Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00378 005830 14493082 na godz. na dobę w sumie
Sztuka zapisywania serwetek - ebook/pdf
Sztuka zapisywania serwetek - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 100
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-4066-8 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> opowiadania
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Czy można oprzeć się hipnotyzujacemu działaniu tajemniczej książki?
Kim jest kobieta, wędrująca przez pustkowia z siedmioletnim synem?
Czy ten pan pozostaje pod ciągłą opieką lekarza?
Co w AT robią lizanki dr. Purra?
Czy Jaśko pokona krwiożerczą bestię (i zdobędzie rękę księżniczki)?
Odpowiedzi na te pytania nie znajdziesz w encyklopediach i internecie. Są zapisane na serwetkach.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Jacek Riter Sztuka zapisywania serwetek © Copyright by Jacek Riter Projekt okładki i zdjęcie na okładce: Jacek Riter ISBN 978-83-272-4066-8 www.jackariteratura.blogspot.com Uwagi i komentarze proszę kierować na adres: jacek.riter@wp.eu Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora . Na serwetkach swoje miejsce znaleźli: Pogrzebany Matka … i nie ma Wacka Psycho-urzędnik Usterka Ukłony dla: Czapka z głowy dla: Ciebie, Czytelniku - za to, że zechciałeś odwiedzić jackowy świat - Izy – za zapoznanie się z matką i interwencję w jej sprawie - Wywrotowych Opiekunów i Czytelników – za cenne uwagi pod adresem Wacława oraz „Pogrzebanego” Myszce i Żabkowi, z podziękowaniem za każdą chwilę Pogrzebany Prawie mu się udało. Brakowało dosłownie ułamka sekundy i nie zauważyłby jej na wystawie. Później, zabrakło mu również silnej woli, która wewnętrznym głosem powiedziałaby mu: „Idź dalej. Nie oglądaj się za siebie”, zwyciężając tym samym nie- odpartą chęć potwierdzenia przypuszczenia, że to, co dostrzegł kątem oka, faktycz- nie jest egzemplarzem Pogrzebanego Francesco Moglinianiego. Całkowicie podda- jąc się pragnieniu zaspokojenia ciekawości, z zapartym tchem odwrócił głowę w stro- nę księgarnianej szyby wystawowej i od razu rozpoznał znajomą, niebiesko- czerwona obwolutę. - Pagina Nora, Neapol – szepnął do siebie. – Rok wydania 2004 lub 2008. Wydanie trzecie lub czwarte. – Doskonale wiedział, że po okładce nie jest w stanie ocenić, z którym z dwóch neapolitańskich wydań ma do czynienia. Za pierwsze, utrzymane w szarej tonacji, drukowane na kiepskiej jakości papierze, odpowiadała mała mediolańska drukarnia, która upadła na początku 1991 roku, niespełna sześć miesięcy po wypuszczeniu na rynek 5 tysięcy sztuk Pogrzebanego. Nie śmiał twier- dzić, że to ten tytuł wpędził przedsiębiorstwo do grobu, ale ze zgromadzonych przez niego strzępków informacji jasno wynikało, że sprzedaż zaledwie dwustu egzempla- rzy stała się gwoździem do trumny od jakiegoś czasu kiepsko prosperującej rodzinnej firmy. Za przygotowanie drugiego wydania, nie bacząc na marny los poprzedniczki, zabrała się w roku 1998 przykościelna oficyna ze stolicy. Grupa literackich zapaleń- ców, skupiona wokół ojca Velsempio, duszpasterza z Bazyliki Santo Spirito in Sassia, a prywatnie miłośnika dobrej, lecz nieznanej szerszemu gronu literatury, odkryła dzie- ło Moglinianiego podczas jednego z coniedzielnych politurgicznych spotkań przyko- ścielnego Kółka Czytelniczego. Tajemnicza powieść, o której nikt z parafian- bibliofilów wcześniej nie słyszał, tak zainteresowała kleryka, że zaczął zabiegać o to, by opisana w niej historia ujrzała światło dzienne, mimo że sam nigdy nie przeczytał choćby jednej jej stronicy. W tydzień po tym, jak z balkonu Bazyliki św. Piotra popły- nęło w świat papieskie błogosławieństwo noworoczne, w położonej nieopodal dru- karni Oficyny Sanktuarium Miłosierdzia Bożego przyszło na świat 11 tysięcy zielo- nych woluminów opatrzonych godłem Oficyny i nazwiskiem autora. Według niepo- twierdzonych źródeł około 7 tysięcy z nich wciąż zalegało w magazynie mieszczącym się w piwnicach bazyliki. Z tą niezbyt szczęśliwą historią drugiego wydania zapoznał go osobiście ojciec Velsempio, choć przekonanie kanonika do uchylenia choćby rąb- ka tajemnicy zajęło mu dobrych kilka miesięcy. Duchowny ważył każde słowo, długo zastanawiając się nad odpowiedziami na kolejne pytania. Miało się wrażenie, jakby spowiadał się z najcięższych grzechów. Resztki i tak niewielkiej chęci dzielenia się informacjami na temat tej konkretnej książki, opuściły sługę bożego w chwili, gdy zo- stał poproszony o skomentowanie plotek dotyczących ilości egzemplarzy zalegają- cych półki piwnicznego magazynu. - Proszę mi wybaczyć, ale ta kwestia chyba nie zasługuje na aż takie zaintere- sowanie. – Wyraźnie dał do zrozumienia, że nie ma już nic więcej do powiedzenia. - Niech mi pan uwierzy, każda chwila, poświęcona tej książce, to czas stracony. Bez- powrotnie – rzucił na odchodne, po czym szybkim krokiem ruszył nawą główną w stronę zakrystii, mijając po drodze liczne boczne kaplice. Zanim zniknął mu z oczu, przeżegnał się jeszcze, nie przyklękając nawet przed ołtarzem. Musiało minąć kolejnych kilka lat, w trakcie których książka ponownie popadła w zapomnienie, zanim po raz kolejny została odkryta na nowo, przez następnego wydawcę. Pagina Nora, prężnie rozwijająca się firma z Neapolu, wyciągnęła wnioski z doświadczeń swoich niefortunnych poprzedniczek i trzecie wydanie Pogrzebanego ograniczyła zaledwie do 2 tysięcy sztuk. Dopiero, gdy wypuszczona na rynek w 2004 roku i wsparta raczej mało widoczną akcją reklamową partia sprzedała się w całości, podjęto decyzję o przygotowaniu kolejnego wydania. Zainteresowanie, jakim tytuł zaczął cieszyć się pod koniec 2007 roku, zaowocowało tym, że w maju 2008 roku do księgarń w całych Włoszech trafiło 35 tysięcy kopii dzieła Moglinianiego. Świeży Po- grzebany w nieznacznym stopniu różnił się od swojego poprzedniego, zaprezento- wanego cztery lata wcześniej, wcielenia. Stąd też Marco Pigliari, stojący przed wystawą księgarni przy Piazza dei Santi Apostoli, nie był pewien, czy za chwilę stanie się właścicielem jednej z 2 tysięcy czy też jednej z 35 tysięcy identycznych książek. Co do tego, że ją kupi, nie miał nawet najmniejszych wątpliwości. Pozbył się ich już niemal pięć lat temu, kiedy w ciasnym, zakurzonym antykwariacie Starego Giaccomo, Pogrzebany przyciągnął go po raz pierwszy. Zielona, podniszczona okładka przykuła jego wzrok w jakiś magiczny, hip- notyzujący sposób. Do dziś pamiętał tylko, jak wychodził z dusznego wnętrza sklepu ze zmizerowaną i ledwo trzymającą się kupy książką pod pachą. Co działo się od momentu, w którym zauważył ją na półce, do chwili opuszczenia przez niego anty- kwariatu? Nie miał, dosłownie, zielonego pojęcia. Wziął głęboki oddech i popchnął drzwi księgarni. Od progu owionęło go ciepłe powietrze, w którym unosił się zapach świeżych książek - mieszanka farby drukar- skiej i czerpanego, nie tkniętego ręką czytelnika, papieru. - Czym mogę służyć? – zagadnął młody sprzedawca, odkładając na bok czy- taną właśnie książkę. Na podstawie nazwiska autora i tytułu Marco zaklasyfikował ją jako skandynawski kryminał. Chłopak z kolei wyglądał mu na studenta, dorabiające- go popołudniami i w weekendy jako średnio zaangażowany krzewiciel kultury ukrytej w słowie pisanym. - Hm, poproszę Moglinianiego – nie spuszczając chłopaka z oczu, sięgnął do kieszeni po portfel. – Jest na wystawie – wskazał ręką pożądany przez niego egzem- plarz w chwili, gdy sprzedawca kucał, by odnaleźć książkę na jednej z ukrytych pod szerokim stołem półek. Chłopak wyprostował się i spoglądając niepewnie na klienta, sięgnął po niebiesko-czerwony tom, leżący przy szybie. Zeskanował kod kreskowy i podał cenę. - Zapakować? Marco skinął głową i położył banknot na blacie biurka. Chłopak skończył pa- kować książkę i podał mu ją, wraz z resztą pieniędzy. Klient właśnie chował drobne do portfela, kiedy sprzedawca wygrzebał z półki kolejnego Pogrzebanego i położył go na wystawie. - A niech to… – zaklął pod nosem Marco. – Tę, którą pan wyciągnął, też po- proszę. Student obrzucił mężczyznę badawczym wzrokiem, ale bez słowa sięgnął po książkę. - Też zapakować – uprzedzając pytanie, przez zaciśnięte zęby wycedził Mar- co. Sprzedawca rzucał na niego ukradkowe spojrzenia, owijając kolejnego Pogrze- banego w szary papier. Drżący policzek był jasnym sygnałem, że kupujący toczy ja- kąś wewnętrzną walkę. Wreszcie, najwyraźniej poddając się, nie wytrzymał i wypalił: - Ile ich tam jeszcze jest? Ile panu zostało? Chłopak podał Marco zawiniątko i spuszczając go z oka dosłownie na ułamek sekundy, zajrzał pod blat stołu. - Jeszcze jeden, ostatni egzemplarz. – Na jego spiętej twarzy malował się strach. - Ale mogę sprawdzić w komputerze, czy w magazynie nie mamy… - Nie! – W oczach Marco płonęło szaleństwo, ręce mu się trzęsły. – Wezmę jeszcze tylko ten jeden. Niech pan, broń Boże, nie przynosi już nic z magazynu! – zagroził. Z trudem wydobył z portfela kolejne banknoty i cisnął je na biurko. Sprzedaw- ca niezdarnie zabierał się za pakowanie trzeciego już z kolei nabytku, ale Marco szybkim ruchem wyrwał mu książkę z rąk. - Ten jest dla mnie – zachrypiał, jak gdyby to miało wyjaśniać jego dziwne za- chowanie, po czym szybkim krokiem ruszył do drzwi. Nagle zatrzymał się z ręką na klamce, jakby coś sobie przypomniał. Studentowi, na samą myśl, że ten, najwidocz- niej niezrównoważony psychicznie, typ postanowił jeszcze trochę się nad nim popa- stwić, ze strachu zaczęły trząść się nogi. Aby nie upaść, oparł się rękoma o twardy blat taniego biurka. Marco oblizał wargi i niczym automat rzucił: - Dziękuję. Przepraszam. Do widzenia – i zniknął. Student głośno wypuścił powietrze, ocierając wierzchem drżącej dłoni mokre od potu czoło i ciężko siadając na obrotowym krześle. Po chwili zorientował się, że na ladzie leżą banknoty, za które ekscentryczny klient mógłby spokojnie kupić nawet dwadzieścia sztuk Pogrzebane- go. *** Paolo czekał pod jego domem już od dwóch kwadransów. Marco, zauważyw- szy brata, przyspieszył kroku i wepchnął rękę do kieszeni płaszcza. Nerwowo prze- bierał palcami, szukając w przepastnej przestrzeni kluczy do mieszkania. - Tak, wiem, spóźniłem się – rzucił niecierpliwie, uprzedzając jego uwagę. Chciał unieść rękę w przepraszającym geście, ale jedna tkwiła w kieszeni, a ramie- niem drugiej przyciskał do ciała kupione właśnie książki. – Coś mnie zatrzymało, przepraszam. – Klucze wciąż w najlepsze bawiły się z nim w chowanego. - Jeśli to było coś o wymiarach dziewięćdziesiąt, sześćdziesiąt, dziewięćdzie- siąt, to ci wybaczam – rubasznie zaśmiał się Paolo. O ile Marco reprezentował sobą jedynie tradycyjnie włoskie elastyczne podejście do punktualności, to jego brat był Włochem pełną gębą. Cała jego filozofia życia zamykała się w prostym „Calcio, don- na, pasta - sono tutti. Basta!”. Mógłby puścić w niepamięć nawet całą noc spędzoną pod drzwiami Marco, o ile przyczyną tego nietaktownego zachowania brata byłaby długonoga piękność, spędzająca z nim czas; romantyczny wieczór przy świecach lub dzika upojna noc w zaciszu sypialni – do wyboru. - Niestety, nie tym razem – Marco wydobył wreszcie klucze i podał bratu książki. – Potrzymaj chwilę. - Ech, a ty znów z tym… – skrzywił się Paolo. – Ani na tym oka zawiesić, ani za co chwycić. – Niedbale przekartkował pierwszą z książek, tę nieopakowaną, nie zwracając nawet uwagi na jej okładkę. – Każda strona taka sama. Wszędzie tylko literki i literki. Nie dziwię się, że mama się o ciebie martwi. Cały czas mi powtarza, że dzieci z tego nie będzie. – Klepnął brata w plecy i zaśmiał się głośno. Kiedy weszli do środka, Marco wziął od brata książki i położył je na stoliku. Zaprosił go na kawę, ale Paolo odmówił. - Właściwie, wpadłem tylko się pożegnać. – Widząc zaskoczoną twarz Marco, dodał tajemniczo – Jadę na tydzień do Sienny. Wiesz, mam kilka spraw do załatwie- nia. Pomyślałem… – przerwał na chwilę, a jego usta wykrzywił grymas bólu. Położył dłonie na ramionach Marco i spuścił głowę. – Obiecaj mi, że zaopiekujesz się mamą, jeśli nie wrócę. Marco stał przez chwilę z otwartymi ustami, nie potrafiąc wydobyć z siebie choćby najmniejszego dźwięku. Nie wiedział, co ma o tym myśleć. Dlaczego jego brat miałby nie wrócić z Sienny? Czyżby wplątał się w jakieś ciemne interesy i oba- wiał się o swoje życie? A może podupadł na zdrowiu? - Dobra, nabrałem cię! – wykrzyknął Paolo. Żart tak go rozbawił, że aż zaczął się zataczać, nie mogąc złapać oddechu. - Nie jedziesz do Sienny? - Jadę… he, he. To akurat… - aż krztusił się ze śmiechu - jest prawdą. Chcia- łem cię wystraszyć, że nie wrócę. – Otarł wierzchem dłoni łzy spływające mu po po- liczkach. - Dobra, muszę lecieć, bo przez to twoje książkowe zboczenie straciłem kupę czasu. A raczej nie liczyłbym na to, że maszynista pociągu do Sienny będzie dla spóźnialskich tak wyrozumiały, jak ja dla ciebie. Marco przepraszająco wzruszył ramionami i zrobił skruszoną minę. - Wciąż nie wiem, co ty widzisz w tych książkach. – Paolo stał już w progu mieszkania. - Sam się przekonaj – Marco chwycił książkę i podał ją bratu. Ten przez chwilę przyglądał się jej z mieszanką znudzenia i niesmaku na twarzy. – Nie ugryzie – za- pewnił go Marco. – Poza tym, jak masz się wynudzić w pociągu do Sienny, to równie dobrze możesz się nudzić, czytając. Paolo chwycił książkę i wcisnął ją pod pachę. Kiedy podawali sobie ręce na pożegnanie, Marco życzył bratu przyjemnej podróży. - Chociaż ciekawe to? – Paolo uniósł wolumin na wysokość głowy. – Pogrze- bany – przeczytał tytuł z okładki. – Mam nadzieję, że dam radę po tym zasnąć. - Podobno wciągająca – wyjaśnił Marco. – Chociaż, prawdę mówiąc, sam nie miałem jeszcze okazji jej przeczytać. – Wciąż nie rozumiał sposobu, w jaki Pogrze- bany na niego oddziaływał. Z jednej strony, od pamiętnej wizyty w antykwariacie, za każdym razem, gdy ujrzał tę książkę w księgarni, czuł nieodpartą potrzebę jej zdoby- cia. Pragnienie było tak silne, że wielokrotnie wychodził ze sklepu z kilkoma egzem- plarzami dzieła, odprowadzany do drzwi pełnym niepokoju lub zaskoczenia wzrokiem sprzedawców oraz innych kupujących. Z drugiej strony, czuł przed tą książką niezro- zumiały dla niego samego strach. Bał się treści, jakie mogła w sobie kryć, a których jak dotąd nie poznał. Jednocześnie wierzył, że ta obawa, wzmagająca się zawsze z chwilą, w której brał do ręki jedyne literackie osiągnięcie Francesco Moglinianiego, wypływa bezpośrednio z jej magicznego, choć może raczej powinno się powiedzieć „demonicznego”, przyciągania. – Właściwie, mógłbyś zrobić to przede mną i powie- dzieć mi, o czym jest. – Marco nie miał wątpliwości, że Paolo nie podziela jego obaw. Jego brat z pewnością nie miał gęsiej skórki, gdy mijał jedną z księgarnianych witryn. Nie słyszał też zapewne cichego wołania, drgającego na granicy ludzkiej świadomo- ści. *** Prawie trzy godziny później, przechodząc przez korytarz, zauważył leżące na stoliku zawiniątka i od razu przypomniał sobie o pozostawionych przez niego dwóch egzemplarzach Pogrzebanego. Chwycił owinięte w papier książki, rozpakował je i z małej szafki wiszącej przy drzwiach wejściowych wydobył ciężki, sczerniały meta- lowy klucz. Otworzył drzwi do piwnicy, wcisnął włącznik światła i z literaturą w jednej dłoni i kluczem w drugiej ruszył w dół po schodach. Gdy już je pokonał, przeszedł do końca krótkiego korytarza i wcisnął klucz do zamka drzwi po jego prawej stronie. Przekręcił klucz, który głośno szczęknął w zamku, i po chwili stał twarzą w twarz z ciemnością. Ciarki przeszły mu po plecach. Jak zawsze, gdy tu przychodził. O mało nie upuścił książek, kiedy ciszę rozdarł dzwonek jego telefonu komórkowego. Wydo- był go z tylnej kieszeni spodni i odebrał połączenie. - Marco! – w słuchawce zadudnił wesoły głos Paolo. – Coś ty mi zrobił, łobu- zie? – Zanim jednak Marco zdążył zapytać, jaką krzywdę wyrządził rodzonemu bratu, ten zagadnął – Podobno większość podróży spędziłem w towarzystwie kilku atrak- cyjnych kobiet. – Marco odłożył książki na podłogę i wolną ręką zaczął macać ścianę pogrążonego w ciemności pomieszczenia. Kiedy wreszcie odnalazł włącznik światła, przekręcił go. Cztery jarzeniowe lampy, przytwierdzone do zawieszonego niemal pięć metrów nad podłogą sufitu, rozbłysły ostrym, niebieskawobiałym światłem, ukazując jego oczom kilka rzędów wysokich, drewnianych regałów. Niektóre z nich były szczelnie wypełnione książkami od najniższej, do najwyższej półki, na nielicznych znalazłoby się jeszcze miejsce na parę woluminów, zaś pozostałe świeciły pustkami. - Podobno? – zapytał, schodząc do tego piwnicznego magazynu książek po wąskich, metalowych schodkach. Poprzedni właściciel mieszkania twierdził, że wcześniej był to jakiś skład, ale nie potrafił powiedzieć, co konkretnie tu przechowy- wano. Marco bardzo szybko przekonał się, że jest to doskonałe miejsce dla ukrycia przed światem skutków swej dziwnej bibliofilskiej pożądliwości. A trzeba przyznać, że skutki te liczyły już ponad dwa i pół tysiąca papierowych sztuk. - Jak tylko pociąg ruszył, zacząłem się nudzić. Dookoła ani żywej duszy, więc sięgnąłem po tego twojego Truposza – ciągnął swoją opowieść Paolo. - Pogrzebanego – poprawił go Marco, odnajdując na jednej z półek krótki ołó- wek. Przytrzymując barkiem telefon, otworzył po kolei każdy z dwóch trzymanych przez niego egzemplarzy. Oba pochodziły z 2004 roku. W obu, na pierwszej stronie wpisał ołówkiem datę ich nabycia, po czym zaczął rozglądać się za miejscem, na które mógłby je odłożyć. - Tak – przyznał Paolo. – Zacząłem czytać… Strasznie słabo cię słychać – za- uważył nagle – jak zza grobu. Gdzie ty jesteś? - W piwnicy – odnalazł wolną przestrzeń na szczycie jednego z regałów. Odło- żył woluminy na półkę obok i ruszył po rozkładaną drabinkę. – Wciągnęło cię? – za- śmiał się, dźwigając jedną ręką metalowy przedmiot. - Na tyle, na ile może człowieka wciągnąć historia jakiegoś wariata – parsknął rozmówca. - Wariata? – stęknął, stawiając drabinkę przy wybranym regale. – Poczekaj chwilę. – Odłożył telefon na jedną z wolnych półek, rozsunął drabinę na tyle, aby bez przeszkód mógł z niej dosięgnąć do miejsca, które go interesowało. Później zabez- pieczył drabinę przed upadkiem, opierając jej koniec o przeciwległy regał, po czym chwycił w jedną rękę telefon, wcisnął książki pod pachę i pomagając sobie drugą rę- ką, ostrożnie stawiał kroki na kolejnych stopniach. – Dobrze, Paolo, o czym jest ta książka? - O jakimś maniaku, który bez przerwy kupuje jedną książkę. W kółko tę samą, rozumiesz? – po raz drugi w ciągu kwadransa Marco poczuł ciarki na plecach. – Gdzie nie pójdzie, zawsze przylezie do domu z tą książką. Marco próbował dowiedzieć się, jak brzmi tytuł tej książki, ale brat nie mógł sobie tego przypomnieć. Odłożył dwa tomy Pogrzebanego na ich nowe miejsce i szybko zszedł po drabinie. - Jak się kończy? – zapytał drżącym głosem. Serce wyrywało mu się z piersi. Strach, który towarzyszył jego każdemu spotkaniu z dziełem Moglinianiego powrócił ze zdwojoną siłą. Właśnie zaczynał żałować, że namówił brata na tę lekturę. - Co?! – Paolo najwyraźniej nie dosłyszał pytania. Odruchowo podniósł głos, prawie krzycząc w słuchawkę. - Jak się kończy ta książka? – powtórzył i w tym samym momencie usłyszał za plecami głośny huk. Podskoczył ze strachu i niepewnie spojrzał przez ramię. Na pod- łodze leżał jeden z tomów Pogrzebanego. Obrócił się, podszedł do książki i podniósł ją z ziemi. - Co to było? – usłyszał pełen obaw głos w słuchawce. - Nic – rzucił krótko. – Powiesz mi wreszcie, jak się kończy ta przeklęta książ- ka? - Zabierał się właśnie do ponownego wdrapywania się na górę, kiedy pewien nieokreślony szczegół przykuł jego uwagę. Postawił stopę z powrotem na podłogę. - Beznadziejnie. Kończy się po prostu beznadziejnie – zawiedziony ton Paolo świadczył o tym, że jest w pełni przekonany, co do swej opinii. - A konkretnie? Co się dzieje na końcu? – Kciukiem trzęsącej się dłoni Marco otworzył niesforny tom na pierwszej stronie. Nie był to jeden z kupionych dzisiaj. - Jak to na końcu. Facet ginie – wyjaśnił beznamiętnie jego brat. - Przywalony książkami. Marco poczuł lodowaty podmuch, który owionął jego nogi. Huk zamykających się z impetem drzwi, jaki po nim nastąpił, zmroził mu krew w żyłach. - Co tam u ciebie tak ciągle trzaska? – irytował się Paolo. Marco głośno przełknął ślinę. Matka Cz. I –Matka Znowu się zgubił. Cholerny gówniarz znów gdzieś przepadł, choć tyle razy prosiła go, żeby się nie oddalał. Za każdym razem, gdy wreszcie udało jej się go od- naleźć, wmawiał jej, że cały czas był przecież tuż obok, że nie było się czym martwić. Wtedy zmuszała go do złożenia obietnicy, że to już ostatni raz. Przyrzekał, ulegle, choć bez przekonania, po czym, kilka dni później, znów znikał jej z oczu, pozostawia- jąc ją samotną, ze strachem, krążącym nad głową niczym wygłodniały sęp. Gdy obudziła się przed chwilą, była pewna, że zasnęła dosłownie na kilka mi- nut. Słońce wciąż znajdowało się w tym samym punkcie nieba, w którym widziała je, zamykając oczy. Brak Ernesta tu, gdzie jeszcze niedawno siedział, był jedyną za- uważalną zmianą w otoczeniu. Najpierw, jak zwykle w takiej sytuacji, zaczęła nerwo- wo się rozglądać, jednak po jej synu nie było nigdzie ani śladu. Zerwała się na równe nogi i, biegając jak obłąkana, wołała Ernesta, zataczając coraz to szersze kręgi wokół ich prowizorycznego obozowiska. Bez skutku. Wreszcie, wyczerpana i zrezygnowa- na, usiadła ciężko na ziemi i, skrywając twarz w dłoniach, zaczęła głośno łkać. Nagle poczuła na ramieniu sypiący się po nim piasek. Podniosła wzrok i ujrza- ła twarz wyrzeźbioną w piaskowcu, w której dopiero po chwili rozpoznała rysy swoje- go dziecka. Zaczęła przyglądać się nieruchomemu posągowi i wyciągnęła dłoń, aby dotknąć jego nierównej powierzchni, gdy nagle, przymknięte dotąd powieki rzeźby, otworzyły się, ukazując żywe oczy. Krzyknęła z przerażenia i próbowała uciec od zjawy, wstając błyskawicznie. Brakowało jej tchu, świat zaczynał kołysać się i tracić ostrość, a głos jej syna, mówiącego „mamo, to ja”, dotarł do niej dopiero po chwili, stłumiony niczym wołanie z przykrytej ciężką pokrywą studni. Kiedy obraz wrócił na swoje miejsce, ponownie zobaczyła dziecko, odmienio- ne, bardziej już podobne do żywej istoty. Jego twarz okraszał szeroki uśmiech. - Chowałem się pod piaskiem – wyjaśnił, uprzedzając jej pytanie, po czym wskazał na płytki dół i leżący obok niego kawałek materiału, do połowy zasypany sypkim pyłem. – No, wiesz, tak jak zawsze, kiedy…- nerwowo rozglądał się dookoła. - Kiedy przychodzą obcy – dokończyła w myślach, dosłownie ułamek sekundy przed tym, nim chłopak wypowiedział te słowa na głos. Choć może było to tylko złu- dzenie, może w istocie nic takiego nie powiedział. Odkąd wyruszyli w tę podróż, ni- czego już nie była pewna, jakby pozostawili za sobą nie tylko bolesną przeszłość, ale także wyraźne granice pomiędzy snem i rzeczywistością, teraźniejszością i wspo- mnieniami. - Nie rób tego więcej – syknęła, z trudem łapiąc oddech, wiedząc jednocze- śnie, że i tak za nic weźmie sobie jej prośbę. To on wymyślił ten sposób ukrywania się w sytuacjach zagrożenia. Gdy robiło się niebezpiecznie, nagle znikał gdzieś, jak- by zapadł się pod ziemię, by wyrosnąć spod niej wtedy, gdy matce udało się uporać z sytuacją. Zawsze znalazł dziurę, w której, przykryty płachtą, przeczekał każde spo- tkanie z obcymi. - Idziemy? – zapytał, wyciągając do niej rękę, jakby był rycerzem, oferującym pomoc stroskanej białogłowie. W takich sytuacjach widziała w nim małego mężczy- znę, nigdy dziecko, i aż korciło ją, aby zamienić się z nim rolami, oddając się w jego opiekę. Ta iluzja gasła jednak z chwilą, gdy na ich wspólnej drodze pojawiał się obcy. Wtedy znów zamieniał się w małego chłopca, niezdolnego samodzielnie stawić czoła złu otaczającego ich świata. Skinęła głową, dając mu znak, że zbierają się w dalszą podróż. Błyskawicznie spakowali niewielki dobytek – ona koce i butelki z wodą, on – „płachtę niewidkę” i pluszowego misia-weterana, na którym ich zapomniana przeszłość odcisnęła piętno w sposób szczególnie okrutny – zwierzakowi urwało jedną z łapek. Jednak tak, jak jego towarzysze, nigdy nie uskarżał się na swą niedolę, w milczeniu przyjmując pisa- ny mu los. Nierówny podział dźwiganego bagażu nie był wynikiem matczynej nadopie- kuńczości, lecz pragmatyzmu – kilka razy dawała mu do niesienia najlżejsze nawet przedmioty, ale zawsze kończyło się tak samo – gubił je gdzieś po drodze, albo w najlepszym wypadku, zostawiał w miejscu, w którym mu je wręczyła. Kilkakrotnie suszyła mu za to głowę, ale ostatecznie stanęło na tym, że to, bez czego nie mogli się obejść, niosła sama. - Mamo, dokąd my właściwie idziemy? - Na wybrzeże. - Po co? Chcesz zobaczyć morze? - Nie, głuptasie – pogłaskała go po głowie. Miał miękkie, przyjemne w dotyku włosy. – Idziemy tam, bo mama o czymś zapomniała. - I jak tam dojdziemy, to sobie przypomnisz? – spytał rezolutnie malec. Przytaknęła, dodając po chwili:
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Sztuka zapisywania serwetek
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: