Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00351 010257 11215535 na godz. na dobę w sumie
Tajemnica nocy  Dęba  - ebook/pdf
Tajemnica nocy Dęba - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Red book Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-944252-7-2 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dla dzieci i młodzieży >> młodzieżowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Historia Polski pisana jest krwią bohaterów. Bezwzględny los wielu z nich skazał na pozostanie bezimiennymi i zapomnienie. „Tajemnica nocy Dęba” przybliża młodemu pokoleniu jedną z najbardziej dramatycznych kart naszej historii. Los „Żołnierzy Niezłomnych”, wojowników za wolność, których władze komunistyczne skazały na zapomnienie.
Koniec roku szkolnego dla Wojtka, uwielbiającego naukę licealisty początek nudy. Znajomi rozjeżdżają się po Polsce i Świecie, a przed nim majaczy widmo nudy. Wprost nie może się doczekać chwili, kiedy ponownie będzie mógł chodzić do szkoły. Opuszczając 30 czerwca musy szkoły nie podejrzewa nawet, że rozpoczyna się największa przygoda jego życia. Przygoda, która pozwoli odkryć tajemnicę zaginionego oddziału „Żołnierzy Niezłomnych”

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Jerzy Borkowski Tajemnica nocy „Dęba” Wydawnictwo Red Book Lublin 2016 Jerzy Borkowski Tajemnica nocy „Dęba” Copyright © Jerzy Borkowski 2016 Copyright © Wydawnictwo Red Book 2016 Lublin 2016 Wydanie 1. ISBN: 978-83-944252-7-2 Projekt okładki: Anna Bącik Korekta: Nina Szymczyk Skład i Redakcja: Red Book Wydawnictwo Red Book Elizówka 39c 21-003 Ciecierzyn Wydawca: www.redbook.com.pl Wstęp Drogi młody Czytelniku! Książka, którą teraz trzymasz w dłoni, ma na celu dać Ci dobrą roz- rywkę. Pozwolić się trochę pośmiać, poczuć dreszczyk emocji, trochę lęku, ale przede wszystkim zapoznać Cię z odrobiną historii. By po- znać choć trochę losy „Żołnierzy Niezłomnych”. Książka ta jest okra- szona wydarzeniami fantasy, ale wiele jej elementów jest prawdziwa. Takie nazwiska, jak kpt. Stanisław Sojczyński, Zdzisław Badocha, Zyg- munt Szendzielarz „Łupaszko”, to postacie prawdziwe. Miejsca, które odwiedzisz w czasie czytania tej lektury, takie jak sala 56 czy „mały Katyń”, to miejsca nie wymyślone, ale zapisane na kartach historii Pol- ski. Na potrzeby opowieści musiałem jednak stworzyć też i postacie fikcyjne, jak postać Konstantego Głowackiego (tu wzorowałem się postacią pana kpt. Kopfa), czy wymyślić miejsca, jak na przykład miej- sca pochówku w puszczy. Warto te miejsca poznać. Puszczę chociażby ze względu na jej nadzwyczajne piękno, a miejsca, które rozsławiła hi- storia ze względu na to, że były świadkami niezwykłych, nierzadko dramatycznych wydarzeń. Mam nadzieję, że ta pozycja zapewni Ci ciekawą rozrywkę, ale także zachęci Cię do dalszego poznawania niezwykle ciekawych dziejów na- 1 szej Ojczyzny. Warto je znać, bo mamy czym się pochwalić, mamy być z czego dumni. Po za tym ważne, by pamiętać o słowach anonimowe- go autora: „Naród, który nie zna swej historii, skazany jest na jej powtórne przeżycie”. Każdy z Was na pewno się domyśla, o co chodzi w tych jak- że ważnych słowach. Jeśli nie znamy swej historii, to znaczy, że ktoś może wyrządzić nam podobną krzywdę, bądź sami ją sobie wyrządzi- my. Inny ważny cytat, który chciałbym przytoczyć, to słowa wielkiego człowieka, prymasa Polski kardynała Stefana Wyszyńskiego: „Naród, który nie wierzy w wielkość i nie chce ludzi wielkich, kończy się. Trzeba wierzyć w swą wielkość i pragnąć jej”. Więc bądź dumny z miejsca, z którego po- chodzisz… By jednak nie przedłużać i nie wdawać się w niepotrzebną tyradę. Życzę Ci drogi Czytelniku, by ta książka zbliżyła Cię do historii nasze- go kraju, by Cię zaciekawiła i zasiała ziarno ciekawości o miejscu, z którego pochodzisz. Niech będzie przyjemnym wstępem, zaprosze- niem do historii… Życzę jednak, żeby była też przyjemną rozrywką. Autor, Jerzy Borkowski. 2 Rozdział I Koniec szkoły - nadchodzi nuda. 30 czerwca to dla wielu uczniów długo wyczekiwana data. W końcu wolność. Spokój od szkoły, nauczycieli, koniec stresu, nareszcie swo- boda, plaże, słońce i wszelakie napoje chłodzące. Żyć, nie umierać. Koniec sielanki będzie zapewne 1 września, kiedy po raz kolejny bę- dzie trzeba chodzić do szkoły, tylko po to, by nasłuchać się tego i owego na temat niewłaściwego ubioru, postępowania i innych dziw- nych rzeczy. W przyrodzie jednak musi panować równowaga. Jeżeli ktoś lub coś umiera, to ktoś lub coś rodzi się. Tak samo i w szkole. Są uczniowie, którzy tylko czekają na ostatni dzwonek, by z ulgą wybiec z budynku szkolnego i rozkoszować się nadchodzącymi dwoma mie- siącami zabawy i wolności. Są jednak i uczniowie, którzy może nie ko- chają chodzenia do szkoły, ale nie widzą w tym nic złego. Mało tego, uważają że chodzenie do I LO jest fajne. Można spotkać się z wspa- niałymi, wartościowymi ludźmi, dowiedzieć się czegoś naprawdę cie- kawego, pokopać w piłkę, zrobić coś dla siebie i innych. Takim uczniem niewątpliwie jest Wojciech Chrząstowski, zwany „Czujnym”. Chłopak z trzeciej klasy liceum. Można spokojnie rzec – ideał. Dlaczego? Chłopak bardzo dobrze się uczy, potrafi zachować tajemnicę. W piłkę zawsze zagra, ale i dobrym, wyszukanym żartem nie pogardzi, lubi po prostu psocić. Normalny, ludzki, uporządkowa- 3 ny, ale nie sztywniak. Lubiany przez nauczycieli za solidność i niena- ganne maniery, jest życzliwy dla każdego, zawsze uśmiechnięty. Ró- wieśnicy również bardzo go lubią. Równy gość i do żartów i do piłki, pogra, pogada, pośmieje się. Wojtek był taki, że każdy albo go bardzo lubił, albo go szanował. Jeżeli go nie lubili, to z zazdrości, że potrafi być poukładany i przez to lubiany. Niechęć, którą odczuwali niektórzy chłopcy, miała źródło w tym, że był bardzo przystojny, co powodo- wało, że chcąc nie chcąc wzbudzał uwagę ładniejszych dziewczyn. U Wojtka jeszcze jedna rzecz wzbudzała podziw. Jego pasją była hi- storia. Uczył się świetnie, ale o ile z chemii czy fizyki można było go zaskoczyć, to z historii nie miał sobie równych. Po prostu ją kochał. I właśnie dzień 30 czerwca dla Wojciecha oznaczał początek nudy. Rodzice w pracy, brat jechał pracować do Anglii, a kumple rozjeżdżali się po Polsce i świecie. Otuchy dodawała mu Agnieszka, która bardzo się z nim lubiła. Do- bra uczennica, jedna z najładniejszych i najzgrabniejszych dziewczyn w klasie. Ze stylem, ze smakiem, dobrze wychowana. Nie jakaś wulgar- na, z odzywkami że ręce opadają. Nie mógł się z nią umówić każdy, bynajmniej nie dlatego, że ona by się nie zgodziła. Była to dobra, cie- pła dziewczyna otwarta dla wszystkich. Nie każdy jednak miał odwagę, nie każdy się ośmielił, wiedząc kim jest Agnieszka i jaką jest wspaniałą dziewczyną. Przyszedł ten moment. Na końcu roku stali jak zawsze obok siebie. 4 – No, to teraz byle do września, chyba się zabiję z nudów – stwier- dził sucho i ponuro Wojtek. – Jeśli się zabijesz, przysięgam, że ja cię zabiję – syknęła ostro Agnieszka. – Nie żartujemy w ten sposób. Jasne? – Wojtek uśmiechnął się, a Agnieszka nie wytrzymała i również się rozśmiała. Wyszli wspól- nie ze szkoły. Wracając do domu dużo rozmawiali. – I co w tym roku? Turcja, Tunezja, Egipt, czy może Grecja? – za- pytał Wojtek z zerowym entuzjazmem. – W tym roku, całe dwa miesiące Kraków – odparła bardzo z siebie zadowolona Aga. – Serio pytam, gdzie jedziesz? – Dobrze, jak chcesz dosadnie, to powiem dosadnie – stanęła na środku chodnika, chwyciła rękami twarz Wojtka, spojrzała mu prosto w oczy i powiedziała, sylabizując zdanie: – Zo – sta – ję w do – mu głu – po – lu. Czy to jest jasne? Trochę nie dowierzając, z dużą nutą nadziei, że może to jest jednak prawda upewniał się. – Serio? – No serio, poważnie mówię, rodzice spytali, czy chcę jechać gdzieś na wakacje. Odparłam, że nie, że chcę zostać – wypowiadając to zda- nie uśmiechnęła się tak urokliwie, jak to jest tylko możliwe i jak tylko najpiękniej umiała. Prawdę powiedziawszy, udało jej się to zrobić zna- komicie. 5 – No to super – Wojtek przestał się hamować i udawać, że plany wakacyjne Agnieszki są mu obojętne. Radość, która w nim zapanowa- ła, prawie doprowadziła do eksplozji. Uśmiechnął się od ucha do ucha. Szczerzył zęby, jakby chciał jej pokazać jak pięknie je szczotkuje i jak bardzo są białe. Mimo, że Wojciech i Agnieszka mieszkali niedaleko siebie, a od szkoły jakieś piętnaście minut na piechotę, powrót zajął im prawie półtorej godziny. W końcu przyszedł czas bardzo przykry, moment rozstania. – To co? Uciekasz już do domu? – zapytał trochę niezadowolony z tego faktu Wojtek. – No tak, czasem zjeść muszę, wiesz – odrzekła zawadiacko Agnieszka. Puściła oczko, otworzyła bramkę i potruchtała do domu. – Coś nie widać po tobie, żeby to było tylko czasem – dopiekł ko- lega koleżance. Ta obróciła się, pokazała język i zniknęła uśmiechnięta za zamykającymi się drzwiami. Czujny zrobił to samo - udał się prosto do własnego domu. Swój pseudonim nabył z kilku powodów. Pierwszy, to zawsze wiedział co się dzieje w szkole, co jest zadane, kiedy jaki egzamin, ważne wydarze- nie sportowe, w którym obowiązkowo musiał wziąć udział. Druga rzecz, musiał wiedzieć czy jego ulubieni koledzy i koleżanki mają się dobrze, czy są zdrowi, czy wszystko jest w porządku, czy nic im nie dolega, czy nie potrzebują jego pomocy. Średnio raz w tygodniu mu- siał wykonać parę telefonów do tych najbliższych. Czyli do Agnieszki, 6 Basi, Niesfornego i Michała Dobrego. Trzeci powód to zamiłowanie do partyzantki. Lubił historię średniowiecza, lubił poczytać o latają- cych toporach, mieczach, trzaskających się na drzazgi tarczach, ale szczególnym uczuciem obdarzył polską partyzantkę. Książki o tej kon- kretnej tematyce czytał błyskawicznie i z dużym przejęciem. Stąd taki kryptonim. Czujny – pseudonim typowo partyzancki. W drodze do domu rozmyślał o swoich innych bliskich znajomych. Baśka, przyjaciółka Agi, to figlarna, energiczna blondynka. Wszę- dzie jej pełno i niemal zawsze jest rozśmiana. Jej kolor włosów nie wpływa na jej inteligencję. Nie ma nic wspólnego z stereotypową blon- dynką z popularnych dowcipów. W klasie osiąga najlepsze wyniki. W dodatku jest bardzo lubiana, bo zawsze wszystkim chętnie pomaga. Nie miała problemu, by zostać po lekcjach i komuś coś wytłumaczyć. Taka fajna, mądra dziewczyna. Staszek „Niesforny”, super człowiek, nie pała wielkimi chęcia- mi do nauki, ale uczy się pilnie, bo jest świadomy obowiązku, jakim na nim ciąży. Ma również swoje pasje, które bardzo pielęgnuje i rozwija. Podobnie jak Wojtka, pasją Niesfornego jest historia, ale też i numi- zmatyka, znaczki i motoryzacja polska. Dobry, lojalny, oddany kolega. Jak trzeba pomóc zawsze pomoże, czy to przy naprawie roweru, kom- putera, czy to w zdławieniu bólu po zawodach miłosnych. Michał Dobry. Jakie nazwisko, taki człowiek. Dobry, uczciwy, uczynny chłopak. Lubi ich wszystkich, może dlatego że nie ma innych przyjaciół, a może dlatego, że po prostu świetnie się czuje w ich towa- 7 rzystwie. Ma jeden mankament, uwielbia jeść. Można rzec, że kulinaria stanowią jego pasję. Co prawda sam potrafi tylko jajecznicę usmażyć, ale do konsumpcji jest pierwszy i zawsze bardzo chętny. No dobra, po odebraniu świadectwa i krótkiej relacji dla rodziców jak było na rozdaniu, przyjęciu gratulacji i uścisków, Wojciech mógł wrócić do swojego pokoju by rzucić się na łóżko i nic nie robić… No właśnie, nic. I to go irytowało strasznie. Myślał sobie „Ja nie mogę, przecież ja umrę, po prostu skonam. Rodzice pracują, nie będzie ich w domu, możliwe że potem gdzieś wyjadą. Wszyscy w rozjazdach, na wakacje nic nie odłożyłem, bo wszystko poszło na książki i na laptopa. Zgroza, po prostu zgroza” – Na moment na twarzy Czujnego namalo- wał się uśmiech. – „Ale Aga zostaje, dobrze, że wszystko wydałem na lapa i książki, bo jeszcze by mnie gdzie poniosło, hie hie” – zaśmiał się przebiegle. Rozglądając się po pokoju w poszukiwaniu zajęcia, stwier- dził, że nie ma za bardzo pomysłu co robić. Szukał czegoś konstruk- tywnego, więc siedzenie na internecie odpada, filmy raczej nie bardzo, bo nie miał na żaden ochoty. Książka, to będzie to. Pokój Wojciecha wyglądał jak mała biblioteka. Półki wręcz się uginały pod ciężarem przeróżnych pozycji. Można tu było znaleźć literaturę piękną od wspa- niałych powieści Henryka Sienkiewicza po dzieła Tolkiena. Były też i książki podróżnicze, biografie gwiazd sportu, książki hagiograficzne1, albumy polskich miast, a także mnóstwo książek historycznych. Rzecz 1 Hagiografia- o żywotach świętych. 8 w tym, że wszystkie te które znajdowały się w pokoju, już były przez niego przeczytane. Te lepsze, ciekawsze nawet po dwa razy. – Dobra – wyszeptał zmęczony brakiem zajęcia, a nawet i lekko zdesperowany. „Czas się ruszyć do księgarni. Może i co się znajdzie ciekawego” – jak pomyślał, tak zrobił. Zabrał pieniądze, telefon i po- szedł na dół do rodziców poprosić o kluczyki do samochodu. Z tym nigdy nie było problemu, bo rodzice Wojciecha bardzo mu ufali i wie- rzyli w jego zdrowy rozsądek. Wiedzieli też, że ich syn jest wyjątkowo roztropny. Klucze do auta już spoczywały w dłoni Czujnego. Wsiadł do samochodu i pojechał do miasta do ulubionej księgarni, gdzie za- wsze kupował książki. Jako stały klient miał już swoje rabaty, jakich nikt inny nie mógł mieć, ponieważ Wojtek był jedynym takim klien- tem. Kupował masę książek. Wszedł do swojego „małego sanktu- arium” i buszował po regałach. W końcu znalazł lekturę, która była godna jego uwagi. O patriotach walczących w lasach w 1946 roku, któ- rzy nie godzili się na kolejną okupację, tym razem sowiecką. Stwierdził bez zawahania, że to będzie to. Wyjął portfel, zapłacił kartą i wyszedł z księgarni, kierując się prosto do samochodu, ściskając w ręku świeżo zakupioną książkę. Wyciągnął kluczyki i gdy już miał nacisnąć przycisk z otwartą kłódką, usłyszał ironiczne: – Proszę, proszę. Kogo ja tu widzę – to był nielubiany znajomy Czujnego, Paweł Zakalecki, syn byłego funkcjonariusza Służb Bezpie- czeństwa. Wredny i niemiły, oszukujący nawet swoich kolegów. Nie lubił Czujnego. Dlaczego? Bo go nie lubił, nigdy nie miał jakiegoś 9 konkretnego, sensownego powodu. Tak zawsze przynajmniej tłuma- czył. Prawda była zupełnie inna. Wkurzało go, że Agnieszka bardziej lubi jego, no i że we wszystkim jest lepszy. Chłopcy nie przepadali za sobą. W chwili spotkania Zakalecki był jeszcze z kolegą. Paląc papiero- sa kontynuował rozmowę, która miała na celu zaczepkę i wszczęcie awantury. – I co, dalej czytasz te dyrdymały o bandytach? – powiedział złośli- wie, wiedząc, że Wojtka to zirytuje. Liczył nawet na to, że go sprowo- kuje. – Bandyta to ty jesteś, a to są bohaterowie podziemia. Ludzie hono- ru, o którym to nie masz zielonego pojęcia – odgryzł się natychmiast Czujny. – Powiem ci coś szczerze, gnojku. Nie lubię cię. Szkoda Agi na ta- kiego cymbała, więc trzymaj się od niej z daleka, jasne? – powiedział groźnie, wręcz agresywnie Paweł, dmuchając dymem z papierosa pro- sto w twarz Czujnego. Wojtek jednak zamknął oczy i nie dał się spro- wokować. Zapytał z szelmowskim uśmieszkiem: – Bo co, Pawle? – wtedy Zakalecki podszedł do samochodu i ude- rzył z całej siły w lusterko samochodu. Zniszczony element zawisł, uderzając w bok samochodu i go rysując. Czujny nie czekał długo, rzucił się na Pawła i zaczął go okładać pięściami gdzie popadnie, czy- niąc to bardzo celnie. Wówczas kolega Zakaleckiego ruszył mu z po- mocą, chwycił Wojtka od tyłu, przydusił na chwilę i wywrócił. Paweł 10 wykorzystał tę sytuację i podbiegł do Czujnego, kopiąc go prosto w brzuch. – I co chojraku, wstawaj, pajacu – Paweł Zakalecki czuł przewagę, nie dość, że gabarytowo większy, był z kolegą, to jeszcze Czujny leżał, ogłuszony i zdezorientowany po solidnym ciosie butem. Wojtek wstał, by podjąć dalszą walkę. Wiedział, że uderzenia, które zadał Pawłowi, były celne i mocne, oraz że przeciwnik również jest otępiały. Widział zresztą rozwalony łuk brwiowy. Czekał, jak tylko Paweł lub kolega spróbują podejść. Zacisnął pięści i pomyślał: „Nie popuszczę wam, rozwalę was” Paweł i jego kolega bujali się z boku na bok z rękami ustawionymi do gardy, widać bitka im się spodobała. W tym momen- cie wyszła sprzedawczyni z księgarni, krzycząc i wymachując rękami: – Ja wam dam, smarkacze! Widziałam kto rozwalił lusterko, za- dzwoniłam już po policję, dranie jedne!!! Widząc rozjuszoną kobietę, napastnicy splunęli jeszcze w kierunku Czujnego i uciekli czym prędzej, grożąc, że go jeszcze dopadną. Eks- pedientka z księgarni otarła twarz ulubionego klienta, zapytała czy wszystko dobrze. Wiedziała, że to dobry chłopak. Policja nie przyje- chała, jak się później okazało, pani ze sklepu wołała tak by nastraszyć bandytów, którzy napadli na młodego człowieka. Dochodząc do siebie i czekając aż nerwy opadną, chłopak siedział w księgarni pod czujnym okiem sprzedawczyni. Wojciech napił się jeszcze wody z plastikowego kubeczka, zostawiając na nim ślady krwi, które mu szły z rozciętej wargi. 11 – Boli cię? – zapytała zatroskana i bardzo przejęta pani. – Nie, dziękuję, jest w porządku, tylko auta mi szkoda. Co ja teraz powiem rodzicom? To jest po prostu załamka – chłopakowi zrobiło się przykro. Pokręcił głową, wziął jeszcze łyk wody i się zebrał do sa- mochodu, chcąc mieć rozmowę z rodzicami za sobą. Wiedział dobrze, że to nie jego wina, ale rozmowa i tak będzie nieprzyjemna. Rodzice widząc go lekko pobitego wystraszą się, przejmą się całą sytuacją i jeszcze na domiar złego będzie im przykro z powodu auta. Ta myśl go dołowała. Wychodząc z księgarni uśmiechnął się napuchniętą war- gą i powiedział: – Dziękuję pani, teraz będę tu przyjeżdżał nie tylko po książki, ale i jak ktoś mnie znowu spierze… Szpitale są takie przygnębiające, a tu… – zażartował sobie. – Idź, nawet tak nie żartuj głupio i pozdrów rodziców – przepędzi- ła go życzliwie pani z księgarni. Zaraz potem zamknął drzwi za sobą i poszedł do auta. Jechał okrężną drogą, przygotowując sobie w myślach przemowę. Żadna jed- nak nie była godna wygłoszenia. Po kilku takich odrzuconych ode- zwach postanowił wrócić bez przygotowania. Wyszedł z auta i udał się do domu. Rodzice oczywiście zgodnie z jego przewidywaniami bardzo się wystraszyli. Nie zwrócili nawet uwagi, kiedy powiedział o rozwalo- nym lusterku. Gdy już emocje opadły i rodzice się uspokoili widząc, że tak naprawdę synowi nic nie jest, mógł im wszystko opowiedzieć. Przedstawił im całą sytuację, opowiedział jak go zaczepili, jak rozwalili 12 lusterko i jak pierwszy wszczął bójkę. Po skończonej opowieści ojciec Wojciecha nie ukrywał dumy i zadowolenia z postawy syna. W końcu miał odwagę bronić swojej własności. Matka była wściekła i chciała dzwonić na policję, bohater całego zamieszania jednak wyprosił żeby tego nie robiła tłumacząc, że takie postępowanie może jedynie pogor- szyć sytuację. Mama poszła do pokoju ułożyć pasjansa na komputerze, żeby odreagować i zrzucić bagaż emocji. Tata uściskał dłoń syna i po- wiedział: – Dobra robota, zawsze broń swego. Brata i siostrę, ale rzeczy ma- terialne też. Może nie rzucaj się jak głupi jeden na dziesięciu, ale jak możesz bronić to broń. Jestem z ciebie dumny. A lusterkiem się nie martw. Ja za nie zapłacę – uspokoił Wojtka, z którego z kolei teraz schodziły emocje po wirujących pytaniach w jego głowie: jak rodzice to przyjmą, czy mama się nie rozpłacze, czy tata nie straci zaufania. Oj, dużo tego było. Tata jeszcze z nim chwilę rozmawiał, zmieniając zu- pełnie temat. Pogadali o polskiej ekstraklasie. O ostatnim meczu Cra- covii z Lechem Poznań, stwierdzając, że mecz był naprawdę dobry i że rywalizacja w górnej części tabeli będzie zażarta. Potem Wojtek po- dziękował raz jeszcze ojcu za dobre słowo, zrozumienie i pomoc. Uścisnął go mocno i ucałował. Odprężony, że sytuacja jest już opano- wana, zabrał świeżo zakupioną książkę, która na szczęście nie ucierpia- ła w bójce i udał się z nią do swojego pokoju. Od pierwszej strony za- pierała mu dech w piersiach. Może dlatego, że zawierała dużo nowych faktów, o których wcześniej nie miał pojęcia. Przewracał kartkę za 13 kartką, stronę za stroną. Szedł jak burza. Zanurzył się otchłań lektury, gdy nagle zaczęły do niego dochodzić dziwne krzyki. Skupił się mocno i zrozumiał, że musi wrócić do świata rzeczywistego. Krzyki okazały się wołaniem matki na kolację. Dokończył rozdział mówiący o Łu- paszce, bohaterze podziemia antykomunistycznego działającym na Po- morzu. Zaznaczył miejsce gdzie zakończył czytanie, zamknął książkę i zszedł na dół do kuchni, gdzie rodzice i rodzeństwo czekali na niego z kolacją. Była ona prosta, a zarazem wyśmienita. Puszysta jajecznica z grzankami, które na swych opalonych plecach dźwigały przepyszny rumiany boczek, jeszcze ćwierkający swym tłuszczykiem. Do tego go- rąca herbata. Rozmowom przy kolacji nie było końca. Podsumowanie dnia, komentarze co do „przygody” Wojtka. Rodzina cieszyła się swą obecnością przy stole. Po kolacji, kiedy talerze były pozmywane, wy- tarte i pochowane do poszczególnych szafek, ojciec Wojtka oznajmił, że dziś wyjeżdżają z młodszym rodzeństwem do babci, a stamtąd może wybiorą się na jakieś dalsze wakacje. Czujny miał wybór, zostać lub jechać. Ze względu na pewną osobę postanowił zostać. Tata zosta- wił mu niezbędne pieniądze na życie, dał wskazówki co do opieki nad domem i pożegnał chłopca. Wojciech następnie udał się do mamy i rodzeństwa, by życzyć im miłego wypoczynku u ukochanych dziad- ków. Gdy spełnił swój rodzinny obowiązek, to jest wspólny wieczorny posiłek, pobiegł czym prędzej do swojego pokoju, by powrócić do swej znakomitej książki. Czytał dalej z zapartym tchem, zdając sobie sprawę, że to co czyta nie jest fikcją literacką, tylko naprawdę miało 14 miejsce. Zawsze to, co czytał o żołnierzach polskich, o żołnierzach powstania czy podziemia, czytał z dużą uwagą i szacunkiem, nie raz w myślach serdecznie im współczując i dziękując za poświęcenie, ja- kiego dokonali. Czasem nawet w jego głowie pojawiała się myśl: „Gdybym miał okazję się odwdzięczyć, gdybym mógł jakoś podzięko- wać, zrobić coś…” Rozsądek uświadamiał mu bezradność, fakt że już nic nie może zrobić, bo ich już nie ma… Książka wciągnęła go niesamowicie. Przez cały czas czytania, jego oczy były duże, błyszczały. W pewnym momencie powieki Czujnego zrobiły się bardzo ciężkie. Powoli się zamykały. Postanowił się popra- wić, zmienić pozycję do czytania na wygodniejszą. Niestety i ten za- bieg nie przyniósł spodziewanych rezultatów. Po całym emocjonują- cym dniu, który dobiegał już końca, poczuł mocne zmęczenie. Po spo- tkaniu z ulubioną koleżanką oraz po potyczce z mniej ulubionymi ko- legami poczuł, że nadchodzi błogi i bardzo mu potrzebny sen. Emocje i wysiłek, który włożył w walkę z Pawłem Zakaleckim, bardzo go zmęczyły. Chłopak powoli nieświadomie zapadał w głęboki sen. Osu- nął się, a wraz z nim książka, która spadła z łóżka. On sam przebudził się tylko na moment. Zgasił tylko światło. Nie zdołał już się nawet przebrać w piżamę. Nie z lenistwa, ale sił po prostu już mu nie star- czyło. Sen był coraz głębszy i głębszy. Zasnął, a czas w nocy upływał i upływał, przyszła północ. Po północy mijały kolejne minuty, godzi- ny… 15 Rozdział II Wizyta w nocy Wojtek spał bardzo dobrze. Jego sny były dalekie od wydarzeń z całego dnia. Morze, piasek, fale, chłodząca bryza i Ona. Jej towarzy- stwo było najważniejsze i najpiękniejsze w całym śnie. Tak naprawdę nie chciał się budzić, ze względu na Agnieszkę, która mu się śniła. Sen niestety się skończył. Pogrążony w śnie chłopak czuł, że za moment powinien się wybudzać. Pomału otwierać oczy i zabrać się za coś cie- kawego i konstruktywnego. Zmęczenie okazało się znacznie większe, a stoczona walka znacznie bardziej wyczerpująca niż sądził, bo nie mógł się zmusić do tego, by wstać. Chcąc nie chcąc przyszedł ten mo- ment, że jego oczy same się otwarły. Był wielce zdumiony, kiedy zo- rientował się, że za oknem jest jeszcze zupełnie ciemno. Latarnia za oknem śmiało się świeci i wcale nie ma powodów by miała gasnąć. Była zupełna, ciemna czarna noc. Zerknął na komórkę, która leżała na szafce, zaraz obok jego łóżka. „To niemożliwe, ja chyba zwariuję… Ech, załamka” – pomyślał zupełnie zdeprymowany, gdy ujrzał, że na zegarze jest 4:18. „Kurczę, myślałem, że będzie coś koło ósmej” – nie dowierzał Wojtek próbując dalej zasnąć, próby jednak cały czas nie były udane. Przewrócił się w prawo i nic. To może lewa strona. Efekty były takie 16 same, gdy leżał na drugim boku. Zero snu. Irytacja i bezradność rosły w błyskawicznym tempie. „Dobra” – pomyślał. „Nie śpię, to chociaż poczytam”. Otworzył oczy. Chciał jeszcze chwilę poleżeć, by umysł mógł od- zyskać jasność i trzeźwość. Leżał i wpatrywał się we wpadające światło latarni. Był ono pomarańczowe i tak naprawdę nie oświetlało całego pokoju, a zaledwie jego małą część. Nagle uwagę Czujnego przykuło coś niezwykłego. Koło drzwi wejściowych, w samym rogu, stał jakiś mężczyzna. Wysoki, dobrze zbudowany, można było się domyślać że bardzo silny. Był wielki. Nie mógł powiedzieć kto to, ponieważ w tej części pokoju, w której stał ów mężczyzna, było zupełnie ciemno. Wi- dać było jedynie kontury postaci którą obserwował i która, zdawać się mogło, obserwowała jego. W jednej chwili cały strach i lęk odszedł zu- pełnie. Wojtek odetchnął z wielką ulgą. „Tata…” – pomyślał, śmiejąc się w duchu. „Ale się strachu naja- dłem. Dobrze, że nie wrzasnąłem, bo ojciec miałby piękny ubaw. Nie mówiąc o tym, że przy śniadaniu cała rodzina miała by powód do śmiechu i drwin. Może jedynie mama by nic mówiła, bo znając życie pewnie było by jej żal, że wszyscy mają ubaw z jednej osoby. Taka w końcu rycerska rola mam - bronić uciśnionych”. Czujny już miał spytać tatę, co się stało, gdy nagle znów został spa- raliżowany przez strach. Czuł, jak jego gardło zaciska niewidzialna dłoń. Jego krew stygła, a serce biło z niewiarygodną prędkością. Dreszcze przeszły od dołu kręgosłupa do góry, po sam szczyt karku. 17 A wszystko to, ponieważ uświadomił sobie, że jego ojca nie ma w domu. Podobnie jak i reszty rodziny. Dom był pusty, a on sam je- den. Wszyscy przecież wyjechali do dziadków. Mógł liczyć tylko na siebie. Czujny szybko zaczął analizować sytuację. Jego przerażenie wzrastało, im dłużej patrzył na znieruchomiałą postać. Owa nie drgnę- ła ani trochę. Po prostu stała, a Wojciech wyczuwał, że gapi się na nie- go. Czuł również, że ten ktoś czy coś każe mu leżeć. Zresztą chłopak nie był w stanie się ruszyć ze strachu. Po desperackiej, niezbyt logicz- nej analizie pomyślał: „A może to Paweł Zakalecki. Włamał się drań, by mnie teraz pobić albo… o nie… zamordować. Chce się zemścić… Ale moment, to cze- mu tak stoi, dlaczego czekał, aż się wybudzę?” W głowie Wojciecha nic się nie zgadzało. Było więcej pytań niż od- powiedzi. Jakby tego było mało, pojawiało się ich mnóstwo w bardzo krótkim czasie. Bałagan totalny, zero logiki. W końcu pomyślał: „Ale jestem głupi, śnią mi się jakieś brednie, a ja się daję temu porwać i się nakręcam. Dobra, Czujny, do spania. JUŻ!!!” – rozkazał sobie twardo i bezkompromisowo. Zamknął oczy. Poleżał chwilę, ale nadal nie mógł zasnąć. Leżenie spokojne bez wiercenia się nie przynosiło oczekiwanych efektów. Le- żał i leżał. Zero snu. Trudno jednak, by ktoś w takich emocjach zasnął bez problemu. Pozostało mu tylko otworzyć oczy i sprawdzić, czy zja- wa zniknęła, czy już może się poczuć bezpiecznie. Nie zastanawiając 18 się otworzył powieki, przetarł oczy i stwierdził, że faktycznie w rogu nikogo nie ma. „Kiepski sen. Fatalny figiel mojego zmęczonego umysłu. Cholera, a może jak ten drań mnie kopnął, to mi coś się na mózg rzuciło. Może coś mi tam przestawił” – zmartwił się wycieńczony brakiem snu chło- pak. W myślach szybko wrócił do lekcji biologii, kiedy to przerabiali anatomię człowieka. Miał nadzieję, że może sobie przypomni jakieś istotne informacje dotyczące mózgu, które mogły by wyjaśnić te dziw- ne halucynacje. Leżąc i myśląc, poczuł przykry zapach. Nie to nie był przykry za- pach. To nie był nawet smród. Był to obrzydliwy fetor. Tak ohydy, tak obrzydliwy, że myślał że zwymiotuje. „Co tak śmierdzi?” – zastanawiał się. Był bardzo zaskoczony, po- nieważ zapach który poczuł przypomniał jakąś zgniliznę. Coś jakby się psuło. Strach powrócił. Zastanawiając się nad źródłem odoru zauwa- żył, że w rogu pokoju znów ktoś stoi. Nie było mowy o pomyłce, o fi- glach umysłu, o przykrym śnie. W pokoju ktoś naprawdę był!!! Wojtek był przerażony i sparaliżowany. W głowie miał tylko tego kogoś. „Jest już po mnie. Zamorduje mnie…” – chciał zacząć się modlić, ale naj- pierw zdesperowany cichym głosem rzucił: – Kto tam jest? Postać stała jeszcze chwilę. Zapach był odrażający, ale z przeraża- nia Wojtek zupełnie o nim zapomniał. Głowę miał zaprzątnięta zupeł- nie czymś innym: 19 – Co, lub kto tam jest?! Zjawa ruszyła się. Zaczęła podążać w kierunku światła. Spacero- wym krokiem, bez krępacji szła, przemierzając pokój Czujnego. Po kil- ku krokach stanęła. – Kim jesteś? – zapytał Wojtek raz jeszcze, tym razem nieco śmiel- szym głosem. – Jan Wikulski, pseudonim „Dąb”, V Wieleńska Brygada AK – od- powiedział ten ktoś głosem bardzo zmęczonym, wyczerpanym, ale pewnym i zdecydowanym. Czujny był zupełnie zdezorientowany, nie dowierzał temu, co usły- szał. – Proszę? – rzucił tę formę grzecznościową, bo tylko to mu przy- szło do głowy. – Dąb, Jan Wikulski z V Wieleńskiej Brygady AK – powtórzył głos żwawo, wciąż stojąc w ciemności. Zapach nie ustępował. Mało tego, odkąd postać podająca się za „Dęba” podeszła bliżej Wojtka, zaczęło cuchnąć jeszcze intensywniej. Smród był nie do opisania. Jedno było pewne. Był to zapach zgnilizny, czegoś co się zepsuło i gniło. Czujny zdobył się na odwagę i postanowił wstać. Gdy tylko odchy- lił pościel i chciał postawić stopę na podłodze, usłyszał: – Nie podchodź. Nie wolno ci wstać!!! – powiedział „Dąb” zdecy- dowanie, lekko podnosząc głos. Wojtek nie zamierzał się kłócić. Wrócił natychmiast do łóżka i przykrył się pościelą jak najdokładniej, niemal nakrywając ją na siebie. 20 – Jeśli chcesz, żebym ci się ujawnił, musimy zawrzeć umowę – po- wiedział „Dąb”. – Ja wyjdę do światła, tak byś mógł mnie zobaczyć, ale tobie nie wolno krzyczeć. Żadnych krzyków, pisków, wrzasków… W przeciwnym razie… Przerwał wypowiedź niezwykłemu gościowi młody Chrząstowski, nie myśląc, nawet nie interesując się, co może się stać, jeśli złamie umowę. – Dobrze, będę milczał. Daję słowo – obiecał. Paraliżujący strach nieco zelżał i Czujnemu nasuwało się mnóstwo pytań, a szczególnie czego owy gość chce, w jakim celu przyszedł i najważniejsze… Czy zdrowie i życie Czujnego nie jest zagrożone. – Dobrze więc – rzekł Jan Wikulski, wychodząc z ciemności. Ale nie od razu, nie szybko. Pomału stąpał, delikatnie, tak jakby podłoga miała zaraz zaskrzypieć, a on sam chciał tego koniecznie uniknąć. Sta- wiając pierwszy krok, tak bardzo powoli i opieszale, sprawiał wrażenie tak jakby go chłopak trzymał na muszce pistoletu i to właśnie on miał przewagę. Powoli kontury wielkiego człowieka zaczęły wychodzić z ciemności. Wojtek mógł dostrzec coraz więcej. „Dąb” przestawał być ciemnym duchem, konturami jedynie widocznymi w ciemnym po- mieszczeniu. Oczom Czujnego ukazał się wysoki człowiek, silny i bar- czysty. Twarzy jeszcze nie było widać, ponieważ została w ciemnej części pomieszczenia. Sprawiało to wrażenie, że bardzo nie chce jej pokazać, tylko dlaczego? Uwagę Chrząstowskiego przykuł płaszcz, który był cały podziurawiony, poszarpany i… zgniły. Pas, który też 21 można było dostrzec, był ciemnobrązowy, a miejscami czarny lub zie- lony od pleśni. „Stąd ten zapach” – pomyślał Czujny. „Ale dlaczego ten facet tak się ubrał, po jaką cholerę przyszedł do mnie i po co podaje się za ja- kiegoś „Dęba”?” Przyglądając się dalej chłopak zauważył, że mundur żołnierza ni- czym się nie różnił od płaszcza. Również był poszarpany i dziurawy. W bluzie mundurowej z siedmiu guzików brakowało dwóch. Pozosta- łe były brązowe, brudne i z zieloną sadzą. Patki poszarpane i wybrako- wane. Futerał od pistoletu rozkładał się, podobnie jak i pozostała część umundurowania i oporządzenia. W kaburze spoczywał pordze- wiały i zniszczony pistolet, który ze względu na swój fatalny stan był nie do zidentyfikowania. Przyglądając się intensywnie oryginalnemu gościowi Wojciech zauważył coś, co go bardzo podnieciło i dodało mu odwagi. To tak, jakby miał dobre przeczucie. Tę iskierkę nadziei dał mu płaszcz i mundur, który zobaczył. Było to umundurowanie żołnierza Polskiego z 1939 roku. Bluza mundurowa WZ 36, spodnie WZ 37, pas główny WZ 31. No i ten piękny płaszcz... Mężczyzna znieruchomiał, zastygł, zupełnie jakby go pokryła gruba warstwa lodu. Widać było prawie wszystko, za wyjątkiem twarzy. Woj- tek nie czekał długo i zapytał: – A co z twarzą, dlaczego pan nie chce jej pokazać? Ów mężczyzna wciągnął głęboko powietrze i powoli wypuścił, od- powiadając. 22 – Obawiam się, że wówczas złamiesz umowę, którą przed momen- tem zawarliśmy. I wiem również, że nie zrobisz tego celowo, ale mi- mowolnie. – Dlaczego miałbym to uczynić, przecież obiecałem, nie ufa mi pan? – zapytał troszkę śmielej Wojtek. – To nie o ciebie chodzi. Pewnych reakcji możemy się spodziewać, a ja wiem jaka będzie twoja – odrzekł „Dąb”. – Jeżeli zaczniesz krzy- czeć, przysięgam, że rzucę się na ciebie i uciszę cię za wszelką cenę, bo po prostu mimo tego, że nie będę chciał tego robić, to po prostu będę musiał. Gotowy, by mnie w pełni poznać? – Gotowy – odpowiedział z powrotem przerażony Czujny, którego strach czerpał źródło w nieznanym. Co się zaraz wydarzy i kogo zoba- czy? Jan Wikulski, pseudonim „Dąb” zrobił krok w przód. I faktycznie Wojciech ani nie pisnął, ani nie krzyknął, bynajmniej jednak nie dlate- go, że obiecał… Po prostu tak bardzo go sparaliżował strach. Nie był w stanie wykrztusić z siebie ani nutki dźwięku, o krzyku mógł zapo- mnieć. Przed leżącym w łóżku chłopakiem stanął trup, ubrany w żoł- nierski mundur z 1939 roku. Postać która nawiedziła Czujnego nie miała twarzy. Na czaszce zwisały kawałki skóry, gnijące podobnie jak jego mundur. Gdzieniegdzie można było dopatrzeć się skrawki krótko ściętych włosów, przysłonięte rogatywką z pięknym Białym Orłem. Ten dumnie rozpościerający skrzydła ptak był jedynym nie zniszczo- nym elementem umundurowania. Wystające kości policzkowe, zęby, 23 kawałki ciała, zgniły płaszcz i mundur. Wojtek nie wiedział, co robić. Był sparaliżowany i przerażony. Żołnierz widmo powoli zbliżył się do łóżka Czujnego. Usiadł na łóżku, spokojnie podwijając płaszcz tak, by przypadkiem go nie pomiąć, tak jakby robiło mu to różnicę, tak jakby był w idealnym stanie, świeżo uprany i wyprasowany. Wojtek patrzył na żołnierza wielkimi przerażonymi oczami. – Cieszę się, że dotrzymałeś umowy – powiedział „Dąb”, uśmie- chając się resztkami skóry, które mu zostały na twarzy. – Wiem, że je- steś przerażony. Ale tylko ty nam zostałeś, ty jesteś naszą ostatnią na- dzieją i ja musiałem tu do ciebie dziś przyjść. Rozumiesz mnie? – za- pytał, głosem nie dowierzającym by odpowiedź mogła brzmieć „tak”. Nie mylił się zresztą. Wojtek wykrztusił z siebie jedynie – Aha... – Powiem ci kim jestem i po co tu przychodzę. Wysłuchasz mnie, a następnie podejmiesz decyzję czy nam pomożesz. – Nam, to was jest więcej? – zapytał podenerwowany chłopak. Zdenerwowany, ale opanowany. Wiedział już bowiem, że nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo... Przynajmniej na razie. – Ha, pewnie, że więcej, cały batalion, a nawet i pułk – odpowie- dział żołnierz, zaskoczony zdziwieniem chłopca. – A więc, Dębie, kim jesteś? – zapytał już mniej zdenerwowany, a bardziej zaciekawiony Wojtek. Był tak zaszokowany i zainteresowany kogo przed sobą ma, że zapomniał już zupełnie o nieprzyjemnym fe- torze. 24 – Jestem starszym strzelcem z V Brygady Wileńskiej AK, a moim dowódcą jest Zdzisław Badocha, pseudonim „Żelazny”. Należę do 2 szwadronu V Wileńskiej Brygady AK, którą dowodzi wielki żołnierz Zygmunt Szendzielarz, pseudonim „Łupaszka” – oświadczył z dumą żołnierz, patrząc prosto w oczy Czujnego. – Przyszedłem tu do ciebie, bo wiemy kim jesteś, a właściwie jakim jesteś człowiekiem. – A jakim jestem? – zapytał zdumiony Czujny. – Masz szlachetną naturę, jesteś mądry, bystry, szybki i wiele wiesz o nas. Będziesz wiedział gdzie nas szukać. – Szukać? – zapytał zdumiony chłopak. – Jak to szukać, a właściwie co to znaczy, że mam was szukać, skoro już was nie ma? Jan Wikulski wyraźnie się oburzył słowami Czujnego. Nachylił się do niego, bardzo blisko, prawie stykając się czołem i powiedział: – I ty to mówisz? Człowiek, który o nas czyta książki, artykuły, pa- sjonuje się naszą historią i interesuje naszymi losami, mówi i postępuje według podobnych zasad. Pyta, woła, prosi o naszą modlitwę i radę i w ten sposób o nas mówi? To co, nie ma nas już w twojej pamięci? Naprawdę tak łatwo nas odrzucasz? „Dąb” wyraźnie się zdenerwował. Podniósł głos, ale zaraz się uspokoił i przeprosił Wojtka. – Przepraszam, że się zezłościłem, zostałeś nam tylko ty, a właści- we nie mieliśmy nigdy nikogo innego. 25 - Dobrze, w porządku, ale wyjaśnij mi co to znaczy „ja wam zosta- łem” i „będziesz wiedział gdzie nas szukać”. – Wojtku, dobrze znasz nasze losy. Czytałeś wiele o nas. Walczyli- śmy w kampanii wrześniowej w obronie polskich granic. Potem w cza- sie okupacji nie poddaliśmy się. Po wojnie, po roku 1945 walczyliśmy z komunistycznym najeźdźcą. Walczyliśmy o wolną i niepodległą Pol- skę. Niestety nie daliśmy rady – głos starszego strzelca się załamał. – Wróg był za silny, ale walczyliśmy do samego końca. Wielu z nas zo- stało pomordowanych, wielu z nas skończyło swój żywot w lasach. Byli też jednak i tacy, co mieli mniej szczęścia i zginęli, zostali zamor- dowani w Ubeckich katowniach. Ci, co tego szczęścia mieli najmniej, pozostali bez grobów. Porzuceni gdzieś w dołach… – kończąc zdanie Jan Wikulski westchnął ciężko. – Wiem, wiem o czym mówisz... – Nie wiesz, Wojciechu! Na naszych ciałach, a raczej na naszych szczątkach stoją teraz śmietniki, toalety. Jesteśmy poniżani po śmierci i nie możemy się bronić. Nie możemy bronić naszej ukochanej Polski, ani już nawet siebie… – „Dąb” prawie zaczął płakać. Głos łamał mu się coraz bardziej. – Nie wiesz Wojtku, jak to jest. Czekamy tylko, aż będziemy mogli odejść czwórkami do niebios. Widzisz, mój pseudo- nim zyskałem dzięki posturze. Jestem wielki jak dąb… Tylko cóż teraz ja mogę… – Jan nie wytrzymał, schował twarz w resztkach swych dło- ni. 26 Czujny przełknął ślinę. Wyraźnie przejął się tym, co usłyszał. Zapy- tał więc prędko: – Dobrze, to co mogę zrobić? Czego ode mnie oczekujecie? – Znajdź miejsca naszego pochówku. Jest nas wielu. Znajdź nasze ciała i pozwól nam odejść. Spraw, byśmy mogli być z godnością po- chowani. Jak ludzie, jak żołnierze, jak patrioci… – Skąd pewność, że dam radę? – Hehe – zaśmiał się surowo Wikulski. – Nie mamy pewności, ale wiemy jaką masz wiedzę i jakie masz serce do naszej sprawy. Mój czas mija, muszę wracać. Żyję prawem wilka i muszę go przestrzegać. – Co znaczy „prawem wilka”? – zapytał zaciekawiony Wojtek. – To znaczy, że żyję w lesie i las jest moim domem – odpowiedział dumnie „Dąb”. – Teraz pozwól, że ja cię zapytam. Czy pomożesz nam?… Wokół Wojciecha zapadła ciemność. Trwała ona bardzo krótko. Dosłownie chwileczkę. Otworzył oczy ponownie, a do pokoju wpada- ły cudowne, złociste promienie słoneczne. Za oknem ćwierkały ptaki. Słychać było szczekającego psa i przyjemny warkot przejeżdżającego samochodu. Zaczął się nowy piękny dzień. Wojtek przetarł oczy i usiadł na łóżku. „Ostra jazda” – pomyślał sobie. ” Przecież jakbym komuś to opo- wiedział, to wzięliby mnie za wariata. Błogi sen to to nie był, raczej pierwszorzędny koszmar. Może coś mi się stało w czasie bójki. Może ten półgłówek Zakalecki uszkodził mi jakąś klepkę”. 27 Chłopak siedział jeszcze kilka minut, analizując cały sen i zastana- wiając się nad jego mocą. Jego realność i prawdziwość jeszcze wzbu- dzała w nim dreszcze. Nie mógł dojść do siebie. Wiedział, że to sen, ale to wszystko… To że czuł zapach, że słyszał żołnierza wyraźnie, widział, przecież był na wyciągnięcie ręki. Siedział tuż obok niego. Po prostu za dużo było tego wszystkiego. Myśląc o tym, co się wydarzyło, co mu się przyśniło, Wojtek gładził przyjemną, delikatną, aksamitną w dotyku pościel. Nagle poczuł pod dłońmi grudki czegoś dziwnego. Przypatrzył się, a na jego prześcieradle leżały rude wiórki. Były to po- rdzewiałe elementy czegoś metalowego. Czujny złapał się za głowę, bo zaczął rozumieć, że sen wcale nie był snem, a rzecz działa się na- prawdę. Kiedy siadł na łóżku by ubrać pantofle i zejść na dół do kuch- ni, zobaczył coś, co rozwijało wszelkie wątpliwości. Na podłodze leżał stary, przeżarty przez rdzę pistolet ViS. Wszelkie wątpliwości zostały rozwiane. Niezwykły gość naprawdę odwiedził go nocą. Teraz rów- nież Wojtek uświadomił sobie jeszcze jedną istotną rzecz. Musiał pod- jąć decyzję, odpowiedzieć sobie na pytanie… Pomóc czy nie pomóc? … 28 Rozdział III „Oni wstają z grobów – musicie mi pomóc” Wojtek natychmiast schował cenny podarunek, a może zgubę. Schował ją najlepiej jak potrafił. Oczywiście najbezpieczniejszym miej- scem na świecie jest jego pokój, oraz skrytki o których wie tylko on sam. Zaraz po tym jak ukrył starego, wysłużonego i zniszczonego przez czas ViSa, postanowił się ubrać. Włożył pierwsze lepsze ciuchy. Koszulka, spodnie, białe skarpety. Bardzo się śpieszył, bo nie mógł się doczekać jak opowie o tym wszystkim Agnieszce. Cały czas był świa- dom, że to nie będzie łatwe. Momentami nawet się zastanawiał, czy w ogóle jest sens to opowiadać. Na początku może jej się to wydać za- bawne. Ciekawa historia. Przy dłuższym upieraniu się, może jednak pomyśleć, że albo jest odurzony, albo po prostu mu odbiło. Chłopak zwariował. Pasja, fascynacja, zamiłowanie, zamieniło się w obsesję lub chorobę psychiczną. Czujny był świadom marnych szans, że Aga mu uwierzy. Jadł śniadanie, nieskomplikowane: jajecznica i tosty z serem. Żując kolejne kęsy, cały czas zastanawiał się, jak jej to powiedzieć. Może wyczuć ją, powiedzieć to w formie żartu albo wkrętu i zaobser- wować reakcję, choć ta była wiadoma. Dopijając herbatę do końca stwierdził, że dłuższe siedzenie nie ma sensu. Przecież i tak nic nie wy- myśli, bo co można wymyślić. Jedynym słusznym rozwiązaniem było pójście do Agnieszki i po prostu opowiedzenie jej o tym, co się wyda- 29 rzyło. Skończył śniadanie, umył talerze, umył zęby, zamknął dom i ru- szył w drogę. Kiedy doszedł do celu stwierdził, że będzie lepiej jak so- bie odpuści. Nie chciał ryzykować swojej dobrej reputacji. „Dam sobie spokój, a może i mi się wydawało” – pomyślał sobie. W tym czasie usłyszał wołanie Agnieszki, zachęcające by wszedł do domu. Długo nie kazał się prosić i wszedł prędko. Agnieszka przywitała go serdecznie. Zaskoczona i przejęta wyglą- dem twarzy ulubionego kolegi, chciała go zapytać co się stało. Ten jednak widząc jej buzię, antycypując jakie pytanie chce zadać, powie- dział: „Nie pytaj”. Niezbyt zadowolona z tego co widzi i z faktu, że jej przyjaciel coś ukrywa, zaoferowała sok ze świeżych pomarańczy i grejpfrutów, który szybko wycisnęła i poczęstowała serdecznego go- ścia. Zegar klikał, czas nieubłaganie mijał. Zdążyli porozmawiać na te- mat pierwszych chwil wakacji, podsumować rok szkolny i obgadać kil- ka par szkolnych. Minuty upływały bezlitośnie, a Wojtek cały czas miał w głowie temat który bał się rozpocząć, obawiając się ośmiesze- nia. Zmotywowany pewnością tego co przeżył, postawił wszystko na jedną kartę. – Wiesz co Aga – zaczął zwyczajnie. – Bo ja chcę ci coś opowie- dzieć, ale nie wiem jak to zabrzmi. Na pewno bardzo dziwnie. – Zazwyczaj to co mówisz brzmi dziwnie – odpowiedziała sarka- stycznie. – Daj spokój Aga, bo ja serio muszę ci to opowiedzieć, a nie wiem jak. Więc bądź tak miła i nic nie mów, żebym się wysłowił… 30 – No dobra, dawaj. Czego się wstydzisz? Pryszcze, zakochałeś się w nieodpowiedniej dziewczynie, czy może masz problem natury fizjo- logicznej? – drwiła sobie niemiłosiernie dziewczyna, nieświadoma tego, jak bardzo ciężko powiedzieć przyjacielowi prawdziwą historię. – Aga, cholera, to nie jest śmieszne, bo naprawdę nic ci nie powiem – ryknął lekko już zniecierpliwiony chłopak. – Dasz mi powiedzieć??? Dziewczyna spoważniała, uspokoiła się. Zrozumiała, że sprawa jest poważna i na pewno nie taka, z której można by było sobie robić hecę. – No dobrze, przepraszam. Opowiadaj – Agnieszka usiadła wygod- nie, dając do zrozumienia Wojtkowi, że zamieniła się w słuch. Minęło kilka sekund, a Wojciech tylko prychnął z bezradności. Ona jednak nie odezwała się ani trochę, nawet minę miała wciąż poważną i szczerze zainteresowaną. – Słuchaj, miałem u siebie w nocy gościa, ale to nie był zwyczajny gość – zaczął niepewnie. – Widzisz… To jest tak… że… Jejku, nie wiem jak ci to powiedzieć – chłopak złapał się za głowę i przeczesał sobie krótko ostrzyżone włosy. – Wojtuś, ja żartowałem z tymi pryszczami, dziewczyną, wiesz to tak… – Aga, co ty z tą dziewczyną??? Oszalałaś? – No, bo ja nie wiem o co chodzi, bo mówisz o jakimś gościu, je- steś skrępowany, poza tym myślałam że podoba ci się Paula Izdeb- ska… 31 – Paulina? Aga, skąd ty takie rzeczy bierzesz, przecież… – Woj- ciech zorientował się, że wcale nie o tym chciał mówić, a rozmowa schodzi na nieistotny, by nie powiedzieć żałosny temat. – Aga, był u mnie duch. Rozumiesz? – powiedział zdesperowany Czujny. Nie wiedział co zrobić, nie wiedział jak zacząć. W jakie słowa ubrać wypowiedź, by siedząca na wprost koleżanka wzięła go na po- ważnie, a nie parsknęła śmiechem, przeradzającym się stopniowo w politowanie. Postanowił więc wyłożyć kawę na ławę i czekać na re- akcję Agi. – Wojtek, jesteś lekko zdenerwowany, skrępowany, masz poważną minę i wiem, że coś jest nie tak… Ale duch to głupia historia i nie po- mogę ci, jak będziesz sobie kpił ze mnie. No proszę cię… – Nie rozumiesz mnie, ja nie robię sobie żartów. Był u mnie duch „Żołnierza Wyklętego”… – Daruj sobie - zniecierpliwiła się dziewczyna. – Nie wiem czemu ma ci to służyć, chcesz mnie nastraszyć? – Nie, Aguś, absolutnie nie. Szukam pomocy – zaczął się skrzętnie tłumaczyć Czujny widząc, że koleżance wcale nie jest do śmiechu i temat absolutnie jej nie odpowiada. – Potrzebuję pomocy… – W czym? – mimo, że Agnieszce trudno było uwierzyć w to co usłyszała, pytała dalej. – Słuchaj, najlepiej będzie jak ci wszystko opowiem od początku – zdecydował chłopak i złożył ręce, przykładając je do ust. – To było 32 tak. Obudziłem się w nocy. Byłem zaspany i nagle w rogu pokoju zo- baczyłem jakąś postać. Z początku myślałem, że to mój tata… – I to był on? – zapytała, już bardziej dowierzając, ale dorzucając do pytania nutkę kpiny. – Nie przerywaj mi, daj mi skończyć – zirytował się chłopak. Wie- dział, że jeśli ma wykonać zadanie, to tylko z jej pomocą. Póki co, nie miał wsparcia, a jedyna osoba, na którą jak sądził może liczyć, twier- dziła, że ten stroi sobie z niej banalne żarty. – Myślałem, że to mój tata – kontynuował. – Potem zorientowałem się, że przecież mojej rodziny nie ma w domu. Pomyślałem, że może Zakalecki chce się zemścić. Nie przerywaj… – uprzedził pytanie dziewczyny widząc, że ta nabiera powietrza by zadać oczywiste pytanie „Za co?” – Ale stał zbyt spokojnie i nie ruszał się. Nagle poczułem straszny smród. Ale to nie, że śmierdziało. Po prostu myślałem, że albo zwy- miotuję, albo zemdleję od tego ohydnego odoru. I nagle on się ode- zwał. Rozumiesz, nadążasz? – zapytał troskliwie. – No tak. Rozumiem i nadążam, ale nadal nie bardzo mogę w to uwierzyć - skomentowała dziewczyna krótko i szczerze. – Dobra, dalej – odsapnął na wpół zadowolony Czujny. – On się przedstawił, powiedział kim jest i po co do mnie przyszedł. Jest to Jan Wikulski, pseudonim „Dąb”. Był w brygadzie „Łupaszki”. I on z kole- gami potrzebuje pomocy… 33 Agnieszka przerwała koledze, widząc że wyraźnie bardzo się pod- niecił swoim opowiadaniem. – No dobra, ale w czym niby masz im pomóc? – Chce, żebym odnalazł ich groby, a właściwie miejsca spoczynku, bo oni grobów nie mają. Aga, ja nie wiem co mam zrobić żebyś mi uwierzyła, ale serio, to wszystko jest prawdą. Przecież mnie znasz. Wiesz dobrze, że nie palę żadnego dziadostwa, piwka nie piję, a skłon- ności do zmyślania też nie mam. No proszę cię… Oni wstają z gro- bów, musisz mi pomóc – chłopak poczuł bezradność, która nie dawa- ła mu spokoju. Z dwóch powodów. Po pierwsze, potrzebował nie- zbędnej pomocy. Po drugie, nie chciał się zbłaźnić w oczach ulubionej koleżanki. – Wiem Wojtek, wiem. Znam cię jak mało kto. Wiem też, że jesteś szalony. Masz wspaniałą ułańską fantazję. Wybacz mi, ale ci nie wierzę – chwyciła go za ręce, trzymając troskliwie i nie puszczając ani na mo- ment. – Wojtusiu, ja mam swoje lata. Po wakacjach idę na studia. I wy- bacz mi, proszę cię jeszcze raz, ale nie uwierzę, że w twoim pokoju był duch, który ciebie właśnie prosił o pomoc. I dziwnym zbiegiem oko- liczności był to duch „Żołnierza Wyklętego”, na których to punkcie masz bzika. Dlaczego to nie był rycerz, zjawa dziewczynki która zginę- ła w katastrofie kamienicy w rynku, milioner z Titanica, prezydent Sta- nów Zjednoczonych? Po prostu nie wierzę. – Przyszedł do mnie… – odpowiadał Wojciech, starając się utrzy- mać spokój i równowagę emocjonalną. – Właśnie dlatego, że oni wie- 34 dzą jak bardzo, ale to bardzo ich cenię, szanuję i uwielbiam. Wiedzą też, że mam na ich temat dużą wiedzę. – O rety. Nic z tego nie będzie. Wojtek, w XXI wieku duchy? No błagam cię – dziewczyna wstała z krzesła i odeszła od serdecznego kolegi. Trochę znudzona i zniechęcona dziwnym zachowaniem przyja- ciela. – Dobra. Przepraszam. Głupio wyszło i pójdę już… Dziewczyna już nic się nie odezwała. Dla niej ta sytuacja też była niełatwa. Najlepszy przyjaciel opowiada jej dziwne i niestworzone rze- czy, upierając się przy tym. Tylko po co to wszystko, w jakim celu? Wojciech jest oryginalny, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Myśli w głowie Agnieszki kotłowały się niemiłosiernie. Odprowadziła go do drzwi, pocałowała w policzek, pogłaskała po ramieniu i uśmiechnęła się delikatnie, oznajmiając tym samym, że nic nie rozumie z całej tej sytuacji, ale jest w porządku. Jemu to nie wystarczało. Popatrzył na nią chcąc jeszcze coś powiedzieć, wbił się wzrokiem w głębię jej oczu i wyszedł z domu na pole. Już w drodze do siebie zastanawiał się, co zrobić, by ta faktycznie mu uwierzyła i suma summarum w końcu mu pomogła. Zamyślony, przeżywający swoją porażkę, nie zauważył naciągające- go z naprzeciwka Zakaleckiego. – No i proszę frajerze. Peszek – usłyszał Pawła w momencie, jak już był tuż przed nim. 35 Czujny wiedział, jak takie spotkanie się skończy. Dlatego nie zasta- nawiał się długo i nie myślał specjalnie nad odpowiedzią. Po prostu przygotował ręce do gardy. I to było najlepsze rozwiązanie. Bo wła- śnie na tę dobrze ustawioną gardę przyjął kilka ciosów. Następnie, nie będąc dłużnym, sam wystosował kilka. Przez chwilę chłopcy się prze- pychali. Zakalecki widząc, że bez pomocy nie wygra tego starcia, od- skoczył od przeciwnika. – Teraz za każdym razem jak będę cię spotykał, będę cię tłukł! – Marzenie… – syknął pogardliwie Czujny. – Poczekaj, koleżko. Jak jesteś taki dobry, to zobaczymy jak sobie poradzisz z nami kilkoma. Wojtek nic się nie odezwał, nie chcąc pogarszać swojej i tak już trudnej sytuacji. Czekał jaki będzie kolejny ruch Pawła. Napastnik po- czuł, że z Czujnym w pojedynkę nie jest łatwo i nie kwapił się do dal- szej bitki. Wytarł nos, popatrzył na młodszego od siebie chłopaka i poszedł w swoim kierunku. Wojtek czuł się fatalnie. Na jedno popołudnie niepowodzeń abso- lutnie już mu wystarczyło. Ulubiona koleżanka myśli, że zmyśla nie- stworzone historie i jest infantylny. Osiedlowy chuligan uparł się na niego, postanowił sobie z jego osoby zrobić worek bokserski i w ciągu dwóch dni zaliczył dwie bójki. Jakby tego było mało, nie wiedział co zrobić z Wikulskim. Wracał do domu załamany. To wszystko bardzo go przygnębiło, przytłoczyło i zdeprymowało do czegokolwiek. Wszedł do pustego domu. Zdjął buty i poszedł do kuchni, prosto do 36 lodówki, gdzie napił się mleka. Pijąc z butelki, zauważył jak jeszcze trzęsą mu się ręce. Ochłonął trochę, uspokoił się opierając łokcie o kuchenną wyspę i myśląc co robić dalej. Wychodząc z kuchni zgasił światło, a następnie udał się na górę. Idąc korytarzem poczuł znajomy mu już zapach. Uchylił drzwi od swego pokoju, a w nim na środku stał jego nowy znajomy – Wikulski. – Co się stało, co ty masz na twarzy? – zapytał zaniepokojony „Dąb”. – To samo mógłbym zapytać ciebie, co z twoją twarzą nie tak? – odpowiedział niegrzecznie Wojtek. – Nie bądź nieuprzejmy. Gdzie szacunek dla starszych. Co jest z tobą? – skarcił Chrząstowskiego poległy żołnierz. – Przepraszam, ma pan rację. To wszystko przez te niepowodzenia. Wszystko poszło nie tak – Wojtek opadł bezwładnie na łóżko. – To znaczy co jest? Co się dzieje? Czy to przeze mnie masz kłopo- ty? – dopytywał „Dąb”. Czujny głęboko westchnął. Zastanawiał się przez chwilę jak to do- brze wyjaśnić, by niczego istotnego nie pominąć. – To było tak, poszedłem do mojej koleżanki, na którą zawszę mogę liczyć. W dodatku bardzo ją lubię. Naprawdę świetna z niej dziewczyna. Postanowiłem, że poproszę ją o pomoc. Nie bardzo wie- rzyłem w to, że uwierzy w to co jej opowiem. Było to dla mnie bardzo ważne, bo tylko ona może mi pomóc. No i się nie pomyliłem. Zbłaź- niłem się, teraz pewnie myśli, że mam problemy ze zdrowiem psy- 37 chicznym, a przynajmniej ma mnie za odjechańca, który pod wpływem książek wymyśla sobie jakieś fanaberie. To nie jest pańska wina… Przecież zdecydowałem się, że wam pomogę… – Odjechańca? – bardzo zdziwił się Wikulski. Jego mina wyraźnie dawała do zrozumienia, że nie zna tego słowa. – No, że jestem dziwny, chory psychicznie – wyjaśnił z grubsza Wojtek. – Ale nie jesteś odjechańcem, prawda? – zapytał zdezorientowany żołnierz. – Jasne że nie, czy przyszedłby pan do mnie mając podejrzenia, że jest ze mną coś nie tak? – To jest teraz mniej istotne, powiedz mi lepiej co się stało z twoją twarzą? – Niezłomny Bohater postanowił drążyć temat. – Nic… – uciął krótko Czujny, nie chcąc się przyznać nowemu znajomemu. – Nie bądź dzieckiem, ileż liczysz lat żeby takie rzeczy zatajać? A może jesteś niewiastą, że wolisz żebym cię teraz tulił i uprzejmie prosił o wyjawienie prawdy z kim się pobiłeś. Mów, a nie histeryzuj i nie każ się użalać nad sobą - powiedział ostro „Dąb”. Chłopak ponownie poczuł się lekko skarcony, ale również zmoty- wowany i poczuł, że jego ambicja została trochę urażona. Wiedział, że taki był zamiar Wikulskiego. Nie zamierzał jednak wdawać się w dys- kusję, by nie narazić się na kolejne obelgi. Nie chciał także dopuścić, by „Dąb” faktycznie pomyślał, że trzeba się nad nim litować, jak nad 38 dzieckiem czy bezradną dziewczyną. Poza tym, do Wojtka trafiał żoł- nierski ton. Postanowił wyjawić sekret. – Mam tu takiego delikwenta, z którym od czasu do czasu się pobi- ję – wyjaśnił niezbyt precyzyjnie. – Kto to jest, dlaczego się bijecie? – zapytał żołnierz takim tonem, jakby go przesłuchiwał. – To Paweł Zakalecki, nie lubimy się, bo mamy odmienne poglądy co do historii, polityki, no i też trochę się nie lubimy, bo lubimy tę samą dziewczynę. – Paweł Zakalecki powiadasz - powtórzył sobie partyzant szepcząc pod nosem, a właściwe pod kośćmi przegrody nosowej. – Tak, a co zamierzasz? – zapytał podejrzliwe Czujny. – Nic, zupełnie nic. Ty się teraz prześpij. Ja spocznę sobie tu przy tobie i przypilnuję, czy na pewno wszystko jest w porządku. Jakbyś co potrzebował, to ci usłużę. Rozumiesz, ty pomagasz mi, to ja wspieram ciebie. To chyba oczywiste… Wojtek uśmiechnął się i podziękował. Korzystając z deklaracji „Dęba” o opiece i wsparciu postanowił odpocząć i jak najszybciej za- kończyć ten nieudany dzień. Położył się i zapadł w głęboki sen. Spał długo. Śnił spokojnie, a w czasie snu odpoczywał. Obok na fotelu sie- dział Wikulski, doglądając go starannie. Czujny nie spodziewał się, co go czeka rano. Nie wiedział również, że nie do końca dobrze zinterpretował słowa „Dęba”, mówiącego o wspólnym wspieraniu się i pomaganiu. Nie wiedział, że duch party- 39 zant nie zakończy swej posługi jedynie na czuwaniu w czasie snu. Rano czekała go niemała niespodzianka i obrót sytuacji o 180 stopni. 40 41
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Tajemnica nocy Dęba
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: