Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00094 004475 14465635 na godz. na dobę w sumie
Szczęście jest kotką - ebook/pdf
Szczęście jest kotką - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 225
Wydawca: Wydawnictwo BIS Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7551-376-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> nowele
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Książka dla wszystkich, którzy kochają koty, choć nie tylko. O kotach, a szczególnie jednej uroczej kotce, o sztuce, o mężczyznach, a szczególnie jednym mężczyźnie, o życiu – napisana dowcipnie i z filozoficznym dystansem. Autorka znajduje pod drzwiami pudełko z małą kotką. Tak się składa, że jest to wnuczka ukochanego kota, którego niedawno straciła. Rudo pręgowane, zielonookie stworzenie, patrzące na kobietę z wyczekiwaniem, natychmiast bierze w posiadanie jej serce, cały dom i resztę świata. Otrzymuje imię Gałganka, jak szmaciana lalka z dzieciństwa. I co najważniejsze: umie rozmawiać ze swoją panią. O świecie, o Bogu, o mężczyznach i kocurach. O tym, jak widzi świat kot, a jak człowiek, a może raczej: jak go widzi kotka, a jak kobieta. Gałganka jest szczęśliwa, dopóki w pobliżu nie ma Konrada. A właśnie ten mężczyzna, który nigdy nie miał do czynienia z kotami, pojawia się coraz częściej. Potrzeba wielu metod wychowawczych i „zasadniczych rozmów”, żeby go do nich przekonać. I przekonać Gałgankę, by tolerowała tego mężczyznę w domu. Oczywiście niewiele trzeba, by Gałganka owinęła go sobie wokół palca, a raczej kociego ogona. Naprawdę szczęście jest kotką. Wystarczy spojrzeć w zielone oczy Gałganki, by w to uwierzyć.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Szczęście jest kotką Eva Berberich Szczęście jest kotką prze ło ży ła Bar ba ra Flo riań czyk Warszawa 2013 Ty tuł ory gi na łu: Das Glück ist eine Kat ze Zdjęcie na okładce: Istockphoto/Maravic Eva Ber be rich: Das Glück ist eine Kat ze © 2005 Deut scher Ta schen buch Ver lag GmbH Co. KG, Mu nich Co py ri ght © for the Po lish trans la tion Wy daw nic two BIS 2013 ISBN 978-83-7551-376-9 Wy daw nic two BIS ul. Lędz ka 44a 01-446 War sza wa tel. (0-22) 877-27-05, 877-40-33; fax (0-22) 837-10-84 e -ma il: bis bis@wy daw nic two bis.com.pl www.wy daw nic two bis.com.pl O ża ło bie ie dy stra ci się ko goś, ko go się ko cha ło, wpa da się w głę bo ką, czar ną dziu rę. Uko cha na oso - ba ni gdy już nie wró ci. Mo że to być czło wiek, pies, cho mik, drze wo, któ re prze wró ci ła bu rza. Al bo ko - cur. Czar ny ko cur z bia łym czub kiem ogo na. Pa - skud ny ko cur, chwa li pię ta, kłam czuch, le niuch, ma - cho. Me fi sto fe les. Mój uko cha ny Fe luś. Nie wy pra wiaj ko me dii, mó wią przy ja cie le. Ko cu - rów nie bra ku je, ko tek też. Znam ko goś, kto ma jed - ne go, kto aku rat… znajdź so bie ja kie goś, tyl ko nie zno wu czar ne go. Te raz sta łaś się wol nym czło wie - kiem, mó wią, nie je steś już uwią za na do ko cie go ogo na, mo żesz wyjść, po dró żo wać, od dy chać po wie - trzem wiel kie go świa ta. Nie mu sisz cią gle szu kać ko - goś, kto za opie ku je się zwie rza kiem. Wresz cie mo - żesz ra no się wy spać, mó wią, i nikt nie bu dzi cię miau cze niem. Po trze bu jesz snu, du żo snu, je steś bla - da jak ścia na. I nikt nie siu sia na drzwi wej ścio we są - sia dów, mó wią, nie wy śpie wu je po no cach, nie da jąc im spać, nie za ła twia się na two jej grząd ce sa ła ty. Ko cur, mó wią, jest ko cu rem i ni czym wię cej. No sić ta ką ża ło bę po ko cie… czy to się go dzi? Wczo raj 5 w wy pad ku au to bu su zgi nę ło szes na ście osób. Opła - ku jesz je? A ile pie nię dzy oszczę dzisz!, mó wią. Ten ło buz prze cież wpę dził cię w bie dę. I: te raz mo żesz uciec z do mu. Naj wyż sza po ra! I: uśmiech nij się wresz cie! Nie cho dzi się z ta ką ża łob ną mi ną po oko li cy. Ża ło ba jest be! I: tyl ko nie prze sa dzaj! I: weź się w garść! I: nie myśl o tym! I: śmiej się zno wu! I: nie prze ży waj te go tak! I: … Wte dy ktoś spie szy mi z po mo cą. W za pi skach w je go dzien ni ku czy tam: In ci pit la men ta tio*: Mi cia. Na sza Mi cia nie ży je. So bo ta, pięć mi nut przed pół no cą… mu sia - łem na to pa trzeć… pa trzy łem, jak cier pi, pa trzy - łem, jak to nad cho dzi… ach, ko cha na Mi ciu, że też nie mo głem ci po móc… łzy pły nę ły mi z oczu… czy Ty też to wi dzia łeś? Wi dzia łeś kie dyś nę dzę swo ich stwo rzeń? Ja ko Stwór ca ka żesz w sie bie wie rzyć i sie bie opie wać… Gdy bym był Stwór cą, uwa żał bym to za hań bę… Czy nie masz ser ca, oczu, uszu? Li to ści wy – nie roz śmie szaj mnie! Ach, mój Pa nie i mój Bo że! W cier pie niu i umie ra niu mo jej kot ki to wa rzy szę To bie. Tkwi we mnie coś, co nie po zwa la mi zwol nić Cię z od - po wie dzial no ści za cier pie nie stwo rzeń. …Nie, nie, Pa nie, nie wie rzę, że spła wisz mnie ba nal ną * In ci pit la men ta tio (łac.) – „za czy na się ża ło sna skar ga”; na - wią za nie do La men ta cji Je re mia sza, jed nej z ksiąg Sta re go Te - sta men tu (wszyst kie przy pi sy po cho dzą od tłu macz ki). 6 od po wie dzią, że to prze cież po rzą dek na tu ry… Po - patrz! Czy to wi dzisz? A od po cząt ku świa ta są i do koń ca świa ta bę dą ich mi lio ny… Ona umie ra. Tym, kto tak wa dzi się z Bo giem, gdyż po zwo lił umrzeć je go uko cha nej kot ce, jest teo log Fri do lin Stie r*. Je śli on po tra fi tak opła ki wać zwie rzę, to ja też nie mu szę się wsty dzić. Tyl ko od po wied nio głę bo ka ża - ło ba ule czy ból. Nie chcę być czło wie kiem wol nym od ko ta. Chcę być uwią za na do ko cie go ogo na. Chcę być ra no bu dzo - na miau cze niem, nie po trze bu ję wca le ty le snu. Chcę wy da wać pie nią dze na pusz ki z ko cią kar mą. Po co mam jeź dzić po świe cie, je śli nie mam ni ko go, kto by cze kał na mnie w do mu? Sie dział przed drzwia mi, kie - dy wra cam z za ku pów? Wska ki wał brud ny mi ła pa mi na świe żo upra so wa ną bie li znę, kładł się na niej i mru - czał? Chcę to cięż ko prze ży wać. Nie chcę się śmiać. Chcę wyć, nie ma jąc wy rzu tów su mie nia. I tak oto opła ka łam jak się na le ży Fe lu sia, mo je go czar ne go ko cu ra z bia łym czub kiem ogo na. Na je go ma łym gro bie pod brzo zą ro śnie ko ci mięt ka. * Fri do lin Stier (1902–1981), nie miec ki teo log ka to lic ki. Koci nie chluj ew ne go mar co we go po ran ka zna la złam w skrzyn ce list. Z kan ce la rii pro bosz cza w tej ma łej miej sco wo ści nie da le ko stąd, gdzie mi ły po li cjant za każ dym ra zem, kie dy wi dzi sto ją cy gdzieś mój sa - mo chód, przy bie ga i wkła da mi za wy cie racz kę man - dat, gdyż – jak się uspra wie dli wia – gmi nie bra ku je pie nię dzy. Sza now na Nie zna jo ma, za czę łam czy tać, od wie lu osób sły sza łem, że ko cur, któ ry wcze - śniej przez kil ka mie się cy siał nie po kój na mo jej ple ba nii, a po tem wy wę dro wał do Obe rwe sch - negg, osie dlił się u Pa ni. Dzi ki czar ny dia beł, mo - gę tyl ko rzec, i za pa lo ny noc ny pie śniarz, kon cer - tu ją cy aku rat pod mo im oknem. To by ło pie kło. Za wró cił w gło wie wszyst kim kot kom w oko li cy ple ba nii, co przy nio sło wia do me skut ki. A te skut ki mia ły swo je skut ki. Pa ni Eber le, mo ja mi - ła są siad ka, któ ra dba też o przy stra ja nie kwia ta - mi Naj święt szej Pa nien ki w bocz nej ka pli cy, za ję - ła się licz nym po tom stwem te go Ca sa no vy. Trzy ko cię ta za trzy ma ła, lecz czwar te, jak twier dzi, 8 prze kra cza jej moż li wo ści. Prze ka zu ję więc to, mu szę przy znać, cał kiem ład ne, lecz nie sfor ne stwo rze nie da lej. We dług in for ma cji uzy ska nej od wspo mnia nej są siad ki, jest ono płci żeń skiej. Chcąc wspo móc Pa ni go to wość do je go ad op cji, za mie rza łem za trosz czyć się o wy ko na nie za bie gu za po bie ga ją ce go ry zy ku po ja wie nia się ko lej ne go po tom stwa, lecz or dy na riat ar cy bi sku pi wzbra - niał się udo stęp nić mi w tym ce lu nie zbęd ną, a je - go zda niem zna czą cą, su mę, po nie waż po dzie la on opi nię Oj ca Świę te go, któ rej z ko lei ja nie po - dzie lam, że za bra nia nie Je go stwo rze niom moż li - wo ści roz mna ża nia się sta no wi wy kro cze nie prze - ciw bo skie mu po rząd ko wi. Oj ciec Świę ty nie ma naj wy raź niej nie świę te go ko cu ra, w in nym wy - pad ku my ślał by mo że ina czej. Skła dam więc Pa - ni owo stwo rze nie do stóp – i na pro gu, jak z ubo - le wa niem sły sza łem, Pa ni ate istycz ne go do mu – w na dziei, że tak jak je go dziad kiem, któ ry, jak mi do nie sio no, po że gnał się z tym świa tem, mi mo wszyst ko zaj mie się nim Pa ni z chrze ści jań ską mi ło ścią bliź nie go. Wspo mnę o Pa ni w swo ich mo dli twach. Z przy ja ciel skim po zdro wie niem, Al bin Ise le, pro boszcz. Ostroż nie otwo rzy łam drzwi. Stwo rze nie, któ re sie dzia ło w pu deł ku – a wid niał na nim na pis: „Dick - mann’s. Trzy dzie ści sztuk. Po le wa z gorz kiej cze ko - la dy” – zgod nie z opi nią du chow ne go by ło rze czy wi - ście cał kiem ład ne i mia ło du że, okrą głe, bar dzo czuj ne oczy. Jak zie lo ne ża rów ki. – Miau! – po wie dzia łam zde ner wo wa na. Nic lep - sze go nie przy szło mi do gło wy. Jed na łap ka zwi sa ła 9 po za kra wę dzią pu deł ka. Tkwi ła w bia łej rę ka wicz - ce. Nie, nie cał kiem bia łej, lek ko przy bru dzo nej. Resz ta by ła pło wa. Pło wa jak lew, w po ma rań czo we ty gry sie pa ski. W nie któ rych miej scach nie co sfil co - wa na lub wy glą da ją ca, jak by cze sa no ją pod włos. Ale te oczy! Jak że one się zie le ni ły! – Ku ku ry ku! – ode zwał się nie szcze gól nie mi ły, lecz sil ny, nie co ochry pły gło sik. Pa so wał do sko na le do skoł tu nio ne go ru de go fu ter ka i owej nie zu peł nie czy stej rę ka wicz ki. – Słu cham? – Ku ku ry ku! Uwa żam, że to za baw ne. Ja też tak uwa ża łam. – A kim że ty je steś? – Je stem so bą. Prze cież wi dzisz. Tra wia sto zie lo ne oczy. A mo że sza ro zie lo ne? Ja - de ito we? W od cie niu ma jo wej zie le ni? Nie, prze cież był do pie ro ma rzec. A mo że przej rzy ście zie lo ne jak u wod nej nim fy? Kot ka po ło ży ła dru gą łap kę obok pierw szej, co wy glą da ło za dzi wia ją co grzecz nie i po rząd nie. – A kim ty je steś? – Ja też je stem so bą – od par łam. Zmru ży ła oczy, któ rych nie opi sa nej zie le ni nie po - tra fi łam na zwać, i po li za ła so bie łap kę. – Bu jasz. – Bu jam? Ja? Dla cze go? – Tyl ko ja je stem so bą. By stra istot ka, po my śla łam. – Jak się tu zna la złaś? – On przy niósł pu deł ko ca łu sków, któ re wie czo - rem zja da w swo im ko szy ku… – Pro boszcz – ca łu ski? 10 – Ta kie okrą głe, brą zo we. – Ach, o nie ci cho dzi! Dick mann’s fir my Storck. Ca łu ski Mu rzy na*. Skąd wiesz? – Od ko bie ty, któ ra za wsze da wa ła mi mle ko. – Prze je cha ła so bie wy li za ną łap ką po pra wym uchu. – Miesz ka w do mu obok pro bosz cza. – A skąd ona wie? – Ona też zja da cza sem ta ki Ca łu sek Mu rzy na… – W je go ko szy ku? – Po wie dzia ła, że je go ko szyk jest więk szy niż jej wła sny, i to znacz nie więk szy. On wsa dził mnie do pu deł ka... a po tem do swo je go sa mo cho du... a pa ni od mle ka po ma cha ła... a on za trą bił... a ja wsko czy łam mu na gło wę, że by coś wi dzieć... a on krzyk nął: prze klę ta wiedź ma!... a po tem wje chał w kosz na śmie ci... a po tem po sta wił mnie tu pod drzwia mi... i szyb ko od je chał... a ja cią gle jesz - cze tu je stem. – Wi dzę. Te raz przy szła ko lej na le we ucho. – A w mo je go dziad ka rzu cił kie dyś kap ciem. – Skąd wiesz? – Od kap cia. Opo wia da o tym wszyst kim do oko ła. Słoń ce prze świe ca ło przez jej uszy, spra wia jąc, że lśni ły. Bar dzo ład nie! Uszy zdo bi ły ma łe ciem ne punk ty. Świerz bow ce. – I co my te raz z to bą zro bi my? Po ło ży ła łe pek na brze gu pu deł ka i po pa trzy ła na mnie ocza mi peł ny mi ocze ki wa nia. Kla row na, przej rzy sta zie leń, de li kat nie żył ko wa na jak skrzy - deł ka mo ty la. * W Pol sce zna ne ja ko „cie płe lo dy w cze ko la dzie”. 11 – Ty też rzu casz kap cia mi? – Nie mam kap ci. Mój ostat ni ka peć roz szar pał twój ko cha ny dzia dek. Wejdź! Przy zwo ity kot z za sa dy igno ru je wszyst ko, co choć by w naj mniej szym stop niu przy po mi na po le ce - nie. Kot ka oglą da ła więc z za in te re so wa niem pę dy blusz czu, któ re pię ły się po do mu aż do bud ki dla pta ków wi szą cej na wy so ko ści trzech me trów. – Oczy wi ście nie mu sisz. Tyl ko je śli masz ocho tę. Ziew nę ła, mach nę ła łap ką za ja kąś mu chą, usia - dła, zro bi ła ko ci grzbiet, po dra pa ła się tyl ną łap ką za uchem, po pa trzy ła w gó rę, jak by py ta ła nie bo o ra dę – cze go oczy wi ście nie ro bi ła, bo ża den kot w żad nej spra wie nie py ta żad nej in stan cji o ra dę, po nie waż każ dy kot jest swo ją wła sną in stan cją – w zwol nio nym tem pie wy szła z pu deł ka i z przy jaź nie unie sio nym ogo nem o lek ko za krzy wio nym koń cu we szła do mo je go do mu i mo je go ży cia. •••••••• A te raz sta ła w kuch ni, mło da ko cia da ma, ra czej ma ła niż du ża, ra czej drob na niż moc no zbu do wa na. Jej łe pek był ład nie za okrą glo ny, no sek ró żo wy z ma leń ką ciem ną plam ką, a pysz czek… Ta kie go ko - cie go pyszcz ka jesz cze ni gdy nie wi dzia łam. Je go ką - ci ki by ły skie ro wa ne, przy naj mniej tak mi się wy da - wa ło, lek ko do gó ry, jak by się ze mnie śmia ła. Mia ła w so bie coś jed no znacz nie – no wła śnie, ja kie go? Coś re zo lut ne go. Re zo lut ny – dzi siaj nikt już tak nie mó wi, no wo cze sny czło wiek mó wi co ol, a to ni cze go nie wy ra ża. Ale sło wo „re zo lut ny” pach nie cie ka wo - ścią, czuj no ścią i pew ną do zą wred no ści. Ma ła re zo - lut na kot ka. Nie, da mą to ona nie by ła. 12 – Przód jest w po rząd ku, ale tyl ne skar pet ki ci opa dły. Pod cią gnij je! po dusz ki na roż nej ła wy. – To nic nie da. Opa dły na sta łe. – Ob wą chi wa ła – Mo gła byś je cza sem umyć. – Tro chę po ta rza łam się w bło cie. Masz coś prze - ciw ko tar za niu się? Al bo prze ciw ko bło tu? – Spraw - dzi ła łap ka mi mięk kość po du szek i wy raź nie uzna ła je za od po wied nie. – A je ślibym mia ła – spy ta łam – prze sta ła byś to ro bić? – Ja sne – od par ła z prze ką sem, lecz jej wzrok mó - wił „nie”. – Prze cież je stem ko cim nie chlu jem. – Ko cim nie chlu jem? – Tak za wsze wo ła ła. – Ta pa ni od mle ka? – Nie. Pa ni od po dusz ki. – Ja ka pa ni od po dusz ki? – Ta, któ ra wy glą da ła przez okno. A przed nie ła - py za wsze kła dła na po dusz ce. „Nie baw się tyl ko z tym nie chlu jem”, mó wi ła do swo je go ko cu ra, „bo coś od niej zła piesz”. – Prze krzy wi ła łe pek. – A ty bę dziesz się ba wić z ko cim nie chlu jem? Prze krzy wio ny ko ci łe pek ma w so bie coś, cze mu nie moż na się oprzeć. Wie dzą o tym oczy wi ście do - sko na le wszy scy po sia da cze ko cich łep ków. – Zo ba czy my – od rze kłam. – Lu bisz bła zno wać? – Cze mu py tasz? – On po wie dział, że nie po win nam. – Kto? Ten ko cur? – Nie, pro boszcz. – Za le ży od bła zeństw – od rze kłam. – By wa ją róż ne. 13 – Naj bar dziej lu bię ka wał ki pstrą ga w ga la ret ce, ka wał ki ło so sia w de li kat nym so sie, pysz ną po traw kę z dzi czy zny, chru pią ce chrup ki bez kon ser… bez te - go ko lo ro we go cze goś w środ ku. – Ta kie rze czy do sta wa łaś? U swo jej pa ni od mle ka? – Ja nie, tyl ko ko cur tej pa ni od po dusz ki. Tak tyl - ko mó wię, że byś wie dzia ła. Ale ka wał ków kró li ka nie lu bię. „Uwa żaj tyl ko, że byś nie do sta ła ka wał ków kró - li ka”, po wie dział, „bo bę dziesz ni mi pluć”. – Wsko - czy ła na stół i ob li za ła so bie po raz ko lej ny pysz czek. – U mnie – po wie dzia łam – bę dzie pro ste, lecz smacz ne do mo we je dze nie. Dla mnie na gó rze, dla cie bie na do le. – Masz mo że ja kąś mysz? – ze sko czy ła i zba da ła sto ją cy w ro gu ko szyk na za ku py, w któ rym by ły tyl - ko pu ste bu tel ki zwrot ne. – My szy nie gwa ran tu ję. Na dwo rze cze ka ich na cie - bie do sta tecz na ilość. Ale bez my szy też nie umrzesz z gło du. Kie dy kot jest zdro wy, czło wiek się cie szy. Usia dła przede mną i przyj rza ła mi się wni kli wie. – A ty je steś zdro wa? – Tro chę się już sy pię. – Gdzie? Po każ. – Jesz cze te go tak bar dzo nie wi dać, ale się sy pię. – Szyb ko się sy piesz? – spy ta ła nie co za tro ska na, jak mi się wy da wa ło. – Bo je śli nie, to mo gła bym… ład nie tu pach nie… i je śli nie rzu casz kap cia mi… i bar dzo lu bisz ba wić się z ko ci mi nie chlu ja mi… ale sko ro się sy piesz… – Na pew no tro chę jesz cze wy trzy mam. Mru gnę ła kil ka razy. – Kie dy czło wiek jest zdro wy, kot się cie szy. Nie by ła wca le głu pia. 14 na odro bi nę śmie tan ki? Na wet wo la ła. Roz cień czy łam tro chę śmie tan ki wo dą, a ona wy chłep ta ła ca łą mi secz kę. Dwu krot nie. Zmie ści ło się w niej jesz cze kil ka ku lek mie lo ne go mię sa: naj lep szej wo ło wi ny z cho wu na tu ral ne go. Po tem przy ci snę ła naj pierw łe pek do mo jej no gi, otar ła się o nią bo kiem, owi nę ła ogon wo kół mo je go ko la na i spoj rza ła na mnie w gó rę. Po chy li łam się, po gła ska łam ją, a ona stuk nę ła łep kiem o mo ją rę kę. – My ślę, że zo sta nę! – rze kła, śmi gnę ła przez kuch nię do po ko ju i wje cha ła pod dy wan jak w tu nel, tak że z dru giej stro ny wy sta wał jej tyl ko łe pek. – To jest – do bie gło spod dy wa nu – naj pięk niej szy dzień w mo im ży ciu. – Nie mam w do mu mle ka. Mia ła byś ocho tę Ja też uzna łam, że jest to co naj mniej bar dzo pięk - ny dzień w moim ży ciu. Wy cią gnę łam ze stry chu ko - szyk osie ro co ny przez Fe lu sia i wło ży łam ją do nie go. – Le żysz w świę tej pa mię ci ko szy ku swo je go dziad ka. Nie, w dziad ku swo je go świę tej pa mię ci ko - szy ka… – Coś mi się chy ba po mie sza ło. Z tej bło go - ści. Wy ję łam sta ry, nie no szo ny już szla frok, cu dow - nie mięk ki, cu dow nie nie bie ski, i wy ście li łam nim ko szyk. Roz cią gnę ła się w nim, uzna ła go za wy god - ny i od ra zu wy cią gnę ła z ma te ria łu nit kę, cią gnę ła da lej i, gło śno mru cząc, za czę ła pruć szla frok. Cóż za dłu go wy tę sk nio ny, cu dow ny, do bro czyn nie dzia ła ją cy dźwięk! Wresz cie w do mu zno wu jest ktoś, kto mru czy! Drew nia ne bel ki skrzy pia ły i trzesz cza ły z za do wo le nia, bu ja ny fo tel bu jał się z dzi ką ra do ścią, a po dusz ki na so fie się pu szy ły. Świat był zno wu w po rząd ku. Świat mru czał ra zem z nią. Nie ocze ki wane spotkanie po latach ro ble my roz wią zu ję naj chęt niej, sie dząc w bu ja nym fo te lu. Tak też sie dzia łam, z kot ką na ko - la nach, i pod da wa łam się spo koj ne mu ryt mo wi: w przód… i w tył… i w przód… i zno wu w tył… – Pil nie po trze bu je my imie nia. Bo je śli ktoś ma imię, nie moż na go już za rżnąć – po wie dzia łam. Na gle mo je ko la na opu sto sza ły, a ona sie dzia ła z na stro szo ną sier ścią na pa ra pe cie okien nym. – Nie bój się – uspo ko iłam ją – prze cież nie je steś owcą, ko zą ani kur cza kiem. O kwe stii za rzy na nia prze czy ta łam u Ali ce Zuck may er*. Mia ła kie dyś far - mę wśród zie lo nych wzgórz w Ame ry ce, a na niej wie le zwie rząt, któ re ho do wa ła w ce lu sprze da ży i… no tak… Ale zwie rzę ta pa ni Zuck may er by ły spryt - ne, za wsze pa trzy ły bar dzo sym pa tycz nie i przy mil - nie, więc do sta wa ły imio na, a to, któ re no si ło imię, naj gor sze mia ło już za so bą. W ten spo sób Zuck - * Ali ce He dan–Zuck may er (1901–1991) – au striac ka pi sar ka, od 1933 r. na emi gra cji w USA, gdzie wraz z mę żem pro wa dzi ła wspo mnia ną far mę, a na stęp nie opi sa ła swo je prze ży cia w książ - ce Far ma wśród zie lo nych wzgórz (1949). 16 may ero wie ni gdy nie osią gnę li suk ce su wśród swo ich zie lo nych wzgórz i wresz cie po nie cha li ho dow li. Mo - żesz do mnie wró cić. Na tych miast z po wro tem zna la zła się na mo ich ko la nach. – Ja też je stem do bra w sym pa tycz nym pa trze niu. – I po pa trzy ła sym pa tycz nie. Bar dzo sym pa tycz nie. Bar dzo, bar dzo sym pa tycz nie. Roz czu li ła mnie. – Więc jak do cie bie mó wi li, oprócz ko cie go nie - chlu ja? – Pro boszcz: ty ma ła wiedź mo. Al bo ki ciu. Al bo ki - ciu siu. Pa ni od mle ka: mru czu siu. Po bu jaj się szyb ciej. Bu ja łam się szyb ciej, jed no cze śnie przy glą da jąc się jej. Po ma rań czo wo prę go wa na sierść, zie lo ne oczy, okrą gły łe pek, bia łe, zsu nię te skar pe ty na tyl - nych łap kach. I nie mo głam się oprzeć wra że niu, że kie dyś już ją wi dzia łam, daw no, bar dzo daw no te mu, co oczy wi ście by ło nie moż li we, prze cież nie wie rzę w déjà vu i in ne ezo te rycz ne bzdu ry. – Imię – rze kłam – trze ba do brze prze my śleć. – Nie lu bię prze my śla nych imion. – Czu bek jej ogo na po ru szał się tam i z po wro tem. – Chcia łam po wie dzieć, że każ dy ma imię, któ re do nie go pa su je i nie za wsze jest imie niem, ja kie mu nada no. Zna le zie nie od po wied nie go imie nia jest kwe stią szczę ścia. Po ja wi się na gle, spad nie z nie ba, za gwiż dże je ptak, przy wie je wiatr… – Ale ja chcę się sa ma na zy wać – rze kła śmia ło. – Chcę mieć wła sne imię. Nie chcę się na zy wać jak ja kiś czło wiek. Stwier dze nie „jak ja kiś czło wiek” nie wy ra ża ło spe cjal ne go sza cun ku. Dźwię czał w nim ten sam ton, do ja kie go przy zwy cza ił mnie świę tej pa mię ci Fe luś, 17 co na su wa myśl, że po dziw, oba wa czy re spekt są dla ko ta po ję cia mi cał ko wi cie ob cy mi, je śli cho dzi o je - go sto su nek do nas, lu dzi. I słusz nie. Ca ły po dziw na - le ży się z na szej stro ny je mu. – Lu dzie – rze kła – cią gle stro ją nas w swo je imio - na. Ale one nie pa su ją. Wi szą na nas. Śmier dzą czło - wie kiem. Niech le piej za cho wa ją je dla sie bie. – Bez obaw, do sta niesz wła sne, nie śmier dzą ce czło wie kiem imię. – Je śli po bu jasz się jesz cze tro chę szyb ciej, z pew - no ścią przyj dzie coś ci do gło wy – rze kła z na dzie ją. – Chcę do stać imię tak dzi kie, jak mo je spoj rze nie. – I spoj rza ła bar dzo dzi ko. Po słusz nie za czę łam bu jać się szyb ciej… i jesz cze szyb ciej… aż ude rzy łam opar ciem fo te la w ścia nę za ple ca mi. Coś za dźwię cza ło, a kie dy się od wró ci - łam, na pod ło dze le ża ło zdję cie, któ re wy pa dło z ram ki. By ła to bar dzo sta ra fo to gra fia, z za mierz - chłych cza sów, na któ rej szcze rzy li śmy się dość głu - pa wo z ro dzeń stwem; mie li śmy sześć, czte ry i dwa la - ta, wszy scy tro je im po nu ją ce szczer by w zę bach, a każ de z nas trzy ma ło w rę ku coś uko cha ne go: brat mi sia, sio stra za jącz ka, a ja… ja przy ci ska łam do sie - bie Gał gan kę. Gał gan ka: uszy ta ze sta rych szma tek, mięk ka i cie - pła, mia ła ubru dzo ne, nie gdyś bia łe, zsu nię te skar - pet ki i ru de wło sy, a w okrą głej bu zi lśni ły szkla ne zie lo ne oczy z gu zi ków. By ła spryt na, a ja czę sto mia - łam wra że nie, że z ko goś lub cze goś się na śmie wa, bo ką ci ki jej ust by ły za wsze unie sio ne do gó ry. By ła cie kaw ska, lu bi ła mó wić śmia łe, wręcz bez czel ne rze czy, do kład nie ta kie, ja kich ja nie od wa ży łam się wy po wia dać, i by ła nie mal wzor co wo nie chluj na. 18 Naj bar dziej nie na wi dzi ła po sprzą ta ne go po ko ju dzie cin ne go, naj chęt niej spa ła w ko cim ko szy ku i do - sta ła pcheł, co ab so lut nie nie prze szka dza ło na sze - mu ko tu, bo też miał ich peł no. Ko cha łam Gał gan kę po nad wszyst ko na świe cie, znacz nie bar dziej niż do - bre go Bo ga, z cze go zwie rzy łam się sio strze Ger tru - dzie, ka te chet ce, któ ra po wie dzia ła, że to bar dzo po - waż ny grzech prze ciw pierw sze mu przy ka za niu i że mu szę się ko niecz nie wy spo wia dać, a Gał gan kę wy - rzu cić. Ale nie po szłam do spo wie dzi, za cho wa łam grzech i po sta no wi łam ra zem z Gał gan ką po że gnać się z re li gią i do brym Bo giem. Jed nak pew ne go dnia jej nie zna la złam, znik nę ła bez śla du, być mo że po - rwał ją dia beł, za ka rę, że ko cha łam ją bar dziej niż do bre go Bo ga. Ni gdy nie wró ci ła. By łam sa ma. Sa - miu teń ka. Za cho ro wa łam, chcia łam umrzeć, za czę - łam się ją kać, lecz nie umar łam i ży ję do dziś. Nie mam też pro ble mów z wy mo wą. – Eu re ka! – po wie dzia łam i po wtó rzy łam: – Eu re ka! Mach nę ła łap ką, tak jak ro bią ko ty, kie dy nie są czymś za chwy co ne. – To nie jest imię – uspo ko iłam ją. – „Eu re ka” zna czy „zna la złem”. Ten, kto tak za wo łał, na zy wał się Ar chi me des i był sta rym, mą drym Gre kiem. Rów nież na dźwięk te go imie nia kot ka mach nę ła łap ką. – Nie bój się, te go imie nia nie do sta niesz. On miał na my śli cię żar wła ści wy zło ta, jak są dzę. Ale zna la - złam two je imię: Gał gan ka. – Fi ran ka, obie can ka, al tan ka – po wie dzia ła, przy każ dym sło wie otwie ra jąc i za my ka jąc oczy. – Nie spo dzian ka, hu lan ka, ko ły san ka, ka szan ka – dra pa ła się za cie kle. 19 – Nie – rze kłam. – Gał gan ka. – Gał gan ka – po wtó rzy ła i po ru szy ła no sem. – Pach - nie dzi ko. – To jest two je praw dzi we, two je wła ści we, two je wy huś ta ne imię. Wła śnie dla te go coś spa dło, a po - tem coś przy szło mi do gło wy. Gał gan ka prze cią gnę ła so bie imie niem po uszach, rze kła „pa su je” i „precz z za rzy na niem!” Po tem ze - sko czy ła z mo ich ko lan, po drep ta ła do swo je go ko - szy ka, we szła do nie go i zwi nę ła się w kłę bek. – Gał gan ka na chwi lę zaj dzie. – Słu cham? – Jak słoń ce. Ro bi to co wie czór. A ra no wzej dę. – I już jej nie by ło. – Gał gan ko – rze kłam uszczę śli wio na – zna la złaś się. Po ty lu la tach! I zno wu le żysz w ko cim ko szy ku. – Po dra pa łam się po no dze. – Pchły też masz. Po pro stu je steś ko cim nie chlu jem. Za potrze bą y peł ni łam zie lo ną pla sti ko wą wa nien kę ko cim żwir kiem – oczy wi ście bio de gra do wal nym, do brze się zbry la ją cym – i po sta wi łam ją w ko mór ce za kuch nią obok pral ki. – Co to jest? – spy ta ła Gał gan ka. – To jest two ja ubi ka cja. Gdy byś chcia ła pójść za po trze bą. – Prze cież już mam ubi ka cję. I to ol brzy mią. – Tak? A gdzie? – W ogro dzie. Jest na praw dę faj na. Naj chęt niej za ła twia ła bym się za wsze w wie lu miej scach na raz. – Ogród – od par łam – w za sa dzie nie jest ubi ka - cją, ale je śli już znaj dziesz się na dwo rze, mo żesz so - bie tam za wsze zna leźć ustron ny ką cik. Grząd ki z kwia ta mi i sa ła tą nie są jed nak ustron ny mi ką ci ka - mi. Ale prze cież nie za wsze je steś w ogro dzie czy na łą ce. Po za tym, kie dy bę dzie zim no, na ze wnątrz od mro zisz so bie ogon. – No to zo bacz my! – Gał gan ka we szła do no wej ubi - ka cji, ob wą cha ła ją do kład nie i „ochrzci ła”. Od wró ci - ła się, z za chwy tem po pa trzy ła na mo krą pla mę i za sy - pa ła ją żwir kiem. Za grze by wa ła bar dzo do kład nie. 21 Wpa dła w ist ny szał za grze by wa nia. Żwi rek two rzył, jak obie cy wa no, ma łe ciem ne brył ki. Po zmia ta łam brył ki roz sy pa ne we wszyst kich czte - rech ro gach ko mór ki. – Czy nie mo żesz za grze by wać tro chę dys kret niej? – Co to zna czy „dys kret niej”? – Nie tak sza leń czo. – Nie je stem dys kret nym ko tem – od par ła Gał - gan ka ra do śnie. – Je stem ko cim nie chlu jem. Za grze - by wa nie spra wia mi wiel ką fraj dę. Sza leń cze za grze - by wa nie jesz cze więk szą. Śmiesz nie wy glą da, jak to coś fru wa na oko ło. – Ko niec jej ogo na zwi nął się ra - do śnie. Ja by łam mniej za chwy co na. – Ty też masz swo ją skrzyn kę? – spy ta ła. – Nie za ła twiam się do skrzyn ki. – A gdzie, w ogro dzie? – Mam in ną ubi ka cję. Dla lu dzi. Gał gan ka na tych miast za pra gnę ła zwie dzić tę in - ną ubi ka cję dla lu dzi. Po ka za łam jej. – No więc, sia dam na to, a z ty łu wci skam ten gu - zik. Wte dy po ja wia się przy jem ny wo do spad i wszyst ko spłu ku je. – No to zrób! – po le ci ła mi Gał gan ka, ale ja spu - ści łam tyl ko wo dę, któ ra za ki pia ła, za hu cza ła i za - szu mia ła. Gał gan ka za czę ła się co fać. – Za gło śno! – uzna ła. – I za mo kro. Skrzyn ka jest lep sza. I za grze by wa nie. Dla cze go nie za grze bu jesz? – Lu dzie nie za grze bu ją. Spłu ku je my swo je nie - czy sto ści wo dą. Że by znik nę ły. 22
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Szczęście jest kotką
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: