Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00367 033505 15679220 na godz. na dobę w sumie
To, co wylazło spod stołu - ebook/pdf
To, co wylazło spod stołu - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 179
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-3502-2 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> literatura piękna >> komiks i humor
Porównaj ceny (książka, ebook (-11%), audiobook).

To zbiór opowiadań, które pokazują nam codzienny horror. Zwykli ludzie borykają się w nich z pokręconą rzeczywistością, pozwalającą na istnienie tego, co ohydne, straszne i zwyrodniałe. Znajdujemy się w Polsce, tu i teraz, a bohaterowie tych krótkich tekstów mogą być naszymi sąsiadami z bloku albo mieszkańcami tej samej wsi. Tyle tylko, że oni muszą stawić czoła grozie, często niepojętej.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

To, co wylazło spod stołu Paweł Pietrzak ISBN 978-83-934622-0-9 2 Dla Kasi i Mikołaja. Bo istnieją. 3 SPIS TREŚCI strona To, co wylazło spod stołu 5 Domek na drzewie 14 Instynkt stadny 40 Gliiiiizda!!! 54 I na nas będzie sypało 59 Kanciapa 69 Koyamatsu i ciemność 89 Zawsze po północy 112 Przemiana 123 Słodki Książę 132 Jazda! 136 Gniew 143 Mamo! 151 Inwentaryzacja 156 Piosenka dla Zuzi 175 4 TO, CO WYLAZŁO SPOD STOŁU To, co wylazło spod stołu było ohydne. Nie ohydą karalucha albo śmierdzącego psa. Było ohydne w sposób, w jaki może być tylko coś, co wymyka się działaniu najbardziej wybujałej wyobraźni. Oślizgłe, gnijące, pulsujące trupią odrazą. Gdyby było niewielkie, właśnie rozmiarów tego karalucha, pewnie podskoczyłbym, czując na karku gęsią skórkę, a potem tylko zatłukłbym to coś pierwszym lepszym ciężkim przedmiotem i wytarł plamę. To jednak miało rozmiar, powiedzmy, owczarka niemieckiego, ale było szersze, potężniejsze, z wielkim łbem i masywnymi łapskami. Ociekało czymś, cuchnęło i lazło w kierunku Karoliny, która oczywiście tego stwora nie widziała. Jadła obiad, jak zwykle powoli i uważnie, bez siorbania, mlaskania, postukiwania widelcem o talerz. Przygotowała posiłek i pewnie gdyby nie niedziela, wymówiłaby się od jedzenia mówiąc, że naszykowała się i samym zapachem i smakowaniem się najadła. Ale mieliśmy niedzielę, więc wszystko musiało być „ęą”, nawet się przebraliśmy. Dzień był ładny, naprawdę słoneczny i humory mieliśmy dobre. A potem to wylazło spod stołu i ruszyło na Karolinę. A ja patrzyłem, jak opasłe cielsko jest coraz bliżej mojej nieświadomej niczego żony. Nasz stół jest szeroki, mebel idealny na spotkania rodzinne, z miejscem dla sześciu osób, a w porywach i ośmiu. To coś wylazło spod niego miej więcej na środku blatu, więc miało może czterdzieści centymetrów do nóg Karoliny. Jak szybko monstrum z koszmaru jest w stanie przeczłapać taką odległość? Kurewsko szybko, wiecie? Karolina dostrzegła moją minę. Zamarła w niemal teatralnym geście, z widelcem w dłoni i otwarła usta czy to, by przełknąć, czy też coś powiedzieć. Cokolwiek miała zamiar uczynić, nie zdążyła, bo monstrum przewróciło ją razem z krzesłem i zakryło, postękując i charcząc. Ja natomiast w także tanim geście zasłoniłem oczy dłońmi, by nie widzieć, jak plugastwo pożera moją małżonkę. Słyszałem pohukiwanie i odgłos darcia. Ani krzyku, ani… - Patryk! Głos Karoliny nie był pełen cierpienia, ani nie bulgotał z powodu krwi zalewającej krtań, ani nie był błagalny w stylu tych, co to ryczą panie w horrorach. Kryło się w nim pytanie, nic więcej. Odsłoniłem oczy. Karolina siedziała naprzeciwko mnie z widelcem 5 zawieszonym w miejscu sprzed pojawienia się potwora. Potwora, który oczywiście zniknął. - Patryk – powtórzyła Karolina z mniejszym naciskiem, z troską chyba nawet. – Znowu? Tak, znowu. XXXXX Dokładnie nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy ujrzałem to coś. Wiem tylko, że wracałem wtedy do domu z pracy. Czekałem na autobus stojąc na przystanku znajdującym się na trasie między W. a Cz. Było ciepło, auta pędziły w tę i we wtę, a za przystanek robił słup z symbolem autobusu i nalepionym pomazanym rozkładem jazdy. Za tym zaś słupem znajdował się rów, biegnący wzdłuż drogi., cholera wie po co, chyba do zbierania wody albo trupów tych, którzy umarli z nudów czekając na połączenie. Po drugiej stronie też ciągnął się taki rów (widziałem go codziennie, jadąc rano do pracy, sadzawka do tego rowu przylepiona była swoistym punktem orientacyjnym, bo nieustannie obawiałem się, że przegapię przystanek i zapamiętałem sobie, że wysiadam na kolejnym za ową sadzawką). I właśnie z tego rowu, niby z koszmarnego snu, zaczął gramolić się stwór. Początkowo myślałem, że to tylko porusza się jakiś wielki ułamany konar – wzrok mam dobry, ale krótki, jak to mówią – lecz szybko spostrzegłem rozwartą paszczę i wszystkie przewidzenia trafił szlag. Stałem nieruchomo, z muzyką grającą w uszach. W słuchawkach grał Rammstein, a dokładnie płyta „Mutter”, jedna miliardów płyt wtłoczonych do mojego iPoda. Ta muzyka w zatrważający sposób, przywodzący na myśl amerykańskie horrory, pasowała do sytuacji. „Eins, hier kommt die Sonne Zwei…” A z rowu wyłaziło monstrum, na pewno cuchnące i ociekające czymś plugawym. Samochody przejeżdżały, żaden nie zwolnił, nikt nie zauważył stwora. Łapsko za łapskiem cielsko wydobywało się. Nadal stałem i gapiłem się, może nawet z otwartą gębą. Łeb stwora kołysał się w lewo i w prawo, łapy przebierały niemal w miejscu. Jezu, on chyba nawet cały nie wylazł z rowu, bo reszta ciała niknęła pod powierzchnią. W lewo i w prawo, jakby monstrum sprawdzało, czy droga jest czysta, czy może ruszyć 6 do ataku. Byłem cholernie pewny, że rozmiar stwora wcale nie przeszkodzi mu w wyskoczeniu na drogę i pogalopowaniu w moim kierunku, by mnie rozszarpać i zeżreć. On był jak ten hipopotam, co cały dzień tapla się w błocku, niby egzotyczna świnia, ale wystarczy tylko moment, by zmienił się w maszynę do miażdżenia i zabijania. I czekał tylko na właściwą chwilę, by zaatakować. Nagle stwór zniknął, a wraz z nim droga, samochody, rów po drugiej stronie. Poczułem podmuch gorącego powietrza pachnącego benzyną, a zaraz potem do moich uszu dobiegł, przebijający się poprzez muzykę, szum rozsuwanych drzwi. Mój autobus przesłonił świat. Nadjechał mój wybawca, który zabierze mnie stąd na białym rumaku. Ten rumak był raczej szarawy od brudu, a wybawca miał wąsy i twarz alfonsa ze starych pornosów. Ale był! Nie wrzasnąłem, by zabrał mnie stąd w diabły. Nie rzuciłem się na schodki prowadzące do środka autobusu, wyjąc ze zgrozy. Nic z tych rzeczy. Wsiadłem powoli, wyjmując z uszu słuchawki. Kierowca patrzył na mnie i wydawał się zniecierpliwiony, bo pewnie spieszył się na pierogi albo inne kluchy z mięchem serwowane w przypekaesowym barku. Sięgnąłem do kieszeni po drobne, których garść zawsze mam przy sobie (a przynajmniej wtedy, gdy jadę do roboty) i, mój Boże, moja dłoń drżała. Musiałem mocno zacisnąć ją w pięść, by nie pogubić pieniędzy. Druga dłoń, ta licząca, również nie zachowywała się zbyt spokojnie. A kierowca gapił się w ten wkurwiający sposób, ja natomiast kątem oka spojrzałem przez boczną szybę po jego lewej stronie i nie ujrzałem stwora. Druga strona drogi była pusta, ale to nic nie znaczyło, bo stwór mógł przecież już przedostać się przed maskę autobusu, a potem do drzwi i już mnie by miał. Drżąca dłoń, trzymająca drobne, jakby przez sekundę uwolniła się spod panowania umysłu i położyła monety na wyciągniętej dłoni kierowcy. Ten zaś, bez słowa, bo po co słowa na kolejnego świrusa napotkanego na trasie, wyliczył właściwą kwotę i oddał mi resztę wraz z biletem. Ta sama dłoń, nadal ciesząca się niepodległością, odebrała to wszystko. Autobus ruszył, ja natomiast obróciłem się i zobaczyłem zamknięte drzwi, które kierowca zamknął zaraz po moim wejściu do autobusu. Nie było wejścia dla monstrum. Gdy w sekundę później opadłem na siedzenie, wyjrzałem przez okno, ale rów (a w zasadzie tylko jego okamgnienie) był zupełnie pusty, ja natomiast z największą przyjemnością opierdoliłem się za oglądanie zbyt dużej ilości horrorów, które to, w połączeniu z moimi częstymi migrenami (albo raczej po prostu napierdalaniami łba) mogłyby już wywrzeć jakiś tam wpływ na moją świadomość. 7 W każdym bądź razie, uznałem stwora za wymysł, omam, zwidy. Pomysłowe, wyraziste, ale nadal zwidy. Sprawa zamknięta, nie? Niby tak. Ale, jak to w takich przypadkach (jakich, kurwa przypadkach, co ja opowiadam?) nic nie poszło tak, jak tego chciałem. Bo stwór pojawiał się nadal. Do chwili, gdy wygramolił się spod stołu, zdarzyło się to na pewno 20 razy, może nawet 25. I zawsze nasze spotkanie (jeśli można tak nazwać moment, gdy niespodziewanie w zasięgu wzroku pojawia się prawdziwie piekielna ohyda i gapi się, i gapi) wyglądało podobnie. Byłem w pracy, na ulicy, w sklepie, gdziekolwiek, a tu nagle zza drzwi, zza półki, spomiędzy samochodów wyłania się poczwara. Czasem czułem jej smród, czasem tylko widziałem jej mozolne ruchy, niby na starym poklatkowym filmie o potworach. Nigdy jej nie dotknąłem, ani ona mnie. Gdy lazła ku mnie, niespodzianie znikała pomiędzy jednym mrugnięciem moich oczu a drugim. Kiedy zaś uparte mruganie nie pomagało, musiałem zamykać oczy, odwracać głowę. Dopiero wtedy rozpływała się w powietrzu. Mogłem się przyzwyczaić, prawda? Ot, wybryk umysłu. Niektórzy cierpią na padaczkę, inni na omamy słuchowe, inni jeszcze wszędzie widzą Elvisa. Ja widziałem poczwarę. Big deal!, jakby powiedział Benny Hill. Tak, big! Bo bałem się. Stwór był przerażający, nigdy nie widziałem, kiedy się pojawi, nic tego nie zwiastowało. Zrobiłem się nerwowy, łapałem się na tym, że nieustannie zerkam wokół, by może wychwycić, w którym kącie on się pokaże. Drzwi otwierałem powoli, zaglądałem za nie, nim szerzej je otwarłem. Bałem się o siebie, o Karolinę, bo przecież kiedyś mogłem nie zdążyć odegnać stwora, a wtedy on zbliżyłby się na tyle blisko, by mnie dotknąć. Oszalałbym! Tego jednego byłem w stu procentach pewien. Zwariowałbym ze strachu. Powiedziałem Karolinie. Tak, dałem radę jej powiedzieć. Któregoś dnia byliśmy na spacerze. Ładna niedziela, słoneczna, ludzi w parku jeszcze niewielu, bo i pora kościołowo-obiadowa. Karolina wyczuwała moje nieustanne zdenerwowanie (podobno nawet we śnie rzucałem głową, jakbym się rozglądał, a do tej pory spałem jak niemowlę – na brzuch i lulanko do rana! Tak mówiła Karolina.) Karolina pytała o te moje nerwy, dopytywała się, chciała wiedzieć, co się działo. A ja nie umiałem jej powiedzieć. Karolina to racjonalistka, w jej świecie nie ma miejsca na fantazje. Idziemy zawsze od punktu A do punktu B, a po drodze nie ma żadnego skrętu prowadzącego do punktu X. Podświadomie byłem pewien, że ona niczego nie zrozumie, że naruszę jej świat – nasz świat, który sobie zaplanowała. 8 Zwodziłem, tłumacząc, że ciężki okres w pracy, że coś tam coś tam. Lecz wtedy, w parku, gdy siedzieliśmy na ławce, wystawiając twarze ku słońcu, by nas cudnie popieściło, usłyszałem bliski oddech monstrum. Ono wylazło zza ławki stojącej po naszej lewej stronie, w odległości może pięciu metrów. - Co jest? – pamiętam nagły lęk w głosie Karoliny. - Nie – wyszeptałem i zacisnąłem powieki tak mocno, że zatańczyły pod nimi wielobarwne ciapki. On był tak blisko, śmierdział i mógł przyczłapać jeszcze bliżej. - Co jest?! Otworzyłem oczy. Stwór gapił się, nie poruszał, jakby czekał na mój ruch. Nigdy wcześniej tak się nie bałem. Strach wcisnął się we mnie i rozepchnął się łapskami. Popatrzyłem na Karolinę. W jej oczach dostrzegłem lęk o mnie, o nas. Moje słowa mogły wszystko zniszczyć albo nas uratować (tak mi się w tamtej sekundzie całkowitego znieruchomienia wydawało). - Widzę potwora – powiedziałem i zabrzmiało to całkowicie niedorzecznie. Nawet dla mnie, choć to monstrum faktycznie wpatrywało się we mnie, czekając. Nie pozwoliłem na to, by Karolina jakkolwiek zareagowała, nie pozwoliłem na to, bym zamilkł i zamknął to wszystko w sobie. Mówiłem dalej. Powiedziałem, że jest tu, że patrzy i oczekuje, z pewnością wygłodniały, bo nic nie żarł od wieków, zaostrzając sobie apetyt na mnie albo na Karolinę. Powiedziałem, że boję się otwierać drzwi, by go za nimi nie ujrzeć, że boję się całymi dniami, gdyż nie wiem, czy z kolejnym naszym spotkaniem stwór nie przestanie być tylko obserwatorem, a stanie się pieprzonym konsumentem… Mówiłem i mówiłem, a w pewnym momencie stwór zniknął, rozpłynął się jak zwykle – nagle i bez ostrzeżenia. Przez chwilkę miałem nadzieję, że wypłoszyły go moje słowa, że wypowiedziana prawda o nim rozwiała jego wyobrażenie, bo ono istniało tylko w mojej podświadomości. Miałem nadzieję, że racjonalna część mego umysłu przeanalizowała moje słowa i uznała niedorzeczność istnienia monstrum. Nie. Ono nadal istniało. Dostrzegłem je wyłażące zza jednego z drzew znajdujących się przed nami. Z jednej strony pnia wyłonił się łeb, masywna szyja i przednie łapska, a z drugiej tułów i tylne łapy. No i ogon. Powiedziałem, że jest przed nami, a Karolina popatrzyła tam. Czy myślała, że dostrzeże źródło mego lęku, czy też po prostu zrobiła to dla świętego spokoju? To w zasadzie nieistotne. Liczy się to, że Karolina, po całej mojej nienormalnej opowieści, 9 złapała mnie bardzo mocno za dłonie i popatrzyła na mnie. Zawsze uważałem, że jej oczy potrafią przebić mnie niczym arcyostre włócznie. W tamtym momencie również mnie przewiercały, szukając odpowiedzi na pytanie czy mi odbija. Chyba znalazła wtedy prawdę, bo powiedziała (pamiętam to, jakby działo się to wczoraj): - Musisz dać sobie z nim radę. Skądś się musiał wziąć, nie? W jakim stopniu uwierzyła w istnienie potwora – nie wiem. Kazała mi iść do lekarza (zgodziłem się, bo może po prostu miałem coś nie tak z głową, ha, ha!), prosiła, bym za wszelką cenę próbował zwalczyć wyobrażenie potwora. Tak się wyraziła – „wyobrażenie”. Nigdy mnie nie dotknął – dzięki kurwa Bogu – czułem jego zapach, widziałem, słyszałem, lecz nie dotykałem. Wszystkie zmysły można oszukać, ale chyba najtrudniej dotyk. Wyobrażenie… Postanowiłem złapać się tego słowa, przypisać je do potwora, uczynić je jego synonimem. To tylko wyobrażenie, tylko ono. Zniknął, gdy rozmawiałem z Karoliną i dał mi spokój na kilka dni. Jakby moja podświadomość naładowała się na tyle, że wyrzucić jego ohydny byt precz. Mogłem się bronić – zamykać oczy, mrugać, odwracać spojrzenie od paskudztwa. Jednakże, jak to chyba często bywa w sytuacjach, gdy nagle wszystko zaczyna nabierać sensu, odnajdujemy proste rozwiązania problemu, czy cokolwiek innego, wydarzyło się coś, co wszystko popieprzyło. Było to już po tym, jak monstrum wylazło spod stołu. Karolina nie krzyczała, nie wkurzała się, tylko spokojnie poprosiła, bym spróbował odegnać to coś: - Zamknij oczy. Zrób to. Wtedy zupełnie się rozwieje, wiem o tym. Ja natomiast, jak grzeczny synek, ponownie zacisnąłem powieki, już nie dla odegnania paskudy, bo to sprawiło już pierwsze zamknięcie oczu, lecz dla pozbycia się koszmarnego powidoku, jaki zostawiła po sobie poczwara. Dam sobie radę – nauczyłem się powtarzać. Dam sobie radę. Starałem się w to wierzyć, bardzo mocno. Byłem na tyle poukładany, że mogłem zwalczyć moje potworności. Facet inteligentny, wykształcony, pracujący, o twardej głowie i dupie. I pewnie faktycznie jakimś tam pierwiastkiem moje umysłu zdołałbym wygnać wyobrażenie monstrum (na każdego Supermana znajdzie się jakiś krypton, nie?), ale Karolina powiedziała, że zrobiła sobie test i wyszedł dodatni. No, ten właśnie test… Miałem być ojcem, a to zamiast dodatkowo mnie wzmocnić, wyczerpało mnie. Zacząłem podejrzewać, że stwór, który zalęgł się w mojej łepetynie, czekał na nasze dziecko. Jakiś piekielny szpieg poinformował go, że może będę miał potomka, a 10 stwór tylko zatarł łapska. Mnie nie dotykał, Karolina go nie widziała, lecz nasze dziecko mógł capnąć – tak właśnie czułem. Nie powiedziałem o tym Karolinie. Obiecałem sobie, że sam sobie dam radę. Dam radę. Pojawiał się. Wyłaniał się zza różnych rzeczy: samochodów, domów, drzwi, ludzi. Tak samo ohydny i cuchnący zgnilizną, gapiący się na mnie z tępo-zmyślnym wyrazem paszczy. Jakby wszystko rozumiał i bawił się ze mną, ale jednocześnie był za głupi, by cokolwiek zrobić. Może czekał. Jakkolwiek źle to zabrzmi, obecność stwora niemal mi spowszedniała. Czasem nawet nie zamykałem oczu, tylko spuszczałem wzrok na jakieś dokumenty lub wgapiałem się w monitor, myśląc sobie: „Pierdol się!” lub też równie elokwentnie: „Mam cię w dupie, kutasie!”. Znikał, lecz odnosiłem wrażenie, że nie sprawiały tego moje lękliwe zabiegi tylko jego zwykła niechęć i zmęczenie. Nudziłem go? Był zniecierpliwiony, bo wciąż czekał? Nie wiem. Karolina pytała o niego. Pytała, czy pójdę do lekarza. Powtarzałem: „Dam sobie radę.” A on łaził za mną. Czasem sapał, czasem kwiczał, raz nawet coś żarł, mlaskając paskudnie. Wiem, że wielokrotnie pytałem go, czego chce. Po co się pojawia, dlaczego mnie dręczy (w chwilach podświadomego przyzwolenia na cały ten zgiełk, zastanawiałem się, czy obecność tego monstrum nie jest czymś naturalnym, czy miliony innych ludzi też widuje takie coś, a nikt o tym nie wie, ponieważ…, ponieważ…, to niczyj interes, jakie potwory mnie prześladują, nie?). On jednak milczał albo ewentualnie warczał coś, niby bezmyślnie. Brzuch mojej żony rósł. Zaczęliśmy przygotowywać pokój dziecięcy (jeszcze bez naznaczenia go płcią, bez malowania ścian, czy kupowania lalek lub Bobów Budowniczych), rozmawialiśmy o tym, co będzie. Karolina coraz rzadziej pytała, jak sobie radzę. Może myśl o dziecku sprawiła, że pomysły męża stały się niczym więcej niż tylko bełkotliwymi mrzonkami. A może po prostu przemilczeć znaczy zapomnieć. Czas mijał. Potwór nie przestawał ukazywać swej mordy. Nadal dawałem sobie radę (ha, a to dobre!), choć czasem szlag mnie jasny trafiał. Ot, tak – miałem ochotę uciec, gdziekolwiek, by jak rewolwerowiec w samo południe, zmierzyć się z samym sobą. Kurwa mać…, poetą to ja nie jestem. Dzień porodu, godzina porodu, sekunda porodu w końcu nadeszły. Wszystko 11 odbyło się inaczej, niż w filmach – żadnego pędu przez miasto, żadnej bandy lekarzy, żadnych ton fajek wypalonych w poczekalni. Nie. Karolina poczuła, że TO JUŻ, a na trzy dni przed tym faktycznym „już” zabrałem ją do szpitala, zbadano ją, na USG po raz setny ujrzeliśmy nasze dziecko. To był chłopak; szpital posiadał na tyle sprawną maszynę, że jej ekranik pokazywał wszystko w miarę wyraźnie. Muszę przyznać, że choć starałem się zachować spokój, widok poruszających się rączek i nóżek sprawił, że w gardle poczułem ucisk. Mój syn. Niedługo się pojawi. Musiałem dać sobie radę, sami rozumiecie. Po co komu pierdolnięty ojciec? W szpitalu stwór dał mi spokój. Brzmi to idiotycznie, wiem. Ale naprawdę nigdzie go nie widziałem. Zerkałem, rozglądałem się – nic! Miałem nadzieję, że moje obawy odnośnie tego, że monstrum na pewno zapragnie mojego synka, okażą się niepotrzebne. Może narodziny nowego „ja” mogły jednak urwać cały ten groteskowy film? Czułem mimo wszystko lęk. Silny, może i silniejszy od tego, który towarzyszył mi od początku mojego związku ze stworem. Był to lęk nie o mnie (Dam sobie radę, prawda?), lecz o synka. Bo on przecież też mógł widzieć stwora. Od pierwszej sekundy swego życia mógł go widzieć. Nadzieja. Nadzieja istniała, trzymałem się jej oburącz. Nadzieja istniała, gdy zaczął się poród. Ten już faktycznie przypominał obrazek z kina: żona trzymała mnie za rękę, bo ja odważnie zdecydowałem się na obecność przy tym wszystkim, a położna i pielęgniarka uwijały się pomiędzy rozłożonymi nogami Karoliny. Dużo krwi, ale to normalka (położna tłumaczyła to nam, gdy Karolina miała pierwsze skurcze, gdy jeszcze kontaktowała coś więcej niż tylko ból), dużo krzyku, zapachu środków chemicznych, diabli wiedzą jakich i ja, powtarzający jedyne zdanie, które w tym momencie umiałem wykrztusić, jak zacięta pozytywka, jak wokalista, który zapomniał tekstu: - Dasz sobie radę. Dasz sobie radę. Nie wiem, czy to krzyczałem, czy też mówiłem spokojnie. Może i krzyczałem, bo Karolina z pewnością miażdżyła moją dłoń. I nagle stało się. Dziecko się narodziło. Usłyszeliśmy głośne „plak!”, jakby odkorkowano butelkę. Bez krzyku dziecka, ale z krzykiem Karoliny – krzykiem ulgi i radości z wykonania zadania. Pielęgniarka godzinę narodzin (15:24, dokładnie tak), a położna rzuciła głosem starej rutyniary: 12 - Ładny chłopak. Odcięła pępowinę i wtedy go ujrzeliśmy. Naszego syna. Świat zawirował, a potem zacisnął się na mojej głowie. Chyba wrzasnąłem, nie wiem. Zobaczyłem potwora, zupełnie małego, utaplanego we krwi i jakiejś błonie, gapiącego się na mnie okropnymi ślepiami, z mordą pełną kłów. Z ogonem, łapskami, prawdziwymi, zrodzonymi z mojej żony. - Nasz piękny synek – powiedziała Karolina słabym głosem, zaledwie echem. A położna trzymała to ohydztwo, jakby… jakby było dzieckiem. (To w mojej głowie, nie? Dam sobie radę, nie? USG kłamało, było filtrem, który wszystko zacierał, a może Boże drogi stwór wpłynął na maszynę, bym tylko czegoś kretyńskiego zawczasu nie zrobił…) - To nasz synek – znów głos Karoliny, dobiegający z innego wymiaru. Potwór gapił się na mnie i wydawało mi się, że w jego oczach dostrzegam błysk, mówiący: „I co teraz, stary?” Kłapnął paszczą, zazgrzytały zęby. Położna powiedziała: - W sumie nie powinnam, ale jeśli pan chce, może pan potrzymać syna. Potrzymać. - Tak – to Karolina. Położna wyciągnęła paskudztwo przed siebie. Potrzymać. Stałem nieruchomo, zupełnie skołowany, chyba całe stulecia, a następnie wyciągnąłem przed siebie ręce, myśląc, że tym razem na pewno poczuję to monstrum, dotknę go. I może nawet capnie mnie w rękę. 13 DOMEK NA DRZEWIE Tak naprawdę, to nadal nie mógł uwierzyć w to, że znów, jak przed laty, i to nawet w tych samych kapciach, stał przed tym oknem i patrzył na drzewo. TO drzewo. Czas zatoczył pełny krąg. Niemal pełny - gdzieś po drodze potknął się, pomylił, czy po prostu wykazał się zdecydowanie złą wolą i pożarł dwa lata. Ostatnie dwa lata, które w pamięci Jacka przekształciły się w bezkształtną masę wspomnień podobną do zwykłej kupy gówna. Bardzo chciał myśleć o tych latach w inny sposób, lecz doprawdy, nie potrafił. Stracił zbyt wiele, zbyt wiele zrozumiał, aby móc z pobłażliwością patrzeć wstecz na dni, które minęły. Czas mimo wszystko gnał do przodu, choć przywołał go na stare śmieci. Och, tak. Stare śmieci należało wyrzucić. Pił kawę z ekspresu, który z takim trudem wykopał spośród bagaży. Musiał przejrzeć wszystkie torby, zanim w końcu natrafił na jego cholerne cielsko. Fakt, toreb tych nie było zbyt wiele (raptem trzy i jeszcze jedna waliza), ale (jasny szlag, stary, pomyśl o tym) mieściły w sobie całe obecne życie Jacka. W nich tkwiły jego ubrania, kilka ukochanych książek – tych, które powinien dawno wyrzucić, bo wszak nosiły na sobie skazy wspomnień minionych lat – laptop, no i właśnie ekspres do kawy. Zadziwiające: Jacek nie potrafił przypomnieć sobie, kiedy kupił… kupili tego grata. Na pewno przyniósł go ze sklepu, a obok szła Magda. Chyba była wtedy zima, ale tylko chyba. Ile to już lat im służył? A może jednak to nie on go przyniósł, ale jego ojciec, a mały Jacek już bawił się przyciskami ekspresu, wyobrażając sobie, że jest kapitanem gwiezdnego frachtowca? Nie, to idiotyczne. Zostali oni dwaj, Jacek i jego kumpel-do-kawy, pozostałości tamtego wszystkiego. Jacek patrzył przez okno. Był nadal wczesny poranek, taki jesienno-zimowy straszak, zdający się ostrzegać naiwniaków w niezbyt ciepłych kurtkach i butach o tym, że jeszcze moment i mogą odmrozić sobie co nieco. Słońce było skryte za gruba warstwą chmur, poranna mgła powoli znikała, ale dzień i tak nie zapowiadał się na nazbyt urodziwy. I dobrze. Jacek chciał się rozpakować, jakoś zorganizować w tym domu, przejść się jego korytarzami, znowu… Jakby ponownie, jak kiedyś, jeszcze przed swą pierwszą książką, łaził szukając natchnienia, gapiąc się na ściany i planując wielkie remonty lub po prostu przyglądając się znakom starzenia się budynku. W taki właśnie 14 sposób chciał spędzić pierwszy dzień w nowym-starym domu. Na jutro miał inne plany. Popatrzył na drzewo rosnące przed domem. Duże, o grubym pniu i konarach, zdawało się wyciągać paluchy w kierunku miasta, w chęci pochwycenia wszystkiego tego, co mogłoby mu zagrozić. Jacek znał je od lat, zawsze było właśnie takie – rozłożyste i nieco pokrzywione (może od targających nim w młodości wiatrów). Czasami, w te gorsze dni pełne strachu i smutku, wydawało się być posągiem drzewa na posągu świata, wykutym w materiale, którego nie ima się czas ani pogoda. Kiedy wprowadzili się do tego domu: on, Agata i Karolina, drzewo było właśnie takie, jak i teraz, gdy patrzył na nie stojąc samotnie w oknie. Nie urosło. Jesień pozbawiła je tylko większości liści. Bez zielonej korony odsłaniało to, co znajdowało się na w najniższych konarach. Drobny, zbudowany dawno, dawno temu przez Jacka domek. He, mimo upływu lat, nadal pamiętał zapach świeżych desek i to, jak późnym wieczorem – już po budowie, już po pisaniu – wydłubywał z palców drzazgi. Śmiał się wtedy, że mógłby zbudować jeszcze jeden, malutki domek z samych tylko drzazg. Karolina była taka wdzięczna. Marzyła o takim domku, od kiedy tylko zobaczyła taki na amerykańskim filmie. A tatusiowi wystarczył tylko sygnał, by zakasał rękawy i, używając co najwyżej kiepskich zdolności stolarsko-budowlanych, zbudować najprawdziwszy domek na drzewie, do tego z drabinką sznurową. A Agata… Agata nie mogła wyjść z podziwu. Dziękowała mu za to, że był tak fajowym ojcem i mężem. Skąd mógł wiedzieć, że ten domek zabije ich córkę. XXXXX Wieczorem, tym późnym, gdy w oknach sąsiednich domów płonęły tylko pojedyncze blade lampy świadczące o tym, że spokojni ludzie oglądają telewizję przed snem, Jacek ruszył na wędrówkę korytarzami. Ociągał się nieco, przed nim znajdowały się pokoje, które niegdyś wypełnione były nimi – Jackiem i kobietami jego życia. Mimo upływu dwóch lat nadal wydawało mu się, że gdzieś w tym budynku unosi się ich wspomnienie, engramy ich oddechów, myśli, głosów. Odkupił ten dom przed tygodniem. Nieprawdopodobne, ale ludzie, którzy zamieszkali w tym domu po Jacka odejściu, przywitali go niemal jak członka rodziny. W zasadzie po części nim był – on dał im fragment świata, w którym mogli bezpiecznie przycupnąć. Gdy przyjechał tu w dzień podobny do tego, szary i pokryty mżawką, miał zamiar 15 jedynie odwiedzić Nowackich (tak się zwali – Ryszard i Anna, bardzo miłe małżeństwo z kilkuletnim stażem, chyba nadal poszukujące tego miejsca, gdzie mogliby założyć prawdziwą, bogatą rodzinę), wpaść na kawę, może zajrzeć do dawnego pokoju Karoliny, dotknąć tego miejsca na podłodze sypialni, gdzie siedział na kocu z laptopem, pisząc pierwszą powieść, a następnie (zupełnie niespodziewanie, cudownie radośnie) scenariusz jej adaptacji. Zawsze preferował podłogę, mógł wyciągnąć nogi, rozłożyć się na boku przy poszukiwaniach myśli czy słów. Agata straszyła go wielokrotnie, że kupi mu biurko i wielkie krzeselisko, do którego go przypnie, by więcej nie sadzał tyłka na podłodze jak ostatni bidul, on zaś odpowiadał, że podłoga daje mu poczucie bezpieczeństwa, bo gdy nagle wpadnie mu do głowy świetny nowy pomysł, to z niej nie spadnie… a z krzesła, nieważne jak gigantycznego, mógłby. Ale i tak urządziła mu kącik, on zaś czasem starał się, dla świętego spokoju, w nim popracować. Starał – to słowo klucz. No, tak więc chciał jedynie spotkać Nowackich. Kiedy jednak tylko go zobaczyli w drzwiach, zaprosili do środka, stwierdzili, że spadł im z (nie, nie z krzesła) przysłowiowego nieba. Chcieli wyjechać do rodziny do Anglii i pragnęli sprzedać dom. Z żalem, potrzebowali jednakże pieniędzy. Jacek kiwnął głową, zasępił się, zastanowił głęboko. Tantiemy spływały, pracował nad kolejną książką, mającą predyspozycje do stania się nie tylko bestsellerem, ale i kinowym topem boxoffice’u, dlatego też, choć ta myśl dopiero w nim narastała, wiedział już, że musi odkupić ten dom, że musiał zatoczyć koło, by powrócić do starego miejsca. Musiał. Musiał wyrównać rachunki. Kupił, Nowaccy się wyprowadzili, pozostawiając po sobie meble (ba, wiele spośród nich należały kiedyś do Jacka i dziewczyn, znał je doskonale), trochę niepotrzebnych gratów: kubki, talerze, ściereczki i temu podobne domowe zawsze- przyda-się i kolor niektórych ścian. Wszystko inne odeszło, a wraz z nową pustką i następującym po niej skromnym wprowadzeniem się Jacka, powróciły dawne czasy i, jakże to banalnie oklepane, wspomnienia. Jacek przytargał ich całe mnóstwo, nie uciekał bowiem od nich, one często sprawiały, że zaczynał kolejny dzień z jako-takim zapałem do pracy i codzienności. Mógł pisać, bez niegdysiejszych emocjonalnych ekscesów, gdy każde kolejne zdanie niosło z sobą ogromny zastrzyk twórczej adrenaliny. Stał się raczej profesjonalistą, wyposażonym w zdolność tworzenia dobrych historii. Tak, nadal odczuwał radość, niejednokrotnie podniecenie, gdy coś świeżego zaczynało kołatać się pod przyłbicą, lecz była to radość zawodowego chirurga po 16 kolejnej zakończonej operacji. Wspaniale, że się udało, a pacjent nie zmarł na stole operacyjnym, ale dawajcie następnego, też go rozetnę! Właśnie… Wspomnienia przygnały Jacka z powrotem na stare śmieci. One sprawiały, że czasem nie spał w nocy, przewalając się z boku na bok, widząc Agatę i Karolinę. Widział też drzewo stojące za oknem, spośród konarów którego wyglądał kanciasty kształt domku. Wtedy, miesiące temu, gdy myśl o powrocie była daleko, drzewo wydawało się większe, bardziej drapieżne, niemal wszechpotężne. Noce sprawiały, że jego obraz powoli wyłaniał się zza łóżka, na którym bezskutecznie walczył ze swą bezsennością Jacek i ukazywał się na ścianie, płynął na sufit, otaczał i zagarniał pod swe panowanie cały pokój. Nie było jednak aż tak wielkie, jak by chciała nieco wykoślawiona wyobraźnia. Faktycznie, sprawiało nieprzyjemne wrażenie stojąc o zmroku za oknem, liniejące i pokryte mgiełką, lecz nie nabierało kształtów monstrum z horroru. Było tylko drzewem, rośliną. Agata, na krótko przed śmiercią, powiedziała Jackowi (i jej słowa nadal pamiętał, kołatały się, wypływały i, z perspektywy czasu mógł na to niemal przysiąc, po części to one ściągnęły go z powrotem do tego domu) coś. COŚ. XXXXX Leżała w łóżku w szpitalu, na oddziale onkologicznym,, określonym przez nią mianem „nieoczekiwanego zgonu”. Bo pacjenci, którzy się na nim znaleźli czekali już tylko na przyjście Kostuchy. Wiedziała o tym, Jacek również i to sprawiało, że nie potrafił powstrzymać łez cisnących się do oczu i szlochu, wydobywającego się z gardła. Za każdym razem, gdy wchodził do pokoju Agaty zatrzymywał się przed drzwiami, mocno zaciskał pięści i zęby, nakazując sobie spokój. Dasz radę, dasz radę i faktycznie niemal dawał radę. Agata była wtedy tak słaba, że kontakty z nią trwały zaledwie kilka minut, między jednym odpłynięciem a drugim. To sprawiało, że Jacek w oczach żony naprawdę się trzymał. Nie widziała łez, które jak szalone poszukiwały drogi ucieczki, kiedy ona zasypiała. Nie widziała, ale z pewnością czuła smutek męża. Rak pożarł ją w ciągu miesiąca. Zasłabła, zemdlała, zwymiotowała, niemal dusząc się własnymi wymiocinami. Jacek zabrał ją do szpitala. Był pisarzem, mało kto znał ich twarze, więc mogli w spokoju (ach, ależ to względne) przeżywać lęk po tym, jak grupa lekarzy oznajmiła, że to wyjątkowo złośliwy rak mózgu, że czeka Agatę może 17 miesiąc życia, może dwa, że nie ma szans na leczenie, że to koniec… Dawali jej miesiąc i tyle jeszcze żyła. Trzydzieści dni, z czego osiem w domu, a resztę przykuta do szpitalnego łóżka, stająca się własnym cieniem. Mówiła, że nie ma siły na to, by płakać. Tak więc Jacek płakał za nich oboje. Miał zostać sam, pozostawiony przez śmierć samotnie, bez kobiet swego życia. I płakał również z żalu nad sobą. Tego samego dnia, którego zmierzch miał sprowadzić śmierć, Agata odzyskała nieco siły. Zdołała nawet unieść się na łóżku. Oboje chcieli myśleć, że to oznaka tego, iż lekarze się pomylili, że organizm sam się obronił. Wiedzieli jednak doskonale – już po wszystkim. Jacek siedział przy Agacie, a na jej ustach gościł delikatny uśmiech. Może już nic jej nie bolało, wszystko odeszło pozostawiając miejsce na śmierć. Ujęła dłoń Jacka i uśmiech nieco zbladł, w oczach zaś pojawiła się dziwna iskra. Iskra siły, zawziętości, złości. - To ono sprawiło, że Karolina zginęła, wiesz o tym. Ono sprawiło, że moja choroba mnie zabija. O tym wiedziałam tylko ja. - Co? – nie rozumiał tych słów, bał się, że cierpienie odebrało jej zdolność myślenia. Nie chciał, by jego żona stała się bełkoczącą…nie, przestań! - Agata powiedział mi, że to drzewo… (Och, nie, chodziło o drzewo. Skarbie, proszę Cię, powiedz to szybko i zapomnijmy o wszystkim. Nie mów już tych bajek, bądź moim skarbem, nie chcę zapamiętać ostatnich chwil z tobą jako tych pozbawionych sensu, niestworzonych opowieści, błagam.) -… ono coś sobie kryje, a następnego dnia ona spadła. - Kochanie… - Nie myśl sobie, że opowiadam idiotyzmy, że bredzę, wiem, co mówię! – ta iskra rozbłysła jasnym światłem i Jacek faktycznie zrozumiał, że żona nie postradała zmysłów, że jest równie trzeźwa, jak zawsze w ciągu ich wspólnego życia. I to sprawiło, że żyły Jacka ściął strach, zamrażając krew na twarde sople. Bo może, tylko przez moment, na sekundkę, prosił, by Agata tak bardzo nie wierzyła w swe słowa, by nie była tak rozsądna. - Drzewo zabiło Agatę, a teraz zabije i mnie. 18 XXXXX Jacek wszedł po schodach do ich dawnej sypialni. Popatrzył na ściany pomalowane przez Nowackich na ciepły kolor. Światło płynące z żyrandola rozświetlało pokój, sprawiało, że niemal lśnił własnym blaskiem. Zostawili stare meble (no, nie takie znowu stare, Jacek i Agata kupili je na kilka miesięcy przed… tym wszystkim), bardzo sobie je chwalili, nabyli je wraz z domem. Łóżko też pozostało, szafka nocna, fotelik w rogu mający z założenia być „fotelikiem czytelnianym”, a stał się w rzeczywistości „fotelikiem ciuchowym”, bo Agata z zadziwiającym uporem, każdego dnia po przebraniu się, rzucała na niego zdjęte ubranie, tworząc na nim niesamowitą wyspę tymczasowo-niepotrzebnych-ubrań. Okno, pod którym Jacek pisał, pomimo tego, że Agata zagospodarowała mu mały pokoik w końcu korytarzyka (schowek prawie), stawiając w nim biureczko, boom- box (wiedziała, że nie potrafił obyć się bez muzyki, kiedy walił w klawisze) i tych kilka książek, bez których nie wyobrażał sobie swego istnienia – Buszujący w zbożu, Kraina Chichów, W drodze etc. Te sczytane tomiki nadal były przy nim, wciśnięte teraz w walizę, w oczekiwaniu na ujrzenie światła dziennego. Sypialnia znów należała do niego i miał zamiar się w niej rozlokować. Potrzebował tylko jej, łazienka znajdowała się naprzeciwko, kuchnia na dole. Mógł tu zostać, tworząc z domu najzwyczajniejszą, męską kawalerkę. Przyjdą chwile, gdy będzie chciał stąd uciec, był tego pewien. Jeszcze nie raz obudzi się w nocy myśląc, że smutek rozerwie mu głowę, sprawi, że on sam stanie się żywą bombą. Ten dom zaś będzie wywierał na niego wpływ, z każdego kąta nadając sygnały z przeszłości. Nie bał się tego; nie po tych miesiącach, kiedy Agata i Karolina przebywały blisko niego, tuż obok, niedotykalne. Ich obecność, choć jedynie w przebłyskach skołowanej pamięci, sprawiała mu niemal przyjemność. Niemal, bo… czasami obie starały mu przypomnieć o tym, że umarły. A przypomnienie ich twarzy, kiedy wypływało z nich życie, sprawiało ból, bezsilne cierpienie, na które pomagał tylko płacz. To musiało z czasem się zatrzeć, MUSIAŁO. Cierpienie nie może trwać wiecznie. Wyszedł z pokoju. Korytarz prowadzący do łazienki i pokoju Karoliny był ciemny, żarówka w lampie wiszącej z sufitu przepaliła się dzień wcześniej. Tylko blade światło księżyca wpadające przez okno na końcu korytarza słabo go rozjaśniało. Jacek zostawił otwarte drzwi od sypialni, by pozwolić światłu choć w minimalny sposób 19 oświetlić korytarz. Wszedł do byłego pokoju córki bez lęku, zapalił światło. Bo i czego miał się bać? Pokój nadal przypominał ten, który niegdyś wypełniony był dziewczęcymi gratami wprost z serii Witch, Power Puff Girls czy Pamiętnika Księżniczki (Jacek, zachęcony przez córkę, przeczytał wszystkie tomiki napisane przez Meg Cabot i, nieco wstyd było mu to przyznać, podobały mu się, niemal urzekał go ich styl… Już po śmierci córki, w księgarniach, na spotkaniach autorskich, szerokim łukiem omijał regały z literaturą dziecięcą/młodzieżową, bo przecież mógł dostrzec na nich kolejny tom Pamiętnika Księżniczki, i co by się wtedy stało, no co?). Nowaccy nie mieli dziecka, więc nie przystosowali pokoju do potrzeb malucha, pozostał w zasadzie pusty i służył im jako garderoba (a w zasadzie „rzucalnia” płaszczy przychodzących w ewentualnie dużej ilości znajomych). Zresztą, Jacek i Agata, po śmierci Karoliny w przypływie zwykłego ogłupienia najpierw schowali głęboko na strychu wszystkie rzeczy córki, potem zaś, nadal zaślepieni pustką i cierpieniem, część rzeczy rozdali, resztę zaś najzwyczajniej w świecie spalili. Za domem znaleźli dobry kawałek ziemi, gdzie ustawili metalową beczkę. Długo stali wpatrując się w kłęby dymu płynącego z w największym odsetku syntetycznych rzeczy. Kiedy oboje zakrztusili się dymem, zanieśli się kaszlem i padli sobie w ramiona niespodziewanie oczyszczeni, oddychający przez moment tym, co pozostawiła na tym świecie ich córka. Jednakże, gdzieś w głębi Jacek nadal czuł, że to on rozpoczął tragiczny ciąg zjawisk, które doprowadziły do śmierci Agaty. Zjawisk… po prostu (tak często to sobie tłumaczył) mieli cholernego pecha. Następujące po sobie sytuacje, najzwyklejsze w świecie, nie zapowiadające niczego złego, które w finale doprowadziły do tego koszmarnego dnia, kiedy na dworze było tak przecudnie ciepło, że lenistwo ogarniało wszystkich i wszystko w promieniu miliarda kilometrów. Jacek, gdy żona, zaraz przed śmiercią, patrząc mu głęboko w oczy z zawziętością, ale i z rozsądkiem, mówiła mu o tym, co zdarzyło się Karolinie i jej, zaczął myśleć, że to ON obudził drzewo. On sprawił, że zaczęło rozpychać się na tym świecie koślawymi gałęziami. Skoro więc tak myślał, to zgodnie z rozsądnym (rozsądnawym… zważywszy na pomysł przebudzenia drzewa) planem, powinien drzewo uśpić albo, jeśli będzie się opierać, zniszczyć. Zdecydowanie wolał drugą opcję. 20 XXXXX - Nie wierzysz? – spytała Agata. Z pewnością wiedziała, że jeszcze moment, krótką chwilę będzie oddychać powietrzem tego świata, będzie słyszeć głos męża, bicie jego przerażonego serca. Mimo to tak bardzo chciała mówić o tym, co zdawało się Jackowi, niemal fantastyczne, a pokój niemal wypełniał się chłodem śmierci. - Wierzę. Zamilkła na krótki moment, przymknęła oczy. Jacek mocniej ścisnął jej dłoń, więc otwarła oczy, uśmiechając się, niby dla uspokojenia, że jeszcze nie, jeszcze jakoś ciągnie. - Wtedy, gdy Karolina umarła, widziałam to na drzewie. Pokazało się i zaraz zniknęło, że prawie pomyślałam sobie, że to jakieś przywidzenie, że mi się zdaje, bo było gorąco i w ogóle. Ale przyjrzałam się na moment drzewu i faktycznie to zobaczyłam. Tylko fragment, przemknęło i wtopiło się w konary. Zniknęło. Wylazło z domku na drzewie. - Agata, błagam… - zaczął cicho, bo nie chciał pamiętać ostatnich chwil z żoną jako ciągu fantastycznych bajań o dziwactwach wychodzących z (kurwa, jego mać) domku na drzewie. Nie chciał przez resztę życia walczyć z myślą, że żona będąca na granicy życia i śmierci powiedziała mu o tym, że to przez domek na drzewie, który sam zaprojektował i wybudował, rozpieprzyło się wszystko, co dla niego istniało na świecie. - Nie, Jacusiu – Agata uśmiechnęła się. – To tylko domek. Ale to drzewo… XXXXX Tak, to drzewo. Patrzył na nie z pokoju córki. Niemal kompletny mrok ulicy pozwalał kryć się drzewu w niewidzialności. Tylko zarys i pojedyncze konary mające za tło światło z domów po drugiej stronie ulicy były widoczne. Domek w tym momencie nie istniał. Agata zmarła kilkanaście minut później. Nadal trzymała dłoń Jacka, uśmiechała się, on zaś płakał. Sytuacja jak z amerykańskiego filmu telewizyjnego. Brakowało tylko lekarza, który przyjdzie, położy dłoń na ramieniu cierpiącego męża i wypowie sakramentalne: „Odeszła”. Wiedział, że odeszła, że został sam z własnymi myślami, niedokończonymi sprawami, pustką, absolutną pustką. Nie potrzebował niczego, ani nikogo, by mu to 21 uświadomili. Nikt mu nie pozostał, od tej pory musiał radzić sobie sam. Nie proste… nie proste, diabelnie trudne… Sprzedał dom, ale zanim się z niego wyprowadził, dokonał z rzeczami Agaty tego samego, co kiedyś z rzeczami Karoliny. Mój Boże, znalazł nawet tę starą, popaloną beczkę, takie przydomowe krematorium zniszczonego życia. Palił i krztusił się dymem. Kulił się na trawie, pozwalając popiołowi osiadać na głowie i ramionach. Drzewo stało nadal. Uciekał z domu nie patrząc na nie, jakby unikał holokaustu. Byle dalej od oprawcy, byle dalej od wspomnień, kontynuować życie, z dala od tego miejsca. I znów tu był. Drzewo ciągle stało, on zaś, po długim czasie faktycznie zaczynał wierzyć w winę drzewa. To idiotyczne, wmawiał sobie; Agata niczego nie widziała, to debilizm. Była na progu śmierci, jej zmysły się powykręcały, wymyślała, po prostu wymyślała. Jednakże wtedy, w szpitalu, powiedziała mu jeszcze o tym, jak parokrotnie, w nocy, gdy on spał (ON SPAŁ, szlag jasny), ona budziła się i zdawało jej się, ale tylko zdawało, że dostrzegała kształt za łóżkiem, rękę cofającą się za łóżko. Myśl o tym, że ta ręka mogła jej dotykać napawał ją nieopisanym lękiem. Przytulała się do Jacka i po jakimś czasie wszystko mijało. Nie mówiła mu o niczym, bo… bo to było tak, jakby chciała ukryć swoją chorobę psychiczną, nie chciała straszyć męża, bo to przecież głupota. To powtórzyło się kilkakrotnie i Agata wiedziała, że nie jest szalona, że to prawda, że faktycznie coś wylazło zza łóżka, a wcześniej zlazło z drzewa. Milczała, chowała to w sobie, bo wiedziała (choć lekarze jeszcze nie, ale człowiek to czuje, nie? Czuje Kostuchę zbliżającą się dostojnie), że choroba, która zaczynała ją pożerać została wyrzucona przez tę rękę zza łóżka. Może powstała sama, zrodziła się głęboko w tkankach Agaty, ale ta ręka (to coś z drzewa) sprawiła, że się rozprzestrzeniła. Jakby rozsiała ziarno dla piekielnych kruków. Agata nie potrafiła walczyć, a Jacek o niczym nie wiedział. Czy byłby w stanie jej pomóc? Dobre pytanie. Zadawał je sobie wielokrotnie i, gdy stał przy oknie patrząc w mrok (na drzewo, stary, na drzewo), ono powróciło. Nie umiałby pomóc żonie, bo umiał tylko pisać książki i budować zabójcze domki na drzewach. 22 XXXXX
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

To, co wylazło spod stołu
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: