Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00167 006703 13438892 na godz. na dobę w sumie
Tajemniczy opiekun - ebook/pdf
Tajemniczy opiekun - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 284
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 9788323876007 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Anglia, okres regencji Marcus Ravenhurst postanawia złożyć wizytę w Bath, gdzie przebywa Sarah Pennington, jego wychowanica. Dręczą go wyrzuty sumienia; wprawdzie na jej utrzymanie wysyłał znaczne kwoty, lecz Sarah widział raz, i to dawno temu. Na miejscu ze zdumieniem dowiaduje się, że jego młoda podopieczna właśnie wyjechała, a właściwie uciekła. Zaniepokojony rusza jej śladem. Gdy chroni się przed śnieżycą w zajeździe, domyśla się, że urocza młoda dama, przedstawiająca się jako pani Armstrong, to właśnie jego wychowanica. Ravenhurst sądzi, że ona nie jest w stanie go rozpoznać, lecz się myli.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Anne(cid:3)Ashley 3 8 0 9 3 3 S K E D N I T A V 0 M Y T W Ł Z 9 9 0 1 A N E C 7 0 / 1 0 2 R N , (cid:3) y e l h s A e n n A (cid:3) Anne(cid:3)Ashley Tajemniczy opiekun 01-RH-1.indd 1 01-RH-1.indd 1 11/20/06 11:39:37 AM 11/20/06 11:39:37 AM dla ka(cid:380)dej kobiety, ka(cid:380)dego dnia(cid:8230) Wi(cid:281)cej informacji znajdziesz na www.harlequin.com.pl Anne Ashley Tajemniczy opiekun Tłumaczył Michał Jankowski Drogie Czytelniczki! U progu nowego roku składam Wam wszystkim najserdeczniejsze życzenia - oby los się do Was nieustannie uśmiechał. Nowy rok rozpoczniecie z dwiema znakomitymi i popularnymi autorkami romansów historycznych: Paulą Marshall i Anne Ashley. Paula Marshall wyjawi Sekret Chloe. Ta inteligentna i urodziwa kobieta, przybita swą trudną życiową sytuacją, pewnego dnia wysoko unosi głowę i postanawia cieszyć się życiem. Co z tego wyniknie? Zachęcam do sięgnięcia po ciekawą i świetnie napisaną powieść. Z kolei Anne Ashley zdradzi, kim jest Tajemniczy opiekun młodziutkiej Sarah. Ona sama bardzo chciałaby go poznać. W końcu jej się to udaje, choć w niecodziennych okolicznościach. Niestety, dodatkowe komplikacje nie ułatwiają im obojgu życia, co Anne Ashley opisuje ze swadą i humorem. Harlequin. Każda chwila może być niezwykła. Czekamy na listy Nasz adres: Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa 12, skrytka pocztowa 21 Anne Ashley Tajemniczy opiekun Toronto • Nowy Jork • Londyn Amsterdam • Ateny • Budapeszt • Hamburg Madryt • Mediolan • Paryż Sydney • Sztokholm • Tokio • Warszawa Tytuł oryginału: he Neglectful Guardian Pierwsze wydanie: Harlequin Mills @ Boon Limited, 2005 Redaktor serii: Barbara Syczewska-Olszewska Opracowanie redakcyjne: Justyna Wons Korekta: Jolanta Kozłowska © 1997 by Anne Ashley © 2005 by Harlequin Books S. A. © for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2006 Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej książce są ikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych czy umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak irmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Romans Historyczny są zastrzeżone. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: Studio Q, Warszawa Printed in Spain by Litograia Roses, Barcelona ISBN 978-83-238-2868-6 Indeks 339083 ROMANS HISTORYCZNY – 181 Rozdział pierwszy Znakomicie dobrane siwki, podziwiane przez wielu do- stojnych członków Towarzystwa Koryntyjczyków, wyłoniły się spod jednego z najwspanialszych w Wiltshire elżbietańskich łuków i zatrzymały na dziedzińcu stajennym. Marcus Ravenhurst, właściciel pary rumaków, której mu po- wszechnie zazdroszczono, zaczekał, aż stajenny wyskoczy z ele- ganckiej wyścigowej bryczki i przytrzyma za uzdy rzucające łba- mi konie, i ze zwinnością sportowca zeskoczył na ziemię. Kiedy zmierzał w kierunku domu, zimny lutowy wiatr szar- pał jeździecką peleryną, owijając ją wokół potężnego ciała, i po- rywał zwiędłe liście, które wirowały nad ścieżką, by w końcu opaść na gnijące po bokach stosy. Marcus niezadowolony, patrzył na wysokie drzewa. Wresz- cie dotarł do zapewniającego względną ochronę przed wi- chrem kamiennego ganku. Dłonią w rękawiczce uniósł kołatkę z wypolerowanego mosiądzu i kilkakrotnie ostro zastukał. Dopiero po minucie lub dwóch ciężkie dębowe drzwi stanęły otworem. Marcusa powitał starszy siwy służący: Þ  þ – Jakże to, panie Marcus! – wykrzyknął z familiarnością dopuszczalną u długoletniego lojalnego sługi. Odsunął się na bok, żeby nieoczekiwany gość mógł wkroczyć do holu. – Jaś- nie pani nie wspomniała, że pana oczekuje. – Bo nie oczekuje, Clegg. Jestem w drodze do Somerset i wpadło mi nagle do głowy złożyć wizytę. Bardzo krótką, zo- stanę tylko na jedną noc. Marcus położył rękawiczki i bobrowy kapelusz z podwi- niętym rondem na stoliku w holu, pozbył się peleryny, odsła- niając błękitny surdut o nienagannym kroju, śnieżnobiały szal i opinające muskularne nogi płowożółte obcisłe spodnie bez jednej zmarszczki. Prostej elegancji dwurzędowej kamizelki nie zakłócały ani kieszonki, ani dewizka. Jedyną ozdobą, na której noszenie pozwalał sobie Marcus, był zwykły złoty syg- net, podkreślający siłę jego kształtnych dłoni. Jak zawsze, stary kamerdyner podziwiał wytworną prostotę stroju gościa. Uznał w duchu, że na całym świecie nie znalazłoby się chyba dziesięciu dżentelmenów, którzy potrailiby nosić się tak dobrze, jak najstarszy wnuk jego chlebodawczyni. – Jaśnie pani jest w swoim prywatnym salonie, proszę pana – obwieścił, odbierając pelerynę i układając ją z szacunkiem na przedramieniu. – Udam się na górę i poinformuję o pań- skim przybyciu. – Oszczędź sobie fatygi, Clegg, sam się zaanonsu- ję. – Surową twarz Marcusa rozjaśnił rzadko na niej gosz- czący uśmiech. – Nie lubię, kiedy stawia się mężczyznę w niezręcznej sytuacji, uchronię cię więc przed tyradami i pytaniami, dlaczego przez kilka miesięcy nie uznałem za stosowne złożyć wizyty. Þ  þ – Jak pan sobie życzy. – Kamerdyner odpowiedział śmier- telnie poważnym tonem, choć lekkie wykrzywienie ust zdra- dziło jego rozbawienie. – Każę tymczasem przygotować dla pana pokój. – Dziękuję, Clegg. Dopilnuj, żeby mój stajenny dostał wszystko, czego potrzebuje. Po pokonaniu schodów Marcus ruszył w prawo, wąskim przejściem prowadzącym do prywatnych pomiesz- czeń swojej babki. Zapukał i, nie czekając na odpowiedź, natychmiast wkroczył do pokoju, zastając hrabinę wdo- wę usadowioną w fotelu przy kominku, z pledem i otwartą książką na kolanach. – Czy to jakiś gość, Clegg? – zapytała, nie odwracając się nawet, by sprawdzić, kto się pojawił w drzwiach. – Nie mogę wprost wyrazić swojej satysfakcji z tego, że masz nadal wspaniały słuch, babciu. – Ha! Ravenhurst! – Zmierzyła srogim spojrzeniem ulu- bionego wnuka, zmierzającego zdecydowanie w jej kierunku. – Moje oczy nie widziały cię od dwunastu miesięcy. Zaczęłam już myśleć, że umarłeś – poinformowała obcesowo. – Ujmując rzecz ściślej, od trzech miesięcy. – Kiedy z nie- winną miną całował ją na powitanie w policzek, w jego ciem- nych oczach błysnęła diabelska iskierka. – Ponadto, co zapew- ne stwierdziłaś już z radością, jestem nadal zdrowy na ciele i umyśle. Odpowiedziała z szelmowskim chichotem: – Ciało na pewno cię nie zawiedzie, Ravenhurst. Jesteś w tej rodzinie zdecydowanie najlepszym okazem męskości. Nie cechuje cię wprawdzie uroda, o której warto by choćby Þ  þ napomknąć – kontynuowała z brutalną szczerością, osła- biając nieco wymowę wcześniejszego komplementu – ale się nie przejmuj. Nie każda kobieta da się zwieść urodzi- wą twarzą. Stanął tyłem do kominka, ogrzewając poły surduta; z leni- wą czułością skierował spojrzenie w dół, na hrabinę. Poza tym, że babka chodząc, korzystała z hebanowej laski i miała siwe włosy skryte teraz pod uroczym koronkowym czepkiem, nic nie zdradzało, że ma już siedemdziesiąt pięć lat. Jej skóra zachowała gładkość, szare oczy spoglądały z ożywieniem, a umysł, ku konsternacji jej najstarszego syna i dotkliwemu zakłopotaniu jego żony, nadal zacho- wał bystrość, język zaś złośliwość. Wielu truchlało przed jej otwartością i uszczypliwymi uwagami, jednak nie Raven- hurst. Jego babka zaliczała się do nielicznej grupy osób, które podziwiał i wielbił. – Nigdy nie aspirowałem do miana Adonisa, babciu. – Bardzo słusznie. To, jak wygląda człowiek bogaty niczym krezus, nie ma większego znaczenia dla szanujących się dam w wieku sposobnym do zamążpójścia. – Nie jestem aż tak bogaty – zaprotestował. – Nie próbuj mydlić mi oczu! Jesteś jednym z największych bogaczy, stąpających po tej ziemi – Uniosła głowę i wpatry- wała się w niego w milczeniu, aż wreszcie rzuciła: – Jak długo zamierzasz tak sterczeć, ogrzewając tyłek przy moim komin- ku, chłopcze? Idź, nalej sobie kieliszek madery. Jest z piwni- cy Henry’ego. To jedyny przejaw inteligencji, jaki odkryłam u swojego najstarszego syna: naprawdę potrai wybrać wino. Skoro już się tym zajmujesz, nalej także dla mnie. Þ  þ Marcus posłusznie ruszył do stolika, na którym dostrzegł karakę. – Ostatnio kiedy cię odwiedziłem, dowiedziałem się, że doktor Pringle powiedział, iż wolno ci wypijać tylko jeden mały kieliszek wina do wieczornego posiłku. – Niech zaraza wydusi wszystkich lekarzy! – zawołała bez- litośnie starsza pani. – Cóż może wiedzieć ten głupiec? Jeśli sądzisz, że o tej porze będę sobie psuła żołądek herbatą, to się grubo mylisz! Wiedząc na podstawie wieloletniego doświadczenia, że dalsze protesty i tak nic by nie dały, Marcus sumiennie napeł- nił dwa kieliszki i wręczył jeden poirytowanej babce, po czym opadł na fotel po drugiej stronie kominka. Kiedy spróbował wybornej madery i usadowił się wygodniej, zapytał grzecznie, czy hrabia Styne przebywa w rezydencji. – Nie. – Hrabina wdowa udzieliła odpowiedzi nie bez satys- fakcji. – Zabrał tę swoją żonę z twarzą jak serwatka do Ken- tu w odwiedziny do jej matki. Nie spodziewaj się ich w ciągu tygodnia, a przy odrobinie szczęścia dwóch. Czy chciałeś się z nim zobaczyć? – Nie mogę sobie przypomnieć, bym kiedykolwiek wyra- ził pragnienie ujrzenia mojego szacownego wuja Henry’ego – odparł beznamiętnie, wywołując tym znaczne rozbawienie babki. – Uważam jednak, że powinien coś zrobić z roślina- mi wokół domu. Przez te drzewa we wnętrzu jest choler- nie ponuro, babciu. W ogóle cały teren to hańba. Nie ma tu nic ładnego. – Byłabym ci wdzięczna za niewściubianie nosa w nie swo- je sprawy, Marcus! Dopóki ja mieszkam w Dower House, do- Þ 10 þ póty żadne z tych drzew nie zostanie ścięte. Zapewniają mi osłonę przed wścibskimi spojrzeniami z pałacu. A Wilkins wkrótce uporządkuje ogród, gdy tylko pozwoli mu na to reu- matyzm. Rodzinne gniazdo hrabiego Styne zajmowało środek ogrom- nego parku, około ćwierć mili od Dower House. Ktoś, kto prag- nąłby szpiegować stamtąd hrabinę wdowę, musiałby doprawdy mieć sokoli wzrok. Marcus zdawał sobie jednak sprawę, że tak- że w tym punkcie spór byłby stratą czasu, zmienił więc temat, wypytując grzecznie, acz z wyraźnym brakiem zainteresowania, o zdrowie pozostałych członków rodziny. Ponieważ hrabina wdowa uznała za stosowne obdarzyć zmarłego hrabiego aż sześcioma dowodami swoich uczuć, upłynęło nieco czasu, zanim skończyła narzekać na piątkę pozostałych dzieci i ich liczne potomstwo. – Agnes była moim pierwszym kurczątkiem i ukochanym, Ravenhurst, nigdy nie robiłam z tego sekretu. Twoja matka była zdecydowanie najlepsza z nich wszystkich. – Może nie jestem bezstronny, ale też tak uważam – odpo- wiedział z rzadką u niego nutą czułości w głosie. – Nigdy nie sądziłam, że przeżyję którekolwiek z moich dzieci. – Smutno pokręciła głową. – I to właśnie moją małą Agnes! Chyba nigdy nie doszła do siebie po śmierci twojego ojca. Stanowili wyjątkową parę. Pobrali się z miłości. Nie odpowiedział. Po dłuższym milczeniu i głębokiej zadumie nad stratą, jaką poniosła przed sześcioma laty i po której dotąd się nie otrząs- nęła, hrabina uniosła wreszcie głowę i posłała pytające spo- jrzenie jedynemu potomkowi swojego ukochanego dziecka. Þ 11 þ Ciekawiło ją, co skłoniło Marcusa do złożenia jej niespodzie- wanej wizyty. – Nie chciałem, byś odkryła, że przejeżdżałem niemal pod twoimi drzwiami i nie zatrzymałem się – wyjaśnił. – Udaję się do Somerset. – Tak? A przy okazji zamierzasz odwiedzić tę swoją pod- opieczną w Bath? Dziwne, właśnie niedawno o niej myślałam. Agnes i jej matka bardzo się przyjaźniły. Kształtna męska dłoń, unosząca kieliszek do ust, znieru- chomiała w pół drogi. – Nie. Nie miałem takiego zamiaru. Nieznaczna zmiana tonu głosu Marcusa nie uszła uwagi jego babki. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się badawczo we wnuka, aż wreszcie zapytała surowo: – Nigdy nie odwiedzisz tego dziecka, Ravenhurst? Odstawił kieliszek na stolik umieszczony wygodnie z boku fotela, zerwał się na nogi i znowu stanął tyłem do kominka. – Ona jest pod dobrą opieką – odparł tonem graniczącym z opryskliwością. – Umieściłem ją w seminarium w Bath, a potem zainstalowałem kuzynkę Harriet w starym domu ma- my przy Upper Camden Place, żeby zajęła się dziewczyną. Co kwartał wypłacam jej pieniądze na życie. Ma wszystko, czego potrzebuje; mój sekretarz pilnuje tych spraw. Babka nadal spoglądała z wyrzutem; Marcus czuł, że wy- jaśnienia jej nie przekonały. – Cóż jeszcze miałbym uczynić? – spytał. – Nic nie wiem o dziewczynach w wieku szkolnym. – Szkolnym? – powtórzyła. – Czy twój umysł szwankuje, Marcus? Sarah Pennington rzeczywiście uczęszczała kiedyś Þ 12 þ do szkoły, ale jej matka wpadła pod ten rozpędzony powóz niecałe cztery miesiące po tym, kiedy twoja droga mama od nas odeszła. Dziewczyna musi mieć teraz co najmniej dzie- więtnaście lat. – Tak? I cóż z tego? Wpatrywała się w niego z widoczną złością. – To córka chrzestna Agnes, Marcus. Nie sądzę, by oczekiwa- nie, że poświęcisz nieco uwagi jej przyszłości, stanowiło przesa- dę. Dlaczego, na przykład, nie zafundować jej wyjazdu do Lon- dynu w sezonie? Bath jest w porządku i wiem, że droga Agnes wolała je od Londynu, Sarah jednak z pewnością byłoby łatwiej znaleźć stosownego kandydata na męża w stolicy. A jeśli przy- pomina matkę, spodziewam się, że jest bardzo ładna. Otrzymuje przynajmniej wystarczające środki? – Nie jest dziedziczką, jeśli to masz na myśli, lecz pobiera uposażenie całkiem nie do pogardzenia. – No to jesteśmy w domu! Porozmawiam z twoją ciotką Henriettą, kiedy wróci z Kentu. Wiosną zabiera do Londynu twoją kuzynkę Sophię, nic nie stoi więc na przeszkodzie, by zajęła się również Sarah. Och, mogę się zresztą sama podjąć funkcji jej przyzwoitki. – Nie ma potrzeby, żebyś wyjeżdżała – odparł niemal obo- jętnie. – Jeśli postanowię sinansować sezon towarzyski Sa- rah Pennington, a jeszcze nie podjąłem decyzji, Harriet się nią zajmie, przecież za to jej płacę. – Phi! Ta głupia gęś! – zadrwiła hrabina. – Jeśli nie zacho- wasz ostrożności, Ravenhurst, będziesz ją utrzymywał do końca życia. Wiesz przecież, że się hazardowała i doprowadzi- ła swojego męża niemal do ruiny. – Wpatrywała się z namy- Þ 13 þ słem w ogień za plecami wnuka. – Sądzę jednak, że nie mia- łeś wtedy wyboru, poza, rzecz jasna, skorzystaniem z pomocy kuzynki. Ja sama chciałabym uczynić coś więcej, ale… wkrót- ce po śmierci Agnes… byłabym kiepskim towarzystwem dla dziecka. Wyraz czułości zastąpił w jej oczach rozdrażnienie. – Uwierz mi, babciu, wyrzuty sumienia są tu nie na miej- scu. Sarah ma się wystarczająco dobrze. Latami otrzymywa- łem niezwykle długie i przeraźliwie nudne listy od kuzynki Harriet. Znam sytuację i nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. A sezon towarzyski? – Przez chwilę milczał, za- myślony. – Oczywiście nie sprzeciwiam się temu pomysłowi, dużo jednak zależy od okoliczności. – Och? – Starsza pani spojrzała kpiąco na wnuka. – Jakich okoliczności? – Jest bardzo prawdopodobne, co cię z pewnością ucieszy, że w nieodległej przyszłości mnie samego skrępują małżeń- skie pęta – wyznał Marcus. – Najwyższy czas, żebyś urządził u siebie pokój dziecinny, Ravenhurst! – Tylko błysk w szarych oczach zdradził, że no- wina ją uradowała. – Któż jest szczęśliwą wybranką? Czy ją znam? – Być może. To najstarsza córka Bamforda. Była zaręczo- na z moim przyjacielem Charlesem Templetonem. Jeśli pa- miętasz, zginął parę lat temu w wypadku jeździeckim, kilka tygodni przed planowanym ślubem. Spadł z konia i skręcił sobie kark. – Tak, pamiętam wypadek. Nie przypominam sobie jednak tej dziewczyny. Ładna? Þ 14 þ – Ładna? – powtórzył Marcus. Ze zmarszczonymi brwia- mi wpatrywał się w wyimaginowany punkt na ścianie, jakby z trudem przywoływał z pamięci obraz przyszłej żony. – Nie, tak bym jej nie określił. Jest dość przystojna, pewna siebie i powściągliwa. Nie uważam tego za wadę. Ma dwadzieścia sześć lat. Nie pierwszej młodości, rozumiesz, ale nie odpowia- dałaby mi młoda panienka, oczekująca, że będę nieustannie wokół niej tańczył. Znamy się na tyle długo, by mieć pewność, że będzie nam razem dobrze. Tak – kontynuował, jakby chciał przekonać samego siebie – Celia Bamford to idealna kandy- datka na żonę. Wie, czego się od niej oczekuje. A zresztą, kie- dy obdarzy mnie synem lub dwoma, nie będzie powodu, że- byśmy mieli się często widywać. Przemawiał tak beznamiętnie, jakby wybrał przyszłą pannę młodą z rozwagą stosowną przy kupnie klaczy rozpłodowej. Przerażona hrabina obserwowała w milczeniu ulubionego wnuka. Radość, która ogarnęła ją po wzmiance o zamierzo- nym związku, opuściła ją natychmiast. – Kochasz ją? – zapytała z nienaturalną łagodnością. – Kocham? – Zaciśnięte usta wykrzywił cyniczny uśmiech. – Nie szukam wybujałych emocji. Nauczyłem się, babciu, że większość przedstawicielek twojej płci płonie miłością zwłasz- cza wtedy, gdy rozluźniam rzemyk mojej sakiewki. Nie, wy- starczy wzajemny szacunek. W przeciwieństwie do babki, która w nocy długo nie mo- gła zasnąć i zdrzemnęła się nad ranem, Marcus wstał wczes- nym rankiem. Napisał krótki pożegnalny liścik i wyruszył w drogę do Somerset. Þ 15 þ Wiatr osłabł i dzień był słoneczny, choć bardzo zimny. Po- dobnie jak ich właściciela, siwki cechowała siła i zdrowie; osiągnęły rozwidlenie drogi do Trowbridge w dobrym czasie. Ravenhurst, ku zdumieniu stajennego, nie zjechał jednak na ten trakt, lecz podążył dalej, w kierunku Bath. Stajenny wiedział, że jego pan na pewno nie pomylił dróg; przenikliwe spojrzenie ciemnych oczu dżentelmena nigdy nie pomijało niczego. Zastanawiał się przez chwilę; wiedział, że cel ich podróży znajduje się o kilka mil na wschód od Wells. Wreszcie postanowił zapytać: – Czy nie zauważył pan drogowskazu? Na Trowbridge na- leżało zjechać w lewo. – Zauważyłem, Sutton, postanowiłem jednak wybrać okręż- ną drogę. Wiele to nie wyjaśniało, jednak stajennemu, przyzwyczajo- nemu do szorstkości pracodawcy, musiało wystarczyć. Pan Ravenhurst słynął w wytwornym towarzystwie z ostrych uwag i otwartych wypowiedzi – cech bez wątpie- nia odziedziczonych po hrabinie wdowie. Ci jednak, którzy go bliżej znali, wiedzieli, że jest człowiekiem uczciwym i ho- norowym. Solidna osoba, na której można polegać i do której zwracano się w sytuacjach kryzysowych. Cała służba była mu bardzo oddana, i to nie bez przyczy- ny. Po śmierci ojca okazał się liczącym się z ludźmi, dbającym o nich panem, który w zamian za dobrą pracę i lojalność za- pewniał pracownikom dobrobyt. Zirytował się więc ogrom- nie, gdy babka skrytykowała coś, co uznała za niewypełnie- nie przez niego obowiązku, choć później przyznał w duchu, że uwagi starszej pani nie są pozbawione podstaw. Þ 1 þ Kiedy skończył dwadzieścia sześć lat, znalazł się w niegodnej pozazdroszczenia sytuacji – został opiekunem dziewczyny, jeszcze uczennicy. Szybko uporał się z tym problemem, podejmując swoim zwyczajem stanowcze działania. Poprosił o pomoc niedawno owdowiałą daleką kuzynkę Harriet Fairchild. Zamieszkała w ostatniej siedzi- bie jego matki w Bath, by zajmować się osieroconą Sarah Pennington. Natychmiast niemal zapomniał o istnieniu tego dziecka, jeśli nie liczyć pobieżnej lektury przeraźliwie nudnych listów kuzynki. Z bardzo nielicznymi wyjątkami pogardzał całym gatun- kiem kobiet. Nie postępował prostacko i nigdy nie wprawiłby rozmyślnie w zakłopotanie żadnej przedstawicielki płci pięk- nej, był jednak prostolinijny i nie miał cierpliwości do fałszy- wej galanterii. Jego uszczypliwe uwagi i nachmurzona mina odstraszyły już wiele panien debiutantek, zmuszając je do ucieczki pod skrzydła dumnych mamuś. Irytowały go panieńskie wapo- ry i migreny, a łzy rzadko poruszały. Dlaczegóż więc miałby niańczyć jakąś dziewczynę? Nie wynikłoby z tego nic dobrego, powiedział sobie. To, że trzyma się z daleka i do niczego nie wtrąca, leży w najlepszym interesie Sarah Pennington. Rozpogodził się. Zdawał sobie sprawę, że mógłby jednak zadać sobie trud i napisać od czasu do czasu do list. Także od jednej czy dwóch wizyt z pewnością korona z głowy by mu nie spadła. Gryzło go sumienie. Rzadkie, nieznane uczucie, z jakim nigdy dotąd nie musiał się borykać. Z tego właśnie powodu, Þ 1 þ gdy zatrzymał siwki przed pewnym domem w Upper Cam- den Place, nie tryskał humorem. Polecił stajennemu odprowadzić konie, pokonał kamien- ne stopnie i energicznie zapukał do frontowych drzwi. Mło- da służąca, która je otworzyła, na widok srogiego spojrzenia mężczyzny wykrztusiła nerwowo, że jej pani nie przyjmuje już dziś wizyt. – Och, doprawdy? – wycedził, po czym niezaproszony wkroczył do holu. – No cóż, mnie z pewnością musi przyjąć. Powiedz, że przybył Ravenhurst. Dziewczyna zamknęła drzwi i zniknęła w pokoju z pra- wej strony. Marcus, niecierpliwie przytupujący wypolerowa- nym butem, usłyszał szmer głosów, po czym powietrze prze- ciął ostry, wysoki pisk. Nie czekając dłużej, ruszył do pokoju, w którym zniknęła służąca, i ujrzał kuzynkę omdlałą na szezlongu. Służąca pod- tykała jej pod nos nadpalone pióra, a jakaś kobieta w średnim wieku, w twarzowej granatowej sukni, klęczała obok na pod- łodze i przemawiała do niej uspokajająco. Kuzynka zerknęła na niego i zalała się łzami. – Wielkie nieba, Harriet! Co ci się stało? – Ty? Tutaj? I to właśnie dzisiaj – usłyszał odpowiedź zza koronkowego skraju wytwornej chusteczki. – Nie ma, Raven- hurst, uciekła! Och, to złe, niewdzięczne dziecko. Jak mogła mi to zrobić? Po tym wszystkim, co dla niej uczyniłam! – Tłumaczyłam już pani, że Sarah nie uciekła. Tę uwagę wygłosiła klęcząca na podłodze kobieta. Obrzu- ciła spojrzeniem inteligentnych szarych oczu wysokiego męż- Þ 1 þ czyznę. Natychmiast zorientowała się, że dżentelmen z tru- dem nad sobą panuje, i zerwała się na nogi. – Z pewnością pan jest opiekunem Sarah. Czy mogę się przedstawić? Emily Stanton. – Wyciągnęła rękę i poczuła cie- pły, mocny uścisk. – Chyba powinniśmy przejść do innego pokoju. Marcus zerknął jeszcze z ukosa na łkającą kuzynkę i ru- szył za damą. Przecięli hol i zatrzymali się w saloniku z ok- nami od ulicy. – Czy prawidłowo zrozumiałem dziwną wypowiedź mojej znękanej krewnej? Nasza podopieczna uciekła? Pani Stanton przyglądała mu się z uwagą. – A czy to by pana zmartwiło? – Z całą pewnością tak! Jest córką chrzestną mojej mat- ki. Dopuściłbym się zaniedbania, gdybym pozwolił jej wpaść w łapy jakiegoś łowcy posagów. – Posagów – powtórzyła dama z nieskrywanym zdumie- niem. – Czy próbuje mi pan powiedzieć, że Sarah ma posag? Ciemne brwi skoczyły w górę, by rozmówczyni zrozumiała, że ich właściciel uznał pytanie za impertynenckie. – Jest pani zdziwiona? Dlaczego pani w to wątpi? – Dlaczego, dobre sobie – mruknęła. Bez trudu dojrzał na jej twarzy wyraz konsternacji. Popro- sił grzecznie, by usiadła. – Może opowiedziałaby mi pani, co się tu wydarzyło. I jeśli jest pani w stanie, oświeciła co do miejsca pobytu mojej wy- chowanki? – Zapewniam pana, panie Ravenhurst, że to nie Sarah ucie- kła, lecz moja córka. Þ 1 þ Znów uniósł brwi, tym razem w wyrazie zdziwienia. – Proszę wybaczyć, ale nie wydaje się pani nadmiernie za- troskana. Uśmiechnęła się słabo, słysząc jego suchy ton. – Rzeczywiście, nie jestem zmartwiona – przyznała szcze- rze. – Moja córka Clarissa i kapitan James Fenshaw znają się od dziecka. Jego rodzina ma w Devonshire posiadłość przylegającą do naszej. Utrzymywaliśmy z sąsiadami nie- zwykle serdeczne stosunki, dopóki mój mąż i pan Fens- haw nie pokłócili się o symboliczny skrawek ziemi. Po tym niefortunnym epizodzie mąż zabronił Clarissie wszelkich kontaktów z Jamesem. Posunął się tak daleko, że biednemu dziecku nie wolno nawet do niego napisać. – Na moment urwała, w zamyśleniu zawijając wokół palca wiązadło toreb- ki. – Kilka tygodni temu James wrócił z hiszpańskiej wojny, ranny. Gdy tylko wydobrzał, udał się z matką do Bath, żeby skorzystać z leczniczych wód, rozumie pan. – Marcus doj- rzał zdradzające rozgoryczenie lekkie skrzywienie ust. – Ja nie dałam się zwieść nawet przez chwilę. Zaprzyjaźnił się natychmiast z pańską podopieczną i zaczął często bywać w tym domu, podobnie jak moja córka. – Czy próbuje mi pani powiedzieć, że moja podopieczna aktywnie zachęcała do potajemnych spotkań pani córkę i te- go człowieka? Pani Stanton wytrzymała z łatwością oskarżycielskie spo- jrzenie ciemnych oczu. – Tak, zachęcała. Sarah i moja córka bardzo się przyjaźnią, od kiedy uczęszczały razem do seminarium. Właściwie są dla siebie jak siostry. Pańska podopieczna wielokrotnie gościła Þ 20 þ u nas w Devonshire. Przepadam za nią. To bardzo inteligen- tna i czarująca dziewczyna. – Zważywszy na jej udział w tej sprawie, okazuje pani wiel- koduszność, skoro nadal tak pani uważa. – Zerknął na zegar na gzymsie kominka. – Czy życzy sobie pani, żebym wyru- szył w pościg? Nieznacznie zmarszczyła brwi i wstała. Mierzyła go ba- dawczym spojrzeniem. – Zrobiłby pan to, gdybym poprosiła? – Jestem na pani usługi. Wystarczy jedno pani słowo – za- pewnił. – Nie, nie życzę sobie, żeby ich zatrzymano – odparła, czym wprawiła Marcusa w zdziwienie. Zbliżyła się do okna i ujrza- ła stajennego, oprowadzającego parę pięknych koni w uprzę- ży. – Musi mnie pan uważać za wyrodną matkę, ale mam na- dzieję, pragnę całym sercem, żeby dotarli do granicy. Próba rozdzielenia ich przez mojego męża była okrutna i nieuza- sadniona. Doskonale do siebie pasują i wiem, że James będzie dobry dla Clarissy. Ja, niestety, jestem związana stanowiskiem męża. Zmiana sytuacji bardzo mnie uradowała. Muszę prze- de wszystkim odwiedzić panią Fenshaw i sprawdzić, czy uda mi się załagodzić sytuację w ich domu. W przeciwieństwie do naszych mężów, pozostajemy w przyjaznych stosunkach i wiem, że ona podzieli moje zdanie. Oczywiście napiszę do męża i poinformuję go o wszystkim. Jeśli jest na tyle głupi, że- by ścigać tę parę… No cóż, niech tak się stanie. – Odwróciła się od okna. – Przypuszczam, że to wszystko mało pana inte- resuje, panie Ravenhurst. Interesuje pana tylko Sarah. – Może pani traktuje lekko jej udział w tym zdarzeniu, ale Þ 21 þ ja nie. Powiem tej młodej damie parę słów do słuchu, kiedy tylko wróci – obwieścił złowieszczo. – Ale… – wyraz twarzy kobiety zdradzał zdumienie – Sa- rah tu nie wróci. Ona także opuściła Bath. – Co takiego?! – krzyknął zaskoczony. – Czy chce mi pani powiedzieć, że ona zamierza towarzyszyć tej nieszczęsnej pa- rze w ucieczce do granicy? Ku jego krańcowej irytacji, pani Stanton serdecznie się ro- ześmiała. – Proszę mi wybaczyć – przeprosiła po chwili. – Najwidocz- niej nie zna pan dobrze swojej podopiecznej. Czego jak czego, ale tego jestem pewna. Oczywiście nie uciekła z nimi. – Zatem dokąd się, u diabła, udała? – zapytał Marcus, nie przebierając w słowach. Ponieważ jej męża również cechowała krewkość, pani Stan- ton nie żachnęła się na mocny język, lecz ponownie zmierzyła mężczyznę wzrokiem. – Zanim odpowiem, powinnam zadać panu pytanie. Dla- czego po sześciu latach wpadło panu nagle do głowy się tu zjawić? – Uśmiechnęła się na wyniosłe spojrzenie, jakim jej odpowiedział. – Tak, naturalnie, uważa pan, że jestem imper- tynencka, i zastanawia się, cóż mnie to może obchodzić. Jak już wspomniałam, bardzo lubię Sarah i oświadczam szczerze, że nie pomogę panu ustalić miejsca jej pobytu, jeśli pan za- mierza jedynie skarcić ją za udział w wyprawie mojej córki. – Zapewniam panią, że przybyłem tu po to, by zapytać, czy moja podopieczna zechciałaby uczestniczyć w londyńskim se- zonie towarzyskim. – Rozumiem. – Pani Stanton po raz kolejny zmierzyła go Þ 22 þ uważnym spojrzeniem. – Sądzę, że jest wiele kwestii wymaga- jących zbadania – rzuciła w końcu nieco zagadkowo – i chy- ba panu pomogę. – Czy pani wie, dokąd się udała moja podopieczna? I dla- czego, jeśli nie z obawy przed następstwami udziału w uciecz- ce pani córki, uznała za konieczne opuścić ten dom? – Sądzę, że rozumiem w pełni przyczyny opuszczenia przez nią tego miejsca. Pozostawanie tutaj po wyjeździe mojej córki nie dostarczałoby jej wielu radości. Nie jestem jednak plotkarką. Musi pan poznać prawdę od samej Sarah. Dokąd się udała? Oba- wiam się, że nie uznała za stosowne mi zaufać. Żałuję, że nie mo- głam zrobić dla niej czegoś więcej, ale… – Westchnęła z żalem. – Sarah zostawiła listy, jeden do pańskiej kuzynki, drugi do mnie, w żadnym jednak nie ujawniła, dokąd zamierza się udać. W li- ście do mnie prosiła tylko o wybaczenie jej udziału w ucieczce przyjaciółki. Niemądre dziecko – kontynuowała lekko łamiącym się głosem. – Jakbym ją winiła. – Urwała, żeby się opanować. – Dowiedziałam się już, że dwie panie w towarzystwie jednego dżentelmena opuściły miasto wczesnym rankiem wynajętym powozem. Jedną z nich była moja córka, a druga, sądząc z opisu, to niewątpliwie Sarah. Sądzę, że poprosiła moją córkę o podwie- zienie do drogi Bristol – Londyn, skąd, jak szczerze wierzę, za- mierza wyruszyć do Hertfordshire. Marcus wpatrywał się z niedowierzaniem w panią Stanton. – Po cóż, u diab… u licha, ona się tam wybiera? Uśmiechnęła się krzywo. – Być może, pan nie pamięta, że zanim został pan opieku- nem Sarah, zajmowała się nią niejaka panna Martha Trent, za- trudniona chyba jako guwernantka. Były sobie bardzo bliskie. Þ 23 þ Kiedy zrezygnował pan z jej usług, znalazła w Hertfordshire posadę guwernantki dwóch małych dziewczynek, których matka zmarła. Później wyszła za mąż za swojego pracodaw- cę pana Alcotta. W zeszłym roku odwiedziła Bath, a ja nigdy nie widziałam Sarah tak szczęśliwej. Podczas jej pobytu usły- szałam niejednokrotnie, jak pani Alcott powtarza, że marzy o tym, by Sarah zamieszkała w jej domu. Przypuszczam, że właśnie to postanowiła uczynić. – Czy zna pani adres pana Alcotta? – Niestety, nie. Wiem jednak, że mieszkają niedaleko St Al- bans. Pan Alcott to właściciel dużej posiadłości, znany w tam- tych stronach. Jestem pewna, że bez trudu pan ich odnajdzie. – Dziękuję za pomoc, pani Stanton. Proszę mi wybaczyć, ale teraz panią opuszczę. Muszę niezwłocznie wyruszyć na poszukiwanie podopiecznej. – Proszę się mną nie przejmować. Zostanę tu jeszcze tro- chę z pańską kuzynką. – Zatrzymała go w drodze do drzwi, położyła mu dłoń na ramieniu i zajrzała w zatroskane oczy. – Przez całe lata uważałam, że jako opiekun zaniedbuje pan swoje obowiązki. Teraz zaczynam sądzić, że się myliłam. Pań- ska podopieczna jest zaradną młodą osóbką, ale nie uspokoję się, dopóki jej pan nie odnajdzie. – Zapewniam panią, że odnajdę! – Teraz, kiedy pana poznałam, panie Ravenhurst, nie wąt- pię. Ale… ale błagam, niech jej pan nie sprowadza do tego domu. Jeśli nie znajdzie pan innego stosownego miejsca, za- praszam do siebie. Do tego nie chciał się zobowiązać, lecz odparł: – Proszę się nie niepokoić. Na pewno nie zaniedbam po- Þ 24 þ nownie swoich obowiązków. Coś skłoniło moją podopieczną do opuszczenia tego domu. Dlaczego, u licha, nie napisała do mnie, skoro była tu nieszczęśliwa? Nie wiem, ale zamierzam to ustalić. Pani Stanton, obserwując, jak pan Ravenhurst bierze ka- pelusz i rękawiczki ze stolika w holu, poczuła niewysłowioną ulgę. Jak to dobrze, że jej ukochanej Sarah będzie szukał ten najwyraźniej zatroskany jej losem dżentelmen. Uczucie ulgi na pewno opuściłoby panią Stanton, gdyby znalazła się jakimś cudem na dziedzińcu pewnej gospody, nie- całe piętnaście minut później, i zobaczyła, jak rzeczony dżen- telmen wkracza do środka z oczami miotającymi pioruny. Właściciel zakładu, sumienny, ciężko pracujący człowiek, własnym wysiłkiem uczynił gospodę najlepszą w mieście. Przed poślubieniem przed sześcioma laty córki poprzednie- go gospodarza pracował od dziecka w majątku Ravenhursta. Był oddany rodzinie, jednak po nieoczekiwanej śmierci swojej pani postanowił zająć się czymś nowym i zapomnieć o prze- szłości. Zmagał się właśnie mężnie z dużą baryłką piwa, kiedy usły- szał podniesiony głos, dochodzący z baru. Awanturowanie się w gospodzie było czymś, czego nie tolerował i co nierzadko zwalczał prostym sposobem, wyrzucając niesfornych klien- tów za drzwi. Przerwał pracę i ruszył zdecydowanie do baru. W progu zamarł; wojowniczy nastrój nagle go opuścił. – Pan… pan Marcus! – Uścisnął gorąco wyciągniętą na po- witanie rękę Ravenhursta. – Nie widziałem pana od… no cóż, od tamtego smutnego zdarzenia. Jak się szanownemu panu wiedzie? Þ 25 þ – Dziękuję, John, wystarczająco dobrze. Potrzebuję jednak twojej pomocy. – Wszystko, czego pan zażąda, przecież pan wie. – Zamierzałem udać się do Wells, musiałem jednak zmie- nić plany. Czy mógłbyś pożyczyć mi parę świeżych koni i za- jąć się moimi siwkami do czasu, kiedy ktoś je odbierze? – Oczywiście, proszę pana. Dam panu moje gniadosze. Nie powierzam ich nikomu, rozumie pan, ale wiem, że z panem będą bezpieczne. Wyszli na dziedziniec. Podczas gdy chłopak stajenny za- przęgał gniadosze, Marcus zajrzał do stajni z długim rzędem boksów. Choć gospoda nie oferowała wymiany koni, niektó- rzy mieszkańcy Bath trzymali tu swoje zwierzęta, wiedząc, że znajdują się pod dobrą opieką. – Który wierzchowiec należy do mojej podopiecznej, John? – zapytał nagle Marcus. Jego oczy spoczęły na szczególnie pięknej jabłkowitej kla- czy. Kiedy otrzymał od kuzynki list z prośbą o konia dla wy- chowanicy, nie pozostawił sprawy swojemu sprawnemu se- kretarzowi, lecz załatwił ją osobiście. Napisał do kuzynki, polecając jej, by szukając odpowied- niego wierzchowca, skorzystała z pomocy Johna. Uznał cenę wierzchowca za wygórowaną, podobnie jak cały koszt konnych przejażdżek, nie zaprotestował jednak i nawet podwyższył sumę wypłacaną co kwartał Sarah, by pokryć koszt stajni. – Czy to ta klacz? – dodał. – Nie, proszę pana. Panna Pennington nie przechowuje tu konia. W gruncie rzeczy – gospodarz podrapał się w głowę Þ 2 þ – nie widziałem nigdy, żeby jeździła konno. Wiem jednak, że właściciel tej klaczy zamierza ją sprzedać. Czy jest pan zain- teresowany? Marcus nie odpowiedział. Patrzył z namysłem na byłego stajennego. – Czy znasz moją podopieczną, John? – No tak, proszę pana. Naturalnie ona tu nie przychodzi, ale widuję ją w mieście. Moja żona zna ją dość dobrze, mówi że to urocza dziewczyna. Nie wynosi się nad innych, chętnie zamienia z żoną parę słów, kiedy spotkają się na zakupach. – Zakupy? – powtórzył Marcus, nie kryjąc zdumienia. – Przecież moja kuzynka ma dość służących, by… Nagle urwał. Srogi grymas ustąpił dopiero wtedy, gdy wraz z gospodarzem opuszczali stajnię. – Nie podoba mi się niebo, proszę pana – zauważył John, spoglądając na zachód, gdzie piętrzyły się ciemne chmury. – Wygląda na to, że czeka nas bardzo niedobra pogoda. Mam nadzieję, że pańska podróż nie okaże się zbyt długa. – Ja także! – odpowiedział z werwą Marcus, zajmując w bryczce miejsce obok stajennego. – Zwrócę gniadosze, jak tylko będę mógł. Jeszcze raz dziękuję. Z tymi słowami ruszył. Pożyczona para nie dorównywała z pewnością siwkom, zwierzęta były jednak silne i Marcus dotarł wkrótce do dro- gi Londyn – Bristol. Wiedząc, że Bath to siedlisko plotek, nie ujawnił właścicielowi gospody celu podróży, wyjaśnił jednak stajennemu przyczynę zmiany planów. Zatroskany Sutton zerknął na swojego pana, gdy na ziemię spadły pierwsze płatki śniegu.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Tajemniczy opiekun
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: