Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00208 005170 15188995 na godz. na dobę w sumie
Trochę inny  dług  - ebook/pdf
Trochę inny dług - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 116
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-3195-6 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> sensacja
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

 

To opowiadanie nigdy nie powinno się pojawić. Nie powinno, gdyż jest opowieścią o biednym człowieku któremu wyrządzono krzywdę. To dziwne, ale wszyscy drobni i mniej drobni oszuści jako cel swojego działania przyjęli ludzi ubogich. Takich których los i tak nie oszczędzał. To dziwne, ale właśnie na tych, którym i tak jest ciężko, którzy naiwnie sadzą, że można odmienić los w sposób uczciwy, żerują przestępcy. Opowieść w pierwszej części jest prawdziwa. To zdarzyło się naprawdę. I choć opowiadanie nie powinno nigdy powstać, powstało, gdyż dokładnie taki sam mechanizm oszuści zastosowali w tym i poprzednim roku. Czyli po piętnastu może szesnastu latach. Nasi oszuści , wobec naszych obywateli, wobec swoich sąsiadów. Jak zwykle u mnie język jest prosty. Czyta się łatwo. Uczucie bezradności pozostaje jednak na dłużej. Dużo dłużej niż można przypuszczać.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

1 2 Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora. © Copyright by Antoni Kocela Projekt okładki Antoni Kocela ISBN 978-83-272-3195-6 3 Wszelka zbieżność nazw firm jest przypadkowa. Nazwiska są wymysłem autora. Kiedy powstawało opowiadanie firmy o takich nazwach nie istniały. Wspinał się po zimnych szczeblach i nie czuł ani bólu w boku, ani drętwiejącej nogi. Po prostu pełznął przed siebie wiedząc tylko tyle, że musi tam dotrzeć, że musi zrobić to co postanowił. Kiedy pierwsza kula musnęła jego pierś nawet nie zwolnił. Nie zatrzymał się. Był bardzo blisko kiedy mięśnie stały się dziwnie sztywne i kiedy poczuł nie tyle ból co odrętwienie. Widział dokładnie, niczym na klatkach zwolnionego filmie, jak zakrwawione palce rozkurczają się i jak nagle przed oczami widzi rozgwieżdżone niebo a potem... *** Kiedy się urodził wszyscy podziwiali jego urodę. Był wyjątkowo dużym dzieckiem z gęstą czupryną. Chyba w genach przejął siłę i upór. Był wysoki, nie był tęgi, natura obdarzyła go mięśniami niesłychanie silnymi. Był przy tym bardzo wytrzymały i cierpliwy. To wszystko sprawiło, że ojciec z dumą prowadził go na pierwszą szychtę do kopalni. Ojciec, który już powoli zbliżał się do emerytury o niczym innym nie marzył jak o swoim następcy. Kiedy Jan był mały, ojciec brał go na kolana i opowiadał mu godzinami o kopalni. Opowiadał mu o tym jak fedrują, jak pięknie wygląda błyszczący węgiel i jak to wspaniale być górnikiem. Jasiu słuchał i wyobrażał sobie, że i on będzie górnikiem i on będzie tak jak ojciec ważny i mądry. Dom ich był domem skrajnie tradycyjnym, a mimo to mama wiele w nim znaczyła. Nie dało się tego dostrzec na pierwszy rzut oka, lecz tak było naprawdę. Dopiero kiedy był już starszy, kiedy ojciec zachorował, okazało się, że tak naprawdę to matka była mózgiem całej rodziny. Wydała dobrze siostry. Zabezpieczyła przyszłość rodziny. Ojciec z chorymi płucami długo się leczył i opowieści o kopalni nagle zmieniły się w potworny wyrzut sumienia. Jan nie rozumiał go, bo przecież praca w kopalni to wielkie szczęście. Grosza jak nigdzie indziej. Szacunek społeczny. Ponieważ siłę miał nieludzką, ponieważ był wytrzymały, stawał do rywalizacji zawodowej. Niektórzy uważali go za wariata, on jednak wierzył w to, że to tak trzeba. Że tak jak kiedyś mówił ojciec, trzeba synek fedrować, bo my to sól ziemi. My, synek , dla siebie dla wszystkich robimy przyszłość. Teraz ojciec mówił jednak coś innego, teraz nie mógł wydarować swojemu ojcu , że kiedyś poprowadził go po raz pierwszy na „gruba” i ten pierwszy raz stał się początkiem jego nieszczęścia. Jego choroby, która przykuła go teraz do łóżka. Stawał się z każdym dniem bardziej rozgoryczony i bezradny. Jan chodził często do szpitala, a później jeździł do sanatorium, by pocieszyć ojca. Bolało go, że ojciec nie chce słuchać o jego wyczynach. O jego sukcesach. Ale ojciec już nigdy nie wspomniał o kopalni z radością. Już nigdy nie uśmiechnął się kiedy jakimś trafem musiał, o tak kiedyś lubianym miejscu, rozmawiać. Nie chciał widzieć kolegów, nie chciał wspomnień. Jan pracował po śmierci ojca wytrwale, powoli awansując w hierarchii zawodowej. To co miało się stać, zaskoczyło jago i jego świeżo poślubioną żonę. Kinga była bardzo postawna i chyba ładna. Janowi się bardzo podobała bo, miała silne nogi i duży biust. Zawsze chciał, by żona jego była właśnie taka, bo wiedział, że kiedy będzie z nią szedł, wszyscy kumple z zazdrością będą się im przyglądać, a wyobraźnia podpowie im takie obrazy, że aż strach pomyśleć. Poznał ją na wieczorku organizowanym przez związki zawodowe w okolicy Barbórki. Nie musiał długo z nią chodzić, by zgodziła się spotkać się w familokach, w mieszkaniu kolegi, którego rodzice wyjechali na kilka dni do Niemiec. Nie musiał długo jej prosić, by poczuć w dłoniach szorstkość i puszystość pokręconych pukli, pomiędzy którymi kryło się jego marzenie. Kinga musiała zakochać się w nim od pierwszego wejrzenia, albo po prostu nie 4 traktowała spraw męsko damskich aż tak poważnie. Uznawała być może że kiedy się ma tyle lat co ona, wtedy należy korzystać, a prawo do tego mają zarówno mężczyźni jak i kobiety. Wtedy Jankowi było obojętnym czym się kierowała , ważne , że kiedy pieścił jej ciało był bardzo szczęśliwy. Ku jego zaskoczeniu wykazywała znacznie więcej odwagi w eksperymentowaniu niż on. Nie chodzili że sobą długo. Jego sytuacja materialna poprawiana przez rentę ojca, sprawiała, że bez problemów mógł kupić pierścionek i pójść się oświadczyć. Tak też uczynił w jedną ze słonecznych majowych niedziel. Zaręczyny zostały przyjęte i do wieczora mógł się cieszyć widokiem swojej wybranki, siedzącej w otoczeniu rodziny. Miał cholerną ochotę na konsumpcje zaręczyn, lecz rodzice dość dokładnie pilnowali swojego skarbu i dopiero kiedy odprowadziła go w kierunku stacji, mógł się do niej przytulić, wbić palce w jej gęstą czuprynkę, a ona wprawnie przyniosła mu ulgę, szybko poruszając dłonią. Ślub był niezbyt wystawny gdyż ojciec Janka nie czuł się zbyt dobrze. Kiedy Janek , kilka dni po ślubie, szedł ze swoją wybranką obejrzeć wersalki, widział na twarzach kolegów, którym mijali, zazdrość której nijak nie mogli ukryć. Kinga bowiem ubrawszy mini spódniczkę, w taki sposób eksponowała mocne uda, że trudno było nie spojrzeć w jej stronę, a szczególnie nsatolatkowie wpatrywali się w jego Kingę prawie z namaszczeniem. Był wtedy szczególnie szczęśliwy i zawsze w takiej chwili starał się położyć dłoń w takim miejscu, żeby nie było wątpliwości, że jest tylko jego. Widząc więc znajomych szybko starał się oprzeć swoja rękę w okolicach jej biodra, pomóc jej wejść na schody, przez delikatne przyciśnięcie pośladka, to znów strzepnął jej z biusty jakąś nitkę, która natrętnie przyczepiła się do tego akurat miejsca. Kiedy jednak naokoło siebie dostrzegał zbyt wielkie zainteresowanie jej osobą zaczynał być zazdrosny. Na początku nie był, bo poślubienie Kingi przyszło mu tak łatwo i w tak naturalny prawie kupiecki sposób, że nie myślał o tym. Teraz jednak uzmysłowił sobie, że być może ktoś inny zawróci jej w głowie też równie łatwo i szybko. Zazdrość nie była obsesyjna, chciał jednak teraz częściej wiedzieć gdzie wychodzi, gdzie bywa, co robi. Bardzo ją to denerwowało, a on nie mógł zrozumieć czemu. W każdym razie w miarę upływu dni stawała się dla niego bardziej ważna. Być może zakochiwał się w niej, a być może wcale nie, jedynie tyle, że ona robiła z nim takie rzeczy o jakich nie wiedział. A to sprawiało mu dużą przyjemność. Po roku dostali mieszkanie na peryferiach Zabrza. To był najszczęśliwszy dzień w ich życiu. Kiedy wnosili do mieszkania swe nowe meble, zakupione za pożyczkę MM, byli naprawdę szczęśliwi. Życie układało im się wspaniale. Mieszkania było co prawda w starym budownictwie, w niskich familokach, niewielkie, ale ich. Kinga wędrowała teraz po uliczkach między blokami, a mężczyźni z zazdrością wodzili za nią wzrokiem. Jankowi coraz bardziej to przeszkadzało. Kinga była mu wierna lecz nie wierzył nikomu. Tym bardziej, że kiedy czasami wpadał na piwo do knajpy opodal, gdzie jeszcze nie wszyscy go znali, słyszał czasami zachwyty podchmielonych gości urodą takiej jednej nowej babki z 24. Wtedy nasłuchiwał szczególnie uważnie i choć pijaczkowie mają zwyczaj koloryzowania, to na szczęście nigdy nikt nie powiedział czegoś, co mogłoby wzbudzić jego podejrzenia. W te ranki kiedy miał na pierwszą zmianę, razem wsiadali do czerwonego autobusu. Jechali wtuleni w siebie. A kiedy nastały mrozy, to wzajemne wtulanie stało się jeszcze przyjemniejsze. Ponieważ Kinga nosiła bardzo krótkie spódniczki cały rok, mógł czasami nawet w autobusie wsunąć dłoń pod kożuch i dotknąć ją w miejsca najbardziej ukryte. Ona udawała, że się złości, lecz w końcu wybuchała głośnym śmiechem, zwracając jeszcze bardziej uwagę współpodróżnych. 5 Minął kolejny rok. Rytm ich życia ułożony był dniówkami, urodzinami, świętami i niedzielnymi spotkaniami. Nieszczęście przyszło w zupełnie niespodziewanym momencie. Zresztą nieszczęścia zawsze spadają w najmniej odpowiednim momencie. Dzięki talonowi na samochód byli właścicielami 126p. Kiedy Janek wreszcie zdobył prawo jazdy i razem podjechali na wieś, byli w siódmym niebie. Mieli własne auto. Mogli swobodnie przemieszczać się po kraju kiedy i gdzie tylko chcą. Janek opłacił żonie kurs prawa jazdy. W tę listopadowa sobotę został w robocie. Soboty przecież są szczególnie płatne. Został i nie zrobił żadnego błędu. I chyba nikt nie zrobił żadnego błędu. Przechodził chodnikiem, a pracował już w nadzorze, jadący obok wózek nagle zakołysał się, przekrzywił, podskoczył i runął. Janek miał dopiero 30 lat i był osobą sprawną. Widząc co się dzieje odskoczył. Przywarł do ściany. Wbijał się w nią, a wózek znów podskoczył i położył się na boku u jego stóp nie robiąc mu swym stalowym rantem najmniejszej szkody. Nie wiedzieć jednak czemu koła przewracanego wózka wybiły z zaczepów szynę, która przecież nie jest połączona z podłożem. Szyna uniosła się do góry naprężyła i niczym sprężyna odkształciła ze straszna siłą w druga stronę, uderzając Janka w biodro i górną cześć uda. Upadł jęcząc. Było mu słabo. Czuł że kręci mu się w głowie. Kiedy koledzy starali się go przenieść stracił przytomność. Gdy ją odzyskał leżał w białej sali szpitala górniczego. Kinga patrzyła z przerażeniem w jego twarz. - Co ja tu robię? – zapytał. - Miałeś wypadek. Przypomniał sobie nagle zdarzenie. Starał się podnieść, żeby zobaczyć co się z nim dzieje, lecz poczuł, że jest przymocowany czymś bardzo ciężkim do łóżka. Nogę miał na wyciągu. - Mam wszystko? – zapytał przerażonym głosem. Kinga wybychnęła tak niespodziewanym i serdecznym śmiechem, że znacznie się uspokoił. - Masz wszystko. Po prostu masz złamana miednicę i udo. Wszystko się zrośnie i za kilka tygodni będziesz w domu. Kinga przyjeżdżała co dwa dni. Jan nauczył się żyć z gipsem. Przez dłuższy czas nie mógł wstawać, później jednak mógł wsiadać na wózek i przemieszczać się po sali. Z biegiem czasu Kinga zaczęła przyjeżdżać coraz częściej. Bywała każdego popołudnia. Później bywała czasami nawet przed południem. Wiedziała wszystko o jego chorobie, bo okazało się, że ordynator pochodzi z sąsiedniej wioski i znał dobrze z rodziców Kingi. To ułatwiło znacznie pobyt w szpitalu. Jako człowiek od ordynatora mógł liczyć na szczególne traktowanie, co w jego wypadku, przynajmniej na początku, nie było bez znaczenia. Kinga przyjeżdżała często i starła się mieć radosne informacje, choć z biegiem czasu przybywało i złych. Kopalnia nie chce uznać wypadku jako wypadku przy pracy. Co ma znaczenie dla odszkodowania, bo Jan nie był w tym rejonie o wyznaczonej godzinie. Minęło dużo czasu nim kopalnia zgodziła się wypłacić znacznie okrojone odszkodowanie, a renta która w tym momencie Jankowi groziła, była jedynie trochę wyższa od normalnej. Po kilku miesiącach Janek wrócił od domu. Nie był to jednak powrót triumfalny. Tak naprawdę jedynym pozytywem był fakt powrotu do domu. Poza tym było nie za dobrze. Niby wszystko się zrosło, ale Jan utykał i to znacznie. Bolał go kręgosłup. Miał problemy z oddawaniem moczu. Po miesiącu masarzy Janek musiał starać się o wyjazd do sanatorium. Znajomy ordynator załatwił mu trzy turnusy po sobie. Czekało go więc wypoczywanie przez blisko dwa miesiące. Cieszył się i jednocześnie smucił, bo miał już dość służby zdrowia. Kiedy znalazł się w górach okazało się jednak, że są to jednak inne miejsca niż szpital. Tęsknił bardzo za Kingą, tym bardziej, że trwał w poczuciu winy, z tego powodu iż Kinga tak długi czas musi przebywać w celibacie. Jan w obecnej chwili nie nadawał się żadną miarą 6 na kochanka, nawet dla najbardziej uważnej i wyrozumiałej partnerki. Pisał więc do Kingi płomienne listy. Kinga odpisywała rzadziej, a listy starały się uspokajać go. Już po trzech tygodniach Janek poczuł się znacznie lepiej. Nawet zaczął przemyśliwać czy nie powinien szybko zawezwać Kingi i spełnić swe małżeńskie obowiązki. Bardzo tego chciał i w miarę poprawy stanu zdrowia coraz częściej o tym myślał. Doszło do tego, że na tyle zalotnie się zachowywał, iż niektóre z koleżanek rehabilitujących się, jego zachowania odbierały jak zaloty. Janek jednak był uczciwy i wierny. Cierpiał, ale chciał być do końca w porządku. Wreszcie doczekał się dnia powrotu. Jechał autobusem szczęśliwy. Kinga prosiła go, by do domu podjechał taksówką. Ona będzie zajęta. Wracał kilka godzin wcześniej niż planował, bo chciał jej zrobić niespodziankę i przygotować się do jej powrotu z pracy. Kiedy taksówkarz podjechał pod dom, Janek z trudem dotaszczył walizki, gdyż w dłoni trzymał piękne kwiaty, a w ręku torbę z zakupami. Otworzył drzwi. Znajomy zapach domu podrażnił przyjemnie nozdrza. W mieszkaniu było ciepło i czysto. Rzucił swe rzeczy w przedpokoju i wszedłszy do dużego. Usiadł w fotelu przy stoliku. Rozejrzał się z zadowoleniem. Dom to jednak dom, coś co zawsze będzie kojarzyło się z bezpieczeństwem. Na stoliku leżała biała koperta. Przeczytał „Dla Janka”. Uśmiechnął się pod nosem. Kinga zrobiła mu niespodziankę. Wiedziała, że nie będzie mogła być obecna gdy wróci, więc napisała. Był wzruszony kiedy nerwowo rozrywał kopertę. Zaczął czytać. W miarę jak ilość przeczytanego tekstu zwiększała się twarz Janka zmieniała się szybko. Powoli uśmiech gasł, potem pojawiło się zdziwienie. Kiedy skończył , nerwowo przejrzał tekst jeszcze raz, zapadł w fotelu i z oczu popłynęła mu łza. Kinga miast powitać swego męża właśnie teraz żegnała go. Życie płata różne figle, a ten był najdziwniejszy. Kinga odeszła. Zamieszkała u ordynatora szpitala w którym leczył się Janek. Pozew o rozwód już wpłynął do sądu. Teraz w głowie nieszczęśliwego człowieka wszystko się poukładało. Kinga tak często bywała w szpitalu, nie dla niego, lecz dla tego człowieka. Nie mógł zrozumieć czemu. Przecież ordynator wcale nie był taki młody ani przystojny. Nie wiedział, że między lekarzem a Kingą zdarzyło się coś co nie zdarza się w życiu zbyt często. Kinga poszła zapytać o stan jego zdrowia. Usiadła w nieprzyjemnym gabinecie lekarza. On niechętnie szedł do swego gabinetu, by gadać z niefachowcem na fachowe tematy. Kiedy usiadł i kiedy na nią spojrzał. Kiedy zobaczył jej twarz, nogi wysuwające się spod krótkiej spódniczki, kiedy zobaczył zarys jej biustu spod obcisłej bluzki był zafascynowany jej urodą. Co ciekawe kiedy zaczął mówić Kinga nagle dostrzegła w nim coś, czego się zupełnie nie spodziewała. To był wspaniały mężczyzna. Zupełnie inaczej sobie wyobrażała lekarza. Koniec końcem ona starała się umówić na kolejną konsultację jak najwcześniej, a on starał się wymyślić coś, co pozwoliłoby mu spotykać ją w miarę często. Stało się więc tak, że początkowo oglądali kilka razy zdjęcia Janka. Potem omawiali sposób operowania, w końcu zupełnie przypadkowo on zgodził się ją odwieźć do domu, bo ona akurat nie przyjechała samochodem. Kiedy wszedł na górę, nie włączali światła, lecz nagle przypadli do siebie. Całował ją przez chwilę. Nie zdążyli nawet zorientować się kiedy leżeli w objęciach. Ona jeszcze nigdy nie miał tak silnego orgazmu, mimo że w zasadzie do niczego nie doszło. On już dawno nie czuł się tak bardzo mężczyzną. Czekał ich teraz trudny okres. Przez kilka dni nie widzieli się w ogóle unikając spotkania. Kinga jednak nie mogąc zapomnieć o lekarzu. Kiedy się spotkali wszystko znów było tak samo spontaniczne. W ostatniej chwili przekręcili klucz w drzwiach jego gabinetu. To był początek uczucia którego oboje się nie spodziewali. Jan o niczym nie wiedział, niczego nie podejrzewał, ale wokół niego... To co stało się w gabinecie było szybkie, nagłe, niespodziewane. W gwałtowności tego co się zdarzyło tkwiła cała siła nieprawdopodobnego zauroczenia. Oboje byli zaskoczeni tym co 7 się im przytrafiło. Zupełnie nie przygotowani. Mimo, że wyglądało to na ewidentna fizyczność, było jednak w tej fizyczności tyle pragnienia i siły, że pochodzić mogło jedynie z rodzącego się uczucia. Nikt nie wie przecież, kiedy, dlaczego i z kim może ci się to zdarzyć. Nie seks, lecz uczucie. Często racjonalna analiza po czasie sprawia, że wypowiadamy słynne „co ja w tobie widziałem?” . Dla Janka to wszystko, nawet gdyby o tym wiedział, w tej chwili nie miało najmniejszego znaczenia. On czuł się oszukany, bo tak naprawdę był oszukany. Kinga pisała do niego, by jej wybaczył, by zrozumiał, by zechciał skorzystać z jej pomocy. Że zawsze chce być jego przyjaciółką. Siedział w fotelu z szeroko rozrzuconymi kolanami i nie istniał. Nie było go. Nawet nie był w stanie dokonać najdrobniejszej analizy tego co się stało. Kiedy zrobiło się ciemno i nagle ból nogi przywołał świadomość, podniósł się powoli, poszedł do kuchni i odruchowo zrobił herbatę. Siedział w kuchni i pił gorący płyn. Ciecz nie parzyła mu ust. Siedział i patrzył bezmyślnie na zlew. Był niczym woskowa figura. Spać położył się bardzo późno. Nie wiedział kiedy usnął. Obudził się gdy ledwie się rozwidniało. Po kilku chwilach uzmysłowił sobie co się stało. Dopiero teraz dotarło to do niego naprawdę. Dopiero teraz to zaczęło boleć mocno i głęboko. Siedział na łóżku zdruzgotany, a przed oczyma przewijały się wszystkie chwile szczęścia jakie przeżył z Kingą. Po kilku godzinach, w których raz obiecywał sobie że ją zabije, raz że zmusi ją do powrotu, raz wmawiał sobie, że jest mu obojętna i niech spierdala, wstał i zaczął szukać alkoholu. Znalazł butelkę i pił. W miarę upijania się coraz bardziej rozczulał się nad sobą. Kiedy dopijał butelkę płakał rzewnie i głęboko. Głośne pukanie do drzwi obudziło go dopiero koło południa. Wstał i chwiejnym krokiem podszedł do drzwi. Otworzył je. Stanął osłupiały. Za drzwiami stała Kinga. - Mogę wejść. - Wejdź – powiedział zaskoczony. Kinga weszła niepewnie. Patrzyła na niego przez chwilę uważnie. Wyglądała przepięknie. - Źle się czujesz ? – zapytała. - Nie. Nie czuje się źle. Tylko... Pójdę na chwilę do łazienki. Znalezienie się w łazience potwierdziło, że rzeczywiście wygląda nieciekawie. Na policzku odbity wzór serwetki. Oczy przekrwione. Nieogolona twarz nie wyglądała przyjemnie. Nie chciał, by widziała go takiego. Szybko więc ogolił się omył . Poprawił włosy. Wyszedł, starając się nie utykać. Kinga siedziała w fotelu. Na stoliku stały dwie herbaty. - Zrobiłam herbatę. Napij się jest ciepła. Bez słowa usiadł na przeciw niej. Patrzył na nią, a ona była naprawdę piękna. Patrzył w jej oczy i widział, że ona czuje się nieswojo. - Przyszłam bo chce żebyś zrozumiał. - Ty byś zrozumiała? - Nie wiem. Pewnie nie. Kłopot jednak w tym, że ja jestem z nim nie dlatego, że chcę lepszego życia. Nie dlatego, że ty byłeś chory, nie dlatego, że Cię nie kocham. Bo na swój sposób kocham cię. Jego jednak kocham najmocniej. Tak mocno, że wiem, że jeżeli nie będę z nim nie będę szczęśliwa. Jeżeli mnie kochasz, to jak możesz kochać kogoś innego. Zamilkła i zobaczył w jej oczach łzę. Czuł teraz jeszcze większy ból. - - Nie potrafię ci tego wytłumaczyć, ale... mogę. Powiedz szczerze. Kiedy byłeś tam w sanatorium, nie zdarzyło ci się, że ktoś przez chwilę wydawał ci się ładniejszy niż ja? Ja mam ten problem, że mnie się on nie wydaje ładniejszy niż ty, lecz on jest mi w tej chwili najbliższy. 8 - A to wszystko co nas łączyło. To jak kochaliśmy się . Patrzył na nią. Miała bardzo smutną minę. Wstał chodził obok niej. Nagle kucnął naprzeciw niej. Patrzył w jej oczy. Jedną spływającą po policzku łzę starł dłonią. Nic nie mówiła i on nic nie mówił. Gładził jej policzek. Położył dłoń na karku. Powoli poruszał dłonią aż dotarł do jej biustu. Poczuł pod dłonią jędrność i wielkość jej piersi. Poczuł, że jest podniecony. Zaczął dobierać się do niej. Nagle olśniło go. Może właśnie seks będzie sposobem, żeby do niego wróciła. Położył drugą dłoń na jej udzie i patrząc w oczy Kingi zaczął wędrować pod materiał krótkiej spódniczki. Czuł gładkość pończoch. Poczuł miejsce gdzie jest ściągacz. - Proszę nie rób tego. Bo nigdy więcej tu nie przyjdę.- Poprosiła Kinga. – Nie rób tego. To nie jest dobry pomysł - To jest dobry pomysł – syknął i wkładając dużo wysiłku wyrwał ją z fotela i powalił na dywanie. Położył ją na plecach. Leżąc z lekko rozrzuconymi udami była piękna. Zadarł do góry jej bluzkę a chwilę później brzeg spódniczki. Zdarł z niej majteczki. Nie przyszło mu to łatwo. Był zaskoczony, że Kinga nie broni się , lecz zamknęła oczy i twarz skierowała w bok. Wpadł między jej uda. Czuł, że jest w formie. Wszedł w nią mocno. Poczuł jak powoli drętwiejący ból przeszywa jego prawą nogę. Trwał w swej kobiecie. Kiedy jednak wykonał następny ruch ból wrócił ze straszną siłą powodując, że skrzywił się i jęknął. Przy trzecim ruchu nie czuł nic, prócz jednego potwornego bólu pleców. Kinga zorientowała się, że coś jest nie tak, bo otworzyła oczy i patrzyła w jego twarz. Postanowił się zmobilizować. Odczekał chwilę i poczuł znów to samo. Z trudem opadł obok półnagiej Kingi. - Źle się czujesz ? – zapytała podnosząc się i poprawiając ubranie. - Nic minie jest. - powiedział nie mogąc wykonać najmniejszego ruchu. Kinga wstała i kucnęła przy nim - - Nie chcę od ciebie żadnej pomocy. – syknął. Podjął próbę poruszenia się, lecz było to ponad jego siły. - Wybiegła, a on nie zdążył krzyknąć , że nie chce od nikogo, a szczególnie od niej pomocy. Nie wiedział, że Kinga nie była sama. Udała się samochodem do szpitala gdzie jej nowy partner poprosił kolegę, by z pogotowiem pojechał do Janka. Kinga wróciła do Janka po kilkunastu minutach. Janek trwał w miejscu i pozycji w której go pozostawiła. Miał zaciśnięte usta. - Zaraz przyjedzie lekarz. Da ci zastrzyk i wszystko będzie dobrze. - - To nie będzie mój lekarz. To będzie lekarz który ci pomoże. Nie mogę zostawić cię w tym stanie. Nie chcę robić ci krzywdy. Chcę byś zrozumiał, że stało się tak jak się stało i ani ty ani ja nie mogliśmy przewidzieć tego co się zdarzyło. Widocznie tak miało się stać. Poczekaj. Nie ruszaj się. Zaraz coś poradzimy. Pomogę ci wstać. Pieprzę twojego lekarza. Proszę mnie zostawić w spokoju- syknął. Janek chciał jej wygarnąć, ale do mieszkania wszedł lekarz i sanitariusz. - - Zostawimy pana w spokoju. Nic się nie dzieje. Sanitariusz przewrócił go na bok, a lekarz wstrzyknął lekarstwo. Już po chwili poczuł ulgę. Mężczyźni położyli go na łóżku. - Usiadła na brzegu łóżka. - Musisz na siebie uważać. Bardzo bym chciała, żebyś nie traktował mnie jak wroga. Bardzo cię lubię i chcę ci podziękować za te lata. Byłam z tobą szczęśliwa. Teraz jednak mam wrażenie, że znalazłam coś co jest najprawdziwszym szczęściem. Ja się nim zajmę – powiedziała Kinga kiedy wychodzili. Była bardzo smutna, a on czuł się zawstydzony. Jednocześnie był przerażony, że ona za chwilę wyjdzie. A kiedy wyjdzie, nigdy jej już nie będzie. Nie ważne czy rozstaną się jako 9 przyjaciele, czy wrogowie. To co się stało, już się stało i nie ma takiej siły, żeby to odwrócić. Był bardzo przygnębiony. I ona zrobiła wtedy coś czego nie powinna robić, choć jej wydawało się, że jest to najwłaściwsze. - Pomogę ci – powiedziała i zaczęła wsuwać mu dłoń do spodni. – spokojnie ostatni raz to zrobię. Choć trochę się rozładujesz. Idź już – syknął przez łzy. Była przekonana, że działa jak najprawdziwsza samarytanka. Nie wiedziała jednak, że on przegrał przed chwilą jako mężczyzna dwa razy. Dla faceta świadomość, że nie jest już samcem, nawet gdyby była to nieprawda, lecz sama świadomość wystarczy, by go zdołować i zniszczyć. Jan zaś był dokładnie w tym miejscu gdzie droga samozagłady się zaczyna. - Kinga przesiadła się na krzesło i patrzyła na niego. Nic go nie bolało, choć czuł się lekko oszołomiony, otrzymanym zastrzykiem. Kiedy się obudził , przy łóżku stała herbata. Była już zimna. Na stoliku leżały klucze od domu , które jeszcze niedawno należały do Kingi. Mała karteczka z „Wybacz mi”. Jan kiedy zaczął pić przestał odczuwać dolegliwości. Przez pierwsze dni pił w samotności. Kiedy jednak coraz częściej wpadał po wino, ludzie podobni do niego, podobnie przez los zrolowani, zaczęli go zaczepiać. Ponieważ nie miał zwyczaju poruszać się trzeźwy coraz częściej wracał do domu w towarzystwie. Mniej więcej po trzech tygodniach praktycznie nie było godziny, by ktoś nie dotrzymywał mu towarzystwa. Janek miał jeszcze pieniądze, więc chłopcy z osiedla wpadali pożyczyć na flaszkę. Ponieważ, jednak zwykle wypijali z Jankiem ten w zamian za to anulował im długi. Janek nie potrzebował wypić wielkich ilości alkoholu, by się upić. Dlatego często spał, pozwalając jednak towarzyszom niedoli żeby spokojnie balowali dalej. Ze zdziwieniem stwierdzał czasami w chwilach oprzytomnienia, że na kanapie śpi już trzecia dobę tan sam facet. Czasami kiedy się budził widział jak jakiś napaleniec niemrawo porusza się między szeroko rozwartymi udami kobiety. Wtedy wpadał w zdenerwowanie. Wtedy wpadła w furię. Tylko to, że noga mocno bolała sprawiało, że nie dochodziło do rękoczynów. W każdym razie napadnięta przez niego para podnosiła się powoli, odpowiadała spokojnie, żeby się odpierdolił i szła na stojąco dokończyć dzieła w sąsiednim pokoju, albo w kuchni. Janka denerwowało to tym bardziej, że nawet największe lumpy miały w sobie tyle ikry, by chociaż podejmować próby. Próby te nie wynikały z potrzeb seksualnych, bo te alkohol praktycznie zniszczył , lecz z potrzeby udowodnienia, że przecież jest się najprawdziwszym mężczyzną. Partnerki oprócz tego, że często nie bardzo wiedziały jak bardzo dla nich poświęcają się mężczyźni, nie były szczególnie wymagające. Nie miały też oczekiwań względem orgazmu. Czynności podejmowane wspólnie z partnerem uznawały, za konieczne, od czasu do czasu, dla mężczyzny czynności fizjologiczne. Seks uprawiano niezbyt często, ale kiedy już, to praktycznie prawie wszyscy. Prawie wszyscy, bo Janek nigdy nie podjął ryzyka. Po miesiącu był już w tym stadium w którym nie bardzo można spać. I wtedy przeżywał jeszcze większe katusze, bo bywał świadkiem całego przedstawienia. Mimo, że był pod wpływem dużych dawek alkoholu, z wściekłością wynikającą z zazdrości patrzył na towarzystwo. Oni wiedzieli chyba, że go to denerwuje bo starali się także jego wciągać w zabawę. Nie koniecznie czyste panienki przysuwały się do niego starając pocałować, lecz bezskutecznie. Mniej więcej w połowie drugiego miesiąca obudziła go dziwna cisza. Otworzył ciężkie oczy. - Mama co ty tu robisz. – wybełkotał zaskoczony. Matka przyjechała wraz z bratem i kończyła właśnie pakować jego rzeczy. Próbował się bronić, coś tłumaczyć, lecz nie miał szans. Brat stanowczo wrzucił go do samochodu. Pozamykał szczelnie mieszkanie i ruszyli na wieś. Powrót Janka do rzeczywistości był powolny i bolesny. Kiedy minął straszliwy kac, kiedy organizm wypocił całą truciznę wróciło poczucie rzeczywistości i straszny ból po stracie 10 Kingi. Teraz Janek dopiero odczul jak bardzo była mu potrzebna. Minął rok zanim oswoił się z tym wszystkim i pogodził. Dolegliwości wracały krótkimi atakami. Na szczęście ataki było coraz rzadsze. Dziesięć lat później ten czas był jedynie nieprawdopodobnym wspomnieniem. Jankowi żyło się bardzo skromnie, lecz spokojnie. Kinga każdego roku przysyłała kartki na święta. Kiedy urodziła drugie dziecko, zaczęła od czasu do czasu go odwiedzać. Podjeżdżała po wcześniejszej telefonicznej zapowiedzi. Kiedy dzieci podrosły przyjeżdżała do niego jak do przyjaciela. Janek nie patrzył już na nią jak na stracone szczęście. Była ciągle bardzo ładna choć trochę przytyła . Zdarzyło im się nawet, że zaczęła się zwierzać i nie wiedzieć kiedy znaleźli się bardzo blisko siebie i Janek był w niej głęboko i długo. A ona szeptała dziwne słowa. Kiedy skończył przywarła do niego ustali i spiła cały jego sok. Był zdziwiony i zaskoczony. Powtórzyło się to jeszcze raz za kilkanaście dni. Oboje na to czekali, choć nikt się nie umawiał. Doszli jednak do wniosku, że nie powinni tego robić. Nie dlatego, że było to nieprzyjemne. Bo trzeba przyznać, iż Janek nigdy w życiu nie spotkał kobiety, która w taki sposób kończyła akt seksualny. Nawet nie przypuszczał, że wśród Słowianek istnieje choćby jedna. Może gdzieś na świecie... Janek miał w życiu przelotne sympatie, chwilowe romanse. Uznał że tak będzie lepiej, tym bardziej, że teraz lubił kiedy Kinga go odwiedzała. Nigdy nie musiał jej o nic prosić. Miał więc komfort psychiczny. Nie wiedział o tym, że otrzymywane od czasu do czasu leczenie sanatoryjne było zasługą Kingi. Ona robiła to na tyle dyskretnie, by nie mógł zorientować się, iż jest to jej zasługa. Czas mijał nieubłaganie. Kapitalizm sprawił, że rola pieniądza gwałtownie wzrosła. To bardzo dziwne kiedy na twoich oczach zmienia się skala wartości. Możesz być kmieciem, niedouczonym. Jeżeli masz pieniądze twoje notowania rosną. To nieprawdopodobne, ale w kraju gdzie wiedza może nie dawała zbytnich pieniędzy, lecz dawała odrobinę szacunku i uznania, wiedza która pozwalała ci patrzeć z politowaniem na przedstawicieli cywilizowanych nacji Europy którzy na Wawelu ze zdziwieniem pytali „kto to jest Sobieski?”, a w twoim łbie kołowali się Ludwikowie, Elżbiety, Wersale i Batingamy , których siedzib nigdy nie widziałeś na żywo, a historii których mógłbyś spokojnie uczyć tubylców, przestała się liczyć. W kraju gdzie nie rządzili głupcy, nagle facet który we własnym imieniu robi błędy ortograficzne, urasta do roli polityka i biznesmena. Kraj, gdzie znarcyziały kretyn, licząc na dobre wychowanie słuchaczy wmawia im, że jest jedynym z powołaniem na dane stanowisko, które należy mu się nie tyle z racji przymiotów jego umysłu, lecz tylko dlatego, że właśnie powołanie w tym kierunku poczuł. W kraju gdzie zwykły pijak może zostać ministrem, wojewodą, marszałkiem czy starostą i wszyscy się z tym zgadzają, poklepując go po ramieniu z uznaniem i z podziwem. Tak zmienił się ten kraj. To stało się naprawdę z woli ludu , narodu robotniczego i chłopskiego. Od tej pory ten naród uznał, że do szczęścia nie jest mu potrzebny intelekt rządzących, do szczęścia potrzebni są ludzie z którymi się utożsamiał. Zwyczajni, prymitywni karierowicze. Złośliwi i przekupni. Czasami drobni złodzieje. Tacy jak naród, swoi, z grzechami. I takim powierzył władzę. Naród załatwił to co zwykle załatwiali dyktatorzy. Odsunął do rządzenia mądrych, pozostawiając miejsce aparatczykom. Członkom partii. Nie ważne jakiej. Ważne że zorganizowanym, bezczelnym i chamskim. Na nieszczęście naród, odsuwając mądrych, nie mógł ich zamordować, ale spokojnie, ten naród ciągle się rozwija. Janka dotknęła dokładnie ta sama choroba. Nagle stary maluch, którym jeździł od czasu do czasu stał się ciasny i wolny. Janek, nawet będąc zdrowym, nie był dobrym kierowcą, teraz jednak widząc w sąsiedztwie same wygodne i coraz droższa samochody, zaczął coraz częściej myśleć i marzyć o zmianie. 11 Nagle wyobrażał sobie, że gdyby miał lepszy wóz , to pewnikiem jego życie uległoby gwałtownym zmianom. Może jakaś niewiasta. Może ktoś młodszy zwróciłby uwagę na tego lekko utykającego, przystojnego pana w czarnym Mercedesie. Uzmysłowił sobie także, że przecież dysponuje tak dużą ilością wolnego czasu, że może spokojnie poszukać pracy. Przepisy tego nie zabraniają. Czuje się dobrze. Problem jednak w tym, że Janek za diabła nie mógł wymyślić co mógłby robić. Wypadł obiegu zawodowego na tyle wcześnie, że nie bardzo miał czym ewentualnemu pracodawcy zaimponować. Do kopalni nie mógł iść. Jeździć samochodami nie bardzo. Do biura się nie nadawał, bo z prac biurowych nie potrafił nic. Ostatecznie zaczął szukać ogłoszeń. Dni całe poświęcał na czytanie gazet. Każdego dnia po zjedzeniu śniadania szedł do kiosku i po powrocie, przy kawie czytał i czytał. Zaznaczał poszczególne interesujące go ogłoszenia. Dzwonił. Najczęściej wcinał się w kolejnych oszustów. A to zakupił projekt super biznes-planu polegający na tym by podobnych jemu ludzi naciągać obiecując łatwy zarobek. A to dowiedział się, że jak kupi tusz, znajdzie kerdridże i napełni je zakupionym tuszem to zostanie milionerem. Trafiały się oczywiście ogłoszenia uczciwe. Janek próbował rozprowadzać kosmetyki. Sprzedawać reklamy. Roznosić czasopisma. Wszystko jednak okazywało się zajęciem nie dla niego. Tego dnia kiedy wziął do ręki gazetę i przeczytał drobny teks poczuł, że szczęście się do niego uśmiechnęło. Przeczytał ogłoszenie jeszcze raz i nagle, po chwili, kiedy już odłożył gazetę na bok, otworzył ją ponownie i wczytał się w drobny tekst. Praca w Holandii - warzywa. Dobra płaca, zakwaterowanie, wiek i płeć bez znaczenia, . Dalej numer telefonu komórkowego. Skoro praca dla wszystkich to spokojnie także dla kobiet. Jeżeli więc kobieta sobie poradzi, to tym bardziej on. Nie ma zobowiązań, ma czas, złapać okazje, złapać kontakt i można na sezon wyjeżdżać każdego roku. Wreszcie będzie możliwość kupienia jakiegoś auta, czy choćby rozpoczęcia jakiejś dobrej kuracji. Szybko i nerwowo wykręcał numer telefonu. Nie bez napięcia wsłuchiwał się w odgłos słuchawki. Numer nie był zajęty. Po dłuższej chwili usłyszał głos. - Przepraszam. Nie wiem czy dobrze się dodzwoniłem. – Zaczął niepewnie - Mam przed oczyma głoszenie o pracy w Holandii. Jestem zainteresowany i chciałbym poznać trochę szczegółów. - Dzień dobry panu. Michał Wichniarz z tej strony. „Seegpol” się kłania.- usłyszał spokojny i miły głos młodego mężczyzny- Dodzwonił się pan dobrze. Kiedy pan chciałby rozpocząć prace. - Mogę praktycznie od zaraz. - Powiem szczerze, byłem przygotowany na to, że powie pan że za kilka miesięcy. W tej chwili mamy komplet. Praktycznie nie możemy panu zaproponować pracy która by pana satysfakcjonowała. - To proszę powiedzcie kiedy mam dzwonić. Czy... jak ewentualnie załatwiać. - Musi pan mieć świadomość, że zainteresowanie pracą w Holandii, ze względu na jej charakter, jest duże. Sam pan wie, warzywnictwo Holenderskie jest tak zorganizowane, że nie wymaga dużej siły fizycznej. Raczej pewnego rodzaju cierpliwości. Stąd mamy bardzo wiele telefonów i jest wielkie zainteresowanie. - Rozumiem – powiedział że smutkiem Janek.- Problem w tym, że jestem też szczególnie zainteresowany. Przepraszam, że pytam. Ale powinienem. Ma pan paszport. - - Tak - Chce Pan wyjechać z małżonką, rodziną, dziećmi. - Nie mam żony. Jestem samotny. Mam 43 lata. 12 Proszę jeszcze podać mi swoje nazwisko. - Dobrze już sobie zapisałem. - Janek podał swoje dane, a mężczyzna poprosił by zadzwonił za tydzień, a najlepiej za 10 dni. Być może ktoś zrezygnuje. Holendrzy szukają najczęściej dorosłych pracowników, którzy wiedzą dokładnie czego chcą. Nie upijają się, nie wyjadą w połowie zbiorów, nie ukradną, nie pójdą w „tango”, z pewnością będą ewentualnie zainteresowani jego osobą, jako kandydatem szczególnie poszukiwanym. W tajemnicy dodał, że zdążają się wypadki, że ludzie rezygnują. W każdym razie jak będzie czujny, to ma duże seanse. Prosił jednak, że jeżeli będzie dzwonił, by nie powoływał się na niego, bo szef tego nie lubi. Skończył rozmowę nagle poczuł że jest spocony. To jest niesamowite. Wyjazd jest praktycznie w zasięgu ręki. Ile w takiej Holandii można zarobić? Zastanawiał się głośno. - Kurwa mać. Jak by się tak udało. - krzyknął i podskoczył w fotelu, aż poczuł, że ma kręgosłup. Nerwowo przeglądał gazetę. Nie wiedział czego szuka, co robi, lecz tak czynił. Następne dni dla Janka były dniami intensywnych przeliczeń. Po pierwsze poznał dokładnie kursy waluty Holenderskiej. Wiedział jaki jest kurs w stosunku do marki, Euro, Złotego. Nawet z nudów porównywał do jenów, lirów , rubli itd. Wszystko wyglądało znakomicie. Wiedział, że zarobki nie są przesadnie wygórowane, a życie stosunkowo drogie, lecz nawet przy niezbyt wysokich zarobkach, przy jego dochodach, możliwy przychód i tak robił wrażenie. Świadomość tego, że może zarobić pieniądze sprawiła, że czas oczekiwania był szczególnie trudny. W końcu nie wytrzymał i poszedł do Maćka , syna sąsiada , piętro niżej i poprosił, by ten w internecie znalazł mu kilka informacji o Holandii. Informacje o kraju, zarobki, samochody, rolnictwo. Im więcej tym lepiej. Już po kilku godzinach na stoliku leżały przed min sterta zadrukowanego papieru. Część w języku polskim, cześć po Angielsku, Francusku itd. W każdym razie były informacje o zarobkach. Teraz kiedy Janek naocznie zobaczył możliwości nabywcze Holendrów, oczekiwanie stało się nie do zniesienia. Siedział wieczorem nad kartkami i liczył. Liczył warianty optymistyczne, warianty pesymistyczne. Jednak nawet w najbardziej pesymistycznym wariancie wychodziło, że jest bogaczem. No może nawet jeżeli nie bogaczem, to przynajmniej będzie mógł kupić auto. Wstępnie ustalił nawet co to będzie. Sprowadzi z Niemiec rozbity samochód. I w kilka dni później... Z jednej strony bał się marzyć, z drugiej nie potrafił tego nie robić. Rozsiadał się wygodnie w fotelu i oczami wyobraźni widział siebie za kierownicą i widział jak podjeżdża niby przypadkiem pod blok i jak zupełnym przypadkiem „pani spod dziewiątki” czeka by ktoś podwiózł ją na sąsiednie osiedle. Jadą razem i powoli nawiązuje się rozmowa. Potem są razem w kawiarni, bo Janek przecież nie wyda wszystkich pieniędzy na samochód. A potem wieczorem, przy lekko przygaszonym świetle, obje patrzą sobie w oczy. To co dalej rysowała Jankowi wyobraźnia było momentami wulgarne, momentami pełne delikatności i uczucia. Czasami widział ją jak lubieżną kocicę, czasami jako zagubioną owieczkę. To były piękne marzenia. Minął tydzień. Postanowił zadzwonić do Sekpolu. Usiadł w fotelu. Musiał siedzieć, bo czuł że jest tak zdenerwowany, że drżą mu łydki. Wykręcił numer. Czas kiedy pojawił się sygnał trwał wieki. Trzask w słuchawce. - - Janek zawiesił głos. - Sekpol Skolimowski Słucham. Przepraszam. Dzwoniłem do państwa tydzień temu i polecono mi bym zadzwonił...- I co? – usłyszał po chwili mężczyznę który zdawało się nie wykazuje większego zainteresowania tym co Janek mówi. - No i poinformowano mnie, że mogę zadzwonić i zapytać o pracę w Holandii 13 Jak pan nie pamięta? - Kto panu polecił. - Nie pamiętam. - - Chyba pan Michał. Czy jakoś tak. Janek usłyszał, że rozmówca kładzie słuchawkę. Przez chwilę słychać było czyjeś kroki. Kiedy Janek usłyszał dochodzący z oddali głos przestraszył się nie na żarty. - Michał! Pozwól tu na chwilę. Mówiłem ci kurwa tysiąc razy, żebyś nie obiecywał ludziom niczego. Mogłem ci, żebyś nie namawiał do dzwonienia jak nie ma miejsca. Za chwilę zadzwoni tu cala polska, a ja się zesram odbierając te pierdolone telefony. Uprzedzam cię młody. To może być ostatni twój telefon. Idź i wyjaśnij człowiekowi, bo mnie kurwica weźmie. Kilka kroków i Janek usłyszał głos w słuchawce. - - - Nic się nie stało. Niech pan zadzwoni za cztery dni, około 1000 nie będzie tego kutasa, a ja Słucham Michał Wichniarz. Przepraszam pana- zaczął niepewnie Janek- nie chciałem panu robić kłopotów, ale... obiecuję panu, że dostanie pan miejsce. Jemu na złość. - Nie wiem jak panu dziękować. Nie wiem jak się zrewanżować. - Nie trzeba, mam miejsce – zaczął szeptać. - Ale jak się przyznam to mi go zabierze. Jak pan zadzwoni za kilka dni to dam je panu. - Dziękuję – powiedział szeptem Janek, choć rozmówca już wcześniej odłożył słuchawkę. Przez chwilę czuł się bardzo nieswojo. Nie chciał temu młodemu chłopcu szkodzić. Z drugiej strony każda droga wiodąca do celu jest dobra. Każdy oszukuje szefa. Młody bezinteresownie się na nim zemści. Czuł niesmak, ale nadzieja która pojawiła się była silniejsza. Miał ochotę skakać, tańczyć śpiewać. To niesamowite. Teraz i on będzie bogaty. I on będzie mógł spokojnie pójść z kumplami na piwo i bez większych strat dla budżetu posiedzieć w knajpie. Sięgnął po zapiski przyniesione przez Maćka. Kiedy patrzył na zdjęcia, kiedy czytał opisy miast i gospodarki, wydało mu się, że Holandia to jego druga ojczyzna. Że jest to kraj niesłychanie mu bliski. Że ludzie którzy tam mieszkają, a których nie zna jedynie przez przypadek, który rzucił go w inną cześć świata, są tak naprawdę mu bardzo przyjaźni. Świadomość, że gdzieś tam trochę ponad tysiąc kilometrów od miejsca gdzie przebywa, ktoś na niego czeka, sprawiała że czuł się potrzebny. Faktem, że czeka jak na robotnika, ale Janek przecież jest wyjątkowy. Bardzo szybko da się polubić i bardzo szybko zyska sympatię właścicieli plantacji. Znał opowieści o zachodzie i wiedział, że tam robotnika traktuje się inaczej. Nie jest to niepotrzebne narzędzie pracy, lecz ktoś, kogo się szanuje, z kim w sobotę zasiada się do stołu by wypić wino. Janek nawet momentami czuł smak tego wina. Patrzył na mapę Europy i zastanawiał się jakimi drogami będzie zdążał do celu. Pożyczył do kolegi atlas samochodowy Europy i teraz wiedział już wszystko. Wiedział dokładnie przez jakie miasta będzie jechał, jakie rzeki przekroczy. Wiedział jaką autostradą będą jechać. Wytypował kilka tras dojazdowych do Holandii. W ten sposób był w stanie określić średni czas jaki potrzebny jest na dojechanie do tego zaprzyjaźnionego kraju. Nigdy jeszcze nie przeżywał czegoś podobnego. Nigdy jeszcze nie czuł takiego napięcia. Kiedy uspokoił się lekko, wróciła niepewność. To była bardzo czarna niepewność. Coś co sprawiło, że drżały mu dłonie i pocił się nieznośnie. Kiedy uzmysłowił sobie, że szef Michała zorientuje się iż jest wolne miejsce, pewnikiem wyśle do pracy jakiegoś swojego znajomego. Wtedy nie tylko Michał będzie miał kłopoty, ale Janek nie pojedzie nigdzie przez kilka miesięcy. Ten rodzaj niepewności, który jest tak typowy dla oczekiwania na rozstrzygnięcie, był dla Janka szczególnie dokuczliwy. Napadał go niespodziewanie w momentach w których był 14 najbardziej euforycznie nastawiony do wyjazdu. Kiedy wydawało mu się, że wszystko się ułoży, kiedy był całkowicie pewny tego, że przyszedł jego czas, jego pięć minut. No może powiedzmy jego minuta, ale jego. Wtedy zwykle jakiś drobny szczegół, coś nieistotnego, jakiś dalekie skojarzenia powodowały nagły przypływ niepewności. Wtedy czuł gdzieś w środku, bardzo głęboko żal do świata i wszystkiego. Wtedy wracały wspomnienia Kingi i niczym nie uzasadnione przeświadczenie, że gdyby była, byłoby inaczej. Stan niepewności mijał jednak po chwili i wtedy nie żałował, że nie ma Kingi. Cieszył się z tego, że to że jest sam, że nie musi odpowiadać za rodzinę sprawi, że dla Holendrów będzie szczególnie przydatny. Kawaler, nie ukradnie, bo dla kogo, nie upije się, bo jak by chciał się upić, to nie potrzebuje jechać do Holandii. Nie zrobi niczego głupiego, bo ma przykre doświadczenia za sobą. Kiedy tak myślał, wtedy czuł, że po powrocie będzie mógł spokojnie podjechać pod dom Kingi i gdy ona wykaże nie małe zdziwienie, na widok jego samochodu, powiedzieć lekceważąco - Nie przesadzaj. Takie sobie auto. I poczuć się panem, choć chwilę poczuć się kimś , kim tak naprawdę nigdy nie był. Widział siebie uśmiechniętego. Nawet nie utykał na nogę. To było bardzo miłe. Wtedy był szczęśliwy. I wtedy wracały marzenia o sąsiadce. O tym, że jest u niego. I że jest tak urocza, jak zwykle bywa. I, że patrzy na niego z zainteresowaniem. - Przepraszam cię Janku- mówi nachylając się do ucha- Mam prośbę. Jutro rano muszę jechać do miasta... - Przestań. Oczywiście że pojedziemy. Wiesz widziałem bardzo ładne pierścionki, może kupimy? - Nie kupimy bo nie mam pieniędzy. Muszę zapłacić czesne córki. - Przestań mówiłem. Oczywiście że kupimy. Ja mam pieniądze. Chcę ci zrobić prezent. „Pani spod dziewiątki” ma łzy w oczach. Od kilkunastu lat, od śmierci męża, żaden mężczyzna nic jej nie kupił. Było kilku którzy zjawiali się po to, by albo ją wykorzystać seksualne, albo materialnie. Janek jednak jest inny. Janek ma w sobie tyle ciepła. Jest prawdziwym dżentelmenem. Wtedy „Pani spod dziewiątki” już wie, że chyba mu ulegnie. Nie chce by pomyślał, że dlatego, że chce jej kupić pierścionek, lecz dlatego, że w tym lekko utykającym mężczyźnie, jeżdżącym swym samochodem po osiedlu, jest więcej mężczyzny niż w całym tabunie najpiękniejszych modeli. - Nie chcę byś pomyślał, że dlatego, że obiecałeś mi kupić pierścionek, siedzę tu przy tobie. Ale jest mi dziwnie miło. Lubię cię. Janek bardzo chciał to usłyszeć , a kiedy to usłyszał poczuł się szczęśliwy. Nie mógł uwierzyć, że ta kobieta, w której jest tyle piękna i seksapilu, jest właśnie z nim. Że teraz powoli przysuwa się do niego i Janek może gładzic jej kolano, czy nagle poczuć pod dłonią jędrność jej biustu. Marzył o niej, a marzenia były coraz piękniejsze i coraz odważniejsze. Kiedy były naprawdę piękne i naprawdę odważne, przypomniał sobie, że przecież to nic pewnego i wpadał w rozpacz. Kilka dni praktycznie nie wychodził z domu. Jedynie po papierosy i chleb. Siedział i analizował. Czwartego dnia zadzwonił. Punktualnie o umówionej godzinie. Czekał w napięciu. Telefon długo nie reagował. W końcu odłożył słuchawkę i zadzwonił po raz drugi. Tym razem już po kilku impulsach usłyszał głos Michała. - - Z tej strony Jan. - Poznaję. Panie Janie, może pan wyjechać w przyszły wtorek. Jest jedno miejsce. Proszę porozumieć się z firmą Brus- trans w Tarnowskich Górach i podać swoje namiary. Nie „Seegpol” Micha Wichniarz słucham. 15 musi się pan powoływać na nas. Tam będzie rezerwacja na pańskie nazwisko. 250 zł. kosztuje podróż. W Holandii będzie pan mieszkał w domkach kempingowych o podwyższonym standardzie. Opłata za wynajem domków obciąży pana, ale to mniej więcej dwa dni pracy w miesiącu. Kolacja we własnym zakresie. Pozostałe posiłki w pracy. - Znakomicie. Bardzo się cieszę. – prawie krzyknął Janek - Jest jeszcze jedna sprawa. My pana nie znamy. Właściciel domków też. Warunkiem zakwaterowania jest wniesieni opłaty w wysokości 900 marek, jako kaucji. Po zakończeniu kontraktu otrzyma pan pieniądze z powrotem. - - Jak mam rozumieć kontraktu? Po prostu będzie spisana prosta umowa. Nie jakiś cyrograf. Wpłaty można dokonać bezpośrednio na konto w Polsce. Ale teraz to jest trochę zbyt późno. Pieniądze nie dojdą do pańskiego wyjazdu. Może jednak Pan wpłacić w Amsterdamie i wtedy wystarczy dowód wpłaty. - Dobrze wszystko przygotuję. Zabierać jakieś ubrania robocze ? - Nie proszę nic nie brać. Najwyżej jakieś spodnie. Wszystko będzie na miejscu. Zna Pan jakiś język zachodni. - Przykro, ale nie znam. - To proszę podszlifować francuski. To ułatwi panu na początku. W Amsterdamie koło fontanny na przeciw miejsca gdzie zatrzymują się autokary, odbierze pana nasz przedstawiciel. Proszę zająć miejsce na ławeczce po stronie fontanny najbliżej dworca. Będzie mówił po polsku i się panem zaopiekuje. Przyjazd jest o szóstej rano. On powinien zjawić się najpóźniej wpół do siódmej. Może nawet będzie przed czasem. - Z tego co rozumiem to będzie nas więcej. - Trudno mi powiedzieć, bo to jest dodatkowy kurs. Przypuszczalnie ktoś jeszcze będzie. Aha , jeszcze jeden istotny drobiazg. Za godzinę może pan zarobić 35 guldenów. No to powodzenia. - Dziękuję Panu. Kiedy wrócę postaram się zrewanżować - prawie wykrzyczał Janek. Był w siódmym niebie. Mimo że nie miał pieniędzy czuł się bogaczem. Stał przez chwilę przy oknie, by w końcu wrzasnąć przeciągle i zbiec do sklepu po piwo. Po powrocie pił powoli złocisty napój. Kupił piwo najdroższe. Kiedy go niósł do domu miał niemałe wyrzuty sumienna, że tak zaszalał. Jednak ta drobna rozterka nie mogła zepsuć nastroju. Pijąc piwo zaczął zastanawiać się skąd pożyczyć pieniądze na wyjazd. Miał trochę oszczędności, ale 900 marek to blisko 18 starych milionów. Tyle kasy nie miał od dawna. Pierwszą osobą która przyszła mu do głowy była Kinga. Jednak, dość szybko zrezygnował z tego pomysłu. Branie pieniędzy od męża Kingi wymagało wielkiej odwagi, a oddawanie byłoby jeszcze bardziej przykre, bo pewnikiem nie chcieliby żeby im oddał. W końcu po kilku telefonach miał dwa tysiące złotych od siostry i brata. Z tym co miał w domu to całkiem niezła kwota. Wystarczająca na zapłacenie podróży, zakup marek jeszcze małe kieszonkowe. Do rodzeństwa udał się niezwłocznie, bojąc się, że mogą się rozmyślić. Siostrze dzięki zapobiegliwości męża powodziło się całkiem nieźle, pożyczała jednak bardzo niechętnie. Mąż, jej wpadł kiedyś na genialny pomysł. Siostra Janka pracowała w opiece społecznej. Trzy razy w miesiącu wypłacała znaczne zapomogi. Szwagier czytając gazety, a studiował je z niesłychaną dokładnością, zachwycił się Bagsikiem. Nie on jeden zresztą. Zaczął zastanawiać się, czy na mniejsza skalę nie można by zrobić tego u żony w opiece. Wymyślił więc plan znakomity. Kupił dla żony dyktafon. Janek wiedział, że szwagier jest maniakiem. To człowiek który chodzi z dyktafonem i stara się nagrywać swych rozmówców. Po co? Po to by ewentualnie ich potem szantażować. i 16 Nikt normalny, takich rzeczy nie robi, lecz on wiedział, że jeżeli kogoś podpuścisz, a ktoś się da podpuścić, to go ma. Szwagier kazał więc siostrze Janka nagrywać rozmowy z kierowniczką opieki. Nagrywała tak długo, aż któregoś dnia kierowniczka nieopacznie powiedziała, że kilka koców poszło nie tam gdzie trzeba. Że miała z tego parę groszy. Szwagier natychmiast sprawdził, czy wskazane przez kierowniczkę osoby otrzymały koce. Kiedy okazało się, że koce faktycznie nie dotarły do adresatów, poinformował prasę i kierowniczkę żony, że jeżeli nie zrezygnuje dobrowolnie z pracy, kasetę przekaże prokuraturze. Dziewczyna przestraszyła się i odeszła, wiedziała bowiem, że szwagier współpracował z SB dość skutecznie. Ponieważ partia do której należał, w większości składała się z byłych współpracowników, nikt szwagra nie pytał co robił w stanie wojennym. W każdym razie kiedy siostra została kierowniczką, wymusił na niej, żeby opóźniała o jeden okres wypłatę pieniędzy dla podopiecznych. W ten sposób mogli spokojnie wpłacić na konto znaczna kwotę. Odsetki od tak powstałej lokaty pozwalały na dobre życie, a nikt się nie orientował. Trwało by to wiecznie, gdyby nie fakt, że szwagier był na tyle pazerny, że kazał nie wypłacać rent dla osób, które zmarły w ostatnim miesiącu. Renty były wypłacane, lecz nie do rąk najbliższych zmarłego, lecz do kieszeni szwagra. Z tego co Janek się zdążył zorientować , był okres, że dysponowali znaczącymi kwotami. Szwagier nie bał się nikogo, bo znał jakiegoś sędziego i załatwiał artykułu do gazet będąc ich stałym donosicielem. Kiedy więc okazało się, że proceder się skończył , szybko oddali pieniądze, te które były konieczne do oddania i zaczęli szukać wyjścia. Szwagier nie wiedział jednak, że jego żona jest normalną kobietą i kiedy pojawiło się więcej pieniędzy, zmieni się znacznie jej charakter. Mąż siostry był nieudacznikiem, który tak naprawdę niewiele potrafił, no może poza mówieniem o sobie dobrze. Pochodził z domu bardzo biednego, bo ojciec zajęty nałogiem, nie zawsze pamiętał o dzieciach. Kiedy więc pojawiły się pieniądze i siostra Janka zaczęła używać innych kosmetyków... Nie tak. Kiedy zaczęła używać kosmetyków, kiedy zmieniła ciuchy, kiedy w jednym roku kupiła więcej butów, niż w ciągu całego dotychczasowego życia, okazało się, że jest całkiem atrakcyjną kobietą. Wtedy do opieki zaczął przychodzić jeden taki nauczyciel, czy dyrektor szkoły. I ona mu się spodobała i on się jej spodobał. Może szwagier był mocny tylko w gębie. W każdym razie zaczęli się spotykać coraz częściej. Kiedy zamykali się w opiece, długo cieszyli się swoimi ciałami. Szwagier albo o tym wiedział, albo nie. Janek tego nie mógł ustalić, choć o rogach szwagra głośno było w okolicy. W momencie w którym kontrola wychwyciła kradzieże szwagier wpadł w furie. Zaczął bić żonę. Bił ją i maltretował psychicznie. Nie robił sobie nic z opinii ludzi, bo miał ich w dupie, lecz na dziewczynie mścił się za wszystkie swoje porażki. Siostra zaczęła chorować. Zamknęła się w sobie. Mało rozmawiała, z nikim się nie spotykała. Czasami chodziła do lekarza. Siostra chciała pożyczyć Jankowi dość chętnie, szwagier jednak opowiedział mu o Potockich, o Ossolińskich, którzy z dumą chwalą się wokoło tym, że mają okazje znać szwagra i że wcale by u nich nie był stajennym pomywaczem, lecz pozwoliliby mu prowadzić ich interesy, w czasie wspaniałych obiadów. Chciał Jankowi nawet załatwić pracę. Janek podchodził do tego ze zrozumieniem, gdyż szwagier by mistrzem w obietnicach . Wszystkim coś obiecał, lecz załatwiał wyłącznie sobie. Janek upierał się przy pieniądzach. Gdyby nie interwencja siostry, szwagier pewnikiem by spisał z Jakiem umowę na te tysiąc złotych. W końcu pożyczył. Wieczorem miał cała gotówkę w domu. Zrobił dokładny remanent. Wiedział, że jest dobrze. Kiedy otrzyma zwrot zaliczki spłaci rodzeństwo, a zarobek będzie jego dochodem. Rankiem był chyba pierwszym klientem kantoru. Kupił 950 marek. Nadał na poczcie przekaz z należnością za autobus i wrócił do mieszkania. Oglądał marki kilka razy. Liczył je 17 powoli. Układał obok siebie. Zastanawiał się jak będzie je przewoził i czy aby wolno przewozić taką ilość pieniędzy. Postanowił, że całą gotówkę rozłoży w kilku kieszeniach. W ten sposób celnicy za diabła go nie namierzą. Tym bardziej, że cześć włoży do portfela, cześć do kosmetyczki. Nie był jednak do końca przekonany, że tak zrobi, bo kiedy zginie mu jakiś przedmiot w którym akurat będzie kasa, to będzie zgubiony. Bał się kieszonkowców , którzy w jednej sekundzie mogli wyjąc mu pieniądze z kieszeni , bał się jednak jeszcze bardziej, że gdyby jakiś wypadek... Nie od razu katastrofa, ale awaria, czy kolizja pieniądze w torbie mogą zginąć. Ostatecznie zdecydował, że w jaki sposób ma przewozić gotówkę postanowi w ostatniej chwili. Spał z przerwami mimo, że pierwszy raz od lat nic go nie bolało. Śniła mu się Holandia choć czasami wyglądała jak Praga z pocztówki przysłanej przez Kingę, raz jak Singapur a raz jak Zakopane. Wstał i był innym człowiekiem. Podśpiewując ogolił się dokładnie. Umył i poszedł po gazetę. Teraz jednak gdy szedł to był to inny marsz niż zwykle. Rozglądał się uważnie. Przyglądał ludziom separującym po chodnikach. Patrzył, na tych normalnych ludzi , którzy teraz stali się jeszcze bardziej normalni. Pierwszy raz zobaczył jaki kolor mają budynki. Jak się otwiera drzwi do sklepu. Jakie włosy ma ekspedientka. Nigdy tego nie pamiętał. Czuł, że ci zwykli ludzie, którzy teraz wydali mu się szczególnie zaniedbani, spoglądając na niego wiedzą, że już za kilka dni zacznie się jego przygoda. Już za kilka dni będzie gdzieś daleko. Tak daleko, że oni nawet nie wiedzą gdzie to jest. A nawet jeżeli wiedzą, to nie wierzą, że tak daleko naprawdę istnieje. Widział w oczach tych ludzi dziwną ciekawość, jak gdyby każdy z nich chciał go zapytać. - Janek. Ty nie masz stracha? - A niby czego? - Wiesz to jest genau daleko. Jak nie wrócisz? - Wróca. Jasne , że wróca. - Janek ty gadej prawda . Jedziesz ty tam na pewno? - Jada naprawdę. Kiedy wróca będa o was pamiętoł. - A jeżeli zapomnisz. - Nigdy o was nie zapomna. Kiedy tak mówił widział jak twarze zwykłych szarych ludzi zmieniają wygląd i na ich ustach pojawia się uśmiech. Widać jednak, jak bardzo są zadziwieni i zaskoczeni tym, że Janek zdecydował się wyjechać. Stanął w kolejce przy kiosku. Wiedział, że być może robi to ostatni raz. Kiedy będzie miał pieniądze, gazetę kupować będzie nie wysiadając z samochodu. - Proszę „Głos”- powiedział i położył pieniądz. Kioskarka podała mu gazetę. I zaczęła szukać reszty. - Nie trzeba - powiedział spokojnie Janek. Kiedy odchodził od kiosku, usłyszał głos kobiety. - Panie Janku. Panie Janku ale trzy złote reszty. Niech pan zaczeka. Zreflektował się w tym momencie, że chyba przesadził, pozostawił większy napiwek niż wartość zakupów. Trochę mu było wstyd, bo przecież jeszcze nie wszyscy wiedzą, że jest bogaty i że te trzy złote to raptem półtora guldena i robi się na to pięć minut. Z drugiej jednak strony zrozumiał, że przyszpanował, a obiecywał sobie, że nawet kiedy już będzie bogaty, nie będzie tego robił. W środku każdego człowieka jest jednak kilka natur. Bardzo trudno określić która tak naprawdę jest dobra, a która zła. Z tej złej bowiem wcale nie musi powstać zło, a z tej dobrej wcale nie musi zrodzić się coś dobrego. Tych kilka natur odzywa się szczodrością wobec cierpiących i potrzebujących dokładnie wtedy, gdy cząstka innej natury każe tę szczodrość 18 ubrać w taki garnitur, by wszyscy naszą szczodrość widzieli. Tak naprawdę mamy prawo do satysfakcji, że mieliśmy gest. Kiedy jednak nasze prawo zamienimy w obowiązek uwielbienia lepiej, by górę wzięła najgorsza cześć naszej natury. Nie jest to jednak takie proste jak się na pozór wydaje. Są ludzie którzy potrafią dać bez pozostawienia w swej naturze nieprzyjemnego uczucia niesmaku i są tacy, którzy działając pod wpływem chwili, zdolni są do największych gestów. Kiedy jednak ochłoną żałują, że zrobili co zrobili, gdyż gest w znacznie mniejszych wymiarach też by rozwiązywał sprawę. Jedni i drudzy zasługują jednak na szacunek, gdyż jeżeli cel jest szczytny każda droga jest dobra. W każdym razie Janek, jako człowiek w tej chwili zasobny, czuł że może mieć gest. Jasne, że gest ten był w znacznej mierze ograniczony, chwilowym brakiem gotówki, lecz brak chwilowy jest stanem dla ludzi biznesu naturalnym. Bardzo chciał pochwalić się kolegom. Jednocześnie wiedział, że to byłby błąd. Jeżeli sprzeda zbyt wielu osobom informacje jak zostać bogatym, na rynku warz
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Trochę inny dług
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: