Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00066 016564 17796445 na godz. na dobę w sumie
Tropiciele - ebook/pdf
Tropiciele - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 201
Wydawca: Nowy Świat Język publikacji: polski
ISBN: 83-7386-188-2 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dla dzieci i młodzieży >> młodzieżowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
“Tropiciele” Małgorzaty Karoliny Piekarskiej to przygodowo-detektywistyczna powieść dla młodzieży, której akcja rozgrywa się na warszawskiej Saskiej Kępie. Łącząc elementy przygodowe i edukacyjne, błyskotliwie i z humorem wprowadza czytelnika w świat zagadki z interesującym tłem historycznym, między innymi Powstania Warszawskiego. Milczącymi bohaterami książki są pocztówki Wacława Chodkowskiego, przedwojennego malarza, którego prace pełnią w powieści funkcję nie tylko ilustracyjną, ale stają się pretekstem do szeregu tajemniczych zdarzeń. Małgorzata Karolina Piekarska, daleka krewna artysty, jest w posiadaniu kilkuset ręcznie malowanych pocztówek i kilku obrazów olejnych Chodkowskiego. Bohaterowie książki, zastęp harcerski “Tropiciele”, wplątani zostają w historię, której geneza sięga czasów przedwojennych i dotyczy klejnotów prababci głównego bohatera, zagubionych w zawierusze wojennej. Wskazówki dla poszukiwaczy skarbu znajdują się właśnie na pocztówkach…
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

1 Maćkowi i jego drużynie 2 3 © Copyright by Małgorzata Karolina Piekarska, 2006 © Copyright by Wydawnictwo Nowy Świat, 2006 Projekt graiczny, okładka i rysunki: Robert Trojanowski Redakcja: Anna Świtalska-Jopek ISBN 83-7386-188-2 Wydanie I Warszawa 2006 Wydawnictwo Nowy Świat ul. Kopernika 30, 00-336 Warszawa tel. 022 826 25 43 faks: 022 826 25 47 Internet: www.nowy-swiat.pl e-mail: wydawnictwo@nowy-swiat.pl 4 Drogi czytelniku! Zapewne wielokrotnie będziesz się zastanawiał, co w tej książce jest prawdą, a co zostało zmyślone. Spieszę wyjaśnić, że odpowiedź na to pytanie musisz znaleźć sam. Odwiedź Muzeum Powstania i poszukaj lupy. Zwiedź Saską Kępę, a może… znajdziesz dom Kuby lub ujrzysz na jednej z uliczek jego samego z Jagodą i resztą Tropicieli. Jedno ci wszakże podpowiem. Wacław Chodkowski żył naprawdę. Był szwagrem mojej prababci Leokadii Karoliny z Adamskich Przybyt- kowskiej. Tak! Niektóre nazwiska pojawiające się w tej książce są auten- tyczne. W większości są to nazwiska członków mojej bliższej i dalszej rodziny, których obdarowałam innymi życiorysami, koligacjami i cha- rakterami. Wacława też wyposażyłam w zmienioną biograię i pozba- wiłam potomstwa, choć w rzeczywistości nie umarł bezdzietnie. Dla- czego to zrobiłam? Trochę z sympatii dla wuja Wacka – jak się o nim w domu mówiło, a właściwie dla jego talentu. Nigdy go nie poznałam, ale jego pocztówki i olejne obrazki towarzyszą mi od dzieciństwa. A co do portretu Heleny, czyli tak naprawdę jego teściowej, a mojej prapra- babki Anny z Neumannów Przybytkowskiej, to wisi on na honorowym miejscu w moim salonie. Czy jest na nim lupa? Przekonaj się sam. MAłgORZATA KAROLINA PIeKARSKA 5 6 7 Kuba nigdy nie lubił Pragi. Zawsze wydawało mu się, że to, co w Warszawie mieści się na prawym brzegu Wisły, jest gorsze. Dla niego najpiękniejsze było miejsce, w którym mieszkał przez całe dzieciństwo. Żoliborz. Piękno miał nawet w nazwie. Joli bord – piękny brzeg. Kiedy tuż przed wakacjami zmarł dziadek, a rodzice zdecydowali się przeprowadzić do mieszkania, które pozostawił, Kuba był wściekły. Przecież od kilku miesięcy było wiadomo, do którego gimnazjum pój- dzie od września. Wybierali się tam jego najlepsi kumple z podstawówki – i ewelina, która tak bardzo mu się podobała, a jednak zupełnie nie zwracała na niego uwagi. Wizja mieszkania na drugim końcu miasta po prostu go przerażała. – Tam mieszkają same żule! – wykrzykiwał. – Jacy żule? – Menele! Pijaki! Nie wiesz? Trójkąt Bermudzki na Pradze to Brze- ska, Ząbkowska i jakaś tam... – Ale my będziemy mieszkać na Saskiej Kępie! – tłumaczyła mama. – To jest ekskluzywna dzielnica artystów, malarzy, ludzi sztuki i kultury. Przecież lubiłeś jeździć do dziadka... – Jeździć a żyć to dwie różne rzeczy! Moglibyście sprzedać tamto! Dziadek miał tyle starych rzeczy! – Sprzedać? – twarz mamy zmieniła się nie do poznania. Nagle za- milkła. Popatrzyła na Kubę nieobecnym wzrokiem i bez słowa wyszła z pokoju. – Coś ty powiedział! Kuba! – w drzwiach stanął ojciec i karcąco pa- trzył na swojego pierworodnego. – Czy ty wiesz, co dla mamy oznacza tamten dom? – Odezwał się po chwili. – Wiesz, że wybudowała go twoja praprababcia. Wiesz, że stamtąd pochodzą twoi przodkowie... – Twoi nie... – Ale ożeniłem się z twoją mamą! Szanowałem jej ojca! Mój teść, a twój dziadek to był wspaniały człowiek! Poza tym jak możesz być dla 8 matki taki okrutny! Ona nie ma już rodziców, a ty chcesz, żeby dla two- jego widzimisię sprzedawała swoje pamiątki? Ja rozumiem, że przywią- załeś się do osiedla, do kolegów, ale... Idziesz do gimnazjum i będziesz mieć nowych kolegów. A ci stąd, jeśli są prawdziwymi przyjaciółmi, na- dal będą z tobą. Nie wyprowadzasz się do innego miasta, ale do innej dzielnicy. Zawsze można wsiąść w tramwaj i przejechać te parę przy- stanków... – Nie parę, tylko paręnaście! Ponad czterdzieści minut tramwajem! Ale ojciec już nie słuchał. Odszedł do drugiego pokoju, z którego dał się słyszeć szloch mamy. Kiedy następnego dnia mówił Piotrkowi i Jackowi, że nie będą razem w szkole, że musi zabrać papiery z gimnazjum i szukać szkoły gdzieś na Pradze, najpierw zapadła cisza. Dopiero po chwili usłyszał głos Jacka, który ku jego najwyższemu zdumieniu mówił: – To przynajmniej nie będzie konliktu, kto z kim siedzi... W ławce i tak jest miejsce tylko dla dwóch. To zabolało bardziej niż cokolwiek innego. „Błyskawicznie mnie skreślili” – pomyślał z żalem. Obiecał sobie, że więcej sam się do nich nie odezwie. I dotrzymał słowa. Zresztą przez całe wakacje miał inne zajęcia. Przeprowadzka do domu dziadka wiązała się nie tylko ze zmianami w jego życiu, ale w ży- ciu całej czteroosobowej rodziny. Trzeba było zaadaptować dziadkowe wnętrza do ich potrzeb. Dlatego po raz pierwszy Kuba nie wyjechał na wczasy z rodzicami, ale wraz z Olą wylądowali na wakacjach u dalekiej rodziny na Zamojszczyźnie. Dopiero potem, pod koniec sierpnia, wró- cili do Warszawy. W tym czasie mama zdążyła załatwić już stałe łącze do Internetu i platformę cyfrową, dzięki czemu można było oglądać stacje telewizyjne, niedostępne drogą naziemną. Teraz Kuba większość wolne- go czasu spędzał przed telewizorem. Przecież nie znał tu nikogo. Mama wprawdzie wspominała o jakimś Rafale, synu znajomego dziadka, ale na wspominaniu się kończyło. Z przeprowadzki najbardziej cieszyła się Ola. A to z kolei doprowadzało Kubę do szału. 9 – Będziesz głupsza ode mnie – mówił, pomagając jej urządzać po- kój. – Dlaczego? – spytała. – Przecież idę w tym roku do szkoły, więc będę mądrzejsza. – Ale szkoły tu, na Pradze, są gorsze. Jak będziesz kończyła podsta- wówkę, będziesz głupsza ode mnie. – Mama!!! Kuba mówi, że moja szkoła jest gorsza! – Czy wy nie możecie się uspokoić? – Mama stanęła na chwilę w drzwiach i spytała jakimś takim przygaszonym głosem, że Kubie zro- biło się głupio. Kiedy drzwi się za nią zamknęły, włączył radio. Ale nie mógł skupić się na układaniu na półce książek Oli. Zostawił siostrę samą i na palcach wszedł do pokoju, który jeszcze nie tak dawno był gabinetem dziadka. Stare biurko, przy którym dziadek pracował, ziało otwartymi na oścież szakami i powysuwanymi szuladami. Pootwierane również były szu- lady sekretarzyków, komód i szaf. Na środku pokoju, na podłodze, le- żały sterty różnych papierów. Mama siedziała po turecku i przeglądając je wycierała łzy rękawem bluzy. Kuba stał i patrzył, ale nie podchodził do matki. Jakoś instynktownie wyczuł, że chyba teraz woli być sama. Bezszelestnie wycofał się w poszukiwaniu ojca. Znalazł go w kuchni na drabinie. Zresztą odgłosy wiercenia dziur w ścianach słychać było w ca- łym mieszkaniu. – Urządziłeś już swo- ją Norę? – spytał ojciec, odkładając wiertarkę. – Tak. Tato... – No? Co takiego? – Mama płacze... – Wiem. – Może powinniśmy... 10 – Nie. Ona te- raz cofa się w prze- szłość. Ogląda swoje listy do rodziców. Swoje szkolne laur- ki, zdjęcia... Niech zostanie z tym sama. Jak będzie chciała się z nami podzielić, to na pewno to zrobi. Skoro już tu jesteś, to podaj mi młotek – ojciec pokazał na stojącą na podłodze skrzynkę z narzędziami. – I taki duży wybijak. Kuchnia, w której ojciec wieszał szaki, to było drugie odnowione pomieszczenie. Pierwszym była służbówka – malutki pokoik, do które- go wchodziło się prosto z kuchni i który Kuba wybłagał dla siebie. Nie chciał dzielić pokoju z Olą. Przerobienie służbówki na pokoik wiązało się z pewnymi kosztami, ale rodzice ulegli jego prośbom. Służbówka nie miała drzwi, a tu... Dla potrzeb Kuby należało je wstawić. A w tym celu trzeba było zrobić framugi. No i miała tylko cztery metry kwadratowe, więc aby Kuba mógł pomieścić tam swoje rzeczy, ojciec musiał mu spra- wić piętrowe łóżko. Pod spodem ustawiono biurko i regał na książki. Kuba nazwał swój nowy pokoik Norą, a fakt, że mógł go urządzić tak, jak chciał, był jedynym jasnym punktem w całej sytuacji. Saska Kępa nie podobała mu się wcale. Wkurzały go ciasne ulicz- ki, domki i brak podwórek. W domu dziadka nie mieszkał nikt w jego wieku. W ogóle w okolicy nie było żadnych rówieśników. Nie wiedział też, gdzie ich szukać. W sklepach przeważali starzy ludzie, w ogródku jordanowskim siedziały dzieciaki w wieku Oli, a najbliższe podwórka mieściły się parę przecznic dalej i wydawały się prawie tak odległe jak pozostawieni na drugim końcu miasta koledzy z dzieciństwa. Koledzy, 11 którzy odetchnęli z ulgą, że problem, kto z kim będzie siedział w ławce w gimnazjum, rozwiązał się sam. Ilekroć Kuba przypominał sobie ich słowa, jego serce przepełniała gorycz. *** Szkoła, do której poszedł, mieściła się we wspólnym budynku z pod- stawówką Oli. O wyborze zdecydowali rodzice. Nie miał o to pretensji. W końcu nie znał tu nikogo. Było mu wszystkie jedno, gdzie pójdzie do gimnazjum. Skoro nie mógł tam, gdzie chciał... Nie przerażało go nawet to, że musiał do niej dojeżdżać trzy przystanki autobusem, pilnując po drodze Oli, którą jazda czymś innym niż samochód rodziców niezwykle cieszyła. Pierwszy dzień w nowej szkole był dla Kuby okropny. Po pierwsze w klasie większość osób się znała. Z okolicznych podstawówek, koś- cioła, bibliotek, jordanka, basenu, kręgielni. A on... Kiedy na pytanie wychowawczyni, do której chodził podstawówki, podał numer szko- ły, wszyscy spojrzeli na niego jak na dziwaka. Takie miał wrażenie. Po drugie w ławce siedział sam. Tak się pechowo złożyło, że w klasie była nieparzysta liczba chłopców. Po trzecie od razu zyskał sobie przezwisko „Rudy”, co wcale nie było dla niego niczym nowym, bo rude włosy miał od urodzenia, ale już od dawna nikt tak na niego nie wołał. Wreszcie po czwarte wychowawczynią była polonistka, a on... nienawidził polskiego. Choć może mniej niż historii. I tylko Ola wyszła ze szkoły rozśpiewana. – Nasza pani jest bardzo fajna – mówiła, kiedy wracali do domu. – Jest wesoła i ma pieska. A twoja? – Co moja? – burknął Kuba. – No... Czy ma jakieś zwierzę? – Nie wiem. – A jak się nazywa? – Czajka, ale weź mnie już nie męcz. 12 – W ławce siedzę z Patrycją – trajkotała Ola niczym niezrażona. – A ty? Z kim siedzisz w ławce? – Z nikim. – Dobrze. Powiem mamie, że nie chcesz ze mną rozmawiać – obra- ziła się Ola i pobiegła szybko w kierunku przystanku. Kuba z trudem ją dogonił. Przez pierwsze dni w szkolnym życiu Kuby zmieniło się niewiele. To znaczy nadal siedział sam w ławce, choć zapoznał się już z chłopakami i nawet z kilkoma z nich znalazł wspólny język. Szczególnie z Kacprem i Arturem. Ale nie była to jednak taka nić porozumienia, jak z Jackiem i Piotrkiem. Kacper i Artur należeli do harcerstwa, którego Kuba nie lu- bił. Choć gdyby spytać go dlaczego, nie umiałby wytłumaczyć. Poza tym chłopcy znali okolicę, mieli swoje ulubione miejsca, a Kuba... O tym, co go otaczało, nie wiedział nic. Mało tego. Nie chciał wiedzieć. Saska Kępa i Praga wkurzały go. Czuł się tutaj jak na zesłaniu. Kilka razy miał chęć zadzwonić do Jacka lub Piotrka, ale... Skoro oni się nie odzywali, on też milczał. Bomba wybuchła gdzieś po dwóch tygodniach, kiedy Ola pod- czas kolacji powiedziała, że chce zapisać się do zuchów. – Patrycja już się zapisała. Jeszcze w zeszłym tygodniu. I ma mundu- rek. Ja też chcę mundurek. – Kiedy zbiórki? – zainteresował się tata, nakładając sobie kolejną porcję sałatki majonezowej. – W piątki o piątej. – A o której wtedy kończysz lekcje? Kiedy Ola pobiegła do swojego pokoju po plan lekcji, rodzice szyb- ko wymienili kilka zdań, z których Kuba błyskawicznie zrozumiał, że żadne z nich nie ma czasu Oli na te zbiórki prowadzić i wobec tego ten zaszczytny obowiązek przypadnie w udziale jemu. – Czy wy myślicie, że ja nie mam nic lepszego do roboty? – To sam zapiszesz się do harcerstwa – powiedziała Ola. – Patrycji brat jest harcerzem. Zbiórki ma tego samego dnia o tej samej porze... 13 – Harcerstwo to fajna rzecz – powiedziała mama. – Dziadek był har- cerzem. W pokoju stoi jego zdjęcie w mundurku... – Ale ja nie jestem dziadek! Poza tym kto dziś należy do harcer- stwa? – Sam słyszałeś – odezwał się ojciec. – Patrycji brat. – Pewnie jakiś gnojek z czwartej klasy podstawówki. Który nie myje zębów i ma czarne paznokcie u nóg. – Dlaczego czarne paznokcie u nóg? – zainteresowała się mama. – Nie pamiętacie? Jak syn Wesołowskiej wrócił z obozu, a ona rozpa- kowywała jego plecak na środku podwórka, bo mówiła, że w domu się brzydzi, bo wszystko śmierdzi? I sama wtedy mówiłaś, że Wesołowski wrócił z obozu z czarnymi nogami... – O Boże! A od kiedy ty taki czysty jesteś? Jeszcze rok temu nie mo- głam cię zmusić do regularnego mycia zębów. – Nie z czwartej, tylko z drugiej gimnazjalnej – odezwała się Ola, sia- dając z powrotem przy stole. – Co? – Kuba spojrzał na Olę jak na ufoludka. – Nic. Tylko mówię, że jest starszy od ciebie. – Kto? – łukasz! Brat Patrycji! – burknęła Ola i po chwili dodała. – Aha. A w piątki kończę lekcje o dwunastej! Kuba zrezygnowany powlókł się do komputera. „Harcerz. Tak, kuźwa! – myślał burcząc pod nosem. – Harcerz, bo się usmarczesz. Czy jest druh Boruch? Nie ma druha... ehhh!” Zgrzytnął zębami z wściekło- ści i włączył komputer. Po chwili zajrzał do poczty. Ku swemu zdumie- niu odebrał mejla od Jacka. Pierwszy znak życia od kumpla, który kilka miesięcy temu na wiadomość o tym, że Kuba się przeprowadza, ode- tchnął z ulgą, że rozwiązała się sprawa siedzenia w ławce. Tym razem donosił mu, że Piotrek częściej przebywa z... eweliną i dla Jacka nie ma czasu. „Szkoda, że ciebie tu nie ma” – pisał. Kuba z wściekłością walnął w klawiaturę. „Jeszcze to!” – pomyślał i wspiął się na łóżko. 14 15 Całą drogę na zbiórkę Ola trajkotała jak najęta. Najpierw o Pa- trycji, że ma psa i ona też by chciała. Potem o tym, że Patrycja ma świet- ny piórnik, i ona oczywiście też by taki chciała. A wreszcie o tym, że ma fajnego starszego brata, który ma już nawet krzyż harcerski. I Kuba też powinien być takim fajnym starszym bratem jak łukasz Patrycji i mieć krzyż jak łukasz Patrycji... Kuba słuchał Oli jednym uchem. Myślał o tym, że przez głupią przeprowadzkę stracił kolegów, ewelinę, która pewnie zresztą i tak nigdy nie byłaby jego, bo zawsze wolała Piotrka. Ale Kubie wygodniej było obarczać winą za wszystkie swoje niepowodzenia przeprowadzkę, Pragę, nową szkołę, a nawet Olę, która kolejną minutę opowiadała o Patrycji i jej bracie. Na miejsce doszli przed czasem. – O której cię odebrać? – spytał stając przed szkołą. – A ty nie pójdziesz? – w głosie Oli słychać było zawód. – Nie – burknął Kuba i niecierpliwie powtórzył pytanie: – O której? – Nie wiem. – Nie wiesz, ile trwa zbiórka? – Nie wiem! Pierwszy raz idę. – Patrycja ci tego nie mówiła? Tyle rzeczy ci naopowiadała, a tego nie? – pytał złośliwie przedrzeźniając Olę. – Jeśli chcesz wiedzieć, to tego nie mówiła! Kuba, rad nierad, wszedł z Olą do szkoły. – Harcerze są na pierwszym piętrze! – usłyszał tuż koło siebie czyjś głos. Chciał powiedzieć, że nie jest harcerzem, że przyprowadził siostrę na zbiórkę zuchów, że harcerzy ma gdzieś, więc odwrócił się i... Zaniemó- wił. Przed nim stała dziewczyna. Miała na sobie dżinsy, czerwoną koszu- lę, blond włosy spięte w koński ogon i najbardziej niebieskie oczy, jakie w życiu widział. „Niech tam się ewelina przy niej schowa” – pomyślał. – To jest Kuba. Mój brat – przerwała milczenie Ola. – Przyprowadził mnie tu na zbiórkę. 16 – To idź tu na dół – dziewczyna pokazała Oli drzwi wiodące na kory- tarz przy młodszych klasach. – Nie wiesz, kiedy się to kończy? – spytał Kuba, kiedy za Olą za- mknęły się drzwi. Ale dziewczyna nie odpowiedziała. Do szkoły wchodziły kolejne osoby, a ona, zajęta kierowaniem harcerzy na górę, a zuchów na dół, nie zwracała na Kubę uwagi. Powtórzył pytanie. Był wściekły. Na Olę, że jej się zachciało zuchów, i na dziewczynę, że taka ładna, a... harcerka. – Co? – Dziewczyna zmierzyła go wzrokiem, który zdawał się pytać: „Co ty tu jeszcze robisz?”. – Kiedy się to kończy? – Zbiórki trwają półtorej godziny – odparła. Przez chwilę milcze- li. Kuba nie ruszał się z miejsca, a dziewczyna spoglądała na zegarek. Wreszcie się odezwała: – A ty chodzisz do naszej szkoły, prawda? Do „a”? – Było to bardziej stwierdzenie niż pytanie. – Yhm. – Ja do „b”, ale wcześniej chodziłam tu do podstawówki. – Aha – odparł Kuba i zamilkł. Nie wiedział, co ma dalej mówić. – Poznałam cię – powiedziała dziewczyna. – Pewnie po włosach – zauważył oschle i znów zamilkł. Dziewczyna wzruszyła ramionami. – Zamierzasz tak stać przez całą zbiórkę? – spytała po chwili. – Nie. Zamierzam iść do domu. – I potem będziesz po siostrę wracał? – zdziwiła się. – Tak. – Jak nie mieszkasz blisko, to w zimie nie będzie ci fajnie – zauważy- ła. – Nie lepiej iść na zbiórkę harcerską? – Ja do harcerstwa? – Kuba aż się wzdrygnął. – Aaaa! Nie lubisz harcerzy! – powiedziała dziewczyna i zaśmiała się. Kuba chciał powiedzieć, że harcerstwo kojarzy mu się z przymusem, 17 musztrą, mundurami, pompkami i brudem, ale nie zdążył. W drzwiach stanął wysoki chłopak. Na jego widok dziewczyna uśmiechnęła się. – Jesteś wreszcie! Masz zdjęcia? – spytała. – Mam. Są zarypiste! – Pokażesz? – Na zbiórce. A ty co? – zwrócił się do Kuby. – Świeży narybek? Chodź już na górę. Będzie fajnie. Wiesz, że ponoć w tym roku mamy mieć super zadanie roczne? – To ostatnie pytanie było skierowane do dziewczyny. Miała na imię Jagoda. Na wysokiego chłopaka wołali Tasiemiec. Tego Kuba dowiedział się na górze. gdyby ktoś go spytał, po co tam poszedł, nie umiałby odpowiedzieć. Na szczęście nikt go o to nie pytał, choć na zbiórce byli i Artur, i Kacper. Ale tu nikt niczemu się nie dziwił. Wciągnięty w ciasny krąg, Kuba początkowo z pewnym niesmakiem słuchał młodego chłopaka, który okazał się drużynowym i na imię miał Tomek. – Zanim zaczniemy cokolwiek robić, chcę, żebyście się lepiej poznali. Bo w tym roku przyszło wiele nowych osób, wiele też odeszło do drużyn prowadzonych przez nasz szczep w liceach. Nie chcę was zanudzać. Dla tych, dla których nie jest to pierwsza zbiórka, mam dobrą wiadomość. Zasady pozostają te same. Nowych informuję. W mundurkach jeździmy na obozy, zloty, rajdy, biwaki i tak dalej. Na zwykłe zbiórki przychodzi- cie ubrani tak jak chcecie. Do kasy drużyny wpłacacie co miesiąc pięć złotych na sprawności, kredki i różne rzeczy niezbędne do cotygodnio- wej pracy. Zbiera je druh przyboczny... – Ty! Kto jest przybocznym? – spytał szeptem Kubę jakiś chłopak. Miał wytartą, zieloną koszulkę i stare trampki. – Nie wiem. Daj mi spokój – burknął Kuba, któremu na sam dźwięk słowa „składka” zrobiło się słabo. „Co ja tu, kuźwa, robię?” – pytał sam siebie, bezradnie rozglądając się po twarzach zebranych wokół osób. Pa- trzył na ruszające się usta drużynowego, ale słów, które te usta wypowia- dały, nie słyszał. 18 – A ty? Ktoś trącił go łokciem, ale wyrwany z zamyślenia Kuba nie wiedział zupełnie, o co chodzi. – Co ja? – spytał. – Pytam, jak masz na imię i czy należałeś już do harcerstwa. – Ja w ogóle nie należę! – krzyknął oburzony Kuba, a jego głos wy- wołał salwę śmiechu. – Nie należy, a siedzi na zbiórce – zaśmiała się Jagoda i mrugnęła porozumiewawczo do Tasiemca. – To taka nowa moda, druhu – powiedział Tasiemiec. – Zarypista! Moda na zbiórki, na których roi się od nieharcerzy. – To znaczy, jesteś pierwszy raz? – Pierwszy i ostatni – burknął Kuba. – On czeka, aż się skończy zbiórka zuchów, bo tam chodzi jego sio- stra – powiedziała Jagoda. – Okay. Jak chcesz, możesz tu z nami przeczekać – powiedział druży- nowy i odwrócił się do Kuby plecami. – O nie! Ja protestuję! – odezwał się czyjś piskliwy głos. – Jak w ze- szłym roku śpiewałem Wszystko, co nasze, oddam za kaszę, to druh ka- zał mi opuścić zbiórkę. A tu koleś, który nie jest harcerzem, może sie- dzieć? – Słuchaj, Młody – głos drużynowego był spokojny. – Po pierwsze, chłopak siedzi cicho i nikomu nie przeszkadza. A po drugie, to ty miałeś opuścić zbiórkę nie za hałas, ale za kpiny z hymnu harcerskiego. Sto razy wam mówiłem, żeby nie śpiewać o kaszy i cieleniu się krów, bo będą za to surowe kary. – O co chodzi z tą kaszą i krowami? – spytał Kuba chłopaka w sta- rych trampkach. Nagle zbiórka go zainteresowała. – Nie wiem – odparł chłopak. – Ja tu jestem pierwszy raz. – W tym roku nasza drużyna przybiera nazwę „Badacze przeszłości” – mówił drużynowy uroczystym głosem. – To dlatego, że zajmować się będziemy badaniem przeszłości naszej dzielnicy. Mam na myśli nie tyl- 19 ko okolice szkoły, ale całą dzielnicę Praga Południe. Na zastępy podzieli- cie się w ciągu najbliższych dwóch tygodni. góra sześć osób w zastępie. Oczywiście zgodnie z zasadą osobno harcerze młodsi, osobno starsi. Wtedy wymyślicie sobie nazwy, okrzyki, piosenki, ale co najważniejsze sami sobie wyznaczycie jakiś cel lub cele. Bo może być ich kilka. Sami ustalicie, co chcecie zbadać. Pamiętajcie! „Badacze przeszłości” mogą wszystko. Mogą nawet szukać skarbów. Jednym słowem, odkrywać hi- storię. Na przykład Saskiej Kępy. Jeśli ktoś z was, dajmy na to, mieszka w tej najstarszej części, może popytać sąsiadów o jej historię... – Ja! – odezwał się Kuba, którego szczególnie zainteresowało słowo „skarb”. – Kto i co? – spytał drużynowy i rozejrzał się wokół. – Ja... – powtórzył Kuba trochę ciszej niż poprzednio. – Co ty? – Drużynowy spoglądał na niego, a oczy robiły mu się coraz bardziej okrągłe ze zdumienia. – Ja mieszkam w tej starej części. W domu po praprababci... – To ty jesteś w końcu harcerzem czy nie? – spytał drużynowy i wi- dać było, że z trudem powstrzymuje się, by nie parsknąć śmiechem. – No... Tego... – Kuba zaczerwienił się, zwłaszcza że czuł na sobie spojrzenie Jagody. – Na moim strychu... eeee... – Dobra. Nie tłumacz się – powiedział drużynowy. – Chcesz, to przy- chodź do nas. Spodoba ci się, to zostaniesz. Nie spodoba ci się, to pój- dziesz. Tylko tu obowiązuje jedna zasada. Szacunek dla wartości. Kuba skinął głową. Przez chwilę panowała cisza. Wszyscy patrzyli na Kubę. Dopiero po chwili przenieśli wzrok z powrotem na drużynowego, który mówił: – I jeszcze jedno. Oprócz zadania rocznego, którym jest zbadanie przeszłości własnej dzielnicy, stoją przed wami tradycyjne zadania har- cerskie. Mam tu na myśli znane już starszym harcerzom akcje: pomoc seniorom, znicz i przedświąteczne zakupy. No i jak co roku czeka nas wielka bitwa o Olszynkę grochowską. Kuba sam nie wiedział, kiedy zleciało to półtorej godziny i drużyno- 20 wy zarządził koniec zbiórki. Bo tylko jeden moment był dla niego praw- dziwie nudny. Wszyscy oglądali zdjęcia z obozu. Patrząc na uwidocz- nione na nich umorusane i uśmiechnięte twarze wiedział, że musieli się dobrze bawić. Na pewno lepiej niż on, który całe wakacje spędził u ro- dziny na wsi i gdyby nie chodzenie na ryby, to pewnie z nudów umar- łby w pierwszym tygodniu. ehhh. „Może to harcerstwo to nie taki głupi pomysł?” – Westchnął w duchu, spoglądając na Jagodę. Wraz z grupką innych dziewczyn pochylała się nad zdjęciami i śmiała do rozpuku. – A te najlepsze pokażę wam na końcu – powiedział Tasiemiec. – Ta- kie z łukaszem w dybach! – No co! Pobiłem rekord siedzenia! – odezwał się wysoki, długowło- sy chłopak. Kuba domyślił się, że to musi być brat Patrycji. *** – O co chodzi z tą kaszą i krowami? – spytał Kuba, kiedy wyszli przed szkołę. Zuchy nie wróciły jeszcze z zadania, więc musiał po- czekać na Olę. Wraz z nim przed budynkiem został tyl- ko łukasz. – Wiesz, jak to jest z róż- nymi przeróbkami – tłuma- czył łukasz. – To taka słyn- na przeróbka hymnu harcer- skiego. Drużynowy wścieka się, gdy to śpiewamy. – Jaki on jest? – Drużynowy? – No? – Fajny! Studiuje elektro- 21
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:


Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: