krzyknął do matuzalema. Obcy zmierzył go niechętnym spojrzeniem, zdającym się sypać skry. — Nie przeciągaj struny, zarozumiały gówniarzu! — prych- nął w odpowiedzi. — I czego jeszcze? Spoglądał na niego spod krzaczastych brwi jak surowy sę- 43 dzia podczas rozprawy. Na życzliwą ławę przysięgłych nie było tu miejsca. — Niczego. Pragnę, by Athenais była moją żoną! — powtó- rzył z uporem, a jego drżący głos wydawał się powoli nabierać siły. Starzec zaklął w sposób nie licujący z jego godnością i wie- kiem. A potem ponuro zarządził: — Zmiataj stąd. I to szybko! Kręcąca się trąba wodna porwała Patricka, unosząc go ze sobą. Znowu zawisł w czarnej czeluści, pozbawiającej go wra- żeń. Potem na nowo otaczała go woda. Ta sama siła wypchnęła go na powierzchnię. Złapał oddech, rozglądając się rozpaczliwie. Świeciło żółte słońce, a jego ponton łagodnie kołysał się w pobliżu, przycze- piony do pomarańczowej boi. Odesłano go do Płycizny Syren. — Jakie chamy!.. — jęknął z żalem. Czuł się tak, jakby trafił nie na tę dyskotekę, co trzeba i do- stał kopa w tyłek od rosłego bramkarza. Roztrzęsiony wdrapał się na ponton. Zlustrował chmurnie otoczenie. Aluminiowym wiosłem wy- łowił swoje majtki, osiadłe na pobliskim koralowcu, a potem za- czął zbierać sprzęt do nurkowania. Po kamizelkę z siedmioli- trową butlą tlenową musiał skoczyć do wody, bo opadła na samo dno. Jednak dopiero gdy zaczął wkładać slipy, wcześniej je wy- żymając, odkrył, w co naprawdę wdepnął. To było niewyobra- żalne draństwo! Struchlały usiadł na drewnianej ławeczce, oglą- dając swoje stopy. Miał paznokcie takie same jak Athenais i Margaret. Znaczył się na nich lekko błyszczący zrogowaciały wzór, przypominający rybie łuski. Czyżby w jego żyłach — o zgrozo — płynęła teraz krew syren? Przypomniał sobie cyniczny włoski film „Pieski świat” z powojennego nurtu „mondo” i faceta, któremu w eksperymen- 44 talnej klinice medycznej zabrano ciało i przyszyto do głowy tu- łów wieprzka. Czuł się podobnie jak ów pacjent, do cna odarty z człowieczeństwa. Czy jednak powinien był w przypływie roz- paczy jego śladem wyskoczyć przez okno? Samobójstwa nie brał pod uwagę, bo za bardzo kochał życie. Uruchomił silnik i ruszył w stronę brzegu. Komórka nie miała zasięgu, ale mógł sprawdzić datę i godzinę. Dzień był ten sam. Tym niemniej słońce sięgnęło zenitu. Nie było go na Ziemi dłużej niż przypuszczał, a w pensjonacie zbliżała się pora lun- chu. Wrócił myślami do niezwykłego sześcianu, zastanawiając się nad jego niezwykłą architekturą. Nie brakowało mu wyob- raźni. Mimowolnie założył, że podobnych osiedli było więcej i uderzyło go pewne skojarzenie. Miasta w średniowiecznej Eu- ropie miały z racji murów obronnych bardzo ciasną zabudowę. Brakowało powierzchni, co przekładało się na sposób stawiania kamienic. Czy za pomysłem wykorzystania wszystkich ścian akwarium nie kryła się podobna przyczyna? Być może, obcy chcieli maksymalnie upakować zielone osiedla, bo nie dyspono- wali odpowiednią ilością miejsca. Nasuwał się więc ostrożny wniosek, że syreny umieszczono na ogromnym statku kosmicz- nym. Alternatywą była dryfująca w próżni stacja badawcza. — Ogrody zoologiczne! — mruknął z ironią. Zwiedził nie- ledwie jeden z nich. I co z tego? Nie dostał się do serca systemu. Dopłynął do przystani i wyłączył silnik. Tak czy siak, prze- grał z kretesem i nie miał co do tego ani cienia wątpliwości. Po- rwał się z motyką na słońce. Powinien był posłuchać starego fi- zyka i nie przekraczać wyznaczonych mu granic. M iał przerwę na lunch, ale nie był głodny i czuł dziwny wstręt do jedzenia, więc zamiast w ulubionym lokalu wy- 45 lądował w ocienionej parasolami kawiarence, mieszczącej się na skwerze po przeciwnej stronie ulicy. Była środa. Przed trzema dniami wrócił z Cat Island i powoli odzyskiwał równowagę psy- chiczną. Na jego rachunek bankowy znowu wpłynęło ponad dwa tysiące dolarów, więc z goryczą wywnioskował, że z punktu wi- dzenia obcych nic złego się nie stało. Ordynarnie mówiąc, ka- zano mu trzymać się roli dobrze opłacanego żigolaka i nie pod- skakiwać. W pracy pamiętano o jego urodzinach, co go pod- niosło na duchu. Usłyszał „Happy birthday to you” i jednym tchem zdmuchnął dwadzieścia pięć świeczek. — Grunt, to mieć kumpli z klasą! — niemrawo mruknął do stojącej przed nim szklanki z sokiem grejpfrutowym. Mimocho- dem odnotował, że ostatnio woli rozmawiać z martwymi przed- miotami niż z ludźmi, ostatecznie ze zwierzętami, co zdawało się dowodzić, iż jeszcze nie wrócił do normy. Zdeformowane pa- znokcie już go tak nie przerażały. Rybi ogon go ominął, spraw- dził to już na Bahamach. Kilka razy skakał do wody i nurkował, jednak jego kończyny nie przejawiały skłonności do transforma- cji. Kątem oka odnotował, że przysiadła się do jego stolika ma- donna w szarym dwuczęściowym kostiumie, nie pytając, czy wolne. Zesztywniał, przeczuwając coś niezwykłego i przez kilka sekund nie mógł oderwać oczu od opróżnionej do połowy szklanki. Bał się podnieść wzrok. Wsłuchał się w szum ulicy i klaksony samochodów. Niedaleko była Flagler Street. Wreszcie zlustrował ją z uwagą i oniemiał z wrażenia. Nie wierzył temu, co ujrzał, a oszalałe serce omal nie wyrwało mu się z piersi. — Athenais, niemożliwe, to ty?! — zapiał ze szczęścia. Manna leciała z nieba, a najskrytsze marzenia się spełniały. Tak, to była ona. Nikt inny. Zgrabna, czarująca i zachwyca- jąca. W gładko uczesane włosy miała wpiętą różową orchideę. Przyglądała mu się niepewnie i jakby z obawą, że nie ucieszy go 46 jej widok. Uspokoił ją ten wybuch radości. Zerwał się i dotknął jej ramienia, chcąc się upewnić, że zmysły go nie mylą. Ujął jej dłoń, składając na zdobionych pier- ścionkiem z turkusem wąskich palcach namiętny pocałunek. Wy- dawało się, że już jej nie puści. — Rany?! Skąd się wzięłaś? — impulsywnie zapytał. Mi- mowolnie obejrzał się na jezdnię. Z wysepki odjeżdżała popie- lata limuzyna z przyciemnionymi szybami. Nie dostrzegł numeru rejestracyjnego lincolna. Uznał, że to nieważne. Wrócił do niej wzrokiem, czując, że urodził się pod szczęśliwą gwiazdą. Dziewczyna musiała się uporać z tym, co jej zlecono. Zdjęła powoli z ramienia skórzaną torbę na pasku i wyciągnęła z niej żółtą kopertę, z niewolniczą uległością przesuwając ją w jego stronę. Usiadł na swoim miejscu, zajrzał ciekawie do środka, a potem ją przechylił, wysypując na stolik zawartość. Były tam dwie karty kredytowe, prawo jazdy i szereg innych dokumentów. Wszystkie wystawione na jego uroczą syrenę. — Nie, to niemożliwe! Cudowne! Machinalnie przeglądał jej papiery. Wynikało z nich, że jego madonna ma na imię Amanda, a nosi nazwisko Robinson. Były tam akt urodzenia i świadectwo ukończenia szkoły. Do tego ubezpieczenie. Pomyślał, że z takimi dokumentami dziewczyna może szaleć po całym świecie, a przede wszystkim zostać jego żoną. Podniósł się z kawiarnianego krzesła, musiała też wstać, ob- jął ją i czule ucałował. — Kocham cię, Athe… Amando! — dmuchnął jej tkliwie do ucha. — Twoi patroni nie są wcale tacy źli. Zostaniesz ze mną? Na zawsze? — Forever! — cicho powtórzyła. Zaczynała radzić sobie z angielskim. Pomyślał, że zaprzyjaźni się z tym aroganckim typkiem, 47 który go tak podle potraktował. Wybaczył mu w jednej chwili. Z zapartym tchem obejrzał ją jeszcze raz od stóp do głów. Na no- gach miała czółenka open toe na niskim obcasie i zwrócił uwagę na jej paznokcie. Pociągnięte fioletowym lakierem wyglądały tak, jakby zafundowała sobie stylowe tipsy. Taki sam lakier zdo- bił paznokcie jej rąk. Objął ją w talii. — Pójdziemy teraz do mnie, do pracy — wyjaśniał jej czu- le, starając się wypowiadać słowa powoli i wyraźnie. Kelner podszedł i zapłacił za sok. Z uwagą przyglądała się dokonywanej transakcji i wydawanej reszcie. — Muszę posiedzieć z pół go- dziny przy kompie, żeby uporać się z projektem. Potem mogę się urwać. Złapiemy taksówkę i pojedziemy do mnie. To niedaleko. Mam nadzieję, że ci się spodoba moja dziupla. Jest w sam raz dla dwóch osób… Przytakiwała, godząc się na wszystko, choć nie rozumiała, o czym mówi. Kochała go jak szalona — i tylko to się liczyło. Widział to zresztą w jej cudnych błękitnych oczach. Porywczo pociągnął ją za sobą i w euforii przefrunął z nią przez ulicę, nie zważając na przejeżdżające wozy. W agencji zachowywała się nienagannie, mimo to siedział jak na szpilkach. Nikt jej nie nagabywał, ani o nic nie pytał. Peł- na kultura! Miał straszną ochotę, by wykrzyczeć swą radość. „Czy wiecie, kim ona jest?! To miłość mego życia!” Nie mógł jednak ulegać emocjom. Nie odzywała się, nie zdradzając swego greckiego. Siedziała jak trusia na obrotowym fotelu i starała się nie przyciągać niczyjej uwagi. Spieszył się, jak mógł, a przy tym niecierpliwił się i gorączkował. Nie umiał doczekać się chwili, w której cudna madonna znajdzie się pod jego dachem. Kiedy wyszli, wywołała awanturę. Umiała się popisywać jak piękna i pełna temperamentu Leeloo z filmu „Piąty element”, co uświadomił sobie już przed miesiącem w chacie Syrenusa. 48 Złapał taksówkę. Poczuła się nagle wyprowadzona z równowagi i podobnie jak na Cat Island zarzuciła go mnóstwem greckich słów, ze świętym oburzeniem przeciw czemuś protestując. Jej orchidea wysunęła się z włosów. Nie chciała wsiąść, jakby nie podobał się jej żółty kolor lub nie odpowiadała jej marka. Patrick w mig się połapał, o co jej poszło. Poniosło ją, bo pomyślała, że chce ją odesłać tam, skąd przybyła. Niepobłażliwy Kubańczyk za kierownicą odwrócił się i rozeźlony zaczął jej po hiszpańsku wtórować. Wyczuł wykołowaną cudzoziemkę. Pyskował nie go- rzej niż ona. Szykowało się istne piekło i wydawało się, że bez interwencji policji się nie obejdzie. Ktoś postronny mógłby prze- cież odnieść wrażenie, że jest świadkiem kidnapingu. — Srał pies, to nie ten lincoln, który cię tu podrzucił! — warknął wreszcie do niej przez zęby, nie panując nad sobą. Zamilkła i wpatrzyła się w niego szeroko otwartymi oczy- ma. Wsiadł i posługując się wylewnie rękami, starał się jej spo- kojnie wytłumaczyć, dokąd się wybiera. Usiłował jej to objaśnić na migi. Dała się namówić, bo chyba się przestraszyła, że zosta- nie sama na ulicy. Kiedy taksówka ruszyła, skręcając w Flagler Street i kierując się ku zachodowi, zatem w inną stronę niż się spodziewała, pojęła, że niepotrzebnie się piekliła. Mimo to kur- czowo trzymała się jego ręki. Oddalali się od oceanu. Zwykle Patrick pokonywał tę trasę autobusem miejskim. Przytulona do niego, przyglądała się nieufnie mijanym wieżowcom, nie do- strzegła jednak, żeby po ich ścianach chodzili ludzie. Było tu inaczej niż w jej rodzinnym akwarium. Mieszkanie Patricka składało się z przedpokoju, maleńkiej kuchni z oknem, łazienki, salonu, w którym trzymał komputer i sypialni. Weszła za nim i zaczęła się rozglądać. — Home! — oznajmił z błyskiem w oku niczym pan młody po ślubie. — Spίti. To jest teraz twój dom. Nasz dom. — This is our home — powoli powtórzyła. 49
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Syreny z Cat Island
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: