Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00277 005592 18999467 na godz. na dobę w sumie
Tajemnicza wyspa. Tom II - ebook/pdf R
Tajemnicza wyspa. Tom II - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 306
Wydawca: Zielona Sowa Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-265-0030-5 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Drugi tom przygodowej książki Juliusza Verne’a, która opowiada o czasach wojny secesyjnej w Ameryce. Grupka uciekinierów spędza kilka lat na małej, niezamieszkanej wyspie, nazwanej później przez rozbitków imieniem prezydenta Lincolna. W skład grupy wchodzą: inżynier Smith, dziennikarz Spilett, marynarz Pencroff, chłopiec Harbert oraz służący Nab.

Seria wydawnicza Wydawnictwa Zielona Sowa „Podróże z Verne’em” zawiera 14 powieści Juliusza Verne’a. Obok utworów należących do kanonu twórczości francuskiego klasyka, prekursora science fiction, znalazły się w niej również pozycje mniej znane polskiemu czytelnikowi, jak utrzymane w konwencji powieści utopijnej Pięćset milionów hinduskiej księżniczki czy Dramat w Inflantach, którego akcja toczy się wokół zbrodni i następującego po niej śledztwa. Starannie opracowane, opatrzone rzetelnymi przypisami książki, w nowych pełnych przekładach z języka francuskiego, rekomenduje Polskie Towarzystwo Juliusza Verne’a.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Recenzje na blogach:

klub-aa.blogspot.com Klub A+A. Ambrose i Andrew Vysotsky: Tajemnicza wyspa

Darmowy fragment publikacji:

Ta j em n i cza w y s pa * * Juliusz Verne Tajemnicza wyspa * * Przełożyła Marta Olszewska ISBN 978-83-265-0029-9 Redaktor serii: Marzena Kwietniewska-Talarczyk Tytuł oryginału: L’île mystérieuse Redakcja: Marzena Kwietniewska-Talarczyk Współpraca redakcyjna: Piotr Słomian Konsultacja i przypisy: Andrzej Zydorczak Ilustracje: Jules-Descartes Férat ze zbiorów Andrzeja Zydorczaka Projekt grafi czny okładki: Dagmara Grabska Skład: Stefan Łaskawiec Korekta: Dorota Ratajczak © Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Kraków 2011 Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. 30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4A tel./fax (12) 266-62-94, tel. (12) 266-62-92 www.zielonasowa.pl wydawnictwo@zielonasowa.pl Rozdział XI Zima • Folowanie wełny • Młyn • Natrętna myśl Pencroffa • Fiszbiny • Do czego może służyć albatros? • Paliwo przyszłości • Top i Jup • Burze • Zniszczenia w ptaszarni • Wyprawa na bagna • Cyrus Smith zostaje sam • Badanie studni raz z początkiem czerwca nadeszła zima, jak to się dzieje na półkuli północnej w grudniu. Głównym zajęciem wyspiarzy stało się szykowanie ciepłych i solidnych ubrań. Mufl ony z zagrody zostały pozbawione wełny, trzeba było jesz- cze tylko zamienić ten cenny surowiec w materiał. Nie potrzeba tu dodawać, że Cyrus Smith, nie mając do dyspo- zycji gręplarek, czesarek, gładziarek, rozciągarek i skręcarek czy innych maszyn do przędzenia wełny – tak zwanych mule-jenny czy self-acting1 – ani warsztatu tkackiego, musiał poradzić sobie w prostszy sposób z przędzeniem i tkaniem. Miał zamiar wyko- rzystać pewną skłonność włókien wełny do zbijania się i łączenia pod wpływem ugniatania, czego rezultatem jest tak zwany fi lc. Filc można otrzymać za pomocą prostego spilśnienia wełny, zwanego także folowaniem. Operacja ta, chociaż zmniejsza elastyczność tkaniny, to znacznie zwiększa zdolność do utrzymywania ciepła. Wełna dostarczona przez mufl ony składała się z krótkich włosków, które nadawały się idealnie do spilśnienia. Inżynier przy pomocy swoich towarzyszy, łącznie z Pencroffem − który znów musiał się oderwać od budowy statku − zaczął od 1 Mule-jenny – przędzarka hydrauliczna, wynaleziona w Anglii w roku 1779 przez Samuela Cromptona; self-acting – automatyczna przędzarka (samoprzędzarka) opatentowana po raz pierwszy w roku 1825 przez Richarda Robertsa. 5 przygotowań, które miały na celu pozbycie się z wełny substancji oleistej i tłuszczu, którymi jest ona przesiąknięta, czyli tak zwane- go tłuszczopotu. Odtłuszczanie odbywało się w wielkich kadziach wypełnionych wodą podgrzaną do temperatury siedemdziesięciu stopni, w której zanurzano wełnę na dwadzieścia cztery godziny; następnie prano ją dokładnie w wodzie z sodą. Kolejnym etapem było folowanie wysuszonego już włókna, w wyniku czego otrzy- mywano dość zgrzebną, lecz solidną tkaninę, która co prawda w ośrodkach przemysłowych Europy czy Ameryki nie miałaby większej wartości, miała jednak wysokie notowania na „rynkach Wyspy Lincolna”. Tego rodzaju materiał musiał być znany już w bardzo dawnych czasach, gdyż pierwsze na świecie tkaniny wełniane produkowa- ne były właśnie przy użyciu metody, jaką miał zastosować Cyrus Smith. Zawód inżyniera przydał się Cyrusowi Smithowi podczas kon- struowania maszyny do folowania wełny, gdyż wiedział, w jaki sposób wykorzystać siłę mechaniczną wodospadu − do tej pory bezużyteczną − która stanowiła motor napędzający folusz. Urządzenie było niezwykle proste: pień drzewa wyposażony w krzywki1, które na przemian podnosiły i opuszczały pionowe ubijaki, zwane stęporami, koryta na wełnę, zwane stępami, do któ- rych opadały ubijaki, oraz solidna drewniana konstrukcja łącząca całą maszynę. Tak właśnie musiało ono wyglądać od wieków, aż do chwili, gdy ubijaki zastąpiono walcami ugniatającymi i poddano materiał już nie ubijaniu, lecz walcowaniu. Cała operacja, którą kierował Cyrus Smith, poszła zgodnie z ich życzeniem. Wełna, uprzednio nasączona mydlinami, co miało z jednej strony zwiększyć poślizg, zmiękczyć i ułatwić zbijanie się włókien, a z drugiej zapobiec ich degradacji, wychodziła z pilśniar- ki w postaci grubej fi lcowej płachty. Skazy i nierówności charakte- rystyczne dla włókien wełny tak mocno się splątały i zazębiły jedne o drugie, że utworzyły materiał, z którego można było szyć równie 1 Krzywka – mimośrodowy element konstrukcji mechanicznej, zazwyczaj o specjalnym kształcie (symetrycznym lub asymetrycznym), wykorzy- stywany we wszelkiego rodzaju mechanizmach do chwilowej zmiany położenia jednej części względem innej; zmiana położenia może być za- równo jednorazowa, jak i okresowa. 6 dobrze ubrania, jak i koce. Nie był to oczywiście merynos ani też muślin czy kaszmir szkocki, ani ryps, ani atłas chiński lub orleań- ski, ani alpaka, ani sukno czy fl anela! Był to „fi lc linkolnijski”, a Wy- spa Lincolna wzbogaciła się o jeszcze jedną gałąź przemysłu. Koloniści zdobyli więc oprócz ciepłych ubrań grube koce, co po- zwoliło im bez obawy czekać na sezon zimowy 1866-18671. Większe chłody zaczęły się naprawdę około 20 czerwca i Pen- croff musiał z wielkim żalem zawiesić prace nad budową statku, który miał być przecież gotowy na najbliższą wiosnę. Marynarz wbił sobie do głowy, że musi zobaczyć wyspę Tabor, chociaż Cyrus Smith nie popierał tego pomysłu. Pencroffem powo- dowała jedynie ciekawość, a na żadną pomoc ze strony bezludnych skał nie można było przecież liczyć. Podróż na odległość stu pięć- dziesięciu mil, na stosunkowo niewielkim statku, przez nieznane wody, miała prawo wzbudzać obawy. A co, jeśli statek znalazłszy się na pełnym morzu, nie zdoła dotrzeć do wyspy Tabor i nie bę- dzie mógł też wrócić na Wyspę Lincolna? Jaki los czeka załogę na wodach Pacyfi ku, który tak często nawiedzają żywioły i który po- chłania tak wiele ofi ar? Cyrus Smith często dyskutował z Pencroffem o jego pomyśle i dziwił się jego dość dziwacznemu uporowi, z którego tamten być może sam nie zdawał sobie do końca sprawy. − Zauważ, przyjacielu − rzekł mu kiedyś inżynier − że tyle do- brego mówił pan zawsze o Wyspie Lincolna, tyle razy wyrażał pan żal na samą myśl, że trzeba będzie ją kiedyś opuścić, a teraz pierw- szy chce pan to uczynić. − Opuszczę ją tylko na kilka dni, panie Cyrusie − odparł Pen- croff. − Chcę jedynie popłynąć, zobaczyć co jest na tamtej wyspie i wrócić! − Przecież ona nie może się równać z Wyspą Lincolna! − Też jestem tego pewny! − Więc po co chce pan ryzykować? − Żeby się dowiedzieć, co się dzieje na wyspie Tabor! − Ależ nic się tam nie dzieje! Tam nie może się nic dziać! − Kto wie? − A jeśli złapie pana jakaś burza? 1 Sezon zimowy 1866-1867 – odniesienie Verne’a do półkuli północnej; na półkuli południowej była to oczywiście zima 1866 roku. 7 − W porze letniej to mało prawdopodobne − odparł Pencroff. − Ale, panie Cyrusie, ponieważ trzeba być przygotowanym na wszystko, ośmielę się prosić o pozwolenie na zabranie na moją wy- prawę Harberta. − Pencroffi e − rzekł inżynier, kładąc mu rękę na ramieniu − gdy- by przydarzyło się jakieś nieszczęście panu i temu chłopcu, którego los uczynił naszym synem, czy sądzi pan, że kiedykolwiek zdołali- byśmy to odżałować? − Panie Cyrusie − odpowiedział Pencroff z niewzruszoną pew- nością siebie − nie sprawimy wam tego bólu. Zresztą porozma- wiamy jeszcze o tej podróży, gdy nadejdzie ku temu odpowiednia pora. Podejrzewam, że gdy pan ujrzy nasz stateczek ukończony, opatrzony w maszty i liny, zobaczy pan, jak wspaniale unosi się na wodzie, gdy opłyniemy nim wyspę dookoła − bo zrobimy to razem − podejrzewam, że nie będzie pan miał obiekcji co do mo- jej wyprawy! Nie ukrywam, że pański stateczek będzie prawdzi- wym arcydziełem! − Niech pan przynajmniej powie: nasz statek, Pencroffi e! − od- parł inżynier, chwilowo zupełnie rozbrojony. Zakończyli rozmowę, żeby powrócić do tematu kiedy indziej, mimo to ani inżynierowi, ani marynarzowi nie udało się przekonać drugiej strony do swoich racji. Pierwszy śnieg spadł w końcu czerwca. Uprzednio zaopatrzy- li obfi cie zagrodę w pożywienie, żeby nie trzeba było chodzić tam codziennie, postanowili jednak zaglądać do niej przynajmniej raz w tygodniu. Zastawili ponownie pułapki oraz wypróbowali po raz pierwszy przyrządy zrobione przez Cyrusa Smitha. Wygięte fi szbiny, uwię- zione w lodowym pokrowcu i pokryte grubą warstwą tłuszczu, umieszczono na skraju lasu, którędy przechodziły zwierzęta zmie- rzające w stronę jeziora. Ku wielkiemu zadowoleniu inżyniera wynalazek ten, zapoży- czony od aleuckich rybaków, sprawdził się doskonale. Dwanaście lisów, kilka dzików, a nawet jaguar dały się na to nabrać. Zwierzę- ta znaleziono martwe, z żołądkami przebitymi wyprostowanymi fi szbinami. W tym czasie podjęto pewne działania, o których należy wspo- mnieć, ponieważ była to pierwsza próba nawiązania przez koloni- stów kontaktu z bliźnimi. 8 Gedeon Spilett myślał już wielokrotnie, żeby wrzucić do morza wiadomość zamkniętą w butelce, którą prądy morskie mogłyby za- nieść w stronę zamieszkanego wybrzeża, lub powierzyć gołębiom liścik z prośbą o pomoc. Lecz czy można naprawdę wierzyć, że gołąb lub butelka pokonają odległość dzielącą wyspę od jakiejkol- wiek innej ziemi, wynoszącą tysiąc dwieście mil? To było czyste szaleństwo. Tymczasem 30 czerwca udało im się z niemałym trudem złapać albatrosa, którego Harbert lekko postrzelił w łapę. Był to prze- piękny ptak z rodziny tych wielkich żeglarzy, których rozpostarte skrzydła osiągają szerokość dziesięciu stóp, a które mogą bez trudu pokonywać tak olbrzymie przestrzenie jak Ocean Spokojny. Harbert miał ochotę zatrzymać tego wspaniałego ptaka, które- go rana zagoiła się bardzo szybko, a nawet go oswoić, lecz Gedeon Spilett przekonał go, że nie można tracić okazji porozumienia się z innymi lądami Pacyfi ku przez takiego wysłannika. Harbert pod- dał się, gdyż rozumiał, że jeśli albatros pochodzi z zamieszkane- go przez ludzi regionu, z pewnością wróci tam, gdy tylko odzyska wolność. Być może w głębi serca Gedeon Spilett, który wciąż pozostał kro- nikarzem, miał po prostu ochotę wysłać w nieznane zajmujący ar- tykuł opisujący przygody kolonistów z Wyspy Lincolna. Jak wielki byłby to sukces dla reportera „New York Heralda” i dla samej ga- zety, w której zamieszczono by taką kronikę, gdyby tylko dotarła w ręce wielce szanownego Johna Benetta1, szefa gazety. Gedeon Spilett zredagował więc treściwą notatkę, którą włożono do woreczka z mocnego, nagumowanego płótna, z prośbą do zna- lazcy, żeby przekazał ją do siedziby „New York Heralda”. Mały wo- reczek został zawieszony na szyi albatrosa, a nie u jego nogi, gdyż ptaki te mają zwyczaj odpoczywać na powierzchni wody; następ- nie zwrócono wolność temu szybkiemu powietrznemu kurierowi i koloniści nie bez emocji patrzyli za nim, jak znikał wśród dalekich mgieł na zachodzie. − Ciekawe, dokąd poleciał − zastanawiał się Pencroff. − W stronę Nowej Zelandii − odparł Harbert. 1 John Benett (właśc. James Gordon Bennett, 1795-1872) – Amerykanin szkockiego pochodzenia, założyciel i redaktor gazety „New York He- rald” (1835). 9 − Szczęśliwej podróży! − wołał marynarz, który nie spodziewał się wiele po tym sposobie korespondencji. Zimą powrócono do zajęć wewnątrz Granitowego Pałacu: napra- wiano ubrania, szyto między innymi żagle dla statku, wycięte z nie- kończącego się zasobu płótna stanowiącego powłokę balonu… W lipcu zrobiło się bardzo zimno, lecz wyspiarze nie żałowali sobie ani drewna, ani węgla. Cyrus Smith zainstalował drugi ko- minek w dużej sali i od tej pory tam spędzali długie wieczory. Czas płynął im na rozmowach przy pracy lub na lekturze, gdy ich ręce były wolne. Z prawdziwą radością siadali w dobrze oświetlonej świeczkami i ogrzanej węglem sali, po wzmacniającej kolacji, z dymiącą fi liżan- ką kawy z owoców czarnego bzu, otoczeni kłębami wonnego dymu z fajek, słuchając huczącej na zewnątrz burzy. Odczuwaliby pełnię szczęścia, gdyby tylko mogli czuć się szczęśliwi z dala od bliskich, bez możliwości porozumiewania się z nimi. Zawsze rozmawiali o swoim kraju, o przyjaciołach, których pozostawili, o tej wielkiej Republice Amerykańskiej, której znaczenie mogło tylko rosnąć. Cyrus Smith, od zawsze zaangażowany w sprawy Unii, opowiadał ciekawe historie i dzielił się ze słuchaczami swoimi przemyślenia- mi i przewidywaniami. Pewnego dnia Gedeon Spilett zwrócił się do inżyniera z py- taniem: − Ależ drogi Cyrusie, ta cała rewolucja przemysłowa i han- dlowa, której stały rozwój pan przewiduje, czy nie pociąga ona za sobą zagrożenia, że zostanie prędzej czy później całkowicie zahamowana? − Zahamowana? W jaki sposób? − Gdy wyczerpią się złoża węgla, który można nazwać najcen- niejszym z minerałów! − Tak, istotnie najcenniejszym − odparł inżynier. − Natura po- twierdziła to, tworząc diamenty, które nie są niczym innym, jak tylko czystym, skrystalizowanym węglem. − Chyba nie chce pan powiedzieć, panie Cyrusie − wtrącił się Pencroff − że w paleniskach kotłów zamiast węglem kamiennym będzie się palić diamentami? − Nie, przyjacielu − odpowiedział Cyrus Smith. − Mimo to, upieram się − ciągnął Gedeon Spilett − że któregoś dnia zapasy węgla całkowicie się wyczerpią. 10 − Och! Jego złoża są jeszcze bardzo liczne, a sto tysięcy robotni- ków, którzy wydobywają rocznie sto milionów kwintali metrycz- nych1, nie tak prędko je wyczerpie. − Biorąc pod uwagę przyrost zużycia węgla kamiennego − upie- rał się Gedeon Spilett − możemy przewidzieć, że tych sto tysięcy robotników zmieni się wkrótce w dwieście tysięcy i tym sposobem podwoi się wydobycie. − Bez wątpienia, ale oprócz złóż w Europie, które dzięki nowo- czesnym maszynom można będzie eksploatować z większych głę- bokości, kopalnie w Ameryce i Australii jeszcze długo będą dostar- czać przemysłowi węgla. − Jak długo? − spytał reporter. − Przynajmniej dwieście pięćdziesiąt lub trzysta lat. − To dla nas pocieszająca wiadomość − rzekł Pencroff − ale bar- dzo niepokojąca dla naszych potomków! − Znajdzie się coś innego − powiedział Harbert. − Trzeba mieć taką nadzieję − odparł Gedeon Spilett − bo bez wę- gla nastąpi koniec maszyn, a bez maszyn − koniec kolei żelaznych, statków parowych, fabryk, koniec wszystkiego, czego wymaga po- stęp współczesnego życia! − Ale co znajdziemy w zamian? − spytał Pencroff. − Czy umie sobie pan to wyobrazić, panie Cyrusie? − Mniej więcej, przyjacielu. − Co posłuży za paliwo zamiast węgla? − Woda − odparł Cyrus Smith. − Woda?! − zawołał Pencroff. − Woda do napędzania statków pa- rowych i lokomotyw, woda do grzania wody?! − Tak, lecz woda rozłożona na czynniki pierwsze − odparł Cy- rus Smith. − Rozłożona za pomocą elektryczności, która stanie się wówczas siłą potężną i wygodną w użyciu, gdyż wszystkie wielkie odkrycia, dzięki jakiemuś niewytłumaczalnemu prawu, zdają się w odpowiednim momencie nawzajem uzupełniać. Tak, przyjacie- le, wierzę, że pewnego dnia woda będzie wykorzystywana jako paliwo, że wodór i tlen, które się na nią składają, używane razem lub osobno, staną się niewyczerpanym źródłem ciepła i światła, i to znacznie silniejszym niż może być węgiel. Któregoś pięknego dnia 1 Kwintal metryczny – pozaukładowa jednostka masy, wynosząca 100 kg, do dziś stosowana czasami w rolnictwie. 12
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Tajemnicza wyspa. Tom II
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: