Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00414 006317 13436761 na godz. na dobę w sumie
Taniec marionetek - ebook/pdf
Taniec marionetek - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Genius Creations Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7995-159-8 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> fantasy
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

To nie jest kolejna książka o ratowaniu świata!

W tej rozgrywce stawka nie jest większa niż życie, a ludzkości nie grozi zagłada, lecz w najgorszym wypadku znaczne podwyższenie stóp procentowych.

Witaj w świecie, w którym demony są analfabetami, nekromanci nigdy nie trzeźwieją, a bohaterowie są zawsze gotowi ryzykować życiem. Cudzym.

Czarna Kompania, Podpalacze Mostów, Łowcy Kości i Siódmy Regiment z Erei to elita wśród najemnych kompanii.

Wypełniony barwnymi postaciami świat Siódmego Regimentu wciąga i nie wypuszcza do ostatniej strony. - Marcin A. Guzek, autor serii Szare Płaszcze

Tak dobre, że czytałem na głos! - Wojciech Masiak, @Czyta Wojtek Masiak

Do stolicy regionu Caellarh (zwanej przez niektórych cuchnącym zadu… wygwizdowem, powiedzmy) trafia Siódmy Regiment najemników, a pośród nich porucznik Norgaard – oficer obdarzony wyjątkowo bystrym umysłem, dużym poczuciem humoru i bardzo elastycznym sumieniem. Czytanie o tym, jak wraz z kompanami (m.in. szalonym alchemikiem i kradnącym co popadnie kwatermistrzem) radzi sobie, lepiej lub gorzej, z coraz większymi problemami, to przyjemność, od której ciężko się oderwać. - Daniel Nogal, autor serii Betelowa Rebelia

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

1 Agacie, za konia z kopytami 2 Spis treści Rozdział I 4 52 Rozdział II 157 Rozdział III 216 Rozdział IV Rozdział V 283 325 Rozdział VI 3 Rozdział I Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Żadnego wytłumaczenia dla mojego postępowania, żadnej racjo- nalizacji. Znacie przecież te opowieści, słyszeliście je już tyle razy, w różnych wariantach… Skrytobójca, ukształ- towany przez dorastanie na ulicy i drobne kradzieże do- konywane, by przetrwać. Pozbawiony skrupułów cynicz- ny polityk, który za młodu był świadkiem śmierci swego ojca z rąk najeźdźców. Trucicielka, wepchnięta w dzie- ciństwie na złą drogę przez pożar, w którym zginęli jej bliscy. Brzmi znajomo, prawda? Tragedie z przeszłości potrafią być bardzo użyteczne. W mojej biografii nie ma niczego takiego. Żadnej traumy, która skierowała mnie na złą drogę i usprawie- dliwiałaby choć do pewnego stopnia moje uczynki. Moja rodzina nie była ani bogata, ani biedna i z tego, co wiem, nadal ma się dobrze, a moja młodość nie została zakłó- cona żadnym drastycznym zdarzeniem. Właściwie uwa- żam to za powód do dumy, że stoczyłem się całkowicie dobrowolnie. Nie zostałem wepchnięty na tę drogę, lecz wybrałem ją sam. Po prostu pewnego słonecznego dnia postanowiłem porzucić moje komfortowe, praworząd- 4 ne życie i wszystko spierdolić. Jest to w pewien sposób piękne, jeśli się nad tym głębiej zastanowić. Prawdziwie triumfalne zwycięstwo wolnej woli nad społecznym de- terminizmem. Pewien bard powiedział mi kiedyś, że w każdej opo- wieści musi być jakiś czarny charakter i jeśli w mojej hi- storii nikogo takiego nie ma, to znaczy, że tym czarnym charakterem jestem ja. Moje spojrzenie na świat jest nieco prostsze: na naszej ścieżce spotykamy tylko dwa rodzaje ludzi. Takich, których możemy zepchnąć z drogi, i takich, których musimy ominąć. I choć czasem lubię myśleć o sobie jak o wielkim złym wilku tej opowieści, to w gruncie rzeczy nie zasłużyłem na takie wyróżnienie. W kwestii zaś mojej moralności… Czy można winić pionka za to, że przyszło mu grać po stronie czarnych? Historie wielu z tych, którzy zarabiają bądź zarabia- li na życie mieczem, zaczynają się od jakiegoś banału w rodzaju „opuścił dom rodzinny w poszukiwaniu przy- gody”. Nie znoszę słowa „przygoda”. Przepełnia je na- iwność cechująca bajki dla dzieci oraz heroiczne eposy opowiadane przez bajarzy w blasku domowego ogniska. Zwodzą nas one mirażem dalekich podróży, wspaniałych widoków i ekscytujących doznań. Pomijają natomiast całkowicie rzyganie za burtę podczas sztormu, paskud- ne żarcie powodujące krwawą sraczkę, ropiejące rany i łapiący za gardło strach, który obcy jest tylko głupcom. Za każdą chwalebną raną odniesioną w bitwie chowa się gangrena, za każdą pełną pasji nocą choroba weneryczna, a przed każdym ekscytującym doznaniem trzeba prze- trwać dnie, jeśli nie tygodnie, nerwowego oczekiwania. 5 Większość poszukiwaczy przygód to ludzie, któ- rzy nigdy żadnej przygody nie znaleźli, a jeśli któremuś z tych egzaltowanych kretynów zdarzy się ją znaleźć, to szybko się przekonują, że pisali się na coś zupełnie in- nego. Wtedy oczywiście jest już za późno. Wyrażenie „poszukiwacz przygód” powinno się odnosić właści- wie tylko do żółtodziobów, ci bowiem, którzy mają już za sobą tę wątpliwą przyjemność, dostali nauczkę i nowych doświadczeń już nie poszukują, chyba że nie mają absolutnie żadnej innej alternatywy. Takich ludzi, zrezygnowanych i wypalonych, nazywamy weteranami. Jeśli po tym wstępie obawiacie się, że moja historia będzie nudną opowieścią człowieka, który zawsze doko- nywał mądrych wyborów i przeżył długie, spokojne ży- cie w dostatku i bezpieczeństwie, to pozwólcie, że was uspokoję. Cała moja mądrość jest mądrością po szkodzie i pomimo mojej obecnej, starczo-belferskiej pozy mo- żecie mi wierzyć, że gdy podejmowałem decyzje, które skierowały mnie na taką, a nie inną ścieżkę, byłem kom- pletnym kretynem, któremu absolutnie nie powinno się powierzać jakiejkolwiek odpowiedzialności. Ponieważ zaś wszyscy lubią słuchać opowieści o ludziach głupszych od siebie, myślę, że moja historia przypadnie wam do gustu. Powszechnie na świecie obowiązuje przekonanie, że wojownicy dzielą się na zwycięzców i przegranych. Jest to oczywiście kompletna bzdura. Prawda jest taka, że wo- jownicy dzielą się na żywych i martwych. Nieważne, jak dobry jesteś w swojej robocie i jak dużego masz farta, nie jest po prostu możliwe, żebyś w każdej bitwie znalazł się po stronie zwycięzców. Prędzej czy później armia, w któ- 6 rej walczysz, dostanie baty i zostanie podzielona na tych, którzy zdążą spieprzyć z pola bitwy na własnych nogach, i na tych, którzy zostaną na tym polu na zawsze. Człowiek w tym zawodzie szybko uczy się, że nie chodzi o wygraną bitwę, lecz o uratowanie swojej dupy niezależnie od wyniku starcia. To, że jeszcze chodzę po tym świecie, zawdzięczam szczególnym talentom w tym zakresie. Ja i mnie podob- ni nie jesteśmy bohaterami ani poszukiwaczami przygód, jesteśmy profesjonalnymi przeżywaczami nieszczęść. Nazywam się Isevdrir Norgaard i moje karkołomnie brzmiące imię zdradza pochodzenie z północy regionu, który wy w swej kontynentalnej arogancji nazywacie Drugim Brzegiem. Już jako wyrostek zacząłem jeździć z kupieckimi karawanami, ale jeden wystrzelony prze- ze mnie bełt, który trafił niewłaściwego człowieka, wy- starczył, żebym znalazł się w chaszczach, uciekając przed prawem i grasując na gościńcach. Potem byłem kolejno żołnierzem, dezerterem i najemnikiem wieszającym de- zerterów wzdłuż traktów. Nie sądzę, żeby ten wczesny, młodzieńczy okres mojej kariery był dla was szczegól- nie interesujący i właściwie można go bez większych strat dla niniejszej opowieści sprowadzić do kilku brzydkich blizn, sakiewki pełnej monet różnego pochodzenia i jednej bardzo nieprzyjemnej choroby wenerycznej. W każdym razie droga, jaką przeszedłem przez te pierwsze dziesięć lat, doprowadziła mnie do punktu, w którym służyłem jako porucznik w najemnym Siódmym Regimencie, sta- cjonującym w paskudnym mieście zwanym Dhuirceath. Miasto to cechowało się nieprzyjemną pogodą i jesz- cze bardziej nieprzyjemnymi mieszkańcami. Geogra- ficznie rzecz biorąc, znajdowaliśmy się w czarnej dupie. 7 „Dhuirceath” brzmi bardziej jak ostatnie słowa czło- wieka dławiącego się kością kurczaka niż jak nazwa do- syć dużego miasta. A jednak ten dźwięk dobrze oddawał charakter mowy mieszkańców, składającej się właśnie z takich charknięć i chrząknięć. Dzięki wrodzonemu ta- lentowi do języków dość szybko opanowałem tę gardło- wo-gulgoczącą mowę, ale większość moich braci z Siód- mego Regimentu uparcie odmawiała nauczenia się nawet podstawowych słów, posługując się urzędowym językiem erejskim, co nie podobało się zbytnio miejscowym. Nie żeby to miało dla nas jakieś znaczenie. Tubylcy niena- widziliby nas tak czy inaczej, więc właściwie nie mogli- śmy już bardziej pogorszyć sytuacji, nieważne, jak otwar- cie demonstrowaliśmy pogardę dla ich języka i kultury. Dhuirceath to największe miasto i stolica regionu Cael- larh, granicznej prowincji królestwa Erei. Zanim trafiłem tutaj, spędziłem trochę czasu w wysoko rozwiniętych mia- stach handlowych na wybrzeżu, w których drogi są szerokie i brukowane, ruch wozów i zaprzęgów ściśle regulowany przez powszechnie wyznawane zasady przyzwoitości, a po- myje są wylewane tylko w przeznaczonych do tego miej- scach, wyłącznie o ustalonych przez rady miejskie porach. W Dhuirceath natomiast stosunek do pomyj jest znacznie bardziej liberalny, co znaczy, że wylewa się je gdziekolwiek i kiedykolwiek. Prawo pierwszeństwa interpretuje się wy- łącznie w kategoriach szybkości i siły fizycznej. A co do brukowanych dróg… Tylko raz zdarzyło mi się w tym mieście zobaczyć kawałek bruku na drodze, a znalazł się on tam krótko po odbiciu się od głowy strażnika miejskiego, celnie rzucony przez jakiegoś obdartego wyrostka. Szczy- 8 tem możliwości Dhuirceath w zakresie infrastruktury dro- gowej są, jak sądzę, dwie deski przerzucone przez kałużę. Klimat w regionie Caellarh określiłbym jako umiar- kowanie gówniany. Słońce pojawia się rzadko, a przez większość czasu panuje zimna, wietrzna i deszczowa pogoda, zachęcająca przede wszystkim do przesiadywa- nia w knajpach i burdelach. Niestety takie formy odpo- czynku rzadko były nam dane, gdyż wrogie nastawienie miejscowych zmuszało nas do ciągłego oglądania się za siebie z obawy przed ciosem nożem w plecy. Prawa gościnności z reguły nas nie obowiązywały, a splunię- cie pod nogi lub bełt wystrzelony zza węgła stanowiły standardową formę powitania. Niechęć tubylców, zresztą w pełni odwzajemniona, nie była jednak w najmniej- szym stopniu nieuzasadniona. Widzicie, my – to znaczy Siódmy Regiment – byli- śmy na służbie królestwa Erei, które wieki temu pod- biło dotąd suwerenne Caellarh i od tego czasu okupo- wało region, tłumiąc krwawo co kilkanaście lat kolejne powstania wywołane przez domagających się niepodle- głości tubylców. Zresztą, wcześniejsza historia stosunków Caellarh i Erei też nie miała zbyt wiele cech pokojowej koegzystencji, ich relacje bowiem przybierały właściwie tylko dwie, naprzemiennie następujące postaci: wojny i przygotowań do wojny… Różnice językowe, kulturowe i ustrojowe między krajami napędzały konflikt, a poża- ry na granicy nigdy nie gasły. Kasta wojowników, zwana czasami Kręgiem, która przed erejskim podbojem wła- dała Caellarh, nieustannie rzucała wyzwanie królestwu. Biorąc pod uwagę dramatyczną różnicę w rozmiarze te- 9 rytorium i liczebności populacji, przypominało to mysz rzucającą wyzwanie kotu. Z tym, że w tej metaforze kot ma do dyspozycji, oprócz pazurów i zębów, również bo- gate złoża surowców, zaawansowaną technikę obróbki metali i rozbudowane zaplecze logistyczne, pozwalające na prowadzenie długich kampanii na wrogim terenie. Jeśli istniał ktoś, kogo mieszkańcy Caellarh nienawidzili bardziej niż żołnierzy z Erei, to były to jednostki najem- ne na żołdzie królestwa. Dlatego też gdy żołnierz Siód- mego Regimentu wychodził na miasto, to tylko w peł- nym rynsztunku, z kilkoma uzbrojonymi kolegami dla towarzystwa, i gdziekolwiek by się nie znajdował, zawsze siadał blisko drzwi, plecami do ściany. Oficerowie pytani o nastroje w swoich oddziałach często używali wówczas określenia „niskie morale”. Zapytani o to samo żołnie- rze stosowali nieco inne wyrażenia, ale prawie wszyst- kie zawierały słowo „kurwica” w takiej lub innej formie. Tym niemniej pierwsze osiem miesięcy naszej służby w Dhuirceath minęło stosunkowo spokojnie, choć nie- zbyt przyjemnie. Potem jednak, pewnego typowego dla Caellarh, brzydkiego i wietrznego dnia, zaczęły się kłopo- ty. A wszystko przez to, że Ifryt był takim skurwysynem. *** – To nie jest tak, że życzę Ifrytowi źle – wyjaśniał cierpliwie Liczydło. – Mówię tylko, że czasami, gdy nie mogę spać, wyobrażam sobie ponurą, odzianą w czerń postać, pozbawiającą bardzo powoli, ale starannie Ifry- 10 ta kolejnych członków, utrzymując go zarazem w pełni przytomności umysłu. – Rozumiem – odrzekłem, kiwając potakująco gło- wą. – Nie chciałbym wyciągać pochopnych wniosków, ale mam powody przypuszczać, że nie lubisz go zbytnio. – A tam, zaraz nie lubię – oburzył się kwatermistrz. – Twierdzę jedynie, że gdyby zszedł z tego świata, to codziennie chodziłbym na cmentarz tylko po to, żeby zatańczyć na jego grobie. Czy to od razu musi oznaczać, że go nie lubię? – Masz rację. Niesprawiedliwie cię oceniłem. Widzia- łem wielokrotnie, jak tańczysz na grobach ludzi zupełnie ci obojętnych, a nawet darzonych przez ciebie sympatią. – Święta prawda. – Liczydło uśmiechnął się, wyraźnie zadowolony z siebie. – Co nie zmienia faktu, że Ifryt to dupek. Ponownie skinąłem głową, przyznając mu rację, i po- grążyliśmy się w milczeniu, kontemplując rozciągający się przed nami widok. Siedzieliśmy na dachu opuszczonej rezydencji Maldolonich przy ulicy Rzecznej. Ponieważ odwiedzanie miejsc publicznych wiązało się z dużym ry- zykiem zadźgania przez buntowników, płaski i rozległy dach tej wysokiej budowli stał się ulubionym miejscem wypoczynku oficerów Siódmego Regimentu. Mogliśmy stąd ogarnąć wzrokiem całą panoramę miasta: skupiają- ce się wokół masywnej bryły Cytadeli wysokie, bruko- wane gmachy należące do magnatów i najbogatszych kupców, dalej niższe i mniej imponujące fasady domów rzemieślników i pomniejszych handlarzy, aż po czernie- jące na horyzoncie morze ciemnych, przygniecionych do ziemi własnym ciężarem drewnianych szop, w któ- 11 rych mieszkała biedota. Budynek, na szczycie którego się znajdowaliśmy, był jednym z najwyższych w mie- ście, ustępując tylko miejskiej rezydencji rodu van Dor- ren i smukłej, strzelistej Cytadeli, dzięki czemu mogli- śmy z góry spoglądać na tworzące miasto pierścienie coraz niższych obiektów, niczym ze szczytu piramidy. Rezydencja Maldolonich oczywiście nie została opusz- czona dobrowolnie przez poprzednich mieszkańców, wy- magało to pewnej dozy perswazji z naszej strony. Widzicie, kiedy po raz pierwszy przybyliśmy do miasta, hrabia de Verde, dowódca garnizonu, ulokował nasz regiment w Sta- rych Koszarach, rozpadającym się budynku koło Dużego Targu. Wytrzymaliśmy tam tylko miesiąc, bo któregoś razu, przy okazji regularnie wybuchających w Dhuirce- ath zamieszek, buntownicy podpalili magazyn znajdujący się koło Starych Koszar i pożar bardzo szybko przeniósł się na nasz budynek. Oczywiście sytuacja została szyb- ko opanowana, ale Stare Koszary były na tyle zniszczone, że de Verde po prostu spisał je na straty. Hrabia rozwiązał problem zakwaterowania Siódmego Regimentu w typowy dla siebie sposób – depcząc godność okupowanej ludności. Rozkazał nam pomaszerować na ulicę Rzeczną, zająć znaj- dujący się tam klasztor, a wszystkich mnichów wyrzucić na bruk. Działo się to świeżo po stłumieniu zamieszek, więc rzecz jasna nie było żadnego oporu, bo wszyscy miesz- kańcy skłonni do protestów przeciwko władzy przebywali już albo w więzieniach, albo kilka stóp pod powierzchnią świeżo rozkopanej ziemi. Szybko okazało się, że zamieszki i pożar Starych Ko- szar wyszły nam na dobre. Dach naszej dawnej kwatery 12 miał więcej dziur niż dachówek, piwnice były planta- cjami grzybów, a wszechobecna wilgoć czyniła miesz- kanie tam kompletnie nieznośnym. Klasztor natomiast oferował całkiem wygodne warunki, a mnisi zostawili po sobie pełną spiżarnię. Poza tym, ponieważ znajdo- wał się w samym centrum gęsto zabudowanej okolicy, musieliśmy stworzyć wokół niego strefę bezpieczeństwa, co polegało na wysiedleniu wszystkich mieszkańców sąsiednich budynków i obsadzeniu ich naszymi strażni- kami. Wkrótce przyjęło się traktować je nie tylko jako posterunki, ale też miejsca do rekreacji, a najokazalszy i najwyższy z nich, czyli rezydencja Maldolinich, stał się wyłączną domeną korpusu oficerskiego. O tym właśnie rozmyślałem, gdy siedzieliśmy sobie na dachu z Liczydłem, korzystając z jednej rzadkich chwil, kiedy deszcz dawał chwilę wytchnienia przemo- czonemu miastu. Z zamyślenia wyrwał mnie jakiś ha- łas i zdałem sobie sprawę, że słyszę zbliżające się kroki. Po chwili klapa w podłodze uniosła się i naszym oczom ukazała się paskudna gęba Szalonego Yorlana. Powszech- nie obowiązująca w regimencie teoria głosi, że urodził się on jako bardzo przystojny mężczyzna, ale zamiłowanie do materiałów wybuchowych szybko pozbawiło go urody. Jego twarz była pokryta bliznami i śladami po oparze- niach, a włosy mocno przerzedziły się z upływem czasu i kolorem przypominały wypłowiałą trawę. Pokonał kilka ostatnich stopni i gdy wyszedł na dach, okazało się, że w rękach trzyma skrzynię pełną pomido- rów. Powinienem w tym miejscu podkreślić, że przydomek „Szalony Yorlan” był w jego przypadku w pełni zasłużony; 13 otrzymał go nie ze względu na kilka oderwanych od siebie incydentów, ale za całokształt twórczości i lata zachowań wykraczających zupełnie poza wszelkie normy społeczne. Dlatego też, gdy Szalony Yorlan zjawił się na dachu skonfi- skowanej rezydencji kupieckiej ze skrzynią pełną pomido- rów, od razu przyjęliśmy ten fakt jako całkowicie naturalny. Musiało, co prawda, minąć kilka lat, zanim nasze dowódz- two ostatecznie porzuciło wszelką nadzieję, że możliwe jest narzucenie mu choćby minimalnej dyscypliny, ale obecnie udało się wypracować kompromis, który dawał Yorlanowi wolną rękę do działania, o ile nie przynosił bezpośredniej szkody regimentowi. W ten sposób został właściwie zwol- niony ze wszystkich zwyczajowych zasad i obowiązków, przez co musieliśmy przyjąć specjalnie dla niego stwo- rzoną klasyfikację zachowań, składającą się z trzech kate- gorii. Pierwsza obejmowała szaleństwa niegroźne, druga – szkodliwe tylko dla Yorlana, a trzecia – szaleństwa ry- zykowne dla niego i wszystkich w promieniu stu metrów. Problem polegał na tym, że oprócz bycia pełnoeta- towym wariatem, Yorlan był również genialnym alche- mikiem, co czyniło go najniebezpieczniejszym czło- wiekiem na świecie. W kategorii trzeciej nie było ani grosza przesady. Nikt w regimencie nie zapomniał ob- lężenia Tureanu, które pomimo miażdżącej przewagi po naszej stronie i wielokrotnych szturmów ciągnęło się niemiłosiernie przez siedem miesięcy, a zakończyło zupełnie przypadkowo, gdy Yorlan uznał, że materiały wybuchowe są świetnym sposobem na poradzenie sobie z plagą gołębi. Kiedy miasto upadło, markiz de la Mo- tre, pod którym wówczas służyliśmy, przyznał nasze- 14 mu alchemikowi medal za szczególne zasługi, a ten był święcie przekonany, że został wyróżniony za uwolnienie nas od tych nieznośnych ptaszysk, a nie za stworzenie kilkudziesięciometrowej wyrwy w murach miejskich, która pozwoliła na przeprowadzenie szturmu. Szalony Yorlan oczywiście nie wytłumaczył, dlaczego pojawił się na dachu budynku ze skrzynią pomidorów w rękach. Tłumaczenie czegokolwiek nie było w jego zwyczaju. Stał więc sobie po prostu, czekając, aż któryś z nas wreszcie się złamie i zapyta, po co mu te pomidory. – Po co ci te pomidory, Yorlan? – zapytałem. – Kupiłem je na targu – odpowiedział niewinnie. – Nie o to pytałem. Po co ci te pomidory? – Były całkiem tanie. – Ale czemu je kupiłeś? – wtrącił się Liczydło, który też uległ ciekawości. – A co innego miałem zrobić? Kupić gruszki? – obru- szył się Szalony Yorlan. – Nie jestem przecież żadnym zboczeńcem. – Co jest nie tak z gruszkami? – Gruszki to perwersja natury. Wszyscy to wiedzą. Poddaliśmy się. Czasami najlepiej po prostu wziąć go na przeczekanie. Cierpliwość nie jest jego mocną stroną. Nawiasem mówiąc, Yorlan nie ma wielu mocnych stron. – No dobra, powiem wam. – Alchemik pękł niemal natychmiast. – Widzicie ten budynek naprzeciwko? To zaimprowizowany posterunek Straży Miejskiej. – Co ty nie powiesz? – prychnął Liczydło. – A ja my- ślałem, że ta kamienica jest obwieszona chorągwiami Straży, bo jej mieszkańcy są wielkimi zwolennikami po- rządku publicznego. A tak w ogóle to… 15 – Nie przerywaj – przerwał mu Yorlan. – Posterunek ma komendanta, a komendant ma pokój na najwyż- szym piętrze. Biurko, przy którym pracuje, znajduje się przy oknie wychodzącym na budynek, w którym obecnie przebywamy. Zamierzam trafić w to okno. Liczydło i ja spojrzeliśmy na siebie. – Podzielisz się pomidorami? – Nie zostawisz nas chyba na lodzie, prawda? Szalony Yorlan nie był typem człowieka, który odmawia bliźnim przyjemności rzucania pomidorami w przedsta- wicieli lokalnej władzy, i po krótkim czasie ściana poste- runku zaczerwieniła się od miąższu spływającego po ele- wacji. Odległość była spora, a nasza celność pozostawiała wiele do życzenia, więc większość warzywnych pocisków rozbiła się o ścianę budynku, ale kilkakrotnie udało nam się trafić w okno. Niestety, wewnątrz było na tyle ciemno, że nie mogliśmy dostrzec efektów naszej kanonady, lecz wściekłe wrzaski i przekleństwa dochodzące ze środka przekonały nas o skuteczności obranej strategii. Ostrzał przerwało pojawienie się Ouangi, niskiego, czarnoskórego porucznika kompanii C, który wyłonił się z otworu w dachu za naszymi plecami. – Kilku strażników miejskich zgłosiło się do mnie ze skargą, że rzucacie pomidorami w ich posterunek – powie- dział Ouanga, przyglądając się z zainteresowaniem efek- tom naszej ofensywy. – Więc przybiegłem czym prędzej, żeby się przyłączyć. Zostały wam jeszcze jakieś pomidory? – Jasne, łap. – Liczydło podał mu szczególnie rosły okaz. – A przy okazji… – dodał porucznik, posyłając pomi- dora w kierunku budynku Straży – Isevdrir, Nika chce cię widzieć. 16 – Cholera. Jak bardzo? „Zajrzyj do mnie, jak będziesz miał chwilę” czy „Lepiej dla twojej dupy, żebyś nie kazał mi czekać”? – Ma to jakiś związek z Ifrytem, więc druga opcja. – Ouanga uśmiechnął się promiennie, gdy kolejny rzucony przez niego pomidor trafił prosto w otwarte okno. Zakląłem ponownie i zacząłem się zbierać. Gdy scho- dziłem po schodach, usłyszałem jeszcze głos Liczydła: – Uważam, że Ifryt sprawia bardzo przyjemne wra- żenie, jeśli przymknąć oko na fakt, że jest kompletnym skurwielem. *** Tak, tak, wiem, że chcecie usłyszeć coś więcej na te- mat Ifryta, ale wszystko po kolei. Zaraz do niego doj- dę, najpierw jednak muszę wam opowiedzieć o Głąbie. Naprawdę nazywał się Gianfranco Lazzala i był prze- rośniętym sierżantem Ósmego Pułku Kawalerii w erej- skiej armii, a jego ogromna głowa skrywała potencjał intelektualny rozgotowanego kalafiora. Rzecz jasna, nie wiedział, że wszyscy wołają na niego Głąb. Nie wiem, czy już o tym wspominałem, ale Lazzala był bardzo wy- soki i bardzo głupi. Takich ludzi lepiej obrażać szeptem i za ich plecami. Ewentualnie w pamiętnikach spisywa- nych długo po fakcie. Jak to się stało, że łamacz końskich grzbietów trafił do kawalerii i jakim cudem udało mu się tam utrzymać, nie je- stem w stanie wyjaśnić. Nigdy nie widziałem Głąba na ko- 17 niu i ciężko mi wyobrazić sobie zwierzę odpowiednio duże, by unieść jego ciężar. Nie słyszałem również, żeby ktokol- wiek w armii kiedykolwiek widział go jadącego wierzchem. Po zastanowieniu pomyślałem, że słyszałem tylko jedną historię, w której Lazzala miał cokolwiek do czynienia z końmi. Według tej opowieści, przekazanej mi przez dość wątpliwe źródło, jakim był pijany koniuszy z armijnej stajni, Głąb był jedynym człowiekiem, któremu zdarzyło się kopać z koniem i wygrać. Jest to prawie na pewno kompletna bzdura, ale wierzcie mi, gdybyście kiedyś zobaczyli sierżanta na własne oczy, zrozumielibyście, że nie jest to całkowicie nieprawdopodobne. W każdym razie, niezależnie od tego, czy podróżował konno, czy pieszo, ro- bił to cholernie szybko. Jeśli gdzieś w prowincji była morda do obicia, nieposłuszna wieś do spalenia czy buntownicze mienie do skonfiskowania, Lazzala był zawsze pierwszy na miejscu. Matki w Caellarh straszyły nim swoje dzieci, a erejscy oficerowie stawiali go za wzór swoim żołnierzom. Opowiadam wam o nim dlatego, że gdy zszedłem z dachu i opuściłem rezydencję Maldolinich, zobaczyłem przed wejściem do budynku małe zbiegowisko, z którego można było na pierwszy rzut oka wyodrębnić trzy gru- py. Pierwszą tworzyło kilku wściekłych strażników miej- skich, którzy głośno domagali się zaprzestania naszego warzywnego bombardowania. Druga składała się z trójki wartowników z Siódmego Regimentu, biernie, ale zde- cydowanie powstrzymujących rozgorączkowanych straż- ników przed zrobieniem czegoś głupiego. Trzecią i naj- większą, choć jednoosobową grupę, stanowił sam Głąb. Gdy tylko ukazałem się w drzwiach rezydencji, straż- nicy, trafnie identyfikując mnie jako źródło wszelkie- 18 go zła, skierowali na mnie swoją złość, wrzeszcząc coś niezrozumiale. Głąb najwyraźniej też miał mi coś do powiedzenia. – Norgaard! – ryknął, zagłuszając jojczenie strażni- ków. – Cho tu, sprawę mam. Czy wspomniałem, że Głąb był sierżantem, a ja po- rucznikiem? Oczywiście służyliśmy w innych jednost- kach, ale mimo wszystko taki ton był niedopuszczalny. Lazzala nie był jednak tylko sierżantem. Był również Głąbem, a ten stopień w nieformalnej hierarchii prze- wyższał większość oficerów. – Widzę, że długo na mnie czekałeś – odpowiedzia- łem spokojnie. – Więc udzielę ci audiencji. Głąb zrobił tę swoją na pół wściekłą, na pół zdziwioną minę, która zawsze pojawiała się na jego twarzy, gdy nie był do końca pewny, czy ktoś z niego drwi. Ignorując wrzeszczących strażników, podszedłem do niego bliżej. – Jeśli znowu chodzi o manufakturę na Szerokiej… – zacząłem. – O co? – zdziwił się Głąb i prawie mogłem dostrzec trybiki powoli obracające się pod jego czaszką. – Nie, nie chodzi. Macie kogoś, kto należy do mnie. Jeden ze strażników najwyraźniej nie zamierzał usza- nować prywatności naszej konwersacji i zbliżył się do nas, zamierzając chyba powiedzieć mi, co sądzi o naszym zachowaniu. Głąb, któremu mówienie nie przychodziło łatwo, nie lubił, gdy ktoś mu to jeszcze bardziej utrudniał i dekoncentrował go poruszaniem się w jego polu widze- nia. Odwrócił się do strażnika i wydał z siebie przeciągłe, ostrzegawcze warknięcie. Czysto zwierzęcy, atawistycz- 19 ny charakter tego zachowania podziałał na tamtego sku- teczniej niż jakiekolwiek słowa czy odwołania do rangi wojskowej. Największy samiec w stadzie właśnie pokazał drugiemu osobnikowi, gdzie jego miejsce. Strażnik od- wrócił się i odszedł na posterunek, nie oglądając się ani razu. Jego towarzysze zawahali się na moment, rozglą- dając wokół, jakby szacowali swoje siły, a potem poszli w ślady kolegi. – Widzę, że darzysz Straż taką samą sympatią jak ja – zwróciłem się do Głąba swobodnym tonem. – Wszyscy strażnicy to cipy – odparł elokwentnie. Powinienem w tym miejscu uświadomić was, że straż- nik, który wcześniej uciekł w popłochu, był ode mnie jakieś pół głowy wyższy, co znaczy, że ja sam w porów- naniu z Głąbem wyglądałem na karła i nie czułem się ani trochę swobodnie w jego towarzystwie. Rzecz jasna, nie zamierzałem tego dać po sobie poznać, choć wątpię, żeby Lazzala nabrał na moją fałszywą pewność siebie. – W czym mogę ci pomóc, przyjacielu? – spytałem, spoglądając wszędzie, tylko nie na Głąba. Żeby patrzeć mu w oczy, musiałbym stale zadzierać głowę do góry jak kretyn, a to pozbawiłoby mnie resztek godności. – Rothar. Chcę jego głowy. – Wiem o tym od miesiąca. A ty przez ten cały czas wiesz, że jest nam potrzebny. – Niepotrzebny. Powiedział, co wie. Chcę go. – Bynajmniej, wielu mieszkańców nadal ufa Rotharo- wi i powierza mu wiele cennych informacji. Twoja nie- nawiść do niego gra w tym sporą rolę. Bardzo się napra- cowałeś, informując wszystkich, którzy chcieli słuchać, 20 że marzysz o tym, żeby go zabić, i teraz ludziom trudno uwierzyć, że Rothar mógłby być naszym informatorem. Właściwie to powinienem ci podziękować, twoje groźby pod jego adresem znacznie wydłużyły jego użyteczność. – Dajcie mi go albo sam wezmę. – Uważam to za mało prawdopodobne. Twój dowódca wie, że ty wiesz, że Rothar jest pod naszą ochroną. Obie- cuję ci jednak, że jak tylko przestanie być nam przydatny, podamy ci go na tacy i będziesz mógł z nim zrobić, co zechcesz. – Nie. Lubię. Czekać. – Nietrudno mi w to uwierzyć. Ale nie dostaniesz Rothara, dopóki z nim nie skończymy. Głąb zawarczał znowu, ale już jakoś bez przekona- nia. Potem wzruszył ramionami, łypnął jeszcze na mnie złowrogo i oddalił się bez pożegnania. Zwróciłem się w stronę wartowników, którzy przez cały ten czas sta- li niewzruszenie, pilnując wejścia do rezydencji. Mia- łem zamiar zadać im parę pytań, ale po rzuceniu okiem na ich twarze zmieniłem zdanie. Te chłopaki nie pałały do mnie w tej chwili zbytnią sympatią. Oficerowie zaba- wiali się na górze w rzucanie pomidorami, a oni musieli brać na siebie wściekłych strażników. Poczułem się trochę zawstydzony swoim nieodpo- wiedzialnym zachowaniem, ale nie miałem wątpliwości, że gdybym trzymał jakiegoś pomidora w ręku, rzuciłbym nim w posterunek. Ponieważ jednak wyczerpałem już przydzielony zapas warzywnych pocisków, nie pozostało mi nic innego, jak udać się na spotkanie z Niką. Szedłem lekkim krokiem, czując się świetnie w nowych butach, któ- 21 re parę dni temu wygrałem w karty od Hieny. Fakt, że bez- czelnie oszukiwałem podczas gry, w jakiś sposób spra- wiał, że mój nowy nabytek był jeszcze bardziej wygodny. Po drodze zastanawiałem się nad naszą skomplikowa- ną relacją ze Strażą Miejską. Z pozoru mogłoby się wy- dawać, że Straż, Siódmy Regiment i armia erejska tworzą jeden front, ale oczywiście było to złudzenie. W rzeczywi- stości podział przebiegał na utartej linii miejscowi–obcy, czy dokładniej: okupowani–okupujący. Nasz pułk i armia erejska, jako jednostki złożone z ludzi pochodzących spo- za regionu Caellarh, stanowiły ciało obce, siły okupacyjne. Straż Miejska natomiast, choć pozostawała pod kontrolą gubernatora i współpracowała z okupantem, składała się właściwie wyłącznie z miejscowych, a jej kadra oficerska tradycyjnie wywodziła się z bogatych rodzin mieszczań- skich Dhuirceath, które stanowiły serce i portfel ruchu oporu. Wojska królewskie werbowały rzecz jasna w ro- dzinnej Erei, a jeśli prowadzono jakiś zaciąg w Caellarh, to takich rekrutów wysyłano na przeciwległy kraniec królestwa, żeby oddalić ich od pokusy przyłączenia się do rebelii. W każdym razie zarówno w pałacu gubernatorskim, jak i w Cytadeli, w której mieścił się sztab generalny hrabiego de Verde, zdawano sobie doskonale sprawę, że Straż Miejska stanowiła liczną, dobrze zorganizowaną i uzbrojoną jednostkę, która w razie wybuchu powstania bez wahania zwróci się przeciwko erejskiej administracji. Dlaczego więc nie rozpędzono Straży na cztery wiatry? Z powodów politycznych oczywiście. Od dłuższego czasu pałac gubernatorski sprawował łagodne rządy i nawet 22 oferował miejscowym ograniczoną autonomię. Kluczo- wym założeniem tej polityki było pozostawienie służb porządkowych w rękach tubylców. Miało to dwie oczy- wiste korzyści: miejscowi mniej się stawiali, jeśli aresz- tował ich krajan, a armia erejska nie musiała tracić czasu na łapanie drobnych złodziejaszków i przepędzanie włó- częgów, co pozwalało im skupić się całkowicie na swoim prawdziwym powołaniu, czyli prześladowaniach poli- tycznych. Wszyscy zyskują, prawda? A to, że w razie po- wstania Straż stanowiłaby spore niebezpieczeństwo dla królewskiej administracji? Nikt w pałacu gubernatora nie traktował poważnie możliwości wybuchu buntu, wierząc, że ustępstwa, na które się zgodzili, całkowicie zadowo- lą ludność. W Cytadeli natomiast patrzono na sprawę w nieco inny sposób. Hrabia uważał, że powszechna rebe- lia jest tylko kwestią czasu, i miał już opracowany scena- riusz pacyfikacji Straży Miejskiej na wypadek wystąpienia jakichkolwiek sygnałów zagrożenia. De Verde zawsze zakładał najgorsze. Bardzo to u niego ceniłem. – Nika na ciebie czeka. – Wyrwał mnie z zadumy czyjś głos. Uniosłem głowę. To był Winon, człowiek z mojej kom- panii, któremu akurat wypadła warta przy bramie klasztor- nej. Zamyśliłem się tak głęboko, że kompletnie przestałem zwracać uwagę na otoczenie i nawet nie zauważyłem, jak dotarłem na miejsce. Niebezpieczne zachowanie. Teo- retycznie przebywałem w niezagrożonej strefie, kontro- lowanej przez regiment, ale w ten sposób łatwo nabrać złych nawyków i ani się człowiek obejrzy, a dostaje nożem pod żebro, wracając do koszar z burdelu. 23 – Wiem – rzuciłem do Winona w odpowiedzi i prze- szedłem przez bramę. – Czeka już dość długo! – Usłyszałem jeszcze za sobą. – Chyba nie jest z tego powodu zbyt zadowolona. Nie zaszczyciłem go odpowiedzią. Szybkim krokiem pokonałem dziedziniec, na którym znudzeni żołnierze przygotowywali się do ćwiczeń, i wszedłem do budyn- ku, kiwając głową na powitanie mijanym wartownikom. Nie miałem dalekiej drogi do przejścia. O ile nasz puł- kownik urządził sobie gabinet w najtrudniej dostępnym miejscu w klasztorze – na samym szczycie południowej wieży, o tyle kapitan wolała być jak najbliżej codziennej krzątaniny i wybrała sobie na siedzibę komórkę przyle- gającą do głównej sali. W holu jak zwykle panował ruch, tworzony głównie przez zaopatrzeniowców Liczydła, uzupełniających zapasy naszej jednostki. Wymijając tar- gających różne sprzęty żołnierzy, przeszedłem przez salę na ukos i wszedłem bez pukania do zajmowanego przez Nikę składzika. Kapitan była przygotowana na moje przyjście, co ozna- cza, że miała już z wyprzedzeniem wyrysowany na twarzy grymas niezadowolenia. Siedziała odchylona na krze- śle, a nogi w wysokich butach do jazdy konnej położyła na biurku. Miała na sobie lekki pancerz, którego nigdy nie zdejmowała, a czarne włosy, które ostatni raz rozpuściła chyba jako dziesięciolatka, związała w koński ogon. Była drugą najważniejszą osobą w regimencie i prawą ręką pułkownika, a regularne opieprzanie mnie oraz innych oficerów należało do jej głównych zadań. 24 – Czy jest sens pytać cię o obrzucony pomidorami posterunek Straży? – zapytała, kiedy tylko przekroczy- łem próg. – Nic mi na ten temat nie wiadomo – odpowiedzia- łem niewinnie. – Ale brzmi to jak początek świetnej historii, chętnie dowiem się więcej. – Nie przeginaj, Is – warknęła Nika. – Mamy w tej chwili większe problemy, ale jeśli dalej będziesz taki cwa- ny, to oberwiesz za te pomidory. Mamy wreszcie miejsce pobytu alchemika Varaka. – Jakie pomidory? – Wystarczy – ucięła twardo. – Masz robotę dziś w nocy. – Kto go nam wystawił? – Dobrze wiesz. – Ifryt. – Przestań się tak krzywić, Is. To dupek, ale użyteczny. W każdym razie dał nam lokalizację Varaka, dzięki cze- mu możemy się znaleźć bliżej Kręgu niż kiedykolwiek wcześniej. – Gdzie? – Opuszczony magazyn na ulicy Kołowej. Sztab de Verdego dostarczył nam plany budynku, piwnice maga- zynu łączą się z sąsiednim burdelem. Weźmiesz dziesię- ciu ludzi. Czterech zostaje na zewnątrz, przy wejściu do magazynu, reszta idzie z tobą przez piwnice. Nie muszę chyba mówić, że Varak ma dla nas wartość tylko żywy. Otworzyłem usta, żeby skomentować plan Niki, ale natychmiast mi przerwała: – Jeśli chcesz rzucić jakiś głupi komentarz na temat prowadzenia grupy uderzeniowej do burdelu, to lepiej się zastanów. 25 Zamknąłem usta i zrezygnowałem ze swojego ko- mentarza. – Coś jeszcze? – spytała. – Jeśli mamy zgarnąć alchemika, to przydałby nam się ktoś, kto zna ich sztuczki i mógłby wykryć ewentualne pułapki, zanim w nie wdepniemy. – Nie dostaniesz Yorlana. – Zmniejszylibyśmy ryzyko strat… – Nie ma szans – powtórzyła kapitan. – To ma być cicha i czysta akcja, a gdzie Yorlan, tam eksplozje. – Zwi- nęła rozłożony na biurku plan budynku w rulon i podała mi go. – No już, idź zbierać swoich ludzi. Masz tylko kilka godzin na przygotowania. Odprawy z Niką nigdy nie trwały długo. Oczekiwa- ła od nas dużo samodzielności w myśleniu. Nie mogę powiedzieć, żeby ta metoda przynosiła jednoznacznie pozytywne rezultaty. Wstałem i ruszyłem ku wyjściu. – Jeszcze jedno, Is. No tak, oczywiście. – Żadnych błędów. Nie możemy sobie pozwolić na wię- cej strat własnych po masakrze w aptece Schlicka. – Ta akcja była z góry spalona! Jak miałbym uniknąć strat, skoro cały budynek aż się roił od… – Właśnie dlatego wysłałam cię tam osobiście, za- miast wybrać jakiegoś sierżanta, żeby grupą dowodził ktoś zdolny do myślenia. – Skoro już mowa o Schlicku, to od kogo mieliśmy cynk, który nas tam wysłał? Od Ifryta. I teraz znowu pakujemy się… 26 – Ifryt i jego wątpliwa lojalność to mój problem. Skup się na tym, żeby wrócić tu z Varakiem i oddziałem w kom- plecie. – Większość z nas sądzi, że Ifryt… – I właśnie dlatego nie powierza się wam bardziej odpowiedzialnych zadań. No, na co jeszcze czekasz? Jeśli chcesz wyrazić jeszcze jakieś przemyślenia, to zacznij pisać pamiętnik. *** Po wyjściu z celi Niki zajrzałem do klasztornej kuch- ni, skąd zwędziłem kawał podejrzanie pachnącego sera, i wyszedłem na dziedziniec, gdzie wdrapałem się na da- szek przybudówki. Stąd mogłem swobodnie obserwo- wać manewry mojej kompanii, która wykonywała właśnie na placu jedno z bezsensownych ćwiczeń marszowych, które Nika wprowadziła, aby „żołnierze nie mieli czasu na głupoty”. Odbywały się one regularnie, ale osobiście prowadziłem je tylko raz, zanim wpadłem na pomysł, żeby zwalić całą robotę na sierżantów. Oznaczało to niestety, że w tej chwili nic nie odrywało mej uwagi od powalającego zapachu mojego posiłku, który najwyraź- niej trafił do kuchni za sprawą jakiegoś błyskotliwego kucharza, niezdolnego odróżnić sera pleśniowego (uwa- żanego za lokalny przysmak) od spleśniałego. Zresztą ten pierwszy też uważam za paskudny – tylko w tej przeklętej krainie wiecznej wilgoci coś ze słowem „pleśń” w nazwie mogłoby zostać uznane za jadalne. Co nie przeszkadza- 27 ło mi darzyć głębokim podziwem tego anonimowego geniusza, który pewnego dnia spojrzał na swój maga- zyn pełen zepsutego nabiału i pomyślał: „Na pewno jest jakiś sposób, żeby przekonać ludzi do kupienia tego pa- skudztwa”. Oparłem się więc wygodnie plecami o ścianę i wstrzymałem oddech, zjadając ser celowo w taki sposób, by ani razu na niego nie spojrzeć, i kontemplując trudne decyzje personalne, jakie stały przede mną. Bądźcie łaskawi, drodzy czytelnicy, postawić się w mo- jej sytuacji. Usiądźcie ze mną na daszku tej rozpadającej się budy, przegryźcie kawałek sera, który o wiele za długo przeleżał w wilgotnej, mniszej piwnicy, zanim trafił do kuchni, i wyobraźcie sobie, że z paradującej przed wami bandy musicie wybrać dziesięciu ludzi, których zabierze- cie ze sobą, by wykonać trudne i subtelne zadanie. Weźcie przy tym pod uwagę, że w tej hipotetycznej sytuacji do- wodzicie kompanią E, która powinna liczyć stu żołnierzy, ale rzadko kiedy zdarza się wam mieć pod sobą jednostkę w pełnym składzie osobowym. W tej konkretnej chwili, siedząc na daszku i wstrzymując oddech, by uniknąć wy- miotów spowodowanych zapachem sera, macie pod swoją komendą pięćdziesięciu ludzi, z czego trzydziestu jest godnych zaufania, dwudziestu w miarę kompetentnych, a trzech na tyle inteligentnych, by nie wymagać nieustan- nego nadzoru. Tych trzech to wasi sierżanci: Chi, Cefel i Zielony, którzy teraz biegają wzdłuż szeregu i dopro- wadzają do porządku co bardziej niesfornych żołnierzy. Zakładam, że jesteście osobami wysoce spostrzegawczy- mi, więc na pewno nie umknęło waszej uwadze, że przy każdym nowym manewrze Cefel i Zielony spoglądają 28 ukradkiem w stronę Chi i nie tyle wydają polecenia swo- im pododdziałom, co powtarzają jej gesty i komendy. A kiedy widzicie, jak filigranowa sierżant celnym kop- niakiem stawia do pionu dwumetrowego dryblasa, to już na pewno wiecie, bez kogo nie możecie się obejść. Powinniście wiedzieć, że Chi urodziła się po drugiej stronie Gór Granicznych i była niską, skośnooką dziew- czyną o zaskakująco mocnym głosie, która tak źle władała mieczem, że stanowiła większe zagrożenie dla siebie niż dla przeciwnika. Zarazem jednak cechowała się błysko- tliwą inteligencją i z jakiegoś powodu cieszyła większym autorytetem wśród żołnierzy kompanii E niż ktokolwiek inny, włączając w to mnie. Innymi słowy, podobnie jak ja nadrabiała intelektem fizyczne niedostatki i jestem prze- konany, że kiedy wreszcie moje wątpliwe decyzje dopro- wadzą mnie do grobu, Chi będzie świetnym dowódcą kompanii E. Powstrzymajcie mdłości, drodzy czytelnicy, i przełknij- cie kolejny kawałek sera, a potem zwróćcie uwagę na tego bladego chudzielca, który praktycznie zasypia na stojąco, pomimo całego zamieszania dziejącego się wokół. Na- wet z tej odległości na pewno możecie zauważyć, że choć jego prawy rękaw jest podwinięty i odsłania regimentowy tatuaż, to lewa ręka jest zakryta czarną, idealnie dopa- sowaną rękawiczką. To Inacio Ferrente da Laves, czyli po prostu Ferre. Mogliście o nim słyszeć jako o legen- darnym na całym Kontynencie szermierzu. Bynajmniej nie urodził się jako nieludzko szybki i niebezpieczny wojownik, lecz jako gnuśny i rozpieszczony arystokrata. Będąc nastolatkiem, podjął najlepszą decyzję w swoim 29 życiu i sprzedał demonowi duszę w zamian za niebywałe umiejętności szermierskie. Jako zdeklarowany materiali- sta Ferre uważał, że dusza to mit i wymysł naiwnej wy- obraźni, więc z wielką chęcią przehandlował ją, by stać się niezrównanym szermierzem. W konsekwencji został naznaczony piętnem demona, przez co jego lewa ręka stała się trupio sina i wiecznie zimna. Ferre, zawsze prak- tyczny, zaczął od tamtej pory nieustannie nosić na niej skórzaną rękawiczkę i nadal był całkowicie usatysfakcjo- nowany dokonaną zamianą. Inni członkowie regimentu, również niezbyt uduchowieni, całkowicie zgadzali się z jego rozumowaniem i powszechnie uważano podpisany przez niego cyrograf za najbardziej jednostronną transak- cję w historii. Sam demon lubił okazjonalnie nawiedzać Ferrego, chichocząc złowieszczo z ciemności lub ni stąd, ni zowąd tubalnym głosem oświadczając: „Należysz do mnie!”, na co ten zwykł odpowiadać, pokazując mu figę lub jakiś inny, bardziej wulgarny gest. Na pewno się ze mną zgodzicie, kiedy powiem, że jakkolwiek nie czułem się uprawniony wydawać sądy na temat demonicznych powiązań mojego podwładnego, to na pewno nie zamie- rzałem pozwolić, by jego unikalne zdolności nie zostały odpowiednio wykorzystane. Pamiętajcie również, uważni czytelnicy, że niedługo przyjdzie wam się wyprawić w środku nocy w miasto, którego mieszkańcy serdecznie was nienawidzą, a ostat- nia taka akcja zakończyła się krwawą jatką w ciasnej przestrzeni, gdy znienacka napadła was nosząca zwie- rzęce maski banda fanatyków Kręgu. Biorąc pod uwagę te informacje, nie zdziwiłbym się, jeśli w tej chwili wasze 30 oczy zogniskowały wzrok na dwóch największych po- staciach w szeregu, Ugh i Gąbce. Ugh, wysoka na dwa metry i diabelnie silna czarnoskóra kobieta, stanowiła najbardziej niesamowitą kombinację czułej i litościwej osobowości oraz morderczego, zwierzęcego instynktu. Gąbka z kolei, jeszcze wyższy i szerszy od niej, wyposa- żony w takie atrybuty jak blond broda do pasa i wielki topór na plecach, bardziej przypominał pogańskiego boga ludów Północy niż zwykłego śmiertelnika. Gąbka na- prawdę nazywał się Vashirkh Haejmoelth i jak nazwisko wskazuje, był oprócz mnie jedynym w regimencie przyby- szem z krainy wiecznej zimy na północy Drugiego Brze- gu. Z powodu mojego pochodzenia Gąbka przyznawał mi autorytet nawet wyższy niż Nice czy pułkownikowi. Wcześniej służył w kompanii C porucznika Ouangi, ale jako pierdolony rasista odmawiał wykonywania rozkazów czarnego dowódcy. Został więc przeniesiony do mojej kompanii E i w miarę możliwości powstrzymywał się od okazywania pogardy wobec innych ras. Zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo zróżnicowana kulturowo była moja jednostka, obawiałem się, że prędzej czy później poleje się tu krew, ale jak dotąd udawało mi się utrzymać tę bandę w ryzach, choć właściwie to Chi należała się cała zasługa w tej kwestii. Kilka lat wcześniej, gdy awansowała na sierżanta i Gąbka dowiedział się, że ma jej podlegać, spędził parę dni, sarkając i skarżąc się wszystkim, że musi słuchać rozkazów przedstawicielki „słabej rasy”. Wkrótce potem kilku żołnierzy zobaczyło Gąbkę wychodzącego z kwatery sierżant ze łzami w oczach i od tego czasu był jej bezwzględnie posłuszny. W kompanii krąży wiele hi- 31 potez na temat tego, co się wtedy stało, niemal wszystkie zawierają jakieś odniesienie do sił nadprzyrodzonych. Na sam koniec, z trudem przełykając ostatni kęs żół- tozielonego posiłku, możecie się znaleźć przed następu- jącym dylematem: „Czy cenniejsze są dla mnie wysokie umiejętności szermiercze czy raczej posiadanie choćby śladowych ilości zdrowego rozsądku?”. Jeśli uznaliście w tym przypadku zdrowy rozsądek za opcjonalny, to cał- kowicie się zgadzamy, bo po wybraniu jeszcze czterech solidnych i godnych zaufania ludzi dałem znać Chi, by sprowadziła również Hienę i Parcha, którzy pełnili wła- śnie karną wartę przy Gnojowisku, gdzie cały regiment załatwiał swoje potrzeby fizjologiczne. Ta dwójka pako- wała się w kłopoty przy najprostszych zadaniach i nie potrafiła zachować zimnej krwi nawet podczas jedzenia drugiego śniadania, ale byli zarazem dwoma najlepszymi mieczami kompanii (pomijając Ferrego, który znajdował się w całkiem odrębnej kategorii). Jako ochroniarze mie- li dość ambiwalentną wartość, bo stanowili dla swoich braci większe zagrożenie niż jakikolwiek wróg. Sięgali po broń pod każdym pretekstem i jak zaczęli siec, to nie potrafili przestać. Nie trzeba być jasnowidzem, żeby przewidzieć, że przyczyną śmierci tych dwóch nie bę- dzie starość, żołnierskie żarcie czy choroby zakaźne, lecz własna głupota. No dobra, może trochę przesadziłem. Statystycznie rzecz biorąc, można było z dużym praw- dopodobieństwem założyć, że przynajmniej jeden z tych kretynów umrze z powodu paskudnego żarcia, zanim da się zabić przez własną niekompetencję. Do tego czasu musiałem stale mieć ich na oku. 32 *** – Ten cynk przyszedł od Ifryta, prawda? – spytała Chi. – Skąd możemy mieć pewność, że to nie pułapka? Czyniłem akurat ostatnie przygotowania w mojej celi, gdy zajrzała do mnie sierżant. Była już w pełni gotowa do wymarszu, a w rękach trzymała lekką kuszę. Znała swoje mocne i słabe strony, więc nigdy nie podjęła poważnej próby opanowania walki wręcz, zamiast tego skupiając się na doskonaleniu umiejętności strzeleckich. Nosiła oczywiście krótki miecz przy pasie, ale głównie na pokaz. – Głupie pytanie – odpowiedziałem, dopasowując lekki pancerz, składający się z napierśnika i folg. – Oczywiście, że nie mamy pewności. – Źle mnie zrozumiałeś – obruszyła się Chi. – Mamy wielu donosicieli, których słusznie darzymy ograniczo- nym zaufaniem. Ale o Ifrycie wiemy na pewno, że sprze- daje informacje jednocześnie obu stronom, a mimo to zawsze pchamy się tam, gdzie nas wyśle. W końcu mu- simy się sparzyć. – Nika odpowiada za niego. Jak dotąd nas nie wy- stawił i zdaniem pani kapitan on doskonale zdaje sobie sprawę, że jeśli spróbuje to zrobić, to Siódmy Regiment powiesi go za jaja. – Nie wierzę, że Ifryt jest zdolny do racjonalnej oceny swojej sytuacji. Gdyby faktycznie bał się skutków zadzie- rania z niebezpiecznymi ludźmi, to nie kolaborowałby jednocześnie ze wszystkimi stronami konfliktu. Wszy- scy wiedzą, że to sprzedawczyk, i to tylko kwestia czasu, 33 kiedy jedna ze stron wreszcie straci cierpliwość i go zli- kwiduje. Ale Ifryt wydaje się nieświadomy, że jego za- chowania mogą pociągnąć nieprzyjemne konsekwencje. – Do czego zmierzasz? – spytałem z irytacją. – Chcesz mnie przekonać, że Dhuirceath byłoby przyjemniejszym miastem, gdyby znaleziono tę gnidę w rynsztoku z po- derżniętym gardłem? Jestem już po twojej stronie. Ale tu chodzi o Varaka. Nika pójdzie każdym tropem, który mógłby ją do niego doprowadzić, nieważne, jakie jest źródło informacji. Poświęciłaby całą naszą kompanię, żeby dorwać kogoś, kto dałby jej dojście do Kręgu. Chi żachnęła się, a potem niechętnie zmieniła temat. – Rozumiem, że z góry rezygnujemy z anonimowości podczas tej akcji? – Jakbyśmy się nie przebierali, biorąc Ugh i Gąbkę ze sobą, równie dobrze możemy śpiewać hymn regimentu, idąc ulicami. Nie ma szans, żeby ktokolwiek z miejsco- wych dał się nabrać, że jesteśmy swoi. Za to grupa na- jemnych żołnierzy wchodzących do burdelu nikogo nie zdziwi. A potem wyważamy drzwi, spuszczamy wpier- dol i wywlekamy jeńca siłą z kryjówki. – Subtelny plan. A podobno siła nigdy nie jest najlep- szym rozwiązaniem. – Ktokolwiek to powiedział, nie miał zbyt wiele siły. – Ty to powiedziałeś, trzy dni temu. – To by się zgadzało. Nie jestem specjalistą od rozwią- zań siłowych – przyznałem, nieco skruszony. – Od tego mamy Ugh i Gąbkę. Chi uśmiechnęła się ironicznie, bawiąc się naszyjnikiem przedstawiającym coś w rodzaju oplątanego mackami oka. – Co to jest? – spytałem, by zmienić temat. 34 – Symbol czegoś, w co już od dawna nie wierzę. – Boga z twojej ojczyzny? – Coś w tym rodzaju – zawahała się Chi. – Bóg to złe słowo. Po drugiej stronie Gór Granicznych nie wie- rzymy… oni nie wierzą w bogów w takim rozumieniu jak tutaj. Mają zupełnie inne pojęcie istoty boskiej niż wy. Nawet wyrażenie „istota boska” wprowadza w błąd. Wszystkie wasze religie uparcie nadają bogom ludz- ką postać. Niektórzy z nich od tej strony Gór wyznają bóstwa niewidzialne i niepoznawalne, a mimo to myślą o nich w ludzkich kategoriach, przypisują im intencje, plany i zachcianki. Ludzie po drugiej stronie Gór wierzą w coś mniej… jednostkowego. – Rozumiem. – Nie rozumiesz. W ogóle ci tego nie wyjaśniłam. Ten język nie ma odpowiednich pojęć. Nawet w moim oj- czystym ciężko byłoby to wyrazić. Zresztą… – żachnęła się i wsunęła naszyjnik pod koszulę. – Minęło za dużo czasu. Teraz ja sama już tego nie rozumiem. Z tym akurat mogłem się utożsamić. Każdy członek regimentu mógł. Gerard, pułkownik regimentu, gardził wszelkimi sym- bolami, zarówno o charakterze religijnym, jak sentymen- talnym, ale nigdy nie zakazywał ich noszenia żołnierzom. Nie musiał. Tylko nowi rekruci obnosili się ze świecideł- kami zdradzającymi ich pochodzenie czy religię. Po kilku latach zrzucali to wszystko i zostawiali na swoim ciele tylko jeden symbol: tatuaż kąsającego węża owiniętego wokół prawej ręki. Było to zresztą całkowicie zrozumiałe. Służba w pułku rzucała ludzi w coraz to nowe, nieznane 35 rejony, gdzie byli traktowani jak obcy, intruzi, najeźdźcy, nawet jeśli pracodawca regimentu twierdził, że te ziemie prawnie mu się należały. Wobec nieustannego poczucia obcości i zagrożenia, w oderwaniu od rodzinnych stron, dawne wierzenia traciły swą moc. Bogowie dzieciństwa, dawniej tak potężni, wydawali się śmieszni w tych dziw- nych krajach, w których nie tylko nikt się ich nie bał, ale nawet o nich nie słyszał. Kto więc mógł cię ochronić przed zdradzieckim ciosem w plecy, przed poderżnięciem gardła we śnie? Tylko kompani z oddziału. Komu inne- mu można było zaufać, w kim innym pokładać wiarę? W ten właśnie sposób obwieszony błyskotkami rekrut, z kolorową chustą zawiązaną pod szyją, przeistaczał się w odzianego całkowicie w regimentową czerń weterana, wchodzącego do karczmy z podwiniętym prawym ręka- wem, żeby wszyscy goście wiedzieli, kto za nim stoi i kto spali całą wieś, jeśli choćby włos spadnie mu z głowy. Chi wyszła, a ja w ślad za nią, narzucając na napier- śnik kurtkę z wyszytymi symbolami regimentu na ra- mionach. Nie zamierzałem dobrowolnie wystawiać się na cel, więc mój strój nie miał żadnych oznak mojego stopnia. Nie nosiłem też niczego, co przypominałoby mi o kraju, w którym się urodziłem. Każdy element mojego wyposażenia i ubioru trafił do mnie prosto z magazy- nu Liczydła. *** 36 Ruszyliśmy krótko po zmierzchu. Nie musieliśmy się kryć przed wzrokiem przechodniów, o tej porze w Dhuir- ceath można było spotkać więcej patroli wojskowych niż cywili i kolejny maszerujący oddział nie zwracał niczyjej uwagi. Gdy dotarliśmy na miejsce, musieliśmy się jednak wstrzymać, gdyż z burdelu akurat wytaczało się kilku pi- janych erejskich żołnierzy. Teoretycznie byliśmy sojusz- nikami, ale „prawdziwi Erejczycy”, szczególnie po kilku piwach, lubili pokazywać najemnym żołnierzom, gdzie ich miejsce, a ostatnie, czego potrzebowaliśmy w tej chwili, to przypadkowa bójka. Szybko cofnąłem oddział w głąb uliczki, którą nadeszliśmy, a sam ustawiłem się na skrzyżowaniu, w cieniu znaku ulicznego, obserwując żołdaków powoli wylewających się z budynku na chod- nik. Tablica nad moją głową informowała, że znajduje- my się na skrzyżowaniu ulic Kołowej i Wygwizdowej. Z nadania gubernatora wszystkie oznaczenia uliczne po- dawały nazwy w dwóch językach: urzędowym erejskim i miejscowym. My dla własnej wygody zawsze używali- śmy nazw erejskich, ale były one wtórne, przetłumaczone z mniejszą lub większą wiernością z lokalnego oryginału. O ile w centrum miasta, w okolicach uczęszczanych przez gubernatorskich urzędników, tłumaczenia były z reguły trafne i rozsądne, to na obrzeżach, w ubogich dzielnicach, nazewnictwo stawało się bardziej… abstrakcyjne. Trudno stwierdzić, czy wynikało to z przydzielenia mniej zdolnych tłumaczy do mniej znaczących ulic, czy z czystej złośliwości miejscowych. Klasyczny przykład stanowiła ulica Zmysłowego Węgorza, położona koło rybnego targu, na której od drobnych handlarzy można 37 było na własną odpowiedzialność kupić rozmaitej świeżości ryby. Królewscy żołnierze, słaniając się i przeklinając, wresz- cie oddalili się w głąb ulicy Kołowej i dałem znak swo- im, by ruszali. Chi wraz z trójką żołnierzy zajęła pozycję przed wejściem do magazynu, a ja z pozostałą szóstką wszedłem do burdelu. Lokal był pierwsza klasa, już na wejściu odurzający oszałamiający widokami, zapa- chami i dźwiękami, zarówno tymi wydobywającymi się z instrumentów muzycznych, jak i tymi bardziej fizjolo- gicznej natury. Poczułem, że poziom koncentracji moich ludzi spada drastycznie. Niemal natychmiast dopadła nas bajzelmama, prze- sadnie umalowana, starszawa i nieco pulchna kobiecina. – Ach, witamy, witamy dzielnych wojowników – za- gdakała przymilnie. – Bardzo nas cieszą takie wizyty grupowe. Czym mogę służyć? – Przede wszystkim interesują nas wasze piwnice – powiedziałem. czął chichotać. – W porządku, ale za perwersje trzeba dopłacić. Zdębiałem na moment. Parch za moimi plecami za- – Mam na myśli dosłowne piwnice, te pod budynkiem – wyjaśniłem, starając się zachować poważny i groźny wygląd. – Musimy przez nie przejść. – Obawiam się, że to niemożliwe. – Bajzelmama po- kręciła głową. – Te pomieszczenia są obecnie przez nas użytkowane w sposób dość… intensywny. – Chyba się nie zrozumieliśmy – powiedziałem lodo- watym głosem. – To nie jest prośba. 38 Bajzelmama skinęła na wykidajłę, który z kąta przy- słuchiwał się naszej rozmowie. – Guir, mój drogi, pokaż naszym gościom, jak trafić do wyjścia. Osiłek postąpił krok do przodu, ale zanim zdążył co- kolwiek zrobić, Ferre już był przy nim. Ledwie zareje- strowałem jego ruchy, gdy błysnął nóż i strumień krwi trysnął z szyi wykidajły. Po chwili żołnierz był już z powro- tem na swoim miejscu, spokojnie wycierając nóż, a Guir wykrwawiał się na podłodze z poderżniętym gardłem. – Przyjrzyj się nam dokładnie – zwróciłem się do prze- rażonej bajzelmamy. – Zastanów się dobrze, czy na pew- no chcesz spróbować jeszcze raz. Bo niezależnie od tego, ilu masz jeszcze takich osiłków na podorędziu, ta historia skończy się twoim trupem dyndającym na latarni. A te- raz zaprowadź nas do piwnic, my zrobimy swoje i nigdy więcej nas nie zobaczysz, chyba że ktoś z nas zechce sobie podupczyć na przepustce. Przez chwilę stała nieruchomo, sparaliżowana stra- chem, a potem z ociąganiem poprowadziła nas do piwnic. Szybko okazało się, dlaczego tak niechętnie wpuściła nas do tych pomieszczeń. Burdel najwyraźniej był bardzo wy- dajnie zarządzany i nie pozwalano żadnemu kawałkowi nieruchomości się zmarnować. Piwnice przeznaczono więc dla gości o bardziej niekonwencjonalnych upodoba- niach. Kiedy tam zeszliśmy, znaleźliśmy się nagle pośród nagich mężczyzn i kobiet, biczowanych lub biczujących, prowadzonych na smyczach, związanych sznurami bądź przykutych kajdankami do ścian. Niektórzy z klientów reagowali wstydem bądź strachem na nasz widok, ale 39 wielu uznało nas za część przedstawienia. Gdyby nie to, że mieliśmy pilniejsze sprawy na głowie, na pewno przyj- rzelibyśmy się dokładnie wszystkim obecnym i zapisali nazwiska na poczet przyszłych szantaży. Może w przy- szłości trafi się okazja, żeby ponownie odwiedzić to miej- sce z notatnikiem i dobrą lampą. Pomimo tłoku i kiepskiej widoczności dość szybko przedostaliśmy się przez piwnice burdelu. Kilka razy musiałem przywoływać do porządku Hienę i Parcha, którzy nie byli w stanie się powstrzymać przed ma- caniem mijanych prostytutek bądź naśmiewaniem się z obnażonych klientów. Nie mogłem sobie przypomnieć, dlaczego uznałem, że zabieranie ich ze sobą było do- brym pomysłem. Bajzelmama doprowadziła nas do solidnych, dębo- wych drzwi, które stanowiły przejście do magazynu. Wyciągnęła zza pazuchy klucz i przekręciła go w zam- ku. Otworzyła wrota i sięgnęła po klucz, ale ja złapałem go pierwszy. – Dziękuję, to już wszystko – powiedziałem chłodno. – Klucz będzie nam jeszcze potrzebny. Proszę się nie martwić, zamknę drzwi od zewnątrz. Przez moment sprawiała wrażenie, jakby miała zamiar się sprzeciwić, ale szybko się opamiętała. Przeszliśmy przez drzwi i zamknąłem je za sobą na klucz, gdy już wszyscy znaleźliśmy się po drugiej stronie. Wchodząc do kryjówki podejrzewanego o konszachty z buntownikami alchemika, rzecz jasna spodziewaliśmy się kłopotów. Zakładaliśmy obecność licznych pułapek, które mogłyby wywołać eksplozję pod naszymi stopami 40 albo przebić nas wysuwanymi ze ściany ostrzami. Wy- obrażaliśmy sobie oblewający nas kwas albo otaczającą nas chmurę trującego gazu. Spodziewaliśmy się również uzbrojonych buntowników, gotowych bronić swojego cennego sprzymierzeńca. Możecie więc wyobrazić sobie nasze zaskoczenie, gdy zaraz po wejściu do magazynu zo- staliśmy ciepło powitani przez nerwowego, gadatliwego staruszka, który nie posiadał się z radości na nasz widok. – Witam, zapraszam szanownych państwa! – zawołał alchemik, widząc nasz oddział przeciskający się przez wą- skie przejście, które zaprowadziło nas schodami z podzie- mi magazynu do głównej hali. – Nawet nie wiecie, jak się cieszę na wasz widok! Hip, hip, hurra! Niech żyją dzielni wojacy z Erei! To nasze chłopaki są! – Co kurwa? – wyrwało się Parchowi. Mieliśmy przed sobą niskiego, zgarbionego starusz- ka, ubranego w ognioodporny fartuch i osmaloną czap- kę. Wszystkie włosy na jego głowie zostały wypalone, a twarz miał usmarowaną sadzą. – Tak, tak, rozumiem wasze zdziwienie – zagdakał. – Czemu ten Varak cieszy się z przybycia Erejczyków? Czy nie powinien rzucać w nich bombami? Czy nie powinien uciekać? Nie, nie, nie, tak, tak, tak. – Nie jestem pewien, czy nasza misja stała się właśnie trudniejsza czy łatwiejsza – mruknąłem. – Przybyliście mnie zabrać? – spytał Varak i nie czekając na odpowiedź, kontynuował: – Dobrze, dobrze, dobrze. Zabierzcie mnie stąd i to szybko. Narozrabiałem i bun- townicy niezbyt mnie teraz lubią. Chętnie sprzymierzę się z wami, Erejczykami. Przyda mi się dobra ochrona. 41 Nie macie chyba nic przeciwko wybuchom? E, widzę, że wy nie z tych strachliwych. Na pewno się dogadamy. Najwyraźniej jedyną formą oporu ze strony alchemika miała być niekończąca się gadanina. Dałem znak Ferre- mu. Ten podszedł do niego i szybkim ciosem pozbawił go tchu, a następnie spokojnym ruchem wyciągnął z kie- szeni przygotowany uprzednio przez Yorlana flakonik i nasączył chustkę zawartym w nim płynem. Sprawnym chwytem unieruchomił Varaka i przycisnął mu ją do twarzy. Staruszek oklapł w jego ramionach i padł nie- przytomny na ziemię. – To… było znacznie mniej skomplikowane, niż się spodziewałem – stwierdził ze zdumieniem w głosie Hie- na. – I pomyśleć, że mógłbym teraz leżeć w moim łóżku. Albo na podłodze w burdelu za ścianą. – Nie martw się – powiedział beznamiętnie Ferre, chowając chustkę do kieszeni. – Na pewno jeszcze coś się spierdoli. – Gąbka – odezwałem się i wskazałem na alchemika. Gąbka z ociąganiem podszedł do nieprzytomnego jeńca, podniósł go bez wysiłku i przerzucił sobie przez ramię jak tobołek. – Chcesz przeszukać budynek? – zapytał mnie Ferre. – Nie, mamy to, co potrzebujemy. – Wracamy przez burdel czy frontem? – Burdel. Zakryjcie kapturem twarz Varaka, będzie wyglądało, jakbyśmy nieśli pijanego kolegę. Zrobili, jak kazałem, i wróciliśmy z powrotem do podziemi. Ponownie przeszliśmy przez piwnice burdelu, przyciągając zaskakująco mało uwagi. A potem, wedle słów bezdusznego proroka, wszystko się spierdoliło. 42 Wspięliśmy się schodami prowadzącymi z piwnic zam- tuza na parter i znaleźliśmy w głównej sali, przez któ- rą przechodziliśmy już wcześniej. Tylko że tym razem była pusta. Nigdzie nie widać było ani bajzelmamy, ani prostytutek, ani klientów. Ostrzegawczy dzwonek za- dzwonił w mojej głowie, ale mimo to ruszyliśmy w po- przek pomieszczenia. I wtedy pułapka się zatrzasnęła. Nagle jak spod ziemi wyrosło wokół nas kilkanaście dziewczyn, każda trzymająca w rękach naciągniętą ku- szę. Byliśmy na samym środku sali, otoczeni i komplet- nie zaskoczeni. Innymi słowy, wykazałem się całkowi- tym taktycznym kretynizmem. Dlaczego komukolwiek przyszło do głowy, że to dobry pomysł powierzać mi dowodzenie jednostką? – To prawdziwy zaszczyt gościć przedstawicieli słyn- nego Siódmego Regimentu w naszych progach – rozle- gło się z góry. – To doprawdy szkoda, że poznajemy się w tak przykrych okolicznościach. Głos należał do kobiety, która stała na szczycie scho- dów. Kobiety tak zjawiskowo pięknej i tak zmysłowo ubranej, że mój nauczony doświadczeniem i przesiąk- nięty cynizmem instynkt od razu zawołał: „Pułapka!”. W samą
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Taniec marionetek
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: