Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00135 007127 14658365 na godz. na dobę w sumie
Tropy - ebook/pdf
Tropy - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 190
Wydawca: Biblioteka Analiz Sp. z o.o. Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-62948-56-7 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Zbiór niezwykłych nowel. Wydany w 1918 roku tom opowiadań zawiera utwory nasycone fantastyką i dziwnością. Autor wykreował w nich własny, niesamowity klimat, sięgając – oprócz groteski i raczkującego dopiero na polskim gruncie ekspresjonizmu – także po elementy surrealistyczne oraz symboliczno-baśniowe. Jego filozoficzna pasja i pragnienie dotarcia do Nieznanego, tutaj, na kartach Tropów, znalazła swe artystyczne odbicie. Każde z tych, skąpanych w atmosferze tajemniczości, opowiadań to swoisty trop, szyfr, wskazujący drogę. Być może drogę donikąd, być może na manowce. Opowiadania te nie udzielają żadnej odpowiedzi, pokazują tylko ludzi dotkniętych pewnym „nawiedzeniem”, pogrążonych w męce szukania i zmagania się z niepewnością, a także bezsilnością ludzkiego umysłu i jego ograniczonym możliwościom poznawczym.

Prof. Julian Krzyżanowski, który w znanej monografii Dzieje literatury polskiej (1979) wysoko ocenił prozę Mirandoli pisząc o nim między innymi: Dał serię opowiadań fantastycznych, należących do najświetniejszych nowel, jakie wydała proza neoromantyczna. „Dziwność” świata i koszmarnej doli ludzkiej, ujęte bądź realistycznie z domieszką subtelnej ironii, bądź fantastycznie, otrzymały w prozie Mirandoli wymowę świetnych sztychów literackich o groteskowo wyrazistym rysunku.

Tropy nie doczekały się wznowienia od ich pierwszej edycji w 1918 roku. Podobnie zresztą jak inne oryginalne dzieła Mirandoli, zarówno prozatorskie, jak i poetyckie. Spuścizna literacka tego galicyjskiego aptekarza, który porzucił bezpieczny kawałek chleba, żeby poświęcić się sztuce literackiej, co zakończyło się dla niego tragicznie, warta jest przypomnienia. I docenienia.

 

Franciszek Mirandola (1871-1930) czyli Franciszek Pik, znany pod literackim pseudonimem: Mirandola, urodził się w 1871 roku w Krośnie. Pochodził z rodziny o tradycjach aptekarskich. Pod naciskiem matki musiał porzucić naukę w gimnazjum i rozpocząć praktyczną naukę zawodu u znajomego aptekarza w pobliskim Rzeszowie. Po zdobyciu szlifów czeladnika wyjechał do Krakowa na studia farmaceutyczne. Ukończył je w 1893 roku, zdobywając dyplom magistra farmacji. Marzył jednak o tym, co uważał za swoje życiowe powołanie. A była nim literatura. W 1898 roku wydał pierwszy tom swoich wierszy: Liber tristium. Były to nastrojowe liryki utrzymane w młodopolskiej konwencji, lecz wyrastające ponad przeciętność, interesujące pod względem obrazowania i rytmiki słownej.

W 1902 roku ukazał się kolejny tom zatytułowany po prostu Liryki i od tej daty Mirandola nie wyda już książki poetyckiej, ale jako twórca da o sobie znać nowelami zebranymi w zbiorach Tempore belli (1916) i Tropy (1918). Jego oryginalna twórczość popadła jednak szybko w niesłuszne zapomnienie, do czego po części przyczynił się sam Mirandola, który zamiast kontynuować pracę literacką skupił się na licznych tłumaczeniach z literatur europejskich, wykonywanych w pośpiechu dla prywatnych firm księgarskich. Zarobki z tych translacji były marne, a pisarz coraz bardziej podupadał na zdrowiu. Zmarł w Krakowie w 1930 roku w skrajnej biedzie.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Redakcja i wstęp Piotr Kitrasiewicz Jirafa Roja Warszawa 2005 © Copyright by Franciszek Mirandola © Copyright by Jirafa Roja, 2005 Skład i łamanie: Tatsu Projekt okładki: Natalia Gościniak ISBN 978-83-62948-56-7 Wydanie I Warszawa 2005 4 Spis treści Franciszek Mirandola: Nadzieje i przekleństwo. . . . . . . . . . . . . . . . 7 Zatruta studnia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 17 Ulica Dziwna . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 23 Wolność. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 31 Cel . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 38 Pułapka . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 51 Świt . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 58 Pociąg nadzwyczajny . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 70 Gościniec dusz . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 80 Stary dom . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 108 Zamknięte . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 120 Chleb i woda . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 130 Hotel pod ideałem . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 143 Dola. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 156 Drogowskaz . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 164 Lux Perpetua . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 182 5 6 Franciszek Mirandola: Nadzieje i przekleństwo „Dał serię opowiadań fantastycznych, należących do najświet- niejszych nowel, jakie wydała proza neoromantyczna. «Dziwność» świata i koszmarnej doli ludzkiej, ujęte bądź realistycznie z do- mieszką subtelnej ironii, bądź fantastycznie, otrzymały w prozie Mirandoli wymowę świetnych sztychów literackich o groteskowo wyrazistym rysunku”. Tak napisał o „Tropach” wybitny polski historyk literatury, prof. Julian Krzyżanowski w swojej monografii o dziejach literatury pol- skiej z 1979 roku. Jest to jeden z bardzo nielicznych głosów wskazu- jących na pokryte pyłem zapomnienia wybitne dzieło literackie autor- stwa człowieka o ciekawej, choć bolesnej biografii i nietuzinkowej, niemal renesansowej umysłowości. Pigularz na Pegazie Franciszek Pik urodził się 13 grudnia 1871 (niektóre źródła po- dają mylną datę 1878) roku w Krośnie. Pochodził z rodziny o tra- dycjach patriotycznych i… aptekarskich. Ojciec przyszłego autora „Tropów”, Wojciech Pik, był krośnieńskim burmistrzem oraz wła- ścicielem przekazywanej z pokolenia na pokolenie apteki ,,Pod Jed- norożcem”. Matka pisarza, Maria ze Stacherskich, była bratanicą wynalazcy lampy naftowej, Ignacego Łukasiewicza, także farma- ceuty z Krosna. Młody Franciszek niewiele miał do powiedzenia, jeśli chodzi o swój przyszły zawód. Tradycja rodzinna wymaga- ła, żeby i on zarabiał na życie pracą w aptece czyli „pigularni” jak sam z niesmakiem nazywał rodzinną profesję. Pod naciskiem matki 7 musiał porzucić naukę w gimnazjum i rozpocząć terminowanie do zawodu u znajomego aptekarza w pobliskim Rzeszowie. Pod zdo- byciu szlifów czeladnika, Franciszek wyjechał do Krakowa na stu- dia farmaceutyczne. Ukończył je w 1893 roku zdobywając dyplom magistra farmacji. Natychmiast jednak podjął kolejne studia, tym razem filozoficzne. Rozpoczął je na Uniwersytecie Jagiellońskim, a kontynuował na uczelniach w Heidelbergu, Berlinie i Paryżu. Dą- żąc do poznania uniwersalnej prawdy, przebywał także w Anglii i we Włoszech, a nawet dotarł do Indii, gdzie uległ fascynacji buddy- zmem. Powrócił do kraju czyli Galicji u schyłku XIX stulecia. Bez entuzjazmu podjął pracę zarobkową w rodzinnej aptece w Krośnie. Z biegiem czasu zmieniał apteki i miejsca zamieszkania. Odziedzi- czoną „pigularnię” oddawał w dzierżawę, a sam angażował się jako farmaceuta w placówkach w Iwoniczu-Zdroju, Łącku, Stryju, Tym- barku, Krakowie. Mówił, że chce lepiej zarabiać, ale nie zawsze zmiany te szły w parze z faktyczną poprawą sytuacji materialnej. Miały one raczej podłoże psychologiczne. Niespokojny duch młode- go Pika wymagał ciągłych zmian otoczenia, nowych wyzwań i wra- żeń, poczucia wolności i niezależności. Przez cały czas bowiem, mieszając składniki chemiczne i lepiąc z nich pigułki, marzył o tym co uważał za swoje życiowe powołanie, a była nim literatura. W 1898 roku wydał pierwszy tom swoich wierszy: ,,Liber tristium”. Były to nastrojowe liryki utrzymane w młodopolskiej konwencji, lecz wyrastające ponad przeciętność, interesujące pod względem obrazo- wania i rytmiki słownej. Nie zdobyły szerokiego rozgłosu, ale autor zwrócił na siebie uwagę i wszedł do grona galicyjskich ,,cyganów ar- tystycznych”, zwłaszcza do grupy krakowskich poetów i malarzy sku- pionej wokół postaci filozoficzno-literackiego guru dekadentyzmu jakim był pisarz i jeden z ideologów epoki, Stanisław Przybyszew- ski. Oprócz walorów artystycznych „Liber tristium”, pewną rolę przy zwróceniu uwagi czytelników na to dzieło odegrał literacki pseudonim Pika. Franciszek, dobrał go sobie od nazwiska renesansowego pisarza i humanisty włoskiego, Francesco Pico della Mirandoli. Tu Franciszek Pik, tam Francesco Pico. Oczywiście żadnego powiązania z arystokra- tycznym rodem włoskim nie było, ale młody Polak z zapadłej dziury 8 galicyjskiej nie miałby nic przeciwko, aby przypisać sobie taki rodo- wód. Powieściopisarz Jerzy Bandrowski, brat Juliusza Kadena-Ban- drowskiego, autora ,,Generała Barcza” i ,,Mateusza Bigdy”, wspo- minał, że kiedyś dla żartu zwrócił się do Pika w pociągu per ,,panie markizie”. Podobno sprawiło to Franciszkowi ogromną radość i nie- którzy koledzy pielęgnowali w ten sposób jego snobizm mający pod- łoże w trudnym do zamaskowania kompleksie niższości. W każdym razie o ile dla farmacji istniał nadal Franciszek Pik, to dla literatury na- rodził się Franciszek Mirandola, a nazwisko to na okładkach książek intrygowało swoim obcym brzmieniem. Mirandola publikował swoje utwory poetyckie w ogromnej ilo- ści czasopism polskich, wychodzących nie tylko na terenie zaboru austriackiego, ale i rosyjskiego, na ziemiach tzw. Kongresówki. Pi- smem, w którym zadebiutował, był ,,Dziennik Krakowski”. Z bie- giem lat dochodziły nowe tytuły, między innymi, ,,Życie”, ,,Krytyka”, ,,Nowa Reforma”, ,,Głos Warszawski”, ,,Naprzód”, ,,Głos Narodu”, ,,Robotnik”, ,,Świat”. W 1902 roku ukazał się kolejny tom jego wier- szy zatytułowany po prostu ,,Liryki”. Odtąd nie wyda już książki po- etyckiej, ale jako twórca da o sobie znać nowelami zebranymi w zbio- rach ,,Tempore belli” (1916) i ,,Tropy” (1918). Do jego prozy jeszcze powrócę, a na razie – dla dopełnienia obrazu Mirandoli jako poety – popatrzmy jeszcze na jego twórczość zaangażowaną politycznie. Na początku XX wieku pan Franciszek związał się z Polską Partią Socjalistyczną. Pisał wiersze rewolucyjno-niepodległościowe (np. ,,Za- huczał grzmot” czy ,,Warszawianka 1905 roku”), które ukazywały się głównie w socjalistycznym ,,Naprzodzie” i ,,Robotniku” oraz w wy- danej w 1906 roku w Krakowie antologii ,,Lutnia robotnicza”. Wier- sze te ustępują jego utworom zawartym w obu tomach poezji. Warto- ści artystyczne schodzą w nich na drugi plan na rzecz doraźnej agitacji politycznej. Mają jednak artystyczny nerw i dobry rytm, co sprawiło, że do niektórych z nich skomponowano muzykę i wykonywano na ze- braniach i podczas manifestacji, a ,,Warszawiankę 1905 roku” Miran- dola napisał do rytmu melodii ,,Warszawianki” Karola Kurpińskiego. Zobaczmy jako ciekawostkę fragment jednego z tych zaangażowanych wierszy Mirandoli, pod tytułem ,,Idziemy jako fala wód”. 9 ,,Idziemy jako fala wód Idziemy jako wicher po fali, Iżbyście raz zadrżeli i poznali, Co może lud”. Pan Franciszek był także aktywnym działaczem PPS. Zbierał składki na zakup broni dla rewolucjonistów z zaboru rosyjskiego, a po jej nabyciu przechowywał podobno w swoim mieszkaniu kra- kowskim istny arsenał. W czasie jednej z manifestacji na Rynku Głównym spuścił z balkonu na Sukiennicach czerwony sztandar czym naraził się policji i musiał na jakiś czas opuścić bohemę spod Wawe- lu i powrócić do swoich aptekarskich zajęć. Polityczny okres w życiu Mirandoli sprawił, że w czasach Polski Ludowej próbowano go cza- sem zaklasyfikować jako poetę rewolucyjnego. Próby takie podjęły trzy czasopisma: ,,Trybuna Literacka” w 1959 roku oraz ,,Poezja” i ,,Nowiny Rzeszowskie” (oba w 1972 roku). O Mirandoli pisano jed- nak sporadycznie, a jeśli już to głównie w prasie regionalnej. Młodopolski okres życia i twórczości Mirandoli przypomniał w 1956 roku na łamach wychodzącego w Krakowie ,,Dziennika Polskiego”, Je- rzy Pilecki, pisząc o autorze ,,Liber tristium” i ,,Tempore belli”: ,,Uczestnik gwarnych literackich zebrań ,,Paonu”, młodopol- ski poeta z zadumą w oczach, w których czaił się zagadkowy niepo- kój. W późniejszych latach, zgarbiony, z nieodstępnym papierosem w ustach, zawsze jeszcze z hiszpańską bródką, lecz w wyszarzałym, wytartym płaszczu, mocno zaaferowany, goniący po drobne zaliczki do wydawców”. Właśnie, drobne zaliczki… Dotykamy tutaj odrębnej dziedziny dzia- łalności Mirandoli, dziedziny, która przyniosła mu największy rozgłos, a zarazem stała się jego przekleństwem i przyczyniła do upadku. Tłumacz na żebraczym wikcie Mowa oczywiście o licznych pracach translatorskich pana Fran- ciszka. Przygoda z mniej lub bardziej sławnymi dziełami poetów i prozaików obcych rozpoczęła się w okresie Młodej Polski, a trwa- 10 ła do ostatnich chwil jego życia. Tłumaczył autorów niemieckich (Goethe), francuskich (France, Rolland), angielskich (Kipling), bel- gijskich (Maeterlinck), duńskich (Andersen), norweskich (Ham- sun), szwedzkich (Bjornson, Lagerloef), indyjskich (Tagore). W su- mie pozostawił po sobie około 300 tomów przekładów, a niektóre z jego translacji wznawiane są i w naszych czasach, między innymi, ,,Cierpienia młodego Wertera” Johanna Wolfganga Goethego, ,,Colas Breugnon” Romaina Rollanda, ,,Głód” Knuta Hamsuna, ,,Gosta Ber- ling” Selmy Lagerlof. Te właśnie tytuły uchodzą za najbardziej udane w dorobku tłumaczeniowym Mirandoli, który – po Tadeuszu Boyu- Żeleńskim – był najbardziej znanym polskim tłumaczem. Zwłaszcza w latach dwudziestych, kiedy to pan Franciszek porzucił twórczość literacką, a nawet dającą mu materialne oparcie, choć znienawidzoną pracę farmaceutyczną, i poświęcił się wyłącznie przekładom. To ostat- nie dziesięciolecie jego życia było chyba najgorszym okresem. Oddaj- my głos świadkowi tamtych wydarzeń, Stanisławowi Lamowi: ,,A z Franciszkiem Pik-Mirandolą, utalentowanym autorem ,,Tro- pów” i bardzo pilnym tłumaczem, ile to przeróżnych było kawa- łów z honorariami! Jeden jednak z tylu mniej lub więcej szablono- wych utkwił mi specjalnie w pamięci. Wygrzewałem się z Mirandolą na słońcu w tak zwanej ,,Dużej Ziemiańskiej”, która w latach 1918- 1923 mieściła się na rogu ulicy Kredytowej i placu Małachowskie- go. Popijamy białą kawę z kremem i zajadamy się napoleonkami, co do których upewnia się nerwowo Mirandola: ,,Ale to wy płacicie, bo ja feniga nie mam przy duszy” (…) próbuje zaciągnąć ,,pożyczkę osobistą” w owych słynnych ówczesnych markach, wymieniając jakąś astralną sumę, w rzeczywistości odpowiadającą dwóm biletom tram- wajowym i pudełku papierosów. Zrobiwszy tę transakcję, jest wprost wniebowzięty, kiedy tu nagle jak spod ziemi wyrasta Jakub Mortko- wicz (znany wydawca warszawski – przyp. P.K.) i stając przy stoliku zwraca się do Mirandoli: ,,Ach, dobrze, że ja pana widzę, panie Fran- ciszku, co słychać z tym przekładem Cervantesa, na który dałem panu tysiąc marek przed pół rokiem?”. Biedny Mirandola sposępniał, małe oczki zaczęły mu szybko biegać, powyszarpywana bródka jeżyć się; podnosząc głowę ku przybyłemu, jakby z głupia frant powiada: ,,I pan 11 miałby sumienie wymagać ode mnie, abym ja za te marne tysiąc ma- rek na starość zaczął się uczyć po hiszpańsku?” (Stanisław Lam: „Ży- cie wśród wielu”. Warszawa 1968) Zwróćmy uwagę na to ,,zaczął się uczyć”. Lam ujawnia bowiem mało znane kulisy działalności przekładowej Mirandoli. Na pozór, podobnie jak jego renesansowy imiennik, był on lingwistą, poliglo- tą, znał i tłumaczył z tak wielu języków! Okazuje się, że jednak tylko z jednego – niemieckiego. Poznał go Franek Pik już w młodości jako mieszkaniec Galicji i obywatel austriacki, a potem wyszlifował i opa- nował w sposób biegły podczas studiów w Heidelbergu i Berlinie. Tłumaczeń z literatury światowej dokonywał z ich niemieckich prze- kładów. Tak było z autorami francuskimi, angielskimi, skandynawski- mi… Na szczęście tłumacze niemieccy słynęli z dokładności i precy- zyjności, możemy więc przyjąć, że przekłady przekładów zachowały w dużym stopniu ducha oryginału. Lata dwudzieste to okres narastającej biedy w życiu Mirandoli. Pracował dużo mozoląc się dniami i nocami nad tłumaczeniami, a za- rabiał bardzo niewiele. Wydawcy płacili mu marnie, a szczególnym sknerą był pod tym względem właściciel i redaktor poznańskiego Wy- dawnictwa Polskiego, Rudolf Wegner. Wydawał on dobrze rozcho- dzącą się serię pod nazwą „Biblioteka Laureatów Nobla”, do której tłumaczenia wykonywał właśnie Mirandola. Wegner płacił grosze, a Mirandola, bojąc się utraty licznych zamówień, nie protestował, lecz starał się wywiązywać ze wszystkich zobowiązań. Pracował szybko i nie zawsze dobrze. Wytykano mu różnorodne błędy leksykalne i filo- logiczne, a zwłaszcza wynikającą z pośpiechu niechlujność. Ale wy- dawca drukował te tłumaczenia byle szybciej nie poddając ich zapew- ne żadnej adiustacji, płacąc panu Franciszkowi grosze. A on, z jakąś iście franciszkańską pokorą, przyjmował je bez protestów, nie zrywał współpracy z krwiopijcą i jeszcze podobno – jak wspominają świad- kowie – był zadowolony. Ale coraz więcej pił. On, który nigdy nie gardził kieliszkiem, teraz coraz częściej wydawał zarobione i poży- czone pieniądze właśnie na alkohol. Mirandola zmarł w Krakowie 3 czerwca 1930 roku w skrajnej biedzie. Kilka dni wcześniej uczestniczył w pogrzebie swojego przy- 12 jaciela Władysława Orkana, który także głodował. Dwa dni przed śmiercią autora ,,Tropów”, on i jego żona Elżbieta, prawdziwa i wier- na miłość jego życia, otrzymali wymówienie mieszkania z powodu nie płacenia czynszu. Groziła im eksmisja (mieszkali przy ul. Feli- cjańskiej). Wprawdzie urząd Miasta Krakowa przyznał Mirandoli za- pomogę, ale śmierć była szybsza niż urzędnicy magistratu. Pieniądze otrzymała wdowa. Pisarza pochowano na cmentarzu Rakowickim. Śmierć Franciszka Mirandoli wywołała na łamach ówczesnych gazet dyskusję na temat warunków w jakich egzystowali ludzie pióra. Oskar- żano lokalne i państwowe władze o obojętność, przytaczano nazwiska innych literatów (m.in. Orkana, Przerwy-Tetmajera), którzy podobnie jak Mirandola umarli albo nadal żyli w tragicznych warunkach. Przyjaciel Mirandoli, redaktor ,,Naprzodu”, Emil Haecker po- święcił mu wspomnienie pośmiertne na łamach swego czasopisma: ,,Bezpośrednio pod wstrząsającym wrażeniem śmierci przyjaciela, nie jestem zdolny do przeprowadzenia dokładnej analizy jego twór- czości, ale niepodobna mi uchylić się od wskazania na główne skład- niki jego poglądu na świat i życie. Posiadał gruntowne wykształcenie przyrodnicze, był przekonanym darwinistą, pod względem przekonań społecznych socjalistą, zarazem na jego umysłowość potężny wpływ wywierała filozofia indyjska oraz filozoficzne systemy Schopenhauera i Nietzschego. Bardzo muzykalny, był entuzjastycznym wielbicielem Wagnera, który także jako poeta i myśliciel wycisnął na nim głębokie piętno. Przytem żywo interesowały Mirandolę zagadnienia podświa- domego życia duszy: interesowali go zwłaszcza Karol du Prel i Hu- ebbe-Schleiden, którego czasopismo ,,Sphinx” abonował. Ulubionymi jego pisarzami byli romantyk niemiecki Novalis i moderniści francu- scy Verlaine i Jules Laforque, których poezję tłumaczył”. Wynalazca i prekursor Pisząc o życiu i rozlicznych zainteresowaniach Mirandoli nie sposób nie wspomnieć o jego pasji wynalazczej. Wiemy, że zapro- jektował i zbudował niezwykły instrument muzyczny łączący zasa- 13 dy fortepianu z efektem muzyki skrzypcowej. Niestety, z niejasnych przyczyn wynalazek ten nie został opatentowany i nie doczekał się rozpowszechnienia. Podobnie wszechstronny był Francesco Pico del- la Mirandola. Ach, jak bardzo Franciszek Pik chciał dorównać swoje- mu włoskiemu ideałowi i ,,krewnemu”. Wróćmy jednak do prozy Mirandoli. Wydał on dwa zbiory opowia- dań, drukowanych wcześniej w czasopismach. Pierwszy zbiór nosił ty- tuł ,,Tempore belli” i ukazał się w 1916 roku. Zawarte w nim utwory dotyczyły I wojny światowej. Autor skupił się w nim na klimacie i at- mosferze pożogi, apokaliptycznej zagłady, okrucieństwie i spustoszeniu jakiego wojna dokonała w ludzkich sercach i umysłach. Mirandola ucie- kał się do nieczęstego na polskim gruncie sięgania po elementy irracjo- nalne, fantastyczne, posługiwał się groteską oraz cechami zaczerpnięty- mi z raczkującego dopiero w naszej literaturze ekspresjonizmu. Drugi zbiór – zatytułowany właśnie ,,Tropy” – został wysoko oceniony przez niektórych krytyków i badaczy literatury. Jest w nim większe nasycenie fantastyką i dziwnością. Mirandola wykreował w tych nowelach wła- sny, niesamowity klimat sięgając – oprócz groteski i ekspresjonizmu – także po elementy surrealistyczne oraz symboliczno-baśniowe. Jego filozoficzna pasja i pragnienie dotarcia do Nieznanego, tutaj, na kar- tach ,,Tropów”, znalazła swoje artystyczne odbicie. Każde z tych, ską- panych w atmosferze tajemniczości, opowiadań to swoisty trop, szyfr, wskazujący drogę. Być może drogę donikąd, być może na manowce. Opowiadania te nie udzielają żadnej odpowiedzi, pokazują tylko ludzi dotkniętych pewnym ,,nawiedzeniem”, pogrążonych w męce szukania i zmagania się z niepewnością. A także bezsilnością ludzkiego umysłu i jego ograniczonym możliwościom poznawczym. Stosunkowo nieliczni przeczytali ,,Tropy”. Jeszcze mniej było tych, którzy o tej książce napisali. Niektórzy nie wiedzieli za bardzo o czym piszą. Na przykład, Stanisław Wasylewski, kreśląc w ,,Kurie- rze Poznańskim” wspomnienie pośmiertne o Mirandoli nazwał ,,Tro- py” tomikiem wierszy. Natomiast cenny esej dotyczący jego twór- czości ukazał się na rok przed śmiercią pisarza. W publikacji Jerzego Eugeniusza Płomieńskiego pt ,,Franciszek Mirandola. Poeta-nowelis- ta-tłumacz” czytamy o ,,Tropach”: 14 ,,Zawierają w długim cyklu głębokich parabol i nowel symbolicz- nych odwieczne pytanie na temat celu, przeznaczenia i dróg ideału człowieka. Triumfalny optymizm poety, wierzącego w narodziny no- wego człowieka bierze górę w tej księdze myśli nad chwilowym pe- symizmem niedawnego widza i świadka wojny światowej. W książ- ce całej panuje wszechwładnie nastrój fantastyki. Realizm jest w niej świadomie wyciszony, przeduchowiony. W ,,Pociągu nadzwyczaj- nym” ujarzmia ta sama prawie sugestywna, tajemnicza atmosfera ,,Niewidzialnego”, którą w kilka lat później wyczaruje w swoim nie- zapomnianym ,,Demonie ruchu” Stefan Grabiński. Jako rodzaj arty- stycznych akcesoriów wyprzedzają ,,Tropy” polski ekspresjonizm. Aż dziwne, że krytyka nie zauważyła prawie tego utworu, który jest jed- nym z najgłębszych przemyśleń filozoficzno-literackiego zagadnienia regeneracji moralno-duchowej powojennego człowieka” (Lwowskie Wiadomości Muzyczne i Literackie, 1929) * * * ,,Tropy” nie doczekały się wznowienia od ich pierwszej edycji w 1918 roku. Podobnie zresztą jak inne oryginalne dzieła Mirando- li, zarówno prozatorskie, jak i poetyckie. Pamiętamy go tylko jako pracowitego i obfitego tłumacza z literatur europejskich. Chyba nie- słusznie. Spuścizna literacka tego galicyjskiego aptekarza, który po- rzucił bezpieczny kawałek chleba, żeby poświęcić się sztuce literac- kiej, co zakończyło się dla niego tragicznie, warta jest przypomnienia. I docenienia. Piotr Kitrasiewicz 15 16 ZATRUTA STUDNIA Łan niezmierzony leżał pod żarem słońca. Na puszystym dywanie wybielałego od promieni złota uwijali się żeńce. Człowiek z wiadrem siedział na cembrowinie studni i spozierał zadumany wokół. Miał przykaz poić wszystkich spracowanych, gdy pić zapragną. To był jego urząd. Ochotnie wziął sznur z rąk poprzednika, który odszedł zwolniony ze służby we właściwym czasie. Silnemi ramiony pełnił wiadro dobytą z głębi ziemi krystaliczną wodą. Przychodzili rozradowani, świadomi, że pracują, jak trzeba, i chło- dzili czoła na powiewie wiatru, nim usta przytknęli do wody. Przychodzili też, okryci kurzem drogi wędrowcy ze stron wi- dać dalekich, nie będący pracownikami na złocistym łanie. Twarze ich były obce, ubiory nieznane, mowa dziwna. I tym dawał pić wedle przykazu. Zgłaszali się też próżniacy, szydzący z pracowników, ciskający im słowa szydercze. Spragnione ich usta pożądały napoju. I tym dawał wedle przykazu. Najchętniej nachylał wiadro ku ustom dzieci zgrzanych, spoco- nych, zmęczonych zbytkami. Poił spragnionych, bo ten był cel życia jego. A że myśli jego nie zajmowało w zupełności to zajęcie, przeto pozwalał im krążyć, gdzie chciały. Zrazu latały wokół ponad łanem i przyglądały się żeńcom. Byli tam młodzi chłopcy, chylący się elastycznie ku ziemi, dziewczęta w jasnych strojach roześmiane i zalotne, starzy ludzie osiwiali w pracy, poglądający często ku niebu, kobiety wiekowe 17 w czarnych szatach, szepczące pacierze. Łzy padały gęsto z oczu tych kobiet, a spojrzenia szukały raz po raz mogił, kędyś w łanie ży- cia skrytych. Byli tam kapłani, głoszący nauki pracującym. Podnosili ręce nad pochylonemi głowami, darząc pracowników błogosławieństwem nie- biosów. Nie brakło też kramarzy z pudłami, pełnymi tandety, i wrza- skliwych skoczków, zachęcających do wesołości. Wróciwszy z ponad łanu, myśli usiadły na cembrowinie studni, pytając: — Gdzie teraz polecimy? — Lećcie wzdłuż gościńców dalekich, snujących się bezmiarem widnokręgu. Poleciały. Wzbiły się zrazu w niebo, by obrać kierunek, potem ruszyły każda w inną stronę świata. Człowiek z wiadrem pełnił tymczasem dalej swą powinność, w duszy miał przytem wielką ciekawość, co mu też jego myśli przyniosą. Siedział i pracował i tak był zajęty, że nie spostrzegł, iż jedna z myśli nie poleciała wraz z innemi, ale siedziała na cembro- winie niepewna i zakłopotana, strzepując jeno czasem skrzydełkami. — Czemu zostałaś tutaj? — spytał, spostrzegłszy ją nagle. — Chcę się udać gdzieindziej! – odpowiedziała. — A dokądże się to chcesz udać? — Chcę zejść w głąb studni. — Po co? — Chcę poznać, skąd płynie woda, chcę przebyć całą drogę źró- dła i widzieć, gdzie jego początek. — Więc idź! — Nie mogę tam zejść gołębiem. Przyzwól mi przemienić się w maleńką rybkę, albo pajączka wodnego, albo kreta, lub inne jakie stworzenie, tak, bym mogła zaspokoić me pragnienie. — Dobrze! — odparł — daję ci moc przybierania postaci, jakich ci będzie potrzeba. Idź i opowiedz coś widziała. Znikła, plusnąwszy we wodę, a człowiek z wiadrem pracował da- lej, bardziej jeszcze niż przedtem ciekawy na to, co mu jego myśli przyniosą, i spoglądał często w dal, ku skrajowi widnokręgu. 18 Gdy tak patrzył, ujrzał nagle daleko na równi jakąś postać idącą w jego stronę. Nieznajomy był biało odziany i połyskiwał na tle zieleni, jak ob- łok srebrzystego oparu. Ale obowiązek nie pozwolił Człowiekowi z wiadrem wpatrywać się długo w oddal. Zgłaszali się ludzie, których musiał napoić. Pracował wytrwale. Wszyscy jednak, którym przychylał wiadra, wydali mu się teraz mniej piękni, mniej godni. Dostrzegał brud ich rąk i twarzy, rzucały mu się w oczy ślady wyuzdania w ich rysach, w pod- krążonych oczach widział szał cielesny, w drżeniu rąk, skutek nało- gów brzydkich. Młodzieńcy wydali mu się łakomymi samcami, ludź- mi żądnymi uciech, dziewczęta rozpustnicami. Starcy wyglądali na skąpców i bezmyślne ruiny, wiekowe kobiety na pozbawione czucia i pobożności dewotki, kapłani nawet przedstawiali mu się teraz bez wiary, bez zdolności do uniesień… świat mu cały zbrzydł i zczerniał w oczach. Pragnął, by nastała chwila spokojna, kiedy będzie mógł zobaczyć, co się stało z dziwnym nieznajomym. Gdy napoił ostatniego, postawił puste wiadro na cembrowinie, wstał i przysłoniwszy oczy ręką zapuścił spojrzenie w dal. — Bądź pozdrowiony! Głos jakiś rozebrzmiał tuż obok. Spojrzał zdumiony i zobaczył, że nieznajomy siedzi na wielkim kamieniu przy studni. Skłonił się przed nim głęboko. Potem ujął silnemi ramiony linę i wyciągnął świeżej wody. Pochylił wiadro ku jego ustom. Nieznajomy uczynił gest odmowny. — Nie piję tej wody — powiedział. Człowiek z wiadrem stał zadziwiony i patrzył na przybysza, a im dłużej patrzył, tem bardziej rosło jego zdumienie. Szata nieznajomego biała była i połyskiwała, jak srebro, mimo da- lekiej wędrówki czysta, niepokalana. Spadała z jego ramion w prze- cudnych fałdach, niepodobna zgoła do ubiorów ludzi współczesnych. Ni rąbek jej dolny nawet nie nosił śladu pyłu lub błota, iż wydawało 19 się, że nieznajomy nie dotyka stopami ziemi, ale unosi się ponad nią, jak anioł. Kapelusz złożył na trawie. Twarz jego okalały długie, ciemne włosy, spadające w kędziorach na ramiona. A twarz sama… Człowiek z wiadrem wpatrywał się w tę twarz długo. Zrazu zgoła nieznana, coraz mu się wydawała bliższą, bardziej pamiętną, podob- niejszą do twarzy zapamiętanych kiedyś… — Znasz mnie? — spytał nieznajomy. — Nie wiem… coś sobie przypominam… — odparł z wahaniem. Potem dodał: — Wyglądasz panie, jak ktoś znany mi… — My wszyscy mamy podobne rysy… wszyscy… — Któż to wy jesteście? — spytał. — My wszyscy, nie pijący tej wody! – odpowiedział przybysz. W tej chwili szum się rozległ w powietrzu nad głowami rozma- wiających. Człowiek z wiadrem spojrzał w górę i zobaczył stadko gołębi. Były to jego myśli, które wróciły z drogi. Sfrunęły na dół i przypadły do kolan nieznajomego, tuląc się doń miłośnie. Brał je łaskawie po kolei i przyciskał do piersi. Od dotknięcia jego rąk i szaty stawały się srebrzyste i piękne. Gołębie opowiadały, co widziały. Jak daleko sięgnąć mogły wzrokiem, wszędy na całym świecie pra- cowali ludzie. Ścinali lasy, karczowali poręby, drążyli się w głąb ziemi, szukając kopalin użytecznych, inni zaś, pozornie nic nie czyniąc, wytę- żali myśl nad sprawami świata, albo znów dumali o tem, żali w zaświa- tach, w przepastnych głębiach przestrzeni, znajdują się twory podobne ludziom, stworzone na ich podobieństwo. Znów inni zatapiali się w py- taniach o początku i sensie świata, byli zaś i tacy, którym ponad wszyst- ko stało prawić, jak to żyć trzeba poczciwie i zgodnie z wolą bożą. Wszędy zaś, przy każdej gromadzie siedział zawsze Człowiek z wiadrem i poił spragnionych wodą dobytą z głębi ziemi, wspólnej rodzicielki wszystkich. 20
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:


Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: