Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00246 004417 14686413 na godz. na dobę w sumie
Szczurołap - ebook/pdf
Szczurołap - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 325
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-937267-2-1 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> science-fiction
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Życie na Jerychu zdecydowanie nie jest ani łatwe, ani specjalnie przyjemne. Bywa ono szczególnie trudne dla tych, którzy próbując uciec przed przeszłością, z własnej woli zdecydowali się na karierę szczurołapa. Mimo trudów codziennego życia, korporacyjna ochrona oferuje szczurołapom to, na czym najbardziej im zależy – zapomnienie. Każdy, mężczyzna lub kobieta, jeżeli posiada odpowiednie cechy i umiejętności, może je znaleźć wykonując ten ponury zawód.
Co jednak, jeżeli któryś z tych bezwzględnych ludzi postanowi przypomnieć światu o swoim istnieniu? Czy rozgoryczenie i niebezpieczne ambicje Iana McKnighta zdołają w jakikolwiek sposób wpłynąć na losy całego sektora?
Odpowiedź znajdziecie w tej właśnie książce.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Szczurołap 1 SZCZUROŁAP Krzysztof Adamski, Swarzędz 2013 Szczurołap 2 I 1. Szczyt hałdy złomu oferował stojącemu na nim Ianowi doskonały widok na otaczające go ze wszystkich stron wy-sypisko. Wszędzie dookoła, aż po ciemniejący powoli hory-zont ciągnęło się prawdziwe morze odpadków. Gdziekol-wiek mężczyzna by nie spojrzał, widział tylko zdezelowane wraki pojazdów, części maszyn, fragmenty dziwnych urzą-dzeń – słowem wszelkiego rodzaju złom, który jego właści-ciele z jakiegoś powodu wciąż uznawali za przydatny. Dla Iana oraz innych żyjących na Jerychu szczuroła-pów te śmieci stanowiły jednak sens życia i stałe, chociaż nie zawsze bezpieczne źródło utrzymania. Właśnie w tej chwili, dobiegający z południa huk wystrza-łów oraz niewielka gromada quetzalcoatli krążących na nie-bie kilka kilometrów od jego aktualnej pozycji, kazały męż-czyźnie poważnie rozważyć kwestie jego własnego bezpie-czeństwa. Ian McKnight był ledwo po pięćdziesiątce, jednak lata pracy na Jerychu oraz suchy klimat planety sprawiły, że wy-glądał, a co gorsza, czuł się jakby miał na karku przynajm-niej o dziesięć lat więcej. Gdyby tego było mało, podobnie jak zdecydowana większość szczurołapów, Ian cierpiał na jedną nieprzyjemną dolegliwość – miał wszystko w dupie. Właśnie to schorzenie kazało mu teraz zastanowić się, czy obserwowane przez lornetkę miejsce wciąż znajduje się na terenie powierzonej jego opiece parceli, czy też być może na sąsiedniej lub ich granicy. Szczurołap 3 Pierwszy wariant teoretycznie wymagał sprawdzenia, ale pozostałe dwa Ian mógłby z czystym, tfu, sumieniem pozo-stawić atencji sąsiadującego z nim szczurołapa. Nie żeby pojedynczy szczur lub grupa tchórzliwych padlino-żerców mogłyby mu w jakikolwiek sposób zagrozić, ale perspektywa fatygowania się taki kawał drogi w zapada-jącym powoli zmierzchu nie była dla niego zbyt zachęcają-ca. Zwłaszcza, jeżeli inny szczurołap mógłby już w tej chwi-li zmierzać w kierunku źródła wystrzałów. - Co jest, Ruiz? – Szczurołap oderwał oczy od okula-rów lornetki i pociągnął wody z manierki. - Znowu udajesz, że nic nie widzisz i nie słyszysz? Pierdolę, niech tym razem ktoś inny nadstawia karku… No nie, kurwa mać… - Ponad spiętrzone dookoła obserwowanego miejsca zwały żelastwa, wystrzeliła w niebo czerwona flara. – Zapłacisz mi za to, Padre! Pomstując pod nosem na lenistwo i głupotę innych szczurołapów, mężczyzna odwiesił lornetkę na ramię i za-stąpiwszy ją zwieszonym dotychczas na plecach garłaczem, powoli ruszył w stronę ścieżki prowadzącej na dno kanionu. xxxx Jose Ruiz, szczurołap z ponad trzydziestoletnim sta-żem pracy, nie mógł uwierzyć, że tak bezmyślnie władował się w kłopoty. Błędem okazało się założenie, że jego sąsiad specjalnie nie przykładał się do zabezpieczenia przygranicza dzielącego ich parcele, ale na jego własne usprawiedliwie-nie, było one ugruntowane długoletnią, specyficzną znajo-mością z antypatycznym indywiduum, jakim był Ian McKni-ght. Lenistwo i niechlujstwo sąsiada, które kazały mu przy- Szczurołap 4 sypać dwudziestokilowy potrzask zaledwie cienką warstwą piasku, okazało się mimo wszystko nie przeszkodzić Jose w wdepnięciu w sam środek tak topornie zastawionej pułapki. Kiedy pordzewiała paszcza sideł zatrzasnęła się na łydce mężczyzny, Jose mógł już tylko przeklinać swoją własną lekkomyślność równocześnie modląc się by zapach sączącej się z rany krwi nie ściągnął zbyt wielu hissardów zanim uda mu się wydostać z tarapatów. Kolejne godziny spędzone na bezskutecznych próbach rozwarcia stalowych kleszczy tylko zintensyfikowały żarli-wość modłów Jose. Póki co, strzelba mężczyzny skutecznie odstraszyła hissardy, które podobnie jak ich latający krew-niacy, postanowiły w bezpiecznej odległości poczekać, aż ich ofiara zupełnie opadnie z sił. Jose jednak wiedział, że wraz z zapadnięciem zmroku i nieuniknionym końcem amu-nicji, gady bez skrupułów spróbują coś z niego uszczknąć. Sytuacja ta pozostawiała mu tylko jedną, ponurą alternaty-wę. Zrezygnowany szczurołap wyciągnął zza pasa długi tasak i przymierzył jego ostrze do nogi tuż ponad ściskają-cymi jego łydkę kleszczami. Podczas gdy w zapadających ciemnościach syki głodnych padlinożerców wydawały się coraz bliższe, mężczyzna wciąż nie mógł się zdecydować - zarówno pierwszy jak i drugi zamach broni wyhamowały nie zdążywszy zagłębić się w napiętą skórę łydki. - Dobra Padre… - Kiedy Ruiz był już gotowy po raz kolejny spróbować się okaleczyć, w ostatniej chwil po-wstrzymał go znajomy, złośliwy rechot. – Co prawda dużo bym dał by zobaczyć jak się chlastasz, ale powiedzmy, że twój pan natchnął mnie dzisiaj swą nieskończoną dobrocią. Szczurołap 5 Ciężkie, rozchwiane kroki zmierzającego w jego stro-nę człowieka oraz snop ostrego, rzucanego przez reflektor światła chwilowo zniechęciły hissardy, które spłoszone roz-biegły się do swoich nor. Będąc już dwa kroki od skulonego na ziemi szczurołapa, mężczyzna przykucnął na ziemi i po-stukał obudową ciężkiej lampy o kleszcze potrzasku, przy-sparzając tym samym bólu uwięzionemu w nim Ruizowi. - McKnight, nie wygłupiaj się! Na Boga, pomóż mi! - Oj, oj Padre, nie wymieniaj imienia pana na darem-no, to chyba tak szło, nie? Na daremno, bo równie dobrze mógłbym, i chyba powinienem, cię tu zostawić… - Mężczy-zna zaakcentował swoje słowa strzykając śliną na piach tuż obok stopy uwięzionego szczurołapa. – Już i tak jesteś mi coś winien, a życie pokazało, że taki gorliwy sługa boży jak ty nie specjalnie kwapi się do regulowania swoich długów. - Ty znowu o tym?! Pieprz się Ian! Oszukiwałeś, wszyscy to potwierdzą! - A do tego jeszcze taki plugawy język… Wszyscy, powiadasz? Może te gadziny, które tam tylko czekają żeby zacząć cię powoli podgryzać również? - Ian, proszę cię… Martwy forsy ci nie oddam! - No proszę, a jednak… - Skończ już, pomóż mi albo spierdalaj. – Jose było już zupełnie wszystko jedno, czy umrze rozszarpany przez padlinożerców, czy też dostanie udaru od samego słuchania ględzącego Iana. - Wreszcie przestałeś jęczeć jak baba. – Szczurołap zrzucił na ziemię swój plecak i podszedł do porzuconego na ziemi bagażu drugiego mężczyzny. – Masz gaz? - Na samym spodzie. Szczurołap 6 - Dobrze wiedzieć, że jednak trochę oleju w głowie jeszcze ci pozostało. – Ian przez moment grzebał w torbie, bezceremonialnie wyrzucając na piach kilka nieinteresują-cych go przedmiotów, by ostatecznie wyciągnąć z niej nie-wielką, zaopatrzoną w palnik butlę. Chwilę później, błękitny płomień oświetlił obu mężczyzn, dając jednocześnie przy-czajonym w ciemnościach gadom do zrozumienia, że nici z tak długo wyczekiwanej kolacji. - Moje pięć papierów plus czwartak za lekarstwa i każdy kolejny dzień opieki nad tobą, bierzesz? - Mam jakiś wybór? - Oczywiście, że masz… - Przykucnięty obok Ian kiwnął znacząco głową w stronę otaczających ich już zupeł-nie ciemności. – One tam na ciebie liczą, być może twój pan oczekuje właśnie tego typu poświęcenia? - Pieprz się, wyciągnij mnie z tego gówna. - Do usług. – Jose z pewną obawą obserwował, jak mężczyzna pochyla się nad jego nieszczęsną nogą i przy akompaniamencie cichego szumu serwomotorów, rozwiera stalowe obejmy potrzasku. – Dobra pułapka, od teraz chyba moja ulubiona… - Widząc, że drugi szczurołap ma już naj-wyraźniej dość słownych utarczek, Ian rozciął przesiąkniętą krwią nogawkę spodni i zabrał się za opatrywanie dość pa-skudnie wyglądającej rany. Po kilku minutach ciszy, na łyd-ce znalazł się całkiem przyzwoity opatrunek, a pacjent po przyjęciu sporej dawki antybiotyków i leków przeciwbólo-wych powoli osunął się w błogą nieświadomość. xxxx Szczurołap 7 - Już to przerabialiśmy Padre, nie będę się z tobą szla-jał po twojej parceli, bo sam skończę tak jak ty wczoraj. Do mnie zresztą jest bliżej. - Nie wpadłbym w to gówno, gdybyś był tak uprzejmy je oznaczyć! – Nafaszerowany środkami przeciwbólowymi i podpierający się na wyrwanej skądś rurze, Jose wydawał się bez trudu nadążać za niezbyt zadowolonym z jego towarzy-stwa kompanem. - Że co?! Chyba wypiłeś za dużo wody ognistej oj-czulku, nawet Dorian by je zauważył! – Ian zatrzymał się na chwilę i bacznie rozejrzał dookoła. Jego niewielkie, smolisto czarne oczy, tak bardzo kontrastujące z ogorzałą skórą po-brużdżonej twarzy, wydawały się przewiercać sterty złomu na wylot. - Lepiej przestań już zrzędzić i powiedz, po co właściwie do mnie lazłeś? – Upewniwszy się, że nic im nie grozi, Ian wrócił do dręczącej go kwestii. - Sprawę mam. Nie do reszty, do ciebie konkretnie. - Domyślam się, że nie chodzi o uregulowanie długu. Muszę przyznać, trochę mnie zaintrygowałeś. Czego chcesz? - Chcę… Chciałem iść do Miasteczka, ale teraz, z po-haratanym kulasem chyba mogę o tym zapomnieć. - Chyba na pewno. – Szczurołap uśmiechnął się zło-śliwie. – Chociaż nie rozumiem po diabła cię tam niesie Pa-dre? Po diabła... Dobre! - Kiedy… - Widząc palce Iana, dyskretnie odbezpie-czające jego garłacz, mężczyzna momentalnie zamilkł i oparł wolną rękę na rękojeści spoczywającego w kaburze rewolweru. - Szczur… - Nie przerywając marszu, przez zęby wy-cedził McKnight. – Dawno tu nie zaglądali… Ten śledzi nas Szczurołap 8 od dwóch godzin. Widzisz tę zardzewiałą budę ciężarówki przed nami? - Tak, jeden. Chyba widziałem odbłysk lunety. Jaki masz plan? - Plan?! – Ian bez dalszych wyjaśnień wyrwał do przodu i, zrzuciwszy wpierw na ziemię plecak, zanurkował pod najbliższą hałdę złomu, pozostawiając kompana na środku otwartej przestrzeni. - McKnight, ty wredna kupo gówna! – Jose rozpaczli-wie kuśtykając rzucił się w ślad za znikającym wśród śmieci szczurołapem. xxxx Ignorując dobiegające z tyłu, żałosne krzyki Ruiza, dobrze ukryty pod pokrywającymi zbocze śmieciami, Ian błyskawicznie wspiął się na szczyt hałdy i wciąż korzystając z pewnej zasłony zaczął bezszelestnie sunąć w stronę kry-jówki intruza. Szczurołap doskonale znał Złomowisko, a tym bar-dziej każde ukryte wśród śmieci przejście i schronienia na terenie jego parceli. Zupełnie inaczej miała się sprawa z roz-rzuconymi wszędzie pułapkami, których rozmieszczenie z biegiem czasu zacierało się w pamięci każdego szczurołapa. Zarówno pułapki pirotechniczne oraz te bardziej konwen-cjonalne, jak ta, w którą zeszłej nocy wpadł Ojciec Ruiz, miały za zadanie nie tyle co zabijać nieproszonych gości, co raczej zniechęcać ich do poszukiwania skarbów na terenach powierzonych opiece szczurołapów. Próbując przypomnieć sobie wszelkie możliwe sposoby, jakimi lata wcześniej po-sługiwał się przy oznaczaniu pułapek, Ian musiał niechętnie Szczurołap 9 przyznać rację rannemu kompanowi. Skradając się w stronę ciężarówki, w której ukrył się intruz, szczurołap kilkakrot-nie niemal sam wpadł we własne, niezbyt pieczołowicie oznaczone sidła. Kiedy wreszcie znalazł się na tyłach wraku pojazdu, męż-czyzna z mściwym uśmiechem stwierdził, że pozostawiony na dole Ruiz skutecznie przyciągnął uwagę szczura. Co prawda intruz nie strzelał jeszcze do pomstującego na dole szczurołapa, jednak Ian domyślał się, że ten w tej chwil pró-bował namierzyć właśnie jego. Widząc kolejny ruch we-wnątrz kabiny ciężarówki, krok za krokiem, szczurołap po-woli przesunął się na dogodną do strzału pozycję, równocze-śnie chowając się za grubym arkuszem blach. Teraz sobie przypomniał ten wrak. Kilka lat wcześniej, korzystając z oferowanego przez niego dobrego pola widzenia, wraz z Ru-benem urządzili sobie tutaj konkurs strzelania do buszują-cych na dole hissardów. Miłym wspomnieniem okazało się jeszcze jedno, to o małym ładunku wybuchowym, ukrytym w przednim nadkolu pojazdu. - Hej ty tam szczurku, wyłaź, pogadamy! – Biorąc na cel kabinę ciężarówki, Ian wymierzył garłacz w jej ogólnym kierunku. Pozbawiona jakichkolwiek przyrządów celowni-czych broń, nie wymagała precyzyjnego celowania i z odle-głości kilkunastu metrów niemal gwarantował trafienie w każdy cel. - Daj spokój, nic ci nie grozi. Dzięki, że nie kropnąłeś mojego kumpla, doceniam to! – Przecząc swoim zapewnie-niom, szczurołap upewnił się, że broń jest odbezpieczona i delikatnie oparł palec na spuście. Szczurołap 10 - Dobra, wychodzę! – Zaskakująco młodemu głosowi towarzyszył chwilowe mignięcie jasnej twarzy w oknie cię-żarówki. - Nie byłbym tego taki pewien! – Kiedy palec wskazu-jący szczurołapa pokonał opór mechanizmu spustowego, garłacz ryknął, wypluwając w stronę kryjówki intruza tysią-ce maleńkich śrucin. Rozrzut broni był olbrzymi, ale chociaż większość odłamków nie było w stanie dosięgnąć ponownie ukrytego przeciwnika, części z nich udało się spełnić swoje zadanie w zupełnie inny sposób. Trafiony kilkoma pociska-mi ładunek eksplodował, siejąc dookoła fragmentami karo-serii i wszelkiego innego śmiecia. Osłabiona konstrukcja pojazdu zachwiała się w posadach i po sekundzie runęła z krawędzi urwiska, pociągając za sobą prawdziwą lawinę złomu. Zadowolony ze swojego dzieła, Ian ostrożnie pod-kradł się na skraj stoku i gwizdnął z zachwytem widząc po-skręcaną kupę żelastwa, w którą zmieniła się ciężarówka oraz trzydzieści metrów ciągniętych przez nią śmieci. Kiedy pojazd w końcu zatrzymał się u podnóża skarpy, Ian był pe-wien, że nikt w środku nie przeżył. Zresztą, nawet gdyby było inaczej, to na pewno nie byłby już w stanie mu w jaki-kolwiek sposób zagrozić. Szczurołap splunął jeszcze w dół rumowiska i wesoło pogwizdując skierował się do miejsca, z którego wciąż dobiegały rozpaczliwe nawoływania Ruiza. xxxx - Załatwione. – Ian jak gdyby nigdy nic zszedł zbocza i uśmiechnął się do przykucniętego za karoserią jakiegoś pojazdu kompana. – Słyszałeś? Już załatwione, jeden szkod-nik mniej. Dobra robota, pięknie odwracałeś jego uwagę. Szczurołap 11 - Powinienem cię za to zastrzelić… - Jose najwyraź-niej zdążył już pogodzić się z losem przymusowej przynęty i zamiast kolejnej serii inwektyw, ograniczył się do posłania towarzyszowi nienawistnego spojrzenia. - Może innym razem, teraz nie jesteś chyba w formie. O czym to my gadaliśmy? Miałeś mi właśnie powiedzieć, co cię tak ciągnie do Miasteczka, Padre. Oprócz dziwek i wódy oczywiście. - Uważasz, że wszystko jest tutaj ostatnio w porząd-ku? – Mężczyzna puścił ostatnią uwagę mimo uszu i podjął marsz za ruszającym ponownie w drogę towarzyszem. - Tutaj nic nigdy nie było normalne, chyba przywy-kłem. - Zastanów się, nie wiem jak u ciebie, ale ja, do dzi-siaj, nie widziałem szczura od prawie roku. - U mnie też coś koło tego, ten był miłą odmianą. - I w ogóle cię to nie dziwi? - Mam to gdzieś, pewnie wreszcie nauczyli się tutaj nie włazić. - Tak z dnia na dzień? – Jose z ulgą przyjął wyraźne spowolnienie tempa narzucanego przez Iana. – Najpierw przychodzili po kilka razy w tygodniu i nagle ot tak przesta-li? - Słuchaj, ja nie lubię zadawać sobie takich pytań, może powinieneś zadać je swojemu panu. Ja mam w dupie czy przyłażą szczury, czy nie. Mam w dupie czyjego szajsu tutaj pilnujemy i po co ktoś się tym jeszcze w ogóle mógłby interesować. Mam w dupie to wszystko, a już w szczególno-ści twoje rozterki i wątpliwości. Nie narzekam, dopóki nikt nie wchodzi mi w drogę i nie próbuje mnie wydymać, cho-ciaż ty ostatnio podpadasz akurat pod oba paragrafy, Padre. Szczurołap 12 - Kiedy był ostatni transport? – Po kolejnych kilkuna-stu minutach marszu, kulejący szczurołap musiał na chwilę przystanąć. - Z roku temu… - I to ciebie też nie dziwi? Co, to też masz w dupie? Dostawy kiedyś były co miesiąc, potem raz na kwartał, raz na pół roku, a od ponad dwunastu miesięcy nie zajrzał tu prom żadnego korpa? Wszystko gra?! - Nie powiem, trochę to wydawało mi się dziwne, ale wiesz co mówią, w tym całym burdelu tam na górze, może po prostu nie mają głowy myśleć o takich starych próchnach jak my. Zresztą nie wmówisz mi, że sam nie korzystasz z chwilowego braku kontroli. - Tego nie powiedziałem – Jose pociągnął łyk z ma-nierki i wznowił nierówny marsz. – Martwi mnie jednak kwestia zaopatrzenia. Paliwo, gaz, dobre żarcie zamiast su-szonej gadziny. Pomijam już amunicję i materiały wybu-chowe… - I oczywiście gorzałę… - Wiesz o co chodzi. Na ile ci jeszcze zostało? Mie-siąc? Kwartał? - Lepiej za bardzo się nie interesuj! – Ian łypnął po-dejrzliwie okiem w stronę kuśtykającego obok towarzysza. – Moja sprawa i nic ci do tego. Po to do mnie lazłeś? Chciałeś pożyczyć, czy ukraść? - Chciałem iść do Miasteczka! Sam nie dałbym rady, a zwołanie całej reszty nie wchodziło w grę… - Właśnie, dlaczego to akurat mnie upatrzyłeś sobie na wspólnika? Wiesz dobrze, że nie pałam do ciebie specjalną sympatią. - We dwójkę łatwiej przejść przez Szczurzy Kanion. Szczurołap 13 - Gówno prawda, gdybyśmy się tam pojawili choćby we czwórkę, to Szczury zaszyłyby się w najgłębszych no-rach, byle tylko nie wchodzić nam w drogę – Szczurołap za-trzymał się i wlepił badawczy wzrok w pociągłą twarz towa-rzysza. – Mów do cholery, albo cię tu zostawiam! - Reszcie pewnie też brakuje zapasów… Moglibyśmy im potem odsprzedać… - Jose uśmiechnął się nieśmiało, na moment przywracając swojej pociągłej twarzy jej dawny, czarujący wyraz. - Coś mi się właśnie tak wydawało – McKnight w wil-czym uśmiechu obnażył, o dziwo, komplet pożółkłych zę-bów. – No to teraz możemy pogadać. 2. Ulokowany po środku jego parceli, dom Iana McKni-ghta oferował swojemu właścicielowi wszystko, czego ten potrzebował do szczęścia. Ot, cztery ściany z w miarę pro-stych kompozytowych paneli, dach z blachy falistej, studnia, niewielki spalinowy agregat oraz sporo wygrzebanych na wysypisku gratów pozwalało szczurołapowi żyć skromnie i w miarę wygodnie. Oczywiście, poza sporadycznymi wizytami innych szczurołapów, Ian nie przewidywał, że w jego domu miesz-kać będzie ktoś jeszcze. Podczas swojej rekonwalescencji, Ojciec Jose Ruiz zmuszony był spać na rozłożonym w kącie posłaniu, podczas gdy gospodarz bez skrępowania wylegi-wał się na swojej szerokiej pryczy. Czwartego ranka od powrotu z wysypiska, Ian wstał w jeszcze gorszym nastroju niż zwykle. Poirytowany czymś mężczyzna, nie zwracając uwagi na pytające spojrzenie sie- Szczurołap 14 dzącego na krześle współlokatora, rozpoczął systematyczne sprawdzanie stanów swoich zapasów. Nieustannie klnąc pod nosem, Ian najpierw przeliczył pozostałą mu amunicję, na-stępnie odłożył na bok dwa pełne zbiorniki z paliwem i za-brał się za butle z gazem. Jedna po drugiej, okrągłe bańki lądowały za drzwiami domu, po tym jak ich właściciel każdą z nich mocno potrząsnął i przyłożywszy do ich powierzchni ucho, ocenił ich zawartość. Nie wyglądało to dobrze. Niecałe pięćdziesiąt litrów paliwa i drugie tyle gazu. Amunicja do garłacza, nie stano-wiła problemu, gdyż tą mógł samodzielnie wykonać Louis. Gorzej miała się sprawa z nabojami do pistoletu – nawet dla czterostrzałowego Komodo, dwadzieścia sztuk było ilością zdecydowanie niedostateczną. - Co się tak dzisiaj ciskasz? – Ruiz w końcu zaryzy-kował nieśmiałe pytanie. - Lepiej mnie już bardziej nie wkurzaj! To wszystko twoja wina! – Nie przestając ryć w swoich gratach odwark-nął Ian. - Że kończą ci się zapasy?! - Nie, że zacząłem się nad tym zastanawiać! – Drugi szczurołap wydawał się w końcu pogodzić z losem i usiadł na swojej pryczy. - Wygodniej było myśleć, że martwić się będę potem… Kurwa, faktycznie długo już nie pociągnę. Pieprzę, żreć mogę suszoną gadzinę, bez tego zbytku też się obejdę – Ian wskazał palcem dyndającą pod sufitem żarów-kę. – Gorzej z amunicją, materiałami wybuchowymi i lekar-stwami. Skoro już o tym mowa, jak twój kulas? - Już prawie nie boli. Czy to znaczy, że w to wcho-dzisz? Jeżeli chodzi o mnie, to możemy ruszać do Miastecz-ka choćby jutro. Szczurołap 15 - Po pierwsze, nie ma mowy. Jak mi zaczniesz puch-nąć po środku Kanionu, to już tam zostaniemy na zawsze. Jeszcze kilka dni, tak żeby się upewnić, że dasz radę. – Ian nie wspomniał już o obciążającym rachunek gościa koszcie kolejnych dni rekonwalescencji. - Po drugie..? - Do spółki bierzemy Rubena. Bez dyskusji – Szczuro-łap kategorycznym gestem dłoni uciął wszelkie ewentualne sprzeciwy. – Nie mam zamiaru tego majdanu dźwigać sa-memu, myślę, że nasz grubasek i Milo będą warci swojego udziału. A poza tym, wybacz Padre, ale w przeciwieństwie do ciebie, jemu akurat ufam. - Nie sądzę, żeby chciało mu się ruszyć tyłek tak da-leko… - Kaznodzieja spróbował z innej strony, odruchowo przywołując swój niemal chłopięcy uśmiech. - Pomijając już pieniądze, nie szkoda ci czasu na błąkanie się po Złomowi-sku? - Zachowaj swoje sztuczki dla kurew z Miasteczka, klecho! Może na nie one działają, ale mnie nie tak łatwo wydymać. Znam cię wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że coś kręcisz! Rozmowa jeszcze bardziej pogorszyła humor gospoda-rza, który bez tego był już i tak dość podły. Ian nie mówiąc nic więcej, wyszedł z pomieszczenia, gdzie, sądząc po hała-sach i przekleństwach dobiegających uszu Jose przez kolejne minuty, zabrał się za inwentaryzację dobytku zgromadzone-go na zewnątrz domu. xxxx Szczurołap 16 Ruben przetarł spocone czoło chusteczką i rzuciwszy przepraszające spojrzenie czwórce siedzących przy stole mężczyzn, złożył karty na stole. - Pas chłopaki, coś mi dzisiaj karta nie idzie. – To powiedziawszy, pulchna dłoń ciemnoskórego szczurołapa uniosła szklankę do jego równie wydatnych ust. - Mądra decyzja, głupio byłoby, gdybyś we własnym domu został tylko w skarpetkach, zwłaszcza w obecności damy. – Samemu spasowawszy chwilę wcześniej, Louis po-słał szczerbaty uśmiech w stronę kobiety siedzącej w kącie pomieszczenia. Ta, nie przerywając lektury czytanej po raz tysięczny książki, skwitowała tę uwagę obojętnym wzrusze-niem ramion. - Doc, ślina kapie ci do szklanki. – Siedzący naprze-ciwko Eldon, mąż Linn prawdopodobnie jedynej na Jerychu kobiety-szczurołapa, z rezygnacją cisnął karty na stół. – Pas, kończmy z tym, mów co masz Dorian, bo to się już robi nudnawe. Zagadnięty mężczyzna podrapał się po siwych, prze-tłuszczonych włosach i przez chwilę z uwagą wpatrywał się w trzymane blisko przed nosem karty. Komicznie powięk-szone przez grube denka okularów, oczy szczurołapa przez chwilę wodziły pomiędzy poszczególnymi kartami, by w końcu spocząć na jednej z nich. Powoli, kościste palce sta-rego mężczyzny położyły na środku stołu asa kier, budząc tym samym zdumione spojrzenia pozostałych graczy. - Makao! – Dorian cmoknął z zachwytem, próbując jednocześnie rozszyfrować utkwione w nim spojrzenia towa-rzyszy. - Nie no, pierdolę taką grę! – Louis z rezygnacją wstał od stołu i przypaliwszy skręta podszedł do siedzącej w kącie Szczurołap 17 kobiety. Po chwili dołączył do niego równie rozczarowany Eldon. - Wygrał, wygrał?! – Olbrzymi, młody mężczyzna, który dotychczas siedział na podłodze i gładził wyliniały łeb leżącego obok psa, podniósł tępy wzrok na siedzącego przy stole Rubena. - Nie Milo… - Kurwa mać, Dorian, do jasnej cholery, dzisiaj gramy w pokera! Po-ke-ra! W pieprzone makao graliśmy poprzed-nim razem! – Louis wrócił do stołu i pochylił się nad wciąż nic nierozumiejącym starym szczurołapem. - Poker? Hej chłopaki, trzeba było mówić od razu! Ile na wejście? - Chce się komuś jeszcze w ogóle grać? Poza tobą Do-rian. – Między słowami, Ruben łapczywie dopił resztki wo-dy ze stojącej przed nim szklanki. – Ja mam już chyba na dzisiaj dość. – Mężczyzna wstał z krzesła i z ulgą posadził swoje ciało na jednym z dwóch znajdujących się w pomiesz-czeniu foteli. - Wcześnie jest, idziemy już spać, czy posiedzimy jeszcze trochę? – Linn wstała ze swojego siedziska i rozło-żyła na podłodze zwinięte pod ścianą posłanie. - Idiotyzm, szliśmy tu wszyscy taki kawał drogi, by teraz… - Eldon nie dokończył. Również wzrok pozostałych szczurołapów padł na leżącego dotychczas bez ruchu psa. Dolar, niemal zupełnie już ślepy ze starości pies Linn, uniósł swój siwy łeb w stronę drzwi i cicho warknął, obna-żając ostrzegawczo resztki żółtych kłów. Rekcja szczuroła-pów była natychmiastowa. Nie wiadomo skąd, w rękach wszystkich zgromadzonych w pomieszczeniu ludzi pojawiła się broń. Nawet niedowidzący Dorian, rozumiejąc, że coś Szczurołap 18 jest nie tak, wyszarpnął spod krzesła wielką strzelbę i wy-mierzył ją w stronę wejścia do domu. Beztroska atmosfera ulotniła się bezpowrotnie, zastąpiona przez pełne napięcia oczekiwanie gotowych na wszystko szczurołapów. Ruben posłał porozumiewawcze spojrzenie Milo, któ-ry w skupieniu skinął głową i ściskając w ręku olbrzymi ta-sak, zaczął skradać się do drzwi. Zapadłą w domu ciszę przerwał dopiero dźwięk ciężkich kroków na zewnątrz i zna-joma sekwencja uderzeń w drzwi. - Hej grubasie, nie wpuścisz starego kumpla? – Głos dobiegający z zewnątrz początkowo odrobinę wszystkich uspokoił, jednak po chwili mężczyźni zaczęli wymieniać ze sobą porozumiewawcze spojrzenia, wymownie przy tym ge-stykulując. - Nie wiem, ja mu nic nie mówiłem! – Szepnął wście-kle Ruben, podchodząc do ściany, na której znajdował się detonator wmontowanej w drzwi miny. Mężczyzna z wyraź-nym oporem przekręcił dużą czerwoną gałkę i odwrócił się w kierunku drzwi. – Cześć Ian, możesz już wejść. – Słowom szczurołapa zawtórowało zrezygnowane kręcenie głów po-zostałych gości. Dobrze naoliwione drzwi uchyliły się wpuszczając do środka mdłe światło kończącego się już powoli dnia oraz dobrze znajomego wszystkim człowieka. W drzwiach stanął ubrany w solidną kurtkę z utwardzanej skóry i spodnie z te-go samego materiału, wysoki, mocno zbudowany i trzymają-cy się zaskakująco prosto, jak na szczurołapa, mężczyzna. Oprócz pewnego siebie uśmieszku błąkającego się po wą-skich, okolonych niechlujną bródką ustach gościa, najwięk-szą uwagę przykuwała jego prawa dłoń. Lśniący korpus cy-bernetycznej protezy niknął w rękawie kurtki, której niena- Szczurołap 19 turalna masywność i kanciastość sugerowała, że sztuczna kończyna sięga aż do barku mężczyzny. Kroki ciężkich, sięgających połowy łydki Iana butów, zadudniły ponuro we wciąż panującej w pomieszczeniu ci-szy. - Cholera, jesteście tu wszyscy? Co jest grane? Ktoś znowu umarł? – Spojrzenie czarnych jak węgiel oczu gościa prześlizgnęło się po twarzach zebranych w domu ludzi, by niespodziewanie paść na leżące na stole karty. - Co to ma do diabła znaczyć? Gracie beze mnie? xxxx - Ian, już się tak nie wściekaj. Po prostu… - Po prostu mnie olaliście! Cholera, kundel i przygłup są w porządku, ale ze maną coś nie gra?! – Szczurołap cho-dził wzdłuż pokoju i przez zęby cedził wściekłe słowa, co jakiś czas zaszczycając Rubena złym spojrzeniem. - Siadaj McKnight i nie strój już fochów. – Na zachętę Louis postawił na stole hojnie nalaną szklankę. - Myślisz, że gorzała… A właśnie, gdzie on się szla-ja… - Poirytowany szczurołap spojrzał w stronę wejścia do domu. - Padre!!! Ruszaj swój cwany tyłek i pakuj się tutaj, zobacz kto tu na nas czekał! Ostatnie słowa Iana jeszcze bardziej podkopały na-strój pozostałych szczurołapów. Ruben pokręcił z rezygnacją głową, podczas gdy Louis wrócił do barku i nalał jeszcze jedną porcję dla kolejnego, niespodziewanego gościa. Na pojawienie się w drzwiach drobnej sylwetki księdza, tylko Linn zareagowała lekkim uśmiechem. Ponaglany warknię-ciem Iana, Jose wszedł do środka, nieśmiało skinął wszyst- Szczurołap 20 kim na powitanie i stanął pod najbliższą ścianą, wlepiając wzrok w podłogę. McKnight skwitował dziwne zachowanie Jose kilku-krotnym skinieniem głowy i zgarniając podstawioną mu szklankę wrócił do krążenia po pokoju. - Ruben, myślałem, że jesteśmy kumplami, po kim jak po kim, ale po tobie się tego nie spodziewałem. No dobra, po Dorianie też. - Myślałem, że jesteś chory. Tak mi powiedzieli! – Drżącym z emocji głosem usprawiedliwił się starzec. - Nie, Dor, powiedzieliśmy, że musielibyśmy być cho-rzy, żeby tych dwóch tu zapraszać. – Louis chyba jako jedy-ny nie wydawał się przejęty niespodziewanym najściem. - Ładnie… - Ian zatrzymał się przy Milo, który po-nownie wrócił do zabawy z psem. – Z drogi głąbie! – Trąco-ny czubkiem buta olbrzym spojrzał z wyrzutem na szczuro-łapa, po czym niechętnie usunął się z przejścia. - Kurwa, Ian! Mówiłem ci żebyś tak nie robił! On nic nie rozumie, zostaw go! – Ruben zaoponował, widząc, że McKnight bierze kolejny zamach. – Dotknij go jeszcze raz, a przysięgam, że odstrzelę ci ten twój wredny łeb! – Tym ra-zem jego słowa odniosły skutek, głównie za sprawą rewol-weru, który otyły szczurołap wycelował w głowę nieproszo-nego gościa. – Siadaj na dupie i pogadamy. Ty też Jose! - Aleś ty dzisiaj stanowczy, poziom cukru ci spadł? - Już! - Dobra, dobra. – Obaj goście z ociąganiem usiedli przy stole i chętnie sięgnęli po podstawione im przez Louisa szklanki. – Jak karta? Szczurołap 21 - Do dupy. Posłuchaj Ian, wspólnie zadecydowaliśmy, że przez jakiś czas będziemy grać bez was. Zrozum sami sobie jesteście winni. - My? Niby co takiego ja wam zrobiłem? Bo co do klechy, to, że kantuje wiedziałem już od dawna... - Ian, do jasnej cholery, obaj oszukujecie. Za każdym razem jest to samo. Ostatnio nawet nie chciało ci się wcią-gnąć wszystkich asów z talii i jak już poszedłeś, doliczyłem się ich siedmiu! Siedmiu Ian! Przyznasz chyba, że to trochę za dużo, nie? Ojczulek też nie jest lepszy, ale to już wszyscy wiemy. – Wspomniany przez Rubena szczurołap, na dźwięk tych słów spróbował zrobić się jeszcze mniejszy. – Cieszę się, że cię widzę, ale przestań już robić sceny i lepiej po-wiedz, co was tu sprowadza. - Nie domyślasz się Ruby? Księżulo przyplątał się do mnie w zeszłym miesiącu, by złożyć mi pewną ciekawą pro-pozycję. – Louis zmarszczył krzaczaste brwi i posłał Jose krzywy uśmiech. - Cholera, u mnie był w zeszłym tygodniu. Eldon? - Jakieś dwa miesiące temu. Posłałem go do diabła. - U mnie nie był… - Z wyraźnym rozczarowaniem wtrącił Dorian. - Wcale się nie dziwię. – Louis wciąż miał staremu szczurołapowi za złe ostatnią partię pokera. – No, ale widzę, że w końcu znalazł frajera. Bez obrazy, McKnight. - Daruj sobie. – Przysłuchując się tej potwierdzającej jego podejrzenia wymianie zdań, Ian zmierzył Jose złym spojrzeniem. – Oj Padre, ładnie to tak? Wiedziałem, że nie jesteś ze mną do końca szczery. Szczurołap 22 - Czy to coś zmienia? Fakt, byłem u nich, ale co z te-go? – Ruiz najwyraźniej zaczął odzyskiwać rezon. – Ty zgo-dziłeś się na moje warunki, ja na wzięcie do spółki Rubena. - Skoro ja kazałem ci się wypchać, co każe ci teraz sądzić, że jemu nie odmówię? – Ruben schował rewolwer do kabury ukrytej pod kwiecistą koszulą. – Przykro mi chłopa-ki, ale sądzę, że nici z waszego małego przedsięwzięcia. - Gruby ma rację klecho. Jednak nadał uważam, że warto pójść do Miasteczka, chociażby po to by uzupełnić zapasy i trochę popytać. Chyba, że radio Doriana w końcu zaczęło działać. - Gdzie tam – Najstarszy z mężczyzn pokiwał smutno głową. – Teoretycznie wszystko zrobiłem według instrukcji, ale ciągle coś jest nie tak. - Znając ciebie, to zapomniałeś połączyć je do prądu. - Ostrzegam cię, Doc! – Głos starca momentalnie stwardniał. – Jeszcze jeden taki tekst, a śrut z dupy będziesz wyciągał przez następny kwartał! - Nie trafiłbyś tym w drzwi od hangaru! Dawaj kreci-ku! - Wy dwaj, zamknijcie się już! – O dziwo, ostrzegaw-cze warknięcie Iana błyskawicznie ostudziło emocje obu mężczyzn. – Chyba umyka nam sedno dyskusji. Nie wiem jak wam, ale mi zapasy na długo już nie starczą. Zamiast czekać w nieskończoność na transport od korpów, wolę na razie uzupełnić je we własnym zakresie, a przy okazji zasię-gnąć języka. Kto idzie z nami do Miasteczka? - Pierdolę, ja idę! – Dorian wyrwał się pierwszy, chcąc widocznie udowodnić swoją wartość w oczach pozo-stałych szczurołapów. – Co ty na to gówniarzu?
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Szczurołap
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: