Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00259 005878 14497347 na godz. na dobę w sumie
Takie tam... zapiski - ebook/pdf
Takie tam... zapiski - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 157
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-929748-6-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> nowele
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Zbiór krótkich opowiadań, marynistycznych i nie tylko, luźno  związanych z życiem autora. Opowiadania ukazują drogę życiową autora luźno związaną chronologicznie z Jego życiowymi perypetiami.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Podziękowania Serdecznie dziękuję: Pani Katarzynie Smyk, że jako pierwsza przeczytała i wyraziła swoje uznanie. Paniom Marcie Polak i Agacie Gajewskiej za poświęcenie czasu i pracy nad stroną techniczną niniejszego zbiorku. Pani Kindze Przęczek za stwierdzenie: Dziadek, to się daje czytać! Mojej Żonie za cierpliwość. Pani Elżbiecie Więckowskiej i Pani Wandzie Hryniewieckiej za to, że uwierzyły w moje możliwości. Państwu Annie i Arkadiuszowi Płoskim, Jolancie i Michałowi Płoskim, Monice i Piotrowi Peciom, Pani Elżbiecie Kramarczyk z rodziną, Pani Ewie Kamińskiej z rodziną i Arkadiuszowi Młodszemu za to, że jesteśmy Rodziną. Autor 2 „Po Marco Polo został dokładny opis zwiedzonych krain, a po mnie…bilet w koszu na śmieci”. Tę nieco zbyt surową opinię znajdujemy na kartach książki wspomnieniowej Jana T. Przęczka. Podążając za reminiscencjami autora, czytelnik otrzymuje pełen humoru i subtelnej ironii zapis epoki, w któ- rej ciężka praca na morzu dawała satysfakcję, a parzenie kawy było rytuałem godnym celebrowania. W książce „Takie tam…zapiski” z zainteresowaniem śledzimy koleje zawodowego życia autora. Większość opowiadań po- święcona jest służbie na morzu. Narrator nie stara się uwodzić czytelnika romantycznymi opisami morskich przygód. Operuje oszczędnym i niewymuszonym językiem, aby przedstawić odpowiedzialną, trudną i wymagającą charakteru, a przy tym niepozbawioną humorystycznych zdarzeń, pracę. Dlatego z tym większym zaciekawieniem podchodzimy do lektury kolej- nych opowieści. W zbiorze opowiadań mamy również do czynienia z nienarzu- cającą się refleksją na temat świata wartości, które odchodzą do lamusa. Jest to konstatacja rzeczywistości, która atakuje nas mnóstwem informacji, których adresatami niekoniecznie chcemy być. Jest wyrażenie tęsknoty za światem, w którym „odprawianie czarów” nad filiżanką kawy miało sens. Pomiędzy wierszami wyłania się postać wrażliwego obserwa- tora - autora, który nie przechodzi obojętnie obok bezdomne- go psa. Zachwyca również upór piszącego, który pomimo róż- nych przeciwności odniósł sukces i z poczuciem zawodowego spełnienia przeszedł na emeryturę. Tak więc pozostaną nie tylko bilety po odbytych podróżach, ale i godne uwagi zapiski w książce, po którą sięga się z przyjemnością. Katarzyna Włodarczyk 3 Jan T. Przęczek Takie tam... zapiski Wydawnictwo KOZIOROŻEC Gdańsk 2013 4 Korekta i konsultacja: Marta Polak Projekt okładki: Agata Gajewska www.gaaj.bloog.pl © Copyright by Jan T. Przęczek janprzecz1@poczta.onet.pl Wydanie pierwsze ISBN 978-83-929748-6-4 Gdańsk 2013 Wydawnictwo KOZIOROŻEC dobrewiadom@gmail.com www.dobrewiadomosci.eu 5 1. Wyjazd 2. Rekrut 3. Służba 4. Praca 5. Amok 6. Bandirma 7. Pogrzeb 8. Blindy 9. Broda 10. Orient 11. Matoł 12. Melina 13. Mombasa 14. Wycieczkowicze 15. Atlantyk 16. Pacyfik 17. Strajk 18. Rouen 19. Odyseusz 20. Burek 21. Gryf 22. Spis Ilustracji Spis treści 8 12 20 29 36 44 52 55 64 76 83 88 95 103 111 116 123 129 136 143 150 157 6 1.Wyjazd Nie wytrzymałem, nacisnąłem klamkę. - Panie, gdzie? jeszcze nie skończyłem – usłyszałem. - Jak Pan skończy, proszę spuścić wodę. Wyszedłem do sekretariatu. Pani Basia siedziała ze spusz- czoną głową, prawdopodobnie słyszała wszystko. Z gabinetu wielkiego szefa rozległy się wrzaski. Pani Basia pobiegła, a ja delikatnie zamykając drzwi opuściłem sekretariat. Byłem wol- ny. Moja arogancka odzywka była odpowiedzią na chamskie zachowanie wielkiego . Z braku publiczności nie był stanie użyć swojej ulubionej broni – udawanego omdlenia, tabletek i poniżania rozmówcy – byłem w szczególnej sytuacji o czym nie wiedział, ponadto nie podlegałem mu bezpośred- nio. Wielu innym ludziom zapaskudził papiery i miało to swoją cenę. Wyszedłem na zewnątrz, była ładna pogoda, tramwaj stał na pętli. Jadąc do centrum zacząłem się uspaka- jać, miałem kilka spraw do załatwienia. Pracując uczyłem się w liceum. Moimi kolegami byli w większości ludzie dużo starsi niż ja. Prócz wieku najważniejszą różnicą między nami był fakt, że ja sobie nagrabiłem na własne życzenie a im wojna przerwała naukę i dopiero po latach mogli znowu uzupełniać maturę. Do grona moich szkolnych kolegów zaliczała się Pani Basia z sekretariatu. „Tykanie się” z nią imponowało mi – gdyby jej pierwsza randka się udała, mogłaby pracować za moją mamu- się. Po różnych perypetiach wojennych i życiowych otrzymała pracę w sekretariacie z obowiązkiem uzupełnienia matury – poprzedni szef wymógł od niej obietnicę 7 uzupełnienia wykształcenia. Z jego odejściem stało się inaczej. Do zdania matury musiała się liczyć z fochami, nowego szefa – tym razem wielkiego . Zakompleksiony, mały człowieczek bał się konkurencji i nie cierpiał ludzi wykształconych. Do zdania matury Pani Basia musiała liczyć się z jego grubiaństwem i arogancją. Odejście z sekretariatu mogło oznaczać wyjazd z miasta i ponowną budowę już ustabilizowanego życia. Spotkaliśmy się wieczorem w szkole, kopertę z dokumen- tami trzymałem w ręku. Przywitaliśmy się: - On ciebie zniszczy – powiedziała. - Nie da rady. - Dlaczegóż to ? - Wyjeżdżam - A szkoła? - Mam nadzieję się nie rozpadnie, to dobry, mocny budy- nek, jeszcze..... poniemiecki. - A matura? - Na razie będę miał szkołę życia. - To niewiele. - Masz rację, ale wyjechać muszę... idę do wojska i mam nadzieję, że do mojego powrotu „wielki stanie się malutkim. - Życzę powodzenia. Przedwojenna gimnazjalistka, panienka z dobrego domu, dobrze wychowana i jednocześnie doświadczona kilkunasto- ma latami od czasu gdy jej dobry dom się zawalił, zdawała sobie sprawę, że dobre chęci i życie rozmijają się, ja myślałem tak samo. Tak się pożegnaliśmy. Byłem podekscytowany. No- we było przede mną. Pożegnałem kilku bliższych kolegów. Jeszcze poszedłem się pożegnać z Majstrem. Lubiłem słuchać Majstra a Majster lubił pić wódkę, jak wielu ludzi w miastecz- ku miał przeżycia wojenne. Opowiadał jak latał na bombow- cach, był strzelcem ogonowym, czy tylnym nie wiem jak to się nazywa fachowo. Jak opowiadał najgorzej było przy wpinaniu 8 się w pasy i podczas przestrzeliwania broni już w powietrzu, w przelocie wszystko się uspakajało, konieczność czuwania i stres nie pozwalały na inne przeżycia. Miał kilka sukcesów i jakieś ordery, po powrocie z wojny, zrobił się dyskretny. Od- znaczenia widziałem tylko raz, inni nawet nie wiedzieli o ich istnieniu. Prócz kilku bliższych kolegów Majstra i mnie nikt chyba nie wiedział o nim nic. Majster opowiadał. Niewiele z tego rozu- miałem, właściwie opowiadał siebie , w opowiadaniach od- nosił się do starych spraw, do nieżyjących ludzi, trzeba go było tylko słuchać. Tym razem rozmowa była krótka: - Majster idę do wojska powiedziałem stawiając butelkę na stole. - No, to już pora na ciebie. Halinka, daj kieliszki. - Majster, pan wie, ja nie piję. - To, po co przyniosłeś wódkę? - Na pożegnanie. - Jesteś już dorosły, wiesz co robisz. - Posiedzieliśmy chwilę, pani Halinka małżonka Majstra schowała wódkę do kredensu, przyniosła ciasto i herbatę. Rozmowa się nie kleiła. Postanowiłem już iść. - Majster no to do widzenia, pani Halinka miała łzy w oczach gdy się schyliłem by pocałować ją w rękę. - Wiesz Mały – usłyszałem głos majstra – chyba się nie zoba- czymy, a miasteczko jest nie dla ciebie. Szanuj siebie, bądź grzeczny i... nie zapomnij o mnie. Rok później dowiedziałem się, że Majster zmarł. Opowia- dający brał pozory za fakty i usiłował poczęstować mnie sen- sacjami o Majstrze. Poprosiłem, o darowanie sobie szczegó- łów. Następnego dnia byłem z wizytą u rodziców Narzeczonej, dostałem od jej Ojca prezent na pamiątkę. Żegnał mnie jak syna, i znowu niewiele rozumiałem z pożegnania. Ojciec jak 9 wielu innych w tym miasteczku, znał życie i niewiele mówił. Mama była bardziej wylewna. Byłem dumny z siebie. Do wszystkiego trzeba dorosnąć. Na dworzec poszedłem odprowadzony przez Narzeczoną i naszą wspólną przyjaciółkę. Był piękny wiosenny wieczór, świat należał do nas, czy na pewno? Jechałem na podbój świata, żegnaj miasteczko. Wsiadłem do pociągu, jeszcze ujrzałem Narzeczoną na uciekającym pe- ronie, pociąg wyjechał ze stacji, dalej i dalej. Na każdej stacji wsiadali nowi poborowi, niektórych odprowadzała miejscowa orkiestra innych narzeczone a jeszcze inni wsiadali sami. Na stacjach węzłowych, towarzystwo się tasowało zmieniając kierunek jazdy. Nad ranem rozpoczęło się odliczanie stacji do naszego garnizonu. Teraz już wszyscy jechaliśmy w kierunku wielkiego ośrodka szkolenia rekrutów. Kilka dni przed moim wyjazdem, Gagarin poleciał w ko- smos a w dniu wyjazdu pod kioskiem uderzeniem kufla za- mordowano człowieka. 10 2.Rekrut Nie tak dawno, jednym z najważniejszych kryterium dojrzało- ści młodego mężczyzny był jego stosunek do służby wojsko- wej. W czasach gdy nie ma poboru, młodzi mężczyźni nie wie- dzą, iż według ocen z tamtych lat nie są w pełni dorośli. Aby być w pełnej dojrzałym, młody człowiek musiał być „po woj- sku”. Mit trzymał się szczególnie mocno w małych miastecz- kach i wioskach. Młodzi ludzie po maturze i z dużych miast, lepiej wykształ- ceni, raczej starali się wymigać od „zaszczytnego obowiązku obrony Ojczyzny”. Komisje poborowe robiły swoje i świat się kręcił. W tym czasie zgłoszenie i zakwalifikowanie do wojska owocowało Kartą Powołania i biletem kolejowym do miej- scowości gdzie przechodziło się szkolenie rekruckie. Pobór do wojska utracił cechy branki. Rekrut sam zgłaszał się w jedno- stce. Władze wojskowe zdążyły zauważyć różnicę między młodym obywatelem a baranem prowadzonym na rzeź. Zmieniło się podejście, idea pozostała ta sama, wojsko z po- boru było mięsem armatnim. Pociągiem jechaliśmy całą noc. Ojczyzna uznała, że miesz- kańcy Polski południowej będą najlepszymi obrońcami na północy i na odwrót. Przerzut poborowych z jednego krańca na drugi był tradycją sięgającą czasów rozbiorowych. Młody człowiek wyrwany z otoczenia rodziny i przeniesiony do inne- go otoczenia miał mniej głupich myśli i co najważniejsze w nowym otoczeniu był obcym. Rano przybyliśmy do stacji wę- złowej i następnie lokalnym pociągiem do małego miasteczka, siedziby ośrodka szkolenia poborowych. 11 Na stacji uformowano z nas szyk i tak trafiliśmy do ośrod- ka. W ogólnym bałaganie część rekrutów się urwała aby po- buszować po miasteczku. Ci byli wyłapywani przez patrole rozmieszczone w „strategicznych punktach”, przeważnie przy sklepach z alkoholem, zakupy konfiskowano a delikwentów odstawiano do ośrodka. Kilku zamknięto do wytrzeźwienia. W trakcie różnych zadymek dziejowych, koszary, przechodziły przeważnie z rąk do rąk w stanie mało uszkodzonym. Nasz ośrodek nie był wyjątkiem. Był położony wśród lasów w odle- głości kilku kilometrów od pobliskiego miasteczka, Jedną z atrakcji , była jego wielkość. Ośrodek, wielokrotnie przebu- dowywany, pamiętał czasy rozbiorów. Podobno tu właśnie szkoliła się jedna z najbardziej elitarnych dywizji niemieckich. Tutaj cywilów przerabiano na „obrońców ojczyzny”. Nie wy- różniałem się niczym spośród ponad tysiąca moich rówieśni- ków . Sądzę, że dla naszych dowódców byliśmy szarą masą do urobienia. - Czy widziano w nas ludzi? - wątpię. Z tej masy , miał się uformować rocznik młodego wojska. Ich, czekała rutyna szkolenia. Nasze problemy zostały za bra- mą. Oni posiadali wszelkie możliwe środki i odpowiednią wie- dzę. Zaczynałem nowe życie, nieco trudniejsze niż poprzednie ale ... chyba nie takie straszne. W ośrodku znalazłem się gdy pobór trwał od kilku dni, część poborowych, już umunduro- wanych maszerowała w tzw. szyku zwartym to tu to tam pod komendą niewiele starszych podoficerów. Z rzadka moż- na było zauważyć oficerów. Zdanie dokumentów, pobranie mundurów, wyglądało ina- czej niż w opowiadaniach starszych kolegów. Początkowo zdawało się, że panuje ogólny bałagan, był to tylko pozór, po chwili zrozumiałem, ten bałagan przypomina wielki ul i panuje tu wielki porządek, którego zasady wyczułem a jako urodzony cywil ani pochwalać ani głębiej poznawać nie miałem ochoty. 12 Każdy młody cywil, a innych tu nie było, był widoczny i od ręki inwentaryzowany skierowaniem do odpowiedniego miejsca. Państwo robiło remanent swoich nowych obrońców lub świe- żego mięsa armatniego. Niektórzy przyszli obrońcy cierpieli na zespół „dnia następnego” – ciężkie schorzenie, wywołane zmęczeniem i wypitym alkoholem. Umundurowanie wyglądało następująco: po pobraniu mundurów szliśmy do łaźni, zostawialiśmy je w jednym miej- scu, przechodziliśmy do rozbieralni, potem prysznic i..... Komi- sja Lekarska. Nie wiem jaka była przepustowość Ośrodka w czasie naboru, ale musiała być duża. Liczenie nie ma sensu, rocznik był rozbi- ty na dwa pobory, wiosenny i jesienny do tego dochodził „od- siew” z roczników poprzednich, odpadali rzeczywiście chorzy lub niezdolni z innych powodów. Symulantów nie liczę. Wszy- scy byliśmy po lekarskich komisjach poborowych w miejscu zamieszkania, ta miała na celu weryfikację, przez wyłapanie błędów nadgorliwości komisji lekarskich z WKR-ów. Z naszego plutonu kilku po paru dniach wróciło do domów. Ci z dużych miast byli ucieszeni, ci z małych miasteczek i wiosek byli moc- no zawiedzeni. Notowania wiejskich chłopaków odrzuconych przez wojsko na „kawalerskim rynku” mocno spadały. Badanie było proste: ważenie, mierzenie, prawa stopa, lewa stopa, ręce, gardło, okulista – książka barw(była rozłożona na jednej stronie) i każdy następny słyszał co wyczytał poprzed- nik. „Dentystą” był sanitariusz, sprawdzał lusterkiem stan uzębienia, „dezynfekcja” niezbędna przy wielokrotnym użyciu tego samego lusterka polegała na moczeniu w denaturacie, co bardziej skacowani mieli szansę „załapać” się na parę kropel denaturatu do buzi, wlewanych przez złośliwego sanitariusza, zwykła zagrywka chama będącego przy „władzy” – efekt mu- rowany. Potem był zastrzyk prawdopodobnie na wzmocnienie odporności. Po zastrzyku kilku „mocnych” zemdlało a cher- 13 laczki czuły się nadspodziewanie dobrze. Później szatnia. Strzyżenie, teraz już nie na glacę, dzięki powszechnemu użyciu DDT można było zmienić regulaminy i uniknąć poniżającej dla młodego człowieka rekruckiej fryzury. Czasy się zmieniają, obecnie posiadanie glacy – nobilituje”, wtedy poniżało. Po umundurowaniu i ostrzyżeniu staliśmy się odczłowieczonymi „obrońcami ojczyzny” - szwejami, kotami, reksami... najniższą i najbardziej pogardzaną kastą wojskowej hierarchii. Wrażeń jak na pierwszy dzień dość. Następny dzień zaczął się od zaprawy, kilkukilometrowy bieg był dla niewprawnych młodzieńców makabrą, ponadto można było się zgubić. Powoli zaczęło się moje nowe życie. Zacząłem się oswajać. Dowódcami plutonów byli podporucz- nicy. Nasz był bardzo zrównoważonym, spokojnym młodym człowiekiem, kilka lat starszym od nas o innych wiem niewie- le. Na pewno mnie nie pamięta, a ja nie wiem czy miałby ochotę by Jego nazwisko było tu wymienione. Wybiegając w przyszłość, łapię się na tym, iż chciałem się spotkać z nim na różnych etapach mojego życia. Chciałbym pokazać, że życia nie zmarnowałem i On też ma w tym swój udział Przebywanie na świeżym powietrzu miało swoje prawa, cały czas byliśmy głodni a w kantynie wzięcie miał blok czeko- ladowy i ... piwo z sokiem. W ciągu kilku tygodni intensywne- go wysiłku większość młodych ludzi, oderwanych od mamine- go cycka schudła po parę kilogramów. W moim plutonie było nas dwóch, śmiesznych : Pięściarz i ja. Pięściarz całe swoje zawodnicze życie walczył z nadwagą a ja miałem za sobą pra- cę w wyjątkowo złych warunkach, okres rekrucki był dla mnie raczej sanatorium niż czasem poprawiania kondycji ogólnej – nie narzekam. Dowódca, starał się poznać nas wszystkich, niektórych py- tał o szczegóły życia cywilnego inni mieli poprzednie życie 14 wypisane na czołach myślą niezepsutych. Mnie jednak zapy- tał: - Słuchajcie Mały, wam to chyba wojsko służy? - Trochę... tak obywatelu poruczniku. - Co robiliście w cywilu? - Chodziłem do szkoły. - I co ze szkoły poszliście do wojska? - No... tak. - Jakie szkoły skończyliście? - Dziewięć klas obywatelu poruczniku. - To niewiele. - No... nie, nie miałem okazji. - Co... jeszcze robiliście? - Pracowałem tu i.. tam. - Rozumiem pracowaliście i chodziliście do szkoły? - Trochę ...tak obywatelu poruczniku. - Z wami Mały gadać a z umarłym w karty grać to prawie to samo. - Tak jest! Obywatelu poruczniku. Tak naprawdę, musiałbym opowiadać o wszystkim i o ni- czym, od kilku lat żyłem na własny rachunek, miałem jakieś doświadczenia, Dowódca nie był spowiednikiem a ja tak dużo nie zdążyłem nagrzeszyć. Ośrodek był dla mnie, jak się okaza- ło niespecjalnie nowym doświadczeniem. W wojsku jeszcze nie byłem ale... miałem za sobą okresy, życia grupowego i w trochę innej dyscyplinie. Grupa zawsze dąży do równania i indywidualności są niechętnie widziane. Jedna z podstawo- wych zasad tworzenia zespołów mówi, że kolektyw powinien być równy. Grupa gwiazd jest dużo mniej przydatna jako zespół od grupy dobrze prowadzonych słabeuszy . Minimum niezależności jest niezbędne, żeby uniknąć odmóżdżenia, trzeba więc uważać i nie poddawać się zbytniej presji zespołu. Tłuczenie głową w mur jest czynnością zbędną i szkodliwą. 15 Lepszym wyjściem na ten przykład jest obejście muru i kop- nięcie go w zadek – mur się sam rozpada. Tak zwana zasadnicza służba wojskowa, nie była zdarze- niem najgorszym w moim życiu, jeżeli kilka milionów ludzi przede mną, przeżyło ja też miałem szansę. Nakarmili, ubrali, jedyny wymóg to trochę wysiłku fizycznego na świeżym po- wietrzu. W poprzednim życiu miałem trudniej. Opisywanie życia rekruckiego ze wszystkimi szczegółami nie jest potrzeb- ne, wielu autorów zrobiło to już dawniej i dużo lepiej. Klasykę stanowi Hašek i jego Šwejk, istnieją też inne mniej doskonałe opisy życia rekruckiego. Nasz czas rekrucki różnił się od Haškowego wprowadzeniem tzw świadomej dyscypliny, do tej pory nie bardzo rozumiem to pojęcie, ale coś takiego wymy- ślono, ustalono i wprowadzono w życie. Znawcy twierdzą, świadomość obowiązków u młodych żołnierzy najlepiej wyra- bia się drogą oddolną przez nogi do głowy po prostu dlate- go, że mózg rekruta jest ukryty w nogach. Nauka meldowania, chodzenia, musztry i zapoznanie się z bronią. Do musztry używaliśmy KBK. Poematem musztry jest krok defiladowy, powoli stawaliśmy się wojskiem. W krótkim okresie ulegliśmy przemianie, niezauważalnej dla nas, ale widocznej dla kadry. Zauważono w nas ludzi, już nie było, hej wy tam, tylko zwracano się po nazwisku. Nawet dowódca kompanii nas poznawał. Każda kompania zajmowała dwa bloki prostopadłe do sie- bie i przedzielone palarnią. Palarnia była naszym azylem, w przerwach między zajęciami, toczyło się tutaj życie towarzy- skie. Opowiadaliśmy o sobie, o poprzednim życiu, robiliśmy kawały, mniej lub bardziej śmieszne jednemu z kolegów drzemiącemu na słońcu zamazaliśmy okulary czarną pastą ... było wesoło. Była wiosna. Pewnego niedzielnego wieczoru, już po kolacji i tuż przed zachodem słońca, byliśmy w palarni. 16 Piękny wieczór – powiedziałem. – – No tak – rozmarzył się kolega – u nas w taki wieczór całe miasto wylega na deptak. Był z niedużego miasteczka, z par- kiem, deptakiem, pięknymi wieczorami i ....spokojem. Była tam drużyna piłkarska w B-klasie walcząca(bez skutku) o A-klasę. Problem polegał na braku środków transportu. Me- cze wyjazdowe przegrywano, mecze na miejscu wygrywano. Gdyby transport był wystarczający... można byłoby spuścić tamtym lanie a tak.... ? - Tak bym se popił – usłyszeliśmy, roześmieliśmy się, obaj nie wiedzieliśmy, że piękny wieczór, to okazja do popitki. - tu mi nie dają – ciągnął ten sam głos. Zobaczyliśmy, jednego z naszych, bił pięściami w ścianę, ślina uchodząca z ust zbierała się w kącikach, oczy miał wpa- trzone w jeden punkt. W panice wyskoczyliśmy z palarni. Przez okno i otwór bez drzwi dobiegały nas odgłosy walenia pięściami w ścianę i przekleństwa. Po chwili przybiegł patrol z komendy garnizonu, delikwenta zapakowano w kaftan i za- brano. Na drugi dzień powiedziano nam, że mieszkał przy gorzelni i od dziecka dostawał popić . Podleczono go, ze szpitala wrócił tuż przed przysięgą, przysięgę podpisał i woj- sko się go pozbyło, nie nadawał się na obrońcę. Powoli zbliżała się przysięga, dostaliśmy szyte na miarę mun- dury wyjściowe, buty bukatowe i skarpetki. Onuce były tylko do juchtów. O terminie przysięgi powiadomiono rodziny. Przysięga wypadała w niedzielę. Pobudkę grała orkiestra gar- nizonowa, obiegając cały garnizon. Śniadanie już w mundu- rach wyjściowych, później wymarsz na plac apelowy. Na try- bunie Dowódca Ośrodka, Sztab i Rodziny. Matki, były dumne ze swoich synów, tatusiowie przypominali sobie dawne czasy. My też byliśmy dumni popisując się krokiem defiladowym przed taką widownią. Swoim junactwem, nie miałem się przed kim popisać,. 17 Na drugi dzień zjawili się „kupcy” i częściowo eszelonami w wagonach typu osiem koni lub czterdziestu ludzi, częściowo samochodami, zabrali nas do jednostek. Niektórzy zostali na miejscu .Zaczął się drugi etap życia wojskowego. Służba w wojsku dość ładnie mi się zbilansowała, 730 dni służby, w tym trochę aresztu, trochę izby chorych i trochę urlopów ot jak to służba. Spoważniałem. 18 3.Służba Jako urodzony cywil nie widziałem różnicy między dyscy- pliną „świadomą a „żelazną , jednak w wojsku, podobnie jak w kilku innych społecznościach nie ma miejsca na demokrację a hierarchia władzy polega na starszeństwie. Starszy stopniem i wiekiem kieruje młodszymi i dzieje się źle gdy ten porządek zostaje zakłócony. W swoich poglądach jestem niezależny a wojsko tego nie toleruje i potrafi odpowiednio urobić deli- kwenta z poboru. Przez całą służbę starałem się nie dać uro- bić . Jedną z moich zasad życiowych jest – słabych się nie bój, silnych... lekceważ. Inna zasada mówi – bądź w miarę grzecz- ny – jeżeli ktoś bierze grzeczność za słabość, to jego problem. W razie potrzeby reakcja musi odpowiadać sytuacji jaka się wytworzyła.. W nowej jednostce, byliśmy do czasu wyjazdu na kurs i po powrocie mieliśmy rozjechać się do właściwych miejsc służby. Ze starym rocznikiem mieliśmy słaby kontakt. Po kilku dniach pojechaliśmy na kurs, by uzyskać specjalność i stać się prawdziwymi obrońcami ojczyzny . Jednostka w której przechodziliśmy, szkolenie specjalistycz- ne, była w centrum dużego miasta, urządzenia niezbędne do szkolenia wojskowego i specjalistycznego były na miejscu . Szkolenie było jak zwykle: teoria, praktyka, bieganie po tere- nie i „perła wiedzy szkolenie polityczne, tu odsypialiśmy bie- ganie. Do czytania były gazety wojskowe i różne ciekawe broszury, był to czas gdy AK przestało być „zaplutym karłem do pełnych łask jeszcze jednak nie wróciło. Wbrew pozorom nie wszystkie broszurki i książeczki były nachalną propagandą, trafiały się rzeczy ciekawe, jedna z tych książek otworzyła mi 19 oczy na „bohaterszczyznę , nie wspominam tytułu ani nazwi- ska autora... jego oponenci do tej pory z nim polemizują mi- mo, że od lat leży w grobie. Inni autorzy tej „bibuły po latach stali się opozycjonistami i gdyby nie stwierdzenie Marksa, że byt kształtuje świadomość, gotów jestem uwierzyć, że byli cały czas nastawieni anty... a tak, przepraszam nie wierzę. W tym czasie pewien Nikita stwierdził, że ma kłopot z bra- kiem Układu Pokojowego z Niemcami i aby pomóc mocar- stwom zachodnim w dyskusji i zawarciu tegoż, kazał wybu- dować mur w Berlinie. Przy okazji, popularna już wtedy tele- wizja pokazywała śmieszne obrazki jak zachodni berlińczycy niszczą demokratyczną kolej podmiejską i jak bardzo impe- rialistyczna propaganda ogłupia naszych enerdowskich przy- jaciół . Propaganda, nie tylko wojskowa urabiała nasze poglą- dy, z prasy, radia telewizji dowiadywaliśmy się o wspaniałości naszego systemu i degrengoladzie wrogów . My byliśmy niezwyciężeni, nasi potencjalni wrogowie... lepiej nie mówić – nie dorastają nam do pięt. Konfrontacja, z byłymi frontowca- mi, mówiła co innego, kto by jednak wierzył dziadkom . Wtedy też powiedziano nam, że siedziba naszej jednostki zbudowana zaraz po wojnie przez jeńców niemieckich musi być ewakuowana. Świat jest na krawędzi wojny, my zwycię- żymy, ale... Kurs przerwano, z garaży wyprowadzono zakon- serwowane tam samochody i inne wyposażenie. Po raz pierw- szy od wyjazdu z Domu Dziecka zobaczyłem „Zisa – 5” (tego samego co to z góry...) i pierwszy raz jak do tej pory jedyny na żywo ujrzałem Gaza – AA. Był to pokaz naszej „siły”. Dość duży skład paliw, olejów i różnego świństwa należało usunąć z centrum miasta. Zaczęli- śmy pracę, samochody stały, my się kręciliśmy wokół nich, pełne beczki przekładano z miejsca w miejsce i układano w trzy warstwy, dzięki temu wiem ile waży standardowa beczka z olejem lub benzyną, roboty było dużo. Po drugiej stronie 20 ulicy, krzątaninie przysłuchiwali się mieszkańcy pobliskiego cmentarza, im było to obojętne. Kurs zakończył się w przewi- dzianym czasie. Po kursie rozjechaliśmy się do jednostek, trafiając na rocz- nik sfrustrowanych przedłużoną służbą dziadków i zaczęło się normalne życie wojskowe: służba, areszt, izba chorych i da capo w zmiennym rytmie. W tym czasie zaszło kilka zdarzeń mogących mieć wpływ na moje dalsze życie: Z „kota” prze- mieniłem się w „dziadka” i zacząłem odliczać dni do cywila. Około pięciu miesięcy przed przypuszczalnym terminem koń- ca służby, kupiłem sobie metr krawiecki malutkie nożyczki i codziennie odcinałem jeden centymetr. Nie było to oryginal- ne, podobnie postępowało wielu kolegów. Odcinanie „dni” denerwowało co słabszych psychicznie przełożonych – gdy zdenerwowany „kompot” zbyt mocno rozpuszczał jadaczkę wyjmowało się zza pazuchy metr, nożyczki i patrząc delikwen- towi prosto w oczy odcinało się jeden centymetr symbolizują- cy jeden dzień ze stu pięćdziesięciu brakujących do terminu końca służby - delikwenta zatykało i o to chodziło. Czasami wystarczał ruch palcami symulujący odcinanie nożyczkami. Mówiło się: obywatelu Mat i ciach palcami, prawie zawsze działało. Coraz częściej w naszych rozmowach pojawiały ma- giczne słowa „Rozkaz MON o zwolnieniu rocznika do rezer- wy”. Dla większości przełożonych byliśmy szarą masą. Zdawa- ło się, że świat o nas zapomniał, nie była to prawda, byliśmy na marginesie wydarzeń ale za płotem coś się działo. Były to ważne wydarzenia. Jowialny przywódca zdjął w ONZ-ecie buta i wymachiwał nim(dowiedziałem się o tym po latach), no cóż – dobrze że wymachiwał butem a nie pięścią a jeszcze lepiej zrobił, zdej- mując tylko buta a nie rozbierając się do „rosołu”, widok strip- izera w jego wieku byłby mało estetyczny. 21 Działanie tego człowieka i jego współpracowników miało du- ży wpływ na moje losy. W dniu moich imienin wydano rozkaz przebazowania. Nasza jednostka miała się przenieść na lotni- sko zapasowe i przygotować lądowisko dla samolotów bojo- wych. Rozkaz przyszedł około 10.00 i po opanowaniu bałaga- nu, uformowaniu kolumny późno popołudniu, kolumna ruszy- ła. Na miejscu byliśmy w nocy. Zaczął się burdel ogólno woj- skowy . Rozbiliśmy namioty, wydano jakieś jedzenie, poszliśmy spać gdzie kto stał nie patrząc na stopień i hierarchię. W na- miocie spałem obok kilku oficerów i kilku podoficerów zawo- dowych, wśród nich byli frontowcy. Po raz pierwszy zauważy- łem ludzki strach, ale po kolei: Było już późno w nocy gdy po postawieniu namiotów i jakim takim zaspokojeniu głodu, po- szliśmy spać. Dowództwo, jednak czuwało, obudzono nas z pierwszego snu i musieliśmy wysłuchać ważnego komunikatu. Jego treść sprowadzała się do przekazania następującej in- formacji: Świat jest na krawędzi wojny, między mocarstwami prowadzone są negocjacje, Oficerowie dyżurujący w odpo- wiednich jednostkach, mają oczekiwać dalszych rozkazów. Podano także, że para dyżurna naszego pułku jest non stop w powietrzu. W tym momencie usłyszałem obok siebie złorzeczenia, Starszy Bosman, posiadający więcej frontowych odznaczeń niż ja guzików w bosmance zaczął kląć: - Panie Bosmanie, co się stało? - Ty nie wiesz, ja już to przeżyłem. - Panie Bosmanie, może... nic nie będzie. - Co ty wiesz, na pewno będzie, na wojnie byłem, wiem. Zrobiło mi się nieswojo, zrozumiałem, bohaterów wytłukli 480lat przed nową erą (nie wiadomo zresztą czy bitwa pod Termopilami naprawdę się odbyła?), po niej została tylko zwierzyna i myśliwi. Jednak i zwierzyna i myśliwi to tylko tro- 22
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Takie tam... zapiski
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: