Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00175 005955 14495042 na godz. na dobę w sumie
Tajemnice Sahary - ebook/pdf
Tajemnice Sahary - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: E-bookowo Język publikacji: polski
ISBN: 9788393135837 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> inne >> inne
Porównaj ceny (książka, ebook (-15%), audiobook).
Młode małżeństwo z Polski, które cudem ratuje się z katastrofy lotniczej, trafia w pełen konfliktów świat wojny domowej, niewolnictwa, islamu. Bez nadziei powrotu, zapomniani przez świat, uznani za zmarłych, walczą o każdy kolejny dzień życia. Rozdzieleni, z niewiedzą o losach ukochanej osoby, próbują na własną rękę dostosować się do warunków, przetrwać. Ona, w obozowej niewoli, zajmuje się podstawowym kształceniem dzieci przeznaczonych na sprzedaż. On, wśród skazańców, wykonuje niewolniczą pracę w kopalni złota. Jedyna osoba niewierząca w ich śmierć organizuje nielegalną ekipę poszukiwawczą, która dostaje się w sam środek działań wojennych. Czy bohaterowie nie popełnią błędów? Czy miłość będzie trwalsza niż załamanie? Czy jeszcze się spotkają i wrócą kiedykolwiek do Polski? Powieść przygodowo-awanturnicza z wartką akcją osadzoną na gorących piaskach pustyni. W tle autentyczne problemy i dramaty współczesnego Sudanu. Robert T. Preys Przedsiębiorca z potrzeby pracy, prawnik z potrzeby działalności społecznej, pisarz z zamiłowania. Ukończył studia prawnicze na Uniwersytecie im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Obecnie na Polskiej Akademii Nauk, zajmuje się przygotowaniem pracy doktorskiej, w zakresie ochrony praw człowieka. Od 1990 roku czynnie biorący udział w życiu gospodarczym nowej Polski. Jego artykuły prasowe wzbudzają szerokie zainteresowanie, ponieważ uwidaczniają, że prawo jest dla ludzi. Jako pisarz zadebiutował powieścią 'Orędzie, która w ciągu jednego roku została dwukrotnie wydana. Jego powieści z gatunku literatury sensacyjno-przygodowej cieszą się coraz większym uznaniem wśród czytelników, czego dowodem jest rosnąca popularność książki 'Tajemnice Sahary. Pisze o sprawach świata w sposób jasny, ciekawy i fascynujący.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

ROBERT T. PREYS TAJEMNICE SAHARY Projekt okładki Lesław Robert Kostulski Redakcja i opracowanie stylistyczne Jolanta Marciniak Redakcja techniczna Andrzej Małkowski © Robert T. Preys © Wydawnictwo Central Food Technology Preys Robert Kowalczyk 05-230 Kobyłka ul. Nadarzyńska 10A tel. 22 786 07 30 www.oredzie.pl, www.tajemnicesahary.pl Warszawa 2010 Wydanie pierwsze ISBN 978-83-931358-3-7 W podziękowaniu za dar życia książkę dedykuję rodzicom, Aurelii i Ryszardowi Kowalczykom syn Robert OD AUTORA Zanim pochłonie Państwa powieść, chciałbym tytułem wprowadzenia napisać co nieco na temat kraju, w którym toczy się jej akcja, ponieważ tłem dla niej jest nie tylko przy- roda Afryki, ale przede wszystkim budząca niepokój świata sy- tuacja społeczno-polityczna Sudanu. To największe terytorialnie państwo kontynentu afrykań- skiego ma przeszło dwa i pół miliona kilometrów kwadrato- wych powierzchni. Zamieszkuje je ponad czterdzieści milionów ludzi zróżnicowanych wyznaniowo i etnicznie. Mówi się tu stu trzydziestoma językami i narzeczami (arabski jest ję- zykiem oficjalnym). Od czasu uzyskania niepodległości, czyli od 1956 roku, krajem targają wojny domowe o różnym nasileniu i obszarze działań. Ustanowiona władza, głównie złożona z większości arab- skiej, wszelkimi sposobami usiłuje wprowadzić w całym kraju islam jako religię obowiązującą, a także prawo szariatu. Prze- ciwstawia się temu głównie ludność murzyńska południowego Sudanu, a jej radykalne ugrupowania (Sudańska Ludowa Armia Wyzwolenia i Ruch Sprawiedliwości i Równości) pod- jęły działania zbrojne. Wojna domowa nie pozwala na rozwój gospodarczy ani 7 społeczny państwa. W następstwie wśród ludności cywilnej szerzy się nędza i głód. Międzynarodowa pomoc humanitarna organizowana w latach siedemdziesiątych, osiemdziesiątych i dziewięćdziesią- tych w znacznym stopniu poprawiła podstawowe warunki życia ludności. Polacy także mieli w tym swój udział. W ra- mach działań powołanej przez Janinę Ochojską Polskiej Akcji Humanitarnej zbudowali tam wiele tak potrzebnych do życia studni. Jednak rząd w Chartumie zakazał organizacjom humani- tarnym działalności na terytorium południowego Sudanu. Przyczyniło się to, wraz z klęską suszy, do masowych migracji ludności. Jednym z obszarów o największej liczbie obozów dla uchodźców był Darfur. Tysiące ludzi umierało tam z głodu i chorób. Rząd Sudanu do zwalczania buntowników (niezależnie od wykorzystywania regularnej armii) powołał również oddziały milicji arabskiej składające się głównie ze zwerbowanych ko- czowników nazywanych dżandżawidami, czyli „jeźdźcami”, którzy ze szczególnym okrucieństwem mordowali mieszkań- ców prowincji, palili wioski. Milicja ma za zadanie utrzymanie władzy i wprowadzanie prawa szariatu. Dokonuje też czystek etnicznych i porwań ludności w niewolę. Sudan, pomimo zaprzeczeń rządu, należy do krajów o największej liczbie uprowadzeń ludzi w celu handlu żywym to- warem. Akcje milicji arabskiej i działania wojenne pochłonęły ponad dwa miliony ofiar wśród ludności cywilnej. To najwięk- sza liczba od czasu zakończenia II wojny światowej. W kwietniu 2007 roku Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze wydał nakaz aresztowania lidera milicji arabskiej Aliego Kushayba oraz ówczesnego ministra spraw wewnętrz- 8 nych Sudanu Ahmada Haruna. W marcu 2009 roku taki sam nakaz wydano na prezydenta Sudanu Omara Hassana Bashira. Główne zarzuty dotyczą zbrodni wojennych i zbrodni prze- ciwko ludzkości. Panowało przekonanie, że rodząca się demokracja i względna stabilizacja, która zaistniała w ramach dotychczaso- wego porozumienia pokojowego, może stworzyć klimat do prowadzenia społecznego dialogu i w konsekwencji porozu- mienia. W kwietniu 2010 roku Bashir wygrał jednak przeprowa- dzone z rażącymi nadużyciami wybory powszechne i wpro- wadził dyktaturę. Niestety działania ONZ w celu wymierzenia sprawiedli- wości napotykają zdecydowany sprzeciw Ligi Arabskiej i sta- łych członków Rady Bezpieczeństwa, do których należą Chiny i wstrzymująca się od poparcia tych działań Rosja. Głównie dzięki administracji amerykańskiej za prezyden- tury Buscha udało się doprowadzić do podpisania w 2005 roku porozumienia pokojowego, na mocy którego Południe otrzy- mało autonomię i swoje miejsce we władzach centralnych. Jed- nak porozumienie nie jest realizowane w sposób zapewniający równość stron. Niemniej jednym z najważniejszych postanowień układu jest plan przeprowadzenia w 2011 roku referendum na temat podziału państwa i utworzenia niezależnego Południowego Sudanu. Istnieją jednak obawy, że bez względu na wynik referen- dum zawsze będzie strona niezadowolona i dążąca do zmiany sytuacji w państwie. Czy Arabowie pozwolą na oderwanie się Południa, gdzie występują największe w Sudanie złoża ropy naftowej? Międzynarodowi eksperci są zgodni. Referendum dopro- wadzi do kolejnej wojny domowej, a światu niepotrzebna jest 9 następna Somalia. Dlatego są propozycje przełożenia referen- dum o kolejne trzy lata. Nie odwracajmy się od Sudanu. Jego sytuacja nie jest wy- łącznie problemem Afryki, to dotyczy nas wszystkich, którzy jesteśmy obywatelami świata. Robert T. Preys ROZDZIAŁ I LOT W NIEZNANE Kadłub samolotu znów zadrżał, a nad głowami ponownie zapalił się napis: ZAPIĄĆ PASY. „To dzieje się zbyt często, coś się chyba psuje” – pomyślała kobieta i spojrzała przez okno. Pogody na zewnątrz nie udało się ocenić, przynajmniej z perspektywy pasażera. Było ciemno, co normalne w środku nocy. Czuła się jak w studni bez dna, jak w czarnej dziurze. – Możesz zasnąć? – dziewczyna wtulała się w ramię sie- dzącego mężczyzny. – Cholerne oparcie! – walnęła dłonią w wystającą poręcz fotela, która uciskała ją w żebro. – Nawet koala by nie zmrużył oka. Wszystko się we mnie trzęsie, jakbym sunął deskorolką po kocich łbach. Wiesz, czy- tałem gdzieś, że nad Afryką są takie silne prądy powietrzne, że huragan to przy tym pestka. – W górze? – Tak, przechodzą na wysokości ponad dziesięciu tysięcy metrów. Zdaje mi się, że gdy nas tak rzuciło, to było właśnie coś takiego. Od tamtej pory nie możemy odzyskać płynności lotu. – Wiktor, przestań! To wcale mnie nie uspokaja. Poroz- mawiajmy o czymś przyjemniejszym. Nagle samolot opadł w dół niczym winda zerwana z liny. Trwało to sekundę, może dwie. W tym czasie pułap lotu ob- niżył się o kilkadziesiąt metrów. – O jasna…! – chłopak zatkał dłonią usta, a żołądek jego znalazł się gdzieś pod językiem. – Już dobrze, ale takie skoki mnie wykończą – złapał kilka oddechów i próbował wykrzy- wić usta, aby choć trochę przypominały uśmiech bohatera. – To już dwa tygodnie od naszego wesela. Jak się Czujesz 11 w nowej roli? – spytała kobieta. Wiktor starał się opanować mdłości. Oddychał głęboko. Próbował podkręcić jeszcze mocniej nawiew powietrza, ale się nie udało. Był już nastawiony na maksimum. – Powiem szczerze, że bardziej odpowiedzialnie. Choć jeszcze do mnie to nie dotarło. Twój ojciec dosadnie mi zasu- gerował, abym się tobą opiekował. – Tata zawsze miał bzika na moim punkcie. No cóż, jes- tem jego oczkiem w głowie, ale Olga nadal traktuje cię jak młodszego braciszka. – Olga! Olga to… to indywidualność, klasyka nadopie- kuńczej miłości siostrzanej. Mogłaby być prawnikiem, idealnie się do tego nadaje, a ja powinienem się zająć czymś bardziej luzackim. W końcu to ona pchnęła mnie na prawo, a sama za- jęła się reklamą. – No nie gadaj, zrobisz aplikację i będziesz miał dobry zawód. – Tak, tylko trzeba się na nią dostać, przeżyć i zdać egza- min. Potem załapać się do kancelarii, a później, jak będzie tro- chę szczęścia, założyć własną i szukać, szukać klientów. Na razie rozwijamy ten biznes, na którym mamy trochę zarobku. Jak widzisz, nie wychodzimy na tym tak źle. Ludzie chętnie piją rano mleko i chrupią ciepłe bułki. Jak tak dalej pójdzie, zaczniemy dostarczać pod drzwi każdego ranka nie tylko mleko, ale i wędlinę, gazety i wszystko, czego będą chcieli. Do- stawa o poranku. Jesteś w kapciach, w pieleszach? A może w piżamie? Śniadanie czeka pod drzwiami – Wiktor na poczeka- niu układał slogany przydatne w działalności, jaką prowadził. – Tylko że wstajesz o drugiej w nocy i chodzisz smętny do wieczora. – Kochanie, hurtownie pracują właśnie o tej porze, nic na to nie poradzę. Ty przecież, jak wrócisz z pracy w banku, masz całą papirologię na głowie. A obiecałem twojemu ojcu, że do- 12 kończysz studia. Więc nie lituj się nad moim losem, twój wcale nie jest lepszy. – Muszę się o ciebie troszczyć, abyś miał siłę na wszystko. – Taaak. To troszcz się, troszcz – położył dłoń na jej udzie, przycisnął, aż poczuł puls. Chciał ją pocałować, ale w tym momencie samolotem targnęła jakaś siła i oboje zamarli w bezruchu. – Mam już dość. Wujek miał gest z tą wycieczką do RPA, tylko szarpnął się nie za zbytnio. Znalazł najtańszą z możli- wych. Na samo dotarcie na wybrzeże południowej Afryki i z powrotem stracimy połowę czasu, jaki mamy na cały wyjazd. – A chwalił się na weselu swym prezentem, jakby to miała być podróż do raju. Lidka, masz wspaniałego wuja. To nic, że znalazł najtańsze w Niemczech biuro podróży. Sam fakt, że lecieliśmy z przesiadką we Frankfurcie, to widocznie dla niego już coś znaczącego. Doceń i korzystaj – delikatnie poklepał dłoń ukochanej. – Wiktor, zobacz! – szeroko otwarte oczy dziewczyny wpatrywały się w okienko samolotu. – Pewnie światło sygnalizacyjne… chyba – mężczyzna próbował wyjaśnić, co to za błyski odbijają się łuną od skrzy- deł maszyny. Drżenie kadłuba wzmagało się, a wstrząsy sprawiały wra- żenie, że tylko jakaś magiczna siła trzyma wszystko w kupie. – To dlatego, że siedzimy na samym końcu. Jak chcesz, przesiądziemy się gdzieś bliżej. Jest parę wolnych miejsc. – Nie, przynajmniej lecimy sami, tam też na pewno nie jest lepiej – odpowiedziała Lidka. Napis: ZAPIĄĆ PASY migał bez ustanku. Samolotem targała kolejna fala wstrząsów, drgań i Bóg wie, czego jeszcze. Nagle światła zgasły i nastała kompletna ciemność, prze- rywana jedynie impulsami sygnalizacyjnego światła zewnętrz- nego. Po chwili i ono znikło. 13 – Wiktor! – palce dziewczyny wpiły się nerwowo w ramię męża. – To tylko chwilowe, proszę się nie bać – świecąc niewiel- kimi latarkami, stewardessy przechodziły między fotelami i próbowały uspokajać pasażerów. W końcu zapaliło się awaryjne oświetlenie podłogowe, a z głośnika dobył się głos: „Tu mówi kapitan. Mamy niewielką awarię systemu elektrycznego. Proszę o zachowanie spokoju, nie ma żadnego powodu do obaw. Pozostałe najważniejsze systemy są sprawne, również awaryjne. Działają bez zastrze- żeń. Przepraszamy za chwilowe niedogodności. O wszystkim będą państwo informowani na bieżąco przez personel pokła- dowy. Obecnie jesteśmy nad terytorium Czadu. Przelecieliśmy nad Saharą, gdzie wystąpiły silne jak na tę porę roku prądy po- wietrzne wywołujące turbulencje. Przewidujemy lądowanie na lotnisku w Johannesburgu za około pięć godzin.” – Zrozumiałeś, co mówił? – zapytała Lidka. – Dobrze, że powtarza po angielsku, bo po niemiecku ani trochę nie rozumiem. – Mógłby po polsku, przecież leci tu trochę naszych. – Kochanie, to niemiecki samolot, więc nie wymagaj cudów. Zresztą jak nie rozumiesz, to najlepiej obserwuj pasa- żerów. Póki nie wpadają w panikę – jest dobrze. – A jak zaczną? Zimno mi. – Chcesz koc? – Wiktor potarł ramię Lidii, przykręcił na- wiew, który już nie działał, po czym rozejrzał się za obsługą. Nikogo nie widział. Kilka osób narzuciło już koce na siebie i wyglądało na to, że z otrzymaniem kolejnego może być pro- blem. Nacisnął kilka razy przycisk przywołujący obsługę, ale wszystko wskazywało na to, że nie działa. Odpiął pas fotela i ruszył w kierunku kokpitu. Nim dotarł do połowy drogi, z boku wyskoczyła stewardessa i stanowczo nakazała wrócić na miejsce. Na sugestie o kocu odpowiedziała coś, kręcąc 14 przecząco głową. Już miał wracać, gdy nagły skok wysokości spowodował, że podłoga umknęła mu spod stóp i uderzył bo- leśnie barkiem o schowek pod sufitem. Po chwili wyczuł, że samolot z wysiłkiem próbuje się wznieść. Szybko dotarł do swojego miejsca z grymaśną miną, która mówiła, że nie załat- wił nic ciepłego. Huk, wstrząs i szarpnięcie. Samolot przechylił się na lewe skrzydło i zaczął opadać. – Co się dzieje? – oczy Lidki wyrażały przerażenie. – Chyba nie jest tak dobrze, jak mówił kapitan. Wiktor wczuwał się całym sobą w każde drgnienie ma- szyny. Chciał wniknąć swym systemem nerwowym w system czujników i aparatury samolotu. Nasłuchiwał stukotów, łomo- tów i wszelkich niepokojących odgłosów. Było tego jednak za dużo. – Słyszysz? Tak jakby… Mam wrażenie, że lecimy z wy- łączonym jednym silnikiem, a drugi pracuje na wyższych obro- tach. – Nie wiem, chyba dla mnie za dużo tych wrażeń. Wiktor, najchętniej wysiadłabym z tego latającego pudła. Samolot wyrównał lot, położył się delikatnie na lewej bur- cie i miarowo nabierał prędkości. Po chwili ponownie z głoś- ników pasażerowie usłyszeli głos kapitana. – Co on mówił? – upewniała się Lidia. – Kair! Zawracamy do Egiptu. Tam mają serwis i po drob- nej naprawie polecimy dalej. – Drobnej! Ten złom ledwo się trzyma kupy. Dalej nie lecę, z Kairu wracamy do domu. – Kochanie, zapewne to naprawdę coś drobnego. Lepiej sprawdzić niż ryzykować. Może dadzą jakiś inny samolot. – Ja wracam! – Szkoda wycieczki. Lidka, naprawią i polecimy dalej. – Jak chcesz, leć sam. Ja wracam. To ty chciałeś do tej za- 15 kichanej Afryki. – Teraz to moja wina. – Nie, ale tak naprawdę to ja nie lubię wyjeżdżać. Wolę być z tobą w naszym mieszkanku. Teraz byśmy sobie leżeli w łóżeczku i… – Ty moja sardynko. I za to cię kocham. – Olga, jak nas odwoziła na lotnisko, miała jakieś złe prze- czucia. Próbowała nas odwieść od tej podróży. Chciała, abyśmy razem z jej chłopakiem pojechali w góry. – Ona zawsze jest taka. We wszystkim widzi zagrożenie. Najlepiej wprowadziłaby się do nas i nadzorowała nasze mał- żeństwo. – Nie mów tak. Chciałabym mieć taką siostrę. Obaj piloci w pełnym skupieniu starali się dotrzeć do naj- bliższego lotniska, które mogłoby dysponować jakimikolwiek warunkami umożliwiającymi odpowiednie zajęcie się pasaże- rami i maszyną. Byli doświadczonymi lotnikami, a częste trasy do Afryki nauczyły ich wiele. – Ludwig, nie dolecimy do Kairu. Nie na tym, co nam po- zostało. Muszę zmniejszyć moc, bo przeciążę silnik i będziemy jak szybowiec. – To coś nad wybrzeżem północnej Afryki nie było tylko wiatrem. Szkoda, że nie mogę przyjrzeć się z bliska uszkodze- niom. Większość systemów albo nie pracuje, albo jesteśmy na awaryjnych. Nigdy nie spotkałem się z czymś takim. – Nawet dokładnie nie mogę ustalić, gdzie jesteśmy – stwierdził Hans. – Chyba gdzieś nad północnym Sudanem – dodał. – Nawiąż łączność z Al-Chartumem, muszą nas przyjąć. – Wolałbym nie tam. – Hans, nie mamy wyboru. Nieliczne pracujące wskaźniki dały znać o kolejnym pro- 16 blemie. Sytuacja stawała się trudna. Można by rzec, że nawet tragiczna. Temperatura silnika szybko wzrastała. Kapitan zdawał już sobie sprawę, że może dojść do eksplozji, toteż zmniejszył moc do minimum zapewniającego w miarę stabilny lot. – Personel, proszę przygotować pasażerów do awaryjnego lądowania. Lądujemy w Sudanie na… na terenach pustynnych. „Chyba” – dodał w myślach. Jak tylko personel pokładowy przystąpił do działania, ka- pitan w komunikacie dla pasażerów oznajmił, gdzie obecnie się znajdują. Że lądowanie, choć awaryjne, nie powinno być trudne i że tuż po nim należy opuścić jak najszybciej pokład samolotu. Lidka po raz kolejny nerwowo wpiła paznokcie w Wik- tora. Ludzie głośno rozmawiali. Jedni wyciągali coś ze schow- ków, inni siedzieli przerażeni, może się modlili. Oboje śledzili ten cały zgiełk ze świadomością, że sami, będąc z tyłu, nie są przez nikogo obserwowani. – Warto było – rozmarzył się Wiktor – choć dla tych kilku chwil warto było być z tobą. – I będą jeszcze nie tylko te. Przytul mnie. Objął ją najczulej, jak tylko potrafił, spróbowali schylić maksymalnie głowy do kolan. Gdyby się dało, zamieniliby się najchętniej w jeden kłębek. Samolot schodził coraz niżej i niżej. Za oknem – czarna dziura. Wewnętrznie czuli, że maszyna powinna już lądować. Ale było inaczej. Wydawać by się mogło, że samolot jest tuż nad ziemią, a on jeszcze leci i leci. „Niech to się już skończy. Gdzie ta cholerna ziemia?” – myślał Wiktor. „Przecież lądowanie nie może trwać wiecznie. A może już nie żyjemy i tak wygląda czyściec dla tych, co spa- dają?” 17 Nagle samolot uniósł w górę kokpit, a z silników wydo- było się ostatnie tchnienie mocy. Chciał przyśpieszyć, wznieść się, ale było za późno. Pilot najwidoczniej dojrzał jakąś przeszkodę i próbował w ostatniej sekundzie poderwać maszynę, aby nad czymś prze- lecieć. Uderzenie było tak gwałtowne, że pasażerami szarpnęło we wszystkich możliwych kierunkach. Przeciążenie spowodo- wało, że Wiktor w ułamku sekundy poczuł wszystkie kości i kosteczki. Stracił orientację. Adrenalina wybuchła w jego or- ganizmie z taką siłą, że nie miał świadomości własnego ciała. Uderzenie, gniecenie, wstrząs, utrata jakiejkolwiek równowagi – wszystko naraz. Ponowne uderzenie – i znów to samo. Pustka w mózgu. Zanim zrozumiał, co się dzieje, odczuł nie- naturalność pozycji swego ciała. Zwisał głową w dół ucze- piony na pasach od fotela. Żył, chciał otworzyć oczy, ale… miał je otwarte. Ciemność. Lidka! Co z Lidką? Trzymał ją przed chwilą tak kurczowo, a teraz nie wie, gdzie jest. Huk eksplozji, blask ognia i uderzenie rozgrzanego po- wietrza. W efekcie to coś, w czym jeszcze tkwili, zmieniło swoją pozycję i szarpnęło znacząco, przypominając o bólu, który był tłumiony przypływem adrenaliny. Zrobiło się dość jasno. – Wiktor, Wiktor jesteś? Wiktor! – Jestem – próbował podciągnąć Lidię do siebie, ale fotel zawisł na czymś. – Odepnij pas! – krzyczał do niej. Po chwili oboje wypełzli z czegoś, co do niedawna było ogonem maszyny. Stali obok potrzaskanego fragmentu wraku. Byli sami. Reszta samolotu po oderwaniu się tylnej części po- leciała jeszcze kilkaset metrów dalej. Wspięli się z trudem na niewielkie wzgórze, z którego roz- 18 przestrzeniał się okropny widok. Płomienie sięgały kilkunastu metrów. Dym zasłaniał wszystko, co mogło jeszcze przedsta- wiać resztki maszyny. Obejrzeli się za siebie. W dole widać było ocalałą część samolotu, w której przeżyli katastrofę. Dalej było kolejne wzniesienie. – Pewnie maszyna zahaczyła o ten wzgórek – powiedział Wiktor. W blasku ognia wydmy wyglądały jak bezkresne fale na oceanie, tylko że tu wszystko było z piasku. – Zostań. Ja pójdę zobaczyć, może komuś trzeba pomóc. – Nie, idę z tobą – nie czekając na odpowiedź, Lidka ru- szyła. Jeszcze przez długi czas nie mogli zbliżyć się do wraku samolotu. Duszący dym wgryzał się w gardło jak rozgrzana smoła. Krążyli wokół miejsca katastrofy. Wybuch rozrzucił szczątki maszyny w promieniu kilkuset metrów. Widok był okropny: palące się i dymiące kawałki kadłuba, opon, bagaży, ciał. Nieopodal usłyszeli jęki. Podbiegli. Spod tlącego się ka- wałka obudowy wystawały czyjeś nogi. Po strzępach ubrania można było sądzić, że to jeden z pilotów. Oboje z trudem wy- ciągnęli rannego i odwlekli na bezpieczną odległość. Męż- czyzna cierpiał. Z jego barku wystawała potrzaskana kość. – Co z nim zrobimy? – Uciskaj ranę, a ja spróbuję wepchnąć kość do środka, inaczej wda się zakażenie – zdecydował Wiktor. Ranny jęknął z bólu i zemdlał. – I co teraz? – Nic, przynajmniej przez jakiś czas nie będzie czuł bólu. Poszukajmy, może ktoś jeszcze przeżył. Lidka, rozejrzyj się za czymś, co może się przydać na opatrunki, za jedzeniem. Zanim ktoś tu przybędzie z pomocą, może upłynąć wiele godzin. 19 – Godzin? – To nie Ameryka, tutaj wszystko może trwać dużo dłu- żej… Wkrótce oboje, wyposażeni w niewielką ilość przydatnych przedmiotów, zajęli się dokładniejszym opatrywaniem ran- nego. – Co tu się stało? – usłyszeli zza pleców czyjś głos. Wiktor poderwał się natychmiast i ujrzał stojącą nieopo- dal na wydmie smukłą postać odzianego w ciemną tunikę Araba. – Katastrofa, była katastrofa – mówiąc to, chłopak pró- bował ręką zakreślić cały obszar z porozrzucanymi szczątkami. – Czy ktoś jeszcze przeżył? – dopytywał się nieznajomy, nie wykonując żadnego kroku naprzód. – Nie, raczej nie. Sprawdzaliśmy, zresztą nie wiem. Na skinienie głowy przybyłego kilka postaci wyłoniło się z ciemności i pobiegło na miejsce katastrofy. Do Araba dołą- czyło jeszcze trzech mężczyzn. Podeszli wszyscy bliżej i przy- patrywali się dokładnie ocalałym. – A co z nim?– nieznajomy wskazał na rannego pilota. – Nieprzytomny, stracił dużo krwi. Ma złamane ramię i obojczyk. I chyba obrażenia wewnętrzne. Dłuższą chwilę wszyscy przypatrywali się poczynaniom grupy, która kręciła się wśród porozrzucanych części samo- lotu. – Oni plądrują ocalałe bagaże – wzdrygnęła się Lidka. Wiktor chciał coś powiedzieć, ale zanim to uczynił, przy- bysz oznajmił: – Idziecie z nami. – Lepiej zostaniemy tutaj, zapewne pomoc jest już w dro- – Nie przeżyjecie nawet jednego dnia. Nim ktokolwiek tu dze. 20 przybędzie, minie tydzień. Chartum jest daleko. – Chartum! Zabierzecie nas do Chartumu? – zapytała Lidka. Nieznajomy nic nie odpowiedział. Spojrzał tylko z po- gardą na kobietę i dał znać, aby się zbierali. – A co z nim? – zapytał Wiktor. Arab podszedł do nadal nieprzytomnego pilota i przyjrzał się mu dokładniej, po czym rozejrzał się po okolicy i wyciągnął wbitą nieopodal w piach metalową rurę przypominającą długą laskę. W mgnieniu oka wykonał zamach i ze świstem uderzył w głowę rannego, wgniatając rozłupaną część czaszki do we- wnątrz. Rannym mężczyzną targnęły drgawki. Po chwili po- ruszył się jeszcze dwukrotnie i skonał. Lidka otworzyła usta, nie mogąc wydobyć słowa. Wiktor spojrzał na sprawcę okrucieństwa i zdał sobie sprawę, że każdy uzna, że śmierć tego człowieka nastąpiła z powodu katastrofy. Tylko oni byli świadkami morderstwa. – Jemu już nikt nie mógł pomóc. Niech Allah ma go w opiece – z całkowitym spokojem Arab odwrócił się od zwłok i ruszył w kierunku wydm. – Widziałeś, co on zrobił? – Lidia z niedowierzaniem krę- ciła głową, idąc z mężem za prowadzącym ich nieznajomym. Wkrótce, za kolejną wydmą, ujrzeli w blasku księżyca or- szak ludzi i wielbłądów. Na polecenie prowadzącego ich czło- wieka zrobiło się niewielkie zamieszanie. Poderwano siedzące wielbłądy, poprzenoszono pakunki i niebawem jedno z mniej obładowanych zwierząt było do dyspozycji gości. – Ja mam na to coś wsiąść? – Lidka wskazała dużego wiel- błąda, który klęczał nieopodal. Arab dał im znać, że pora w drogę i nie czas na dyskusje. Karawana ruszyła. Przez jakiś czas posuwali się spokojnie, czekając na przybycie pozostałych członków grupy. Gdy tamci 21 już dołączyli, wielbłądy ruszyły szybciej. – Mam wrażenie, że uciekamy – Wiktor ledwo wybełko- tał, uważając, aby przy kolejnym podskoku nie ugryźć się w język. Lidka, przytulona do jego pleców, trzymała się i jego, i wielbłąda ze wszystkich sił. Zwierzak, przyzwyczajony do dźwigania ciężarów, nawet nie stwarzał wrażenia zmęczonego. Po kilkugodzinnej jeździe tempo zmalało prawie do zera. Po- woli snuli się po falach piasku. Karawana składała się z ośmiu ludzi i kilkunastu wielbłądów. Każde ze zwierząt objuczone było dużymi torbami, skórami i bukłakami. Nikt się nie odzy- wał. Arabowie okrzykami i bacikami popędzali wielbłądy, jeśli te zwalniały. – Może niedługo staniemy. Tak mi się klejnoty poobijały, że czuję, że straciły na wartości – narzekał Wiktor. – Kiedy postój? – zapytał wyprzedzającego go jeźdźca. Ten nawet nie spojrzał na niego. Popędził zwierzę na czoło karawany. Lidia ocknęła się z półsnu i rozglądała się po okolicy. Słońce już wschodziło i czuło się z każdą minutą wzrost tem- peratury. – Wszystko się we mnie trzęsie – stwierdziła. – A ten wiel- błąd coraz gorzej cuchnie. Jak myślisz, długo jeszcze? Może spytasz? – Próbowałem, jak drzemałaś, ale oprócz tego, z którym rozmawialiśmy, chyba nikt tu nie mówi po angielsku. – Ja drzemałam? Chyba żartujesz, za skarby nie mogła- bym usnąć na tym wehikule. Tak buja, że szybciej nabawię się choroby morskiej niż zasnę. – Skoro tak mówisz… – skomentował Wiktor. Z tyłu rozległo się zawołanie, po czym wyprawa stanęła. Kilku mężczyzn podjechało do wzywającego ich i coś poka- zującego Araba. Padły krótkie komendy i cała karawana zato- 22 czyła krąg. Chwila odpoczynku nastała nieoczekiwanie. Wiktor i Lidka z wielką ulgą zeskoczyli z wielbłąda. Podeszli do ma- łego zgromadzenia i przypatrywali się wszystkiemu z pewnej odległości. – Wygląda na to, że garbus zachorował. Cały jest mokry, jakby miał gorączkę, a wywalony jęzor sięga mu do kolan. – Szkoda go – ubolewała Lidia – mam wrażenie, że jest bardzo zmęczony. Kilku mężczyzn zaczęło zdejmować pakunki z chorego zwierzęcia. Nikt na nim nie jechał, ale ilość towarów, jaką dźwi- gał, była bardzo znaczna. Dało się zauważyć, że Arabowie mocno przejmowali się wydarzeniem. Lamentowali, biadolili, drapali się po brodach. Przywódca grupy miał zapewne uza- sadnione pretensje do odpowiedzialnego za zwierzę człowieka, że ten nie dostrzegł wcześniej objawów choroby. Wiktor ruszył kilka kroków i wyciągnął ręce, aby pomóc w zdejmowaniu bagaży. Dwaj najbliżsi ludzie spojrzeli groźnie na niego, ale na znak przywódcy dali spokój. Złapawszy pa- kunek, zachwiał się i upadł na kolana. Nie spodziewał się, że w niewielkim tobołku może być coś tak ciężkiego. Zerwał się jednak na nogi i zaniósł go we wskazane miejsce. Zanim prze- pakowano towar, upłynęła prawie godzina. Wiktor, zlany potem, padł przy siedzącej na piasku Lidii. – Wody! – zawołał. – Masz, ale wypij tylko trochę. To zapas na dwa dni. – Ten bukłaczek? Przecież tu nie ma nawet połowy za- wartości. Pewnie ktoś wcześniej z niego już pił, no i ta skóra. Łee! – Dostałam go od niego – kobieta wskazała głową na przywódcę grupy – a na imię ma Abdul. – Oni wszyscy to Abdule – odpowiedział ze zgryźliwością Wiktor. – Wiesz co? Tak w świetle to nawet przystojny ten Arab. 23 SPIS TREŚCI OD AUTORA ........................................................................................................... 7 ROZDZIAŁ I LOT W NIEZNANE ............................................................................................. 11 URZĄD DO SPRAW WSZELKICH .................................................................. 29 PUSTYNNA NOC .................................................................................................. 33 MISJA ......................................................................................................................... 46 NIEOCZEKIWANA ZMIANA POŁOŻENIA ............................................... 50 ROZDZIAŁ II WITAMY W SUDANIE ........................................................................................ 55 BIAŁA PANI ............................................................................................................ 62 DOKTOR ZA STO DOLCÓW ........................................................................... 67 UCIECZKA .............................................................................................................. 73 PUSTYNNA ZJAWA .............................................................................................. 75 GARŚĆ PIEPRZU .................................................................................................. 77 SZCZYPTA WANILII ............................................................................................ 80 W PODRÓŻY .......................................................................................................... 87 ROZDZIAŁ III ŚLUBNA OBRĄCZKA .......................................................................................... 98 ODKRYCIE ........................................................................................................... 100 ZAGINIONE MIASTO ...................................................................................... 109 PRZEBUDZENIE ................................................................................................ 113 W PUŁAPCE ......................................................................................................... 121 BESTIE CIEMNOŚCI ......................................................................................... 135 ROZDZIAŁ IV SPOTKANIE PRZY STUDNI .......................................................................... 146 W SKARBCU ......................................................................................................... 154 NA ROZDROŻU .................................................................................................. 157 W SZTOLNII ......................................................................................................... 160 NIEWIDZIALNA MANUNA ........................................................................... 165 GNIAZDO WARANÓW .................................................................................... 167 NA AFRYKAŃSKIEJ RÓWNINIE ................................................................. 174 SPRZECZNE INTERESY .................................................................................. 186 Z POTRZASKU W SIDŁA ................................................................................ 188 272 ROZDZIAŁ V PRZYSŁUGA ZA PRZYSŁUGĘ ...................................................................... 195 ZMIANA MIEJSCA ............................................................................................. 198 UCIECZKA ............................................................................................................ 202 NAJAZD NA OBÓZ ........................................................................................... 207 PO STARCIE ......................................................................................................... 209 PŁONNE NADZIEJE ........................................................................................ 211 BEZOWOCNY LOT ........................................................................................... 212 SAMOTNOŚĆ NA PUSTYNI ........................................................................... 215 SAMOTNOŚĆ W CELI ....................................................................................... 217 PUSTYNNA UCZTA ........................................................................................... 223 WRÓG CZY PRZYJACIEL ................................................................................ 227 SPOTKANIE ......................................................................................................... 232 TOWARZYSZ NIEDOLI ................................................................................... 235 CZĄSTKA RAJU .................................................................................................. 237 ZŁODZIEJSKIE TROFEA ................................................................................ 244 KOSZTOWNA POMYŁKA ............................................................................... 247 W WIĘZIENIU ..................................................................................................... 250 ZWĄTPIENIE I NADZIEJA ............................................................................ 251 ONA ......................................................................................................................... 254 ON ............................................................................................................................ 255 ONI .......................................................................................................................... 258 ZMARLI I ŻYWI .................................................................................................. 261 PRZESYŁKA ......................................................................................................... 266 EPILOG JAK W BAJCE ....................................................................................................... 270 ŻYCIE TO NIE BAJKA ...................................................................................... 270
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Tajemnice Sahary
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: