Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00054 007681 13585165 na godz. na dobę w sumie
Transgresja - ebook/pdf
Transgresja - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 196
Wydawca: Biblioteka Analiz Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-61154-94-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Ciemna zimowa noc odbiera mu Natalię. Gorący letni dzień stawia na jego drodze Lilę. Jest piękna, rudowłosa, tajemnicza, niemal eteryczna. Lila przenika do jego życia, miesza zmysły. Jednak w najmniej odpowiednich momentach zaczyna niebezpiecznie przypominać Natalię... Bohater błądzi w labiryncie przeszłości i teraźniejszości, usilnie próbując zrozumieć, co się wokół niego dzieje. Żyje Lilą, ale wspomnienie Natalii nigdy go nie opuszcza. Sytuację jeszcze bardziej komplikuje pojawienie się jego dawnego kolegi - Dawida, którego jednak nie ma prawa spotkać. W zapanowaniu nad rzeczywistością próbuje mu pomóc przyjaciel Michał, ale tutaj nic nie jest takie, jakim być się wydaje. Gdzie zaczyna się jawa a kończy sen? Aby przezwyciężyć wszechogarniające poczucie pustki, umysł ludzki nie cofnie się przed niczym.'Transgresja' to druga powieść Michała Dąbrowskiego. Zwykle właśnie druga książka określa autora, ale w tym przypadku tak nie jest, bo książki Dąbrowskiego zbyt różnią się od siebie. Pierwsza, autobiograficzna 'Dłoń', to realistyczna opowieść o byciu innym, samotności i potrzebie zaakceptowania rzeczywistości. 'Transgresja' też opowiada o samotności, ale w tej powieści istniejące przenika się z nieistniejącym, rzeczywiste z nierzeczywistym. To książka o miłości, utracie, niemożności odnalezienia siebie w zbyt wielu możliwych światach. Młodzieńcza, ale równocześnie dojrzała i głęboka. Inna od typowej 'produkcji' literackiej. Na pewno warta polecenia. Marek Ławrynowicz Michał Dąbrowski urodził się w 1982 roku w Warszawie. Zadebiutował w 2011 roku dobrze przyjętą przez krytyków i czytelników powieścią 'Dłoń'. Jest prozaikiem i poetą. Współtworzy niezależną audycję literacką 'Szkiełko i oko'. 'Transgresja' jest jego drugą powieścią. Absolwent kulturoznawstwa. Mieszka na warszawskiej Ochocie.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Jirafa Roja Warszawa 2012 © Copyright by Michał Dąbrowski, 2012 © Copyright by Jirafa Roja, 2012 Hanna Kukwa Hanna Kukwa Tatsu Redakcja: Korekta: Łamanie: Zdjęcie na okładce: Marcin Bronicki | http://bronicki.com Zdjęcie autora: tatsu@tatsu.pl Marcin Bronicki ISBN 978-83-61154-94-9 www.jirafaroja.pl Wydanie I Warszawa 2012 Spis treści 1. Przebłyski 9 2. Lila cała w ogniu 30 3. Widzę cię 51 4. Ikona 72 5. Miasto pełne urojeń 94 6. Nimfa 115 7. Czysta przemoc 136 8. Śmierć jest przepiękna 158 Dla Oli 1. Przebłyski Natalię pochłonęła zimowa zamieć. Jej kształt zaczął rozmywać się w śniegach, na wietrze, w tym szalejącym mroźnym powietrzu. Została mi wyrwana przez nieprzebyty chłód, pamiętam ten widok, gdy w pokoju jest cisza, cisza między dwojgiem, a na zewnątrz szaleje nieokieł- znana siła natury. Wystarczyło tylko otworzyć okno, wystarczy- ło tylko uchylić lufcik, a Natalia, cała, w ubraniu, wyfrunęła, została zabrana przez śnieg, zapewne zamarzła na dworze, między tymi obskurnymi blokami, gdzieś na parkingu wśród ośnieżonych samochodów. Starałem się nie widzieć, jak jej policzki pokrywa gołoledź, gdy łzy od mrozu rzeźbią w nich swoje mokre drogi. Nie widzia- łem tego. Potem, na jej długich do pasa dredach zaczął pojawiać się szron. Próbowałem na nie chuchać, rozcierać je w palcach. Sądziłem, że to coś pomoże. Na dłoniach zostało mi tylko tro- chę wody, która zaraz wyschnie. W pokoju ten chłód za chwilę zostanie zabrany przez ciepło kaloryferów, nawet ciepło kom- putera coś wchłonie. Nie pomyślałem jednak o najważniejszym — o masażu serca. Jej dłonie i stopy nadal były cieple. Teraz zastanawiam się, czy było to ciepło ludzkie, takie zwyczajne, codzienne, może trochę podgrzane przez ochronę, jaką dają rękawiczki i kurtka 9 puchowa, czy też było to ciepło udawane, trochę fałszywe, ni- czym termometr włożony do gorącej wody. Nie wiem. Być mo- że cała już zamarzła, była zimna już wcześniej, nosiła w sobie lód, jego sople tkały wnętrzności, w żyłach płynęła przyjemnie chłodna woda; przecież serce nie wytrzymałoby takiego mro- zu, może dlatego Natalia cały czas żyła. Nie wiem. Potem poczułem zimno. Zdarzyła się jedna noc, gdy spa- liśmy obok siebie, a Natalia była zimna i nie miała o tym po- jęcia. Okna były szczelnie zamknięte, latarnie za oknem ma- lowały zimę na pomarańczowo, Natalia oddychała spokojnie, a jej chłód nie dawał mi zasnąć. Czułem, jak moje serce szaleje, wyobrażałem je sobie, jak tańczy, jak pląsa po moim wnętrzu, i właściwie chce się wyrwać, być może pragnie zamienić się na emocje z sercem Natalii. Serce Natalii zapragnęło odsunąć się, oddalić, nieświadomie odejść donikąd. Za oknem zima zamrażała miasto. Robiła to powoli, spokoj- nie, bardzo systematycznie. Najpierw pojawił się wiatr i przy- prószył wszystko śniegiem. Cienka warstwa, którą ludzie roz- tapiali butami, nic nie warta biała powłoczka, o której zapomi- na się następnego dnia. Jakaś zapowiedź zimowego szaleństwa dla dzieci i wzbudzenie ciekawości u psów. Nikt nie przewidział nadejścia mrozów. Telewizja nie podała stosownych informa- cji, że następnego dnia samochody zaczną uprawiać slalom po mieście, ludzie będą upadać boleśnie na chodniki, tłukąc się dotkliwie, łamiąc sobie nogi, rozbijając łokcie i twarze. Białe nie- bo nie zapowiadało słońca. Mówiło nam coś niezrozumiałego, wysyłało wiadomość nie do odczytania. Któregoś dnia, w śnie- gu, w powietrzu, które samo w sobie było lodem, robiliśmy so- bie z Natalią zdjęcia. Jej oczy były białe od mrozu. Następnego dnia odwołano część lotów i wiele osób koczowało na lotniskach. Wraz z mrozem nadeszła nieprzebyta mgła. Przed moimi oczami majaczyły niewyraźne kształty budyn- ków, samochodów, gdzieś iskrzyły się rozmazane łuny świateł. 10 Nie wiedziałem, czy wyłaniam się z tej mgły, czy może wkra- czam w nią ciągle, cały czas, co chwila jestem w niej coraz bar- dziej zanurzony. Nie wiedziałem, czy była to zwykła para wodna, która przedostała się wraz z Natalią do pokoju, para urodzona z kropel gorącej wody, którą obmyła swoje ciało, czy może gdzieś przez jakieś niezauważalne przerwy w konstrukcji budynku, przez nieuwagę dawnego architekta, przedostała się ona — zim- na mgła. Gdy Natalia przykryła się kołdrą, przez chwilę biła od niej sztuczna ciepłota gorącej wody i duszność małej zaparowa- nej łazienki. Tylko przez chwilę, ponieważ pokój zrobił się biały, zimny i wcale nie parny. Podświadomie odsunęliśmy się od sie- bie, kradliśmy sobie pościel, próbowaliśmy stworzyć z nas dwie mumie — dwie osobne, zawinięte w materiał istoty. Mróz budził mnie. Czasem wyglądałem przez okno, patrzy- łem na burze śnieżne, które z takim upodobaniem tańczą przez miasto. Czasem mój wzrok zwężał się, spoglądał na przezro- czystą szybę. Czekałem, aż te drobne płatki śniegu zjednoczą się w jakąś niewyobrażalną kulę, aż uderzą, przecież coś musi się stać tej niespokojnej zimy, ale też nic nie dzieje się bez po- wodu. Natalia oddychała swoim zimnym snem, para z jej ust bieliła ciemny pokój, a ja wiedziałem, że jest w tym jakiś plan, być może plan Natalii, przecież zima, zwykła zima, nie może być tego powodem. Chciałem, aby szyby zarysowały się, pękły, wpuściły mróz, który mnie zabierze. Stałem tak kilka minut, patrzyłem na puste miasto, na kształty ludzi majaczące w środ- ku nocy w mieszkaniach, na odblaski telewizorów, grę świateł; i czekałem na nienazwane. A gdy położyłem się obok Natalii, jej dredy, i już nie ich końcówki, tylko całe, do samej nasady czaszki, były oszronione. Bałem się ich dotknąć, pogładzić. Nie chciałem patrzeć na jej sine usta; nawet nie wiem, czy takie były. Nie miałem odwagi się przekonać. Po Natalię nie przyszły żadne demony, nikt jej nie ukradł; Natalia żyje, istnieje, działa, jest całkowicie namacalna; ale 11 mimo wszystko jej nie ma; rozmyła się bezpowrotnie. Próbuję sobie przypomnieć, staram się rozwiać mgłę, zamieć, rozgrzać zimę; staram się z całych sił powrócić do tamtego dnia. Przekli- nam siebie za to, że jest to dla mnie tak łatwe. Kaloryfery dzia- łały na pełnych obrotach, apogeum zimy szalało na zewnątrz. Natalia rozmawiała ze mną, właściwie to tylko ona mówiła, powtarzała słowa i wyrażenia jak mantrę, mówiła, a po policz- kach płynęły jej łzy; teraz pamiętam je jako niebieskie bruzdy świeżo rozmytego makijażu. Głos Natalii łamał się, po załama- niu składał się do pierwotnego brzmienia, aby zaraz przestać działać, może poczekać chwilę, być może to była metoda. Mil- czałem, w moim umyśle panowała cisza, serce biło normalnie, palce nie trzęsły się, nie wykonałem żadnego fałszywego ruchu. Natalia rozpływała się swoimi łzami, topiła się, była inna niż przez ostatnie tygodnie i miesiące. W Natalii coś pękło; w mo- im sercu były tylko rysy. Jej wzrok, jej grymas namalowany płaczem na całej twarzy, mroźny dotyk, to wszystko jest teraz obok mnie. Tak jakby ta chwila trwała, była w zupełności powtarzalna, jakbym w swo- im umyśle miał specjalny program do odgrywania tylko tej sceny mojego życia. Potem czuję jej uścisk, nie rozluźniam szyi, niech mnie zabije swoją kończącą się miłością, niech w twej układance chociaż ja przestanę istnieć, niech Natalia puści mnie wolno w sposób metafizyczny. Tak się jednak nie dzieje, odginam jej ramiona w geście fałszywej chęci wolności od jej dotyku. Ona opada na łóżko, moje usta i struny głosowe mówią coś, ale to nie jest ważne. Wolnym krokiem podchodzę do okna, a za nim widzę to samo. Burza szaleje. Moja twarz w odbiciu jest rumia- na, czerwona wypiekami tej chwili. Bez pytania o to, czy Na- talia sobie tego życzy czy nie, otwieram połowę okna. Odwra- cam się do niej przodem, czuję mróz, który mnie obejmuje, czuję śnieg umierający na moich plecach i wtedy tego zimna 12 we mnie nie ma. Patrzę na Natalię, jak bieleje, jak sinieje, jak ujemna temperatura odbiera jej najpierw zdolność poruszania się, potem mowę, następnie wzrok, a gdy cała jest już soplem lodu, zamarznięta, i wcale nie martwa, przecież nie można tak po prostu umrzeć z miłości, wtedy podchodzę do niej, próbuję objąć, ale Natalia już nie jest kształtem, namacalnością; Na- talia jest obłokiem ukradzionym przez zimę, Natalii nie ma, pamiętam to, ponieważ są to obrazy, które na zawsze pozosta- ną w mojej pamięci, całą resztę zapomnę, tych chwil nigdy — Natalia rozmyła się i uleciała w mróz. Siedziałem całą noc przy otwartym oknie, czułem, jak od mrozu pękają kaloryfery, jak kradną mi resztki ciepła, a mój świat staje się zimny, nieprzebyty swym mrozem, czułem, jak odchodzę i zmierzam donikąd. Nad ranem moje ciało było całe sine, a po Natalii pozostał ułamany kawałek dreda. Dawid wyłonił się z wiosennej burzy. Wielkie granatowe chmury, które zawisły nad moją dziel- nicą, obiecując deszcz, i w końcu będąc siłą sprawczą ulewy, zmaterializowały Dawida. Jego samochód przebił granat chmur, wyłonił się z nich niczym fałszywy zbawiciel, mesjasz złej no- winy, wystrzelił z nich i opadł na parking pod moim blokiem. Dawid uprzedził swe przybycie mglistą wiadomością, głupim pretekstem; i porwał mnie. Miasto było rozmytą marą, diler Dawida zbliżał się. W radiu leciał trip hop, a Dawid opowiadał mi o swojej kobiecie, mówił, że właściwie to wszystko jest już skończone; ich światy dobrnę- ły do ślepych uliczek i szamoczą się w konwulsjach. Rzeka pod nami milczała w wiosenną noc. Dawid opowiadał mi wszystko, mówił o wiele za dużo niż chciałem wiedzieć i rysował swoim drżącym głosem koszmar nas obu, drenował mi w głowie mizo- ginizm, namawiał do braku miłości, odrywał mnie od mojego 13 świata w sposób brutalny; a ja dawałem się odrywać od niego w sposób całkowicie z tym faktem pogodzony. Diler przekroczył granicę samochodu, wpuszczając deszcz; Dawid przywitał się z nim. Patrzyłem, jak rozmawiają o niczym innym, jak o towarze. Dawid zapłacił mu okrągłą sumą, a diler stał się wiosennym mrokiem. Miasto wołało nas ze wzmożoną siłą, a ulewy w niczym nam nie przeszkadzały. Jasne mieszkanie Dawida stawało się rozmazaną bielą, któ- ra kłuła mnie w oczy; każda minuta była ostra, miała pazury wbijające się w mój umysł, i te szpony odganiały Natalię z mojej głowy, wszystkie wspomnienia stały się jakimś dziwnym złu- dzeniem, czymś nierealnym. Dawid trząsł się, próbował jeść przedwczorajszą pizzę, nawet mnie nią częstował, ale mój żołą- dek i tak odmawiał współpracy, a gardło kurczyło się. W ustach miałem gorzką mieszankę wnętrzności i słodkich wspomnień związanych z Natalią. Ciężkie chmury tańczyły nad miastem deszczową piosenkę. Dawid rozbryzgiwał kałuże. Z punktu widzenia pasażera pa- trzyłem na rozmazane neony i samotność miasta. Jechaliśmy na oślep, każdy ze swoją historią samotności. Dwa meteoryty w pięcioosobowym samochodzie jadącym na zatracenie, chcą- cym wyrwać się z nicości i podążyć w nieznane. Za Dawidem szły kobiety, najczęściej samotne, ale pewne siebie i na swój sposób szczęśliwe. Dawid brał je w swoją burzę, wciągał do swej chmury ich ciała, tak, ciała; przecież nie uczu- cia, światopoglądy i dusze. Dawid zapominał o wnętrzach; roz- stanie z kobietą pozbawiło go uczuć, stał się dziwakiem, który zaprosił mnie do szaleństwa. Pamiętam tę piękną kobietę, która wiła się na kanapie, na poddaszu. Deszcz bębnił o szyby i parapet, z laptopa leciał film, a ona, w samym szlafroku, w rajstopach, których końca nie mo- głem dojrzeć, przekładała nogę na nogę, powodując u Dawida grymas twarzy, chytry uśmiech. Zostałem wpasowany w nie- 14 pewność tej chwili. Ze ścian, podłogi i sufitu patrzyły na mnie jej obrazy. Abstrakcje, połamane linie i wymieszane kolory. Dawid wyjął z lodówki oszronioną wódkę, nalał do kieliszków i uzmysłowił mi, że nie muszę nikomu nic mówić. Przecież ta deszczowa wiosna należy do nas. Dawid nosił za sobą wyładowania atmosferyczne. Pokazywał mi miejsca, o których nie miałem pojęcia. Cały czas robił zdję- cia, jakby chciał wbić gwóźdź w te chwile, uwiecznić je z przy- tupem. Ciągle mam przed oczami siebie w najrozmaitszych kadrach, w niesymetrycznych uchwyceniach okiem Dawida. Rozmyty przez światła wtapiam się w ściany klubu, śmieję się donikąd, nie myśląc o niczym, moje włosy tańczą na wietrze, gdy wychylam się przez okno samochodu, a flesz oświetla mnie i całe miasto pełne urojeń i nimf. Deszcz tworzył kałuże, w których tonęliśmy. Chmury wyplu- wały z siebie wodę. Nosiłem w sobie rozpacz i otchłań, którymi karmił się Dawid. Miałem wrażenie, że cały świat nas nienawidzi. Nasze kobiety upadły tak nisko, że pozbyły się swych mężczyzn. Zostawiły nas samych, prawie że bezbronnych. Moją bronią był samochód Dawida: marzyłem o tym, aby wreszcie kogoś potrą- cił, nawet Natalię, albo rozbił barierkę wracając od dilera, a sa- mochód spadłby w rzekę, wbił się w wodę, a ona pięknie by nas połknęła. Nasz pęd donikąd nie miał końca i sensu. Chudy diler stał w deszczu na bezimiennym przystanku i zacierał ręce. Za jego plecami kończyło się miasto — nasz sztucznie ograniczony obszar działania. W kaptur dilera wsiąkała woda; z mroku kap- tura wyłaniał się jego uśmiech. Diler nie miał pojęcia o niczym; jego torebki były ekspresowym pociągiem, którym podążałem. Dawid uchylał szybę i noc nabierała powtórzenia. Obsesje Dawida stały się moją traumą. Dowiadywałem się o so- bie złych rzeczy. Natalia była potworem; jej dredy były wężami hy- dry. Moi przyjaciele w słowach Dawida stawali się demonami, któ- rych nie chciałem oglądać. Dawid mówił do mnie historią, której 15 nie rozumiałem. Mapa miasta stała się labiryntem dla kobiet, któ- re wpędziliśmy w bezdroża naszych uczuć. Dawid stał się moim bratem, którego nigdy nie chciałem mieć. Bałem się iść gdziekolwiek sam. Chciałem mieć przy sobie Dawida i jego aparat, za nami snuła się pajęczyna urojeń, pięk- nych kłamstw dla wszystkich napotykanych kobiet. Siedziałem na satynowym fotelu, światła klubu suszyły mnie z deszczu, a Dawid robił zdjęcia. Nie mogłem się bez niego obyć, nie chcia- łem, aby robił coś za moimi plecami, dlatego też powodowany swoją nielogicznością dzwoniłem do niego, zarażałem go bra- kiem Natalii, a on wybawiał mnie od smutku, pogrążając tym samym w jeszcze większym bagnie. Dawid cały czas się trzęsie, ma przed oczami rozbity obraz świata. Próbuję go usadowić w ryzach, ale paradoksalnie to tylko kadry jego zdjęć zapamiętują mnie. Modlę się, aby nikt ich nie ujrzał, aby nikt nie zobaczył mnie z kimkolwiek na zdjęciach Dawida. Pajęczyna tkana przez niego rozrosła się, przekroczy- ła ramy nocy, wykroczyła poza wiosenne ulewy, była ponad smakiem dilerskich potraw. Czułem się jak mały pająk, który brodzi w wielkich kroplach wody zagnieżdżonych w jego domu. Natalia kruszyła się w moich wspomnieniach. Kawałki Dawida leżą na podłodze. Nie mam siły ich dotknąć. Dawid rozpadł się z powodu wiosennej grypy dilera i innych wy- padkowych. Dla mnie oznacza to tyle, że noc będzie dłuższa. Lustro nas odbija, światło wpadło w kąt, zatoczyło koło, i widzę nas obu — jego łysą czaszkę na znak zmian i moje długie włosy na cezurę. Głos Dawida łamie się, a on podaje mi swój telefon, abym obdzwonił przyjaciół. Przyjaciele to tacy ludzie, którym nie płacisz za szczęście, przecież nic innego się nie liczy, a ze szczę- ścia nie umrzesz; ze smutku zapadniesz się w sobie; ze szczę- ścia możesz jedynie pofrunąć. Szczęście, którego gram kosztu- je dużo, ale nas stać na pięć sztuk, powoduje nic. W nozdrzach miewałem szczęście, którego nie rozpuścił żaden deszcz. 16 Nie zbieram Dawida z podłogi, bez swojej kobiety jest nagi, jest nieokryty żadnym miłosnym pancerzem. Jesteśmy tacy sa- mi: imię jego kobiety tatuuje całe ciało; miłość do Natalii roz- rywa mnie na strzępy. Patrzę w lustro, palę papierosa, a popiół spada na Dawida, na podłogę w jego dwupokojowym mieszka- niu, być może nawet wpada do lepkich kieliszków. Robię sobie drinka, sok pomarańczowy stał się biały, jestem na granicy roz- różniania brzydoty od dobra; turpizm wkradł się w moją duszę. Mój lustrzany sobowtór szaleje w lustrze; jestem inny, a Dawid trwa skulony, jak pies; drink jest zbyt słodki albo zbyt gorzki. Papieros sączy się w palcach. Nagle Dawid zrywa się ze skule- nia, prawie że z beznarkotykowego skundlenia, oczy ma białe, nozdrza są zarumienione przekrwieniem. W lustrze widzę, jak się uśmiecham, następnie moja twarz jest zdziwiona jak nigdy; Dawid zatyka lewą dziurkę nosa i wciąga popiół z mojego pa- pierosa leżący niewinnie na szklanym stole. Nic nie suszy ulic, nic nie sprawia, że nie zapominam. Da- wid jest drzazgą w sercu, wyrwą w umyśle i żadnym sumie- niem. Moim sumieniem jest Natalia, która rozmyła się, jest wodą spadającą z chmur, tak jakby jakaś niezrozumiała siła nagle ją roztopiła. Dawid, gdy jego zmysły nabrały codzienno- ści, opowiada mi znowu tę samą historię, która przeradza się w histerię. Wszystko drga, krwiste zasłony klubów, miękkie siedzenia dla wybrańców i ciała naszych adoratorek nie mają wyrazu; wszystko jest skąpane w zapomnieniu. Czasem zacina, leje z boku, woda kosi miasto; jest tak, że nie widzę nic, gdy pada na szybę pasażera. Kierownica szaleje, gdy jedziemy przez most. Czasem marzy mi się samobójstwo, ale niech Dawid wykona je za mnie. Planuję wziąć za dużo, ta kreska ciągnie się wszędzie, jej kredowe ślady wiją się za kołami samochodu, pragnę wziąć cały nasz ślad, uczynić go moim krzy- żem, cokolwiek. Podobno Dawid ma broń, pistolet nieważnego dla mnie kalibru i pochodzenia, schowany gdzieś w szafie. Mam 17 ochotę go znaleźć, gdy Dawid będzie chory z powodu nieobec- ności dilera; i znajdę go; i strzelę sobie w serce. Muszę uczynić cokolwiek, co ma zbawienną siłę. Czasem, gdy pojawiał się przestój, gdy trwałem nierucho- mo w deszczu i myślach, przychodziła ona. Dawid był gdzieś indziej, doskonale pochłonięty swoimi ulubionymi sposobami spędzania czasu. Zanurzałem się w marzeniach, malowałem obraz, kształt; i im bardziej oddawałem się swojemu wewnętrz- nemu artyzmowi, tym hydra pod postacią Natalii była coraz prawdziwsza. Miała macki zamiast rąk, węże w miejsce dre- dów, otchłań zionęła niczym usta, a jej kształtne nogi pokryte były brudzącymi otoczenie ropieniami. Pod wielką chmurą burzową, w wiośnie dusznej, w kłębie myśli i pragnień urojonych — czekałem. Dawid, nawet gdy mo- je oczy go nie widzą, cały czas ma drgawki, które wyglądają na te przedśmiertne, a są tylko przednarkotykowe. Stworzyliśmy swoje światy, które były błędem. Czekałem na objawienie, bru- talny promień, który prześwietli chmury, osuszy deszcz i stanie się namacalnym faktem. Moja wizja nie miała imienia. Wiedziałem tylko jedno — jak Natalia nie potrafi lub nie zechce tego dokonać — to zjawi się ta, która dopełni reszty. Piękna, utkana z niewidzialnych nici przyszłych wspomnień nagle zjawi się na mojej drodze. Pojawi się i nada wszystkiemu sens, lecząc mnie od Dawida, być może lecząc mnie od wszystkiego. Będzie jak piękno, które zakryje brzydotę albo jak poranna rosa, która zaprzepaszcza pięć gram zostawionych na leżącym na trawie kocu. Czekam, cały czas czekam; kimkolwiek będziesz, już jesteś jaskrawą. Lilę utkał upał. Jej niewyraźny kształt wyłonił się z drgającego powietrza, z pary wodnej wypełniającej całe miasto po niedawnych ule- 18
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Transgresja
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: