Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00233 030592 15024769 na godz. na dobę w sumie
Tajemnicza wyspa. Część 2. Porzucony - ebook/pdf
Tajemnicza wyspa. Część 2. Porzucony - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 246
Wydawca: Jamakasz Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-66268-02-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dla dzieci i młodzieży
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

W 1865 roku, podczas wojny secesyjnej, pięciu Amerykanom z Północy, uwięzionym w mieście Richmond, udaje się umknąć Południowcom, „pożyczając” od nich rozpoznawczy balon. Pochwyceni przez huragan o ekstremalnej gwałtowności, w ciągu czterech dni pokonują więcej niż sześć tysięcy mil, i w końcu lądują na nieznanej wyspie Oceanu Spokojnego. W całej tej podniebnej odysei stracili wszystko i teraz będą zmuszeni do ponownego tworzenia wszelkich rzeczy własnymi rękoma, zaczynając od ognia. Inżynier Cyrus Smith, wspomagany przez Gedeona Spiletta, dziennikarza, wytwarza pierwsze narzędzia i pierwszą broń. Jego rozległa wiedza pozwala mu wyzyskiwać wszystkie zasoby wyspy, a jego manualna zręczność pozwoli na wykonanie wyrobów metalurgicznych, chemicznych i rolniczych, bez wątpienia prymitywnych, ale niezmiernie cennych. Marynarz Pencroff i służący Nab stają się farmerami, podczas gdy młody Harbert z sukcesami poluje i zbiera różne rośliny. Rozległa granitowa pieczara, którą uczynili zdatną do zamieszkania, ofiaruje im pewne schronienie, w którym będą stawiać czoło swej pierwszej zimie.  Wkrótce koloniści wyspy, którą nazwali Wyspą Lincolna, mogą żyć w dostatku dzięki ich dobrze napełnionym spichlerzom i hodowaniu zwierząt.

Seria wydawnicza Wydawnictwa JAMAKASZ „Biblioteka Andrzeja” zawiera obecnie ponad 45 powieści Juliusza Verne’a i każdym miesiącem się rozrasta. Publikowane są w niej tłumaczenia utworów dotąd niewydanych, bądź takich, których przekład pochodzący z XIX lub XX wieku był niekompletny. Powoli wprowadzane są także utwory należące do kanonu twórczości wielkiego Francuza. Wszystkie wydania są nowymi tłumaczeniami i zostały wzbogacone o komplet ilustracji pochodzących z XIX-wiecznych wydań francuskich oraz o mnóstwo przypisów. Patronem serii jest Polskie Towarzystwo Juliusza Verne’a.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Juliusz Verne TAJEMNICZA WYSPA Część druga Porzucony Juliusz Verne TAJEMNICZA WYSPA Część druga Porzucony Przełożył i przypisami opatrzył Andrzej Zydorczak Sześćdziesiąta czwarta publikacja elektroniczna wydawnictwa JAMAKASZ Tytuł oryginału francuskiego: L’Île mysterieuse © Copyright for the Polish translation by Andrzej Zydorczak, 2019 155 ilustracji, w tym 18 kolorowych oraz mapka wyspy: Jules-Descartes Férat (zaczerpniętych z XIX-wiecznego wydania francuskiego) Ilustracje i mapkę podkolorował: Dariusz Kocurek Redakcja: Marzena Kwietniewska-Talarczyk Konwersja do formatów cyfrowych: Mateusz Nizianty Patron serii „Biblioteka Andrzeja”: Polskie Towarzystwo Juliusza Verne’a Wydanie I © Wydawca: JAMAKASZ Ruda Śląska 2019 ISBN 978-83-66268-00-5 (całość) ISBN 978-83-66268-02-9 (część druga) Rozdział I Sprawa ziarnka ołowiu – Budowa pirogi – Polowania – Na szczycie kauri1 – Nic nie świadczy o obecności człowieka – Połów Naba i Harberta – Odwrócony żółw – Żółw znika – Wyjaśnienie Cyrusa Smitha płynęło, dzień po dniu, siedem miesięcy od chwili, kiedy U pasażerowie balonu zostali wyrzuceni na Wyspę Lincolna. W tym czasie, pomimo prowadzonych poszukiwań, nie natra- fili na żaden ślad ludzkiej istoty. Nigdy żaden dym nie zdradził obecności człowieka na powierzchni wyspy. Nigdzie nie było śladów pracy ludzkich rąk, świadczących o jego choćby chwi- lowej bytności ani w przeszłości, ani obecnie. Wyspa nie tylko wydawała się bezludna, ale należało też sądzić, że nigdy nie była zamieszkana. Tymczasem teraz całe rusztowanie dedukcyjnych wniosków zawaliło się wobec zwykłego ziarnka metalu znale- zionego w ciele nieszkodliwego gryzonia! Było oczywiste, że ołów musiał pochodzić z broni palnej, a któż inny jak nie człowiek mógłby się nią posłużyć? Gdy Pencroff położył ziarnko ołowiu na stole, towarzysze przyglądali mu się z wielkim zaskoczeniem. W swych umy- słach zdali sobie sprawę ze wszystkich konsekwencji tego zda- rzenia, tak znacznego pomimo swej błahości. Nawet pojawienie się nagle jakiejś nadprzyrodzonej istoty nie wywarłoby na nich większego wrażenia. 1 Kauri (Agatus australis) – wiecznie zielone drzewo z rodziny sosnowatych (Pinaceae) występujące głównie na terenie Nowej Zelandii; także drewno i żywica pozyskiwane z tego drzewa. ~ 8 ~ Cyrus Smith nie zawahał się przed sformułowaniem hipo- tez, które od razu mu się nasunęły w związku z tak zadziwia- jącym i nieoczekiwanym wydarzeniem. Wziął ziarenko ołowiu pomiędzy kciuk a palec wskazujący, poobracał na wszystkie strony, dokładnie pooglądał. – Czy jest pan w stanie potwierdzić – spytał Pencroffa – że pekari zranione tym ziarnkiem śrutu miało nie więcej niż trzy miesiące? – Najwyżej tyle, panie Cyrusie – odparł Pencroff. – Gdy zna- lazłem je w dole, ssało jeszcze mleko swej matki. – No cóż – powiedział inżynier – to by dowodziło, że nie da- lej jak trzy miesiące temu na Wyspie Lincolna strzelano z bro- ni palnej. – A to ziarnko ołowiu – dodał Gedeon Spilett – dosięgło tego małego zwierzęcia, ale nie raniło go śmiertelnie. – To nie ulega wątpliwości – stwierdził Cyrus Smith. – A oto jakie konsekwencje można wywnioskować z tego zdarzenia: albo wyspa była zamieszkana już przed naszym przybyciem, albo maksymalnie przed trzema miesiącami pojawili się na niej ludzie. Czy przybyli tutaj dobrowolnie, czy też przypadkiem, z powodu przybicia do brzegu statku lub jego katastrofy? Tę sprawę może uda się nam później wyjaśnić. Jeśli chodzi o to, kim są, Europejczykami czy Malajami1, wrogami czy przyja- ciółmi naszej rasy, nic nie pozwala nam tego stwierdzić. Czy mieszkają jeszcze na wyspie, czy też już ją opuścili – tego też nie wiemy. Wszakże te kwestie nazbyt bezpośrednio nas doty- czą, żebyśmy mogli dłużej trwać w niepewności. – Nie! Po stokroć nie! Po tysiąckroć nie! – zawołał marynarz, zrywając się od stołu. – Na Wyspie Lincolna nie ma innych lu- 1 Malajowie – zróżnicowana grupa etniczna zamieszkująca Archipelag Ma- lajski, stanowiąca większość w Malezji, Indonezji, południowej Tajlandii, posługująca się językiem malajskim. – Popatrz dobrze, Nabie, a jeśli w tej szczęce znajdziesz jakiś spróchniały ząb, dam ich sobie wyrwać pół tuzina! ~ 10 ~ dzi! Do diabła! Wyspa nie jest zbyt wielka i gdyby była zamiesz- kana, już dawno spostrzeglibyśmy kilku jej mieszkańców! – Istotnie, gdyby bowiem było przeciwnie, byłoby to niezwy- kle zadziwiające – powiedział Harbert. – Przypuszczam, że byłoby jeszcze bardziej zadziwiające, gdy- by pekari urodziło się z ziarnkiem ołowiu w ciele! – zauważył reporter. – Chyba że Pencroff je miał… – powiedział poważnie Nab. – Coś takiego, Nabie! – przerwał mu marynarz. – Czyżbym, zupełnie tego nie zauważając, miał od pięciu czy sześciu mie- sięcy nosić ziarnko ołowiu w szczęce?! Gdzie miałoby się ono schować? – dodał marynarz, otwierając usta w taki sposób, by pokazać swoje okazałe trzydzieści dwa zęby, które je obramo- wywały. – Popatrz dobrze, Nabie, a jeśli w tej szczęce znaj- dziesz jakiś spróchniały ząb, dam ich sobie wyrwać pół tuzina! – Hipoteza Naba jest rzeczywiście nie do przyjęcia – stwier- dził Cyrus Smith, który mimo powagi sytuacji nie potrafił się powstrzymać od uśmiechu. – Nie ulega wątpliwości, że w cią- gu ostatnich trzech miesięcy strzelano tu z broni palnej. Jednak skłonny jestem przypuszczać, że te ludzkie istoty, które wylą- dowały na tym wybrzeżu, kimkolwiek były, to nie przebywały tutaj długo i dawno już odpłynęły, gdyż wówczas kiedy oglądali- śmy wyspę ze szczytu Góry Franklina, była ona niezamieszkana. Musielibyśmy bowiem zauważyć te istoty lub sami zostaliby- śmy przez nie zauważeni. Jestem zatem prawdopodobne, że zaledwie kilka tygodni temu jacyś rozbitkowie zostali wyrzu- ceni na to wybrzeże przez burzę. Niezależnie od tego, co się wy- darzyło, ważne jest, byśmy się dowiedzieli, jaka jest prawda. – Myślę, że powinniśmy działać z wielką ostrożnością – po- wiedział reporter. – Jestem tego samego zdania – odparł Cyrus Smith – ponie- waż na nasze nieszczęście musimy żywić obawy, że na wyspie pojawili się malajscy piraci! ~ 11 ~ – Panie Cyrusie – spytał wówczas marynarz – czy nie byłoby rozsądniej przed wyruszeniem na rekonesans zbudować łódkę, która pozwoliłaby nam czy to popłynąć w górę rzeki, czy w razie potrzeby opłynąć wyspę? Nie możemy zostać zaskoczeni. – Twój pomysł jest dobry, Pencroff – odpowiedział inży- nier – ale nie możemy czekać. Otóż na zbudowanie łodzi po- trzebujemy co najmniej miesiąca… – Prawdziwej łodzi, tak – zgodził się marynarz. – Ale my nie potrzebujemy statku, który miałby pływać po morzu, a ja w maksymalnie pięć dni jestem w stanie zbudować pirogę mo- gącą żeglować po Mercy River. – Zbudować łódź w pięć dni?! – zawołał zdziwiony Nab. – Tak, Nabie, łódź na modłę indiańską. – Z drewna? – zapytał Murzyn z niedowierzającym wyrazem twarzy. – Z drewna – odpowiedział Pencroff – a raczej z kory. Powta- rzam, panie Cyrusie, że w pięć dni sprawa będzie załatwiona! – Jeśli w pięć dni, to zgoda! – odparł inżynier. – Jednak do tego czasu musimy zachować daleko posunię- tą ostrożność! – zauważył Harbert. – Wielką ostrożność, moi przyjaciele – przytaknął Cyrus Smith. – I bardzo was proszę, byście ograniczyli swoje wypra- wy myśliwskie do okolic Granitowego Pałacu. Obiad skończył się w mniej wesołej atmosferze, niż tego pra- gnął Pencroff. Oto więc wyspa jest, lub też była, zamieszkana nie tylko przez osadników, ale i przez innych, obcych ludzi. Od czasu incy- dentu z ziarnkiem ołowiu stało się to niezaprzeczalnym fak- tem, a taka prawda wzbudzała żywy niepokój wyspiarzy. Cyrus Smith i Gedeon Spilett przed udaniem się na spoczy- nek długo rozmawiali o tych wszystkich sprawach. Zastanawia- ~ 12 ~ li się, czy przypadkiem zdarzenie to nie mogło mieć jakiegoś związku z niewytłumaczalnymi okolicznościami ocalenia inży- niera i innymi dziwnymi sytuacjami, które niejednokrotnie da- wały im do myślenia. Tymczasem Cyrus Smith, po rozważeniu wszystkich za i przeciw, rzekł: – Podsumowując, czy chce pan poznać moje zdanie, drogi panie Spilett? – Tak, Cyrusie. – Oto ono: nawet jeśli bardzo drobiazgowo przeszukamy wy- spę, to i tak niczego nie znajdziemy! Następnego dnia Pencroff wziął się do pracy. Nie miał za- miaru budować łodzi z wręgami1 i drewnianym poszyciem, lecz po prostu pływające urządzenie o płaskim dnie, które nadawa- łoby się do pływania po Rzece Dziękczynienia, zwłaszcza w po- bliżu jej źródeł, gdzie woda nie była głęboka. Kawałki kory, pozszywane jedne z drugimi, musiały wystarczyć do stworze- nia lekkiej łódki, którą w razie potrzeby, w przypadku prze- szkód stworzonych przez samą naturę, dałoby się przenieść, więc nie mogła być ani ciężka, ani niewygodna. Pencroff miał zamiar połączyć zanitowanymi gwoździami pasy kory, żeby warstwy, które szczelnie przylegałyby do siebie, uczyniły ten pływający aparat wodoszczelnym. Teraz chodziło o to, by wybrać drzewa, których kora, giętka i trwała, byłaby odpowiednia do tego celu. Otóż tak się szczę- śliwie złożyło, że ostatni huragan powalił pewną liczbę dou- glasów, które nadawały się idealnie do tego rodzaju konstrukcji. Kilka tych jodeł leżało na ziemi i wystarczyło jedynie zedrzeć z nich korę, ale to właśnie było najtrudniejsze zadanie, biorąc pod uwagę niedoskonałość narzędzi, jakie posiadali koloniści. W końcu jednak udało im się z tym uporać. 1 Wręga – podstawowy element konstrukcyjny statku (poprzeczny), nadający mu sztywność. ~ 13 ~ Podczas gdy marynarz wspomagany przez inżyniera zajmo- wali się tą pracą, nie tracąc ani jednej godziny, Gedeon Spilett i Harbert nie pozostawali bezczynni, lecz zajęli się zaopatrze- niem kolonii w żywność. Reporter nie przestawał podziwiać młodego chłopca, który nabył niesłychanej zręczności w po- sługiwaniu się łukiem i oszczepem. Harbert wykazywał się również sporą odwagą i opanowaniem, co można by nazwać „rozważną brawurą”. Poza tym dwaj myśliwi wzięli pod uwa- gę zalecenia Cyrusa Smitha i nie oddalali się bardziej niż na dwie mile od Granitowego Pałacu. Na szczęście obrzeża lasu dostarczały wystarczającego haraczu w postaci aguti, kapibar, kangurów i pekari, a nawet jeśli w pułapki łapało się coraz mniej zwierząt ze względu na ustanie mrozów, to przynajmniej króli- karnia dostarczała swój zwykły kontyngent mięsa, którym moż- na by wykarmić całą kolonię Wyspy Lincolna. Podczas tych polowań Harbert często rozmawiał z Gedeonem Spilettem o incydencie z ziarnkiem ołowiu i o wnioskach, jakie wyciągnął z niego inżynier. Pewnego dnia – a było to dwu- dziestego szóstego października – powiedział do reportera: – Panie Spilett, czy nie wydaje się panu czymś nadzwy- czajnym, że jeśli kilku rozbitków znalazło się na tej wyspie, to do tej pory nie pokazali się oni jeszcze w pobliżu Granitowego Pałacu? – Byłoby to bardzo zadziwiające, gdyby nadal się tu znaj- dowali – odpowiedział reporter – lecz jest zupełnie normalne, skoro już ich tu nie ma! – Zatem myśli pan, że ci ludzie już opuścili wyspę? – do- ciekał Harbert. – To bardziej niż prawdopodobne, mój chłopcze, ponieważ gdyby ich pobyt się przedłużył, a zwłaszcza gdyby wciąż tu byli, w końcu jakieś zdarzenie musiałoby zdradzić ich obecność. ~ 14 ~ – Skoro jednak mogli odpłynąć – zauważył chłopiec – to przecież nie byli rozbitkami. – Nie, Harbercie, a przynajmniej byliby kimś, kogo nazwał- bym tymczasowymi rozbitkami. Rzeczywiście jest bardzo moż- liwe, że jakiś szkwał rzucił ich na wyspę, ale nie uszkodził statku, i kiedy burza ucichła, ponownie wypłynęli na morze. – Jedną rzecz należy przyznać – powiedział Harbert – taką mianowicie, że pan Smith zawsze raczej wydawał się obawiać niż życzyć sobie obecności innych ludzi na naszej wyspie. – Faktycznie – przyznał reporter – uważa bowiem, że tylko Malajowie mogą odwiedzać te morza, a tych dżentelmenów, bę- dących niegodziwymi łotrami, najlepiej unikać. – Czy nie jest możliwe, panie Spilett – mówił dalej Harbert – że tego czy innego dnia natrafimy na ślady ich wylądowania i bę- dzie wiadomo, jak się sprawa miała? – Nie mówię nie, mój chłopcze. Opuszczone obozowisko lub zgaszone ognisko pozwoli nam wpaść na trop, a tego właśnie spodziewamy się po naszej najbliższej wyprawie. Tego dnia, w którym dwaj myśliwi prowadzili tę rozmowę, znajdowali się oni w części lasu sąsiadującej z Rzeką Dziękczy- nienia, godnej uwagi z powodu przepięknych drzew. Między innymi wznosiło się tam na wysokość niemal dwustu stóp nad ziemię kilka okazałych drzew iglastych, którym tubylcy z No- wej Zelandii nadali nazwę kauri. – Mam pomysł, panie Spilett – powiedział Harbert. – Gdy- bym tak wspiął się na szczyt jednego z tych kauri, to czy nie mógłbym przyjrzeć się okolicy w dość dużym promieniu? – Dobry pomysł – odparł reporter – ale czy rzeczywiście dasz radę wejść aż na wierzchołek jednego z tych olbrzymów? – Zawsze mogę spróbować – odpowiedział Harbert. Zwinny i żwawy chłopiec zaraz wspiął się na pierwsze ga- łęzie, których ułożenie czyniło dość łatwą wspinaczkę po kauri, ~ 15 ~ i po kilku minutach dotarł na sam wierzchołek wysuwający się ponad olbrzymią równinę zieleni utworzonej przez korony drzew. Z tego wyniosłego punktu mógł ogarnąć spojrzeniem całą południową część wyspy, od Przylądka Pazura na południowym wschodzie po Cypel Gada na południowym zachodzie. Na pół- nocnym zachodzie wznosiła się Góra Franklina, która zasłania- ła ponad jedną czwartą linii horyzontu. Jednak Harbert ze swego wysokiego punktu obserwacyjne- go mógł dokładnie zobaczyć tę jeszcze nieznaną część wyspy, mogącą dać albo dającą schronienie obcym przybyszom, któ- rych obecność na wyspie podejrzewano. Młody chłopiec rozglądał się z najwyższą uwagą. Początko- wo po morzu, nic tam jednak nie zobaczył. Nie było żadnego żagla ani na horyzoncie, ani na wodach przybrzeżnych wyspy. Ponieważ jednak masyw drzew zasłaniał wybrzeże, było moż- liwe, że jakiś statek, zwłaszcza statek pozbawiony omasztowa- nia, podpłynął bardzo blisko do brzegu i Harbert nie mógł go dostrzec. Pośrodku Lasów Dzikiego Zachodu również nic nie było wi- dać. Las tworzył nieprzeniknioną kopułę mierzącą wiele mil kwadratowych, bez jakiejkolwiek polany czy prześwitu. Nie można było nawet śledzić biegu Mercy River ani dostrzec tego fragmentu góry, gdzie brała swój początek. Było możliwe, że na zachód płynęły jeszcze jakieś inne strumienie, lecz nic ta- kiego nie udało się stwierdzić. Nawet gdyby Harbertowi nie udało się dostrzec obozowiska, to może przynajmniej jakiś dym w powietrzu zdradzi obecność człowieka? Atmosfera była czysta, więc najmniejsza mgiełka wyraźnie by się odcinała na tle nieba. Przez chwilę Harbertowi wydawało się, że widzi lekki dymek unoszący się na zachodzie, lecz gdy przyjrzał się dokład- niej, doszedł do wniosku, że się pomylił. Rozglądał się z naj- ~ 16 ~ wyższą uwagą, a wzrok miał bardzo dobry… Nie, z całą pew- nością niczego tam nie było. Harbert zszedł do podnóża kauri i obaj myśliwi powrócili do Granite House. Tam Cyrus Smith, wysłuchawszy opowieści chłopca, pokręcił głową, lecz nic nie powiedział. Było oczywi- ste, że nie zamierzał zajmować stanowiska w tej kwestii przed dokładnym zbadaniem całej wyspy. Dwa dni później – dwudziestego ósmego października – mia- ło miejsce inne tajemnicze zdarzenie, którego nie dało się do końca wyjaśnić. Przechadzając się po wybrzeżu dwie mile od Granitowego Pałacu, Harbert i Nab mieli trochę szczęścia, gdyż złapali wspa- niały okaz żółwia z rzędu żółwi morskich. Był to żółw zielony, ów żółw z gatunku mydas, którego karapaks1 lśnił zachwyca- jącymi zielonymi refleksami. Harbert dostrzegł to zwierzę, gdy przemykało się pomiędzy skałami, by dotrzeć do morza. – Do mnie, Nabie! Do mnie! – krzyczał. Nadbiegł Nab. – Cóż za piękne zwierzę! – zawołał. – Lecz jak je złapać? – To bardzo proste, Nabie – odparł Harbert. – Odwrócimy tego żółwia na grzbiet, przez co nie będzie mógł uciec. Weź oszczep i rób to, co ja. Żółw, przeczuwając niebezpieczeństwo, schował się pomię- dzy karapaks a plastron2. Nie widać było ani jego łba, ani łap, a przy tym zastygł w bezruchu niczym skała3. 1 Żółwie morskie stanowią nie rząd, lecz rodzinę Cheloniidae; żółw zielony (żółw jadalny, Chelonia mydas) – gatunek roślinożernego gada o masie do 500 kg, zamieszkujący wszystkie ciepłe morza i oceany strefy równikowej; karapaks – grzbietowa część szkieletu (górna skorupa) żółwi. 2 Plastron – prawie płaska brzuszna część pancerza żółwi, zbudowana z płytek kostnych i rogowych; niektóre rodziny mają pomiędzy karapaksem a pla- stronem zawias pozwalający żółwiowi prawie zupełnie złączyć obie części. 3 Żółwie morskie nie mogą wciągnąć łba, odnóży i ogona do skorupy, tak jak to czynią żółwie z innych rodzin. – Świetnie! – wykrzyknął Nab. – Ten zwierzak bardzo ucieszy naszego przyjaciela Pencroffa! ~ 17 ~ Wtedy Harbert i Nab wsunęli kije pod mostek zwierzęcia i wspólnymi siłami, choć nie bez trudności, zdołali przewrócić je na grzbiet. Żółw, mający około trzech stóp długości, musiał ważyć przynajmniej czterysta funtów. – Świetnie! – wykrzyknął Nab. – Ten zwierzak bardzo ucie- szy naszego przyjaciela Pencroffa! Rzeczywiście, przyjaciel Pencroff musiałby być zadowolony, gdyż mięso żółwi z tego gatunku, który żywi się trawami mor- skimi, jest wyjątkowo smaczne. W tej chwili widać było tylko jego mały spłaszczony łeb, rozszerzający się dalej z powodu wiel- kich dołów skroniowych, ukrytych pod kościstym sklepieniem1. – Co teraz zrobimy z naszą zdobyczą? – spytał Nab. – Nie damy rady przeciągnąć go do Granitowego Pałacu! – Zostawmy ją tutaj, skoro i tak nie może się odwrócić – powiedział Harbert. – Wrócimy po nią z wózkiem. – Rozumiem. Niemniej jednak Harbert zastosował jeszcze dodatkowy śro- dek ostrożności i obłożył zwierzę dużymi kamieniami, co Nab uznał za zupełnie zbędne. Następnie dwaj myśliwi powrócili do Granitowego Pałacu, idąc wzdłuż piaszczystego wybrzeża, które odsłoniło się szeroko z powodu postępującego odpływu. Harbert, chcąc zrobić Pencroffowi niespodziankę, nic mu nie wspomniał o wspaniałym okazie żółwia morskiego, którego zo- stawił przewróconego na piasku. Kiedy dwie godziny później razem z Nabem powrócili na miejsce z wózkiem, po „wspa- niałym okazie żółwia morskiego” nie pozostało ani śladu. 1 Doły skroniowe – wycięcia w kostnej czaszce kręgowców, dzięki którym w toku ewolucji mięśnie żujące mogły zostać przeniesione z wnętrza na ze- wnątrz czaszki; dzięki temu mogły się rozwinąć duże powierzchnie dla przyczepu mięśni i silny zgryz, a wolna przestrzeń we wnętrzu czaszki mo- gła być wykorzystana na powiększenie mózgu; żółwie nie posiadają takich wycięć, ale mogą się pojawić „doły skroniowe”, jak przy gruczołach sol- nych żółwi morskich (otwór podoczodołowy między oczami) i to ostatnie J. Verne miał chyba na myśli. ~ 18 ~ Nab i Harbert najpierw popatrzyli na siebie, a później rozej- rzeli się wokoło. To było na pewno to miejsce, w którym po- zostawili żółwia. Chłopiec znalazł nawet kamienie, którymi go otoczył, więc był przekonany, że nie mógł się pomylić. – Coś takiego! – powiedział Nab. – Więc te zwierzaki mo- gą się same odwrócić? – Na to wygląda – odparł Harbert, nic z tego nie rozumie- jąc i przyglądając się porozrzucanym na piasku kamieniom. – No cóż, nie uszczęśliwimy Pencroffa! „A panu Smithowi trudno będzie wyjaśnić to tajemnicze zniknięcie!” – pomyślał Harbert. – Nikomu o tym nie powiemy – rzekł Nab, który chciał ukryć tę niemiłą przygodę. Harbert. – Przeciwnie, Nabie, musimy o tym powiedzieć – odrzekł Następnie obaj, ciągnąc wózek, który niepotrzebnie z sobą zabrali, powrócili do Granitowego Pałacu. Przybywszy do „stoczni”, gdzie inżynier i marynarz zajęci byli pracą, Harbert opowiedział, co im się przydarzyło. – Ach, co za niezdary! – zawołał marynarz. – Pozwolić uciec co najmniej pięćdziesięciu zupom! – Ależ, Pencroff – odparł Nab – to nie nasza wina, że zwie- rzę uciekło! Przecież mówię ci, że odwróciliśmy je na grzbiet! – Zatem niewystarczająco dobrze je odwróciliście! – odparł nieprzejednany marynarz. – Nie dość dobrze! – wykrzyknął Harbert, po czym opo- wiedział, jak dodatkowo obłożył żółwia kamieniami. – W takim razie stał się cud! – stwierdził Pencroff. – Sądziłem, panie Cyrusie – powiedział Harbert – że żółwie raz odwrócone na grzbiet nie potrafią ponownie stanąć na ła- pach, szczególnie jeśli są pokaźnych rozmiarów. – To prawda, moje dziecko – odparł Cyrus Smith. – Więc jak to się mogło stać…? ~ 19 ~ – W jakiej odległości od morza zostawiliście tego żółwia? – zapytał inżynier, który przerwawszy pracę, zaczął się zastana- wiać nad tym incydentem. – Maksymalnie jakieś piętnaście stóp – odrzekł Harbert. – Czy wówczas był odpływ? – Tak, panie Cyrusie. – No cóż – odpowiedział inżynier – to, czego żółw nie potrafi zrobić na piasku, być może zdołał uczynić w wodzie. Kiedy dosięgnęła go fala przypływu, udało mu się odwrócić, i spokoj- nie popłynął na pełne morze1. – Ach, ale z nas niezdary! – zawołał Nab. – Właśnie to miałem zaszczyt wam powiedzieć! – przypo- mniał Pencroff. Cyrus Smith podał wyjaśnienie, które niewątpliwie było do przyjęcia. Czy jednak sam był przekonany o jego słuszności? Trudno byłoby tak twierdzić. 1 Prawie identyczna sytuacja została opisana w powieści Dwa lata wakacji. Rozdział II Pierwszy test pirogi – Szczątek na wybrzeżu – Holowanie – Cypel Szczątka – Zawartość skrzyni: narzędzia, broń, instrumenty, odzież, książki, przybory – Czego brakuje Pencroffowi – Ewangelia – Werset z Pisma Świętego wudziestego dziewiątego października łódka z kory była D ukończona. Pencroff dotrzymał obietnicy i w ciągu pięciu dni zbudował coś w rodzaju pirogi, której kadłub opierał się na szkielecie z giętkich gałęzi crejimby. Jedna ławka w tylnej części, druga pośrodku dla utrzymania rozstawu burt, trzecie siedzenie z przodu, poręcze nadburcia służące do przymoco- wania dulek1 dla dwóch wioseł oraz śrubówka2 do sterowania stanowiły wyposażenie łódki o długości dwunastu stóp i wadze mniej niż dwieście funtów. Jeśli chodzi o operację wodowa- nia, to sprawa była prosta. Lekka piroga została przeniesiona na piasek i ułożona na skraju wybrzeża przed Granitowym Pała- cem, gdzie uniosła się w górę na fali przypływu. Pencroff, który natychmiast wskoczył do środka, zaczął manewrować śrubówką, przy czym stwierdził, że jest bardzo odpowiednia do używania w celu, dla którego ją zbudowano. – Hurra! – zawołał marynarz, który nie omieszkał się po- chwalić swoim triumfem. – Można w niej płynąć dookoła… – Świata? – spytał Gedeon Spilett. 1 Dulka – element łodzi napędzanej wiosłami, służący do utrzymywania wiosła w odpowiedniej pozycji, umieszczony bezpośrednio na burcie. 2 Śrubówka – krótkie wiosło służące do śrubkowania, napędzania łódki jed- nym wiosłem zakładanym na dulce znajdującej się na środku rufy lub na stewie tylnej; także służące do sterowania. ~ 21 ~ – Nie, wyspy. Kilka kamieni na balast, maszt z przodu, kawa- łek żagla, który pewnego dnia zrobi dla nas pan Smith, i po- płyniemy daleko! Panie Cyrusie i pan, panie Spilett, i ty, Har- bercie, i ty, Nabie, czy nie macie ochoty wypróbować naszej nowej łodzi? Do diabła! Przecież musimy sprawdzić, czy zdo- ła unieść nas wszystkich pięciu! Faktycznie należało przeprowadzić taki test. Pencroff jed- nym ruchem śrubówki podprowadził łódkę do wybrzeża wą- skim przesmykiem między skałami i ustalono, że jeszcze tego samego dnia wybiorą się na próbną przejażdżkę pirogą wzdłuż brzegu, aż do pierwszego cypla, gdzie na południu kończyły się nadbrzeżne skały. W chwili, gdy mieli wsiadać do łódki, Nab zawołał: – Ależ twoja łódź nieźle nabiera wody, Pencroff! – To nic takiego, Nabie – odparł marynarz. – Drewno musi nasiąknąć! Za dwa dni wszystko będzie w porządku, a w brzu- chu naszej pirogi będzie tyle wody ile w żołądku pijaka. Wsia- dajcie! Wsiedli więc i Pencroff wyprowadził łódź na pełne morze. Pogoda była przepiękna, morze spokojne jak gdyby jego wody zamykały się między brzegami wąskiego jeziora, a piroga mo- gła się poruszać tak bezpiecznie, jakby unosił ją spokojny nurt Mercy River. Nab chwycił za jedno wiosło, Harbert za drugie, a Pencroff pozostał w tylnej części łódki, aby sterować śrubówką. Marynarz przepłynął najpierw przez kanał i skierował ją bli- sko południowego krańca wysepki. Słaby wiatr wiał od południa. Ani w kanale, ani na pełnym morzu prawie nie było falowania, jedynie kilka długich fal, które piroga zaledwie odczuwała, gdyż była mocno obciążona, regularnie marszczyło powierzchnię wo- dy. Oddalili się przeszło pół mili od brzegu, żeby mogli zoba- czyć w całej okazałości Górę Franklina. ~ 22 ~ Następnie Pencroff skierował łódź w stronę ujścia rzeki. Pi- roga popłynęła wówczas wzdłuż wybrzeża, które zakręcało łu- kiem aż po cypel zasłaniający podmokłe tereny Bagien Oharów. Odległość cypla od Rzeki Dziękczynienia była większa ze względu na zaokrągloną linię brzegową i wynosiła około trzech mil. Koloniści postanowili dopłynąć do jego krańca i nieco się tylko za niego wysunąć, aby zobaczyć, jak wygląda wybrzeże poza tym cyplem aż do Przylądka Pazura. Łódka posuwała się więc wzdłuż wybrzeża w odległości wy- noszącej maksymalnie dwa kable, unikając podwodnych skał, którymi usiane były przybrzeżne wody, i które już zaczął przy- krywać przypływ. Od ujścia rzeki aż do cypla skalny mur po- woli się obniżał. Było to zwalisko granitowych skał, kapryśnie rozrzuconych, o dzikim wyglądzie, bardzo się różniących od litej ściany tworzącej Płaskowyż Rozległego Widoku. Można by po- wiedzieć, że opróżniono tu ogromną wywrotkę pełną kamieni. Ostry cypel, ciągnący się na dwie mile w morze od krawędzi lasu i jako żywo przypominający wyglądem łapę wielkoluda wyłaniającą się z rękawa zieleni, był zupełnie pozbawiony roślin- ności. Łódka, popychana dwoma wiosłami, bez problemów poru- szała się do przodu. Gedeon Spilett, z ołówkiem w jednej ręce i notatnikiem w drugiej, szkicował wybrzeże. Nab, Pencroff i Harbert rozmawiali, przyglądając się nieznanej im dotąd części ich posiadłości, a w miarę jak piroga posuwała się na południe, dwa Przylądki Szczęki zdawały się przemieszczać i zamykać ściślej Zatokę Unii. Co do Cyrusa Smitha, ten nic nie mówił, tylko patrzył, a nie- ufność, jaką wyrażało jego spojrzenie, sprawiała wrażenie, jakby obserwował jakąś dziwną, nieznaną krainę. Tymczasem po trzech kwadransach żeglugi piroga dotarła prawie na sam kraniec cypla i Pencroff już się przymierzał do ~ 23 ~ opłynięcia go, gdy Harbert podniósł się i wskazując czarną pla- mę, spytał: – Co tam widać na brzegu? Wszystkie spojrzenia skierowały się we wskazanym przez niego kierunku. – Rzeczywiście, coś tam jest! – powiedział reporter. – Moż- na by pomyśleć, że jakiś szczątek statku na wpół zagrzebany w piasku. – Ach! – wykrzyknął Pencroff. – Już widzę, co to jest! – Co? – spytał Nab. – Baryłki, baryłki! Być może pełne! – odparł marynarz. – Do brzegu, Pencroff! – rozkazał Cyrus Smith. Po kilku uderzeniach wiosłami piroga przybiła do brzegu w głębi niewielkiej zatoczki, a jej pasażerowie wyskoczyli na ląd. Pencroff się nie pomylił. Były tam dwie baryłki, częściowo wciśnięte w piasek, lecz jeszcze mocno przymocowane do wiel- kiej skrzyni, która utrzymywana przez nie na powierzchni wo- dy unosiła się do chwili, gdy osiadła na wybrzeżu. – Czyżby w pobliżu wyspy doszło do jakiejś katastrofy stat- ku? – zastanawiał się Harbert. – Na to wygląda – odparł Gedeon Spilett. – Co może być w tej skrzyni?! – zawołał Pencroff, wiedziony zupełnie naturalną ciekawością. – Co w niej jest? Jest zamknięta, a my nie mamy czym rozbić jej wieka! No cóż, spróbujmy ka- mieniami… Marynarz podniósł ciężki kamień i już miał rozbić jedną ze ścianek skrzyni, gdy inżynier go powstrzymał. – Pencroff – powiedział – czy możesz jeszcze na pewien czas powściągnąć swą niecierpliwość? – Ależ, panie Cyrusie, niech pan tylko pomyśli! Może w środ- ku jest wszystko to, czego nam brakuje! ~ 24 ~ – Dowiemy się tego, Pencroff – odparł inżynier – ale zau- faj mi i nie rozbijaj skrzyni, która może nam się jeszcze przy- dać. Przetransportujmy ją do Granitowego Pałacu, gdzie bez trudu ją otworzymy, wcale jej nie niszcząc. Jest jakby gotowa do podróży, a skoro dopłynęła aż do tego miejsca, równie do- brze może popłynąć jeszcze do ujścia rzeki. – Ma pan rację, panie Cyrusie, źle chciałem zrobić – odparł marynarz – ale nie zawsze potrafię się opanować! Rada inżyniera była mądra. Rzeczywiście, piroga nie zdo- łałaby pomieścić przedmiotów ukrytych prawdopodobnie w tej skrzyni, która musiał być ciężka, skoro potrzeba było aż dwóch pustych baryłek, by jej „ulżyć”. Lepiej zatem było przyholo- wać ją na wybrzeże przed Granitowym Pałacem. Skąd przybył ten szczątek? Było to teraz ważne pytanie. Cy- rus Smith i jego towarzysze popatrzyli uważnie wokół siebie i przeszukali wybrzeże na przestrzeni kilkuset kroków. Nie było widać żadnych innych szczątków. Równie dokładnie przyjrze- li się morzu. Harbert i Nab wspięli się na wysoką skałę, ale ho- ryzont był pusty. Jak okiem sięgnąć – nic, ani uszkodzonego statku, ani będącego pod żaglami. Tymczasem musiało dojść tutaj do katastrofy – to nie ulega- ło wątpliwości. Może to zdarzenie miało jakiś związek ze znale- zionym ziarnkiem ołowiu? Może jacyś obcy ludzie przybili do brzegu w innym punkcie wyspy? Może ciągle jeszcze tam byli? Kolonistom musiała się w oczywisty sposób nasunąć myśl, że ci obcy nie byli z całą pewnością malajskimi piratami, ponie- waż szczątek był bez wątpienia pochodzenia bądź amerykań- skiego, bądź europejskiego. Wszyscy powrócili do skrzyni, która mierzyła pięć stóp dłu- gości i trzy szerokości. Była wykonana z dębowego drewna, bar- dzo starannie zamknięta i pokryta grubą skórą, przytwierdzoną – Co może być w tej skrzyni?! – zawołał Pencroff, wiedziony zupełnie naturalną ciekawością. ~ 26 ~ miedzianymi gwoździami. Dwie duże beczki były szczelnie zakorkowane, lecz puste, co można było stwierdzić, uderzając w nie, i przymocowane do boków skrzyni mocnymi sznurami, związanymi węzłami, które Pencroff bez trudu rozpoznał jako „węzły marynarskie”. Skrzynia wydawała się w doskonałym sta- nie, zapewne dzięki temu, że została wyrzucona na piaszczyste wybrzeże, a nie na rafy. Można było nawet stwierdzić, dokładnie się jej przyglądając, że niezbyt długo przebywała w wodzie oraz że od niedawna znajdowała się na brzegu. Najwyraźniej woda nie przedostała się do jej wnętrza i przedmioty, które zawierała, musiały być nietknięte. Było oczywiste, że skrzynię wyrzucono za burtę z jakiegoś uszkodzonego statku płynącego w stronę wyspy, w nadziei, że dotrze ona do wybrzeża i będzie można ją później tam odna- leźć, a pasażerowie zatroszczyli się, by ją odciążyć za pomocą dwóch pustych baryłek. – Odholujemy skrzynię do Granite House – powiedział in- żynier – a potem zajmiemy się spisem rzeczy. Następnie, jeśli odnajdziemy na wyspie jakichś ludzi, którzy uratowali się z tej przypuszczalnej katastrofy, oddamy im to, co do nich należy. Jeśli nie znajdziemy nikogo… – Zatrzymamy ją dla siebie! – zawołał Pencroff. – Ależ na Boga, co może być w środku?! Fale przypływu zaczynały już dosięgać skrzyni, która przy najwyższym stanie morza powinna się unosić na wodzie. Od- wiązano jeden ze sznurów łączących baryłki i użyto go jako liny holowniczej łączącej baryłki z łodzią. Następnie Nab i Pencroff, używając wioseł, odkopali nieco skrzynię z piasku, żeby ułatwić jej przesunięcie, i wkrótce piroga, holując za sobą skrzynię, zaczęła opływać cypel, któremu nadano nazwę Cypel Szczątka ~ 27 ~ (Flotsam Point)1. Holowana paka była ciężka i baryłki z trudem utrzymywały ją na powierzchni wody. Dlatego też marynarz niepokoił się cały czas, że skrzynia może się urwać i pójść na dno. Jednak na szczęście jego obawy okazały się płonne i półtorej godziny od ruszenia w drogę, gdyż tyle czasu zajęło im poko- nanie trzech mil, piroga przybiła do brzegu przed Granitowym Pałacem. Wtedy łódkę i skrzynię wyciągnięto na piasek, i to suchą no- gą, ponieważ morze już się wycofało. Nab poszedł po narzę- dzia, żeby za ich pomocą otworzyć skrzynię w taki sposób, by jak najmniej ją uszkodzić. Następnie mieli się zająć inwentary- zacją jej zawartości. Pencroff nawet nie próbował ukryć wiel- kiego podniecenia. Marynarz zaczął od odczepienia obu baryłek, które były w całkiem niezłym stanie i co się rozumie samo przez się, mo- gły zostać ponownie wykorzystane. Następnie cęgami wyrwał zamki i natychmiast podniesiono wieko. Wnętrze skrzyni okrywała druga powłoka, wykonana z ocyn- kowanej blachy, której oczywistym przeznaczeniem było chro- nienie znajdujących się w niej przedmiotów przed wilgocią w każdych okolicznościach. – Ach! – wykrzyknął Nab. – Czyżby wewnątrz znajdowały się jakieś konserwy? – Mam nadzieję, że nie – odparł reporter. – Gdyby tylko był tam… – rzekł cichym głosem marynarz. – Cóż takiego? – spytał Nab, który usłyszał jego słowa. – Nic! Osłona z blachy cynkowej została rozcięta na całej szero- kości i odgięta na boki skrzyni. Powoli wyciągano z jej wnętrza przeróżne przedmioty o rozmaitym przeznaczeniu, które układa- 1 Flotsam Point – u J. Verne’a: Flotson-point. ~ 28 ~ Narzędzia 3 noże o kilku ostrzach 2 topory 2 siekiery ciesielskie 3 strugi 2 siekierki 1 ciesak1 6 przecinaków ślusarskich 2 pilniki 3 młotki 3 świdry do drewna 2 świdry ręczne 10 woreczków gwoździ i śrub 3 piły różnej wielkości 2 pudełka igieł Broń 2 fuzje skałkowe no na piasku. Przy każdej nowej rzeczy Pencroff wydawał z siebie okrzyki „hurra!”, Harbert klaskał w dłonie, a Nab tań- czył… jak Murzyn. Były tam książki, z których radował się Har- bert, i sprzęt kuchenny, który Nab okrywał pocałunkami! Zresztą wszyscy koloniści wyglądali na niezmiernie zadowo- lonych, ponieważ w skrzyni znajdowały się również narzędzia, broń, instrumenty, ubrania i książki. Oto dokładny spis, wyszcze- gólniony w notatniku Gedeona Spiletta: 1 Ciesak (ciosła, cieślica, cioska) – narzędzie służące głównie do obrabiania pni drzew dla otrzymania wydłużonych płaszczyzn; umieszczenie ostrza pro- stopadle do drzewca umożliwia wygodne oddzielanie łupek gdy obrabiana powierzchnia jest równoległa np. do fundamentu budowli; używane w cie- sielstwie, bednarstwie, kołodziejstwie, do naciosywania podkładów kole- jowych itp. Były tam książki, z których radował się Harbert, i sprzęt kuchenny, który Nab okrywał pocałunkami! ~ 30 ~ 2 fuzje z zamkiem kapiszonowym 2 karabiny odtylcowe1 5 kordelasów 4 szable abordażowe2 2 baryłki prochu mogące zawierać po dwadzieścia pięć fun- tów każda 12 pudełek kapiszonów Instrumenty 1 sekstant3 1 lornetka 1 luneta 1 komplet przyborów kreślarskich 1 busola kieszonkowa 1 termometr Fahrenheita 1 W zamku skałkowym zapłon prochu na panewce następował od iskier przez uderzenie skałki (krzemienia lub pirytu) o metal; w zamku kapiszonowym odpalenie następuje przy użyciu kapiszona – miedzianej miseczki zawiera- jącej piorunian rtęci; kapiszon nakładany był na rurkę zwaną kominkiem, doprowadzającą płomień do ładunku prochowego w lufie; oba rodzaje bro- ni były ładowane od przodu lufy (wylotu), w przeciwieństwie do później- szych modeli, ładowanych od tyłu (wlotu) lufy, posiadających wewnętrznie zabudowany zamek. 2 Kordelas – tutaj: długi prosty lub zakrzywiony jedno lub dwusieczny nóż myśliwski, wcześniej używany jako broń, szczególnie przez artylerzystów i marynarzy; szabla abordażowa, we Francji i Anglii nazywa kordelasem – krótka szabla o prostej lub zakrzywionej szerokiej głowni (części tnącej), z jednym spiczastym ostrzem i rękojeścią osłoniętą kabłąkami lub koszem; najbardziej znana z tego, że używali jej piraci, a także jeźdźcy. 3 Sekstant – dawny optyczny przyrząd nawigacyjny stosowany w żeglarstwie i astronomii do mierzenia wysokości ciał niebieskich nad horyzontem, a tak- że kątów poziomych i pionowych pomiędzy obiektami widocznymi na Ziemi; najczęstszym zastosowaniem sekstantu było określenie szerokości geo- graficznej na podstawie pomiaru wysokości Słońca o godzinie 12 w połu- dnie czasu słonecznego lub pozycji na podstawie pomiarów wysokości gwiazd rano i wieczorem. ~ 31 ~ 1 barometr aneroidowy1 1 pudełko zawierające komplet fotograficzny: aparat, obiek- tyw, klisze, chemikalia itd. Ubrania 2 tuziny koszul z dziwnej tkaniny, przypominającej wełnę, której pochodzenie musiało być jednak roślinne 3 tuziny pończoch2 z tej samej materii Sprzęt domowy: 1 żelazny imbryk 6 rondli z ocynowanej miedzi 3 półmiski blaszane 10 aluminiowych kompletów zastawy stołowej 2 czajniki 1 mały przenośny piecyk 6 noży kuchennych Książki 1 Biblia zawierająca Stary i Nowy Testament 1 atlas 1 słownik różnych narzeczy polinezyjskich 1 słownik nauk przyrodniczych w sześciu woluminach3 1 Barometr aneroidowy – przyrząd do pomiaru ciśnienia atmosferycznego; ciśnienie atmosferyczne działa na jedną (lub więcej) puszkę opróżnioną z powietrza i odpowiednio pofałdowaną (w celu uzyskania elastyczności) lub na cienkościenną, łukowo wygiętą rurkę metalową; odkształcenia pu- szek lub rurki są wzmacniane i przekazywane na wskazówkę pokazującą na skali wielkość ciśnienia atmosferycznego. 2 Pończochy – nie były to pończochy w dzisiejszym rozumieniu, noszone przez kobiety, ale pończochy wełniane lub lniane, od wielu wieków będące elemen- tem stroju męskiego, szczególnie w czasach, gdy noszono krótkie spodnie. 3 Wolumin – zszyty i oprawiony tom obejmujący całość dzieła, jego część lub kilka różnych dzieł; dawniej rękopisy lub teksty oprawne w grubą księ- gę; w starożytności zapisany zwój papirusu lub pergaminu. ~ 32 ~ 3 ryzy1 białego papieru 2 rejestry o pustych kartkach – Należy przyznać – powiedział reporter, gdy ukończono in- wentaryzację – że właściciel tej skrzyni był praktycznym czło- wiekiem! Narzędzia, broń, instrumenty, ubrania, sprzęt domowy, książki – niczego tu nie brakuje! Doprawdy, można by powie- dzieć, że obawiał się katastrofy i z góry się na nią przygotował! – Faktycznie, niczego nie brakuje – wyszeptał zamyślony Cy- rus Smith. – I z całą pewnością statek, na którym była wieziona skrzy- nia, i jej właściciel nie był piratem malajskim! – dodał Harbert. – Chyba że właściciel dostał się do niewoli u piratów… – powiedział Pencroff. – To niemożliwe – stwierdził reporter. – Już jest bardziej prawdopodobne, że amerykański lub europejski statek został zniesiony w te okolice, a jego pasażerowie, chcąc uratować przy- najmniej niezbędne rzeczy, przygotowali tę skrzynię i wrzucili ją do morza. – Czy pan też tak uważa, panie Cyrusie? – spytał Harbert. – Tak, moje dziecko – przytaknął inżynier – mogło się tak zdarzyć. Możliwe, że w chwili katastrofy lub w przewidywa- niu, że to nastąpi, zgromadzono w tej skrzyni różne przedmio- ty pierwszej potrzeby, by później odzyskać je na wybrzeżu… – Nawet pudełko z przyborami fotograficznymi? – zauwa- żył powątpiewająco marynarz. – Jeśli chodzi o ten aparat – odparł Cyrus Smith – nie za bar- dzo widzę do czego miałby być przydatny, nam bowiem, jak każdemu innemu rozbitkowi, bardziej by się przydał większy zapas kompletnej garderoby lub większa ilość amunicji! 1 Ryza – jednostka określająca liczbę arkuszy papieru; dawniej liczyła 480 arkuszy, obecnie 500 (w Austrii 1000). ~ 33 ~ – Czy jednak na tych instrumentach, narzędziach lub książ- kach nie ma jakiegoś znaku lub adresu, który pozwoliłby się nam zorientować, skąd pochodzą? – spytał Gedeon Spilett. Należało to sprawdzić. Każdy przedmiot został dokładnie obejrzany, szczególnie książki, instrumenty i broń. Jednak ani na broni, ani na instrumentach, inaczej niż się to zazwyczaj dzie- je, nie widniał znak producenta. Zresztą wszystkie rzeczy były w doskonałym stanie i wyglądało na to, że nie były używane. To samo dotyczyło narzędzi i sprzętu domowego: wszystko było nowe, co w sumie dowodziło, że nie wrzucano tych przedmio- tów do skrzyni na chybił trafił, lecz przeciwnie, ich wybór był przemyślany i starannie je ułożono. Na to wskazywałaby rów- nież druga metalowa powłoka, która uchroniła je przed wilgo- cią, a która nie mogła zostać przylutowana w pośpiechu. Jeśli chodzi o słowniki nauk przyrodniczych i słownik na- rzeczy polinezyjski, to oba były w języku angielskim, ale nie widniało na nich ani nazwisko wydawcy, ani data publikacji. Podobnie Biblia, wydrukowana po angielsku, tom godny uwagi z punktu widzenia typografii, w formacie in quarto1, do której najwyraźniej często zaglądano. Co do atlasu, to był przepięknym dziełem zawierającym ma- py całego świata i kilka planisfer wykreślonych według odwzo- rowania Merkatora2, z nazewnictwem w języku francuskim, na którym także nie było ani daty wydania, ani nazwy wydawcy. 1 In quarto (łac.) – format książki, w którym każda kartka stanowi ćwiartkę arkusza drukarskiego; wysokość poniżej 40 cm. 2 Planisfera – mapa świata w rzucie płaskim w kształcie kulistym; mapa obu półkul Ziemi; Merkator (Mercator, właśc. Gerhard Kramer, 1512-1594) – flamandzki matematyk i geograf, główny przedstawiciel flamandzkiej szkoły kartograficznej; twórca nowoczesnej kartografii; autor globusów, map i atla- sów; opracował tzw. odwzorowanie Merkatora; w roku 1569 wydał wielką mapę świata w tym odwzorowaniu. ~ 34 ~ Jak się przekonano, na tych różnych przedmiotach nie było żadnej wskazówki, która pozwalałaby poznać ich pochodzenie, a zatem nie było żadnej wskazówki mogącej nasunąć przypusz- czenie o narodowości statku, który niedawno musiał przepły- wać w okolicy. Jednak skądkolwiek by pochodziła ta skrzynia, uczyniła bogaczami kolonistów Wyspy Lincolna. Do tej pory, przetwarzając płody natury, sami wszystko produkowali, a dzięki swej inteligencji, dawali sobie radę. Lecz czy nie wyglądało na to, że Opatrzność chciała ich za to wynagrodzić, zsyłając im przeróżne wytwory ludzkich rąk? Zatem jednomyślnie wznie- śli ku Niebu podziękowania. Tylko jeden z nich nie był w pełni zadowolony. Był to Pen- croff. Wydawało się, że w skrzyni zabrakło czegoś, na czym ogromnie mu zależało. W miarę jak wyciągano przedmioty, jego „hurra!” traciły na sile, a po zakończeniu spisu można było usłyszeć, jak mruczy pod nosem następujące słowa: – Wszystko pięknie i ładnie, ale zobaczycie, że w tym pudle nie znajdzie się nic dla mnie! To sprowokowało Naba do powiedzenia: – Coś takiego! Czego oczekiwałeś, przyjacielu Pencroff? – Pół funta tytoniu! – odparł poważnie Pencroff. – Niczego więcej nie brakowałoby mi do szczęścia! Słysząc to wyznanie marynarza, pozostali koloniści nie mogli powstrzymać śmiechu. Jednak po odkryciu tej skrzyni, teraz, bardziej niż kiedykol- wiek wcześniej, niezbędne stało się dokładne zbadanie wyspy. Ustalono więc, że już następnego dnia o świcie wyruszą w dro- gę, by podążając w górę Rzeki Dziękczynienia, starać się dotrzeć do zachodniego wybrzeża wyspy. Jeżeli w tej części wybrzeża wylądowali jacyś rozbitkowie, to należało się obawiać, że są bez środków do życia i że bez żadnego ociągania należy przyjść im z pomocą. – Panie Cyrusie, jestem zabobonny. Proszę otworzyć je na chybił trafił i przeczytać nam pierwszy werset, jaki wpadnie panu w oczy. ~ 36 ~ Podczas tego dnia przedmioty znalezione w skrzyni zostały przeniesione do Granitowego Pałacu i metodycznie ułożone w dużej sali. Tego samego dnia, dwudziestego dziewiątego października – była to dokładnie niedziela – przed ułożeniem się do snu Har- bert poprosił inżyniera, czy nie zechciałby przeczytać im jakie- goś fragmentu z Ewangelii. – Chętnie – odparł Cyrus Smith. Wziął do ręki Pismo Święte i już miał je otworzyć, gdy na- gle Pencroff powstrzymał go, mówiąc: – Panie Cyrusie, jestem zabobonny. Proszę otworzyć je na chybił trafił i przeczytać nam pierwszy werset, jaki wpadnie pa- nu w oczy. Zobaczymy, czy będzie można go odnieść do naszej sytuacji. Cyrus Smith uśmiechnął się na tę prośbę marynarza i sto- sując się do jego życzenia, otworzył Biblię dokładnie w miej- scu, gdzie widniała włożona między kartki zakładka. Naraz jego spojrzenie zatrzymało się na wykonanym ołów- kiem czerwonym krzyżyku przed ósmym wersetem siódmego rozdziału Ewangelii według Świętego Mateusza. Przeczytał ten werset, ujęty w takie słowa: Proście, a będzie wam dane, szukajcie, a znajdziecie. Rozdział III Wyjazd – Przypływ – Wiązy i wiązowce – Rozmaite rośliny – Jakamar – Wygląd lasu – Olbrzymie eukaliptusy – Dlaczego nazywa się je „drzewami gorączkowymi” – Gromady małp – Wodospad – Nocne obozowisko azajutrz, trzydziestego października, zostały ukończone N przygotowania do zaplanowanej wyprawy, która stała się tak pilna ze względu na ostatnie wydarzenia. Rzeczywiście, spra- wy tak się potoczyły, że koloniści z Wyspy Lincolna mieli peł- ne prawo mniemać, że nie potrzebują pomocy dla siebie, lecz byli w stanie sami jej udzielać. Ustalono więc, że popłyną w górę Rzeki Dziękczynienia tak daleko, jak tylko nurt rzeki będzie na to pozwalał. Większą część drogi pokonają bez trudów i zmęczenia, a badacze będą mogli przewieźć zapasy i broń aż na najdalej na zachód wysu- nięty punkt wyspy. Rzeczywiście należało pomyśleć nie tylko o przedmiotach, które zabrano, ale również o tych, które być może przypadek po- zwoli im sprowadzić do Granitowego Pałacu. Jeśli doszło do rozbicia statku na wybrzeżu, jak wszystko na to wskazywało, nie zabraknie szczątków, które będą dla nich dobrym łupem. W takim przypadku bez wątpienia bardziej przydałby się im wózek niż słaba piroga, ale prymitywny i ciężki wózek trzeba by ciągnąć, przez co stawał się mniej użyteczny. Z tego powodu Pencroff wyraził żal, że w skrzyni zabrakło nie tylko „jego pół funta tytoniu”, ale też pary żwawych koni z New Jersey1, któ- re tak bardzo by się przydały w kolonii! 1 New Jersey – stan w północno-wschodniej części Stanów Zjednoczonych, nad Oceanem Atlantyckim. ~ 38 ~ Prowianty, już załadowane na pirogę przez Naba, składały się z konserw mięsnych oraz kilku galonów piwa i sfermentowa- nego soku, czyli zapasu na trzy dni, najwyżej tyle czasu bowiem Cyrus Smith wyznaczył na wyprawę badawczą. Zresztą w razie potrzeby mogli je przecież uzupełnić po drodze, więc Nab nie zapomniał o małej przenośnej kuchence. Z narzędzi koloniści wzięli dwa topory, które miały służyć do torowania sobie drogi przez gęsty las, a z przyrządów lunetę i kieszonkową busolę. Jeśli chodzi o broń, to wybrali dwie fuzje skałkowe, bardziej przydatne na tej wyspie niż fuzje kapiszonowe, gdyż w pierw- szych wykorzystywano krzemienie, łatwe do zastąpienia na tym terenie, podczas gdy drugie wymagały kapiszonów, które przy częstym używaniu szybko by się wyczerpały. Postanowili jednak zabrać ze sobą jeden karabin i trochę nabojów. Trzeba było rów- nież wziąć pewien zapas prochu, którego w baryłkach mieli około pięćdziesięciu funtów, lecz inżynier liczył na to, że uda mu się wyprodukować substancję wybuchową, która pozwoli- łaby na jego oszczędzanie. Do broni palnej dołączono pięć kor- delasów w skórzanych pochwach. Tak uzbrojeni, osadnicy będą mogli zapuścić się w rozległy las i mieć szansę wydostania się z niego bez szwanku. Nie ma potrzeby dodawać, że dla Pencroffa, Harberta i Naba takie uzbrojenie było szczytem szczęścia, chociaż Cyrus Smith kazał im obiecać, że nie będą strzelać bez potrzeby. O szóstej rano piroga została zepchnięta na wodę. Wszyscy, łącznie z Topem, wsiedli do niej i skierowali się w stronę ujścia Rzeki Dziękczynienia. Przypływ trwał dopiero od pół godziny, zatem jeszcze przez najbliższe kilka godzin mogli korzystać z jej siły, podczas gdy później odpływ utrudni im poruszanie się pod prąd rzeki. Siła przypływu była już dość znaczna, ponieważ za trzy dni miała ~ 39 ~ nadejść pełnia księżyca, dlatego też piroga, którą tylko należało utrzymywać w nurcie, płynęła szybko między wysokimi brze- gami. Nie było zatem potrzeby zwiększania jej prędkości przy pomocy wioseł. Po paru minutach badacze dotarli do zakola Rzeki Dziękczy- nienia, a dokładniej w miejsce, gdzie siedem miesięcy wcze- śniej Pencroff zbudował swoją pierwszą tratwę z drewnem. Za tym dość ostrym zakrętem rzeka zataczała łuk, kierując się na południowy zachód, i płynęła w cieniu wysokich, wiecznie zielonych drzew iglastych. Brzegi Mercy River wyglądały przepięknie. Cyrus Smith i je- go towarzysze mogli tylko z podziwem patrzeć na piękne efekty, jakie osiąga natura, wykorzystując jedynie wodę i drzewa. W miarę jak posuwali się naprzód, zmieniały się gatunki drzew. Na prawym brzegu rosły wspaniałe okazy rodziny wiązowatych, te cenne wiązy, tak poszukiwane przez konstruktorów statków ze względu na to, że mogą długo przebywać w wodzie, nie gni- jąc. Dalej dostrzec można było skupiska drzew należących do tej samej rodziny, między innymi wiązowce południowe1, rodzące owoce, z których wytłacza się bardzo użyteczny olej. Nieco dalej Harbert zauważył również kilka roślin z rzędu Lardizabala- les2, których giętkie pędy, wymoczone w wodzie, mogą służyć do produkcji wytrzymałych lin, oraz dwa lub trzy pnie hebanowców3 o pięknej czarnej korze kapryśnie poprzecinanej żyłkami. 1 Wiązowiec południowy (Celtis australis) – drzewo lub krzew z rodziny wiązowatych, dostarcza wysokogatunkowego, twardego drewna; owocem jest mały, czarny, jadalny pestkowiec; rośnie na półkuli północnej, w krajach śródziemnomorskich. 2 Lardizabalales – u J. Verne’a: Lardizabales, rząd roślin zwanych krępie- niowcami, rosnących w południowo-wschodniej Azji i Chile, charakteryzu- jący się długimi (do 10 m) pędami. 3 Hebanowiec (hurma, Diaspyros) – drzewa i krzewy z rodziny hebankowa- tych, występujące głównie w międzyzwrotnikowej i podzwrotnikowej części ~ 40 ~ Od czasu do czasu, w pewnych miejscach, gdzie przybicie do brzegu było dość łatwe, łódka się zatrzymywała. Wówczas Gedeon Spilett, Harbert i Pencroff z fuzjami w rękach, poprze- dzani przez Topa, przeszukiwali brzeg rzeki. Nie licząc zwie- rzyny, napotkali kilka bardzo pożytecznych roślin, którymi nie należało wcale pogardzać. Młody przyrodnik był zachwycony, odkrywszy rodzaj dzikiego szpinaku z rodziny Chenopodiaceae1 i liczne okazy z rodziny krzyżowych2, które bez wątpienia przez przesadzanie można by „ucywilizować”. Były to: rzeżucha, chrzan, rzepa oraz roślina o małych rozłożystych łodyżkach po- krytych meszkiem, wysokich na metr, rodzących prawie brą- zowe nasionka. – Czy wiesz, co to za roślina? – spytał Harbert marynarza. – Tytoń! – zawołał Pencroff, który, co oczywiste, nigdy nie widział swej szczególnie ulubionej rośliny, jak tylko w główce swej fajki. – Nie, Pencroff! – odpowiedział Harbert. – To nie jest tytoń, lecz gorczyca! – Niech będzie gorczyca! – zgodził się marynarz. – Gdybyś jednak przypadkiem, mój chłopcze, natknął się na tytoń, abso- lutnie nie zechciej nim pogardzać! – Pewnego dnia go znajdziemy! – zapewnił Gedeon Spilett. – Z pewnością! – zawołał Pencroff. – Tak więc tego dnia po- wiem, że niczego mi nie brak na naszej wyspie! Azji Południowo-Wschodniej; niektóre gatunki dostarczają bardzo cennego, czarnego, ciężkiego i odpornego na butwienie drewna zwanego hebanem; wiele gatunków ma też jadalne owoce, zwane kaki lub persymona. 1 Chenopodiaceae – komosowate, dawniej osobna rodzina w rzędzie goździ- kowców, obecnie włączona do rodziny szarłatowatych (Amaranthaceae). 2 Rodzina krzyżowych – obecnie nazywana rodziną kapustowatych (Brassi- caceae); rodzina roślin zielnych, rzadziej drzew i krzewów, należąca do rzędu kapustowców (Brassicales); 381 rodzajów i ok. 3700 gatunków. – Czy wiesz, co to za roślina? – spytał Harbert marynarza. ~ 42 ~ Wszystkie te różne rośliny, które zostały starannie wykopane z korzeniami, zostały przeniesione na pirogę, której nie opusz- czał Cyrus Smith, ciągle zagłębiony w swoich myślach. Reporter, Harbert i Pencroff wysiadali kilkakrotnie raz na prawym, raz na lewym brzegu Mercy River. Jeden był zdecydo- wanie mniej stromy, natomiast drugi bardziej zalesiony. Inży- nier mógł stwierdzić, posługując się kieszonkową busolą, że rzeka od pierwszego zakrętu wyraźniej kierowała się z północ- nego wschodu na południowy zachód i płynęła niemal w linii prostej na długości około trzech mil. Można było przypuszczać, że nieco dalej kierunek ten się zmieniał i że Mercy płynęła następnie na północny zachód, w stronę zboczy Góry Frankli- na, skąd brała swój początek. Podczas jednej z tych wycieczek na brzeg Gedeonowi Spi- lettowi udało się złapać dwie pary żywych kuraków. Ptaki te obdarzone były długimi, cienkimi dziobami i wydłużonymi szy- jami, miały krótkie skrzydła i pozbawione były wyraźnego ogo- na. Harbert poprawnie nazwał je tinamu1, po czym wspólnie postanowiono, że będą pierwszymi mieszkańcami przydomo- wego podwórka. Do tej pory jednak nie przemówiła żadna broń palna i pierw- szy huk wystrzału, który rozbrzmiał w tym Lesie Dzikiego Zachodu, sprowokowany został pojawieniem się pięknego ptaka, pod względem anatomicznym podobnym do zimorodka. – Poznaję go! – zawołał Pencroff i można uznać, że wy- strzelił niemal mimo woli. – Co pan poznaje? – spytał reporter. – Ptaka, który nam umknął podczas naszej pierwszej wy- prawy i na cześć którego nazwaliśmy tę część lasu! 1 Tinamu (kusacze) – rząd (Tinamiformes) oraz rodzina (Tinamidae) ptaków lądowych, naziemnych, przypominających nieco kuraki, zamieszkujących obszar od Patagonii po Meksyk. Zatrzymano się w tym miejscu na śniadanie, a postój w cieniu wielkich i pięknych drzew trwał ponad pół godziny. ~ 44 ~ – Jakamar! – zawołał Harbert. Faktycznie był to jakamar, piękny ptak, którego dość sztywne upierzenie ma metaliczny połysk. Kilka ziarnek śrutu strąciło go na ziemię i Top przyniósł go do łodzi razem z tuzinem tu- raków1, ptaków wspinających się, wielkości gołębia, o jaskra- wozielonkawych skrzydłach, z lotkami karmazynowej barwy i prostym czubie ozdobionym białą lamówką. Zaszczyt zestrze- lenia tych ptaków przypadł młodemu chłopcu i z tego powodu rozpierała go duma, turaki stanowiły bowiem lepszą zwierzynę niż jakamar, którego mięso jest nieco łykowate, choć trudno było przekonać Pencroffa, że nie upolował króla ptaków ja- dalnych. Była dziesiąta rano, gdy piroga dotarła do drugiego zakrętu Rzeki Dziękczynienia, znajdującego się około pięciu mil od jej ujścia. Zatrzymano się w tym miejscu na śniadanie, a postój w cieniu wielkich i pięknych drzew trwał ponad pół godziny. Rzeka nadal miała sześćdziesiąt do siedemdziesięciu stóp sze- rokości, a jej koryto było głębokie na jakieś sześć stóp. Inży- nier zaobserwował, że liczne dopływy powiększały jej nurt, lecz były to zwykłe, niespławne rios. Jeśli chodzi o lasy, to zarówno Las Jakamara, jak i Lasy Far Westu rozciągały się jak okiem sięgnąć. Nigdzie, ani pośród wysokich drzew, ani pod drzewa- mi rosnącymi przy brzegach Mercy River nic nie świadczyło o obecności człowieka. Eksploratorzy nie wpadli na żaden po- dejrzany trop i było oczywiste, że nigdy siekiera drwala nie ści- nała tutejszych drzew, nigdy żaden nóż pioniera nie przeciął lian rozciągających się pomiędzy drzewami wśród gęstych zaro- śli i wysokich traw. Jeśli jacyś rozbitkowie przybyli do brzegu 1 Turaki (szyszaki, bananojady, Musophagidae) – rodzina ptaków z rzędu kukułkowatych (Cuculiformes), obejmująca 20 gatunków; występują w Afryce, w lasach tropikalnych w dżungli i na sawannach. ~ 45 ~ na tej wyspie, na pewno nie opuścili jeszcze wybrzeża i to nie w tej gęstwinie należało szukać pozostałych przy życiu po przypuszczalnej katastrofie statku. Inżynier starał się więc, by jak najszybciej dotrzeć do za- chodniego wybrzeża Wyspy Lincolna, według jego szacunku odległego przynajmniej o pięć mil. Podjęto dalszą żeglugę i cho- ciaż, sądząc po obecnym kierunku, rzeka zdawała się kierować nie w stronę wybrzeża, lecz raczej ku Górze Franklina, posta- nowiono, że będą korzystać z pirogi tak długo, dopóki pod jej dnem nie zabraknie wody do pływania. Dzięki temu oszczędzą sobie jednocześnie sporo trudu, a także czasu, ponieważ na lą- dzie musieliby torować sobie toporami drogę przez gęstwinę. Jednak wkrótce prąd przestał ich popychać, być może za- czął się odpływ – co rzeczywiście o tej godzinie mogło nastą- pić – lub znajdowali się już za daleko od ujścia Mercy River. Trzeba więc było chwycić za wiosła. Nab i Harbert usiedli na ławeczce, Pencroff przy śrubówce i ruszyli dalej w górę rzeki. Po pewnym czasie wydawało się im, że od strony Lasów Far Westu gęstwina zaczęła się nieco przerzedzać. Drzewa nie rosły tak gęsto, a często widać było nawet stojące pojedynczo. Ale właśnie dlatego, że między nimi było więcej miejsca, pełniej korzystały z czystego i świeżego, krążącego wokół nich powie- trza i były naprawdę wspaniałe. Cóż to były za nadzwyczajne okazy flory tej szerokości geo- graficznej! Bez wątpienia sama ich obecność wystarczyłaby botanikowi, żeby bez wahania określić równoleżnik przechodzą- cy przez Wyspę Lincolna. – Eukaliptusy! – zawołał Harbert. Były to rzeczywiście owe okazałe rośliny, ostatnie olbrzy- my strefy podzwrotnikowej, krewniacy eukaliptusów z Australii i Nowej Zelandii, ziem położonych na tej samej szerokości ~ 46 ~ geograficznej co Wyspa Lincolna. Niektóre osiągały wysokość dwustu stóp, a ich pnie u podstawy mierzyły w obwodzie dwa- dzieścia stóp, kora zaś, gruba na pięć cali, była poprzecinana siecią rowków pachnącej żywicy. Nie było nic piękniejszego, ale na dodatek także osobliwszego, jak te należące do rodziny mirtowatych okazy, których liście ustawiały się bokiem do świa- tła, pozwalając promieniom słonecznym przenikać aż do sa- mej ziemi! U stóp eukaliptusów ziemię okrywała soczysta trawa; z jej kępek podrywały się do lotu małe ptaszki, mieniąc się w pro- mieniach słońca niczym skrzydlate karbunkuły1. – Co za drzewa! – wykrzyknął Nab. – Ale czy one do cze- goś się nadają? – Ba! Z wielkimi roślinami musi być tak jak z olbrzymimi ludźmi – powiedział Pencroff. – Nadają się tylko do pokazywa- nia na jarmarkach! – Sądzę, że jest pan w błędzie, Pencroff – odparł Gedeon Spi- lett. – Drewno eukaliptusa coraz częściej wykorzystuje się z du- żym powodzeniem w stolarstwie artystycznym. – Dodam jeszcze – odezwał się chłopiec – że eukaliptusy należą do rodziny, w której jest wielu pożytecznych członków: guajawa rodząca owoce o tej samej nazwie; goździkowiec ro- dzący goździki; granatowiec rodzący owoce zwane granatami; Eugenia cauliflora, z której owoców produkuje się całkiem zno- śne wino; mirt ugni dający wspaniały sok z zawartością alko- holu; mirt caryophyllus, z którego kory otrzymujemy ceniony przez wszystkich cynamon; Eugenia pimenta dostarczający ziela angielskiego; mirt zwyczajny, którego jagody mogą zastąpić pieprz; Eucalyptus robusta, z którego otrzymuje się rodzaj do- 1 Karbunkuł – kamień szlachetny barwy czerwonej, np. rubin, granat, z łac. „węgielek”. ~ 47 ~ skonałej manny; Eucalyptus gunnii, którego sok przez fermen- tację zmienia się w piwo; wreszcie te wszystkie drzewa znane jako „drzewa życia” lub „drzewa żelazne”, również należące do tej ro

Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Pobierz darmowy fragment (epub)

Gdzie kupić całą publikację:

Tajemnicza wyspa. Część 2. Porzucony
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: