Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00462 006708 13423552 na godz. na dobę w sumie
Tracka misa - ebook/pdf
Tracka misa - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 47
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-940048-1-1 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> proza
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

 

 

Patrycjusz rzymski spokrewniony z Liwiuszem skończywszy karierę wojskową bawi w Rzymie, używając życia w najwspanialszej metropolii starożytności. Syty przepychu i zabawy poszukuje czegoś, czego nie mogą mu dać ani termy, ani amfiteatr i ani inne rozrywki rzymskie. Jedzie do Aleksandrii, gdzie poznaje słynnego Filona Aleksandryjskiego, a stamtąd do Palestyny. Dręczony zagadką swojego życia usiłuję ją rozwiązać szukając odpowiedzi w filozofii i ówczesnych religiach. Zniechęcony w tych poszukiwaniach przypadkowo zapoznaje się z nauką głoszoną przez Galilejczyka o imieniu Jezus.

W prowincji Syrii spotyka swojego przyjaciela z czasów legionów Markusa Publiusza. Żołnierz ten ceniony przez samego Germanika, pod którego dowództwem walczył na północy z Germanami i pobił Arminiusza, wróciwszy do Italii zapadł na tajemniczą chorobę. Markus podczas pobytu w Galilei został uzdrowiony przez Jezusa z Nazaretu.

Herod Antypas dowiedziawszy się od swoich dworzan, że podróżujący po Galilei Markus Publiusz jest dobrym znajomym cezara i może mieć znaczne wpływy na Palatynie zaprosił go do siebie. Zamożny Markus zakochany w tym kraju za sprawą uzdrowienia przez Jezusa za gościnność odwdzieńczył się Herodowi upominkiem, przekazując mu przepiękną złotą misę z Tracji. Kiedy Herod hucznie obchodził swoje urodziny w Tyberiadzie, podczas których pokrył się niesławą każąc ściąć na życzenie Salome św. Jana Chrzciciela wśród zaproszonych znalazł się Markus Publiusz, a także jego przyjaciel z legionów. Tracka misa trafia dziwnymi kolejami losu do prefekta rzymskiego w Jerozolimie Poncjusza Piłata, a ten używa jej w pamiętny piątek do symbolicznego umycia rąk podczas procesu Jezusa z Nazaretu.

Tematem opowiadania jest historia z I wieku za czasów Jezusa Chrystusa.”

 

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Andrzej Malczewski Tracka Misa TRACKA MISA Andrzej Malczewski Tracka misa Redakcja i korekta: Urszula Lemańska Skład: www.mpress-freelancer.pl Copyright© by Andrzej Malczewski, Zielona Góra 2014 Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. e-Book Wydanie I Zielona Góra 2014 ISBN: 978-83-940048-1-1 4 I Będąc bardzo młody i o ile tylko mój wiek na to pozwo- lił zaciągnąłem się do legionów. Ciężka to była szkoła życia i nauczyłem się, że nie można niczego osiągnąć łatwo. Trudno jest zdobyć sławę, a czasami nawet przyjdzie i polec w walce, by ją uzyskać choćby tylko pośmiertnie. Co do mo- jej kariery wojskowej, to byłem za mało doświadczony, żeby powierzono mi znaczniejsze dowództwo, a chociaż miałem zamożnych i wpływowych rodziców, to nie mogłem liczyć, że dostanę pod swoją komendę cały legion w przyszłości. Jak da- lece różniło się błogie bytowanie patrycjusza w mieście od su- rowego życia obozowego przekonałem się na własnej skórze. Chłodne noce pod gwiazdami w niczym nie przypominały ciepła domowego ogniska w willi rzymskiej. Z rozrzewnie- niem wspominałem dawne czasy mojej nauki. Pierwszym moim nauczycielem w młodości był Agapiusz wykształcony w akademii ateńskiej. Nauczył on mnie naj- przód greki, potem wprowadził w świat retoryki i filozofii. Dopilnował abym zapoznał się dokładnie z kanonem literatury Hellady. Nieobce więc były mi tragedie Sofoklesa, nie mówiąc już o wiekopomnych dziełach Homera, którego fragmenty „Iliady i Odysei” uczyłem się na pamięć, ćwicząc się w de- klamacji. Los tak chciał, że z Agapiuszem przyszło mi się rozstać, bo przynaglony sprawami rodzinnymi musiał wracać do swych ojczystych stron, by objąć przypadły mu w spadku majątek. Drugi mój nauczyciel Heron nie był ateńczykiem, ale wy- 5 dała go wyspa Kreta. W wymowie bieglejszy był nawet od Agapiusza, choć dziwiło mnie to, że wiedział zawsze wszystko lepiej niż inni mentorzy i chętnie się porównywał z najwięk- szymi. Twierdził uparcie, że to do czego doszli wielcy filozofo- wie, wspierając się wzajemnie i on sam zdobyłby samodziel- nie, gdyby tylko żył w ich czasach. Tylko wrodzona skrom- ność – jak twierdził – nie pozwalała mu dotąd na ujawnienie własnego systemu filozoficznego, nad którym pracował przez wiele lat w pocie czoła i którym przyćmiłby oraz rozłupał na kawałki wszystkie dotychczasowe wypociny akademickich mądrali z Aten. Niestety nigdy nie zaprezentował mi swojego dzieła choćby w części, skory był natomiast do zjadliwej krytyki otaczające- go nas świata. Chwalił jedynie swoich ziomków z wyspy i wy- nosił ponad innych mędrców. Utrzymywał, że morze otaczają- ce Kretę skutecznie wychładza rozpalone głowy miejscowych uczonych, co wpływa pozytywnie na poszukiwania prawdy przez nich, a ateńczykom z kolei słońce zbyt doskwiera, przez co umysły ich pracują ociężalej i trudniej im jest dojść do sed- na rzeczy, więc kręcą się w kółko niczym pies goniący swój ogon. Mówiąc takie rzeczy budził słuszną konsternację wśród zhellenizowanych rzymian, a pośród bardziej konserwatyw- nych ironiczny uśmiech dla nieokrzesanego obcokrajowca. Poza tym był dobrym nauczycielem i, bynajmniej, nauka z nim nie była nudna. Ludzie w Rzymie dzielą się na wolnych i niewolników. Nie był on niewolnikiem i dlatego mógł mówić co mu się żywnie podoba o swoich rodakach z Peloponezu. Zanim zdążyłem się przyzwyczaić na dobre do żołnierskie- go fachu, przyszło mi rozstać się z mieczem. Ojciec chciał, żebym dobrze się ożenił i pomnożył przy okazji w ten sposób majątek rodzinny. Nalegał więc na to, bym wrócił do Rzymu i sposobił się do objęcia intratnego urzędu. Podobnie myślała moja matka, która uważała, że już najwyższy czas bym założył własne gniazdo i nie tułał się sam po świecie. Wróciwszy do Rzymu chciałem nadrobić wszystkie stra- 6 cone w legionach lata i zacząłem używać, czerpiąc z wielko- miejskiego życia. To mogło mi dać największe z miast świata. Za dnia udawałem się na forum, gdzie można było spotkać sławnych i ciekawych ludzi z całego imperium. Przysłuchiwa- łem się mówcom, których kwieciste i błyskotliwe wystąpienia w sądzie zdały się przyciemniać wszystko, o czym wyczytać by można w podręcznikach retoryki. Dużo też czasu spędzałem w termach, żeby odświeżyć cia- ło i pokrzepić umysł solidną porcją dysputy z wytrawnymi retorami, okraszonej nowinkami i plotkami z pałacu samego cezara. Chodziłem na walki co lepszych gladiatorów, ale po- noć ostatnio szkoła ich nie wystawia tej klasy zapaśników co onegdaj, a o niewolników o zwierzęcej sile jest coraz trudniej, gdyż Rzym ostatnimi czasy nie prowadzi żadnej wojny. Potężni Negrowie i mocni jak dęby Germanie prawie się wykruszyli i potrzeba nowej krwi na arenę. Coraz częściej spotykałem tam rozpalone słońcem plebej- skie twarze, z których płynęły słowa niezadowolenia z takiego stanu rzeczy. Nie przebierali przy tym w słowach, przekrzyku- jąc jeden drugiego. Dostawało się za to i cezarowi, od którego oczekiwali rozrywki w postaci igrzysk i wystarczającej ilości zboża dla siebie, ale ten co pewien czas wysyłał w tłum preto- rianów, którzy wymierzali chłostę co większym krzykaczom. Wieczory spędzałem, jak dopisywała pogoda, w ogrodach willi położonych nad Tybrem na przedmieściach miasta. Jako krewny sławnego Liwiusza chętnie byłem przyjmowany przez patrycjuszy. Dogadzało mi wykwintne jedzenie, a po solonym mięsie z fasolą, czym byłem karmiony w legionach, smako- wało to niczym pokarm bogów na Olimpie. Cytrusy sprowa- dzano aż z Judei w prowincji Syrii, banany i kokosy z portu w Aleksandrii, a przednie wino z sycylijskich winnic wspa- niale wpływało na trawienie po sutym jadle. Wyborne daktyle z Kapadocji i owoce niemal z całego świata dominowały na stołach możnych, ale najbardziej cenili ryby z greckich mórz. Nie tylko w jedzeniu naśladowali Greków, choć nikt by 7 się nie przyznał do tego wprost. Najbardziej lubili otaczać się przedmiotami pochodzącymi z Hellady. Marmurowe i mo- siężne świeczniki w kształcie nimf i satyrów witały gości już w atrium, a ucztowało się, można by rzec, w tłumie posążków erynii i alabastrowych syren, które się walały w każdym kącie. Wyeksponowane stare naczynia Korynckie i amfory atty- ckie, uchodzące za niezwykle cenne, dopełniały całości gre- ckiego wystroju domu, w którym nie zamieszkałby żaden mający zdrowy rozsądek i jako taki zmysł estetyczny miesz- kaniec Peloponezu. Jedynie rozkoszna woń kadzideł z Arabii i kolorowe niczym tęcza cienkie wschodnie tkaniny pozwalały odetchnąć od natłoku helleńskich bibelotów i świadczyły, że nie jesteśmy w Achai. Pieśń Agamemnona śpiewana podczas uczt, częstokroć unoszona przez wiatr z nad morza ginęła w nocnym mro- ku. Gibkie tancerki z Memfis przy dźwiękach rogu, bęben- ków, piszczałek i zagłuszanej przez nie subtelnej lutni płynęły w tanecznym korowodzie pośród rozświetlających ciemność oliwnych lamp. Bogaty patrycjuszowski Rzym bawił się używając ponad miarę do białego rana, a ja z nim. Wszystko, co dobre jednak się kończy i z czasem przestałem gustować w rozpasanych biesiadach i winie, choćby było i najlepsze, przypominające w smaku ambrozję. Następnego dnia czułem się jak półżywy rozbitek wyrzu- cony na skalistą wyspę na Morzu Jońskim cały pokuty trój- zębem Posejdona, a mego pragnienia nie były w stanie za- spokoić całe wody Tybru. W głowie mi pękało i trzeszczało jakby zaspany Atlas wziął ją przez pomyłkę za orzecha i usi- łował zgnieść między knykciami. Ale ponoć, jak utrzymywał mój nauczyciel, bogowie olimpijscy też się upijali, odczuwając przykre skutki nadmiaru wina. Stąd bardziej przyznawałbym rację stoikom w trzymaniu umiaru niż nadużywającym przy- jemności epikurejczykom. 8 II Postanowiłem trochę odpocząć od zgiełku grodu Romu- lusa i od tego wszystkiego, co może dać największa metropolia świata. Nigdy nie byłem w Aleksandrii, co mi wy- rzucał mój poczciwy nauczyciel z Aten, choć nigdy mnie nie przekonał do tego, to jednak po latach tam się wybrałem. Słońca tu było więcej niż w Italii, ale klimat całkiem znośny jak dla mnie. Samo miasto było przepyszne, bogate i można było w nim spotkać ludzi z różnych stron. Na każdym miejscu można było spotkać Greków żywo ze sobą rozprawiających, a także Izraelitów, których jest tu sporo. Znajdują się tu naj- większe zbiory papirusów i pergaminów w całym imperium. Nawet cezarom nie udało się zgromadzić tak wiele dzieł pi- semnych w jednym miejscu. Swego czasu jeden z władców z dynastii Ptolemeusza zarządził, że każdy kto przybył do Aleksandrii musiał udostępnić papirus czy pergamin do prze- pisania. W ten sposób kopia dzieła pozostawała w bibliotece, wzbogacając ją o nowy egzemplarz i stąd nie ma od niej większej na całym świecie. W Aleksandrii poznałem w bibliotece pewnego mędrca Filona, który widząc moje zainteresowanie Mojżeszem pomógł mi wyszukać w Septuagincie, czyli w greckim przekładzie Pięcioksięgu świętego dla Hebrajczyków, to czego szukałem. Uważałem go za mądrego Greka, ale wkrótce poznałem, że się myliłem, nie pochodził bowiem z Hellady, lecz był Żydem i to rodowitym aleksandryjczykiem. Tak świetnie władał greką, że nawet do głowy mi nie przyszło, że nie jest rodakiem Odysa. 9 Kochał się w pismach Platona i znał je jak własną dłoń. Gdy lepiej się poznaliśmy wyjawił mi, że swego czasu piel- grzymował do Świątyni Jerozolimskiej wraz ze swoim bratem. Wywarła ona na nim wielkie wrażenie i był dumny, tak jak każdy inny członek diaspory, z tak okazałej świątyni, nie spo- tykanej gdzie indziej. Rodzony jego brat Aleksander, sprawu- jący urząd alabarchy w Aleksandrii bywał tam wielokrotnie i utrzymywał nawet przyjazne stosunki z niektórymi człon- kami Sanhedrynu. W czasie naszych rozmów w bibliotece Filon często po- wracał do historii pierwszych ludzi Adama i Ewy w raju. Ku mojemu zdziwieniu ta scena była dla niego kluczowa w ro- zumieniu ludzkiej natury, jej skłonności do dobra i do zła. Słuchałem tego co mówi z nieskrywaną ciekawością, a przy- znam, że sam nie potrafiłbym zrozumieć tego fragmentu poza tym, że ludzie ci złamali zakaz Boży i ponieśli karę. Filon w trakcie jednego z naszych spotkań w bibliotece wybadał mnie w jakie bóstwa wierzę i skąd moje zaintereso- wanie Bogiem Izraela. – Jeśli o mnie chodzi, to w bogów nie wierzę – odpowie- działem. – Jesteś ateistą, bo i takich można spotkać pośród światłych Rzymian? – spytał Filon. – Nie zastanawiałem się nad tym – odparłem. – Natomiast nie wierzę w bogów rzymskich i greckich, bo ci których znam, nie są skorzy do niesienia pomocy komukolwiek. A w ogóle jest ich tak wielu, że nie wiadomo do kogo się zwró- cić. Bieganie od jednego ołtarza do drugiego, to nie dla mnie. Szczerze rozbawiłem tym mędrca, ale takie było moje zda- nie na ten temat. Nie upłynie nawet rok, a wnet pojawia się jakieś nowe bóstwo w Italii, sprowadzone z południa Egiptu lub ze wschodnich rubieży Imperium Rzymskiego. Niedługo, a zabłyśnie jeszcze inne dotychczas niespotykane i będzie przyciągać uwagę ludzi, aż minie jego czas i straci swoją po- pularność. 10 Bogowie ci kochają albo nienawidzą się i walczą ze sobą. Bywają bardzo złośliwi, a także okrutni i nigdy nie wiadomo, czy czasami nie będą chcieli dobrać ci się do skóry z jakiegoś tylko im wiadomego powodu. Dlatego trzeba się mieć stale na baczności, aby się jakiemuś wrednemu bóstwu nie narazić. Znałem pewnego Greka Aschylesa, który ponoć przez to, że czcił jedno bóstwo naraził się drugiemu, będącemu w nie- przyjaznych stosunkach z tym pierwszym, o czym biedak ten pochodzący z głębokiej prowincji nie miał pojęcia. I tak wpadł w pułapkę i znalazł się między młotem a kowadłem. W końcu porzucił wszystko i uciekł przed zemstą bożka, który się na niego zawziął nie na żarty, na małą wyspę w pobliżu Krety. Tam słuch o nim zaginął. Mówią, że starszemu synowi Afrodyzjusza z Delf objawiła się jakaś bogini, kiedy bawił w Heraklei i kazała mu ożenić się z jedną z wielbłądzic, których posiadał wiele w swoich egipskich posiadłościach w Aleksandrii. Miało mu to przy- nieść, zgodnie z przepowiednią, szczęście. Problem był w tym, że nie wiedział, czy tą boginią była Artemida, Hera czy też Afrodyta i której ma złożyć ofiarę dziękczynną, za tak cenną radę. Jakiś wróżbita rodem z Filadelfii doradził mu, żeby pił dużo wina, a wtedy rozjaśni się mu umysł i rozwiąże swój problem. Będąc bardziej przesądny niż religijny wziął sobie tę radę do serca i upijał się na umór dzień w dzień przez pięć dni z rzędu. Z jakim efektem? Tego nie wiem. Ponoć jak skończył z tym był tak rozdygotany, że nie mogli zrozumieć go nawet jego właśni niewolnicy. Mógłbym podać jeszcze kilka innych przykładów, ale nie- wiele z tego wynika i nie czas po temu. Mnie osobiście ob- mierzło to całe towarzystwo z Olimpu z ich boskimi przywa- rami i swarami. Życie jest zbyt krótkie, żeby je sobie dodat- kowo komplikować. Nie wiem, co będzie ze mną po śmierci, ale jakoś radziłem sobie w tym życiu, to i jakoś będzie w tym drugim, a kto wie może i w kolejnych. – Nie czczę bogów, jak wiesz, i niech oni zostawią mnie 11
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Tracka misa
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: