Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00172 006777 13591581 na godz. na dobę w sumie
Tatarzy w Sandomierzu - ebook/pdf
Tatarzy w Sandomierzu - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 49
Wydawca: Wydawnictwo Armoryka Język publikacji: polski
ISBN: 978–83–62173–50–1 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> lektury szkolne, opracowania lektur
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Wierszowana opowieść o zdobyciu Sandomierza przez Tatarów w XIII wieku. Legenda o bohaterskiej Halinie, która oddała życie za miasto.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Ferdynand Kuraś Ferdynand Kuraś Tatarzy Tatarzy w Sandomierzu w Sandomierzu Armoryka Armoryka Ferdynand Kuraś Tatarzy w Sandomierzu Ferdynand Kuraś Tatarzy Tatarzy w Sandomierzu w Sandomierzu Dwie Legendy Wierszem Opowiedziane   z przedmową   Zygmunta Kolasińskiego Zygmunta Kolasińskiego Armoryka Sandomierz 2010 Tekst: Ferdynand Kuraś (1871­1929) Redaktor: Władysław Kot Projekt okładki: Juliusz Susak Na okładce: Kościół św. Jakuba w Sandomierzu. Foto Elżbieta Sarwa Tekst książki według edycji: TATARZY W SANDOMIERZU  Dwie Legendy Wierszem Opowiedziane  Ferdynand Kuraś  z przedmową  Zygmunta Kolasińskiego  Wydanie Drugie  Kraków nakładem Komitetu Obywatelskiego w Tarnobrzegu 1912 Zachowano oryginalna pisownię Copyright © 2010 by Wydawnictwo „Armoryka” Wydawnictwo ARMORYKA ul. Krucza 16 27–600 Sandomierz tel 15 833 21 41 e–mail: wydawnictwo.armoryka@interia.pl http://www.armoryka.strefa.pl/ ISBN 978–83–62173–50–1 PRZEDMOWA Bladzi nędzarze przy cudzym warsztacie, Co zasypiają pod snów ciężką strażą, I ci, co wloką dni w zapadłej chacie – Czy oni marzą? (Marya Konopnicka). A jeśli marzą, to o czem? Czy się im kiedy śni ojczyzna? Czy  miłość ku niej, wiara w nią, ofiara dla niej zawsze będą czemś ob­ cem i obojętnem dla tych milionów? To pytanie od lat stu – i więcej, bo od czasów Kościuszki – za­ dawały sobie wszystkie przewodnie duchy narodu: Mickiewicz za te, śpiące naówczas, miliony  kochał i cierpiał  katusze ; Słowacki zaklinał  niech żywi nie tracą nadziei i przed narodem  niosą oświaty kaganiec ; Krasiński w duchu przeczuwał, że kiedyś przecie spełni się  cu­ dów cud...  A za tymi trzema poszła nie tylko myśl, nie tylko pragnienie –  lecz praca wytrwała i płodna całych pokoleń, by śpiących rycerzy  zbudzić i uczynić z nich świadome celu hufce prawdziwych Pola­ ków. I ziarno rzucone wzeszło, bo padło nie na opokę, lecz na szla­ chetne serce i zdrowy rozum naszego ludu – a dzisiaj widać już  plon   bogaty:   poczucie   obywatelskie   najszerszych   warstw,   które  5 stają się w oczach naszych tem, czem dawno być powinny, olbrzy­ mim i niezłomnym fundamentem narodowej przyszłości. Że lud  polski ocknął się z wiekowego letargu, że wchodzi na drogę wska­ zaną przez Kościuszkę i przez Trzech Poetów – tego dowodem jest  nasze życie publiczne, w którem siermiężne tłumy pospołu z inny­ mi stanami dzielnie podtrzymują sztandar narodowy. I ziarno rzucone wzeszło, bo padło nie na opokę, lecz na szla­ chetne serce i zdrowy rozum naszego ludu – a dzisiaj widać już  plon   bogaty:   poczucie   obywatelskie   najszerszych   warstw,   które  stają się w oczach naszych tem, czem dawno być powinny, olbrzy­ mim i niezłomnym fundamentem narodowej przyszłości. Że lud  polski ocknął się z wiekowego letargu, że wchodzi na drogę wska­ zaną przez Kościuszkę i przez Trzech Poetów – tego dowodem jest  nasze   życie   publiczne,   w   którem   siermiężne   tłumy   pospołu  z innymi stanami dzielnie podtrzymują sztandar narodowy. I nigdzie, w żadnym z trzech zaborów, podszepty, wzywające  do waśni społecznej, nie znajdują oddźwięku pod strzechą wło­ ściańską. Przeciwnie, właśnie z pod tej strzechy podnoszą się gło­ sy, na które zadrgnąć musi radością i nadzieją każde serce polskie,  głosy chłopskich poetów, którzy w prostych i gorących pieśniach  dają wyraz nie tylko własnym swoim uczuciom, ale widno uczu­ ciom całego włościaństwa:  Hej Wisło!. Jak nic w biegu twej wody nie wstrzyma, Nie wstrzyma też nic ludu polskiego – olbrzyma! A jako ty starego trzymać się chcesz łoża, Tak i my Polski – wolnej od morza do morza!  Czyliż ręka, która te słowa pisała, nie jest godna racławickiej  kosy i uścisku dłoni Naczelnika? A jakie w tej głębokiej duszy ja­ sne zrozumienie, że tylko  jednością silni  możemy się dobić odro­ dzenia: 6 Jak tułacz, wiodąc życie wśród cierpień niedoli, Bez piędzi użyźnionej potem dziadów roli...  Walka o byt pochłania najlepsze jego siły, gnębi w nim dar pie­ śni, on zaś, potomek rolników zrodzony do pługa, schnie z tęskno­ ty za własnym zagonem, o którym nawet marzyć nie może.  A ziemia, ziemia – taka urodzajna, Taka pszeniczna – taka chlebodajna, Że bez trudności jeden taki mały Powiat, wyżywić zdołałby kraj cały!1 Na widok, jak w twardym znoju targa się i marnuje talent od  Boga samego dany mu na pożytek społeczeństwa – powstała wśród  szerokich kół włościaństwa powiatu tarnobrzeskiego myśl, by ze  składek, zbieranych w całej Polsce, zakupić dla poety kilkumorgo­ wa zagrodę włościańską. Celem urzeczywistnienia myśli tej, zawiązał się w Tarnobrzegu,  pod   protektoratem   prof.   Stanisława   hr.   Tarnowskiego,   prezesa  Akademii Umiejętności w Krakowie, Komitet, który zajął się zbie­ raniem funduszów, a obecnie, celem przysporzenia tychże, wydaje  nakładem swoim niniejszą książeczkę – dziełko poety. Cały do­ chód z wydawnictwa przeznacza Komitet na fundusz powyższy. Niechajże poeta, który głosi zgodę i miłość wszystkich stanów  – od wszystkich stanów otrzyma zaszczytną nagrodę; niechaj spła­ cheć własnej ziemi orze ten śpiewak ludowy, który ukochał całą   ziemię polską  od morza do morza 2 1 Przytoczone tu urywki wierszy poety pochodzą ze zbiorku zat.:  Z pod chłop­ skiej strzechy w. Zbiorek poezyi chłopa z nad Wisły Ferdynanda Kurasia.  Wydawnictwo   imienia   Tadeusza   Kościuszki.   Nr.   50.   Kraków.   Nakładem  Księgarni Ludowej Kaspra Wojnara. 1905. 2 Z odezwy Komitetu obywatelskiego dla sprawy Ferdynanda Kurasia. Skład  7 * * * Nazwisko Ferdynanda Kurasia nie obcem jest dzisiaj ogółowi  czytającemu w Polsce. Znają je czytelnicy pism ludowych, które  do niedawna przeważnie jego żyły poezyą, znają je czytelnicy co­ raz więcej rozpowszechnianych kalendarzy polskich wydawców,  nie obcem wreszcie nazwisko poety czytelnikom pism miejskich,  które często, wyłowiwszy prawdziwe perły pośród powodzi wier­ szy jego, zamieszczają je na łamach swoich. Przed czterema laty, zebrano staraniem przyjaciół poety rozrzu­ cone po czasopismach utwory i wydano w pokaźnym zbiorku, za­ tytułowanym  Z pod chłopskiej strzechy . Zbiorek ten był pierw­ szym przeglądem dotychczasowego dorobku poety, który też po  raz pierwszy stanął przed oceną publiczną. Sąd o zbiorku wypadł jak najpomyślniej – jednogłośnie uznano  autora jego za poetę z Bożej łaski, posiadającego niezwykłą, jak na  wiejskiego samouka, kulturę literacką, wyposażonego w szczerość  i podniosłość uczuć. Biły bowiem z tych strof, skreślonych twardą  ręką wiejskiego pracownika, myśli podniosłe i promienne, jaśniała  bezgraniczna miłość ziemi ojczystej, wielka, niczem niezachwiana  wiara i wielka nadzieja. To sympatyczne nad wyraz przyjęcie postawiło Kurasia na cze­ le szeregu polskich poetów­włościan. Odtąd minęło lat kilka – ciężkich i szarych dla chłopskiego lir­ nika, który upośledzony na słuchu, obarczony liczną rodziną, z za­ wistnym losem borykać się musi. Upłynęły lata ­ a Kuraś, mimo  rozpaczliwej walki z życiem lutni nie zarzuca, lecz przeciwnie,  z myślą o lepszem jutrze, na coraz ją pełniejszy ton nadziei nastra­ ja. Mówi o tem cały dorobek poety z tego czasu3, świadczący do­ 3 Komitetu podany na końcu niniejszej książeczki. Wiązanka z chłopskiej niwy . Poezyę chłopa znad Wisły Ferdynanda Kura­ sia. Biblioteka Macierzy Polskiej Nr. 51. Lwów. Nakładem Macierzy Pol­ 8 zdradą i chytrością, truli, gdzie oręż ich nie przemógł. Bitwę prowadzili w sposób następujący. Po zasypaniu nieprzyjacie­ la strzałami, uderzali na niego całą siłą i pędem pioruna. Jeśli od razu  nie zwyciężyli, rozsypywali się z równą szybkością, aby wywieść go do  pogoni i podzielenia sił, które szybkim zwrotem łatwiej pokonywali.  Pokonanego nieprzyjaciela ścigali dniem i nocą, tak urządzając swoje  szyki, aby jedne po drugich bez przerwy następowały. Okropny był stan ziemi polskiej po pierwszym napadzie Tata­ rów. Miasta i włości zrównali z ziemią, wedle przysłowia nie zo­ stała trawa gdzie przeszli. Padł pod ich mieczem, ktokolwiek zdol­ ny do broni – a żywi, mówią kroniki – zazdrościli umarłym grobo­ wego spokoju. Zdaniem bowiem Dżingis­chana, miłosierdzie było  przymiotem   słabych;   surowość   sama   zapewniała   posłuszeństwo  pokonanego nieprzyjaciela, którego nienawiści ku zwycięzcy – jak  mówił – łaskawość nigdy nie łagodzi. * * * W dwadzieścia lat po pierwszym napadzie, Tatarzy znowu po­ wrócili, ale ten nowy najazd był jeszcze straszniejszy od pierwsze­ go. Wypadki, jakie się podówczas w murach Sandomierza rozegra­ ły, posłużyły poecie za temat do skreślenia pierwszego poematu,  zatytułowanego  Zdrada tatarska . Wpadli wówczas do Polski Tatarzy – opowiada pierwszy nasz  historyk Długosz – zaraz po uroczystości św. Jędrzeja, a byli pod  wodzami Nogajem i Telebugiem. Podstąpili pod Sandomierz, spa­ lili miasto i wnet ścisnęli oblężeniem zamek, do którego schronili  się mieszkańcy całej okolicy z żonami, dziećmi i majątkami. Tata­ rzy – po trzech dniach oblężenia, wywabiwszy zdradziecko do­ wódcę zamku Piotra z Krepy, i jego brata Zbigniewa, zabili ich u  siebie w obozie; potem gwałtownie rzucili się na zamek i zdobyw­ szy go, sprawili w nim rzeź okrutną. Tyle wtedy – mówi dalej Dłu­ gosz – pod mieczem barbarzyńców wylało się krwi chrześcijań­ 12 skiej, że ze wzgórza, na którem zamek jest zbudowany, do Wisły,  co podle zamku płynie, krew ciekła jakby potokiem i woda Wisły  krwią się zabarwiła. Piotr z Krępy, zanim opuścił mury zaniku, jakby śmierć swą  przewidując, przywołał wiernego sługę swego, burgrabiego Bogu­ chwała i powierzył mu opiekę nad swoją córeczką. Poszedł woje­ woda Piotr, a Boguchwał wziąwszy małą Halinę na ręce i osłoniw­ szy ją płaszczem, uniósł skrytymi lochami do kościoła św. Jakóba  i ukrył na jego wieży. Spełniły się smutne przewidywania – lud  i kapłani zostali wymordowani, ale Halina ocalała. W rzezi tej zginęło również 49 Dominikanów z bł. Sadokiem na  czele. Według legendy, 2 lutego 1260 roku, w dzień Oczyszczenia  N. M. P., modlili się bracia zakonni do swej osobliwej Opiekunki.  Modły były tem żarliwsze, że nawała tatarska obiegła miasto, zdo­ była gród i zamek, czyniąc tam straszliwą rzeź między obezwład­ nionym ludem. Poważny spokój pierwszych chrześcijan panował  na chórze zakonnym. Może modły odwrócą klęskę, może dziki  barbarzyńca cofnie się dotknięty szlachetną wolą Bożej Rodziciel­ ki. Skończyła się jutrznia, a jeden z nowicyuszów, skromne ubogie  zapewne chłopię, czyta martyrologium na ten dzień przypadające.  Wyliczył już wszystkich, co w tym dniu za wiarę prawdziwą pole­ gli, ponosząc śmierć męczeńską, gdy wtem przed oczyma jego zło­ temi literami rozwija się napis w księdze. Oczom nie wierzy, czyta  po raz drugi, w księdze wyraźnie napis wymienia: W Sandomierzu  męczeństwo czterdziestu dziewięciu męczenników. Wszyscy stru­ chleli. Przeor Sadok kazał podać księgę. Patrzy... prawda! najwy­ raźniej   złotemi   literami   wypisano.   Popatrzył   raz   jeszcze   chciał  przeczytać,   lecz   wyrazy   znikły.   Zrozumiał   odrazu   świątobliwy  mąż, że to przestroga Boska, że dziś jeszcze trzeba się braciom  rozstać z tym światem – umrzeć śmiercią męczeńską. Nie zarządził  tedy żadnej obrony klasztoru, lecz owszem w gorącem przemówie­ niu napomniał braci, aby posłuszni woli Bożej, z wszelką powol­ nością poddali swoje głowy pod miecze tatarskie. Po odbytej spo­ 13 wiedzi zaintonował hymn Salve. Regina, w czasie którego wpadli  do kościoła Tatarzy i wymordowali zgromadzonych. Zginęli – mówi o nich Jadwiga Łuszczewska (Deotyma) – jak roz­ śpiewana ptaszyna, którą wśrod pieśni przeszywa pocisk myśliwca. W roku 1287 po raz trzeci zwaliły się na Polskę hordy tatarskie.  Leszek Czarny umknął na Węgry, a Tatarzy spustoszyli jego dziel­ nice i zabrali w jasyr do trzydziestu tysięcy kobiet. Tym   razem   jednak   Sandomierzanie,   nauczeni   poprzedniemi  klęskami, przygotowali się należycie do walki, wzmocnili miasto  dokoła i pokopali pod niem lochy, w którychby się przed dziczą  w razie przegranej schronić mogli, stąd trzeci napad wcale się na­ jezdcom nie powiódł. Tatarzy jednak, lubo przez wójta Witkona odparci, obozowali  na poblizkiem wzgórzu i grozili miastu nowym napadem, który kto  wie, jakby się mógł był zakończyć, gdyby nie znalazł się bohater,  który okupując własnem życiem wolność miasta, uczynił wrogów  nieszkodliwymi a nawet zdołał wyniszczyć ich zupełnie. Tradycya przypisuje czyn ten bohaterowi­kobiecie, córce wspo­ mnianego wyżej Piotra z Krępy, ocalonej przez Boguchwała od  niechybnej śmierci, wdowie po wojewodzie Pilawicie. Dzielna ta  niewiasta udać się miała, jak druga Judyta, nocą, gdy ognie w mie­ ście pogaszono, do obozu tatarskiego i tam przedstawiwszy się do­ wódcy, jako kobieta pałająca zemstą ku Sandomierzanom, obiecała  poprowadzić zastępy tatarskie do lochów, w których jak mówiła –  pokryli się mieszkańcy miasta, wraz ze swymi skarbami i dziew­ czętami. Tatarzy dali się ułudzie – i wpadli w zasadzkę. Gdy bo­ wiem weszli za nią do owych lochów z pochodniami, zaczajony  w pobliżu wójt Witkon z przysposobionymi za jej rozkazem ludź­ mi, do otworu przybiegł i takowy kamieniami zarzucił i zamuro­ wał, tak, że wszyscy Tatarzy – niestety wraz z dzielną niewiastą –  wyginęli. * * * 14 PRZYGRYWKA Blizko mej wioski, na szczycie góry, Gdzie Wisła dołem zdrój toczy, Grodu starego wznoszą się mury – Tam zawsze zwracam swe oczy.   Nie wiem dlaczego, czy dla tych kości, Których tam pełno się kryje, Serce me, pełne świętej miłości, Żywiej na widok ten bije?   A może, może... O, ziemio święta! Mężnych rycerzy, sług Boga Iżeś męczeńską krwią przesiąknięta, Dlategoś sercu tak droga.   O Sandomierzu! Ty nam jak księga Ręką Joela5 pisana, Mówisz, że zginąć musi potęga Najeźdźcy, ludów tyrana. I wstanie Polska – świetlna jak zorza, Jak ziem królowa, bogata 5 Joel, syn Petuela, autor jednej r. najmłodszych ksiąg proroczych Starego Te­ stamentu. 16 W swobodę ludów, w owoc i zboża, Na podziw całego świata.   Komu w świetlaną przyszłość narodu Zwątpienie kamieniem ciąży, Niechaj do tego starego grodu – Do Sandomierza – podąży.   Tu ci Katedra z przedziwną siłą Opowie ściany wnętrznemi, Jak to za czasów dawniejszych było Nieraz na polskiej  tej ziemi.   Na wielkich płótnach malarz natchniony Napad na miasto odtwarza Dziczy mongolskiej i mord szalony Mieszkańców i sług Ołtarza.   Gdy się w nie wpatrzysz, pomyślisz sobie: Gdyśmy Tatarów przetrwali, I głucho o nich w Polsce w tej dobie – Przetrwamy także Moskali.   I wstanie Polska – świetlna jak zorza, Jak ziem królowa, bogata W swobodę ludów, w owoc i zboża – Na podziw całego świata! 17 ZDRADA TATARSKA I. Stary Sandomierz z wyniosłymi szczyty Ginie przed okiem, w cień nocy spowity, Tylko u jego stóp rozległe błonie Mnogością ognisk w czarnych mrokach płonie. A po spokojnej modrej Wisły toni, Od gorejącej ogniskami błoni Wrzaski, jak wycia cmentarnych straszydeł, Z szumem, jak łopot nietoperzych skrzydeł, Zmieszane z koni powiązanych rżeniem, Płyną, nadbrzeżną gąszcz przejmując drżeniem.   Horda tatarska, łupów i krwi chciwa, Z dalekich stepów do Polski przybywa I przy płonących wsi i miast pożodze, Mordując wszystko napotkane w drodze, Tu – pod Sandomierz – przybliża się hurmem, Aby za pierwszym gród ten zdobyć szturmem.   Jak gdy wzburzone oceanu łono Hucząc i wyjąc z furyą szaloną O brzegi lądu bałwanami ciska – Z takim impetem Tatarstwo uderzy, Gradem pocisków prosto w miasto mierzy 18 I krwi spragnione kindżałami błyska I dzikiem  Allach!  powietrze rozdziera I coraz wścieklej na mury napiera. Lecz się zawiedli w rachubach pohańcy, Gdyż nieulękli, odważni mieszkańcy, Obywatele prastarego grodu, Wprawni szablicą wywijać od młodu, Niejednem chlubnem wsławieni zwycięstwem, Pod Piotrem z Krępy, co głośny był męstwem Jeden po drugim przez dzicz przypuszczony Atak, mężnemi odparli ramiony.   I oto teraz, gdzie ognie się palą, Dzicz nieprzejrzaną rozlała się falą I przy ogniskach zziębła i zmoczona Grzejąc się, z wodzów niezadowolona, Że ją na wichrze trzymają i słocie Bezczynnie, szemrząc myśli o odwrocie.   W namiocie wodzów tatarskich, Nogaja I Teleboga, zebrała się zgraja Starszyzny hordy na walną naradę. By jak najrychlej przyspieszyć zagładę Miastu, co szczupłą mając garstkę ludu Ku swej obronie, dokazuje cudu. Leniwo jednak narada się toczy. Telebogowi krwią nabiegły oczy I dziko niemi w stronę miasta błyska I z ust spienionych stekiem przekleństw ciska. Wściekły, że mimo mnogiej hordy siły; Zamiary jego sromotnie chybiły; 19
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Tatarzy w Sandomierzu
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: