Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00351 019235 14455726 na godz. na dobę w sumie
Szkoła uczuć  - ebook/pdf
Szkoła uczuć - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 153
Wydawca: Harlequin Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-238-8341-8 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Beth Maple jest ostrożną, konwencjonalną nauczycielką. Bardzo troszczy się o uczniów, ma wymuskany mały dom z ogródkiem i zadbanego starego garbusa. Pewnego dnia na progu jej klasy pojawia się Ben Anderson, zastępczy ojciec jednego z jej wychowanków. Zaskoczona Beth odkrywa, że jest nim zafascynowana! Szybko jednak dochodzi do wniosku, że pewny siebie, przystojny Ben to dla niej stanowczo zbyt duże wyzwanie. A jednak dopiero przy nim czuje, że naprawdę żyje...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Cara Colter Szko(cid:322)a uczu(cid:263) Cara Colter Szkoła uczuć Tłumaczyła Agnieszka Myśliwy Tytuł oryginału: Miss Maple and the Playboy Pierwsze wydanie: Harlequin Romance, 2009 Redaktor serii: Ewa Godycka Opracowanie redakcyjne: Ewa Godycka Korekta: Urszula Gołębiewska ã 2009 by Cara Colter ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2011 Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Romans są zastrzeżone. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa ISBN 978-83-238-8341-8 ROMANS – 1068 ROZDZIAŁ PIERWSZY – Twoje życie jest do bani. Ben Anderson otworzył usta, by zaprotestować, ale zaraz je zamknął. Przez chwilę rozmyślał nad tym stwierdzeniem i doszedł do wniosku, że nie moż- na mu jednak odmówić trafności. Oczywiście praw- dziwość tych słów ściśle wiązała się z faktem, że został opiekunem ich autora, swojego jedenastolet- niego siostrzeńca, Kyle’a. Sprawował tę funkcję od dziesięciu dni i był to zdecydowanie najbardziej ponury okres jego życia, co było dosyć wymowne, jeśli wziąć pod uwagę, że spędził kilka lat w piechocie morskiej i brał u- dział w ośmiomiesięcznej misji w kraju piasku, krwi i zdrad. Tam przynajmniej obowiązywały procedury i re- guły. Sprawowanie opieki nad Kyle’em było nato- miast jak zrzut nad obcym krajem bez wsparcia, map i ze szczątkową znajomością obowiązującego języka. Mówił już Kyle’owi, na przykład, że ma dość wyrażenia: ,,twoje życie jest do bani’’ czy też za każdym razem po prostu puszczał je mimo uszu? W zamyśleniu przyglądał się leżącej przed nim 6 Cara Colter kopercie. Zaadresowano ją na nazwisko pana Bena Andersona, a dopisek w nawiasie precyzował, że chodzi o ,,opiekuna prawnego Kyle’a’’, jakby Ben miał zamiar się od tego wykręcić. Charakter pisma był schludny i sztywny, co wiele mówiło o jego właś- cicielce i potwierdzało to, co na jej temat w ciągu tych dziesięciu dni opowiedział mu Kyle. Panna Maple, nowa nauczycielka w nowej szkole Kyle’a, była stara. I wredna. Nie mówiąc już o tym, że nadzwyczaj brzydka. Była również niesprawiedliwa, miała piskliwy głos i stanowiła kobiecą inkarnację Dżyngis-chana. Kyle wiedział na temat Dżyngis-chana zaskaku- jąco dużo. Poinformował go między innymi, że je- dna czwarta świata ma w sobie jego krew. Jego głos był pełen nadziei, ale Ben naprawdę wątpił, by jego rudowłosy piegowaty siostrzeniec należał do tego odsetka. Ben odwrócił kopertę, szukając wskazówek. – Dlaczego panna Maple do mnie napisała? – za- pytał chłopca, nie otwierając listu. – Chce się z tobą zobaczyć – odparł Kyle. – Two- je życie jest do bani – powtórzył, a potem wyma- szerował z kuchni wuja, jakby ta sprawa w ogóle go nie dotyczyła. Ben pomyślał, że odpowiedzialnie byłoby naka- zać siostrzeńcowi powrót i przedyskutować kwestię ulubionego przez chłopca zwrotu. Dotychczas jed- nak nigdy nie był za nikogo odpowiedzialny i na- prawdę nie wiedział, jak postępować z Kyle’em. Chłopak miał nonszalancki twardy wzrok ulicz- nika, pod którym kryły się jednak niezmierzone po- kłady kruchości, które kazały się Benowi zastano- Szkoła uczuć 7 wić, czy wojskowe podejście byłoby w tym przy- padku pożyteczne, czy poczyniłoby raczej jeszcze więcej szkód. A Bóg jeden wie, że tych ostatnich akurat więcej nie potrzebują. Prawda była taka, że jeśli czyjekol- wiek życie było do bani, to właśnie życie Kyle’a O. Andersona. Rodzice Bena zginęli w wypadku samochodo- wym, gdy Ben miał siedemnaście lat. Był za stary na to, aby wchłonął go system, ale zbyt młody, aby zająć się swoją o trzy lata młodszą siostrą. On trafił do piechoty morskiej, Carly do rodziny zastępczej. Ben miał więcej szczęścia. W wieku lat piętnastu Carly była już przepełniona bólem i poczuciem zdrady, gdy skończyła szesnaś- cie lat, zaczęła szaleć, a rok później zaszła w ciążę, co nie uleczyło ani bólu, ani szaleństwa. Ciągała Kyle’a za sobą od jednego nieudanego związku do drugiego, mieszkali zazwyczaj w podej- rzanych dzielnicach. Gdy Ben był za granicą, przez jakiś czas byli oboje nawet bezdomni. Po powrocie Ben próbował im pomóc, ale Carly go odpychała. Postrzegała zaciągnięcie się brata i jego wyjazd jak zdradę, i nigdy mu tego nie wybaczyła. Teraz jednak miała lat dwadzieścia osiem i umie- rała. A Ben stanął przed trudnym wyborem. Gdyby nie Carly, jego życie byłoby bliskie ideału. Miał swoją firmę – znalazł niszę na rynku i zajął się stawianiem dobudówek na terenach ekskluzywnych posesji ota- czających Morehaven w stanie Nowy Jork. Rok wcześniej zainwestował we własny dom w Cranberry Corners, miasteczku, które znacznie 8 Cara Colter przyczyniło się do rozwoju jego przedsiębiorstwa i było oddalone o trzydzieści minut drogi od cieszą- cego się złą sławą centrum Morehaven, które Kyle i Carly nazywali domem. Ben specjalizował się w projektowaniu i stawia- niu stałych konstrukcji, takich jak tarasy, patia, gril- le i zewnętrzne kuchnie, dzięki którym podwórka Cranberry Corners zyskiwały status superstylo- wych. Była to piekielnie ciężka praca, co odpowia- dało Benowi – zazwyczaj rozpierała go energia i chciał zachować formę. Sukces firmy przerósł jed- nak jego najśmielsze oczekiwania. Ben miał także paczkę kumpli, którzy tak jak on cieszyli się sukcesami zawodowymi oraz statusem singla. Miałby teraz z tego zrezygnować i wziąć do sie- bie Kyle’a O. Andersona ze wszystkimi jego prob- lemami? Alternatywą było pozostawienie chłopca w tym samym systemie, który zniszczył Carly. Ben uważał się za typowego samca, egoistycz- nego, nieczułego i płytkiego – z czego był bardzo dumny, zdumiał więc samego siebie, gdy poczuł, że właściwie nie ma wyboru. Mężczyzna nie może uchylać się od powinności – a tym było dla niego wzięcie Kyle’a. Chłopak i jego matka w ogóle tego jednak nie doceniali. Ben otworzył przesyłkę od panny Maple. Z listu dowiedział się, że Kyle zachowuje się w klasie na- gannie i z tego powodu Ben powinien niezwłocznie pofatygować się do szkoły. Pomyślał, że jeśli panna Maple ma pomysł, jak poradzić sobie z zachowaniem Kyle’a, to on, Ben, Szkoła uczuć 9 powinien ten pomysł poprzeć całym sercem. Zupeł- nie nie wiedział, jak postępować z pyskatym, oprysk- liwym i agresywnym jedenastolatkiem, który do- świadczył tak wielu tragedii. W Kyle’u było tyle wrogości. Niestety, notka głosiła, że jego spotkanie z panną Maple rozpoczęło się piętnaście minut temu. – Kyle? – zawołał. Nie doczekał się odpowiedzi, ruszył więc koryta- rzem do pokoju chłopca. Przystanął na chwilę w pro- gu. Wcześniej pomieszczenie służyło mu jako do- mowa siłownia – zainstalował w nim nawet plazmo- wy telewizor i zestaw głośników. Teraz cały sprzęt był w piwnicy, tylko kino domowe zostało na miejs- cu, dla Kyle’a. Kyle leżał na nieposłanym łóżku. Ben kupił mu je z kompletem kowbojskiej pościeli, gdy potwierdziło się, że siostrzeniec zostanie z nim na dobre. Kyle spojrzał z ukosa na poszewki i stwierdził, że są dziecinne. Ben nie potrafił odmówić mu racji, gdy teraz patrzył na słuchawki, z których dobiegała po- nura muzyka z obcojęzycznym tekstem, i książkę, której tytuł był chyba po grecku. – Kiedy nauczycielka dała ci ten list? Kyle wzruszył ramionami z przerażającą obojęt- nością. – Nie dzisiaj? – odgadł Ben. – Nie dzisiaj. Ben spojrzał na zegarek i westchnął. – Idziemy zobaczyć się z panną Maple. Zbieraj się, jesteśmy spóźnieni. – Panna Maple nie toleruje opieszałości – powie- dział Kyle, ewidentnie przedrzeźniając piskliwy 10 Cara Colter głos nauczycielki. Wyraźnie był zadowolony z tego, że przysporzył Benowi kolejnych kłopotów. Ben czuł się jak wojownik idący na spotkanie z nieznanym, gdy podążał za Kyle’em korytarzami szkoły podstawowej Cranberry Corners. Czeka go bitwa czy rokowania? Zatrzymał się przed drzwiami, które wskazał mu Kyle, i zmarszczył brwi, gdy zajrzał do środka. Za biurkiem siedziała kobieta. Miękkie wrześniowe słońce opływało jej szczupłe ramiona. – To chyba nie jest panna Maple. Kyle zajrzał do sali. – To ona. Widok kobiety zupełnie Bena rozbroił, ponieważ okazało się, że nic z tego, co mówił mu Kyle, nie było prawdą. Panna Maple nie była brzydka i nie była stara. Ciekawe, czy okaże się wredna i czy ma piskliwy głos? W jej klasie Ben również dostrzegł coś rozbraja- jącego. W rogu stało ogromne drzewo z masy papie- rowej. Jego gałęzie sięgały sufitu i były obsypane kolorowymi liśćmi, na których umieszczono imiona uczniów. Na ścianach wisiały tablice pełne lśnią- cych gwiazd, rysunków i kopii niezłych obrazów. Była to przestrzeń naznaczona przez osobę, która kocha swoją pracę. Na podstawie opowieści Kyle’a wyobrażał sobie dotąd matecznik panny Maple jako miejsce ponure, przypominające więzienie. Pannę Maple również wyobrażał sobie inaczej. W rzeczywistości była bardzo młoda, nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia pięć lat. Była całkowi- cie skupiona na dokumentach leżących przed nią na biurku. Miała harmonijne rysy twarzy i śliczną cerę, Szkoła uczuć 11 lekko muśniętą słońcem, bez żadnych zmarszczek. Jej włosy, ściągnięte w koński ogon, miały dokład- nie taki sam ciemnozłoty kolor jak miód wielokwia- towy, który Ben trzymał w słoiku na górnej półce. Oczywiście to nie oznacza, że nie jest wredna. Ben znał mnóstwo ślicznych kobiet, które mimo to nie były miłe. Świadczyły o tym ich lśniące jak lód oczy. Gdy jednak panna Maple podniosła wzrok, do- słownie utonął w jej łagodnych źrenicach, otoczo- nych zdumiewającymi tęczówkami o barwie nefry- towo-miedzianej. W tych oczach nie ma ani odrobiny podłości, po- myślał i uśmiechnął się do niej swoim najlepszym, niefrasobliwym chłopięcym uśmiechem. Wtedy zaszło coś zdumiewającego. Panna Maple zmarszczyła brwi. Nie wyglądała wrednie, ale Ben zrozumiał nagle, dlaczego ta młoda dziewczyna mo- że onieśmielać jedenastolatka. – Witam – powiedziała. – Chyba pan zabłądził. Jej głos wcale nie był piskliwy. Brzmiał jak koś- cielne dzwonki w chłodny czysty poranek. Oparła się na krześle i skrzyżowała ramiona na piersi, jakby nagle uświadomiła sobie, że przecież jest całkiem sama w tej części budynku. Kobiety zazwyczaj się go nie bały, ale fakt, że panna Maple była tu o piątej po południu, oznaczał, że w jakimś sensie się ukrywa. Atmosfera, którą stworzyła w klasie, stanowi najlepszy dowód bra- ku prywatnego życia. Jak długo robi się takie drze- wo? Zapewne siedziała tu nad nim całe lato, zupeł- nie odcięta od świata! Jaka szkoda, pomyślał Ben, gdy zauważył jej 12 Cara Colter delikatnie zaokrągloną klatkę piersiową, choć zaraz przyszło mu do głowy, że to grzech – myśleć w taki sposób o nauczycielkach z podstawówki. Choć może to o zakonnicach nie należy myśleć w ten sposób? Tak zresztą panna Maple była ubrana – miała na sobie zapiętą pod szyję, nieskazitelnie białą bluzkę i niegustowny sweter w nieciekawym beżowym kolorze. Z chęcią zerknąłby na jej nogi, nagle zaintrygo- wany pytaniem, czy włożyła tego dnia spódnicę czy spodnie, ale biurko całkowicie zasłaniało mu widok. Wszedł dalej, pochylił się nad biurkiem i wyciąg- nął dłoń. Nie potrafił wymyślić, jak mógłby się wy- chylić jeszcze dalej, aby zobaczyć jej nogi, nie stra- sząc jej przy tym jeszcze bardziej, dlatego się przed tym powstrzymał. – Nazywam się Ben Anderson, jestem wujem Kyle’a. Z rozmysłem uśmiechnął się jeszcze radośniej, żałując w duchu, że nie przebrał się po pracy. Miał na sobie rozdarte na kolanie robocze spodnie i zwyk- ły podkoszulek z logo firmy na piersi. Panna Maple uścisnęła jego dłoń, ale się nie uśmiechnęła. Natychmiast wybił sobie z głowy po- mysł przytrzymania jej ręki odrobinę dłużej. Jej uścisk był chłodny i krótki. – Spóźnił się pan – odparła. – Już miałam wy- chodzić. Ben zapomniał nagle, że ma ponad metr osiem- dziesiąt wzrostu, i poczuł się jak skarcony uczniak. Kątem oka zauważył, że Kyle skulił ramiona, jakby spodziewał się ciosu. Poczuł, że nie ma serca, aby go obwiniać za nieprzekazanie mu notki. Szkoła uczuć 13 – Cóż – oznajmił z wdziękiem – wie pani. Życie. Najwyraźniej nie wiedziała. I wcale nie była nim oczarowana. – Kyle, może zejdziesz do biblioteki? Poprosi- łam panią Miller, aby zamówiła dla ciebie egzemp- larz ,,Historii Dżyngis-chana’’. Obiecała, że zostawi go na biurku. – Dla mnie? – pisnął Kyle, a zdumiony Ben obej- rzał się. Z twarzy chłopca opadła surowa maska, wyglądał, jakby miał się zaraz rozpłakać. Mały chłopiec, pomyślał Ben, który nie zaznał zbyt wiele uprzejmości w swoim krótkim życiu. Wiedział, że nauczycielka także spojrzała na Ky- le’a z troską i czułością, ale gdy odwróciła się z po- wrotem do niego, jej wzrok był ostrożny i chłodny. – Proszę usiąść, panie Anderson. Najwyraźniej dopiero po chwili panna Maple uświadomiła sobie, że w całej sali nie ma miejsca, na którym Ben mógłby usiąść. Ławki były za niskie, a ona zajmowała jedyne krzesło w odpowiednim rozmiarze. Oczarowany obserwował, jak na jej twarz wypły- wa rumieniec. Jeszcze raz się do niej uśmiechnął. Może to jedna z tych kobiet, którym podobają się prawdziwi mężczyźni, spoceni i umięśnieni? Na- piął ramię tylko odrobinę, aby sprawdzić, czy panna Maple to zauważy. Zauważyła. Jej twarz spurpurowiała, nagle za- częła przeglądać jakieś papiery na biurku. Zupełnie zapomniała, że prosiła go, aby usiadł. – Pana siostrzeniec sprawia pewne problemy, panie Anderson – oświadczyła pospiesznie, wiercąc się nerwowo, aby uniknąć patrzenia na jego mięśnie. 14 Cara Colter – Ben – podpowiedział jej, mając nadzieję, że ona odwdzięczy się tym samym. Jednak nie. Zamiast tego przestała przerzucać pa- piery i zacisnęła usta w wąską kreskę, jednocześnie mierząc go surowym spojrzeniem. Nieco zepsuła efekt, zakładając za ucho zabłąkany kosmyk wło- sów. Bena nagle poraziła myśl, że chciałby ją pocało- wać. Nie był pewien, dlaczego. Może by dotrzeć do pokładów kobiecości, które na pewno panna Maple skrywała pod schludnym ubraniem oraz karcącym wzrokiem? Była zupełnie inna niż kobiety, które zazwyczaj go pociągały, i nie wątpił, że ona z kolei nie gustuje w facetach takich jak on. Randka z panną Maple na pewno nie zakończyła- by się w jacuzzi na jej podwórku. A czy ona w ogóle ma jacuzzi?! Przyglądał się jej uważnie, próbując odgadnąć, czym zajmuje się po szkole. Pewnie robótkami ręcz- nymi. Może obserwuje ptaki. Na pewno dużo czyta. Nie, ta kobieta zdecydowanie nie jest w jego ty- pie. I zapewne dlatego tak go zaintrygowała. Nie był pewien, kiedy dokładnie znudził mu się jego ,,typ’’, do którego kwalifikowało się wiele kobiet – wyrafi- nowane absolwentki, imprezowiczki, doświadczone rozwódki, nielubiące zobowiązań i bardzo niezależ- ne karierowiczki. Żadna z nich już od dawna go nie ciekawiła. Na początku nikt tego nie zauważał, ale od jakiegoś czasu kumple z niepokojem śledzili jego samotne powroty do domu. Skromna nauczycielka stanowiła dla niego wy- Szkoła uczuć 15 zwanie. A może po prostu szukał czegoś, co odwróci jego uwagę od własnego życia ,,do bani’’? Niezależnie od przyczyn, miał teraz ukryty mo- tyw, który sprawiał, że niezmiernie trudno było mu skupić się na słowach panny Maple. Kontrakt, który Kyle ma podpisać. Wykaz celów, wyzwań i nagród. – Panie Anderson – powiedziała, ignorując jego propozycję, aby mówiła mu po imieniu. – Pana sios- trzeniec ma fatalne wyniki testów. Nie odrabia za- dań domowych i nie bierze aktywnego udziału w lek- cjach. Podejrzewam jednak, że czyta ze zrozumie- niem na poziomie liceum. Jeśli wdrożę ten plan dla niego, będzie to wymagać z mojej strony ogromnej ilości pracy i zaangażowania. Muszę mieć pewność, że będzie mnie pan wspierał w domu i że jest pan gotów poświęcić taką samą ilość czasu i wysiłku. Ben żył na świecie wystarczająco długo, aby wie- dzieć, że należy unikać kobiet, które szafują słowa- mi typu ,,zaangażowanie’’. Szybko jednak zapomniał o rozsądku. – Może omówimy ten plan podczas kolacji? Jego propozycja w ogóle nie wywarła na niej wra- żenia. Wręcz przeciwnie – panna Maple wyglądała na zirytowaną. On też poczuł irytację. Nie tak zazwyczaj reago- wały kobiety, gdy zapraszał je na kolację. Na pewno próbowała zachowywać się profesjo- nalnie, narzucała dystans po tym, jak przyłapał ją na wpatrywaniu się w jego naprężone mięśnie. Wcale nie była taka odporna, na jaką pozowała. – Nie chodzę na kolacje z rodzicami uczniów – odparła uszczypliwie.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Szkoła uczuć
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: