Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00075 008915 11221743 na godz. na dobę w sumie
Tożsamość szpiega - ebook/pdf
Tożsamość szpiega - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Wydawnictwo Astrum Język publikacji: polski
ISBN: 9788364786167 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dokument, literatura faktu, reportaże
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
TOŻSAMOŚĆ SZPIEGA autorstwa Ronalda Yusta to fascynująca książka, do lektury której zapraszam czytelników o mocnych nerwach. Nie ma tu słodkich opisów i hymnu pochwalnego na cześć Ryszarda Kuklińskiego. Opisywane w powieści sceny są niezwykle naturalne, brutalne, pełne krwi i okrutnego seksu. W biografii szpiega-wojskowego pułkownika, wóda leje się strugą, kobiety same lgną do bohatera, a on się tym szczyci. Bohater, rocznik 1930, widział niejedno - wszak przeżył II Wojnę Światową, rodzącą się władzę ludową, okres zimnej wojny. I jako zawodowy wojskowy, maczał w tym wszystkim palce! Szybko piął się po szczeblach kariery – służył jako oficer sztabowy i przygotowywał między innymi plany inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację. W 1964 roku ukończył studia w Akademii Sztabu Generalnego, potem kurs w Akademii im. Woroszyłowa. Wiadomym jest, że od 1962 roku Kukliński współpracował z kontrwywiadem wojskowym – zarządem II WSW. Polsce nie milkną spory i dyskusje na temat oceny działań szpiegowskich Ryszarda Kuklińskiego vel Jacka Stronga - taki przyjął pseudonim jako agent na rzecz wywiadu amerykańskiego. Mówi się, że cena którą zapłacił PRL-owski szpieg wszech czasów nie była warta poświęcenia życia dwóch synów. W tym życiorysie jest wiele czarnych plam, między innymi dotyczących śmierci zarówno jego synów, jak i samego Kuklińskiego. Jedno jest pewne. W całym jego szpiegowskim życiu po piętach deptało mu KGB. A to nie byli mili chłopcy. I o tym jest ta książka.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

TOŻSAMOŚĆ SZPIEGA Ronald Yust TOŻSAMOŚĆ SZPIEGA e-book ASTRUM M E A www.astrummedia.pl W R O C Ł A W D I © Copyright by Wydawnictwo ASTRUM Sp. z o.o. Wszelkie prawa zastrzeżone Redakcja Jolanta tkaczyk Redakcja techniczna Elżbieta bursztynowicz Projekt okładki DacJan Domagała Wydanie II Żadna część tej pracy nie może być powielana i rozpowszechniana, w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób, włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów, bez pisemnej zgody wydawcy (art. 116, 117 Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 4.02.1994 r.) Zamówienia na książki można składać przez Internetową Księgarnię Wysyłkową www.wydawnictwo-astrum.pl Zapraszamy do zakupu naszych książek, multimediów, słuchowisk, poezji śpiewanej w formie e-booków i e-audiobooków na platformach cyfrowych Wydawnictwo ASTRUM Sp. z o.o. 50-374 Wrocław, ul. Norwida 19/6 e-mail: handlowy@astrum.wroc.pl ISBN 978-83-64786-16-7 Śmierć w pełnym słońcu Aleksandria, przedmieścia Waszyngtonu, sierpień 1994 Zza przyciemnianych szyb czarnego dżipa zaparkowanego dyskretnie w bocznej uliczce można było bez trudu obser- wować okolicę. Właściwie nie było chyba żadnego konkretne- go powodu, by obserwować akurat ten fragment miasta. Przy żadnej z pobliskich ulic nie mieszkał nikt sławny ani wpływo- wy. Nie działo się tutaj nigdy nic szczególnego. Co najwyżej jakaś szalona grupka studentów trenowała wyścigi w samej bieliźnie w środku nocy między budynkami kampusu. Albo inna grupka wspinała się na okoliczne latarnie, żeby z wysoko- ści kilku metrów celować kolegom strumieniami spienionego piwa wprost do szeroko rozwartych paszczy. Nie były to jednak incydenty dość interesujące dla przeciętnego człowieka, a już zdecydowanie nie nadawały się na materiał do obserwacji. Palce w czarnych, skórzanych rękawiczkach nerwowo wy- stukiwały rytm na kierownicy dżipa. W środku było upiornie gorąco, jak w puszce zupy pomidorowej postawionej na gorą- cej płycie kuchenki. Mężczyźni w samochodzie naprzemiennie ocierali z czół obficie spływający pot, wciskając kawałki tkani- ny głęboko do kieszeni kurtek tak, aby nawet jednak kropla nie spadła na tapicerkę czy deskę rozdzielczą. Nie wolno zostawiać śladów. Do końca muszą pozostać nieodkryci. Siedzieli w milczeniu, zupełnie jakby obawiali się, że zbyt głośno wypowiedziane słowo mogłoby ściągnąć uwagę niepo- 5 żądanych gapiów, jakby szczelnie zasunięte kuloodporne szy - by nie stanowiły wystarczającej bariery oddzielającej od świata zewnętrznego. Z tej odległości dało się widzieć zaledwie zarysy kilku posta- ci stojących na rogu budynku. Ale to całkowicie wystarczyło, żeby dwóch ludzi w dżipie kontrolowało sytuację. Świetnie wie- dzieli, którego z młodzieńców nie wolno im spuścić z oczu. Pięcioro przyjaciół, wszyscy młodzi i piękni, smukli i wy- sportowani; dwie dziewczyny i trzech chłopaków, prawdopo- dobnie studenci tutejszej uczelni. Rozmawiali energicznie gesty- kulując, śmiali się, poszturchiwali, nie trzeba było słyszeć ich rozmowy, by zauważyć, że znają się od lat i czują dobrze w swo- im towarzystwie. – No weź, Waldek, nie bądź nudziarz, gdzie ci nagle tak spieszno? Przecież obiecałeś! – odezwał się blondynek w białej koszulce jeszcze bardziej podkreślającej opaleniznę. – Wyzwa- nie jest wyzwanie, chyba, że cykor cię obleciał! Całe towarzystwo wybuchło gromkim śmiechem, chłopcy przy tym poklepywali się po ramionach, dziewczęta zaś wstydli- wie zasłaniały usta i tylko oczy zdradzały tryskającą wesołość. – Pewnie się na randkę umówił z jakąś super-lalą i nie chce nam pokazać, żebyśmy jej nie spłoszyli? – roześmiał się drugi, krótko ostrzyżony, czarnooki, nie mniej śniady, z deską surfin- gową pod pachą. Ten, do którego się zwracali uciekał wzrokiem gdzieś na boki tylko niespokojnie przełykał ślinę. Milczał. – Ty, a może ty wymiękasz, co? – roześmiał się znowu blon- dynek przeczesując palcami czuprynę. Dziewczęta chichotały cichutko szepcząc sobie coś na boku 6 i wstydliwie spuszczając wzrok. Poprawiały falbany spódniczek i ramiączka letnich bluzeczek, zakładały na uszy niesforne kosmy- ki włosów. Waldek spojrzał nagle jednej z nich prosto w twarz i nie odrywając wzroku od jej szafirowych oczu odpowiedział koledze, choć wyglądało to tak, jakby mówił do dziewczyny: – Ja się Łysego nie boję, jak chce, mogę mu nawet dać fory, ale nie teraz. Najpierw muszę załatwić jedną sprawę… Rudowłosa dziewczyna zachichotała cienko, ale widząc po- wagę koleżanki, brunetki o szafirowych oczach, nagle zamilkła. Zupełnie jakby ktoś odciął jej śmiech ostrym nożem. – No, dobra, to leć jak już musisz… – westchnął chłopak z deską surfingową. – Ale pamiętaj, że dziś wieczorem u mnie impreza! Z tego to już się nie wymigasz stary, impreza bez cie- bie to nie impreza! – No dobrze, już dobrze, przecież przyjdę! – machnął ręką Waldemar odwracając się na pięcie. – Cześć! Waldek pożegnał kolegów uściskiem dłoni, a koleżanki przyjacielskim pocałunkiem w policzek. Chociaż nigdy nie miał w zwyczaju żegnać się w ten sposób (uważał, że to niemęskie, że tak żegnają się tylko dziewczyny), tym razem nie omieszkał sprowokować okazji, by jego kontakt fizyczny z urocza koleżan- ką nie ograniczył się jedynie do markowanego pocałunku poże- gnalnego, będącego w istocie tylko mlaśnięciem ust w powie- trzu, pięć centymetrów od policzka. Tymczasem dłoń z tyłu, ni - by to obejmująca ramię dziewczyny, w ułamku sekundy zjechała na pośladek i została tam przez dobrą sekundę. Mogła zareago- wać oburzeniem. Tak się jednak nie stało. Gdy ponownie spoj- rzał jej w twarz, zauważył nawet jakiś nowy blask w oczach i miał wrażenie, że uśmiech Margareth był bardziej promienny. 7 „Dobra jest – pomyślał odwracając się na pięcie. – Jeszcze tego wieczoru będzie moja! Tylko najpierw pokażę wszystkim gnojom śmierdzącym, gdzie raki zimują, a potem balanga, chla- nie i dymanie! A szykuje się najlepsze dymanie wszechczasów!” Waldemar westchnął z gorzkim uśmiechem, którego nie dostrzegł nikt z rówieśników. „Byłoby najlepsze dymanie – pomyślał. – Byłoby, ale nie będzie, niepotrzebne całe te podchody. Będzie tysiąc innych panienek, może nawet i lepszych niż Margareth, ale ona, Mag- gie na zawsze pozostanie poza moim zasięgiem. Tak już musi być, żeby życie toczyło się dalej…” Spiesznym krokiem przeszedł przez ulicę. Nawet nie rozej- rzał się przed wkroczeniem na jezdnię. Pędził jakby przed kimś uciekał, jednak nim jeszcze zniknął za zakrętem, młodzi ludzie zdążyli dojrzeć dopędzający go z zawrotną prędkością czarny samochód. Dżip z przyciemnianymi szybami nagle wjechał na chodnik i próbował staranować młodego chłopaka, który wi- dząc to rzucił się do ucieczki. Nie zdążył. Samochód z impetem uderzył w niego. Ciało Waldemara wyleciało w górę jak kop- nięta piłka. Samochód przejechał kilka metrów, ciało opadło bezwładnie na trotuar, od którego odbiło się jeszcze niewyso- ko. Chłopak zdołał jeszcze podnieść się i kulejąc, lewą ręką trzymając się za prawy łokieć, nienaturalnie zgięty w pół, znik- nął za rogiem. Obserwujący scenę z drugiej strony ulicy przyjaciele pa- trzyli z niedowierzaniem, to na czarnego dżipa, to na siebie na- wzajem. – Za nim! – krzyknął brunet, gdy ich kolega zniknął za rogiem ulicy. 8 Znajdowała się tam apteka, może więc uda im się pomóc rannemu koledze. Tylko dlaczego samochód z zawrotną pręd- kością pomknął za nim? Gdy dotarli na miejsce, z odległości kilkunastu metrów wi- dzieli już tylko wijące się w konwulsjach ciało, które zamiast twarzy straszyło wielką, jaskrawą raną, widoczną z daleka, ni- czym krwiście purpurowy kwiat raflezji.. Nim ustały drgawki, czarny dżip wycofał gwałtownie prze- jeżdżając masywnymi kołami po głowie żywego jeszcze czło- wieka, po tułowiu i po nogach leżącego, miażdżąc ciało i nasą- czając letnie ubranie strugami krwi. Jasne, bawełniane spodnie i podkoszulka stały się momentalnie ciemne od obficie wsiąka- jącej krwi, wyciskanej z młodego ciała przez koła masywnego pojazdu tak, jak wyciska się wodę z gąbki w głębi oceanu. Cien- ka tkanina nie była w stanie zaabsorbować tak wiele krwi, toteż wokół szybko zaczęło się tworzyć ciepłe, gęste bajoro, w któ- rym zanurzały się bieżniki opon. Samochód kilkakrotnie cofał i ruszał do przodu wałkując niemiłosiernie ciało leżące na chodniku i stemplując płyty chod- nika w długie, czerwone wzory, jak łańcuchy pętające więźnia. Jakby to przez nie właśnie, przez te krwawe stemple, człowiek na trotuarze nie mógł się już ruszyć, nie mógł uciekać, jakby to one wyznaczały wokół niego granicę, której przekroczyć nie wolno. Studenci stojący po drugiej stronie ulicy nie zdołaliby do- słyszeć trzasku pękających kości, nie słyszeli go również dwaj mężczyźni w dżipie, zresztą, i tak zagłuszyłby go ryk silnika. Na wszelki wypadek pojazd raz jeszcze przejechał po znierucho- miałym ciele. Potem znów wycofał, i znów... Młodzi ludzie my- śleli, że to już koniec. Przecież ich kolega był już martwy. Czego 9 jeszcze chciał ten maniak w czarnym dżipie? Przecież nie moż- na sprawić, by zabity człowiek był jeszcze bardziej martwy, niż w chwili śmierci. Po co tak masakrować ciało? Nawet jeśli to jakaś makabryczna zemsta, on tego już i tak nie czuje… Jednak kierowca dżipa najwyraźniej miał na ten temat inne zdanie. Z rykiem silnika walcował zwłoki z niebywałym wręcz uporem, a przerażonym studentom obserwującym tę krwawą scenę z boku, zdawało się, że trwa ona całą wieczność. Leżąca na chodniku nieruchoma materia coraz mniej przy- pominała człowieka. Tylko dlatego, że dały się jeszcze widzieć fragmenty czerwonej od krwi tkaniny ubrań, które miał na so- bie zabity. Jedna z dziewcząt, rudowłosa Cathy, zemdlała i osunęła się na chodnik. Nikt z przyjaciół nie zdążył jej w porę złapać, więc uderzyła głową w betonową płytę. Tkwili tam jak sparaliżowa- ni. Być może wcześniej była szansa, by zdołali uratować swoje- go kolegę, wyciągnąć go spod kół potwornej, śmiercionośnej maszyny, jednak człowiek w takich sytuacjach nie zawsze myśli trzeźwo. Niecodziennie się zdarza, żeby bliskiego przyjaciela rozjechał dżip w biały dzień, w samym środku kampusu stu- denckiego. Kto będzie na tyle mądry i udzieli wskazówek po- stępowania na wypadek takiej sytuacji? Czarnowłosa piękność, Margareth, zgięta w pół cofnęła się o kilka kroków i targana spazmami wymiotowała przysłonięta żywopłotem. Jeden z przyjaciół, blondyn, gdy nieco ochłonął i zdał sobie sprawę z tego, co dzieje się na jego oczach, w pierw- szym odruchu zerwał się jakby chciał się rzucić na pomoc, lecz drugi, krótkowłosy, powstrzymał go żelaznym uściskiem dłoni na przedramieniu. Przecież i tak nie mogli mu już pomóc. Ich 10 kolega leżał tam martwy, nieruchomy, a dżip niemiłosiernie miażdżył jego szczątki jeżdżąc po chodniku w tę i z powrotem, walcował je niemiłosiernie tak, że w ciągu kilku minut na ich oczach to, co pozostało z Waldka przestało w ogóle przypomi- nać ludzkie zwłoki, a stało się jedną wielką, czerwoną, rozma- zaną na chodniku mokrą plamą. Betonowe płyty szybko spijały świeżą krew, toteż kałuże równie szybko zniknęły z powierzch- ni trotuaru. O tym, że ta kupa materii organicznej jeszcze nie- dawno była żywym człowiekiem, świadczyły już tylko walające się wokół purpurowe, kaszowate strzępy wyrwanych narządów wewnętrznych, wywleczonych z otwartej bieżnikami opon jamy otrzewnej. Długie zwoje jelita cienkiego z widoczną w środku ciemnawą, papkowatą treścią, wylewającą się przez liczne per- foracje, tworzyły na chodniku ciemniejsze smugi pośród jed- nolitej barwy krwi. Regularne przewężenia jelita grubego, po- mimo sierpniowego skwaru Florydy, nieuchronnie przywo- dziły na myśl łańcuchy choinkowe, jakie niegdyś wytwarzano w każdym polskim domu przed Wigilią. Sflaczałe kawałki po- strzępionej skóry walały się w nieładzie, całkowicie zatopione w zakrzepłej krwi, niczym brudne prześcieradło niedbałej ko- biety podczas obfitej menstruacji. Z trudem przyszłoby nawet określenie, gdzie dokładnie znajdowała się kiedyś twarz Wal- demara Kuklińskiego, ale prawdopodobnie należałoby jej szu- kać tam, gdzie pośród krwi rozlewało się nieco biało-szarej ga- larety, która też zdążyła już przybrać koralowo-krwisty odcień. Tylko wyobraźnia podpowiadała, iż niegdyś znajdował się tam mózg! Wobec tak nędznego widoku trudno było komukolwiek uwierzyć, że ta plazmowata, bezkształtna substancja określała kiedyś całą istotę człowieka myślącego. 11 Takiego zmasakrowania ciała nie można dokonać przy- padkiem. To już nie było tylko zabójstwo z premedytacją, lecz perfidna profanacja zwłok. Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Drzwi samochodu się otworzyły, i wtedy, przez kilka sekund czworo przyjaciół miało okazję zaobserwować jednego z pasażerów upiornego po jazdu. (Faktycznie tylko dwóch młodzieńców mogło obser- wować, gdyż rudowłosa Cathy wciąż leżała nieprzytomna na chodniku, a Margareth, odwrócona plecami, wymiotowała w krzakach.) Mężczyzna ubrany na czarno, z twarzą zasłonięta ko miniarką, wyskoczył gwałtownie z dżipa, podbiegł do szcząt- ków Waldemara, pospiesznie rzucił okiem, jakby chciał się upewnić, czy chłopak aby na pewno nie zmartwychwstanie jak Feniks z popiołów, po czym równie gwałtownie wskoczył z po- wrotem do samochodu, który odjechał z piskiem opon równie nagle, jak się pojawił. Przedstawienie skończone. Przyjaciele zabitego nie wierzyli własnym oczom i trwało to chwilę nim w ich umysłach zaczęły kiełkować pierwsze lo- giczne pytania: „Kto chciałby celowo zabić Waldemara Kukliń- skiego, a potem w biały dzień, na oczach świadków zmasakro- wać jego ciało? Co miał na celu zabójca? Czy to jakaś zemsta? A jeśli tak, to za co? A może ostrzeżenie, a więc dla kogo i przed czym?” Czoło chłopaka o blond włosach nagle pokryły perliste krople potu. Przecież ojciec tej ładnej brunetki, Margareth, jest zdaje się jakimś oficerem w tajnych służbach. Dziewczyna ni- gdy o tym nie mówi, niby taka delikatna, wymiotuje na widok krwi, ale to na pewno tylko przykrywka. Jej koleżanka, Cathy, 12 przynajmniej zemdlała, wszyscy widzieli jak uderzała głową o chodnik, tego żadna dziewczyna nie może udawać, za bardzo boją się bólu, brzydkich guzów i siniaków… Nagle chłopak chwycił się za brzuch i w panice pobiegł w stronę krzaków, gdzie wcześniej zwymiotowała jego koleżanka. Pozostałości wśród świeżo przystrzyżonej trawy świadczyły niezbicie, że Margareth jednak nie markowała torsji. Chłopak nie zdążył dopaść krzaków i po drodze zanieczyścił sobie buty. Przecież i on próbował bałamucić Margareth, ba! – pod- czas jednej z imprez nawet wylądowali razem w łóżku, ale kto by się tym przejmował, skoro na kampusie wszyscy bawili się ze wszystkimi i nikt nie robił z tego wielkiej afery. Zresztą, piło się tyle, że nietrudno było zapomnieć co i kto obiecywał komu w chwilach uniesień. Nie mogąc się pozbyć widoku własnego ciała rozwałkowanego na krwawą miazgę przez koła samo- chodu, chłopak wił się w bolesnych skurczach biegnących od żołądka do przełyku. Czuł, że nogi ma jak z waty, a w głowie wszystko mu faluje, niczym jacht targany kaprysami fal oce- anicznych. Gdy otwierał oczy rozpaczliwie usiłując zachować kontakt z rzeczywistością, widział tylko wielką, gęstą kałużę własnych wymiocin, pokrywającą w dużej mierze powierzch- nię tej, która znajdowała się tam uprzednio. Dostrzegał to, gdyż różniły się kolorystycznie; to, co zostawiła Margareth było ra- czej czerwonawo-pomarańczowe, jakby od jakichś owoców czy warzyw. Jego niestrawione resztki to biało-różowo-zielona masa kanapek z szynką i sałatą. Razem przypominało to plamę olejną Wasyla Kandinsky’ego, ale oczywiście amerykańscy stu- denci nie mogli mieć o tym pojęcia. „Jakie to jednak, kurwa, romantyczne! Nawet nasze wy- 13 miociny muszą zawsze się szukać i odnaleźć! Pierdolone pa- pużki-nierozłączki…” – zdążył jeszcze pomyśleć nim całkiem odpłynął. * * * Dżip zniknął równie nagle jak się pojawił. Nadspodziewanie szybko zjawiła się też policja, zupełnie, jakby funkcjonariusze tylko czekali przyczajeni tuż za rogiem, aż kierowca czarnej te- renówki ukończy swe upiorne zadanie, by dopiero wówczas, zgodnie z jakąś niepisaną umową, wkroczyć do akcji. – To powiadacie, że zabity nazywał się Waldemar Kukliń- ski…? – skonstatował jeden z funkcjonariuszy wyciągając no- tatnik służbowy. Czwórka przyjaciół spojrzała po sobie ze zdziwieniem, gdyż żadne z nich nie mogło sobie przypomnieć, żeby ktokolwiek wymieniał przy policjantach nazwisko kolegi. Jednak wszystko można było wytłumaczyć stresem. Człowiek w szoku mówi różne rzeczy, a potem nic nie pamięta. – Nie… to znaczy taaaak… to znaczy, nic takiego nie mó- wiłem – zaczął się jąkać jeden ze świadków przeczesując palca- mi jasną czuprynę. – Jak nie Kukliński, to kto to według was jest? – funkcjona- riusz zmarszczył groźne krzaczaste brwi, wbijając wzrok w twarz zagubionego młodzieńca. – No… zgadza, się, to jest nasz przyjaciel, Waldemar Ku- kliński, tylko że… tylko że ja… ja nic takiego nie… – Imię się zgadza, nazwisko się zgadza, wiek? – przerwał zasadniczo policjant. 14 Choć nikt nie odpowiedział na pytanie, funkcjonariusz skrzętnie odnotował „prawidłową odpowiedź” w notesie. W krę- pującym milczeniu młodzi ludzie próbowali zwilżyć zaschnię- te gardło przełykając ślinę, a spocone dłonie wycierali w ma- teriał spodni i T-shirtów. Cathy, wciąż jeszcze blada po od zys- kaniu przytomności, wspierała się niepewnie o ramię przyja- ciółki. Potem, niepomna na białą spódniczkę z falbankami, usiadła na zakurzonym krawężniku i palcami dotykała wielkie- go guza z tyłu głowy, którego nabiła sobie upadając. – Widzieliście dokładnie ten wypadek? – zapytał w końcu drugi funkcjonariusz, nieco chłystkowaty z wyglądu, zdaje się świeżo po szkole policyjnej, bo jeszcze chciało mu się zadawać pytania. – Widzieliście, że to właśnie Kuklińskiego przejechał samochód? Że to był on, nikt inny? Może tylko wydawało wam się, że to był on? Z jakiej odległości obserwowaliście wypadek? – McGourthy, daj ludziom spokój, widzisz, że są w szoku! – upomniał go krzaczastobrewy. – Zresztą, to nie przesłucha- nie, na to jeszcze przyjdzie czas. A może i nie… teraz lepiej skoczyłbyś po jakąś wodę czy colę, przynajmniej byłby z ciebie wreszcie jakiś pożytek! Przecież gorąco tu jak w piekle! Wszyst- kim nam w gardle zasycha! Patrz, taka ładna dziewczyna usy- cha z pragnienia na krawężniku… heheh-heh… Chyba wydawało mu się, że był zalotny, bo obleśnym języ- kiem zwilżył grube wargi i cmoknął do rudowłosej Cathy, któ- ra zaraz z obrzydzeniem odwróciła wzrok. – Na miłość boską! Żyjemy przecież w państwie prawa! Znajdźcie ich! Macie przecież samochód, dlaczego nikt za nimi nie jedzie?! Pamiętam numery rejestracyjne! Jesteście przecież policją! To był obywatel amerykański, jego rodzina płaci na 15 was podatki! Poślijcie tych morderców na krzesło elektryczne! God sake, zabili człowieka…! – blondynek ogarnięty napadem histerii przestał krzyczeć, opadł bezwładnie na krawężnik i za- czął szlochać klęcząc i waląc pięściami w beton. Policjant udawał, że tego nie zauważył. Wyciągnął nadajnik. – No i jak tam, znaleźliście coś? – zapytał jakby od niechcenia. – Dwie przecznice od ciebie. Dżip na kradzionych tabli- cach, czarny, przyciemniane szyby, porzucony. Nasi eksperci dopiero tam jadą, ale zdaje się, że jest czysty, znaczy się, żad- nych śladów. Uśmiechnął się pod nosem triumfująco. Nie musi nigdzie jechać, robić żadnych pościgów, można siedzieć i gapić się w biust rudej Cathy. – Dzięki stary, bez odbioru. Przetoczył wzrokiem po twarzach młodych ludzi, jakby chciał im okazać swoją wyższość. Wyprostował się, pomimo upału dopiął guzik munduru pod samą szyją, zupełnie jakby całą postawą bezgłośnie mówił: „Spójrzcie, jacy jesteście bez- radni! Nic nie potraficie, nic nie wiecie, nic nie możecie! Wy- starczyło, że się zjawiłem i już wszystko jest rozwiązane”. * * * – Co wy mi tu dajecie? Znowu Kukliński?! Ilu Kuklińskich może tak ginąć w wypadkach? Więcej ich matka nie miała?! – krzyczał komendant, któremu dwóch policjantów przyniosło raport w sprawie przejechanego chłopaka. Normalnie mogliby złożyć papiery na biurku, gdy akurat wyjdzie na lunch, jednak nauczeni doświadczeniem, woleli uczy- 16 nić to osobiście. Komendant zawsze miał jakieś uwagi, a lepiej było wysłuchać ich od razu, niż czekać, aż narosną od nich „procenty.” – To… syn Ryszarda i Joanny… imigrant, z Europy Wschod- niej… zdaje się, polskiego pochodzenia… – wybąkał niepew- nie brzuchaty funkcjonariusz, który nagle stracił zwyczajną pewność siebie. – Wiem, kurwa, czego mi tu pierdolicie farmazony?! Brat Bogdana Kuklińskiego, pół roku temu prowadziłem jego spra- wę! Jeszcze nawet nie zakończyłem… – odburknął komendant z nogami na biurku. Mruczał coś do siebie pod nosem, coś jakby: „doświadczo- ny nurek, ratownik na Alasce, kurwa, a utonął kiedy nawet sztormu na morzu nie było… zostawił żonę, dziecko… syna nawet… wypłynął w rejs z nieżyjącym kumplem…” Zapalił papierosa i zaciągnął się z lubością kompletnie ignorując stojących przed nim na baczność podwładnych. Nie pozwolił im jednak odejść. Najwyraźniej widok skrępowania podwładnych, nie do końca rozumiejących sens tkwienia na baczność przed jego biurkiem, sprawiał mu przyjemność. – Jak to pan nie dokończył tej sprawy…? – zapytał nieśmia- ło młodszy z funkcjonariuszy, na co starszy szturchnął go zna- cząco i zmarszczył brwi – jakby chciał go upomnieć, że jego nie- ostrożne pytania tylko rozjuszą pryncypała i obaj dostaną burę. Komendant nie wyglądał na zaskoczonego pytaniem. Otwo- rzył usta, żeby coś powiedzieć, jednak w tym momencie zadzwo- nił służbowy telefon. – No bo mnie, kurwa, przenieśli, to i nie dokończyłem! – odburknął w końcu. 17 Mruknął coś pod nosem wyraźnie niezadowolony i wy- ciągnął rękę po słuchawkę. – Halo. – Komendant Wilson? Ralph Wilson? – zapytał głos w słu- chawce. – Tak, a kto mówi? – zdziwił się. – Ciebie akurat nie powinno to interesować! – odpadł za- sadniczy głos po drugiej stronie światłowodu, co wbiło komen- danta Wilsona w fotel. – Mam ci tylko do powiedzenia, że jak będziesz tak dalej mielił ozorem, to znajdzie się na twoje miej- sce ktoś bardziej odpowiedni. Pilnuj też swoich ludzi, żeby nie- potrzebnie nie robili szumu… – Ale o co…? – zaczął nagle tracąc zwykłą pewność siebie. – Kurwa, Wilson, czy ty jesteś dzieckiem, czy tylko udajesz głupiego? Bo z nas idiotów nie zrobisz, nawet na to nie licz! No weź się rozejrzyj, co tam masz teraz na biurku?! Sprawa Ku- klińskiego. Właściwie obu Kuklińskich ci się trafiło mieć na biurku. Myślisz, że to przypadek? Jeśli planujesz dożyć do eme- rytury, to lepiej daj se spokój i bardziej się tym nie interesuj… – Czy to jest szantaż…?! – zapytał nagle pobladły komen- dant wycierając pot z czoła i podnosząc wzrok na podwładnych w obawie, że widząc go w takim stanie całkiem stracą do niego respekt. Ci jednak nasłuchiwali dyskretnie ze wzrokiem wzbitym w czerwoną wykładzinę, chociaż na słowo „szantaż” drgnęli nieznacznie. Wilson spojrzał żeby sprawdzić, czy podwładni usłyszeli ostatnie zdanie, ci jednak udawali wzorowo. Głos w słuchawce niespodziewanie wybuchnął śmiechem. – Ty chyba Wilson naprawdę nie wiesz, z kim tańczysz! 18 Wyjedź sobie za miasto, na piknik, zabierz jakąś fajną dupę… zapłacimy ci nawet za motel, żebyś miał coś od życia. Żonie powiesz, że jedziesz służbowo, to jeszcze upiecze ci ciasto z dy- nią jak wrócisz do domu. Ha-ha-ha, taki mały prezencik od kolegów z nadrzędnego resortu! Pod warunkiem, że będziesz grzeczny. I dobra rada: trzymaj się z daleka od tych spraw, bo za mały jesteś, żeby się z nami mierzyć. Cześć! Komendant odłożył słuchawkę i zmierzył chłodnym wzro- kiem podwładnych, jakby tym razem miał do nich pretensję, że wciąż tam stali, choć zazwyczaj lubił przeciągać proces skła- dana raportu w nieskończoność. Jako komendant oczywiście nie miał obowiązku nikomu się tłumaczyć, jednak teraz drażniło go, że czuł na sobie ich pozornie dyskretny, pytający wzrok. Pierwszy raz w życiu po- żałował, że nie postąpił wbrew przyzwyczajeniom, choć wcze- śniej już miał przeczucie, że kroi się coś niedobrego, co może położyć się cieniem na jego karierze. Zostało mu zaledwie pięć lat do emerytury, byłoby głupotą ryzykować święty spokój dla jakiegoś głupiego incydentu, w dodatku z imigrantami z Eu- ropy Wschodniej w roli głównej. – Polacy, kurwa… – westchnął w końcu podnosząc wzrok na stojących policjantów i zaciągając się tak mocno, że papie- ros momentalnie stopniał w jego palcach. – Szalony, dziki na- ród, nawet umrzeć nie potrafią normalnie, tylko muszą jakoś tak dziwacznie. Kto im, kurwa, kazał przyjeżdżać i zdychać tu- taj…? – zacisnął zęby, bo i tak już powiedział za dużo. Doskonale pamiętał sprawę sprzed pół roku. Tamten chło- pak, młodszy brat przejechanego, Bogdan Kukliński znaczy się, rzekomo zginął w Sylwestra zeszłego roku. Wypłynął w rejs 19
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Tożsamość szpiega
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: