Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00261 004584 15180963 na godz. na dobę w sumie
Tajemnicza wyspa. Część 3. Tajemnica wyspy - ebook/pdf
Tajemnicza wyspa. Część 3. Tajemnica wyspy - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 220
Wydawca: Jamakasz Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-66268-03-6 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dla dzieci i młodzieży
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

W 1865 roku, podczas wojny secesyjnej, pięciu Amerykanom z Północy, uwięzionym w mieście Richmond, udaje się umknąć Południowcom, „pożyczając” od nich rozpoznawczy balon. Pochwyceni przez huragan o ekstremalnej gwałtowności, w ciągu czterech dni pokonują więcej niż sześć tysięcy mil, i w końcu lądują na nieznanej wyspie Oceanu Spokojnego. W całej tej podniebnej odysei stracili wszystko i teraz będą zmuszeni do ponownego tworzenia wszelkich rzeczy własnymi rękoma, zaczynając od ognia. Inżynier Cyrus Smith, wspomagany przez Gedeona Spiletta, dziennikarza, wytwarza pierwsze narzędzia i pierwszą broń. Jego rozległa wiedza pozwala mu wyzyskiwać wszystkie zasoby wyspy, a jego manualna zręczność pozwoli na wykonanie wyrobów metalurgicznych, chemicznych i rolniczych, bez wątpienia prymitywnych, ale niezmiernie cennych. Marynarz Pencroff i służący Nab stają się farmerami, podczas gdy młody Harbert z sukcesami poluje i zbiera różne rośliny. Rozległa granitowa pieczara, którą uczynili zdatną do zamieszkania, ofiaruje im pewne schronienie, w którym będą stawiać czoło swej pierwszej zimie.  Wkrótce koloniści wyspy, którą nazwali Wyspą Lincolna, mogą żyć w dostatku dzięki ich dobrze napełnionym spichlerzom i hodowaniu zwierząt.

Seria wydawnicza Wydawnictwa JAMAKASZ „Biblioteka Andrzeja” zawiera obecnie ponad 45 powieści Juliusza Verne’a i każdym miesiącem się rozrasta. Publikowane są w niej tłumaczenia utworów dotąd niewydanych, bądź takich, których przekład pochodzący z XIX lub XX wieku był niekompletny. Powoli wprowadzane są także utwory należące do kanonu twórczości wielkiego Francuza. Wszystkie wydania są nowymi tłumaczeniami i zostały wzbogacone o komplet ilustracji pochodzących z XIX-wiecznych wydań francuskich oraz o mnóstwo przypisów. Patronem serii jest Polskie Towarzystwo Juliusza Verne’a.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Juliusz Verne TAJEMNICZA WYSPA Część trzecia Tajemnica wyspy Juliusz Verne TAJEMNICZA WYSPA Część trzecia Tajemnica wyspy Przełożył i przypisami opatrzył Andrzej Zydorczak Sześćdziesiąta czwarta publikacja elektroniczna wydawnictwa JAMAKASZ Tytuł oryginału francuskiego: L’Île mysterieuse © Copyright for the Polish translation by Andrzej Zydorczak, 2019 155 ilustracji, w tym 18 kolorowych oraz mapka wyspy: Jules-Descartes Férat (zaczerpniętych z XIX-wiecznego wydania francuskiego) Ilustracje i mapkę podkolorował: Dariusz Kocurek Redakcja: Marzena Kwietniewska-Talarczyk Konwersja do formatów cyfrowych: Mateusz Nizianty Patron serii „Biblioteka Andrzeja”: Polskie Towarzystwo Juliusza Verne’a Wydanie I © Wydawca: JAMAKASZ Ruda Śląska 2019 IISBN 978-83-66268-00-5 (całość) ISBN 978-83-66268-03-6 (część trzecia) Rozdział I Zguba czy wybawienie? – Wezwanie Ayrtona – Ważna dyskusja – To nie jest „Duncan” – Podejrzany okręt – Środki ostrożności – Statek się zbliża – Strzał armatni – Bryg rzuca kotwicę naprzeciw wyspy – Nadchodzi noc uż dwa i pół roku temu rozbitkowie z balonu zostali wy- J rzuceni na Wyspę Lincolna, lecz do tej pory nie udało im się nawiązać łączności z innymi ludźmi, swymi bliźnimi. Re- porter raz próbował skontaktować się z zamieszkanym świa- tem, powierzając ptakowi notatkę zawierającą informację o ich położeniu, lecz była to próba, na którą nie można było poważ- nie liczyć. Jedynie Ayrton w znanych nam już okolicznościach dołączył do członków małej kolonii. Tymczasem tego dnia, sie- demnastego października, na tych zawsze pustych wodach nie- spodziewanie w pobliżu wyspy pojawili się inni ludzie! Nie było co do tego wątpliwości! Widać było statek! Jednak czy popłynie on dalej, czy też przybije do brzegu? Oczywiście za kilka godzin koloniści będą wiedzieli, co o tym sądzić i czego się trzymać. Cyrus Smith i Harbert natychmiast przywołali Gedeona Spi- letta, Pencroffa i Naba do wielkiej sali w Granitowym Pałacu i zapoznali ich z tym, co się obecnie działo. Pencroff, chwyciw- szy w ręce lunetę, szybko przejrzał cały horyzont i zatrzymał się na wskazanym punkcie, to znaczy na tym, który spowodo- wał powstanie prawie niewidocznej plamki na kliszy fotogra- ficznej. – Do tysiąca diabłów! To rzeczywiście statek! – wykrzyknął głosem, w którym nie dało się wyczuć zbytniego zadowolenia. ~ 8 ~ – Płynie w naszą stronę? – spytał Gedeon Spilett. – Jeszcze nie można tego stwierdzić – odparł Pencroff – ponieważ ponad horyzontem widać tylko jego maszty, a nie można dostrzec ani kawałka kadłuba! – Co trzeba zrobić? – spytał mody chłopiec. – Musimy czekać – odparł Cyrus Smith. Przez dość długi czas koloniści trwali w milczeniu, cał- kowicie pogrążeni w myślach, ogarnięci emocjami, wszelkimi obawami i wszelkimi nadziejami, które mogły się zrodzić pod wpływem takiego wydarzenia – najpoważniejszego od czasu ich przybycia na Wyspę Lincolna. Bez wątpienia koloniści nie byli już w sytuacji porzuconych na jałowej wysepce rozbitków, którzy walczą o nędzną egzy- stencję z macoszą naturą, nieustannie zżeranych potrzebą po- nownego zobaczenia cywilizowanych ziem. Zwłaszcza Pencroff i Nab, którzy naraz poczuli się tutaj tacy szczęśliwi i tacy bogaci, że nie bez żalu opuściliby wyspę. Poza tym przyzwyczaili się do swego nowego życia w swej nowej posiadłości, którą, że tak powiem, do tego stopnia ucywilizowała ich inteligencja! Nie- mniej jednak statek przynosił może również nowiny z konty- nentu, być może był to kawałek ojczyzny, który wypłynął na ich spotkanie. Na nim znajdowały się podobne do nich istoty, za- tem nic dziwnego, że ich serca zabiły mocniej na jego widok! Od czasu do czasu Pencroff ponownie brał do rąk lunetę i sta- wał przy oknie. Stąd z najwyższą uwagą przyglądał się stat- kowi, który znajdował się teraz w odległości dwudziestu mil na wschód. Koloniści wciąż nie mieli żadnego sposobu, żeby zasygnalizować swoją bytność w tym miejscu. Flaga nie zo- stałaby zauważona, wystrzału by nie usłyszano, ognia by nie do- strzeżono. Mimo to było rzeczą pewną, że wyspa, z dominującą nad nią Górą Franklina, nie mogła ujść spojrzeniem wachtowych na – Płynie w naszą stronę? – spytał Gedeon Spilett. ~ 10 ~ pokładzie. Po co jednak statek miałby tu przybijać do brzegu? Czyż to nie zwykły przypadek przywiódł go w tę część Pacyfi- ku, gdzie, jak wskazywały mapy, nie było żadnego lądu oprócz wysepki Tabor, leżącej zresztą z dala od szlaków zwykle obiera- nych przez statki oceaniczne odbywające rejsy po polinezyjskich archipelagach, do Nowej Zelandii i na amerykańskie wybrzeże? To pytanie zadawał sobie każdy z nich, gdy nagle Harbert znalazł na nie odpowiedź. – Czyżby to był „Duncan”?! – zawołał. „Duncan”, jak zapewne pamiętamy, był to jacht lorda Gle- narvana, którzy porzucił Ayrtona na wysepce i który pewnego dnia miał po niego wrócić. Otóż ta wysepka nie znajdowała tak daleko od Wyspy Lincolna, by statek płynący na jedną z nich nie mógł przepływać obok drugiej. Dzieliło je zaledwie sto pięćdziesiąt mil długości i siedemdziesiąt pięć mil szerokości geograficznej. – Należy powiadomić Ayrtona – powiedział Gedeon Spilett – i natychmiast go tutaj wezwać. On jeden może nam powiedzieć, czy to jest „Duncan”. Takiego zdania byli wszyscy, więc reporter podszedł do tele- grafu łączącego corral z Granitowym Pałacem i wysłał telegram: Przybywaj niezwłocznie. Kilka chwil później rozbrzmiał dźwięk dzwonka. Przybywam – odpowiedział Ayrton. Potem koloniści nadal uważnie obserwowali statek. – Jeśli to „Duncan” – powiedział Harbert – Ayrton bez trudu go rozpozna, skoro przez jakiś czas żeglował na jego pokładzie. – A jeśli go rozpozna, to ogarną go wielkie emocje! – dodał Pencroff. – Tak – przyznał Cyrus Smith – ale teraz Ayrton jest godny tego, by wejść na pokład „Duncana”, i dałby Bóg, żeby to na- ~ 11 ~ prawdę był jacht lorda Glenarvana, bo każdy inny statek wyda mi się podejrzany! Te wody są mało uczęszczane i ciągle oba- wiam się wizyty na naszej wyspie jakichś malajskich piratów. – Obronimy ją! – wykrzyknął Harbert. – Bez wątpienia, moje dziecko – odparł inżynier z uśmie- chem – lecz wolałbym, żebyśmy nie musieli jej bronić. – Jedna uwaga – odezwał się Gedeon Spilett. – Wyspa Lin- colna nie jest znana żeglarzom, ponieważ nie ma jej nawet na najnowszych mapach. Nie uważa pan zatem, Cyrusie, że to jest powód, aby statek, zauważywszy niespodziewanie nieznaną zie- mię, chciałby ją raczej zwiedzić, niż omijać? – Z pewnością – przyznał Pencroff. – Ja też tak myślę – dodał inżynier. – Można nawet twierdzić, że obowiązkiem kapitana jest odnotowanie, a co za tym idzie także rozpoznanie każdego lądu czy też wyspy nienaniesionych jeszcze na mapy, a tak jest w przypadku Wyspy Lincolna. – Dobrze – powiedział wówczas Pencroff – przypuśćmy, że ten statek podpłynie do brzegu i zakotwiczy w odległości kil- ku kabli od naszej wyspy. Cóż wtedy uczynimy? To pytanie padło tak nagle, że przez chwilę pozostało bez odpowiedzi. Po namyśle Cyrus Smith rzekł z właściwym mu spokojem: – Zrobimy to, co będziemy musieli zrobić, moi przyjaciele: nawiążemy kontakt ze statkiem, wejdziemy na jego pokład i opu- ścimy naszą wyspę, przejąwszy ją na własność w imieniu Sta- nów Unii. Następnie wrócimy tu z wszystkimi tymi, którzy będą chcieli nam towarzyszyć, by ostatecznie skolonizować wyspę i ofiarować Republice Amerykańskiej użyteczną bazę w tej części Oceanu Spokojnego! – Hurra! – krzyknął Pencroff. – To nie będzie wcale mały podarunek zrobiony naszemu krajowi! Kolonizacja wyspy już ~ 12 ~ przecież niemal ukończona, nadaliśmy nazwy wszystkim jej czę- ściom, mamy naturalny port, możliwość zaopatrywania okrę- tów w wodę pitną, drogi, linię telegraficzną, stocznię, zakład przemysłowy. Tak więc nie pozostaje nic innego, jak tylko na- nieść Wyspę Lincolna na mapy! – A jeśli ktoś podczas naszej nieobecności nią zawładnie? – zaniepokoił się Gedeon Spilett. – Do tysiąca diabłów! – wykrzyknął marynarz. – Prędzej tu zostanę sam, by jej pilnować, i słowo Pencroffa, nikt mi jej nie ukradnie, jak zegarka z kieszeni jakiegoś gapy! Przez całą godzinę nie można było stwierdzić z całą pewno- ścią, czy dostrzeżony statek płynie w stronę Wyspy Lincolna, czy też nie. Wprawdzie zbliżył się nieco, ale jakim kursem się poruszał, tego właśnie Pencroff nie potrafił określić. Ponieważ jednak wiatr wiał z północnego wschodu, można było z dużym prawdopodobieństwem przyjąć, że statek płynął prawym hal- sem. Poza tym sprzyjający wiaterek sam go spychał na wody w pobliżu wyspy, a przy tak spokojnym morzu nie musiano się obawiać do niej zbliżyć, chociaż głębokość przy brzegu nie była przecież odnotowana na mapach. Około czwartej – godzinę po tym, jak został wezwany – Ayr- ton dotarł do Granitowego Pałacu. Wszedł do wielkiej sali i po- wiedział: – Jestem do usług, panowie. Cyrus Smith podał mu rękę, jak to miał zwyczaj czynić, i pod- prowadziwszy go do okna, rzekł do niego: – Ayrton, prosiliśmy pana o przybycie z pewnego ważnego powodu. Na morzu dostrzegliśmy statek. Z początku Ayrton pobladł lekko, a jego wzrok na chwilę się zmącił. Potem wychylił się przez okno i przebiegł spojrzeniem horyzont, ale nic nie dostrzegł. ~ 13 ~ – Proszę wziąć tę lunetę, Ayrton – powiedział Gedeon Spi- lett – i dobrze się przyjrzeć, ponieważ jest możliwe, że tym stat- kiem jest „Duncan”, który przybył na te wody, by pana zabrać do kraju. – „Duncan”! – szepnął Ayrton. – Już! Ostatnie słowo jakby mimowolnie wyrwało się z ust Ayrto- na, który zaraz ukrył twarz w dłoniach. Czyżby owe dwanaście lat opuszczenia na bezludnej wyspie uznał za niewystarczającą pokutę? Czyżby skruszony winowajca nie czuł się jeszcze rozgrzeszony bądź to we własnych oczach, bądź w oczach innych? – Nie! – rzekł. – Nie! To nie może być „Duncan”. – Niech się pan przyjrzy, Ayrton – powiedział wtedy inży- nier – ważne jest bowiem, byśmy wcześniej wiedzieli, czego mamy się trzymać. Ayrton wziął lunetę i skierował ją we wskazanym kierunku. Przez kilka minut, nie ruszając się ani nie mówiąc, obserwo- wał horyzont. Wreszcie powiedział: – Rzeczywiście, to statek, ale nie sądzę, żeby to był „Duncan”. – Dlaczego nie miałby to być on? – spytał Gedeon Spilett. – Ponieważ „Duncan” jest jachtem parowym, a ja nie widzę śladu dymu ani ponad, ani za tym statkiem. – Może płynie teraz tylko pod żaglami? – zauważył Pen- croff. – Wydaje się, że ma wiatr sprzyjający dla jego kursu, a będąc tak daleko od jakiegokolwiek lądu, jest zmuszony osz- czędzać paliwo. – Możliwe, że ma pan rację, panie Pencroff – odpowiedział Ayrton – i że na statku wygaszono paleniska. Niech podpły- nie do wybrzeża i wkrótce będziemy wiedzieć, czego mamy się trzymać. Powiedziawszy to, Ayrton usiadł w kącie wielkiej sali i cały czas milczał. Koloniści rozmawiali jeszcze na temat nieznane- go statku, lecz Ayrton nie brał już udziału w dyskusji. ~ 14 ~ Wszyscy znajdowali się wówczas w stanie ducha, który nie pozwalał im na kontynuowanie jakichkolwiek prac. Gedeon Spilett i Pencroff, jakoś dziwnie zdenerwowani, chodzili w tę i z powrotem, nie mogąc usiedzieć w miejscu. Harberta paliła raczej ciekawość. Jedynie Nab zachował swój zwykły spokój. Czyż jego ojczyzna nie była tam, gdzie znajdował się jego pan? Jeśli chodzi o inżyniera, to pozostawał pogrążony w swych myślach i w głębi duszy raczej się obawiał, niż życzył sobie przybycia tego statku. Tymczasem statek przybliżył się nieco do wyspy. Wspo- magając się lunetą, zdołali rozpoznać, że był to statek daleko- morski, a nie jedna z tych malajskich proa, którymi zazwyczaj posługują się piraci buszujący po wodach Pacyfiku. Można więc było sądzić, że obawy inżyniera nie okażą się słuszne i że obec- ność tego statku w pobliżu Wyspy Lincolna nie stanowi dla niej żadnego zagrożenia. Pencroff, przyjrzawszy mu się, mógł stwier- dzić, że jest to statek otaklowany jak bryg i że płynie ukośnie do brzegu prawym halsem pod dolnymi żaglami oraz pod mar- slami i bramslami1. Ayrton potwierdził jego zdanie. Jednak płynąc dalej tym samym kursem, statek wkrótce mu- siał się skryć za Przylądkiem Pazura, gdyż kierował się na połu- dniowy zachód. By móc dalej go obserwować, trzeba byłoby się wspiąć na wyżynę przy Zatoce Waszyngtona, w pobliżu Por- tu Balonu. Była to niekorzystna okoliczność, gdyż dochodziła piąta po południu, a zapadający zmierzch utrudniłby znacznie obserwację. 1 Bryg – dwumasztowy żaglowiec z żaglami rejowymi; marsle – żagle rejo- we znajdujące się powyżej żagli głównych (foka i grota); bramsle – żagle znajdujące się powyżej marsli; „Duncan” był otaklowany jak brygantyna (na tylnym maszcie nie posiadał żagli rejowych), więc Ayrton powinien to zauważyć. ~ 15 ~ – Co zrobimy, gdy zapadną ciemności? – spytał Gedeon Spi- lett. – Rozpalimy ognisko, by zasygnalizować naszą obecność na tym wybrzeżu? Było to bardzo ważne pytanie, a jednak, wbrew niejasnym przeczuciom, które nie opuściły inżyniera, odpowiedź na nie brzmiała twierdząco. Statek mógł przecież zniknąć w ciemno- ściach nocy i odpłynąć na zawsze, a czy kiedyś pojawi się na wodach Wyspy Lincolna jakiś inny? Kto wie, jaką przyszłość los szykuje kolonistom? – Tak, musimy dać znać tym na statku, skądkolwiek przy- bywają – stwierdził reporter – że wyspa jest zamieszkana. Gdybyśmy zlekceważyli szansę, która została nam oferowana, w przyszłości robilibyśmy sobie wyrzuty! Postanowiono zatem, że Nab i Pencroff udadzą się do Portu Balonu i tam po zapadnięciu zmroku rozpalą wielkie ognisko, którego blask z pewnością przyciągnie uwagę załogi brygu. Tymczasem w chwili, gdy Nab i marynarz szykowali się do opuszczenia Granitowego Pałacu, statek zmienił nagle kurs i zmierzał wprost na wyspę, kierując się do Zatoki Unii. Ten bryg musiał być dobrym żaglowcem, ponieważ bardzo szybko się zbliżał. Nab i Pencroff wstrzymali się więc z wyjściem, a Ayrtonowi dano do rąk lunetę, by w ostateczny sposób mógł rozstrzygnąć, czy ten statek jest, czy też nie jest „Duncanem”. Szkocki jacht był także otaklowany jak bryg, pozostawało więc do rozstrzy- gnięcia pytanie, czy pomiędzy dwoma masztami dostrzeżonego statku, który znajdował się wówczas w odległości jakichś dzie- sięciu mil, wznosi się komin. Horyzont wciąż był jasny i można to było teraz z łatwością sprawdzić. Ayrton bardzo szybko opuścił lunetę, i powiedział: – To absolutnie nie jest „Duncan”! To nie może być on…! ~ 16 ~ Pencroff ponownie skierował lunetę na statek i stwierdził, że bryg, mający jakieś trzysta czy czterysta ton wyporności, nie- zwykle wysmukły, znakomicie omasztowany, wspaniale przysto- sowany do żeglugi morskiej, musiał osiągać wielkie prędkości. Jednak do jakiego kraju należał? Trudno było to stwierdzić. – Ale na jego gaflu1 powiewa jakaś bandera – powiedział marynarz – tylko nie potrafię rozpoznać jej barw. – Za pół godziny będziemy mieli pewność w tym względzie – odparł reporter. – Zresztą jest dość oczywiste, że kapitan tego statku zamierza przybić do brzegu, a zatem jeśli nie dzisiaj, to najpóźniej jutro go poznamy. – Nie o to chodzi! – powiedział Pencroff. – Lepiej wcześniej wiedzieć, z kim mamy do czynienia, więc chciałbym poznać bar- wy tego osobnika! Mówiąc tak, marynarz ciągle patrzył przez lunetę. Dzień zaczął dobiegać końca, a wraz z tym zaczął cichnąć wiatr od pełnego morza. Bandera brygu, mniej napięta, zaplą- tała się w fały i coraz trudniej było rozpoznać jej barwy. – Z pewnością nie jest to bandera amerykańska – informował co pewien czas Pencroff – ani angielska, bo jej czerwień byłaby wyraźnie widoczna, ani francuska czy niemiecka, nie jest to biała bandera rosyjska ani żółta hiszpańska… Można by powiedzieć, że to jednolita barwa… Pomyślmy, jakiej można się najbardziej spodziewać na tych wodach…? Bandery chilijskiej…? Nie, bo jest przecież trójkolorowa… Brazylijskiej? Zielona… Japoń- skiej? Jest czarno-żółta… podczas gdy ta… W tym momencie podmuch wiatru uniósł nieznaną banderę. Ayrton, pochwyciwszy lunetę, którą marynarz na chwilę opu- ścił, przyłożył do niej oko i wykrzyknął głuchym głosem: 1 Gafel – drzewce ruchome, zwykle stawiane i opuszczane razem z żaglem; służy do zamocowania górnej krawędzi (liku) żagli gaflowych; przy posta- wionym żaglu gafel jest ustawiony ukośnie do masztu; bandera umieszczo- na jest właściwie pod pikiem, czyli wolnym końcem gafla. – To czarna bandera! ~ 18 ~ – To czarna bandera! Istotnie, na gaflu powiewała ciemna etamina1, więc od tej chwili słusznie można było uważać bryg za podejrzany statek! Czyżby więc inżynier miał rację, żywiąc takie obawy? Czy był to statek piracki? Czyżby trudnił się korsarstwem na tych wodach południowego Pacyfiku, robiąc konkurencję malajskim proa, które jeszcze tutaj grasują? Czego szukał przy brzegach Wyspy Lincolna? Czy traktował ją jako nieznany, opuszczony ląd, mogący stanowić idealną kryjówkę dla zrabowanych ładun- ków? Czy chciał u jej brzegów znaleźć port, w którym można się skryć na zimowe miesiące? Czy wspaniała posiadłość osad- ników miała się przemienić w haniebne schronienie – rodzaj sto- licy wszystkich piratów Pacyfiku? Wszystkie te pytania instynktownie pojawiły się w myślach kolonistów. Zresztą nie było żadnych wątpliwości, jak należy rozumieć kolor bandery. Była to naprawdę flaga morskich korsa- rzy! Równie dobrze mogłaby ona teraz powiewać na „Dunca- nie”, gdyby powiodły się zbrodnicze plany convicts2! Nie tracono czasu na dyskusje. – Moi przyjaciele – powiedział Cyrus Smith – być może ten statek chce się tylko przyjrzeć wybrzeżom wyspy? Może jego załoga nie wysiądzie na brzeg? To jedyna szansa. Jakkolwiek by było, musimy zrobić wszystko, by ukryć naszą tu obecność. Wiatrak stojący na Płaskowyżu Rozległego Widoku jest zbyt widoczny. Niech Ayrton i Nab pójdą tam i zdemontują skrzy- dła. Pod gęstym listowiem ukryjemy także okna Granite House. Ogień musi być wygaszony. Niech nic nie zdradzi obecności człowieka na tej wyspie! 1 Etamina – lekka, przejrzysta tkanina z bawełny albo jedwabiu, o prześwitu- jących oczkach siatki. 2 Convict (ang.) – skazaniec, zesłaniec. ~ 19 ~ – A nasza łódź? – zapytał Harbert. – Och, jest ukryta w Porcie Balonu – odparł Pencroff – i nie wierzę, żeby te łajdaki ją tam znalazły! Rozkazy inżyniera zostały natychmiast wykonane. Nab i Ayr- ton weszli na płaskowyż i powzięli niezbędne kroki, by zataić wszystkie ślady świadczące o zamieszkaniu wyspy. Podczas gdy oni się tym zajmowali, ich towarzysze udali się na skraj Lasu Jakamara i przynieśli stamtąd sporą masę gałęzi i lian, które z pewnej odległości mogły sprawiać wrażenie naturalnie zwi- sającego listowia i nieźle przesłaniały otwory w granitowej ścia- nie. W tym samym czasie przygotowano amunicję i broń w taki sposób, by w przypadku nieoczekiwanego napadu mieć je zaw- sze pod ręką. Kiedy podjęto te wszystkie środki ostrożności, przemówił Cy- rus Smith. – Moi przyjaciele – rzekł, a w jego głosie można było wy- czuć, że jest wzruszony. – Jeśli ci nędznicy zechcą zawładnąć Wyspą Lincolna, będziemy jej bronić, nieprawdaż? – Tak, Cyrusie – odparł reporter. – Jeśli tak będzie trzeba, wszyscy umrzemy w jej obronie! Inżynier podał dłoń swoim towarzyszom, którzy serdecznie ją uściskali. Jedynie Ayrton pozostał w swoim kącie i nie dołączył do osad- ników. Być może on, dawny convict, jeszcze nie czuł się godny być razem z nimi! Cyrus Smith odgadł, co działo się w duszy Ayrtona, i pod- szedł do niego. – A pan, Ayrton – zapytał – co pan zamierza uczynić? – Spełnię swój obowiązek – odparł Ayrton. Potem podszedł do okna i wyjrzał na zewnątrz przez listowie. Było wówczas wpół do ósmej. Już dwadzieścia minut wcze- śniej słońce skryło się za Granitowym Pałacem, a konsekwencji ~ 20 ~ tego na wschodnim horyzoncie powoli zalegały ciemności. Tym- czasem bryg posuwał się powoli w stronę Zatoki Unii. Był już w odległości niespełna ośmiu mil, dokładnie naprzeciw Płasko- wyżu Rozległego Widoku, gdyż skręciwszy na wysokości Przy- lądka Pazura, zaczął zataczać wielki łuk na północ, korzystając z przypływu. Można było nawet powiedzieć, że już wpłynął do rozległej zatoki, ponieważ linia prosta pociągnięta z Przylądka Pazura do Przylądka Szczęki została już za nim na wschodzie1, po jego prawej burcie. Czy bryg wpłynie do zatoki? Było to pierwsze pytanie. A gdy już się w niej znajdzie, czy rzuci kotwicę? Tak brzmiało drugie. Może zadowoli go opłynięciem wybrzeża i wróci na pełne mo- rze, a załoga nie zejdzie na ląd? Za niecałą godzinę wszystko się wyjaśni. Na razie kolonistom nie pozostawało nic innego jak czekać. Cyrus Smith nie bez głębokiego niepokoju patrzył na podej- rzany statek z zatkniętą czarną banderą. Czy nie była to bez- pośrednia groźba dla dzieła, które on i jego towarzysze tak wytrwale do tej pory realizowali? Czy piraci – nie można było wątpić, że z nich właśnie składała się załoga brygu – zawitali już kiedyś na wyspę, skoro dobijając do niej, wywiesili tę bande- rę? Czy schodzili już wcześniej na ląd, co by wyjaśniało pewne niewytłumaczalne do tej pory wydarzenia? Czy w niezbadanych jeszcze zakamarkach wyspy nie krył się przypadkiem ich wspól- nik, pragnący się z nimi połączyć? Cyrus Smith nie wiedział, jak odpowiedzieć na wszystkie te pytania, które sobie po cichu zadawał, ale przeczuwał, że wraz z pojawieniem się tego brygu, sytuacja kolonii może być po- ważnie zagrożona. Niemniej jednak on i jego towarzysze byli zdecydowani sta- wiać opór do upadłego. Czy piraci byli liczniejsi i lepiej uzbroje- 1 Na wschodzie – u J. Verne’a: na zachodzie. ~ 21 ~ ni niż koloniści? Bardzo ważne było, by się tego dowiedzieć! Ale w jaki sposób mogli uzyskać informacje? Zapadła noc. Zniknął księżyc będący w nowiu. Głęboka ciemność spowiła wyspę i morze. Ciężkie chmury skumulo- wane na horyzoncie nie przepuszczały nawet nikłego blasku. Wraz z zachodem słońca kompletnie ucichł wiatr. Żaden liść nie poruszał się na drzewach, ani jedna fala nie szemrała przy brzegu. Statku wcale nie było widać; na pokładzie pogaszono wszystkie światła i jeśli nawet jeszcze znajdował się w pobli- żu wyspy, nie sposób było stwierdzić, jaką zajmował pozycję. – Ech, kto wie? – powiedział wówczas Pencroff. – Może ten przeklęty statek odpłynie w nocy i o świcie już go tu nie zo- baczymy? Jakby w odpowiedzi na uwagę marynarza na morzu zabły- sło żywe światło i rozległ się huk armatniego wystrzału. Statek ciągle tam był, a do tego miał na pokładzie działa. Od błysku do odgłosu huku upłynęło sześć sekund, tak więc bryg znajdował się w odległości mili i ćwierci od wybrzeża1. Jednocześnie dał się słyszeć zgrzyt łańcuchów wysuwających się z kluz2. Statek zakotwiczył na wprost Granitowego Pałacu! 1 Chodzi tutaj o milę lądową (1609 m), choć autor powinien użyć mili mor- skiej (1852 m). 2 Kluza – okrągły lub owalny otwór w burcie, nadburciu lub powierzchni po- kładu, często o wzmocnionych brzegach, przez który przeprowadza się liny cumownicze albo linę lub łańcuch kotwiczny. Rozdział II Dyskusje – Przeczucia – Propozycja Ayrtona – Akceptacja propozycji – Ayrton i Pencroff na Wysepce Granta1 – Convicts z wyspy Norfolk – Ich plany – Bohaterska próba Ayrtona – Jego powrót – Sześciu przeciw pięćdziesięciu ie było już żadnych wątpliwości co do zamiarów piratów. N Rzucili kotwicę w niewielkiej odległości od wyspy i stało się oczywiste, że nazajutrz, używając łodzi, zamierzali dostać się na wybrzeże! Cyrus Smith i jego towarzysze byli gotowi do działania, lecz mimo determinacji nie mogli zapominać o ostrożności. Może ich obecność pozostanie niezauważona, jeśli piraci zejdą na brzeg, ale nie pójdą w głąb wyspy? Przecież mogło się zdarzyć, że pod- płynęli tu tylko po to, żeby uzupełnić zapasy wody w Rzece Dziękczynienia, i nie jest wykluczone, że most, usytuowany pół- torej mili od ujścia rzeki, a także urządzenia w Kominach umkną ich uwadze. Po cóż jednak wciągnięto na gafel tę banderę? Dlaczego od- dali strzał armatni? Bez wątpienia była to czysta fanfaronada2, albo też sygnał, że biorą wyspę w posiadanie! Cyrus Smith wie- dział teraz, że statek jest dobrze uzbrojony. Czymże koloniści z Wyspy Lincolna mogli odpowiedzieć działu piratów? Jedynie kilkoma strzelbami. – Niemniej jednak – zauważył Cyrus Smith – zajmujemy po- zycję nie do zdobycia. Nieprzyjaciel nigdy nie zdoła znaleźć otworu dawnego odpływu, kiedy teraz jest ukryty pod trzcina- 1 Wysepka Granta – wcześniej J. Verne cały czas nazywał ją Wysepką Oca- lenia. 2 Fanfaronada – przechwalanie lub popisywanie się swoją odwagą. ~ 23 ~ mi i trawami, a zatem nie zdołają się dostać do Granitowego Pałacu! – Ale nasze uprawy, nasza ptaszarnia, nasz corral, wszystko, wszystko! – wykrzyknął Pencroff, tupiąc nogą. – Mogą wszyst- ko splądrować, wszystko zniszczyć w ciągu paru godzin! – Wszystko, Pencroff – odparł Cyrus Smith – a my nie mamy żadnych możliwości, by im w tym przeszkodzić. – Dużo ich jest? To zasadnicze pytanie – powiedział wów- czas reporter. – Jeśli około tuzina, będziemy wiedzieli, jak ich powstrzymać, ale jeśli jest ich czterdziestu, pięćdziesięciu… a może i więcej…! – Panie Smith – odezwał się Ayrton, podchodząc do inży- niera – czy zechciałby mi pan udzielić pozwolenia? – Na co, mój przyjacielu? – Bym przedostał się na statek i rozpoznał siły załogi. – Ależ, Ayrton – odparł z wahaniem inżynier – ryzykuje pan własne życie… – Dlaczego nie, panie Smith? – To więcej niż pański obowiązek. – Muszę spełnić coś więcej niż tylko obowiązek – odparł Ayrton. – Podpłynie pan pirogą pod sam statek? – spytał Gedeon Spilett. – Nie, proszę pana, udam się tam wpław. Piroga nie przepły- nie tam, gdzie człowiek potrafi się wślizgnąć. – Wie pan, że bryg stoi o milę i ćwierć od brzegu? – zapy- tał Harbert. – Jestem dobrym pływakiem, panie Harbercie. – Powtarzam, to ryzykowanie własnym życiem – przestrzegał inżynier. – Mniejsza z tym – stwierdził Ayrton. – Panie Smith, proszę o to jak o łaskę. Może w ten sposób odzyskam godność we wła- snych oczach! ~ 24 ~ – Niech pan zatem płynie, Ayrton – odparł inżynier, który czuł, że odmowa dotknęłaby głęboko byłego convict, który znowu stał się uczciwym człowiekiem. – Popłynę z panem – rzekł Pencroff. – Nie ufacie mi! – zawołał żywo Ayrton, a potem z większą pokorą dodał: – Niestety! – Nie, nie! – zaprzeczył Cyrus Smith. – Nie, Ayrton! Pen- croff panu ufa! Źle pan zinterpretował jego słowa. – Rzeczywiście, chciałem zaproponować panu Ayrtonowi, że będę mu towarzyszył tylko do wysepki – odparł marynarz. – Możliwe, chociaż jest to mało prawdopodobne, że jeden z tych łajdaków wysiadł już na ląd, a w takim przypadku dwóch ludzi to nie za wiele, by nie pozwolić mu zaalarmować reszty. Będę czekał na Ayrtona na wysepce, a on sam popłynie do statku, skoro zaofiarował się to zrobić. Zapadło postanowienie i Ayrton rozpoczął przygotowania do wyprawy. Jego plan był śmiały, lecz dzięki ciemnościom nocy mógł się udać. Kiedy Ayrton dostanie się do statku, uczepi się czy to watersztagu, czy podwięzi burtowych1 i zorientuje się w liczbie ludzi, a może nawet się dowie, jakie są zamiary convicts. Ayrton i Pencroff razem ze swymi towarzyszami zeszli na wybrzeże. Ayrton rozebrał się i natarł tłuszczem, by dzięki te- mu mniej cierpieć z powodu temperatury wody, która wciąż była zimna. Rzeczywiście mogło się tak zdarzyć, że będzie zmu- szony pozostawać w niej przez kilka godzin. Pencroff i Nab poszli w tym czasie po pirogę, przycumo- waną kilkaset kroków dalej w górze Rzeki Dziękczynienia. Gdy wrócili, Ayrton był gotów do drogi. 1 Watersztag – lina (łańcuch) podtrzymująca bukszpryt (drzewce wystające ukośnie do przodu przed dziób statku) w osi poziomej, biegnąca od końca bukszprytu do dziobnicy; podwięź burtowa (wantownik) – metalowe okucie służące do mocowania want, montowane na burcie lub do szkieletu statku. Pół godziny później Ayrton, niezauważony i nieusłyszany przez nikogo, kiedy płynął, dotarł do statku i uczepił się jedną ręką watersztagu bukszprytu. ~ 26 ~ Na jego ramiona zarzucono pled, i koloniści podeszli do nie- go, by uścisnąć mu dłoń. Ayrton wsiadł do łodzi wraz z Pencroffem. Było wpół do je- denastej wieczorem, gdy obaj zniknęli w ciemnościach. Ich to- warzysze udali się do Kominów, by tam na nich poczekać. Obaj z łatwością przeprawili się przez kanał i piroga dobiła do przeciwległego brzegu wysepki. Postępowali bardzo ostrożnie, na wypadek, gdyby gdzieś tutaj kręcili się piraci. Po upewnieniu się, że wysepka jest pusta, Ayrton w towarzystwie Pencroffa ruszył szybkim krokiem, płosząc ptaki ukryte w skalnych zagłę- bieniach. Następnie bez wahania rzucił się do morza i popłynął cicho w stronę statku, którego dokładne położenie wyznaczało kilka niedawno zapalonych świateł. Jeśli chodzi o Pencroffa, to skulił się w za skalnym załomem na wybrzeżu i czekał na powrót towarzysza. Tymczasem Ayrton posuwał się energicznymi wyrzutami ra- mion, prześlizgując się po tafli wody bez powodowania jej sil- nych drgań. Jego głowa ledwie wystawała nad powierzchnię, a wzrok miał utkwiony w ciemnej masie brygu, którego światła odbijały się w wodzie. Myślał tylko o obowiązku, który obiecał spełnić, nie zważając na niebezpieczeństwa, czyhające na niego nie tylko na statku, ale także w wodach często nawiedzanych przez rekiny. Unoszony przez prąd, szybko oddalał się od brzegu. Pół godziny później Ayrton, niezauważony i nieusłyszany przez nikogo, kiedy płynął, dotarł do statku i uczepił się jedną ręką watersztagu bukszprytu. Wówczas głęboko odetchnął, a na- stępnie, wspinając się po łańcuchach, dotarł na nadbudówki na dziobie. Suszyło się tam kilka par marynarskich spodni. Wciągnął jedne na siebie i mocno się trzymając, zaczął nasłuchiwać. Na pokładzie brygu nikt nie spał, a wręcz przeciwnie: roz- mawiano, śpiewano, śmiano się. Pośród rozlicznych przekleństw dotarły do uszu Ayrtona te oto słowa, które szczególnie go ude- rzyły: Nietrudno się będzie domyślić, co poczuł Ayrton, usłyszawszy ten fragment rozmowy. ~ 28 ~ – Ten nasz bryg to dobry nabytek! – Szybko pędzi ten nasz „Speedy”! Zasłużył na swoją nazwę1! – Cała marynarka Norfolku może go ścigać! I tak go nie dogoni! – „Hurra” dla jego dowódcy! – „Hurra” dla Boba Harveya! Nietrudno się będzie domyślić, co poczuł Ayrton, usłyszaw- szy ten fragment rozmowy, gdy dowiemy się, że właśnie w Bo- bie Harveyu rozpoznał jednego ze swych dawnych towarzyszy z Australii2, zuchwałego marynarza, który kontynuował zbrodni- cze plany Ayrtona. Bob Harvey zawładnął w okolicach wyspy Norfolk owym obładowanym bronią, amunicją i wszelkiego rodzaju oprzyrządowaniem brygiem, którego przeznaczeniem była jedna z wysp Sandwich3. Cała jego banda dostała się na pokład, i byli convicts przeobrazili w piratów, groźniejszych nawet od samych Malajów, żeby odtąd uprawiać korsarstwo na Pacyfiku, niszczyć statki i mordować ich załogi! Bandyci rozmawiali głośno, przechwalając się swymi wy- czynami i pijąc ponad miarę, a oto, co zdołał zrozumieć Ayrton: Obecna załoga „Speedy’ego” składała się wyłącznie z an- gielskich więźniów zbiegłych z wyspy Norfolk. A czym jest Norfolk? Na wschód od Australii, na 29 2’ szerokości południowej i 165 42’ długości wschodniej, leży mała wyspa o obwodzie sześciu lig, nad którą dominuje Góra Pitta o wysokości tysiąca stu stóp nad poziom morza4. To właśnie wyspa Norfolk, na któ- 1 Speedy (ang.) – szybki. 2 W Dzieciach kapitana Granta nie wymienia się Boba Harveya. 3 Sandwich – tutaj: dawna nazwa Hawajów. 4 165º42’ – długość geograficzna została podana według południka pary- skiego; liga (ang. league) – anglosaska miara długości, równa trzem milom angielskim; tu: liga lądowa (land league) równa 4828,032 m (linia brzego- ~ 29 ~ rej znajduje się zakład karny1 dla najbardziej zwyrodniałych angielskich zbrodniarzy. Jest ich tam pięciuset, podlegających żelaznemu rygorowi i najsurowszym, straszliwym karom, pil- nowanych przez stu pięćdziesięciu żołnierzy i stu pięćdziesięciu urzędników podlegających gubernatorowi. Trudno sobie wyob- razić większe zbiorowisko łotrów. Niekiedy – choć rzadko się to zdarza – mimo nadzwyczajnego dozoru, pod jakim się znajdo- wali, kilku udawało się uciec, przez zaskoczenie zawładnąć stat- kiem i pływać po wodach polinezyjskich archipelagów. Tak właśnie zrobił Bob Harvey i jego kamraci. Tak też chciał swego czasu uczynić Ayrton. Bob Harvey zawładnął brygiem „Speedy”, zakotwiczonym przy wyspie Norfolk, po wcześniej- szym wymordowaniu załogi. Oto już od roku ten statek, który stał się statkiem pirackim, przemierzał wody Pacyfiku pod roz- kazami Harveya, niegdyś kapitana żeglugi wielkiej, teraz mor- skiego korsarza, którego tak dobrze znał Ayrton! Większość convicts zgrupowała się w rufówce2 w tylnej czę- ści statku, ale kilku położyło się na pokładzie i głośno rozma- wiało. Krzykliwa libacja trwała nadal i Ayrton dowiedział się, że czy- sty przypadek przywiódł „Speedy’ego” w pobliże Wyspy Lin- colna. Bob Harvey nigdy jeszcze nie postawił na niej stopy, lecz jak słusznie przeczuwał Cyrus Smith, znalazłszy na swej drodze ten nieznany ląd, którego położenia nie wskazywała żadna ma- wa wysepki wynosi 32 km); Góra Pitta (Mount Pitt) – najwyższym wznie- sieniem wyspy jest Góra Batesa (Mount Bates) o wysokości 1047 stóp (319 m), natomiast wysokość Góry Pitta wynosi 1043 stopy (318 m). 1 Ostatni więźniowie z wyspy Norfolk zostali w maju 1855 roku przewiezieni na Tasmanię; w czasie, gdy rozgrywa się akcja powieści, wyspę zamieszki- wali buntownicy ze statku „Bounty” i mieszkańcy Tahiti, którzy przybyli na Norfolk w liczbie 194 osób w 1856 roku, przerzuceni tam z wyspy Pitcairn. 2 Rufówka – nadbudówka w rufowej (tylnej) części statku. ~ 30 ~ pa, wpadł na pomysł zwiedzenia go, a w przypadku gdyby mu odpowiadał, założenia tutaj portu wypadowego dla brygu. Jeśli chodzi o czarną banderę zawieszoną na gaflu „Spee- dy’ego” i strzał armatni, który oddali przy zbliżaniu się do wy- brzeża, były one tylko piracką fanfaronadą, naśladującą zwyczaje okrętów wojennych. Nie był to żaden sygnał, nic też nie łączyło zbiegów z wyspy Norfolk z Wyspą Lincolna. Posiadłości kolonistów groziło zatem olbrzymie niebezpie- czeństwo. Nie ulegało wątpliwości, że wyspa musiałaby odpo- wiadać convicts swym łatwym dostępem do wody pitnej, małym portem, wszelkiego rodzaju zasobami tak wspaniale wykorzysty- wanymi przez osadników, przestronnym Granitowym Pałacem. Gdyby dostała się w ich ręce, mogłaby stanowić idealną kryjów- kę, a sam fakt, że była nieznana, zapewniałby piratom na długo bezkarność i bezpieczeństwo. Tym samym oczywiście nie usza- nowano by życia kolonistów i pierwszym staraniem Boba Har- veya i jego wspólników byłoby ich bezlitosne wymordowanie. Cyrus Smith i jego ludzie nie mieli nawet możliwości uciec i schować się w głębi wyspy, skoro convicts zamierzali na niej zamieszkać. Nawet jeśli „Speedy” wypłynie na jakąś wyprawę, zapewne kilku członków załogi zostanie na lądzie, by zajmować się gospodarstwem. Trzeba więc było walczyć, wytępić do ostat- niego tych niegodnych litości nędzników, przeciwko którym każ- dy środek w tej walce był dobry. Tak myślał Ayrton, i wiedział, że Cyrus Smith podzieliłby jego zdanie. Czy jednak opór, a w końcu zwycięstwo, były możliwe? Za- leżało to od stanu uzbrojenia brygu i liczby ludzi, którzy na nim przebywali. To właśnie Ayrton postanowił za wszelką cenę sprawdzić. Po- nieważ zaś godzinę po jego przybyciu hałasy zaczęły się uciszać i wielu convicts było już pogrążonych w pijackim śnie, Ayrton ~ 31 ~ się nie zawahał i odważył się wejść na pokład „Speedy’ego”, na którym, po wygaszeniu latarni okrętowych, panowały teraz głębokie ciemności. Wspiął się więc na nadbudówkę i przez bukszpryt dotarł na przedni pokład brygu. Wślizgnął się pomiędzy convicts tu i tam rozciągniętych na deskach, obszedł statek i stwierdził, że „Spee- dy” był uzbrojony w cztery działa, mogące wyrzucać pociski ważące po osiem do dziesięciu funtów każdy. Sprawdził na- wet to, że działa były ładowane odtylcowo. Były to więc nowo- czesne działa, łatwe w użyciu i o strasznej sile rażenia. Co do ludzi leżących na pokładzie, to było ich około dziesię- ciu, lecz należało przypuszczać, że pozostali, w znaczniejszej liczbie, śpią wewnątrz brygu. Zresztą słuchając ich rozmów, Ayr- ton ocenił, że na pokładzie znajdowało się ich około pięćdzie- sięciu. To było zbyt wielu, jak na sześciu mieszkańców Wyspy Lincolna! Jednak dzięki poświęceniu Ayrtona Cyrus Smith nie będzie zaskoczony, gdyż pozna siły nieprzyjaciela, a w konse- kwencji poczyni odpowiednie przygotowania. Ayrtonowi nie pozostawało zatem nic innego, jak tylko wró- cić do swych towarzyszy i zdać im relację z powierzonej sobie misji, szykował się więc, by przejść na przód brygu i ześlizgnąć się tamtędy do morza. Nagle temu człowiekowi, który, jak sam powiedział, chciał zrobić więcej, niż nakazywał mu obowiązek, przyszła do głowy bohaterska myśl. Chciał poświęcić swoje życie, by przez to oca- lić wyspę i kolonistów. Cyrus Smith nie zdoła się przecież opie- rać pięćdziesięciu bandytom posiadającym wszelką broń, którzy albo wtargną siłą do Granitowego Pałacu, albo zagłodzą w nim oblężonych. Ayrton wyobraził sobie swoich wybawców, którzy ponownie uczynili z niego uczciwego człowieka, którym za- wdzięczał wszystko, bezlitośnie zabitych, owoce ich prac uni- ~ 32 ~ cestwione, a wyspę zmienioną w melinę piratów! Powiedział sobie, że właściwie on, Ayrton, jest główną przyczyną tylu nie- szczęść, ponieważ Bob Harvey, jego były towarzysz, realizuje jego własne plany, i całe jego jestestwo zawładnęło uczucie prze- rażenia. Ogarnęła go nieprzeparta chęć wysadzenia w powietrze brygu, a z nim wszystkich, którzy na nim przebywali. Sam zgi- nie podczas eksplozji, ale spełni swój obowiązek. Nie wahał się dłużej. Bez trudu zdoła dotrzeć do składu pro- chu, który zawsze mieści się w tylnej części statku. Prochu na pewno nie braknie na okręcie uprawiającym takie rzemiosło i wystarczy iskierka, by w jednej chwili go unicestwić. Ayrton wsunął się ostrożnie na międzypokład1 pełen śpią- cych ludzi, bardziej powalonych opilstwem niż zmożonych snem. Przy grotmaszcie stała zapalona latarnia, a wokół niego biegł stojak, w którym trzymano wszelkiego rodzaju broń palną. Zdjąwszy ze stojaka rewolwer, upewnił się, że jest nabity i gotowy do użycia. Nic więcej nie potrzebował, by dokonać dzieła zniszczenia. Przemykał więc ku tylnej części statku, sta- rając się dostać pod rufówkę, gdzie powinna się mieścić pro- chownia. Na niemal zupełnie ciemnym międzypokładzie trudno jed- nak było się posuwać, by nie potrącić któregoś z niezbyt mocno uśpionych convicts. W tego powodu sypały się przekleństwa i kuksańce. Ayrton kilkakrotnie musiał się zatrzymywać, ale w końcu dotarł do ścianki zamykającej pomieszczenie na rufie i namacał drzwi, które musiały prowadzić do prochowni. Zmuszony je wyważyć, zabrał się do roboty. Trudno było mu to uczynić bez hałasu, potrzebował bowiem zerwać kłódkę. Jed- nak w silnej dłoni Ayrtona kłódka pękła i drzwi stały otworem… W tej samej chwili czyjaś ręka dotknęła jego ramienia. 1 Międzypokład – pokład położony między głównym pokładem a dnem statku. – Co ty tutaj robisz? – spytał surowym głosem wysoki mężczyzna, który stojąc w cieniu, znienacka oświetlił lampą twarz Ayrtona. ~ 33 ~ – Co ty tutaj robisz? – spytał surowym głosem wysoki męż- czyzna, który stojąc w cieniu, znienacka oświetlił lampą twarz Ayrtona. Ayrton odskoczył do tyłu. W błysku światła rozpoznał w męż- czyźnie swego dawnego wspólnika Boba Harveya, sam zaś nie został rozpoznany, gdyż opryszek zapewne uważał go za daw- no zmarłego. – Co tu robisz? – spytał ponownie Bob Harvey, chwytając Ayrtona za pasek u spodni. Zamiast odpowiedzieć, Ayrton odepchnął mocno herszta con- victs i próbował się dostać do prochowni. Jeden strzał z rewol- weru w beczułki z prochem i wszystko będzie skończone…! – Do mnie, chłopcy! – zawołał Bob Harvey. Dwóch czy trzech piratów, zbudzonych jego wołaniem, ze- rwało się i rzuciwszy się na intruza, próbowało go powalić. Silny Ayrton wyrwał się jednak z ich uścisku. Rozległy się dwa wystrzały z rewolweru i obaj convicts padli na ziemię, ale pchnię- cie nożem, którego nie zdołał odparować, rozcięło mu ramię. Ayrton zrozumiał wówczas, że nie zdoła już zrealizować swe- go planu. Bob Harvey zamknął drzwi do prochowni, a na mię- dzypokładzie słychać było harmider wskazujący, że wszyscy piraci są na nogach. Ayrton musiał się ratować, by móc wal- czyć u boku Cyrusa Smitha. Nie pozostawało mu nic innego jak uciekać! Ale czy ucieczka była jeszcze możliwa? Było to wątpliwe, choć Ayrton był gotów zrobić wszystko, by powrócić do swych towarzyszy. Mógł oddać jeszcze cztery strzały. Strzelił dwa razy, w tym raz do Boba Harveya, ale go nie trafił, a w każdym razie nie- groźnie, więc, korzystając z tego, że przeciwnicy chwilowo się cofnęli, popędził w stronę schodków prowadzących do wyjścia z luku, by dostać się na pokład brygu. Przebiegając obok latarni, ~ 34 ~ rozbił ją kolbą rewolweru i wokoło zapanowała całkowita ciem- ność, która miała mu ułatwić ucieczkę. W tej samej chwili trapem schodziło dwóch czy trzech pi- ratów zbudzonych hałasem. Piąty strzał z rewolweru Ayrtona zrzucił jednego z nich na dolne stopnie, a inni usunęli się na bok, nic nie rozumiejąc z tego, co się dzieje. Ayrton dwoma susami znalazł się na pokładzie brygu i trzy sekundy później, wystrze- liwszy ostatni raz z rewolweru w twarz pirata, który chwycił go za szyję, przerzucił nogi za nadburcie i skoczył do morza. Nie zdążył odpłynąć nawet na odległość sześciu sążni, gdy wokół niego niczym grad zaczęły padać kule. Jakie emocje musiały targać Pencroffem chroniącym się po- śród skał na wysepce, a także Cyrusem Smithem, reporterem, Harbertem i Nabem kulącymi się w Kominach, kiedy usłyszeli huk strzałów na pokładzie brygu. Wybiegli na brzeg ze strzel- bami w rękach, gotowi odeprzeć każdy atak. Nie mieli już żadnych wątpliwości! Ayrton został przyłapany przez piratów i przez nich zamordowany. Być może ci nędznicy będą teraz próbowali skorzystać z osłony nocy i wylądować na wyspie! Pół godziny minęło wśród śmiertelnej trwogi. Tymczasem strzały ucichły, lecz ani Ayrton, ani Pencroff się nie pojawia- li. Czy piraci opanowali wysepkę? Czy nie trzeba było biec na ratunek Ayrtonowi i Pencroffowi? Ale jak? W tym czasie trwał przypływ, co nie pozwalało na przedostanie się przez kanał. Pi- rogi wciąż nie było widać! Można odgadnąć, jaki straszliwy nie- pokój ogarnął Cyrusa Smitha i jego towarzyszy! Wreszcie, około wpół do pierwszej w nocy, do brzegu dobiła piroga z dwoma ludźmi. Byli to Ayrton, lekko ranny w ramię, i Pencroff, cały i zdrowy, których przyjaciele powitali z radością. Natychmiast wszyscy schronili się w Kominach. Tam Ayr- ton opowiedział, co się zdarzyło, nie ukrywając wcale swego Ayrton dwoma susami znalazł się na pokładzie brygu, przerzucił nogi za nadburcie i skoczył do morza. ~ 36 ~ pomysłu wysadzenia brygu w powietrze, który starał się zrea- lizować. Wszystkie dłonie wyciągnęły się do Ayrtona, który nie taił, jak bardzo niebezpieczna stała się sytuacja. Piraci zostali ostrze- żeni. Wiedzieli, że Wyspa Lincolna jest zamieszkana. Jeśli zejdą na brzeg, to tylko całą gromadą i dobrze uzbrojeni. Nie uszanu- ją niczego. Jeśli koloniści wpadną w ich ręce, nie mogli ocze- kiwać z ich strony żadnej litości! – No cóż! Przyjdzie nam zginąć! – stwierdził reporter. – Wróćmy do domu i czuwajmy – dodał inżynier. – Czy mamy jakieś szanse wyjść z tego cało, panie Cyru- sie? – spytał marynarz. – Tak, Pencroff. – Hm… Sześciu przeciw pięćdziesięciu! – Tak! sześciu…! nie licząc… – Kogo? – spytał Pencroff. Cyrus nic nie odpowiedział, tylko wskazał ręką niebo. Chcesz przeczytać dalszą część? Zapraszamy do księgarni!

Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Pobierz darmowy fragment (epub)

Gdzie kupić całą publikację:

Tajemnicza wyspa. Część 3. Tajemnica wyspy
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: