Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00202 005184 13081586 na godz. na dobę w sumie
Tajemnicza aktorka - ebook/pdf
Tajemnicza aktorka - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 284
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 9788323876090 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Przez trzy lata Camilla Knight z wielkim powodzeniem występuje w miejskim teatrze w Bath jako Lysette Davide. W ten sposób zapewnia sobie, matce i siostrze środki do życia, których zabrakło po utracie majątku ziemskiego. Charakteryzacja sprawia, że w aktorce nikt nie rozpoznaje damy z towarzystwa. Camilla wie jednak, że ryzykuje, i postanawia ostatecznie zerwać ze sceną. Pojawienie się Nicholasa Lovella, który odkrywa jej sekret, może mieć groźne konsekwencje…

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Francesca(cid:3)Shaw(cid:3)(cid:3)(cid:3) 3 8 0 9 3 3 S K E D N I T A V 0 M Y T W Ł Z 9 9 0 1 A N E C 7 0 / 5 0 2 1 R N , (cid:3) (cid:3) (cid:3) (cid:3) (cid:3) w a h S a c s e c n a r F Francesca(cid:3)Shaw(cid:3) Tajemnicza aktorka 05-RH-c-288.indd 1 05-RH-c-288.indd 1 3/21/07 5:25:45 PM 3/21/07 5:25:45 PM dla ka(cid:380)dej kobiety, ka(cid:380)dego dnia(cid:8230) Wi(cid:281)cej informacji znajdziesz na www.harlequin.com.pl Francesca Shaw Tajemnicza aktorka Tłumaczyła Klaryssa Słowiczanka Drogie Czytelniczki! Przypominam, że począwszy od kwietnia, w odpowiedzi na Wasze zainteresowanie powieściami, ukazującymi się w serii Romans Historyczny, wydajemy miesięcznie trzy powieści. Akcja dwóch z nich zazwyczaj jest osadzona w historycznych realiach angielskiej regencji, trzecia powieść odwołuje się najczęściej do okresu średniowiecza lub odrodzenia. Książka Anne Herries Odnaleziony przywołuje czasy, kiedy to w Europie niepokój budzi rosnące w siłę imperium osmańskie. Lorenzo Santorini włącza się w antytureckie działania. Walczy też z plagą piratów, między innymi pomagając odnaleźć porwanych przez nich ludzi. Czy uda mu się odszukać Richarda Mountitcheta? Powtórne oświadczyny Anne Ashley oraz Tajemnicza aktorka Franceski Shaw to książki, które proponują podróż w czasy regencji. Bohaterka pierwszej powieści, Abbie Graham, doczeka się, po licznych perypetiach, kolejnych oświadczyn Barta Cavanagha, które tym razem przyjmie. Natomiast Camilla Knight, ku swemu przerażeniu, zmuszona okolicznościami, wyjawi sekret upartemu i zawziętemu Nicholasowi Lovellowi. Harlequin. Każda chwila może być niezwykła. Czekamy na listy Nasz adres: Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa 12, skrytka pocztowa 21 Francesca Shaw Tajemnicza aktorka Toronto • Nowy Jork • Londyn Amsterdam • Ateny • Budapeszt • Hamburg Madryt • Mediolan • Paryż Sydney • Sztokholm • Tokio • Warszawa Tytuł oryginału: A Scandalous Lady Pierwsze wydanie: Harlequin Mills Boon Limited, 2005 Redaktor serii: Barbara Syczewska-Olszewska Opracowanie redakcyjne: Władysław Ordęga Korekta: Jolanta Kozłowska A Scandalous Lady © 2002 by Francesca Shaw he Regency Lords Ladies Collection © 2005 by Harlequin Books S.A. © for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007 Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej książce są ikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych czy umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak irmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Romans Historyczny są zastrzeżone. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: Studio Q, Warszawa Printed in Spain by Litograia Roses, Barcelona ISBN 978-83-238-2886-0 Indeks 339083 ROMANS HISTORYCZNY – 191 Rozdział pierwszy Nicholas Lovell, hrabia Ashby, bawił się lorgnon, słucha- jąc odgłosów dochodzących z parteru. Ze swojej loży wi- dział całą widownię heatre Royal, mógł więc swobodnie przyglądać się paniom w jedwabnych i satynowych suk- niach mieniących się wszystkimi barwami tęczy, a także panom w wieczorowych strojach. Jak zwykle towarzystwo w Bath niewiele robiło sobie z tego, że kurtyna zaraz pój- dzie w górę. Zewsząd rozlegały się szepty, śmiechy, przy- ciszone rozmowy, trwała ożywiona wymiana pozdrowień. W końcu jednak widzowie uciszyli się i w napięciu zaczęli oczekiwać rozpoczęcia przedstawienia. Być może, myślał Nicholas, jego przyjaciele nie przesa- dzali, opowiadając o wdziękach madame Lysette Davide, popularnej odtwórczyni ról szekspirowskich, która mia- ła wystąpić przed kapryśną publicznością w Bath po raz ostatni w tym sezonie, co przydawało smaczku dzisiejsze- mu przedstawieniu. Pomimo zachwytów przyjaciół, Nicholas nie potraił Þ  þ obudzić w sobie zainteresowania. Przymknął oczy i od- chylił się w fotelu. – Na litość boską, Lovell, obudź się i spójrz łaskawie na scenę. Przedstawienie zaraz się zaczyna. – George Marlow bezceremonialnie trącił przyjaciela w bok. Nicholas uniósł leniwie brew i raz jeszcze omiótł znu- dzonym spojrzeniem widownię. Zbity z tropu zblazowaną miną hrabiego, który raczej uni- kał takich póz, George uparcie go przekonywał: – Powiadam ci, piękna mademoiselle Davide warta jest zainteresowania. – George dobrze mówi – poparł Marlowa lord Corsham. – Warto przeczekać popisy baletu, żeby ją zobaczyć. Wypij jeszcze kieliszek szampana, mój stary. Za mało widać sobie golnąłeś, stąd ten cały ambaras. Ostatni z czwórki, sir William Hendricks, który od daw- na wykupywał w heatre Royal roczny abonament na lożę, zerknął z niepokojem na program. – To Szekspir? Oby nie. Ni w ząb nie rozumiem, co ten jegomość wypisuje. Nicholas ożywił się wreszcie na widok przerażonej mi- ny starego przyjaciela. Zresztą trudno było nie roześmiać się na tak błyskotliwą ocenę twórczości mistrza ze Stratfor- du. Razem kończyli Eton i Nicholas doskonale pamiętał, ile trudu sprawiało Willowi nawet najbardziej powierzchow- ne obcowanie z literaturą. Młody lord o wiele pewniej czuł się na korcie tenisowym, na łódce czy z kijem do krykieta w dłoni niż nad książką. Þ  þ – Nie bój się, to nie Szekspir. A swoją drogą, ciekaw je- stem, po jakiego diabła abonujesz lożę, mój stary? Toż to wyrzucone pieniądze. – No wiesz, wszyscy abonują, prawda? Poza tym czło- wiek nigdy nie wie, czy akurat nie najdzie go ochota spę- dzić wieczór w teatrze. I to jeszcze ci powiem, że od kie- dy pierwszy raz zobaczyliśmy pannę Davide, jesteśmy tutaj prawie co wieczór. – Westchnął markotnie. – Gdybym tyl- ko mógł ucałować jej dłoń! – I nie tylko dłoń… – George Marlow wyszczerzył zęby. Nicholas nie poznawał swoich przyjaciół. Zachowywa- li się jak otumanieni, co zupełnie nie przystawało do do- rosłych w końcu mężczyzn. Czyż bywali w świecie i zna- jący uroki życia dżentelmeni nie powinni wykazywać się dystansem, a także odpowiednią dawką cynizmu wobec wszelkich pokus? Spełniać je, sięgać po nie zuchwale, to jak najbardziej, ale wzdychać bezradnie, marzyć z zamglo- nymi oczami? W żadnym razie. Lecz oto George, który co i rusz brał na utrzymanie kolejną aktoreczkę, a także Wil- liam i Corsham, wcale przecież nie nowicjusze na tym po- lu, niczym sztubacy wpadali w cielęcy zachwyt, ilekroć ktoś wspomniał o pięknej pannie Davide. – Co cię powstrzymuje? – zapytał z irytacją. – To tylko ak- torka. Możesz ją mieć, jeśli tylko zechcesz. Dość, byś otworzył sakiewkę, a będziesz sobie całował do upojenia całą tę prze- cudowną pannę Davide. Od stóp do głów, o rączce nie wspo- mniawszy. – Z największym ociąganiem dał się namówić na dzisiejszą wizytę w teatrze. Był zmęczony, nie miał ochoty Þ  þ na żadne rozrywki, zresztą od jakiegoś czasu zaczęło mu się przejadać to całe bywanie w towarzystwie i gonienie za przy- jemnościami. To prawda, zjechał do Bath tego popołudnia, ale tylko dlatego, że wezwała go starsza siostra, Georgiana. Najchętniej zostałby w domu, zjadł kolację z rodziną i wypił kilka szklaneczek brandy ze swoim szwagrem Henrym. To by mu w zupełności wystarczyło. – Tylko aktorka! – sapnął sir William, a policzki pokraś- niały mu z oburzenia. – To istota czysta. Niezbrukana. Bo- ginka. Niedosiężna! – Reszta przytaknęła z najpoważniej- szymi w świecie obliczami. Coś w tonie ich głosów zaintrygowało Nicholasa na tyle, że odwrócił wzrok od widowni i zmierzył całą trójkę rozba- wionym, a zarazem pełnym niedowierzania spojrzeniem. – Nie ma czegoś takiego jak „niedosiężna aktorka”. To pojęcie wewnętrznie sprzeczne. Jeśli aktorka, to sięgnąć po nią można, a jeśli faktycznie niedosiężna, to nie jest aktor- ką. Lecz panna Davide występuje na scenie, więc nią jest. Wniosek stąd taki, że alboście się zestarzeli, albo całkiem straciliście nerw do tych spraw. – Do czorta z tobą, Nick! – sarknął lord Corsham. – Ni- komu jeszcze się nie udało. Tobie też się nie uda zdobyć jej względów, idę o zakład. Wszystkim daje odprawę. – Nie zamierzam zabiegać o jej niedosiężne łaski – iro- nicznie rzucił Nicholas, krzywiąc się lekko. – A teraz bądź- cie cicho, zaczyna się. Odwrócił się ku scenie, ale Frederick Corsham pociąg- nął go za rękaw. Þ  þ – Nawet jeśli założę się z tobą o Pioruna? Takiej propozycji Nick nie mógł puścić mimo uszu. – Mówisz poważnie, Freddie? Myślałem, że za żadne skarby nie rozstaniesz się z tym koniem. – Stawiam Pioruna – z godnością potwierdził Corsham, gdy kurtyna poszła w górę i rozpoczęło się przedstawienie sztuki „Duch zamku”. – Nawet ty nie zdobędziesz made- moiselle Davide. Pozostali dwaj dżentelmeni przytaknęli poważnym ski- nieniem głów, choć doskonale wiedzieli, że żadna kobieta, której Nick był łaskaw okazać cień zainteresowania, nie po- traiła oprzeć się jego urokowi. Jednak swoje przekonanie, że Piorun nie zmieni właściciela, opierali na reputacji pan- ny Davide, która w powszechnej opinii uchodziła za kobie- tę, której żaden mężczyzna nie zdobędzie. – Zakład stoi – zgodził się Nick – chociaż nie widziałem jeszcze rzeczonej damy. Tymczasem Lysette Davide prowadziła za kulisami ostry spór z panem Porterem, właścicielem heatre Royal. – Nie przypuszczałem nawet, że wystąpisz z czymś ta- kim – denerwował się Porter. – Dobrze, podniosę ci staw- kę do… dwunastu funtów tygodniowo. Niech to dunder! Nawet Jordan nie brała tyle w czasach swojego największe- go powodzenia. – Za późno, Porter. To moje ostatnie przedstawienie. Re- zygnuję, nie będę więcej występowała. Już postanowiłam i nie zmienię zdania. Proszę, nie nalegaj. Zostaw mnie w spokoju. Þ 10 þ Lysette poprawiła ciemną perukę, wygładziła niespokoj- nym gestem białą suknię i wzięła głęboki oddech. Wystę- powała na zawodowej scenie od trzech lat i nigdy dotąd nie czuła tremy przed przedstawieniem, a dzisiaj, przed swo- im ostatnim spektaklem, kiedy miała pożegnać się z deska- mi teatru, była ledwie przytomna ze zdenerwowania, a ci- cha wymiana zdań z Porterem jeszcze bardziej wytrąciła ją z równowagi. Inspicjent dał znak i wysoka, majestatyczna panna Ly- sette Davide wyszła na scenę. Widownia przywitała ją bu- rzą oklasków. Wszyscy bili brawo, i wytworne towarzystwo zasiadające w lożach, i parter, i plebs na jaskółce. Nicholas z loży sir Williama miał doskonały widok na sce- nę i stojącą na niej niedosiężną pannę Davide. Przyglądał się jej z niekłamaną uwagą. Była piękna, wytworna, wysoka, zgrabna, a przy tym… miała jakąś szczególną przyciągającą moc, dyskretną, lecz nieodpartą, coś takiego było w jej posta- wie, gestach, wyrazie twarzy… Sam nie wiedział, jak to okre- ślić. W każdym razie nie wypowiedziała jeszcze żadnej kwes- tii, a i tak wszystkie oczy w niej były utkwione. Kiedy otworzyła usta, publiczność wstrzymała oddech. Miała silny, dźwięczny głos, mówiła z leciutkim, ledwie sły- szalnym francuskim akcentem. Sztuka była banalna, ot, modny, pełen niezwykłych zwrotów akcji melodramat gotycki, niby osadzona w daw- nych wiekach opowieść o ludzkich losach, lecz ani z praw- dziwą historią, ani z myślową głębią tak naprawdę niewiele Þ 11 þ mająca wspólnego. Jednak patrząc na pannę Davide i słu- chając jej kwestii, można było pomyśleć, że to Szekspir. To- warzyszące Nicholasowi od kilku tygodni uczucie znudze- nia zniknęło bez śladu. Już zaczynał się martwić, że nic go nie bawi. Karty, pogoń za spódniczkami czy inne rozryw- ki straciły cały swój urok. Z przyjęć wymykał się wcześnie, nawet alkohol przestał mu smakować. Znajomi zaczęli już szeptać o tej nagłej zmianie, a jedy- ną osobą, która cieszyła się z odrodzenia moralnego bez- troskiego hulaki, był rządca Nicka, bo chlebodawca zaczął wreszcie sumiennie odpowiadać na wszystkie jego listy. A hrabia Ashby miał po prostu dość lekkiego życia. Wspierała go w tym, jak umiała, jego siostra Georgiana, kobieta niezwykle zasadnicza. Kładła mu do głowy, że po- winien wreszcie ożenić się i ustatkować, spłodzić potomka, dziedzica rodowego nazwiska, tytułu i majątku. Jednak myśl, że miałby ożenić się z jakimś cielątkiem bez polotu i wyobraźni, jedną z tych dziewczątek, które niestrudzenie podsuwała mu siostra, że miałby, jak na sta- tecznego ziemianina przystało, osiąść z taką gąską w swo- ich włościach w Buckinghamshire, przejmowała go żywą abominacją, choć sprawa dziedzictwa i przedłużenia rodu, owszem, leżała mu na sercu i coraz bardziej ciążyła. Przez cały czas trwania przedstawienia nie spuszczał wzroku z wysokiej aktorki. Akcja komplikowała się absur- dalnie, przez scenę przewijały się jakieś opuszczone przez wszystkich sierotki, pojawił się nawet straszny zbrodniarz w masce i czarnej opończy, dybiący na heroinę dramatu, Þ 12 þ ale Nicholas nie próbował nawet śledzić splątanych wątków gotyckiej historii, tylko delektował się urodą panny Davide. Myślał przy tym, że zabieganie o względy tak pięknej ko- biety może znacznie uprzyjemnić mu najbliższy tydzień, nudny czas, który, na wyraźnie żądanie siostry, miał spę- dzić w Bath. Skończył się pierwszy akt i kelner wniósł do loży tacę z kanapkami oraz kolejną butelkę szampana. Kiedy znik- nął, trzej przyjaciele obrócili się ku Nicholasowi i zapytali zgodnym chórem: – I co powiesz? Nicholas uśmiechnął się szeroko, wyciągnął nogi i uniósł kieliszek. – Za boską pannę Davide. I za was, żeście znaleźli dla mnie zajęcie na najbliższe dni. – Czy nie jesteś zbyt pewien wygranej? – zapytał lord Corsham. – Ma ku temu swoje powody – powiedział George Marlow dobrodusznie. – Nie wiem, jak ty to robisz, Nick, ale jeszcze nigdy żadna ci się nie oparła. Masz diabelne szczęście, przyjacielu. – Prawdziwie diabelne. Może podpisał cyrograf. – Nic z tych rzeczy, moi drodzy. Trzeba mieć tylko odro- binę uroku osobistego i to „coś”, czego wam, niestety, bra- kuje. – Puszczę mimo uszu to gadanie, bo widać masz już w czubie – oświadczył sir William bez urazy. – Dobrze, że wreszcie się ożywiłeś. Ostatnimi czasy byłeś taki ponury, Þ 13 þ że już chcieliśmy wołać do ciebie doktora. Ustalmy termin zakładu. Miesiąc? Przerwa się skończyła. Panna Davide, która pojawiała się dopiero w drugiej scenie drugiego aktu, siedziała w swo- jej garderobie: przypudrowała dekolt i ramiona, poprawiła muszkę na policzku, przyczerniła brwi, po czym nachyliła się do lustra, by sprawdzić, czy peruka nie przesunęła się do tyłu i nie ukazały się jasne włosy na czole. – Pierwszy akt dobrze się udał – odezwała się gardero- biana Florence i zerknęła w lustro na odbicie swej pani, by sprawdzić, czy sceniczny makijaż nie wymaga korekty. Lysette Davide występowała zawsze w czarnej peruce. Florence nieodmiennie było żal, że jej pani chowa swo- je cudowne złote loki, a przyczernione brwi sprawiają, że piękne zielone oczy wydają się piwne. Jednak żadna cha- rakteryzacja nie była w stanie zniekształcić wspaniałych, olśniewających rysów i zniszczyć przecudownej urody panny Davide. – Dziękuję, Florence. Też myślę, że poszło nieźle. Mu- szę ci jednak powiedzieć, że bardzo się denerwuję na myśl o pożegnaniu z publicznością. Pan Porter jest niepocieszo- ny, że podjęłam taką decyzję. A ty, tylko powiedz szczerze, naprawdę nie masz nic przeciwko temu, żeby od następne- go sezonu pracować dla pani Scott? – Dla mnie to zaszczyt służyć takiej wielkiej aktorce, ale będzie mi pani brakowało. Była pani dla mnie bar- dzo dobra. Þ 14 þ Panna Davide dotknęła leciutko dłoni Florence. – Daj pokój, Florence, bo zaraz się popłaczę. Nic już nie mów. – W tej samej chwili rozległo się pukanie do drzwi. – Czas wychodzić na scenę. Weź, proszę, luster- ko i puder. Kiedy panna Davide pojawiła się przed publicznością, znowu przywitała ją burza oklasków. Drugi akt minął jak we śnie. Zbrodniarz poniósł zasłużoną karę, sierotka odna- lazła siostrę i wszystko skończyło się szczęśliwie. Lysette cztery razy wywoływano przed kurtynę. W koń- cu podniosła dłoń, uciszając owacje. – Drodzy przyjaciele, chciałam wam coś oznajmić. Nie- łatwo mi to powiedzieć, bo przez ostatnie trzy lata dawali- ście mi niezliczone oznaki swojej sympatii, ale oto nadeszła dla mnie pora, by zrezygnować ze sceny. Kończę karierę. Na moment zaległo milczenie, a potem posypały się okrzyki: – Nie! Nie! Być nie może! Davide ponownie uniosła dłoń. – Wiedziałam, że poczujecie się zawiedzeni, ale podję- łam już decyzję. Życzę wam dobrej nocy i żegnajcie, moi drodzy. Ukłoniła się po raz ostatni i zeszła ze sceny z wypiekami na twarzy, z trudem hamując cisnące się do oczu łzy. Z wielu powodów nie żałowała swojej decyzji, ale trud- no było rozstawać się z ekscytującym życiem w światłach rampy, tak zupełnie innym niż to, do którego była od dziec- ka przygotowywana. Þ 15 þ Podbiegł do niej pan Porter. Był w najwyższym stopniu zdenerwowany. Twarz miał czerwoną, wymachiwał rękami. – Nie sądziłam, że się na to zdobędziesz! Nie sądziłem… Posłuchaj tylko, co się dzieje. Burzą się, gotowi zdemolo- wać mi teatr! – przekrzykiwał rytmiczne tupanie na wi- downi. – Uspokój się, Porter – powiedziała stanowczym to- nem młoda dama, która jeszcze przed chwilą była Lisette Davide. – W przyszłym sezonie pokochają inną gwiazdę i interes będzie kręcił się dalej. Zapewniam cię, że nic nie stracisz na moim odejściu – dodała cierpko. Trzy lata zna- jomości z panem Porterem wystarczyły, by wiedziała, że przede wszystkim liczy się dla niego pieniądz. Miała właśnie wejść do swojej garderoby, kiedy na kory- tarzu pojawił się zadyszany Stebbings, portier teatralny. – Przyjdzie pani do Zielonego Salonu, panno Davide? Czeka tam na panią z tuzin dżentelmenów i nie wiem, co będzie, jak pani się nie pojawi. Lysette westchnęła. Miała szczerą ochotę wymówić się migreną, prosić portiera, żeby ją wytłumaczył, ale poczu- cie obowiązku przeważyło. W końcu to jej ostatni wieczór w teatrze. – Dobrze, Stebbings, ale mogą zostać tylko ci pano- wie, którzy zawsze przychodzą, moi wierni widzowie, sam wiesz którzy. Spojrzała na swoje odbicie w lustrze, przypudrowała policzki, wytarła czarne kreski z dolnych powiek i ruszy- ła śpiesznie przesiąkniętym zapachem wilgoci, z rzadka Þ 1 þ oświetlonym lampami olejowymi korytarzem. Pan Porter nie myślał wyrzucać pieniędzy na jakieś zbędne faramusz- ki, których nikt z publiczności nie będzie oglądał, ale na Zielony Salon, gdzie aktorzy spotykali się z widzami, nie żałował grosza. Gdy Lysette otworzyła drzwi, ukazał się jej znajomy wi- dok: kilkunastu panów w wieczorowych strojach z kielisz- kami w dłoniach dzieliło się wrażeniami z wieczoru. Jednak temat tych rozmów był niezwykły, a mianowicie zaskakują- ce pożegnanie panny Davide ze sceną. Kiedy weszła, w salonie zaległa cisza, po czym otoczył ją wianuszek wielbicieli. Każdy podawał kwiaty, każdy miał przygotowany jakiś prezent w zgrabnym pudełeczku prze- wiązanym wstążką. Każdy wyrażał swoje niezadowolenie, że wspaniała aktorka żegna się z teatrem. Każdy błagał, by raz jeszcze rozważyła swoją decyzję. Lysette z właściwą sobie gracją i dostojeństwem dzięko- wała, uśmiechała się, kiwała głową. Nikt by nie odgadł, że to tylko dalszy ciąg przedstawienia. – Te czerwone róże, milordzie, są doprawdy zachwycają- ce – zwróciła się łaskawie do siedemnastoletniego młodzień- ca, który tak się speszył, że słowa nie mógł z siebie wydobyć, a przecież był dziedzicem jednego z najznamienitszych tytu- łów w kraju i, co za tym idzie, potężnej fortuny. Ledwie to rzekła, drzwi się uchyliły i usłyszała grzeczny, ale stanowczy głos Stebbingsa: – Panowie wybaczą, ale panna Davide nie przyjmie już nikogo więcej. Þ 1 þ – Mnie przyjmie – odparł spokojny głos, znamionujący pewność siebie, i do salonu wszedł wysoki, ciemnowłosy dżentelmen. – Lovell! – zawołał lord Franklin. – Nie wiedziałem, że jesteś w Bath, staruszku. Widzisz, my się tu, w prywatnym gronie, żegnamy z panną Davide – powiedział, jakby chciał potwierdzić wcześniejsze zastrzeżenie Stebbingsa, i cicho dodał, podchodząc do Nicka: – I wcale nie trzeba nam tu konkurentów. Nicholas wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, klep- nął lorda Franklina, starego znajomego z White Club, po ramieniu i oznajmił, ani trochę nie zbity z tropu mało en- tuzjastycznym przyjęciem: – Od jakiegoś czasu i ja jestem cichym wielbicielem pan- ny Davide. Przedstaw mnie, proszę. Lord Franklin nie miał wyjścia, musiał zrobić dobrą mi- nę do złej gry. – Panno Davide, oto Nicholas Lovell, hrabia Ashby. Lo- vell, mam zaszczyt przedstawić ci pannę Davide. Nicholas skłonił się nisko, przyjmując wyciągniętą dłoń Lisette. – Pani uniżony sługa. Lisette kiwnęła głową. Nie podobał się jej ten arystokra- ta, był zbyt pewny siebie, do tego ironiczny, zapewne nawet cyniczny. Owszem, miał prezencję, to musiała przyznać. Ele- gancki, ale nie dandys, wysoki i przystojny, za to nazbyt dufny, jakby cały świat należał do niego, co obudziło w niej opór, nie tyle zresztą spontaniczny, ile taki dla zasady. Þ 1 þ Miała wprawę w radzeniu sobie z adoratorami, pomimo to jego lordowska mość zręcznie odizolował ją od pozosta- łych dżentelmenów, zagarnął dla siebie, nalewał szampana w taki sposób, jakby już należała do niego. Irytował Lysette w najwyższym stopniu, ale obserwowa- ła go spokojnie, nie dając niczego po sobie poznać. A jednak Nicholas zdołał dojrzeć gniewny błysk w zie- lonych oczach, uchwycił moment, kiedy panna Davide mi- mowolnie zacisnęła usta. Sam odczuł lub był świadkiem złego humoru niejednej aktoreczki, kiedy docierało do niej, że interesujący dżentelmen wymyka jej się z rąk, a wraz z nim liczne przyjemności i przeliczane na brzęczącą mo- netę korzyści. Jednak z panną Davide było odwrotnie: ze- złościł ją fakt, że hrabia Ashby okazuje jej zainteresowanie. Zanosiło się na to, że będzie to jeden z najciekawszych zakładów, jakie kiedykolwiek zdarzyło mu się przyjąć. To, że mógł wygrać Pioruna, nie miało przy tym żadnego znaczenia wobec jakże rozkosznej perspektywy zdobycia względów panny Davide. Wprawdzie potraił zachowywać kamienną twarz rów- nie udatnie jak ona, lecz panna Davide była co najmniej tak samo spostrzegawcza jak on i z miejsca wyczuła, że hrabia Ashby rusza właśnie na podbój. Ku jej zdumieniu zarazem ją to zaniepokoiło, jak i zaintrygowało. Prze- cież z takimi łowcami, z takimi poszukiwaczami zdo- byczy radziła sobie dotąd bez najmniejszego trudu, i to w najprostszy z możliwych sposobów, czyli nic sobie nie robiąc z ich wysiłków. Þ 1 þ Czemu tym razem jest inaczej? Zastanowiła ją ta tajemnica. Podniosła wzrok. Przez chwilę patrzyli sobie prosto w oczy i było w tym coś tak intymnego, że Lysette poczuła, jak oblewa ją fala gorąca. – Zaniedbuję innych gości, lordzie. Zechce mi pan wy- baczyć. A więc panna Davide naprawdę potrai grać i najwyraź- niej gotowa jest podjąć grę, myślał Nicholas. Zapowiadał się ciekawy tydzień w Bath. Miał w kieszeni prezent, drobiazg, który przywiózł dla siostry: broszę z kameą, znalezioną w maleńkim sklepiku jubilerskim w City. Nie był to jakiś szczególnie cenny klej- not, za to bardzo ładny i oryginalny. Georgiana, chociaż potraiła być w najwyższym stopniu nieznośna, była naju- kochańszą z sióstr Nicholasa. Zobaczywszy broszę, kupił ją natychmiast dla swojej złośnicy. Nie szkodzi, znajdzie dla niej coś innego u tutejszych złotników. Lysette zrobiła krok, licząc, że hrabia Ashby się odsunie i pozwoli jej dołączyć do towarzystwa, lecz on ani drgnął. Stali teraz blisko siebie, twarzą w twarz. Chciała powie- dzieć, żeby dał jej przejść, kiedy dobył z kieszeni maleńkie pudełeczko obciągnięte aksamitem. – Zechce pani wyświadczyć mi zaszczyt i przyjąć ten skromny dowód mojego podziwu, jakim panią darzę? Lysette wzięła pudełeczko, potem bez żadnej emocji spojrzała na Ashby’ego. – Dziękuję, milordzie. Powiem tylko, że przyjęcie prezen- Þ 20 þ tu to jeszcze żadne zobowiązanie. Podarki rozumiem wy- łącznie jako wyraz uznania dla mojej gry na scenie. Mam nadzieję, że to jasne. – Słowa, które wypowiedziała, nie po- zostawiały żadnych wątpliwości. Zwykle po takim oświad- czeniu wielbiciel zostawiał ją w spokoju. Ale Ashby… Ashby był najwyraźniej inny. I równie pro- stolinijny jak ona. – Absolutnie jasne, madame. – Wcale nie krył rozbawie- nia. – Pani zawsze zwykła w tak przejrzysty sposób stawiać sprawę? – Wreszcie dał jej przejść. Lysette, ku własnemu zaskoczeniu, zamiast odejść, sta- ła w miejscu. – Rzadko znajduję ku temu konieczność, milordzie, by mówić wprost, zdarzają się jednak dżentelmeni, którzy, jakby to rzec… trwają w błędnym mniemaniu, że zawód aktorki w sposób naturalny łączy się z całkiem inną pro- fesją. Co się z nią dzieje? Nie rozumiała siebie. Po co wdaje się z nim w rozmowy, zamiast go zlekceważyć i zająć się po- zostałymi gośćmi? Nie ruszała się, jakby wrosła w ziemię, chociaż hrabia odsunął się jeszcze bardziej, skłonił i powiedział: – Nie zatrzymuję pani, panno Davide, tym bardziej że to pani pożegnalny wieczór. Może wolno mi będzie złożyć pa- ni wizytę? Na przykład jutro? Poda mi pani adres? – Z zasady nie przyjmuję w domu, panie – oznajmiła sucho i odeszła, ale Nick dostrzegł, jak nerwowo dotknęła czarnej peruki. Czyżby na moment straciła kontenans? Þ 21 þ W salonie pojawiła się Florence i zebrała oiarowane swojej pani bukiety i drobne podarki. Nicholas popijał szampana, obserwując, jak Lisette żeg- na się z gośćmi, podając dłoń do ucałowania tym, z który- mi była w największej zażyłości. Z wysoko uniesioną głową zatrzymała się jeszcze w drzwiach. Podziwiał jej tajemniczy, nieodgadniony urok, postawę, wzięcie, elegancję, klasyczne rysy, świetlistość skóry, piękną sylwetkę, której walory podkreślała mocno wcięta w talii sceniczna suknia z delikatnego tiulu. Z jakiej sfery pochodzi ta kobieta? – zastanawiał się. Była znakomitą aktorką, bardzo przekonująco gra- ła dobrze urodzoną damę, ale z pewnością nią nie była. Tylko udawała. Odwróciła się i zniknęła za drzwiami. Po powrocie do garderoby Lisette przebrała się w pro- stą suknię wyjściową, w której przyszła do teatru. Zakładała właśnie kapelusik budkę, kiedy do drzwi zapukał Stebbings. – Niedobrze, panienko. Przed teatrem zebrał się tłum. I od frontu, i przy wyjściu dla aktorów. Nie wiem, czy uda się przywołać powóz dla panienki, czy choćby lektykę, a je- śli nawet tak, to na pewno to potrwa. Radzę, żeby panienka poczekała godzinę, może dwie, aż tłum się rozejdzie. Mo- gę pójść do gospody i przynieść panience kolację do gar- deroby. Lysette marzyła tylko o tym, żeby wyjść jak najszybciej z teatru i znaleźć się wreszcie w domu. Bajka dobiegła koń- Þ 22 þ ca. Zostawia za sobą świat pięknych iluzji, pora wrócić do rzeczywistości. Nie mogła znieść myśli, że miałaby zwlekać choćby kolejny kwadrans. – Nie, Nathanielu. Wrócę do domu piechotą. – Rozpoznają przecież panienkę – zafrasowała się Flo- rence. – Daj mi tę opończę, którą nosiłam w pierwszym akcie, tę z kapturem. Jeśli zdejmę budkę i naciągnę kaptur, nikt mnie nie rozpozna. Masz tu jeszcze ten kosz, który przy- niosłaś w zeszłym tygodniu? Włożę do niego moją torebkę. W pelerynie, z koszem, będę wyglądała jak garderobiana, która wraca po pracy do domu. – Tu jest, panienko. Budkę też do niego włożymy, przykryjemy ściereczką, nic nie będzie widać. – Flo- rence zdjęła z wieszaka pelerynę i zawiązała ją swej pani pod szyją, tak by ukryć suknię. – Proszę na siebie uwa- żać, mademoiselle. Będzie mi pani bardzo brakowało. – Uściskała Lysette serdecznie, łzy napłynęły jej do oczu, a po sekundzie szlochała już na dobre. Lysette wcisnęła jej w dłonie niewielką paczuszkę, pocałowała w policzek i już jej nie było. Stebbings miał rację. Przy wyjściu dla aktorów stał gęsty tłum. Lysette nasunęła kaptur głęboko, kryjąc twarz, przy- garbiła się i przecisnęła przez tłum prawie niezauważona. Prawie. Jedna para oczu wypatrzyła, kto kryje się pod prze- braniem. Siedząc wygodnie w swoim powozie, hrabia Ashby patrzył, jak zakapturzona postać zmierza chyłkiem Þ 23 þ ku Beaufort Square, ogląda się, prostuje, po czym znika w ciemnościach. Co za nierozwaga! Żeby o tej porze samej chodzić po mieście! Czekał tu, by pojechać za jej powozem czy lekty- ką, lecz teraz wyskoczył na ulicę, rzucając stangretowi krót- kie polecenie: – Wracaj do domu, Williamie. Ja się przejdę. Lysette zaczynała żałować swojej pochopnej decyzji. Wprawdzie przed domami świeciły latarnie, ale z bocznych uliczek i zaułków wypełzał niemiły mrok. Z drżeniem mi- nęła kilka grupek rozochoconych mocniejszymi trunkami mężczyzn, ale nie to było najgorsze. Czuła, że ktoś za nią idzie. Kilka razy zatrzymała się i obejrzała, ale nikogo nie mogła dojrzeć. Powtarzała sobie, że nie ma czego się bać, ale odetchnę- ła z ulgą, dopiero gdy znalazła się na Walcot Street. Musiała jeszcze minąć zakład poprawczy dla upadłych kobiet, wokół którego często kręciły się różne typki, a potem ulica zmienia- ła się w całkiem szacowną. Skromną, lecz szacowną. Znowu się zatrzymała. Tym razem nie miała już żadnych wątpliwości, że ktoś za nią podąża, jest blisko, tuż-tuż. Zobaczyła dwie postaci w zgrzebnych katanach. Prze- śladowcy przyśpieszyli kroku i zanim zdążyła krzyknąć, wciągnęli ją w ciemny zaułek. Lysette, chociaż przerażona, nie zamierzała się poddać. Gdy jeden z napastników zakrył jej usta dłonią, ugryzła go z całych sił. Mężczyzna wrzasnął i uderzył ją w skroń. Ogłuszona zachwiała się, ale zdążyła zdzielić drugiego zbi- Þ 24 þ ra koszem w głowę, strącając mu przy tym czapkę. Obaj cuchnęli potem i alkoholem. Lysette zemdliło, ale walczyła, próbowała zaczerpnąć powietrza, krzyknąć… Coraz bardziej przerażona, kopnęła napastnika w kro- cze. Mężczyzna zatoczył się, zgiął w pół i wycharczał do kompana: – Bierz tę sukę, Clem. – Nie radzę – rozległ się uprzejmy głos, w którym brzmiała równie uprzejma zapowiedź wszystkiego co naj- gorsze. Przy wejściu do zaułka stał wysoki mężczyzna. Nie musiał się specjalnie wysilać. Kilka dobrze wymierzonych ciosów laską starczyło, by obaj napastnicy zniknęli w ciem- nościach nocnego miasta. Pod Lysette dopiero teraz ugięły się kolana, zrobiło się jej niedobrze, ale zanim zdążyła osunąć się na bruk, chwy- ciły ją mocne ramiona. Stała wsparta o pierś wybawiciela. Znany jej głos powiedział stanowczo: – Zanim pani zemdleje, proszę mi powiedzieć, gdzie pa- ni mieszka. – Milordzie… – westchnęła z ulgą. – Dziękuję. – Proszę mi nie dziękować – odparł szorstkim tonem. – Co za nierozwaga iść samej przez miasto po nocy. Niech mi pani powie, dokąd mam ją odprowadzić. – Pora… To jest… Chciałam powiedzieć, dom numer osiem, tu obok, po lewej stronie. Udając, że nie zauważył wahania w głosie Lysette, Ni- cholas ujął ją pod ramię, wziął kosz i ruszył powoli we wskazanym kierunku. Þ 25 þ Gdy znów się zachwiała, chwyciła go mocno. Dopiero teraz w pełni do niej dotarło, na jakie niebezpieczeństwo się wystawiła. Pochyliła się w ataku nudności. Nie wymio- towała, tylko męczyły ją skurcze żołądka. Hrabia wziął ją bez słowa na ręce i poniósł do domu. – Oto i numer osiem – powiedział uspokajającym gło- sem. – Jesteśmy na miejscu. Nic już pani nie grozi. Ale w oknach ciemno. Służba nie czeka na panią? Była tak oszołomiona, że z trudem przyszło jej do głowy w miarę zadowalające wyjaśnienie, nie do końca prawdzi- we, ale i nie całkiem kłamliwe. – Moja dama do towarzystwa musiała pojechać do swojej siostry… bo szwagier ciężko zachorował i musi jej pomóc. – A gdzie służąca? – Lovell postawił ją na ziemi i ujął pod łokieć. Twarz przysłaniało mu rondo cylindra, ale Lysette czu- ła na sobie przenikliwe, badawcze spojrzenie niebieskich oczu. – Ehm… posłałam ją z Margaret. Wiozły z sobą różne wiktuały… galaretkę z nóżek… inne takie – mówiła, co jej przyszło do głowy. – Cóż… Proszę dać mi klucz. – Nicholas otworzył drzwi i przytrzymał je. Lysette weszła szybko do bawialni, nachyliła się nad kominkiem, zapaliła od żaru cienki patyczek, przeniosła płomień na świece w świeczniku na kominku, a kiedy po- kój zajaśniał żółtym blaskiem, odwróciła się z uprzejmym uśmiechem do swojego wybawiciela. Þ 2 þ – Dziękuję, milordzie… – Zamilkła, gdy zobaczyła, że Lovell nie tylko wszedł do pokoju, ale również zamknął za sobą drzwi wejściowe. Zanim zdążyła zaprotestować, przeszedł pewnym kro- kiem do kuchni i sprawdził drzwi od ogrodu, upewniając się, że są zamknięte na klucz. Wrócił do pokoju, posadził bladą Lysette na fotelu i stwierdził: – A teraz herbata. Lysette, ciągle osłabiona i w szoku, usiłowała się pod- nieść, ale hrabia położył jej dłoń na ramieniu, nie pozwa- lając wstać. – Jestem panu bardzo wdzięczna, milordzie, ale to zupeł- nie niepotrzebne. Nie powinien pan był tu wchodzić. – Ku własnemu przerażeniu stwierdziła, że to, co powiedziała, nie zabrzmiało raczej jak słowa wdzięczności. – Gdyby miała pani opiekę i obsługę, z pewnością nie byłoby mnie tutaj – powiedział cierpkim tonem i zniknął ponownie w kuchni. Lysette słyszała odgłosy krzątaniny: rozniecanie przyga- szonego ognia pod kuchnią, nalewanie wody do czajnika. Omal nie parsknęła śmiechem, wyobrażając sobie, jak wy- tworny Nicholas Lovell, hrabia Ashby, zabiera się do ro- bienia herbaty. Widać wiedział, na czym rzecz polega, acz mało prawdopodobne, by sam kiedykolwiek w życiu zrobił sobie iliżankę tego napoju. Bóg jeden wie, co myślał sobie o skromnym domku. Spodziewał się zapewne, że wzięta aktorka mieszka bardziej okazale. Wrócił do bawialni z dwoma iliżankami i postawił je
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Tajemnicza aktorka
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: