Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00715 012002 17892677 na godz. na dobę w sumie
Trędowata, t. II - ebook/pdf
Trędowata, t. II - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 162
Wydawca: Literatura Net Pl Język publikacji: polski
ISBN: Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> literatura piękna >> komiks i humor
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Tom drugi powieści o uczuciach przełamujących bariery różnic społecznych, namiętności niedbającej o zgorszenie i niechęć ludzi bojących się oceny 'innych'. Bohaterka romansu, Stefania Rudecka to niezamożna szlachcianka pracująca jako guwernantka w domu hrabiny Elzonowskiej, będącej ciotką ordynata Waldemara Michorowskiego. Mimo różnic społecznych Stefania i Waldemar pokonują przeszkody i doprowadzają do ślubu, lecz na skutek intryg i nieprzyjemności doznanych ze strony niechętnego otoczenia młoda kobieta zapada na ciężką chorobę i przedwcześnie umiera w dniu planowanych zaślubin.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Aby rozpocz(cid:261)ć lektur(cid:266), kliknij na taki przycisk , który da ci pełny dost(cid:266)p do spisu tre(cid:286)ci ksi(cid:261)(cid:298)ki. Je(cid:286)li chcesz poł(cid:261)czyć si(cid:266) z Portem Wydawniczym LITERATURA.NET.PL kliknij na logo poni(cid:298)ej. Helena Mniszkówna TR(cid:265)DOWATA POWIź(cid:285)Ć Tom drugi 2 Tower Press 2000 Copyright by Tower Press, żda(cid:276)sk 2000 3 I Lato, wystawa, złota jesie(cid:276), polowania w żł(cid:266)bowiczach nale(cid:298)ały do przeszło(cid:286)ci. Słotne, zamglone dnie zast(cid:261)pił mro(cid:296)ny podmuch z północy i siał na obna(cid:298)on(cid:261) ziemi(cid:266) wielkie białe płaty. (cid:285)nieg sypał, kł(cid:266)bił si(cid:266), otulał biel(cid:261) puchów nagie gał(cid:261)zki drzew i wysokie ciemnozielo- ne (cid:286)wierki. Roz(cid:286)cielał na ziemi olbrzymi(cid:261) biał(cid:261) opon(cid:266). Zakrywał pola, (cid:298)ółt(cid:261), przegnił(cid:261) traw(cid:266), przemieniaj(cid:261)c (cid:286)wiat w grot(cid:266) z cukrów i kryształu. Sło(cid:276)ce oczy(cid:286)ciło si(cid:266) z chmur, rozp(cid:266)dziło mgły. Otoczone niesko(cid:276)czon(cid:261) przestrzeni(cid:261) bł(cid:266)kitów, uniosło tarcz(cid:266) wysoko, sypi(cid:261)c na mleczn(cid:261) ziemi(cid:266) złote blaski. W (cid:286)niegu krzesało iskry, pełne barw drogich kamieni. Pogoda l(cid:286)niła cudown(cid:261) zimow(cid:261) szat(cid:261), mróz nadawał jej energi(cid:266) i t(cid:266)go(cid:286)ć, orze(cid:296)wiaj(cid:261)c(cid:261) ludzi. Ptaki kr(cid:266)ciły si(cid:266) w(cid:286)ród zamro(cid:298)onych drzew z kwileniem radosnym. Czerwone gile odbijały ra(cid:298)(cid:261)co od białej dekoracji, jak wielkie maki w(cid:286)ród łanów dojrzałej gryki. W Słodkowcach park, ogród, rozło(cid:298)yste i smukłe krzewy otulaj(cid:261) zwoje (cid:286)niegu. Jezioro, st(cid:266)(cid:298)ałe w u(cid:286)cisku lodowego powiewu, bieli si(cid:266) gładk(cid:261) przestrzeni(cid:261). Żilary ganku i schody pokrywa mro(cid:296)na powłoka. Zamiast kwitn(cid:261)cych ró(cid:298) widać pagórki pokryte (cid:286)niegiem. Kuliste lipy przed pałacem, oblepione sadz(cid:261), wygl(cid:261)daj(cid:261) jak wielkich rozmiarów dmuchawce, tak ich gał(cid:261)zki s(cid:261) delikatne i przezrocze. Z niezmiernie białych przestrzeni płynie martwota, skrzepły spokój i wielka pot(cid:266)ga skrystalizowanej natury. Wszystko jest nieruchome, milcz(cid:261)ce, niepo- kalanie czyste, zimne w swej pi(cid:266)kno(cid:286)ci, jak pos(cid:261)gowe. Na ko(cid:276)cu wielkiej alei grabowej, jak w korytarzu z alabastru, stoi pod ci(cid:266)(cid:298)kimi splotami gał(cid:266)zi wiotka postać, prawie mała w(cid:286)ród mro(cid:296)nych olbrzymów. Stefcia opiera si(cid:266) plecami o skostniały pie(cid:276) grabu. Spod czapeczki patrzy na (cid:286)nie(cid:298)n(cid:261) przestrze(cid:276) i ciemniejsz(cid:261) ta(cid:286)m(cid:266) drogi. Stoi na wzgórku. Mur okalaj(cid:261)cy park nie zasłania jej widoku. Wzrok leci i leci w sinaw(cid:261) dal, jaskółczym skrzydłem przebija szafirowy wał lasu i p(cid:266)dzi dalej, bez ko(cid:276)ca. Jest punkt, gdzie si(cid:266) zatrzymuje, dok(cid:261)d wła(cid:286)ciwie d(cid:261)(cid:298)y, punkt (cid:286)wietny, rdze(cid:276) wielkiego koła ziemi, co go otacza. Źziewczyna stoi bez poruszenia. Pomy(cid:286)leć by mo(cid:298)na, (cid:298)e szron spadaj(cid:261)cy z drzew i j(cid:261) (cid:286)cina w pos(cid:261)g, zi(cid:266)bi ostrym tchnieniem. W oczach jej błyszczy t(cid:266)skna my(cid:286)l, (cid:286)le j(cid:261) na drog(cid:266), wysyła daleko... tam, gdzie i dusza rwie si(cid:266) z niepowstrzyman(cid:261) sił(cid:261)... Wielkie oczekiwanie czego(cid:286), co napełnia rozkosz(cid:261), ale tak subteln(cid:261), ze ledwo wyczut(cid:261), jest niepokoj(cid:261)ce jak oczekiwanie katastrofy. W takiej chwili wzrok, słuch skupia si(cid:266) w sobie, wysila do napr(cid:266)(cid:298)enia i m(cid:266)czy. (cid:297)al odwrócić oczy, aby nie stracić jednego momentu, (cid:298)al si(cid:266) poruszyć, aby nie spłoszyć najl(cid:298)ejszego szelestu. Cała istota ludzka zamienia si(cid:266) w pos(cid:261)g, pod którym mo(cid:298)na by napisaćŚ „Czy nadejdzie”... szcz(cid:266)(cid:286)cie lub rozpacz. W taki pos(cid:261)g oczekiwania zakl(cid:266)t(cid:261) była Stefcia. Oczy wpiła w drog(cid:266), boj(cid:261)c si(cid:266) ruszyć. Powstrzymywała oddech w piersi, chwytała uchem ka(cid:298)dy szmer. Przyszła tu wiedziona prze- czuciem, (cid:298)e on ma przyjechać i czeka cierpliwie. Nikt jej nie mówił, nikt si(cid:266) go nie spodzie- wa, ale ona wie, (cid:298)e ju(cid:298) jest w żł(cid:266)bowiczach... jaki(cid:286) głos jej szepceŚ „Źzi(cid:286) tu b(cid:266)dzie”. Wyje(cid:298)d(cid:298)ał daleko, na polowania. Źługo nie wracał. Musiał odbyć kampani(cid:266) zaprosin. Jak si(cid:266) ten czas wlókł sennie, bezbarwnie!... Szare, d(cid:298)d(cid:298)yste dnie zdawały si(cid:266) płakać, szlochały drzewa. Wichry j(cid:266)kiem zwabiały wcze(cid:286)nie czarne noce, niesko(cid:276)czone, pełne łka(cid:276), skargi, ponurej grozy. Wielka melancholia, oci(cid:266)(cid:298)ało(cid:286)ć tych dni bez ja(cid:286)niejszego promyka dławiła serce. Rwało si(cid:266) wszystko głuch(cid:261) rozpacz(cid:261) na widok przegniłych li(cid:286)ci, szarpanych wichur(cid:261), o(cid:286)lizgłych gał(cid:266)zi, z łopotem bij(cid:261)cych o siebie. Ale natura jest usposobienia wesołe- go, nie znosi długich łka(cid:276), nawet po pi(cid:266)knym lecie nie potrafi płakać bez przerwy. Nast(cid:266)puje przesyt smutkuŚ wówczas nabiera hartu, zamra(cid:298)a łzy, chce gwałtem przykryć sw(cid:261) zgnilizn(cid:266), lecz jej brakuje barw. Nie stać j(cid:261) ju(cid:298) na ziele(cid:276) i kwiaty. Otacza j(cid:261) blada zło(cid:286)ć. T(cid:266)(cid:298)eje, tworzy 4 zwoje bieli, sypie na drzewa delikatn(cid:261) sad(cid:296), na szerokie konary rzuca wielkie szmaty puchów. Jest biała jak panna młoda, ale nie odpowiada tej nazwie. Szpeci j(cid:261) chłód. Pragnie okrasić si(cid:266) złotem. Rozsuwa ci(cid:266)(cid:298)kie granatowe zasłony chmur, wypuszczaj(cid:261)c sło(cid:276)ce z uwi(cid:266)zi. Radosny, rozweselony, wyspany, wygl(cid:261)da złocisty kr(cid:261)g na (cid:286)wiat Bo(cid:298)y i staje w osłupieniu. Blednie z przera(cid:298)enia, cofaj(cid:261)c si(cid:266) wysoko w gór(cid:266). żdzie(cid:298) s(cid:261) ł(cid:261)ki pełne kwiatów? żdzie owoce, gdzie drzewa zielone, które zmieniły si(cid:266) pod jego tchnieniem w (cid:286)liczne, jaskrawo(cid:298)ółte lub krwawe jak po(cid:298)ar? Rozpanoszyła si(cid:266) biel o(cid:286)lepiaj(cid:261)ca i pokryła wszystko grub(cid:261) warstw(cid:261). Jakby na ur(cid:261)- gowisko wywołuje sło(cid:276)ce, by spogl(cid:261)dało na jej martwot(cid:266). Złoty kr(cid:261)g cola si(cid:266) w gór(cid:266), rzuca słabe uko(cid:286)ne promienie. Jest nieufne, oburzone. Tyle wieków patrzy ono na kaprysy ziemi i zawsze si(cid:266) zdumiewa. Przez ci(cid:261)g wiosny i lata zapomina o przyszłych szarzyznach. Szcz(cid:266)(cid:286)cie zagłusza wszystko, co nie ma złota w blaskach. żdyby si(cid:266) działo przeciwnie, rozkosz w szcz(cid:266)(cid:286)ciu nie byłaby całkowit(cid:261). Sło(cid:276)ce wyrzuca sobie własn(cid:261) opieszało(cid:286)ć, przy- gotowuje si(cid:266) do walki z ziemi(cid:261). Przeczuwa wiele pracy, zanim ten pancerz lodowy rozkruszy, zanim spruje pyszn(cid:261) szat(cid:266) ze srebrnej lamy, ci(cid:266)(cid:298)ko stroj(cid:261)c(cid:261) (cid:286)wiat. Ze wzgard(cid:261) spogl(cid:261)da na gro(cid:296)ne sza(cid:276)ce (cid:286)niegu i systematycznie rozpoczyna prac(cid:266). Wypatruje ciekawie, aby znale(cid:296)ć najsłabsze miejsce, uderzyć i przebić zapor(cid:266). Wsz(cid:266)dzie napotyka ostre uzbrojenieŚ chłód, marmur bieli, mróz. Zniech(cid:266)cone przegl(cid:261)dem zaczyna si(cid:266) zasuwać do snu. Jest gniewne, pło- nie gor(cid:261)c(cid:261) fal(cid:261), stacza si(cid:266) ni(cid:298)ej i ni(cid:298)ej, zalewaj(cid:261)c ziemi(cid:266) potopem czerwieni. Ciska na blady koloryt nieba snopy jaskrawych obłoczków – swych paziów. One zapowiadaj(cid:261) niewdzi(cid:266)cznej ziemi nast(cid:266)puj(cid:261)c(cid:261) noc – jako kar(cid:266) sło(cid:276)ca. Stefcia stoi w łunie po(cid:298)arów, roz(cid:286)wietlona, rozbłysła ogniem. Mru(cid:298)y oczy, ró(cid:298)owe pło- myki (cid:286)lizgaj(cid:261) si(cid:266) po jej twarzy. Źla niej ta biała szata nie przyniosła zmiany. Źnie wlok(cid:261) si(cid:266) tak samo niesko(cid:276)czenie m(cid:266)tne, bez(cid:286)wietlne, jak wówczas gdy mroki i wichry panoszyły si(cid:266) wszechwładnie. Pi(cid:266)kna, chłodna biel trwała ju(cid:298) czas jaki(cid:286), ale srebrna droga pusta. żłucho było w duszy Stefci. I teraz łuny si(cid:266) pal(cid:261) na niebie, idzie mro(cid:296)na, długa noc. Przeczucia za- wiodłyŚ co(cid:286), co j(cid:261) pchało na ten wzgórek, skryło si(cid:266), pozostało bez nazwy. Źroga błyszcz(cid:261)ca, wy(cid:286)lizgana złociła si(cid:266) do najdalszych granic zachodem sło(cid:276)ca. Białe pola przybrały ton deli- katnej barwy ró(cid:298)owej. Wierzby stroj(cid:261)ce drog(cid:266) miały fioletowe odcienieś im dalej w gł(cid:261)b, tym stawały si(cid:266) bardziej fioletowymi. Małe stadka szafirowych kawek spadały z gło(cid:286)nym krzy- kiem na zamro(cid:298)one łany, błyszcz(cid:261)c niby d(cid:298)ety na pluszach. Czasem zrywały si(cid:266), jakby prze- straszone. Nagle w uparcie wpatrzonych oczach Stefci co(cid:286) zamajaczyło. Na ró(cid:298)ach pól, w oddali, w(cid:286)ród fioletowych wierzb, ukazał si(cid:266) punkcik drobniutki, zaledwo widoczny. Ale pojawiwszy si(cid:266), nie znikn(cid:261)ł. Rósł w oczach, wyra(cid:296)niał, pot(cid:266)(cid:298)niał i sun(cid:261)ł naprzód. Jak błyskawica, ukazu- j(cid:261)c si(cid:266), zatamowuje oddech w piersi w oczekiwaniu gromu, tak Stefcia, wpatrzona w płyn(cid:261)cy punkt, znieruchomiała. W ciszy krwawego zachodu zad(cid:296)wi(cid:266)czało w oddali i rozlewało si(cid:266) brzmieniem coraz gło(cid:286)niejszym. Źziewczyna, niby ra(cid:298)ona gromem, zadr(cid:298)ała. Ramiona jej podniosły si(cid:266) do ucieczki, ale nogi miała jak z ołowiu. Chciała si(cid:266) zerwać, biec w gł(cid:261)b parku i nie mogła. Przestrach, ra- do(cid:286)ć, burza wzrusze(cid:276) odbiła si(cid:266) na jej twarzy. Poznała janczary z żł(cid:266)bowicz. Nie omyliło przeczucie. Z wysiłkiem zdołała si(cid:266) cofn(cid:261)ć gł(cid:266)biej. Oparta o oszroniały pie(cid:276), z szalonym wirem w pulsach słuchała brz(cid:266)ku janczarów i parskania kłusuj(cid:261)cych ra(cid:296)no koni. Łowiła uchem lekki skrzyp płóz i delikatne d(cid:296)wi(cid:266)czenie uprz(cid:266)(cid:298)y. Spod przymkni(cid:266)tych oczu widziała eleganckie sanki i par(cid:266) t(cid:266)gich koni, przykrytych szafirow(cid:261) siatk(cid:261). Widziała ich wygi(cid:266)te głowy, rozwarte chrapy i oczy czerwone w zachodzie sło(cid:276)ca jak pochodnie. Widziała koło uszu ko(cid:276)skich po- wiewaj(cid:261)ce ogony lisie, futrzan(cid:261) liberi(cid:266) stangreta i lokaja, złote guzy, błyszcz(cid:261)ce jak (cid:286)wieczki. Serce jej tłukło w piersi, miała wra(cid:298)enie, (cid:298)e p(cid:266)knie l (cid:298)e zajdzie co(cid:286) złego. Wra(cid:298)enie rosło, stało si(cid:266) strasznym. Sanki przed murem skr(cid:266)ciły w bok. Stefcia zdr(cid:266)twiała, rozkołatane serce zamarło. Siedz(cid:261)cy w sankach m(cid:266)(cid:298)czyzna zrobił nagły ruch, jakby chciał wyskoczyć. Lecz si(cid:266) 5 wstrzymał, tylko dr(cid:298)(cid:261)c(cid:261) r(cid:266)k(cid:261) uniósł czapk(cid:266), pochylaj(cid:261)c nisko wytworn(cid:261) głow(cid:266). Sanki po- mkn(cid:266)ły, d(cid:296)wi(cid:266)cz(cid:261)c ju(cid:298) niewidocznymi janczarami. Stefcia schwyciła si(cid:266) za głow(cid:266). – Przyjechał! – krzykn(cid:266)ła w obł(cid:261)kaniu – widział mnie! Szcz(cid:266)(cid:286)cie bezmierne wrzało w jej duszy, kipiało we krwi. Porwała si(cid:266) z miejsca i lekka jak ptak pobiegła (cid:286)nie(cid:298)n(cid:261) alej(cid:261) w stron(cid:266) pałacu. Na zakr(cid:266)cie, koło zamro(cid:298)onego basenu fon- tanny, stan(cid:266)ła. Krew zastygła w jej (cid:298)yłach. Naprzeciw szedł Waldemar. Zbli(cid:298)ał si(cid:266) pr(cid:266)dko, w rozpi(cid:266)tym futrze, z oczyma utkwionymi w niej. Obok biegł w su- sach Pandur, dopadł do Stefci i wesoło poszczekuj(cid:261)c wspinał si(cid:266) łapami na jej (cid:298)akiecik. Źziewczyna oniemiała. W głowie jej huczało. On!...on!... Michorowski stan(cid:261)ł przy niej, w milczeniu wzi(cid:261)ł w swe dłonie jej zlodowaciałe r(cid:266)ce. Wpatrzeni w siebie, nie mogli przemówić. Jego oczy były granatowe, fale przelatywały mu przez twarz. A Stefcia, choć niewyra(cid:296)nie, czuła, (cid:298)e to przełom, (cid:298)e mgły bł(cid:266)kitne pierzchaj(cid:261), otwieraj(cid:261)c złote wrota, aby ukazać jej prawd(cid:266) niesłychan(cid:261) a cudown(cid:261). Czuła, (cid:298)e jej marzenia, sny niepochwytne ubieraj(cid:261) si(cid:266) w formy prawdziwe, przeczucie mówiło, (cid:298)e ta nowa szata b(cid:266)- dzie jeszcze drogocenniejsz(cid:261) od dawnej. Stefcia prze(cid:298)ywała jedn(cid:261) z chwil, w których dusza ulatuje z człowieka w t(cid:266)czowej aureoli niezmiernego szcz(cid:266)(cid:286)cia. On cisn(cid:261)ł jej r(cid:266)ce w dłoniach, sił(cid:261) oczu wdzieraj(cid:261)c si(cid:266) w gł(cid:261)b jej duszy. Stał powa(cid:298)ny z m(cid:266)skim dreszczem rozkoszy, z nie znanym dot(cid:261)d, ju(cid:298) rozkwitłym uczuciem. Stał pewny swej siły, (cid:286)wiadomy celu, troch(cid:266) dumny z uroku, jaki wywierał. Pochylił głow(cid:266) i długo a serdecz- nie ucałował r(cid:266)ce dr(cid:298)(cid:261)cej Stefci. Oczy jego mówiłyŚ „Czekała(cid:286) na mnie... t(cid:266)skniła(cid:286)... oto je- stem i... i...” Stefcia zrozumiała, oblał j(cid:261) gor(cid:261)cy war. Powoli, z dygotem szcz(cid:266)(cid:286)cia, wysun(cid:266)ła dłonie z jego r(cid:261)k i zacz(cid:266)ła i(cid:286)ć szybko do pałacu. On post(cid:266)pował obok. Nie mówili do siebie nic. Pandur wyprzedził ich, stan(cid:261)ł na marmurowych schodach we- randy i patrzył na zbli(cid:298)aj(cid:261)c(cid:261) si(cid:266) par(cid:266) z podniesion(cid:261) głow(cid:261) i powag(cid:261) w swych rozumnych, psich oczach. Źziwił si(cid:266), (cid:298)e nie uwa(cid:298)aj(cid:261) na niego. Byli ju(cid:298) koło werandy. Nikt nie wychodził. Otwieraj(cid:261)c drzwi, Waldemar rzekł pierwsze słowaŚ – Pani odgadła, (cid:298)e dzi(cid:286) przyb(cid:266)d(cid:266). Czy to przeczucie? – Tak. – Wi(cid:266)c sugestia! Jad(cid:261)c my(cid:286)lałem, (cid:298)e zastan(cid:266) pani(cid:261) w parku, i... ujrzałem ci(cid:266) w tych zo- rzach wieczornych. Odesłałem konie od bramy, by ci(cid:266) powitać pierwsz(cid:261). Słowa jego sprawiały Stefci niewysłowion(cid:261) rozkosz. Na odgłos otwieranych drzwi zjawił si(cid:266) Jacenty z całym zast(cid:266)pem lokai. Ruch powstał w cichym przed chwil(cid:261) pałacu. – Ordynat przyjechał – brzmiało wsz(cid:266)dzie, wywołuj(cid:261)c rado(cid:286)ć ogóln(cid:261). Źo wieczerzy zasiedli wszyscy w wybornych humorach. Pan Maciej, rozczulony przy- jazdem wnuka, patrzał na niego jak w obraz. Pani źlzonowska wypytywała Waldemara o po- lowania i znajomych. Pomimo cz(cid:266)stych sprzeczek witała go mileŚ jego wytworno(cid:286)ć i troch(cid:266) sarkastyczny dowcip działały na ni(cid:261) o(cid:298)ywczo. Waldemar odpowiadał na zapytania uprzejmie, ale m(cid:266)czyły go te wywiady. żłównie pani Idalia i pan Ksawery nie dawali mu spokoju. Lucia i Stefcia siedziały najcichsze, tylko dziewczynka bez przerwy wpatrywała si(cid:266) w Waldemara, a Stefcia wyra(cid:296)nie unikała jego wzroku. Bała si(cid:266), aby z jej (cid:296)renic nie wyczytał tego, co powie- działy jego oczy w za(cid:286)nie(cid:298)onym parku. Nie domy(cid:286)liła si(cid:266), (cid:298)e i on odgadł wszystko, (cid:298)e zajrzał do gł(cid:266)bi jej duszy, wyczuł t(cid:266)tno jej serca... Ogarniał j(cid:261) niepokój. Miała wra(cid:298)enie, (cid:298)e co(cid:286) wisi w powietrzu i spadnie na jej głow(cid:266). Czuła gor(cid:261)czk(cid:266), jakiej si(cid:266) doznaje przed odjazdem w dalek(cid:261) podró(cid:298), w ostatniej chwili po(cid:298)e- gnania z najdro(cid:298)szymi. M(cid:266)czyła si(cid:266), nie pojmuj(cid:261)c, sk(cid:261)d pochodziła ta niepoj(cid:266)ta trwoga, coraz bardziej wzrastaj(cid:261)ca. Lekk(cid:261) blado(cid:286)ć na jej twarzy zauwa(cid:298)ył pierwszy ordynat, dostrzegł po- 6 mieszanie dziewczyny, lecz nie chciał jej dr(cid:266)czyć pytaniami wobec wszystkich. Jej niepokój udzielił si(cid:266) jemu... Pan Maciej popatrzał na ni(cid:261) przeci(cid:261)gle. Zachowanie si(cid:266) Stefci zastanowiło go. – Co ci jest, dziecko? – Boj(cid:266) si(cid:266)... – odparła szczerze. Spojrzeli po sobie. Mgła przeleciała po twarzach. – Ale czego? Zapytana u(cid:286)miechn(cid:266)ła si(cid:266) blado. – Prosz(cid:266) nie uwa(cid:298)ać na mnie. To minie... Rozmowa przycichła. Wszyscy byli zwarzeni. Herbat(cid:266) podano w małym salonie. Przy płon(cid:261)cym kominku, rozmowa o(cid:298)ywiła si(cid:266). Nagle wszedł słu(cid:298)(cid:261)cy, nios(cid:261)c srebrn(cid:261) tack(cid:266). Zbli(cid:298)ał si(cid:266) wprost do Stefci. Ona wpiła w niego oczy. – Co to? – spytał ordynat. – Telegram, prosz(cid:266) ja(cid:286)nie pana, do... – Źo mnie! – zawołała Stefcia. Lokaj skłonił si(cid:266) twierdz(cid:261)co. Wszystkich oczy spocz(cid:266)ły na niej, potem na twarzy ordynata. – Tak, do pani – rzekł ten ostatni powstaj(cid:261)c i oddał jej kopert(cid:266). Rozerwała opask(cid:266). Na policzkach miała gor(cid:261)ce wypieki. Obecni zataili oddech w piersi. Niepokój nauczycielki przy obiedzie i ten telegram do niej przeraził ich. Stefcia przeczytała i opuszczaj(cid:261)c papier na kolana, rzekła bezd(cid:296)wi(cid:266)cznym głosemŚ – Babcia umarła. Wzywaj(cid:261) mi(cid:266) na pogrzeb. Odetchn(cid:266)li. Spodziewano si(cid:266) czego(cid:286) gorszego. Tylko pan Maciej zadr(cid:298)ał, jakby mu widmo zajrzało w oczy. – Czy to zmarła babcia Rembowska? – spytała Lucia. Stefcia wybuchn(cid:266)ła płaczem. – Tak. Biedna babcia! Tak j(cid:261) kochałam!... Bo(cid:298)e! Bo(cid:298)e!... – Źługo chorowała? – Zmarła nagle w Ruczajewie... Nic nie rozumiem. Babcia bawiła ci(cid:261)gle za granic(cid:261). Mu- sz(cid:266) zaraz jechać, inaczej nie zd(cid:261)(cid:298)(cid:266)Ś telegram spó(cid:296)niony. Zerwała si(cid:266) z miejsca. Młody Michorowski spojrzał na zegarek. – Czy pani stanowczo chce dzi(cid:286) jechać? – Musz(cid:266). Abym tylko zd(cid:261)(cid:298)yła na poci(cid:261)g. – Na poci(cid:261)g pani zd(cid:261)(cid:298)y, ale trzeba jechać zaraz, a teraz noc. Zło(cid:298)yła r(cid:266)ce błagalnie. – Ja musz(cid:266) jechać pr(cid:266)dko. – Ha, w takim razie ka(cid:298)(cid:266) zaprz(cid:266)gać. Przeszli do sali jadalnej. Waldemar wydał odpowiednie polecenia. Pani Idalia wzi(cid:266)ła Stefci(cid:266) za r(cid:266)k(cid:266). – Musi si(cid:266) pani pakować. Tylko prosz(cid:266) nie płakać. Biedna Stenia! – rzekła całuj(cid:261)c dziewczyn(cid:266) w czoło. Lucia płakała na dobre. Razem wyszły, udaj(cid:261)c si(cid:266) do swych pokoi. W sali został pan Maciej w obszernym fotelu. Waldemar chodził nerwowym krokiem ze zmarszczon(cid:261) brwi(cid:261) i płomieniem w oczach. Pan Ksawery kr(cid:266)cił si(cid:266) sennie. Trwało milczenie. Kroki Waldemara rozlegały si(cid:266) jednostajnie w sali. Wielki zegar tykał powa(cid:298)nie. Pan Maciej siedział zas(cid:266)piony. Spod brwi rzucał szybkie spojrzenia na chodz(cid:261)cego wnu- ka. Naraz zapytałŚ 7 – Czy nie wiesz, jak si(cid:266) nazywała z domu jej babka? Zagadni(cid:266)ty potrz(cid:261)sn(cid:261)ł głow(cid:261) przecz(cid:261)co. Starzec dotkn(cid:261)ł r(cid:266)k(cid:261) czoła. – Źziwnie mi(cid:266) wzruszył wyjazd Stefci i... ta (cid:286)mierć. Wszedł lokaj, oznajmiaj(cid:261)c, (cid:298)e konie gotowe. Za nim weszły panie. Stefcia ju(cid:298) w czapecz- ce na głowie i w ciepłej sukni. Oczy miała zaczerwienione, usta pałaj(cid:261)ce i jasne kolory na twarzy. Wzruszona zbli(cid:298)yła si(cid:266) z po(cid:298)egnaniem do pana Macieja. Staruszek bez ceremonii przyci(cid:261)gn(cid:261)ł j(cid:261) do swej piersi. Przemawiał do niej jak ojciec. Lucia płakała rzewnymi łzami. – Stefcia, powrócisz pr(cid:266)dko do nas, prawda? – B(cid:266)d(cid:266) si(cid:266) o to starała. żdy podeszła do Waldemara, cichy spazm zatkał w jej piersi. Jemu dr(cid:298)ały usta. Pierwszy raz wobec wszystkich ucałował jej r(cid:266)k(cid:266). Pan Maciej drgn(cid:261)ł. Pani Idalia zaci(cid:266)ła wargi, zw(cid:266)(cid:298)aj(cid:261)c oczy w typowe szpareczki. Lucia spojrzała z rodzajem tryumfu, jakby mówi(cid:261)cŚ „Ja o tym dawno wiem”. Wychodzili do przedpokoju. Pan Maciej zatrzymał Stefcie za r(cid:266)k(cid:266). – Moje dziecko... twoja babka nazywała si(cid:266) Rembowska. Czy tak? – Stefania Rembowska – odrzekła Stefcia i poci(cid:261)gni(cid:266)ta przez Luci(cid:266), wyszła z sali. Źziewczynka co(cid:286) jej szeptała do ucha. Pan Maciej został sam. Źrzwi do przedpokoju były otwarte. Oparł si(cid:266) ci(cid:266)(cid:298)ko o (cid:286)cian(cid:266) i dr(cid:298)(cid:261)cy zwrócił zdumione oczy na (cid:298)yrandol, jakby liczył w nim pojedyncze (cid:286)wiatełka. – Co to jest?... Stefania? Co to jest?... Ach, przewidzenie! Post(cid:261)pił krok i zawołał gło(cid:286)noŚ – Waldemarze! Stefcia, ju(cid:298) ubrana, schodziła do dolnej sieni. Otwierano wielkie drzwi na ganek. Lucia i ordynat szli z ni(cid:261) razem. Pani Idalia, oparta o por(cid:266)cz schodów, usłyszawszy okrzyk ojca, za- wołałaŚ – Waldy, dziadek ci(cid:266) prosi! Troch(cid:266) niecierpliwie spojrzał na ciotk(cid:266) i szybko wpadł na gór(cid:266). W roztargnieniu nie za- uwa(cid:298)ył niepokoju pana Macieja. – Zapytaj Stefci, jak z domu jej babka... Pr(cid:266)dzej!... – Co si(cid:266) stało? – Pr(cid:266)dzej! Waldemar wybiegł z powrotem. Stefci(cid:266) zastał na ganku. Lokaj otwierał karet(cid:266) na sa- niach. Noc była jasna, ksi(cid:266)(cid:298)ycowa, skrz(cid:261)ca od mrozu i (cid:286)niegu. Konie parskały, słupy skrze- płej pary wychodziły z ich nozdrzy. Na ko(cid:296)le siedział Benedykt i lokaj kareciany z żł(cid:266)bo- wicz. Ordynat umie(cid:286)cił Stefci(cid:266) w karecie. Sam otulał jej nogi wilczura. – Przepraszam. Jak nazywała si(cid:266) babka pani? Stefcia spojrzała zdziwiona. – Rembowska. – To wiem, ale z domu? – Stefania Korwiczówna. Michorowski wstrz(cid:261)sn(cid:261)ł si(cid:266). Krew uderzyła mu do głowy. – Co panu jest? – spytała przera(cid:298)ona Stefcia. – Nic, nic! Źo widzenia! Niech pani oszcz(cid:266)dza si(cid:266) i... jak najpr(cid:266)dzej do nas wraca. Czy Stefci(cid:266) chwycił płacz. – Nie wiem – wyj(cid:261)kn(cid:266)ła. – Prosz(cid:266) o to bardzo. Ucałował gor(cid:261)czkowo jej r(cid:266)ce i zatrzasn(cid:261)ł drzwi. – Benedykt! uwa(cid:298)nie jechać. Wawrzyniec niech na dworcu wszystko pani ułatwi – dobrze?... krzykn(cid:261)ł. 8 Niecierpliwe konie ruszyły z miejsca. Waldemar patrzał za oddalaj(cid:261)c(cid:261) si(cid:266) karet(cid:261), po czym odwrócił głow(cid:266) w stron(cid:266), gdzie stały – Pan ordynat jedzie? – spytał Jacenty. – Nie wiem. Pewno nie. Czy aby szcz(cid:266)(cid:286)liwie dojad(cid:261)? – Jasna noc, jak dzie(cid:276). Źroga jak po stole i przecie Benedykt na ko(cid:296)le – rzekł uspokajaj(cid:261)- inne sanki. co Jacenty. Waldemar wszedł do sieni i wst(cid:266)pował na schody ci(cid:266)(cid:298)kimi krokami. W głowie mu hu- czało, był blady. Wchodz(cid:261)c na ostatni(cid:261) kondygnacj(cid:266) schodów, zobaczył stoj(cid:261)cego u ich szczytu pana Macieja. Starzec wygl(cid:261)dał jak pos(cid:261)g. Nieruchomy, zmartwiały, opierał si(cid:266) ci(cid:266)(cid:298)ko o aksamitn(cid:261) po- r(cid:266)cz. Oczy wpił we wnuka. Patrzyli na siebie w milczeniu, z przera(cid:298)eniem... i zrozumieli si(cid:266). – Ona?... – j(cid:266)kn(cid:261)ł starzec. – Jest wnuczk(cid:261) tamtej – doko(cid:276)czył Waldemar. Pan Maciej chwycił si(cid:266) za piersi. Twarz mu zsiniała. Ordynat poskoczył do niego. – Źziadziu! Na Boga! Starzec zwisł mu bezwładnie w ramionach. W kwadrans potem młody Michorowski wyszedł z sypialni dziadka do wyl(cid:266)kłej słu(cid:298)by – Konie, którymi miałem udać si(cid:266) na kolej, niech natychmiast jad(cid:261) po doktora. Pan za- blady, ale spokojny. chorował. Słu(cid:298)ba rozchodziła si(cid:266) w milczeniu. 9 II W Ruczajewie zapadł cichy wieczór zimowy. (cid:285)nieg sypał g(cid:266)sty, rozpylaj(cid:261)c si(cid:266) w białe tumany. Od ganku obszernego dworu odjechały sanki, które przywiozły Stefci(cid:266). Weszła wita- na przez rodziców, rodzin(cid:266) i słu(cid:298)b(cid:266). Twarze rozja(cid:286)niły si(cid:266) na jej widok. Stefcia w obj(cid:266)ciach matki zapomniała o istotnym powodzie przyjazdu. Tuliła si(cid:266) do niej z cichym łkaniem. Pani Rudecka odgadła, (cid:298)e to co(cid:286) innego ni(cid:298) (cid:298)al po babce. – Spó(cid:296)niła(cid:286) si(cid:266) troch(cid:266), dziecko – mówił ojciec –ju(cid:298) jest po eksportacji. Jutro pogrzeb. – Ja, ojczusiu, wyjechałam natychmiast, ale telegram był spó(cid:296)niony. Wszyscy przygl(cid:261)dali si(cid:266) Stefci z ciekawo(cid:286)ci(cid:261), matka z rozczuleniem. Od czasu wyjazdu z domu dziewczyna wyładniała i nabrała powagi, zwłaszcza dystynkcji, pot(cid:266)guj(cid:261)cej naturalny wdzi(cid:266)k. Ojciec znalazł w niej ró(cid:298)nic(cid:266) nawet od jesieniŚ w jego oczach Stefcia zw(cid:261)tlała. Jej (cid:286)liczna cera nabrała tonów bledszych, stała si(cid:266) podobn(cid:261) do konchy perłowej. Ró(cid:298)owe, kształtne usta u(cid:286)miechały si(cid:266) mniej wesoło. Oczy mogły zastanawiać. Żiolet ich wzmocnił si(cid:266), delikatne br(cid:261)zowe obwódki i długie rz(cid:266)sy ocieniały je w sposób nieco tragiczny. Wszystkie wra(cid:298)enia jej duszy odzwierciedlały si(cid:266) w nich. Błyszcz(cid:261)ce iskry krasiły je, nadawały wyraz bujno(cid:286)ci temperamentu i lekkiej egzaltacji. Odgadywało si(cid:266) w ich gł(cid:266)biach uczucia jeszcze inneŚ t(cid:266)sknoty, smutku, mo(cid:298)e nawet (cid:298)alu nie wypowiedzianego jasno... Jeden z jej młodych kuzynów, Narnicki, wyraził si(cid:266) o niej, (cid:298)e jest tak natchniona, (cid:298)e dawne diabliki w jej oczach wprawdzie nie zgin(cid:266)ły, lecz stały si(cid:266) innymi, mniej błyszcz(cid:261)cymi, ale wi(cid:266)cej przykuwaj(cid:261)cy- mi. Nastrój całego domu był powa(cid:298)ny, wi(cid:266)c niezwykła powaga Stefci nie raziła. J(cid:261) zastana- wiał ojciec i matka. Widziała w nich zmian(cid:266), spogl(cid:261)dali na ni(cid:261) z obaw(cid:261). Troska malowała si(cid:266) zwłaszcza na czole ojca. żdy dziewczyna wspomniała rodzicom co(cid:286) o panu Macieju, oboje przybledli i zamienili z sob(cid:261) szybkie spojrzenia. Stefci(cid:266) to zaniepokoiło. O Waldemarze sta- rała si(cid:266) nie mówić. Nikt zreszt(cid:261) o niego nie pytał. Tylko raz kuzyn Narnicki zagadn(cid:261)ł j(cid:261) znienackaŚ – Czy Słodkowce to prywatny maj(cid:261)tek, czy jedno z dóbr ordynackich? – Prywatny maj(cid:261)tek. – A w jakim wieku jest ordynat? Stefcia zaró(cid:298)owiła si(cid:266) najniepotrzebniej. – Ma lat trzydzie(cid:286)ci dwa. – Ach, to zupełnie młody człowiek! – zauwa(cid:298)ył Narnicki, patrz(cid:261)c na ni(cid:261) badawczo. Pan Rudecki podchwyciłŚ – Widziałe(cid:286) jego portrety w dziennikach, gdy obejmował ordynacj(cid:266) po (cid:286)mierci Janusza i po wyprawie do Afryki. – Tego nie pami(cid:266)tam. Ale przypominam sobie, (cid:298)e podobizny jego podawały pisma po wystawie. Przystojny człowiek, a nade wszystko... – Wspaniały... czy tak? – rzekł pan Rudecki. – I typowy wielki pan. Mo(cid:298)na to poznać od razu. To nie jaki(cid:286) dorobkiewicz udaj(cid:261)cy pa- na, ale karmazyn rodowy. Widać to nawet z twarzy. Ma przy tym wiele pewno(cid:286)ci siebie i du- my, ale w dobrym rodzaju. Stefcia miała ochot(cid:266) wypowiedzieć, jakim jest Waldemar, ale czuła, (cid:298)e nie potrafi mówić o nim oboj(cid:266)tnie. Ograniczyła si(cid:266) do krótkiej uwagiŚ – Kuzyn ma słuszno(cid:286)ć. Prawdziwa arystokracja ró(cid:298)ni si(cid:266) pod ka(cid:298)dym wzgl(cid:266)dem od swych na(cid:286)ladowców. Szczególnie przy bli(cid:298)szym poznaniu ró(cid:298)nica wyst(cid:266)puje znamiennie i bardzo na jej korzy(cid:286)ć. Pan Rudecki spojrzał z ukosa na córk(cid:266). – Byle nie przy najbli(cid:298)szym – szepn(cid:261)ł do siebie, a gło(cid:286)no dodałŚ – O tym najcz(cid:266)(cid:286)ciej de- cyduj(cid:261) fakty. 10 Nie bardzo rozumiano, co chciał przez to powiedzieć. Pó(cid:296)no w nocy, gdy si(cid:266) wszyscy ro- zeszli, Narnicki swe uwagi o Stefci sformułował w jeden pewnikŚ – Jest pod wpływem arystokracji, zwłaszcza ordynata – mo(cid:298)e nawet... Nie chciał doko(cid:276)czyć my(cid:286)li, gdy(cid:298) Stefci(cid:266) widział od dawna w swym programie (cid:298)ycio- wym – teraz punkt ten podkre(cid:286)lił jako stanowczy. Pogrzeb na drugi dzie(cid:276) odbył si(cid:266) z licznym udziałem okolicznego obywatelstwa, chocia(cid:298) zmarła nic była stał(cid:261) mieszkank(cid:261) Ruczajewa. Zwłoki zło(cid:298)ono tymczasowo w rodzinnym gro- bie Rudeckich, sk(cid:261)d potem miano je przewie(cid:296)ć do maj(cid:261)tku Rembowskich. Stefcia w orszaku (cid:298)ałobnym odmówiła ramienia Narnickiemu. Szła sama, troch(cid:266) z boku, brn(cid:261)c w (cid:286)niegu zmiecionym ze (cid:286)rodka drogi. Czarne ubranie i welon krepowy dodawały smu- kło(cid:286)ci jej zr(cid:266)cznej postaci. Szła smutna i zamy(cid:286)lona. Zmarł(cid:261) babk(cid:266) widziała przed rokiem, wówczas gdy Pr(cid:261)tnicki bywał w Ruczajewie jako staraj(cid:261)cy si(cid:266). Siwa staruszka wzbudzała poszanowanie, przy wielkiej słodyczy obej(cid:286)cia. Rysy twarzy, jakkolwiek zwi(cid:266)dłe, zachowały do ko(cid:276)ca regularno(cid:286)ć linii. Zastygła w nich tragedia, przebyta w zaraniu (cid:298)ycia. Stefcia była (cid:298)ywym portretem babki, co stwierdzały stare jej fotografie. Od wczesnego dzieci(cid:276)stwa, słysz(cid:261)c o jakiej(cid:286) smutnej historii w młodo(cid:286)ci babki, Stefcia interesowała si(cid:266) ni(cid:261) niezmiernie. Ale jakiego rodzaju mogły być te smutki, nikt nie chciał jej obja(cid:286)nić. Staruszka, zapytana wr(cid:266)cz, zbladła, zalecaj(cid:261)c wnuczce, aby na przyszło(cid:286)ć nie zada- wała podobnych pyta(cid:276). Babka Stefci od dawna cierpiała na serce, uwa(cid:298)ano bardzo, aby jej nie rozdra(cid:298)niać. Z te- go powodu nic wiedziała długi czas, (cid:298)e Stefcia nie jest w domu. Wiadomo(cid:286)ć o zerwaniu z Pr(cid:261)tnickim staruszka przyj(cid:266)ła ze wzruszeniem, nie chciano tego ponawiać. (cid:285)mierć staruszki była dla Stefci zagadk(cid:261). Na wszelkie jej pytania ojciec odpowiadałŚ – Źowiesz si(cid:266) potem. – Mo(cid:298)e ja gram tu jak(cid:261) rol(cid:266)? – pytała siebie Stefcia. Ciekawo(cid:286)ć dr(cid:266)czyła j(cid:261), zachowanie si(cid:266) ojca niepokoiło. żniewał j(cid:261) tak(cid:298)e Narnicki. Stef- cia łatwo odgadła, (cid:298)e on ma wzgl(cid:266)dem niej zamiary. To j(cid:261) zirytowało, postanowiła zaraz po pogrzebie wyjechać z powrotem do Słodkowic. Zadr(cid:298)ała na t(cid:266) my(cid:286)l, oczy zaćmił obraz Waldemara widziany ostatni raz, krótko, lecz pa- mi(cid:266)tnie. Powitanie ich w parku nic schodziło jej z my(cid:286)li. Wówczas wyra(cid:296)nie odczuła, (cid:298)e jest kochan(cid:261). We własnej duszy odkryła t(cid:266) prawd(cid:266) ju(cid:298) dawno. W czasie jego długiej nieobecno(cid:286)ci utwierdziła j(cid:261) w tym t(cid:266)sknota tak silna jak sama miło(cid:286)ć. Kiedy przy po(cid:298)egnaniu pocałował j(cid:261) w r(cid:266)k(cid:266), (cid:298)ar jego pocałunku wstrz(cid:261)sn(cid:261)ł ni(cid:261), bior(cid:261)c gór(cid:266) nad zmieszaniem z powodu obecno(cid:286)ci wszystkich. Widziała jego sanki, oczekuj(cid:261)ce przed gankiem. Jacenty wyjawił ich cel. Walde- mar miał j(cid:261) odprowadzić na stacj(cid:266). Co(cid:286) jednak zaszło, (cid:298)e tego nie uskutecznił. Mo(cid:298)e pani Idalia przeszkodziła? Na ni(cid:261) by nie uwa(cid:298)ał. Wi(cid:266)c pan Maciej? Ostry ból przeszył serce Stefci, ale rozumiała, (cid:298)e trudno wymagać od starego magnata, aby tolerował post(cid:266)powanie wnuka id(cid:261)ce w takim kierunku. Ta pewno(cid:286)ć spot(cid:266)gowała jej (cid:298)al i trze(cid:296)wiła j(cid:261). – Nie wolno, nie wolno mi my(cid:286)leć o nim! – powtarzała sobie z uporem. Id(cid:261)c po kopnym (cid:286)niegu zm(cid:266)czyła si(cid:266), rozmy(cid:286)lania o Waldemarze zaci(cid:266)(cid:298)yły jej. Ogarn(cid:266)ło j(cid:261) znu(cid:298)enie. żdy podszedł Narnicki podaj(cid:261)c jej rami(cid:266), tym razem nie odrzuciła go. Oparła si(cid:266) na nim ci(cid:266)(cid:298)ko. Nic mówili do siebie nic. Stefcia pochyliła głow(cid:266) i przymkn(cid:266)ła oczy. Chciała sobie uprzytomnić, (cid:298)e idzie w ten sposób z Waldemarem, lecz nic potrafiła, czuj(cid:261)c, (cid:298)e tego z tamtym nie mo(cid:298)na porównać. Wstrz(cid:261)sn(cid:266)ła si(cid:266). Narnicki pochylił si(cid:266) do niej. – Czy ci nie zimno, kuzynko? Mo(cid:298)e jeste(cid:286) zm(cid:266)czona? Zaprowadz(cid:266) ci(cid:266) do sanek. – O nie, wol(cid:266) i(cid:286)ć piechot(cid:261). Narnicki patrzał z boku na jej (cid:286)liczny profil, widział jej poruszenie, lecz składał to na wra(cid:298)enia wył(cid:261)cznie pogrzebowe. Szary, mglisty dzie(cid:276) i długi kondukt, wij(cid:261)cy si(cid:266) pod gór(cid:266) z czarnym wozem i krzy(cid:298)em, nasuwał pos(cid:266)pne my(cid:286)li. Na szczycie pagórka czerniały wysokie 11 (cid:286)wierki cmentarne, g(cid:261)szcz krzy(cid:298)ów tulił si(cid:266) pod mas(cid:261) drzew. Zimowe ptactwo (cid:286)wiergotało, mieszaj(cid:261)c swe głosy z monotonn(cid:261), urywan(cid:261) nut(cid:261) (cid:286)piewu. Ci(cid:266)(cid:298)ki (cid:298)al owiewał id(cid:261)cych ludzi. Za (cid:298)ałobnym orszakiem płyn(cid:266)ły przejmuj(cid:261)ce głosy dzwonów, na spotkanie szumiały t(cid:266)sknie (cid:286)wierki. Kondukt sun(cid:261)ł wolno, powa(cid:298)nie, wiod(cid:261)c pomi(cid:266)dzy drzewa i krzy(cid:298)e jedn(cid:261) z dusz ludzkich, skołatan(cid:261) (cid:298)yciem. W ceremonii pogrzebowej jest zawsze ponury i gro(cid:296)ny nastrój. Bezmierny smutek, bez- nadziejno(cid:286)ć skłania do gł(cid:266)bszych rozmy(cid:286)la(cid:276). Nigdy nie rozwi(cid:261)zane zagadnienie tajemnicy pozagrobowego bytu, nieprzenikniona abstrakcja przyszłego istnienia musz(cid:261) oddziaływać powa(cid:298)nie, nawet przera(cid:298)ać. Odczuwa si(cid:266) niepokój i dreszcz obawy, a jednocze(cid:286)nie budzi si(cid:266) zaciekawienie, jak tam jest i co si(cid:266) roztacza przed ludzkim duchem. Stefcia, zwykle bardzo wra(cid:298)liwa, odczuwała to gł(cid:266)boko. (cid:285)mierć wydała si(cid:266) jej pierwszy raz straszn(cid:261). Czuła, (cid:298)e kocha (cid:298)ycie, kocha (cid:286)wiat. Nie ukrywała ju(cid:298) swych uczuć przed sob(cid:261), kochała Waldemara cał(cid:261) pot(cid:266)- g(cid:261) młodej duszy. Źawna skłonno(cid:286)ć do Pr(cid:261)tnickiego przy nowych uczuciach była kropl(cid:261) mgły wobec oceanu, sam Pr(cid:261)tnicki karykatur(cid:261), robaczkiem. Bo ka(cid:298)da rzecz wzniosła zagłusza n(cid:266)dzn(cid:261). Kłosy zawsze zaćmi(cid:261) k(cid:261)kole, choćby te były najbarwniejsze. Z uczuciem smutku wsiadła Stefcia do sanek po sko(cid:276)czonym pogrzebie. (cid:285)piewy, dzwo- ny, wo(cid:276) kadzidła – rozdra(cid:298)niły j(cid:261). Nerwy miała poruszone, bujna jej wyobra(cid:296)nia przedsta- wiała wizje m(cid:266)cz(cid:261)ce. Ockn(cid:266)ła si(cid:266) w domu, zgodziła si(cid:266) nawet na ci(cid:261)gł(cid:261) obecno(cid:286)ć Narnickie- go, byle zapomnieć, byle zrzucić z siebie niezno(cid:286)ny ci(cid:266)(cid:298)ar. W par(cid:266) godzin po powrocie z cmentarza nadszedł telegram kondolencyjny do pa(cid:276)stwa Rudeckich ze Słodkowic, z podpisami obu Michorowskich, pani Idalii i Luci. Źrugi był do Stefci od Waldemara, w mniej ceremonialnym, serdecznym tonie. Waldemar wzmiankował o nagłym zasłabni(cid:266)ciu pana Macieja. Na Stefci(cid:266) wie(cid:286)ć ta podziałała piorunuj(cid:261)co. Nie potrafiła ukryć wzruszenia. Na twarzy wykwitły ogniste wypieki. – Co si(cid:266) mogło stać tak nagle? – rzekła pokazuj(cid:261)c telegram ojcu. Ale gdy Narnicki chciał wzi(cid:261)ć, odebrała mu prawie z r(cid:266)ki. Zdziwiony wzruszył ramionami, lecz w domysłach swych posun(cid:261)ł si(cid:266) naprzód. Nie czytana depesza Waldemara zaintrygowała go w dziwny sposób. Pod wieczór mało osób pozostało w Ruczajewie, ale Narnicki nie wyjechał. Stefcia na wyra(cid:296)n(cid:261) wol(cid:266) rodziców musiała przebyć w domu jaki(cid:286) czas. żdy znalazła si(cid:266) sama z ojcem w jego gabinecie, spytał j(cid:261) ciekawieŚ – Czy pan Maciej wiedział, jak si(cid:266) nazywała babcia? – Wiedział i powiedziałam mu to jeszcze przed samym odjazdem, bo si(cid:266) pytał – odrzekła, bledn(cid:261)c z nieznanej trwogi. – Czy wiedział równie(cid:298), jak z domu? To niemo(cid:298)liwe! – Nie, o tym nie mówiłam nigdy, dopiero na ko(cid:276)cu ordynatowi, gdy si(cid:266) zapytał. – Ach! wi(cid:266)c jednak pytał? – żdy wsiadałam ju(cid:298) do karety. – Ach tak! A czy pan Maciej był zupełnie zdrów, jak wyje(cid:298)d(cid:298)ała(cid:286)? – Nie narzekał na nic. – Musiał si(cid:266) od ordynata dowiedzieć i zachorował – szepn(cid:261)ł pan Rudecki jakby do siebie. – Co ojczu(cid:286) mówi? Czego si(cid:266) miał dowiedzieć? – Czekaj, dziecko. Za chwil(cid:266) zrozumiesz. Otworzył biurko i wyj(cid:261)ł spory pakiecik, starannie zawini(cid:266)ty w po(cid:298)ółkły papier, obwi(cid:261)za- ny czarn(cid:261) wst(cid:261)(cid:298)eczk(cid:261). Oddał go Stefci, mówi(cid:261)c dr(cid:298)(cid:261)cym głosemŚ – To dla ciebie, dziecko, od babci. Poleciła mi to oddać tobie po pogrzebie. Babcia, umie- raj(cid:261)c, troszczyła si(cid:266) o ciebie bardzo i oddała w twe r(cid:266)ce najdro(cid:298)sz(cid:261) sw(cid:261) pami(cid:261)tk(cid:266). Była to jej (cid:286)wi(cid:266)to(cid:286)ć... uszanuj to, dziecko moje, i... niech ci(cid:266) Bóg strze(cid:298)e! Źobranoc! Poruszony, ze łzami w oczach, pan Rudecki ucałował oniemiał(cid:261) Stefci(cid:266) i pr(cid:266)dko wyszedł z pokoju. Stała na miejscu jak przykuta, obracaj(cid:261)c w r(cid:266)ku po(cid:298)ółkły, do(cid:286)ć ci(cid:266)(cid:298)ki pakiecik. Ulaty- 12 wała z niego wo(cid:276) starych papierów. Stefci(cid:266) ogarn(cid:261)ł niepokój, strach paniczny i ciekawo(cid:286)ć, co si(cid:266) znajduje pod czarn(cid:261) wst(cid:261)(cid:298)eczk(cid:261) zwi(cid:261)zan(cid:261) na krzy(cid:298). Palcami chciała wyczuć zawarto(cid:286)ć paczki, zrozumiała, (cid:298)e jest w niej ksi(cid:261)(cid:298)ka. Pobiegła do siebie, szepcz(cid:261)c jak nieprzytomnaŚ – Najdro(cid:298)sza pami(cid:261)tka babci... jej (cid:286)wi(cid:266)to(cid:286)ć... Przeznaczyła dla mnie... Źlaczego?... żłucha obawa przyspieszyła bicie jej serca. Stefcia wpadła do swego pokoju i zatrzasn(cid:266)ła drzwi. – Czy oddałe(cid:286) jej? – spytała pani Rudecka wchodz(cid:261)cego m(cid:266)(cid:298)a. – Tak. Poszła do siebie. Biedne dziecko! Pani Rudecka miała pełne oczy łez. – Zmieniła si(cid:266) bardzo... Ale co s(cid:261)dzisz o niej? – Kocha ordynata na pewno. – I znowu Michorowski!... Bo(cid:298)e! Bo(cid:298)e!... – Wina twej matki, (cid:298)e tak mało znaj(cid:261)c jej histori(cid:266), nie znali(cid:286)my wcale nazwiska. 13 III Stefcia w swym pokoju, przy biureczku, odwi(cid:261)zywała paczk(cid:266). Przedtem paliła j(cid:261) cieka- wo(cid:286)ć, teraz umy(cid:286)lnie zwlekała. Odwin(cid:266)ła jeden papier, drugi. żor(cid:261)czka zacz(cid:266)ła j(cid:261) opanowywać, na twarzy miała wypie- ki, oczy płon(cid:266)ły. Nerwowym ruchem zerwała ostatni papier. Le(cid:298)ał teraz przed ni(cid:261) do(cid:286)ć gruby zeszyt, ładnie oprawiony w ciemnop(cid:261)sow(cid:261) skór(cid:266). Na (cid:286)rodku widniał złoty, nieco poczerniały napisŚ “Nasz pami(cid:266)tnik”. Na dole zeszytu stały obok siebie pojedyncze du(cid:298)e literyŚ S.K. M.M. Stefcia długo patrzyła na p(cid:261)sow(cid:261) ksi(cid:261)(cid:298)k(cid:266), nim j(cid:261) wreszcie otworzyła. Wypadł z niej mały przed- miot, owini(cid:266)ty w bibułk(cid:266), i brz(cid:266)kn(cid:261)ł na podłodze. Podniosła go, rozwin(cid:266)ła i z piersi jej wydarł si(cid:266) krzyk. Trzymała w r(cid:266)ku miniatur(cid:266) pana Macieja... tak(cid:261) sam(cid:261), jak(cid:261) jej dał na imieniny... Źziewczyna stała jak ogłuszona, (cid:286)ciskaj(cid:261)c obur(cid:261)cz skronie. – Co to jest? On... tu? Co to znaczy?... Z po(cid:286)piechem, trz(cid:266)s(cid:261)c si(cid:266) jak w febrze, otworzyła ksi(cid:261)(cid:298)k(cid:266). Szalone przeczucia targały ni(cid:261) rozpaczliwie. Na drugiej kartce, na welinie, czerniał wyra(cid:296)ny, ładny charakter kobiecej r(cid:266)ki. Stefcia czytała gor(cid:261)czkowoŚ „Pami(cid:266)tnik ten po(cid:286)wi(cid:266)cam naszej gł(cid:266)bokiej miło(cid:286)ci, jako dokument wieczny nigdy niewyga- słych uczuć, stałej i obopólnej wzgl(cid:266)dem siebie wiary, bezgranicznej ufno(cid:286)ci i przywi(cid:261)zania...” Pismo kobiece urywało si(cid:266), tu(cid:298) pod nim stały litery kre(cid:286)lone m(cid:266)sk(cid:261) r(cid:266)k(cid:261)Ś „...by z czasem przyszłe pokolenia miały (cid:298)ywe (cid:286)wiadectwo, (cid:298)e miło(cid:286)ć jest pot(cid:266)g(cid:261) krusz(cid:261)c(cid:261) wszyst- ko, (cid:298)e gor(cid:261)ce uczucia zdolne s(cid:261) i(cid:286)ć przebojem, łamać zapory i pa(cid:286)ć sobie w ramiona z okrzykiem nie- zmiernego szcz(cid:266)(cid:286)cia. Aureola otaczaj(cid:261)ca szcz(cid:266)(cid:286)liw(cid:261) miło(cid:286)ć błyszczy tak jasno, jak nad głowami (cid:286)wi(cid:266)- tych. Aureola taka zaja(cid:286)niała nad nami i dozgonn(cid:261) miło(cid:286)ć nasz(cid:261) opromieniać b(cid:266)dzie wiecznie”. Pod tym nast(cid:266)powały podpisyŚ Stefania Korwiczówna. Maciej, ordynat Michorowski. – Jezus Maria!... – j(cid:266)kn(cid:266)ła Stefcia, padaj(cid:261)c ci(cid:266)(cid:298)ko na kolana. Była jak martwa. Krew jej skrzepła w (cid:298)yłach. Opanowało j(cid:261) znieczulenie. Serce biło sła- bo z przera(cid:298)enia i grozy. Kl(cid:266)czała z twarz(cid:261) ukryt(cid:261) w dłoniach. żłuche łkania wydzierały si(cid:266) jej z piersi przemoc(cid:261), ale wi(cid:266)zły w (cid:286)ci(cid:286)ni(cid:266)tej kurczowo krtani. Wreszcie płacz wielki, rozdzieraj(cid:261)cy, brzemienny bólem niewysłowionym, zatargał jej postaci(cid:261). Zrozumiała wszystko, co było dla niej tajemnic(cid:261). Stan(cid:266)ła w jej my(cid:286)li sala portretowa w żł(cid:266)bowiczach i opowiadanie Waldemara. Wi(cid:266)c tamta nieszcz(cid:266)sna narzeczona pana Ma- cieja, któr(cid:261) kochał i porzucił, to jest jej babka?!... Wi(cid:266)c ta wyniosła pani na portrecie, ksi(cid:266)(cid:298)- niczka de Bourbon, zaj(cid:266)ła miejsce jej babki? Ona zabrała wszystko, co si(cid:266) tej nale(cid:298)ało, i miło(cid:286)ć ukochanego człowieka... Miło(cid:286)ci nie wzi(cid:266)ła – to jedno pozostało własno(cid:286)ci(cid:261) skrzywdzonej. Ale... mo(cid:298)e nawet o tym nie wiedziała?... Ona czuła si(cid:266) nieszcz(cid:266)sn(cid:261), lecz i tamta kobieta miała ci(cid:266)(cid:298)kie (cid:298)ycie, i tamta cierpiała... Tu i tam sfera, fanatyzm, przes(cid:261)dy zagrodziły drog(cid:266) do szcz(cid:266)(cid:286)cia. A jednak on my(cid:286)lał inaczej. On mówił na pierwszej stronie pami(cid:266)tnika, (cid:298)e gor(cid:261)ce uczucia łami(cid:261) wszystkie zapory. Stało si(cid:266) inaczej. Uległ fanatyzmowi własnej sfery, porzucił kochan(cid:261) i kochaj(cid:261)c(cid:261) kobiet(cid:266) dlatego tylko, (cid:298)e nie pochodziła z arystokratycznego domu. Nie wytrwał w zasadach, jakie głosił, jakie j(cid:261) upajały. Zerwał zobowi(cid:261)zania, poszedł nie za głosem serca, lecz tam, gdzie wiodła go sfera i pyszny ród magnacki. Mitra d(cid:261)(cid:298)yła do drugiej mitry, nie troszcz(cid:261)c si(cid:266), (cid:298)e zdruzgotała serce, zbyt skromne, by si(cid:266) na nie ogl(cid:261)dać. Źobry herb szlachec- 14 ki, dobre nazwisko, lecz nie wpisane do złotej ksi(cid:266)gi magnatów, nie mogło ł(cid:261)czyć si(cid:266) z błysz- cz(cid:261)cym herbem i nazwiskiem Michorowskich. Taka sobie pi(cid:266)ciopałkowa korona mo(cid:298)e być chwilow(cid:261) zabawk(cid:261) dla mitry, ale nigdy zespolić si(cid:266) z ni(cid:261). Na to istniej(cid:261) odpowiednie przepisy i paragrafy. Przekroczenie ich uwa(cid:298)ane jest za zdrad(cid:266) stanu, za zbrodni(cid:266) sferow(cid:261). Takie prze- kroczenia karane s(cid:261) wydziedziczeniem, usuni(cid:266)ciem z wy(cid:298)yn sfery. Maciej zl(cid:261)kł si(cid:266) kary, po- (cid:286)wi(cid:266)cił serce dla Molocha i całe (cid:298)ycie nie zaznał szcz(cid:266)(cid:286)cia. – Straszne! straszne! Stefci(cid:266), wnuczk(cid:266) tamtej, los zaprowadził w te same progi, rzucił prawie w te same wa- runki. Ona tego człowieka pokochała jak ojca... Los nie tylko si(cid:266) na tym ograniczył, złe fatum poszło dalej. W tych samych progach jest znowu młody ordynat, nosz(cid:261)cy to samo nazwisko, i jest równie (cid:286)wietny. Powtórzenie przeszło(cid:286)ci. Straszna ironia losu! Stefcia zerwała si(cid:266) z kl(cid:266)czekś rozpalon(cid:261) twarz przyciskaj(cid:261)c r(cid:266)koma, przebiegła kilka razu pokój. – Musz(cid:266) to przerwać, musz(cid:266) sko(cid:276)czyć, choćby mi serce miało p(cid:266)kn(cid:261)ć – szeptała w go- r(cid:261)czce. – A teraz czytać, czytać! Oparła głow(cid:266) na dłoniach, wpiła si(cid:266) palcami w skronie i czytała z bolesn(cid:261) chciwo(cid:286)ci(cid:261). Stefcia Korwiczówna opisywała krótko swe (cid:298)ycie, rodzin(cid:266), warunki, w(cid:286)ród których wzrastała, wreszcie nast(cid:266)pował rozdział zatytułowany Królewicz z bajki. Stefcia Rudecka czytałaŚ „Marzyłam o nim, nie znaj(cid:261)c... byłam pewna, (cid:298)e przyjdzie taki i od razu mi(cid:266) we(cid:296)mie. Miałam ju(cid:298) przeczucie szcz(cid:266)(cid:286)cia. (cid:285)miał si(cid:266) ze mnie ojciec, nakładaj(cid:261)c długi cybuch fajki, i zwykł był mawiaćŚ «Marzycielka, marzycielka!» Jako(cid:298) była to prawda. Mo(cid:298)e pod wpływem starej niani, która mi(cid:266) karmiła bajkami, lubi- łam marzyć i snuć złote sny. Kochałam pi(cid:266)kne wieczory majowe i zachody sło(cid:276)ca, bo wów- czas, bujaj(cid:261)c w przestworzach roje(cid:276), widziałam jego – królewicza z bajki. Lubiłam słuchać (cid:286)piewu słowika i rechotania (cid:298)ab, nasuwało mi to słodkie my(cid:286)li. I zdarzył si(cid:266) dzie(cid:276) przepi(cid:266)kny. Pozostanie on dla mnie pami(cid:266)tnym. Ujrzałam jego – królewicza z bajki... Było to na wielkim festynie w bogatym pałacu szambelana Łosiaty(cid:276)skiego. Mój ojciec jest jego koleg(cid:261) szkolnym i serdecznym przyjacielem. Zjechali(cid:286)my na bal całym domem. I kiedy w gronie panien wchodziłam z ogrodu na taras, w ró(cid:298)owej tarlatanowej sukni i kwieciu we włosach, ujrzałam jego w stroju uła(cid:276)skim. Od razu poznałam swój wymarzony ideał. Przystojny, zgrabny, z niedbał(cid:261) elegancj(cid:261), wytwornym obej(cid:286)ciem i z wielkopa(cid:276)skim tonem w całej postaci, zachwycił mi(cid:266), przykuł do miejsca. Zbli(cid:298)ył si(cid:266) do nas pr(cid:266)dko i przedstawiony przez szambelana, pierwszy raz u(cid:286)cisn(cid:261)ł mi r(cid:266)k(cid:266). Ach! te jego ciemnoszare oczy! Miały tro- ch(cid:266) szyderstwa, ale tyle przy tym ognia i siły...” Stefcia podniosła głow(cid:266), r(cid:266)ce splotła kurczowo i szeptałaŚ – Zupełnie jak ten... zupełnie!... Przystojny, z niedbał(cid:261) wielkopa(cid:276)sk(cid:261) elegancj(cid:261), z szarymi oczyma, z szyderstwem i sił(cid:261) w wyrazie. Zupełnie jak ten... Źalej!... co dalej? „Pokochali(cid:286)my si(cid:266) od razu, dusze nasze leciały ku sobie bez słowa. Ze mn(cid:261) ta(cid:276)czył naj- wi(cid:266)cej i tak umiał mówić, tak porywać!... Wyjechałam z balu oczarowana. Przestrasza mi(cid:266) jego wielko(cid:286)ć. Przyjaciółki mówi(cid:261) mi, (cid:298)e on magnat, ordynat na żł(cid:266)bowiczach. Michorowski, z mitr(cid:261) ksi(cid:266)cia w herbie, milioner. Nie chc(cid:266) o tym słyszeć, maj(cid:261)c w oczach jego obraz. Przy- jaciółki ostrzegaj(cid:261) mi(cid:266), (cid:298)e taki magnat nie dla mnie, (cid:298)e nie powinnam o nim nawet (cid:286)nić”. – Bo(cid:298)e! Bo(cid:298)e! – j(cid:266)kn(cid:266)ła Stefcia. „Ale nie wierzyłam, czuj(cid:261)c, (cid:298)e i on mi(cid:266) pokochał. Jako(cid:298) wiara mi(cid:266) nie zawiodła. W kilka dni po balu był u nas w Snia(cid:298)ewie i ju(cid:298) widuj(cid:266) go prawie co dzie(cid:276). Najpierw przyje(cid:298)d(cid:298)ał od 15 Łosiaty(cid:276)skich, potem par(cid:266) razy prosto z żł(cid:266)bowicz rozstawnymi ko(cid:276)mi, choć to szalony ka- wał drogi. Ach! co za szcz(cid:266)(cid:286)cie, gdy usłysz(cid:266) tr(cid:261)bk(cid:266) strzelca gł(cid:266)bowickiego! Znam ju(cid:298) j(cid:261) tak dobrze jak dzwonek naszego ko(cid:286)ciółka. Tymczasem Maciej kupił w naszej okolicy niedu(cid:298)y maj(cid:261)tek (zdziwił tym wszystkich weteranów) i tam zamieszkał, odwiedzaj(cid:261)c nas stale. Wszy- scy zrozumieli powód dziwnego kupna. Ojciec mój z pocz(cid:261)tku krzywo patrzał na te konkury, ale ju(cid:298) nie bronił. Jemu zaimponowało (cid:286)wietne nazwisko i ordynacja. Polubił Macieja za jego dzielno(cid:286)ć i za prawe, szlachetne zasady. Bardzo pr(cid:266)dko wyznali(cid:286)my sobie nasz(cid:261) miło(cid:286)ć. Teraz Maciej deklarował rodzicom. Ojciec mój z pocz(cid:261)tku gniewał si(cid:266), mówił, (cid:298)e powinien naj- pierw otrzymać pozwolenie własnej rodziny, ale Maciej za to r(cid:266)czy swoim honorem. A po- niewa(cid:298) jego matka i stryj, najbli(cid:298)si krewni, nie s(cid:261) w kraju, wi(cid:266)c zar(cid:266)czyny nasze ju(cid:298) si(cid:266) od- były. Jak(cid:298)e go kocham i jak on mi(cid:266) kocha! Odt(cid:261)d (cid:298)ycie płynie nam w blaskach promiennej zorzy i chyba przetrwa wieki, bo tak wielkie szcz(cid:266)(cid:286)cie nie mo(cid:298)e mieć kresu”. Troch(cid:266) dalej był jego dopisekŚ „...Szcz(cid:266)(cid:286)cie nasze wzmocni si(cid:266), ukochana, gdy si(cid:266) poł(cid:261)czymy w(cid:266)złem nierozerwalnym... gdy wsparta na mej dłoni przejdziesz przez (cid:298)ycie zawsze taka czysta, biała i urocza. Nie trwó(cid:298) si(cid:266), nie obawiaj, zawierz memu słowuŚ b(cid:266)dziesz moj(cid:261), ty albo (cid:298)adna!... I nie my(cid:286)l, (cid:298)e szcz(cid:266)- (cid:286)cie nasze natrafi na jakowe(cid:286) przeszkody stawiane przez mój (cid:286)wiat. On stanie si(cid:266) i twoimŚ nie ma ró(cid:298)nic sferowych tam, gdzie jest miło(cid:286)ć. Musz(cid:261) si(cid:266) na to zgodzić wszyscy moi i pokochaj(cid:261) ci(cid:266), jedyna, bo(cid:286) godna tego”. Stefcia oddychała szybko, płacz j(cid:261) chwytał na nowo. Tłumi(cid:261)c łzy, sił(cid:261) woli uspokoiła si(cid:266) i czytała. Nast(cid:266)powały rozdziały tchn(cid:261)ce szcz(cid:266)(cid:286)ciem, bezmiern(cid:261) rado(cid:286)ci(cid:261) młodych, gor(cid:261)cych dusz. On dopisywał si(cid:266) w wielu miejscach. W jednym rozdziale ona pisałaŚ „Boj(cid:266) si(cid:266), czy ta wielko(cid:286)ć jego nie zaćmi nam promiennej drogi... czy sfera, do której on nale(cid:298)y, nie skuje go kajdanami. To jak chmura plami moj(cid:261) zorz(cid:266)”. Po tym urywku był znowu jego dopisek, ju(cid:298) w drugim rozdzialeŚ „żdyby nawet nast(cid:261)piła walka, jak przypuszczasz, moja najdro(cid:298)sza Steniu, pami(cid:266)taj, (cid:298)e twój Maciej zar(cid:266)czył honoremś zanadto ci(cid:266) kocha, (cid:298)eby pozwolił sobie wydrzeć najwi(cid:266)ksze szcz(cid:266)(cid:286)cie. Zwalcz(cid:266) wszelkie przes(cid:261)dy, gdyby istniały, chc(cid:266) i(cid:286)ć przebojem, a nie dam si(cid:266) skuć w kajdany. Prosz(cid:266) ci(cid:266), jedyna, ufaj mi bezgranicznie. Zobaczysz, ile szcz(cid:266)(cid:286)cia oczekuje nas!” Widocznie on odczytywał pami(cid:266)tnik narzeczonej i dodawał własne my(cid:286)li. Razem opo- wiadali cudn(cid:261) epopej(cid:266) swej miło(cid:286)ci, razem nurzali si(cid:266) w szcz(cid:266)(cid:286)ciu. Były w pami(cid:266)tniku opisy wspólnie przebytych dni i opisy rozmów. Potem obraz zacz(cid:261)ł si(cid:266) zaciemniać. On wyjechał do rodziny po pozwolenie i błogosławie(cid:276)stwo, ona miała si(cid:266) przygotowywać do (cid:286)lubu. Rozdział ten był wstrz(cid:261)saj(cid:261)cy. Babka Stefci pisałaŚ „Straszn(cid:261) miałam chwil(cid:266), gdym ujrzała kocz jego zaprz(cid:266)(cid:298)ony do drogi. Stali(cid:286)my oboje w ogrodzie. Bzy kwitły, (cid:286)piewały słowiki i tak było cudownie na (cid:286)wiecie!... Maciej, wzruszony bardzo, całował mi(cid:266), tul(cid:261)c w obj(cid:266)ciach. Prosił, bym si(cid:266) nie obawiała, mówił, (cid:298)e wkrótce po- wróci z pozwoleniem matki i zawiezie mi(cid:266) do niej po błogosławie(cid:276)stwo. Boj(cid:266) si(cid:266) tej dumnej pani. Jest podobno bardzo pi(cid:266)kna i pochodzi ze znakomitej rodziny hrabiowskiej na W(cid:266)- grzech, źsterhazych. Wierz(cid:266) Maciejowi i ufam gł(cid:266)boko, ale gdy wyje(cid:298)d(cid:298)ał, serce p(cid:266)kało mi z bólu, rozpływałam si(cid:266) we łzach. Nareszcie wybiła godzina rozstaniaŚ musiał jechać. Po dłu- gich po(cid:298)egnaniach i zakl(cid:266)ciach, gdy kocz ruszył z miejsca, krzykn(cid:266)łam przera(cid:296)liwieŚ «Ma- 16 cieju, nie odje(cid:298)d(cid:298)aj!» – Ogarn(cid:266)ła mi(cid:266) rozpacz. On zatrzymał si(cid:266), wyskoczył z pojazdu i udało mu si(cid:266) mi(cid:266) utulić. Tyle wzbudził we mnie wiary, (cid:298)e ostatecznie po(cid:298)egnałam go z u(cid:286)miechem. Ojciec mój błogosławił go krzy(cid:298)em. W miar(cid:266) jak si(cid:266) oddalał, głucha rozpacz wzbierała w mym sercu, czarna zasłona spadła mi na oczy. żdy kocz jego znikn(cid:261)ł na zakr(cid:266)cie drogi, pa- dłam bez czucia!” Stefcia Rudecka potarła czoło. – To było pewno... ostatnie ich widzenie si(cid:266) – szepn(cid:266)ła zbladłymi ustami. Źalsze stronice miały w sobie pełno smutku. Osobno powklejane listy od niego, bardzo czułe, (cid:286)wiadczyły, (cid:298)e kochał j(cid:261) stale. Źługim szeregiem kart rozwodziły si(cid:266) (cid:298)ale i t(cid:266)sknota młodej narzeczonej. Rozdziały szły coraz krótsze, coraz smutniejsze. Miejscami plamiły we- lin wyra(cid:296)ne (cid:286)lady łez, nie zatarte przez lata. Listy od niego urwały si(cid:266). Jeszcze kilka smutnych stronic i Stefcia zobaczyła wklejony krótki list, zapisany obcym pismem, oprowadzony czarn(cid:261) obwódk(cid:261) z atramentu, widocznie zrobion(cid:261) przez jej babk(cid:266). Był to list od stryja, Cezara Mi- chorowskiego, opiekuna ordynata Macieja. W zimnych słowach oznajmił on Stefci Korwi- czównie o zerwaniu zar(cid:266)czyn z Maciejem – z jego wiadomo(cid:286)ci(cid:261) i zgod(cid:261). Stawiał za główny powód nierówno(cid:286)ć partii i ró(cid:298)nice sferowe. Zreszt(cid:261) nie tłumaczył si(cid:266) bardzo. Źopisek Ma- cieja zdradzał pewien wstyd, nawet smutek, ale nic wi(cid:266)cej. Młody Michorowski odsyłał pier- (cid:286)cionek dodaj(cid:261)c, (cid:298)e los dzieli ich nieodwołalnie. (cid:297)ycze(cid:276) na przyszło(cid:286)ć nie składał, nie nazy- wał przeznaczenia głównym winowajc(cid:261). Musiał pojmować, (cid:298)e rani jej serce, i nie chciał ta- kimi wykr(cid:266)tami dobijać jej. Stefcia powstała oburzona. – Wi(cid:266)c tak?... Wi(cid:266)c gdzie(cid:298) s(cid:261) jego zapewnienia, które czytałam na pocz(cid:261)tku pami(cid:266)tnika... żdzie(cid:298) miło(cid:286)ć krusz(cid:261)ca wszelkie przesady? Wi(cid:266)c ta sfera jest a(cid:298) tak siln(cid:261), (cid:298)e łamie naj(cid:286)wi(cid:266)t- sze zobowi(cid:261)zania? Ze pozbawia honoru z tak(cid:261) łatwo(cid:286)ci(cid:261), z jak(cid:261) (cid:286)ci(cid:261)ga si(cid:266) pier(cid:286)cionek z pal- ca?... żdzie(cid:298) s(cid:261) jego słowa wobec czynów?... Wi(cid:266)c blask tej sfery jest tak wielki, (cid:298)e potrafi wchłaniać w siebie ciemne i brudne plamy bezkarnie? Wi(cid:266)c b(cid:266)d(cid:261)c magnatem mo(cid:298)na deptać serca ludzkie? zabijać je niemiłosiern(cid:261) doktryn(cid:261) swych przes(cid:261)dów? po(cid:286)wi(cid:266)cać je dla milio- nów i blichtrów? żdzie(cid:298) sumienie?!... gdzie serce?! gdzie uczciwo(cid:286)ć?! gdzie wreszcie własne pragnienie szcz(cid:266)(cid:286)cia, wkorzenione w duszy ka(cid:298)dego człowieka? Czy to wszytko d(cid:261)(cid:298)y za sfer(cid:261) – dla zasady?... Stefcia biegała gor(cid:261)czkowo, mówi(cid:261)c do siebie urywane słowa jak w malignie. Pier(cid:286) jej falowała szybko, pełna niewysłowionej goryczy. – A Waldemar?... i ten tak samo mówił w sali portretowej. On winił dziadka, zarzucał mu brak energii i stanowczo(cid:286)ci. Ale czy sam potrafiłby post(cid:261)pić inaczej? Czy zdołałby złamać przekonania, zdruzgotać fanatyzm swego (cid:286)wiata? Czy tytuł, sfera, miliony nie s(cid:261) jego wy- ł(cid:261)cznym dogmatem, wpojonym w krew? Czy dla niego miło(cid:286)ć ukochanej kobiety mogłaby być absolutn(cid:261) i czy dla niej poło(cid:298)yłby wszystko na szali? Czy jego słowa nie s(cid:261) równie puste i beztre(cid:286)ciwe, jak były tamtego?... Pytania cisn(cid:266)ły si(cid:266) Stefci na usta z bolesn(cid:261) ironi(cid:261). Serce broniło Waldemara, dodawało mu skrzydeł, apoteozowało go niemal. Lecz rozum zimn(cid:261) i szorstk(cid:261) dłoni(cid:261) tłumił idealne po- rywy, nasuwaj(cid:261)c krytyczniejsze my(cid:286)li. Stefcia wołała w uniesieniuŚ – I ten post(cid:261)piłby tak samo! Bo(cid:298)e! Bo(cid:298)e!... dodaj mi sił do wycofania si(cid:266) z tego bł(cid:266)dnego koła. Całe szcz(cid:266)(cid:286)cie, (cid:298)e on mo(cid:298)e nie kocha mnie tak, jak tamten babk(cid:266). Jak ona to zniosła, jak prze(cid:298)yła? Stefcia, mówi(cid:261)c do siebie, chwilami gło(cid:286)no, cz(cid:266)sto nie rozumiała si(cid:266). Ostatnie pytanie wznowiło jej ciekawo(cid:286)ć, rzuciła si(cid:266) do ksi(cid:261)(cid:298)ki. Ju(cid:298) tylko kilka kartek, pisanych nierównym pismem. CzytałaŚ 17 „Wszystko kłamstwoŚ i jego miło(cid:286)ć, i jego zapewnienia, i ta wiara, któr(cid:261) mnie poił – wszystko! Sam zbudował nasze krótkotrwałe szcz(cid:266)(cid:286)cie i sam zakopał je w grobie, by sadzić na nim kwiaty swej przyszłej chwały. Nikczemny! podły!... Nie, nie – zawsze kochany, na wieki, na (cid:298)ycie całe! To tamci podli... ci, co go obezwładnili, co mu nało(cid:298)yli p(cid:266)ta. A jednak dał słowo honoru, uległ im, wi(cid:266)c któ(cid:298) on jest?... Słaby, bezsilny. A mo(cid:298)e nie kochał mi(cid:266)? Niechby pozostała choć ta nadzieja, jako jedyny kwiat z cudnej ł(cid:261)ki, jako jeden promyczek t(cid:266)czowy z (cid:286)wietlistej zorzy! Czy on mi(cid:266) kocha jeszcze, czy cierpi nad zerwaniem? – to pyta- nie ponios(cid:266) do grobu. Zgniótł mi(cid:266), zdruzgotał, str(cid:261)cił z wy(cid:298)yn szcz(cid:266)(cid:286)cia. Kilka nielito(cid:286)ciwych słów wystarczyło do zabicia duszy, (cid:298)yj(cid:261)cej dla niego, i serca, które sam obudził. Przekl(cid:266)ty (cid:286)wiat! przekl(cid:266)ta sfera! ona mi go zabrała!... Nie! bo on jest z niej, on w(cid:286)ród niej (cid:298)yje. To tylko przekl(cid:266)ty los! Kocham go – nienawidz(cid:261)c, kocham – pogardzaj(cid:261)c! Jak mi ciemno, jak głucho, jak bezgranicznie głucho! Znik(cid:261)d (cid:286)wiatła! nic, nic!...” Pismo ko(cid:276)czyło si(cid:266). Kilka kartek nie zapisanych, pustych jak dusza, co w nich zamarła... Na ostatnich stronicach Stefcia czytała ze (cid:286)ci(cid:286)ni(cid:266)tym sercemŚ „...O(cid:298)enił si(cid:266) w Pary(cid:298)u... z ksi(cid:266)(cid:298)niczk(cid:261) de Bourbon, córk(cid:261) znakomitego rodu, spokrew- nionego z królami. żazety roznosz(cid:261) ich podobiznyŚ pi(cid:266)kni obojeś nie wygl(cid:261)daj(cid:261) jednak na szcz(cid:266)(cid:286)liwych, ale to mo(cid:298)e tylko moje oczy tak co(cid:286) ćmi. Pobrali si(cid:266) i b(cid:266)d(cid:261) szcz(cid:266)(cid:286)liwi... A ja? a ja?... Wobec ksi(cid:266)(cid:298)niczki de Bourbon có(cid:298) znacz(cid:266)? Nic dla niego, nic dla (cid:286)wiata. Złamane mam serce, złaman(cid:261) dusz(cid:266), ale wobec mitry ksi(cid:261)(cid:298)(cid:266)cej i to nie znaczy nic. Źwie korony, (cid:286)wietne, błyszcz(cid:261)ce, i ja... z krwaw(cid:261) ran(cid:261). Ach! jaka(cid:298) n(cid:266)dza!...” Źługa przerwa, potem kilka gorzkich słów i znowu (cid:286)lady łez. „...Taka wielko(cid:286)ć... i taka podło(cid:286)ć! Jak on mógł tak post(cid:261)pić? I dlaczego r(cid:266)czył? Czy(cid:298) i on rozczarował si(cid:266), czy wierzył w nasze poł(cid:261)czenie?... Och! on wierzył! Niepodobna, aby był tak niesłychanie obłudnym. On szlachetny, tylko słaby, a ta sfera to pot(cid:266)ga, tytaniczna siła... porwała go, chwycił go pr(cid:261)d bez ratunku. żdyby ju(cid:298) nie pisał, nie odsyłał pier(cid:286)cionka... Ale taki lód w jego słowach! O Bo(cid:298)e! Przyjechał z żł(cid:266)bowicz jaki(cid:286) urz(cid:266)dnik, podobno sekretarz. Sprzedaje Wołoksz(cid:266), jego maj(cid:261)tek w naszym s(cid:261)siedztwie. Pewno! ju(cid:298) mu teraz niepotrzebny. Wołoksza. Wołoksza!... jakie to dla mnie było drogie imi(cid:266). Stracone wszystko! pustka, pustka... zabijaj(cid:261)ca, okropna! i czarne robactwo rozpaczy. Mrowie... mrowie... robactwa! Taka ironia! Kochałam (cid:286)wiat, teraz go nienawidz(cid:266). Napoił mi(cid:266) gorycz(cid:261). To ju(cid:298) moja żolgota. A (cid:298)yć trzeba. Nie dano mi umrzećŚ odratowali mi(cid:266), wydarli trucizn(cid:266) z mego organizmu... Rozpacz! rozpacz! Nasz kapelan mówi mi wiele o Bogu i obowi(cid:261)zkach wzgl(cid:266)dem Niego. Czy to ratunek?...” Znowu przerwa – po czym kilka słówŚ „Ojciec mój miał atak sercowy. Maciej i jego zabił. Jestem jedynaczk(cid:261), kocha mi(cid:266) bardzo i cierpi, strasznie cierpi”. Szereg czystych kart, na ostatniej zako(cid:276)czenieŚ „...Rok po (cid:286)mierci ojca... Wychodz(cid:266) za m(cid:261)(cid:298). Musiałam to przysi(cid:261)c umieraj(cid:261)cemu ojcu, spełniam ostatni(cid:261) jego wol(cid:266). Wychodz(cid:26
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Trędowata, t. II
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: